Wydawca: Wydawnictwo Iskry Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Najstarszy zawód świata. Historia prostytucji ebook

Marek Karpiński  

3 (70)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 298 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Najstarszy zawód świata. Historia prostytucji - Marek Karpiński

Nowe, uzupełnione wydanie analizy historycznej prostytucji. Autor śledzi to zjawisko i jego funkcjonowanie w europejskim kręgu kulturowym od czasów starożytnych po dzień dzisiejszy.Treść głównych rozważań ubarwiają liczne ciekawostki, łącznie z cenami usług na przestrzeni dziejów, zmianami obyczajowości i najnowszymi tendencjami, jak seksturystyka czy zjawisko galerianek.

Opinie o ebooku Najstarszy zawód świata. Historia prostytucji - Marek Karpiński

Fragment ebooka Najstarszy zawód świata. Historia prostytucji - Marek Karpiński

Opra­co­wa­nie gra­ficz­ne: An­drzej Ba­rec­ki

Ko­rek­ta: ‌Jo­lan­ta Spodar

Ilu­stra­cje po­cho­dzą z ar­chi­wum ‌Iskier

Co­py­ri­ght ‌© by Wy­daw­nic­two ‌Iskry, War­sza­wa 2010 Co­py­ri­ght

©by­Ma­rek­Kar­piń­ski

ISBN ‌978-83-244-0253-3

Wy­daw­nic­two Iskry ‌

ul. Smol­na 11, 00-375 ‌War­sza­wa ‌

e-mail: iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo ‌Sp. z o.o.

MOT­TO

– Iwa­nie ‌Ni­ko­ła­je­wi­czu, czy wie­cie, ‌kie­dy u nas ‌do­brze bę­dzie?

– A kie­dy? – ‌ja na to.

– Kie­dy kur­wy ‌z za­gra­ni­cy do nas za­czną ‌przy­jeż­dżać. To w eko­no­mii znak ‌nie­omyl­ny. ‌Nie żad­ne tam Mark­sy ‌ani Fried­ma­ny, ‌to wszyst­ko ‌ple­wy. Ale ‌kie­dy ‌kur­wy za­gra­nicz­ne ‌do Ro­sji za­czną się ‌zla­ty­wać, to ‌bę­dzie ‌zna­czy­ło, że eko­no­mia ‌na ‌nogi ‌sta­nę­ła. One ‌wie­dzą naj­le­piej…

Sła­wo­mir Mro­żek, ‌Mi­łość ‌na Kry­mie

WSTĘP,CZYLI ‌O PARZE ‌MĘSKICH TRZEWIKÓW

Kie­dyś by­łem prze­wod­ni­kiem ‌pew­ne­go ja­poń­skie­go ‌pro­fe­so­ra. Ten sko­śno­oki ‌gen­tle­man z wy­jąt­ko­wą pil­no­ścią ba­dał ‌wi­try­ny skle­pów obuw­ni­czych. W owych, sie­dem­dzie­sią­tych la­tach nie by­li­śmy aż taką ka­let­ni­czą po­tę­gą, aby za­im­po­no­wać Nip­po­no­wi. Za­py­ta­łem więc, cie­ka­wy, co też jest na owych wy­sta­wach aż tak in­te­re­su­ją­ce­go. Ceny – od­po­wie­dział. Wy­ja­śnił, że wy­krył pew­ną pra­wi­dło­wość i we­ry­fi­ku­je ją we wszyst­kich od­wie­dza­nych przez sie­bie miej­scach na kuli ziem­skiej. Pra­wi­dło­wość ta gło­si, że nie­za­leż­nie od ryn­ku cena pary mę­skich trze­wi­ków rów­na się ce­nie usłu­gi ero­tycz­nej świad­czo­nej przez za­wo­do­wą pra­cow­ni­cę. Nie wiem, czy w Pol­sce, po uwol­nie­niu cen, tę tezę moż­na by jesz­cze utrzy­mać. Wiem na­to­miast, że pro­blem świad­cze­nia usług sek­su­al­nych jest ze wszech miar cie­ka­wy.

Po­trze­by sek­su­al­ne czło­wie­ka na­le­żą bo­wiem do naj­bar­dziej pod­sta­wo­wych, ta­kich jak za­spo­ka­ja­nie gło­du, pra­gnie­nia, po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa czy cie­pła. Mu­szą być re­ali­zo­wa­ne przez wszyst­kich i za­wsze. Jest jed­nak pew­na ce­cha, któ­ra wy­róż­nia ten blok po­trzeb od wszyst­kich in­nych. Miesz­kać i grzać się, zbie­rać, po­lo­wać czy na­wet upra­wiać rolę moż­na, od bie­dy, sa­mot­nie. Do re­ali­za­cji po­trzeb sek­su­al­nych (je­że­li po­mi­nąć nie­szczę­snych na­śla­dow­ców bi­blij­ne­go Ona­na) ko­niecz­na jest dru­ga oso­ba. Rol­nik może oby­wać się zie­mią, wodą i słoń­cem. Bę­dzie mu wzra­stać i plo­no­wać ziar­no – usłu­gi ero­tycz­ne zaś za­wsze nam świad­czy ktoś. Nie jest to sto­su­nek czło­wie­ka z na­tu­rą. To są sto­sun­ki mię­dzy­ludz­kie w naj­bar­dziej pod­sta­wo­wym zna­cze­niu tego sło­wa. Z cza­sem owo świad­cze­nie przy­bra­ło ru­ty­no­we for­my, spro­fe­sjo­na­li­zo­wa­ło się. I tak  p o w s t a ł   n a j s t a r s z y   z a w ó d   ś w i a t a:   p r o s t y t u c j a.

Sto­sun­ki ero­tycz­ne mia­ły miej­sce nie­mal od za­ra­nia świa­ta. I to świa­ta w dar­wi­now­skim ro­zu­mie­niu po­cząt­ku. Słab­szym z bio­lo­gii przy­po­mi­nam, że na­wet pier­wot­nia­ki po­tra­fią roz­mna­żać się in­a­czej niż przez po­dział. Nie więc płcio­wa na­tu­ra jest wy­znacz­ni­kiem tej wie­ko­wej pro­fe­sji (choć nikt nie ne­gu­je zna­cze­nia sek­su). Wy­da­je się, że zna­mien­ne są tu dwie ce­chy. Po pierw­sze, sto­su­nek ero­tycz­ny na­stę­pu­je bez wy­bo­ru, z każ­dym. Po dru­gie zaś, na­stę­pu­je on w za­mian za świad­cze­nia, jest ho­no­ro­wa­ny. Świad­cze­nia ta­kie mogą być wy­pła­ca­ne tak w pie­nią­dzu, jak i w in­nych do­brach. Fakt, że pan­na mło­da wy­cho­dzi za mąż (i świad­czy mał­żeń­skie po­win­no­ści) za byle kogo, ale w za­mian za apa­na­że – jest te­ma­tem dla mo­ra­li­stów. Nie czy­ni to jed­nak pro­fe­sji – ein­mal ist kein Mal – jak po­wia­da­ją Teu­to­no­wie. Ko­niecz­na jest po­wta­rzal­ność. I to jest trze­cia zna­mien­na ce­cha.

Je­że­li ist­nie­je naj­star­szy za­wód świa­ta – aku­rat w kwe­stii jego ist­nie­nia nie­do­wiar­ków bra­ku­je – to jego hi­sto­ria bę­dzie rów­nież hi­sto­rią ludz­ko­ści. Praw­da, że jed­no­stron­ną; praw­da, że nie­wy­czer­pu­ją­cą. Ale cie­ka­wą.

ROZDZIAŁ IJuż starożytni…

Nie wia­do­mo skąd się wzię­ła ta nie­zno­śna ma­nie­ra wy­kła­du, aby za­czy­nać sło­wa­mi: „już sta­ro­żyt­ni Rzy­mia­nie” czy też: „już sta­ro­żyt­ni Gre­cy”. Wi­docz­nie chce­my wte­dy sku­lić się i przy­tu­lić do ko­leb­ki na­szej kul­tu­ry. Pójdź­my za­tem i my dro­gą, któ­rą drep­ta­ło już wie­lu przed nami.

Sta­ro­żyt­ni urzą­dzi­li swój świat z mnó­stwem bo­gów i bo­giń oraz z po­waż­nym stop­niem in­ge­ren­cji miesz­kań­ców Olim­pu w ży­cie śmier­tel­ni­ków. In­te­re­su­ją­cym nas za­wo­dem opie­ko­wa­ła się oczy­wi­ście Afro­dy­ta, bo­gi­ni mi­ło­ści – nic to, że płat­nej. Po­cząt­ko­wo mie­li­śmy do czy­nie­nia z pro­sty­tu­cją świą­tyn­ną, sa­kral­ną. Ka­płan­ki w za­mian za dat­ki dla bo­gi­ni ob­da­rza­ły dar­czyń­ców swy­mi wzglę­da­mi. W Ba­bi­lo­nii, prócz spe­cjal­nej ka­sty ka­pła­nek – pro­sty­tu­tek sa­kral­nych, ist­nia­ła jed­no­ra­zo­wa pro­sty­tu­cja sa­kral­na obej­mu­ją­ca ogół ko­biet. Tak świad­czy o tym He­ro­dot: „Każ­da nie­wia­sta musi w tym kra­ju raz w ży­ciu usiąść w świą­ty­ni My­lit­ty i od­dać się ja­kie­muś cu­dzo­ziem­co­wi. […] Je­że­li nie­wia­sta raz tam usią­dzie, nie może wró­cić do domu, aż ja­kiś cu­dzo­zie­miec rzu­ci jej na łono srebr­ną mo­ne­tę i poza świą­ty­nią cie­le­śnie się z nią po­łą­czy. […] Po od­da­niu się i speł­nie­niu świę­te­go obo­wiąz­ku wo­bec bo­gi­ni wra­ca do domu i od tej chwi­li, choć­byś jej nie wiem ile da­wał, nie po­sią­dziesz jej”1.

W Gre­cji jed­nak, zbie­giem po­stę­pów cy­wi­li­za­cji, świad­cze­nia te się ze­świec­czy­ły. W Ate­nach tego typu punk­ty uży­tecz­no­ści wpro­wa­dził So­lon w 594 roku p.n.e. pen­sjo­na­riusz­ki lu­pa­na­rów re­kru­to­wa­ły się z nie­wol­nic, ku­po­wa­nych i utrzy­my­wa­nych kosz­tem rzą­do­wym. Obo­wiąz­kiem tak sko­sza­ro­wa­nej nie­wol­ni­cy było ob­da­rza­nie roz­ko­szą każ­de­go, kto po­sia­dał zdol­ność płat­ni­czą jed­ne­go obo­la. Nie­zo­rien­to­wa­nym w ów­cze­snych kur­sach wa­lut przy­po­mi­na­my, że tyle brał nie­ja­ki Cha­ron za prze­wie­zie­nie przez rze­kę Styks (zni­żek i tań­szych bi­le­tów al­ler et re­to­ur nie prze­wi­dy­wa­no). Na cze­le ta­kiej in­sty­tu­cji usłu­go­wej sta­ła go­spo­dy­ni, któ­ra otrzy­my­wa­ła od władz mu­ni­cy­pal­nych kon­ce­sję. Do­ty­czy­ła ona wa­run­ków ze­zwo­le­nia, a w tym, przede wszyst­kim, po­dat­ków. I tu do­cho­dzi­my do kwe­stii pie­nię­dzy. Nie w tym zna­cze­niu, że udzie­la­ją­ce świad­cze­nia amo­rycz­ne pa­nien­ki po­bie­ra­ły za to opła­tę, ale że same (lub in­sty­tu­cje, któ­re je zrze­sza­ły) były ce­nio­ny­mi płat­ni­ka­mi. Wkład ich w ogól­ny sys­tem eko­no­micz­ny mu­siał być znacz­ny. Gdy­by sta­ro­żyt­ni po­słu­gi­wa­li się ję­zy­kiem an­giel­skim, to za­miast: pe­cu­nia non olet, mó­wi­li­by za­pew­ne: the­re is no bus­si­nes like a sex bu­si­ness2.

Miesz­kan­ki tych za­kła­dów usłu­go­wych były wła­ści­wie izo­lo­wa­ne od resz­ty spo­łe­czeń­stwa i za­bra­nia­no im opusz­cza­nia warsz­ta­tu pra­cy. W wy­jąt­ko­wych wy­pad­kach wol­no im było wyjść na uli­cę, lecz wów­czas mu­sia­ły no­sić od­po­wied­ni ko­stium od­róż­nia­ją­cy od zwy­kłych odzień. Ubiór miał bo­wiem wte­dy cha­rak­ter zna­czą­cy i in­for­mo­wał o po­zy­cji no­si­ciel­ki: in­a­czej ubie­ra­ła się mę­żat­ka, in­a­czej pan­na, jesz­cze in­a­czej pa­nien­ka, od któ­rej – uiściw­szy za­pła­tę – moż­na się było spo­dzie­wać świad­czeń ero­tycz­nych. Po­zwa­la­ło to uni­kać nie­przy­jem­nych po­my­łek i szko­dli­wych nie­spo­dzia­nek. To z jed­nej stro­ny. Z dru­giej zaś w mocy po­zo­sta­je praw­da, że to­wa­ru ja­koś nie­za­re­kla­mo­wa­ne­go sprze­dać nie spo­sób. W spra­wie tej na­le­ży przy­to­czyć jesz­cze je­den trik, do któ­re­go ucie­ka­ły się pro­fe­sjo­na­list­ki. Otóż na po­de­szwach swych san­da­łów chy­tre te pa­nien­ki ryły ne­ga­tyw na­pi­su: „pójdź za mną”. W pyle grec­kich dróg po­zo­sta­wał więc od­ci­śnię­ty ów za­chę­ca­ją­cy anons. Łą­czy­ły za­tem prze­myśl­ne Gre­czyn­ki spa­cer dla zdro­wia ze swo­istą ak­cją pro­mo­cyj­ną.

Za­ry­so­wał się też w Gre­cji dy­le­mat, przed któ­rym sta­wać bę­dzie ten naj­star­szy fach jesz­cze po wie­lo­kroć i któ­ry do tej pory nie zo­stał roz­wią­za­ny. Czy usłu­gi sek­su­al­ne świad­czyć in­dy­wi­du­al­nie, na uli­cy? Czy też w wy­spe­cja­li­zo­wa­nych i spe­cjal­nie do tego celu prze­zna­czo­nych miej­scach? Oba roz­wią­za­nia mają swo­je do­bre stro­ny, obu nie bra­ku­je też ciem­nych (przyj­dzie nam jesz­cze nie­raz zda­wać z tego spra­wę). Gre­kom nie uda­ło się utrzy­mać prze­my­słu ero­tycz­ne­go tyl­ko w do­mach, tym bar­dziej że usłu­gi mi­ło­sne świad­czy­ły też fle­cist­ki i śpie­wacz­ki. Mia­sta le­żą­ce na prze­cię­ciu szla­ków ko­mu­ni­ka­cyj­nych zna­ne były z wy­so­kie­go po­zio­mu i róż­no­rod­no­ści po­da­ży słu­żek Afro­dy­ty. Przy­kła­dem Ko­rynt, któ­re­go miesz­kan­ki sta­ły się sy­no­ni­mem pro­sty­tut­ki. Ofer­ta usłu­go­wa tego po­lis mu­sia­ła być nie­sły­cha­nie zróż­ni­co­wa­na: zna­la­zło się tam bo­wiem i coś dla ubo­gie­go acz spra­gnio­ne­go że­gla­rza, i coś dla praw­dzi­we­go i praw­dzi­wie na­dzia­ne­go ko­ne­se­ra. De­mo­ste­nes utrzy­mu­je, że cena nocy spę­dzo­nej z Lais (młod­szą – bo były dwie sław­ne ko­rync­kie mi­ło­śni­ce o tym imie­niu) wy­no­si­ła 10 000 drachm at­tyc­kich. De­mo­ste­nes za­pew­ne prze­sa­dził, gdyż od jej star­szej imien­nicz­ki po­bie­rał świad­cze­nia dar­mo (w ra­mach spe­cjal­ne­go ro­dza­ju me­ce­na­tu ar­ty­stycz­ne­go). Za­in­te­re­so­wa­ny był za­tem w win­do­wa­niu w górę cen­ni­ka – nic go to nie kosz­to­wa­ło, a pod­no­si­ło jego war­tość. Jemu też przy­pi­sy­wa­ne jest zda­nie: „Mamy utrzy­man­ki dla roz­ko­szy, na­łoż­ni­ce jako sta­łe na­sze oto­cze­nie, a żony, by ro­dzi­ły nam pra­we dzie­ci i były nam wier­ny­mi go­spo­dy­nia­mi”. Do­sko­na­łość w za­wo­dzie nie za­wsze po­pła­ca. Lais młod­sza po wy­jeź­dzie do Te­sa­lii zo­sta­ła za­kłu­ta szpil­ka­mi do wło­sów. I to gdzie! W świą­ty­ni Afro­dy­ty. Zdol­nych nisz­czą, za­wsze i wszę­dzie, a jej śmierć nosi wszel­kie ce­chy od­da­nia ży­cia na oł­ta­rzu za­wo­du.

Do obu pań Lais na­le­ży do­łą­czyć ich ry­wal­kę Fry­ne. Dziw­ne to zresz­tą imię dla ko­bie­ty uwa­ża­nej za naj­pięk­niej­szą: fry­ne zna­czy tyle co „żaba”3. ta przy­jaź­ni­ła się z rzeź­bia­rzem prak­sy­te­le­sem. Spo­śród lu­dzi naj­bar­dziej za­wist­ne by­wa­ją żony. One mu­sia­ły się zaj­mo­wać do­mo­wym ogni­skiem. Nie na­le­ży za­po­mi­nać, że sło­wa:  d o m o w e   o g n i s k o da­le­kie były od me­ta­fo­ry. Bliż­sze zaś kop­cą­ce­mu i okop­co­ne­mu miej­scu mię­dzy ka­mie­nia­mi. Nie lu­bi­ły one, owe czar­ne od sa­dzy żony, gdy kto umy­ty prze­cha­dzał się po ago­rze, spo­ty­kał się z cie­ka­wy­mi ludź­mi, był ad­o­ro­wa­ny przez wspa­nia­łych męż­czyzn. Oskar­ży­ły więc Fry­ne o ob­ra­zę bo­ską. Nie było to lek­kie oskar­że­nie. Dzię­ki ta­kie­mu wła­śnie – przy­po­mnij­my – So­kra­tes był zmu­szo­ny wy­pić cy­ku­tę. Spra­wa – jak to przed try­bu­na­łem – to­czy­ła się ze zmien­nym szczę­ściem. Obroń­ca – me­ce­nas Hy­pe­rej­des – czu­jąc, że po­zy­cja Fry­ne słab­nie, wziął się na spo­sób. Po­tar­gał na niej sza­ty i de­mon­stru­jąc na­gość, za­wo­łał: „Czy ta­kie pięk­no mo­gło ob­ra­zić w czymś bo­gów?” Skład sę­dziow­ski – a w on czas orze­ka­li tyl­ko męż­czyź­ni – dłu­go kon­tem­plo­wa­li wdzię­ki Fry­ne. Po wni­kli­wym roz­wa­że­niu oka­za­ne­go ma­te­ria­łu do­wo­do­we­go oskar­że­nie zo­sta­ło od­da­lo­ne4. Fry­ne ucho­dzi­ła za naj­pięk­niej­szą ko­bie­tę swo­ich cza­sów. Słu­ży­ła też swe­mu przy­ja­cie­lo­wi jako mo­del­ka, a rzeź­by Prak­sy­te­le­sa ucho­dzi­ły za wzór, za ide­ał grec­kiej ko­bie­cej uro­dy. Wszyst­ko jed­nak, nim sta­nie się ide­ałem, bywa ory­gi­na­łem. Przy­kła­dem Fry­ne.

Do­cho­dzi­my tu do zja­wi­ska, któ­re­mu na imię:  h e t e r a. W pol­sz­czyź­nie to sło­wo ozna­cza szcze­gól­nie brzyd­kie, zło­śli­we i nie­zno­śne bab­sko. W świe­cie an­tycz­nym he­te­ra była tego za­prze­cze­niem. Mu­sia­ła być pięk­na i spraw­na nie tyl­ko ni­żej pasa, ale i wy­żej szyi. Nie cho­dzi tu o usta, lecz o zwo­je mó­zgo­we. Ta­kie po­łą­cze­nie ta­len­tów in­te­lek­tu­al­nych i uzdol­nień łóż­ko­wych bywa nie­zmier­nie rzad­kie. Nic dziw­ne­go, że było war­te ma­ją­tek. I nic też dziw­ne­go, że tyl­ko wiel­cy mo­gli so­bie na nie po­zwo­lić. Tais była to­wa­rzysz­ką i przy­ja­ciół­ką Alek­san­dra Wiel­kie­go, a po jego śmier­ci Pto­lo­me­usza I So­te­ra. Wspo­mi­na­my tu Tais ateń­ską, a nie jej alek­san­dryj­ską imien­nicz­kę i ko­le­żan­kę. Tę ostat­nią miał na­wró­cić pu­stel­nik Paf­nu­cy. Na­wró­cić w po­dwój­nym zna­cze­niu tego sło­wa. Po pierw­sze, zmie­ni­ła re­li­gię. Po dru­gie zaś, zmie­ni­ła za­wód, znisz­czy­ła klej­no­ty i za­mknę­ła się w klasz­to­rze. Zmie­nia­nie za­wo­du zbyt póź­no i zbyt ra­dy­kal­nie nie jest zdro­we. Tais umie­ra po trzech la­tach. Pew­nie po to, aby po pięt­na­stu stu­le­ciach Ana­tol Fran­ce za­ro­bił, pi­sząc o niej książ­kę, a Ju­les Mas­se­net ope­rę.

Aspa­zja na­to­miast była przy­ja­ciół­ką Pe­ry­kle­sa. Gdy ten umarł, wy­gło­si­ła tak zna­ko­mi­tą mowę po­grze­bo­wą, że sta­ła się dzię­ki temu sław­na. So­kra­tes czę­sto przy­pro­wa­dzał uczniów, aby po­słu­cha­li Aspa­zji – tak wy­so­ko ce­nił jej in­te­lekt. Epo­ka pe­ry­klej­ska to naj­świet­niej­szy okres hi­sto­rii Gre­cji. Je­że­li Pe­ry­kles był gło­wą Aten, to Aspa­zja była szy­ją, któ­ra tą gło­wą krę­ci­ła.

Krę­ci­ła nie tyl­ko gło­wą Aten. Krę­ci­ła też za­ło­żo­nym przez sie­bie Gy­na­ceum – dziś po­wie­dzie­li­by­śmy – za­sad­ni­czą szko­łą za­wo­do­wą dla he­ter. Nie prze­cho­wa­ły się pro­gra­my na­ucza­nia i nie je­ste­śmy w sta­nie od­po­wie­dzieć na (in­te­re­su­ją­ce ską­di­nąd) py­ta­nia: ile cza­su po­świę­ca­no na na­ukę ma­te­ria­ło­znaw­stwa i przed­mio­tów tech­nicz­nych, ile zaś na przed­mio­ty ogól­no­kształ­cą­ce. Stu­le­cie wcze­śniej po­dob­ną in­sty­tu­cję edu­ka­cyj­ną pro­wa­dzi­ła na wy­spie Les­bos nie­ja­ka Sa­fo­na. Jak twier­dzi Paul Frie­drich, wy­kła­da­no tam na­stę­pu­ją­ce przed­mio­ty: róż­no­rod­ne po­zy­cje i za­cho­wa­nia mi­ło­sne, sty­le śpie­wu i tań­ca, wie­dzę na te­mat afro­dy­zja­ków (tak na­po­jów, jak i po­traw), sztu­kę re­cy­to­wa­nia i ukła­da­nia po­ezji (szcze­gól­nie ga­tun­ków bie­siad­nych)5. Do do­sko­na­ło­ści za­wo­do­wej pro­wa­dzą za­wsze dwie dro­gi: po pierw­sze ta­lent, a po dru­gie so­lid­ne wy­kształ­ce­nie. Gy­na­cea da­wa­ły to dru­gie, nie eli­mi­nu­jąc pierw­sze­go.

Pa­nie te ro­zu­mia­ły do­sko­na­le, że w dro­dze do za­wo­do­wej do­sko­na­ło­ści waż­na jest kon­ku­ren­cja. Urzą­dza­ły so­bie za­wo­dy bę­dą­ce od­po­wied­ni­ka­mi dzi­siej­szych kon­kur­sów pięk­no­ści. Z jed­ne­go ta­kie­go tur­nie­ju, na naj­pięk­niej­sze po­ślad­ki, zda­je spra­wę Al­ki­fron w Li­stach he­ter: „I pierw­sza Myr­ri­na, roz­wią­zaw­szy pa­sek – bie­li­znę mia­ła je­dwab­ną – za­ko­ły­sa­ła prze­świe­ca­ją­cy­mi przez nią bio­dra­mi, któ­re drża­ły jak zsia­dłe mle­ko, a pa­trzy­ła przy tym w tył na ru­chy swej pup­ki. Lek­ko jak w grze mi­ło­snej wes­tchnę­ła tak, że, na Afro­dy­tę, zmie­sza­łam się. Try­al­lis też nie za­wio­dła, po­bi­ła ją w bez­wsty­dzie: «Nie po­dej­mę współ­za­wod­nic­twa w szat­kach na­wet tak prze­zro­czy­stych, bez miz­drze­nia się, niech bę­dzie tak jak na za­wo­dach. Za­pa­sy nie lu­bią osło­nek». Zrzu­ci­ła chi­to­nik i prze­giąw­szy się nie­co w bio­drach, po­wia­da: «Patrz, obej­rzyj so­bie tę bar­wę, Myr­ri­no, jak nie­ska­zi­tel­na, jak bez plam­ki, patrz na ró­żo­wo­ści bio­der tu­taj, na przej­ście ku udom, ani za tłu­ste, ani za chu­de, na do­łecz­ki na wzgór­kach. Na Zeu­sa, nie trzę­są się jak u Myr­ri­ny» – uśmiech­nę­ła się fi­glar­nie i za­krę­ci­ła pup­ką tak, że ruch drga­nia­mi prze­biegł po­wy­żej bio­der.”6

Wy­da­je się, że w Gre­cji na­stą­pi­ła de­sa­kra­li­za­cja za­wo­du. Na­stą­pi­ła też spe­cja­li­za­cja. Za­ry­so­wa­ły się tak­że pro­ble­my, któ­re od­ci­sną się pięt­nem na ca­łym tym okre­sie, któ­ry dzie­li owe cza­sy od współ­cze­sno­ści.

ROZDZIAŁ IIKonduita ab urbe condita

Sta­ro­żyt­ny Rzym prze­jął grec­kie wzo­ry za­cho­wań, bo­gów i ich oby­cza­je. Bo­go­wie byli tak samo kłó­tli­wi i chu­tli­wi jak lu­dzie. Co za świń­stwa wy­ra­biał Dzeus (po ła­ci­nie Ju­pi­ter) z Da­nae, Ledą i wie­lo­ma in­ny­mi bo­gi­nia­mi i śmier­tel­ny­mi, wstyd na­wet wspo­mi­nać. Roma – wiel­ka, dwu­ipół­mi­lio­no­wa me­tro­po­lia – mu­sia­ła wyjść z po­da­żą i kre­ować po­pyt na usłu­gi mi­ło­snej na­tu­ry. Po­pyt z po­da­żą (tak uczy nas eko­no­mia) spo­ty­ka­ją się na ryn­ku. W tym wy­pad­ku było to Fo­rum Ro­ma­num.

Rzy­mia­nie za­sły­nę­li w świe­cie z wie­lu po­wo­dów. Z rzym­skich cyfr i siły le­gio­nów. Ze zna­ko­mi­te­go sys­te­mu dróg i rów­nie do­bre­go akwe­duk­tów. z za­mi­ło­wa­nia do roz­ry­wek cyr­ko­wych i kary ukrzy­żo­wa­nia (któ­ra, chcąc nie chcąc, sta­ła się sym­bo­lem męki i od­ku­pie­nia). Nade wszyst­ko za­sły­nę­li ze sta­no­wie­nia i sto­so­wa­nia pra­wa. Zmo­rą stu­den­tów, mło­dych adep­tów Te­mi­dy jest – i dłu­go jesz­cze po­zo­sta­nie – pra­wo rzym­skie. To je­den z fi­la­rów na­szej cy­wi­li­za­cji. Dało ono pod­wa­li­ny pod no­wo­cze­sne sys­te­my praw­ne. Pra­wo jest wte­dy uży­tecz­ne, gdy re­gu­lu­je wszyst­kie sto­sun­ki mię­dzy­ludz­kie. W tym i te sek­su­al­ne. Rzy­mia­ni­no­wi obce było po­ję­cie du­szy. Dla nie­go lu­dzie byli tyl­ko pod­mio­ta­mi i przed­mio­ta­mi sto­sun­ków praw­nych. Zo­bacz­my za­tem, jak, z praw­ne­go punk­tu wi­dze­nia, wy­glą­da ta in­te­re­su­ją­ca pro­fe­sja.

Po­cząt­ko­wo po­tom­ko­wie Ro­mu­lu­sa i Re­mu­sa za­cho­wy­wa­li su­ro­we oby­cza­je. Prze­ję­li po Etru­skach po­ję­cie mo­no­ga­micz­nej ro­dzi­ny i cześć dla ko­bie­ty. Wy­stęp­ki prze­ciw tej czci ka­ra­ne były nie­jed­no­krot­nie śmier­cią. Kult bo­gi­ni czy­sto­ści i opie­kun­ki do­mo­we­go ogni­ska, We­sty, był wy­ra­zem za­sad wcze­sno­rzym­skich. Numa Pom­pi­liusz pra­gnął, aby wszyst­kie Rzy­mian­ki, nim wej­dą w zwią­zek mał­żeń­ski, były jej ka­płan­ka­mi.

Roz­wój cy­wi­li­za­cji, otwar­cie się na świat ła­go­dzi na­wet su­ro­we oby­cza­je. Wiel­ka aglo­me­ra­cja ma swo­je pra­wa. Tym pra­wem za­ję­li się spe­cja­li­ści. Po­ję­cie pro­sty­tu­cji okre­śla do­pie­ro Lex Ju­lia za pa­no­wa­nia ce­sa­rza Au­gu­sta. Już póź­niej­sza ju­ry­spru­den­cja rzym­ska zaj­mu­je się tym pro­ble­mem rów­no­praw­nie z in­ny­mi za­gad­nie­nia­mi pań­stwo­wy­mi i spo­łecz­ny­mi. Go­dzi się w tym miej­scu wspo­mnieć, że sło­wo pro­sty­tu­cja jest wła­śnie ła­ciń­skie­go po­cho­dze­nia. Po­cho­dzi od cza­sow­ni­ka: pro­sti­tuo, -ere, co zna­czy mniej wię­cej tyle co: „wy­sta­wiać się na sprze­daż”. Za­wdzię­cza­my praw­ni­kom z La­tium nie tyl­ko de­fi­ni­cję, ale i na­zwę tego, co de­fi­nio­wa­ne. I tak w Di­ge­stach czy­ta­my: Pa­lam au­tem, sic ac­ci­pi­nis, pas­sim, hoc est sine de­lec­tu, non si qua adul­te­ris vel stu­pra­to­ri­bus se com­mit­tit, sed quae vi­cem pro­sti­tu­tae su­sti­net7. Zda­niem jed­ne­go ze zna­ko­mit­szych praw­ni­ków II wie­ku p.n.e – Ulpia­na „nie­rząd­ni­cą jest nie tyl­ko ta ko­bie­ta, któ­ra upra­wia swój za­wód w lu­pa­na­rze, lecz i ta, któ­ra w kra­mie han­dlo­wym lub gdzie­kol­wiek god­no­ści swej by nie sza­no­wa­ła”. Uczo­ny ten praw­nik pod­niósł kwe­stię od­da­wa­nia się pierw­sze­mu lep­sze­mu męż­czyź­nie i to za za­pła­tą (sine de­lec­tu, pe­cu­nia ac­cep­ta). Inne szko­ły praw­ni­cze roz­cią­ga­ły to po­ję­cie na bez­in­te­re­sow­nie, choć roz­rzut­nie da­rzą­ce wzglę­da­mi damy. Przy­po­mi­na się sta­ra aneg­dot­ka, że róż­ni­ca mię­dzy dziw­ką i kur­wą jest taka, że pierw­sze to za­wód, dru­gie to cha­rak­ter. Za roz­strzy­gnię­ciem na ko­rzyść szko­ły Ulpia­na prze­ma­wia­ły nie tyl­ko wzglę­dy mo­ral­ne. Prze­mó­wił – a do prak­tycz­nych Rzy­mian mó­wił moc­nym gło­sem – wzgląd fi­nan­so­wy. Od pro­sty­tu­tek ścią­ga­no bez­po­śred­ni po­da­tek oso­bi­sto-do­cho­do­wy. Spra­wy bez­in­te­re­sow­nej szczo­dro­ści w spra­wach sek­su nie mia­ły żad­ne­go fi­skal­ne­go zna­cze­nia.

Pro­sty­tut­ki były nie tyle wy­ję­te spod pra­wa, ile pod­da­ne spe­cjal­nym pra­wom. Od­da­ne zo­sta­ły bo­wiem pod pie­czę edy­li. Ci usta­no­wie­ni w roku 260 p.n.e. urzęd­ni­cy mu­ni­cy­pal­ni mie­li za za­da­nie wy­zna­czać miej­sca dla pro­ce­de­ru, czu­wać nad spo­ko­jem w lu­pa­na­rach. Edyl dbał o to, by każ­da pra­cow­ni­ca sek­to­ra usług sek­su­al­nych pła­ci­ła sto­sow­ne po­dat­ki. Taki urząd skar­bo­wy słu­żył też ce­lom ewi­den­cji lud­no­ści. Pa­nie pra­cu­ją­ce w amo­rycz­nych usłu­gach po­słu­gi­wa­ły się w ży­ciu co­dzien­nym pseu­do­ni­ma­mi, praw­dzi­we ich imię i ro­do­wód zaś znał tyl­ko edyl. Był to pier­wo­wzór, o dwa mi­le­nia póź­niej­szych, „czar­nych ksią­że­czek”. Pro­sty­tu­cję taj­ną ka­ra­no su­ro­wy­mi ka­ra­mi bądź wy­pę­dza­no za mia­sto. Nie uwa­ża­no tego za wy­kro­cze­nie prze­ciw mo­ral­nym ko­dek­som, lecz za na­ru­sze­nie usta­wy skar­bo­wej. Li­cen­cjo­no­wa­ny pro­ce­der na­to­miast kwitł w naj­lep­sze.

Za cza­sów Re­pu­bli­ki za­pi­sa­nie do re­je­stru uwa­ża­no za hań­bią­ce. Pro­sty­tu­cja zresz­tą nie była uwa­ża­na za wsty­dli­wą, ot, pra­ca dla dziew­czy­ny jak każ­da inna. Póź­niej, za ce­sar­stwa, o li­cen­tiam stur­pi ubie­ga­ły się oby­wa­tel­ki Rzy­mu. Wie­le roz­ryw­ko­wych i nie­kul­ty­wu­ją­cych nad­mier­nie cno­ty wier­no­ści mę­ża­tek za­cią­ga­ło się „na ochot­ni­ka” do re­je­stru, co po­zwa­la­ło unik­nąć kar za wia­ro­łom­stwo bez re­zy­gno­wa­nia z we­so­łe­go sty­lu ży­cia. Pod­nio­sło to zde­cy­do­wa­nie pre­stiż za­wo­du. Przed­tem prze­pi­sy edyl­skie na­ka­zy­wa­ły no­sić spe­cjal­ny rzu­ca­ją­cy się w oczy ubiór: czer­wo­ne bu­ci­ki, pe­ru­ki blond oraz cze­pek. Te­raz już moż­na się było po­ka­zać w naj­pięk­niej­szym ubra­niu i naj­lep­szym to­wa­rzy­stwie.

Naj­lep­sze zna­czy­ło tyle, co ce­sar­skie. Nie tyl­ko cho­dzi o to, że ce­sa­rze ota­cza­li się spe­cja­list­ka­mi. Ka­li­gu­la czy Ty­be­riusz, Do­mi­cjan czy Ne­ron, czy choć­by He­lio­ga­bal ota­cza­li się ca­ły­mi wień­ca­mi wy­kwa­li­fi­ko­wa­nych eks­per­tek. Taki Kom­mo­dus trzy­mał stad­ko 300 pa­nie­nek (nie był to by­najm­niej mę­ski szo­wi­ni­sta, bo chłop­ców trzy­mał tyle samo)8. Cho­dzi­ło bar­dziej o ce­sa­rzo­we. Wa­le­ria Mes­sa­li­na, trze­cia żona Klau­diu­sza, była roz­rzut­na, je­śli cho­dzi o wdzię­ki na dwo­rze, ale nie gar­dzi­ła też za­rob­kiem w lu­pa­na­rach Sub­u­ry. Od jej imie­nia po­cho­dzi sy­no­nim roz­pu­sty i wy­uz­da­nia. Od­daj­my głos w tej spra­wie De­ci­mu­so­wi Ju­ni­so­wi Ju­ve­na­li­so­wi:

Gdy wy­czu­ła żona, że bez­tro­ski

Mąż usnął, opusz­cza­ła łoże w Pa­la­ty­nie,

Szła pod strze­chę, łeb kry­jąc chu­s­tecz­ką je­dy­nie.

Za­cna me­tre­sa, przy niej zaś jed­na słu­żą­ca.

Lecz czar­ny włos pe­ru­ka kry­ła ru­dzie­ją­ca,

We­szła do lu­pa­na­ru, w kiec­kę przy­odzia­na,

Do pu­stej swej ka­bi­ny: sta­ła ro­ze­bra­na,

Pierś w zło­cie, i pod na­zwą Li­kir­ki zmy­ślo­ną

Ob­na­ża­ła swe, za­cny Bry­ta­ni­ku, łono.

Przy­ję­ła tych, co we­szli, i wzię­ła za­pła­tę.

Kie­dy raj­fur roz­pusz­czał dziew­ki, swą kom­na­tę

Opusz­cza, smut­na; klucz choć ostat­nia ob­ró­ci,

Jesz­cze pło­nąc pra­gnie­niem nie­roz­grza­nej chu­ci.

I od­cho­dzi bez­sil­na, lecz nie­na­sy­co­na,

Ze szpet­nym li­cem, dy­mem lam­py okop­co­na,

Prze­no­sząc lu­pa­na­ru smród w do­mo­we łoże”9.

Ju­lia, cór­ka ce­sa­rza Au­gu­sta, mia­ła zwy­czaj wy­cho­dzić na uli­ce, by tam po­lo­wać na ko­chan­ków. Teo­do­ra, żona Ju­sty­nia­na I Wiel­kie­go, lu­bi­ła pono za­ba­wiać się w cią­gu jed­nej nocy (jako świad­czy moc­no jej nie­chęt­ny Pro­ko­piusz z Ce­za­rei – w swej Hi­sto­rii se­kret­nej)10 z trzy­dzie­sto­ma mło­dzień­ca­mi. Taka już pra­wi­dło­wość, że zna­cze­nie za­wo­du ro­śnie, gdy grze­je się on w bla­sku wła­dzy.

Ale nie pi­sze­my tu hi­sto­rii po­li­tycz­nej. Pi­sze­my hi­sto­rię adep­tek We­ne­ry, któ­ra to wła­śnie obej­mo­wa­ła opie­ką in­te­re­su­ją­cy nas za­wód. Jak twier­dzi Bar­ba­ra Wal­ker, świą­ty­nie We­nus były „szko­ła­mi na­ucza­ją­cy­mi tech­nik sek­su­al­nych pod kie­run­kiem ve­ne­rii, nie­rząd­nic-ka­pła­nek, któ­re wy­kła­da­ły ero­tycz­no-du­cho­wą me­to­dę zbli­żo­ną do hin­du­skie­go tan­try­zmu”. I choć ta­kie au­to­ry­te­ty jak Hen­ri­qu­es twier­dzą, iż nie było roz­wo­ju form pro­sty­tu­cji re­li­gij­nej, ist­nie­ją do­wo­dy, że pro­sty­tut­ki od­gry­wa­ły znacz­ną rolę w róż­nych ob­rzę­dach re­li­gij­nych. Ve­nus Vol­gi­va­va (We­nus Ulicz­ni­ca) było jed­nym z imion nada­nych bo­gi­ni w aspek­cie sek­su­al­no-za-wo­do­wym; pro­sty­tut­ki płci oboj­ga ob­cho­dzi­ły co­rocz­nie jej świę­to 23 kwiet­nia. Bo­gi­ni zna­na jako For­tu­na Vi­ri­lis czczo­na była przez rzym­skie ple­be­jusz­ki, a jej ad­o­ra­cja mia­ła miej­sce w mę­skich łaź­niach zna­nych jako miej­sca roz­pu­sty. 28 kwiet­nia roz­po­czy­na­ło się też inne świę­to pro­sty­tu­tek, przy ży­wio­ło­wym współ­udzia­le pu­blicz­no­ści, na któ­re skła­dał się ciąg za­baw. Urzą­dza­no je w hoł­dzie dla bo­gi­ni Flo­ry, le­gen­dar­nej nie­rząd­ni­cy, któ­ra pro­fi­ty ze swe­go pro­ce­de­ru prze­ka­za­ła uko­cha­ne­mu Rzy­mo­wi. Zwień­cze­nie ce­re­mo­nii na­stę­po­wa­ło 3 maja w Cyr­ku, gdzie licz­nie ze­bra­ne pro­sty­tut­ki roz­bie­ra­ły się i tań­czy­ły, do­pro­wa­dza­jąc do eks­ta­zy mło­dych męż­czyzn, któ­rzy gre­mial­nie wpa­da­li na are­nę i tam wspól­nie od­da­wa­li się ucie­chom go­rą­co okla­ski­wa­ni przez zgro­ma­dzo­ny tłum”11.Ta­kie były za­ba­wy, świę­ta w one lata. I ta­kie też po­cząt­ki live show.

Przyj­rzyj­my się, jak zbu­do­wa­ne i jak zróż­ni­co­wa­ne było śro­do­wi­sko wy­rob­nic amo­rycz­nych. Pod­sta­wo­wy po­dział to ten na ob­ję­te re­je­stra­cją edy­la: me­tri­ces, i te, któ­re re­je­stra­cji umknę­ły: post­ibu­lae. Po­dział ten nie na­kła­dał się na spo­łecz­ne hie­rar­chie. Nie­któ­re siły za­wo­do­we z klas wyż­szych były wyż­sze też nad wy­móg re­je­stra­cji. W re­je­stry nie były uję­te rów­nież ar­tyst­ki – adept­ki Mel­po­me­ny, Po­li­hym­nii czy Terp­sy­cho­ry, któ­re oka­zy­wa­ły się też służ­ka­mi We­nus – do­ra­bia­ły so­bie bo­wiem „na boku”. Nie pierw­szy to (i nie ostat­ni) zwią­zek świą­tyń sztu­ki ze świą­ty­nia­mi mi­ło­ści. Z ta­ki­mi zja­wi­ska­mi spo­ty­ka­li­śmy się już w Gre­cji, aiw przy­szło­ści nie­raz przyj­dzie nam się spo­ty­kać. Te z klas naj­niż­szych (ulicz­ni­ce i ko­bie­ty z za­kła­dów) na­to­miast też nie za­wra­ca­ły so­bie tym gło­wy. Rzym to było duże mia­sto, a sys­tem po­li­cyj­ny był sła­by i mało efek­tyw­ny. Był też (co też nie­raz w przy­szło­ści od­no­tu­je­my) prze­kup­ny. Pie­nią­dze, za­miast wpły­wać do kas mu­ni­cy­pal­nych, to­nę­ły w sa­kwach sług miej­skich.

Tak więc po uli­cach Wiecz­ne­go Mia­sta prze­cha­dza­ły się, mro­wi­ły for­mi­cae (mró­wecz­ki). An­giel­skie słów­ko for­ni­ca­tion ma tu­taj po­noć swój źró­dło­słów. Jed­ne z nich kry­ły udzie­la­nie świad­czeń w cie­niu ogro­dów, in­nym wy­star­cza­ły cie­nie po­są­gów i świą­tyń, jesz­cze in­nym byle za­ło­mek muru.

Jesz­cze inne zaś pro­wa­dzi­ły dzia­łal­ność usłu­go­wą w bu­dyn­kach zwa­nych sta­bu­lae, ro­dza­ju hal nie­po­dzie­lo­nych na mniej­sze po­miesz­cze­nia. Tak więc za­spo­ka­ja­nie po­trzeb klien­tów od­by­wa­ło się „na wi­do­ku”. Jesz­cze inne wy­ko­rzy­sty­wa­ły nad­wie­szo­ne nad uli­ca­mi bal­ko­ny – per­gu­lae. Było to dość nie­bez­piecz­ne, gdyż bal­ko­ny owe lu­bi­ły się ury­wać. (Rzym wpraw­dzie sły­nął z bu­dow­li, któ­re prze­trwa­ły ty­siąc­le­cia, ale też i z ta­kich, któ­re nie mo­gły prze­trwać mie­się­cy). Naj­bar­dziej przed­się­bior­cze czar­te­ro­wa­ły rze­mieśl­ni­cze warsz­ta­ty pra­cy: pie­ka­rzy, rzeź­ni­ków czy cy­ru­li­ków, by po wy­ko­na­niu pra­cy przez wła­ści­cie­la pro­wa­dzić tam swój wła­sny pro­ce­der i in­te­res. Oto sta­ro­żyt­na wer­sja ak­cji, wi­taj dru­ga zmia­no.

Pra­ca na uli­cy była, mimo tych nie­do­god­no­ści, bar­dziej opła­cal­na niż prak­ty­ko­wa­nie w za­re­je­stro­wa­nym domu pu­blicz­nym, lu­pa­na­rze. Były dwa ro­dza­je ta­kich przy­byt­ków. W pierw­szych wła­ści­ciel leno (lena – je­że­li to była ko­bie­ta) po­sia­dał stad­ko nie­wol­nic lub wy­na­ję­tych wol­nych ko­biet, któ­re pra­co­wa­ły na nie­go. Dru­gi typ, rzad­szy, za­sa­dzał się na tym, że leno był wła­ści­cie­lem tyl­ko bu­dyn­ku, po­miesz­cze­nia zaś wy­naj­mo­wał in­dy­wi­du­al­nym wy­rob­ni­com. W ta­kim domu był oczy­wi­ście ka­sjer, vil­lu­cus, któ­ry dbał o to, żeby klient nie po­szedł do pa­nien­ki nie uiściw­szy wprzó­dy na­leż­no­ści. Byli tam rów­nież aqu­ari, mło­dzi chłop­cy, któ­rych za­da­niem było do­star­cza­nie wina i na­po­jów, a tak­że wody do my­cia (skąd też wzię­li swo­ją na­zwę). Były tak­że i an­cil­lae or­na­tri­ces – spe­cjal­ne służ­ki, któ­rych za­da­niem było do­pro­wa­dzać do po­rząd­ku dziew­czy­ny w prze­rwach mię­dzy ko­lej­ny­mi klien­ta­mi.

Tych zaś wa­bił ze­wnętrz­ny wy­strój przy­byt­ku. Ero­tycz­ne rzeź­by, mo­zai­ki i ma­lo­wi­dła wska­zy­wa­ły wy­raź­nie na cha­rak­ter usłu­gi. W nocy wszyst­ko to było rzę­si­ście oświe­tlo­ne. Re­kla­ma już wte­dy była dźwi­gnią han­dlu, na­wet kie­dy kup­czo­no cia­łem. Mało zresz­tą po­zo­sta­wio­no wy­obraź­ni klien­tów. Moż­na to obej­rzeć na pom­pe­jań­skich fre­skach. Na­wet oświe­tla­ją­ce lam­py były wy­ko­na­ne w kształ­tach fal­licz­nych i wa­gi­nal­nych. Wnę­trze było za­zwy­czaj mniej atrak­cyj­ne. Mrocz­ny ko­ry­tarz pro­wa­dził do cel mi­ło­snych. Wła­śnie cel, gdyż były to małe, źle wen­ty­lo­wa­ne i mar­nie oświe­tlo­ne ko­mó­recz­ki. Za całe ume­blo­wa­nie mia­ły lam­pę i po­sła­nie na pod­ło­dze. Na drzwiach wi­sia­ła ta­blicz­ka, na któ­rej z jed­nej stro­ny wy­pi­sa­no cenę, z dru­giej zaś na­pis: oc­cu­pa­ta. Tak jak to bywa dziś w pu­blicz­nych to­a­le­tach.

A poza mu­ra­mi tych we­so­łych, a jak­że smut­nych dom­ków wy­mień­my parę wy­spe­cja­li­zo­wa­nych grup z niż­szych re­jo­nów spo­łecz­nych, któ­re sta­no­wi­ły po­daż ero­tycz­ną Wiecz­ne­go Mia­sta. Więc były to do­ri­des, ofe­ru­ją­ce swo­je wdzię­ki, sto­jąc nago w otwar­tych drzwiach. Były też lu­pae (wil­czy­ce) wa­bią­ce klien­te­lę wil­czym wy­ciem z ciem­no­ści (nie za­po­mi­naj­my, że bliź­nia­ków za­ło­ży­cie­li mia­sta wy­kar­mi­ła wła­śnie wil­czy­ca). Były też aeli­ca­riae – ciast­ka­recz­ki łą­czą­ce za­spo­ka­ja­nie po­trzeb ero­tycz­nych ze sprze­da­żą cia­ste­czek w kształ­cie na­rzą­dów mo­czo­wo-roz­ryw­ko­wych: żeń­skich na chwa­łę We­nus i mę­skich czczą­cych boż­ka Pria­pa. Jed­ną z dziw­niej­szych ka­te­go­rii były bu­stu­ariae miesz­ka­ją­ce na cmen­ta­rzach i łą­czą­ce swój za­wód z fa­chem po­grze­bo­wej płacz­ki. Po uli­cach Romy prze­cha­dza­ły się scor­ta er­ra­ti­cae, go­to­we wyjść na­prze­ciw po­trze­bom prze­chod­niów. Na­to­miast w ta­wer­nach moż­na było spo­tkać bi­li­ti­dae, któ­re na­zwę swo­ją wzię­ły od ta­nie­go wina bi­li­tum i po­zwa­la­ły łą­czyć grzech pi­jań­stwa z grze­chem nie­czy­sto­ści. Sło­wem co­pae na­zy­wa­no po pro­stu do­ra­bia­ją­ce so­bie kel­ner­ki. Gal­li­nae (kury) na­to­miast to ta­kie, któ­re łą­czy­ły swo­ją pro­fe­sję z ra­bun­kiem. To tak­że nie ostat­ni przy­pa­dek ko­eg­zy­sten­cji pro­sty­tu­cji i prze­stęp­stwa. Fo­ra­riae to były wie­śniacz­ki, któ­re wy­cho­dzi­ły ze swo­ją ofer­tą na wiej­skie dro­gi na obrze­żach Rzy­mu. Na sa­mym dole tej za­wo­do­wej hie­rar­chii znaj­do­wa­ły się dia­bo­la­res, któ­re bra­ły tyl­ko dwa obo­le, a jesz­cze ni­żej qu­adran­ta­riae. To już było samo dno, bo ich usłu­gi były tak ta­nie, że w ogó­le nie­wy­mier­ne w wa­lu­cie12. Je­że­li tak roz­bu­do­wa­na, zło­żo­na i zróż­ni­co­wa­na jest ofer­ta dol­nej czę­ści tej gru­py za­wo­do­wej, to jak­że skom­pli­ko­wa­na mu­sia­ła być jej część gór­na. Rzy­mia­nie zna­ni byli wszak z wy­ra­fi­no­wa­nia.

Wspo­mnij­my tu tyl­ko o łaź­niach i te­atrach. Łaź­nie rzym­skie były ośrod­ka­mi ży­cia to­wa­rzy­skie­go, więc i uczu­cio­we­go. Moż­na się było tam na wie­le spo­so­bów zre­lak­so­wać. Spe­cjal­ne ka­bi­ny bu­do­wa­no dla tych, któ­rzy pra­gnę­li być wy­ma­so­wa­ni, na­masz­cza­ni won­ny­mi olej­ka­mi oraz do­stą­pić usług spe­cjal­nych. Szcze­gól­nie wy­ra­fi­no­wa­ne fel­la­tri­ces oraz mło­dzi chłop­cy, wy­szko­le­ni w ust­nej sty­mu­la­cji i za­spo­ka­ja­niu, byli w szcze­gól­nej mo­dzie. Sa­lo­ny ma­sa­żu dzi­siej­szej doby mają dłu­gą tra­dy­cję. Do łaź­ni przy­by­wa­ły też ma­tro­ny rzym­skie, więc dba­no tam i o za­pew­nie­nie usług dla dam­skiej klien­te­li.

Te­atr in­te­re­su­je nas nie tyl­ko dla­te­go, że w cie­niu jego ar­kad kwitł nie­rząd. Wy­żej pró­bo­wa­li­śmy po­ka­zać, że nie było ta­kie­go cie­nia, w któ­rym by nie kwitł. Nie in­te­re­su­je nas też ze wzglę­du na swój ba­chicz­ny, dio­ni­zyj­ski, pe­łen sek­su­al­no­ści i or­gia­stycz­nych za­cho­wań, ro­do­wód. Nie in­te­re­su­je nas rów­nież fakt (choć może po­wi­nien), że la­dacz­ni­ce są jed­ny­mi z ulu­bio­nych po­sta­ci w rzym­skich ko­me­diach Plau­ta czy Ju­we­na­la. In­te­re­su­je nas dla­te­go, że pro­sty­tut­ki były za­wo­do­wy­mi ak­tor­ka­mi i vice ver­sa. Ak­to­rzy (płci mę­skiej) byli za cza­sów rzym­skich oto­cze­ni ta­kim sa­mym uwiel­bie­niem jak dziś gwiaz­dy fil­mo­we. Uwiel­bie­nie to przy­bie­ra­ło nie­rzad­ko bar­dziej fi­zycz­ne for­my ma­rzeń ero­tycz­nych, któ­re moż­na było ku­pić. I ku­po­wa­no je. Ka­li­gu­la miał przy­go­dy z ak­to­rem Mne­ste­rem, Ne­ron z Pa­ri­sern. Sto­sun­ki ho­mo­sek­su­al­ne nie były w owym cza­sie ni­czym szcze­gól­nym, nie uwa­ża­no ich ani za de­wia­cję, ani za apo­dyk­tycz­ne opo­wie­dze­nie się po ja­kieś stro­nie ero­tycz­no­ści. Były jesz­cze jed­nym spo­so­bem re­ali­za­cji cie­le­snych po­trzeb. A sko­ro ist­nia­ły po­trze­by, to ry­nek mu­siał wyjść na­prze­ciw w ich za­spa­ka­ja­niu. Słu­dzy Mel­po­me­ny kie­ro­wa­li swą ofer­tę nie tyl­ko do pa­nów. Pa­nie też mo­gły zna­leźć coś dla sie­bie. I tak, dla przy­kła­du, ce­sarz Do­mi­cjan mu­siał się roz­wieść z żoną nie dla­te­go, że mia­ła spon­so­ro­wa­ny ro­mans z ak­to­rem, lecz dla­te­go, że re­ali­zo­wa­ła go zbyt pu­blicz­nie. Cóż, blask sła­wy – czy zwią­za­nej z wła­dzą, czy zwią­za­nej ze sztu­ką – nie zno­si cie­nia. Wszy­scy ci sprze­daj­ni ak­to­rzy za­czy­na­li na uli­cy, ale na niej nie po­zo­sta­wa­li. Dro­ga przez sce­nę i przez łóż­ko była dla nich po­żą­da­ną dro­gą ka­rie­ry.

Po­dob­ną gru­pę sprze­daj­nych ar­ty­stów sta­no­wi­ły tan­cer­ki. Te albo kształ­co­no na miej­scu, albo też im­por­to­wa­no z Sy­rii lub Hisz­pa­nii (szcze­gól­nie z Ga­des – dzi­siej­szy Ka­dyks). Ta­niec był u Rzy­mian w wiel­kiej es­ty­mie – pa­sjo­no­wa­ły się nim se­na­tor­skie rody, pa­sjo­no­wa­li nie­wol­ni­cy. Czę­ste były przy­pad­ki po­sy­ła­nia dzie­ci z klas wyż­szych do szkół tań­ca. Za­zwy­czaj tan­cer­ki (te lep­sze i zdol­niej­sze) były do­brze opła­ca­ne i nie mu­sia­ły so­bie do­ra­biać „na boku”. Gdy jed­nak de­cy­do­wa­ły się po­łą­czyć służ­bę Terp­sy­cho­rze ze służ­bą

We­ne­rze, to win­do­wa­ły się na sam szczyt za­wo­do­wej amo­rycz­nej hie­rar­chii. Zda­rza­ło się, że po­cho­dzi­ły z sza­no­wa­nych, do­brych ro­dzin, były grun­tow­nie wy­kształ­co­ne, mia­ły tyl­ko kil­ku, ale za to sta­ran­nie wy­bra­nych, spon­so­rów. Od­gry­wa­ły, jak ich grec­kie sio­strzy­ce w za­wo­dzie – he­te­ry, zna­czą­cą rolę w ży­ciu umy­sło­wym i po­li­tycz­nym Rzy­mu. Zwa­no je de­li­ca­tae lub for­mo­sae (pięk­ne), któ­re to sło­wa są sy­no­ni­ma­mi. Jed­ną z tych czu­łych i de­li­kat­nych pa­nie­nek była Cy­te­ra – eks­ak­tor­ka – któ­ra przy­jaź­ni­ła się z Bru­tu­sem, Mar­kiem An­to­niu­szem i po­etą Gal­lu­sem. Po­eci mie­li szcze­gól­ne pre­dy­lek­cje do szu­ka­nia na­tchnie­nia (bądź wy­po­czyn­ku po pro­ce­sie twór­czym) w ra­mio­nach for­mo­sae13. Ty­czy to Owi­diu­sza i Ho­ra­ce­go, Ka­tul­lu­sa i Ty­bul­lu­sa czy Pro­per­cju­sza. Po­tra­fi­li się im wy­wdzię­czyć nie tyl­ko w krusz­cu. Ho­ra­cy wzniósł Leu­ko­noe po­sąg trwal­szy od spi­żu. Po­dob­ny wzniósł Pro­per­cjusz dla Cyn­tii. Tak pi­sał Ka­tul­lus:

„O Ce­liu! Les­bia, Les­bia moja miła,

Ta Les­bia, któ­ra Ka­tul­lo­wi była

Naj­droż­szą z lu­dzi, cen­niej­sza nad ży­cie –

Na ro­gach ulic, po za­uł­kach te­raz

Wnu­ków wiel­kie­go Re­mu­sa ob­dzie­ra!”14

Owi­diusz w Ars aman­di po­trak­to­wał je ry­czał­tem. Owe, da­ją­ce na­tchnie­nie i re­laks, czu­łe i de­li­kat­ne pa­nie nie cie­szy­ły się zbyt czu­ły­mi i zbyt de­li­kat­ny­mi uczu­cia­mi u żon tych, któ­rzy czer­pa­li w ich łóż­kach in­spi­ra­cję i re­laks. Po­dob­nie ata­ko­wa­ne były ich grec­kie ko­le­żan­ki. Do­brze to wpły­wa­ło na we­wnętrz­ną so­li­dar­ność tej gru­py. Atak z ze­wnątrz (wspo­mnij­my los Lais, by prze­ko­nać się, że za­gro­że­nie było śmier­tel­nie re­al­ne) za­wsze bywa ce­men­tu­ją­cy i ni­we­lu­je, na­tu­ral­ną prze­cież, kon­ku­ren­cję. Sza­cow­ne rzym­skie ma­tro­ny od­wo­ły­wa­ły się do tra­dy­cyj­nych war­to­ści. Czu­łe pa­nien­ki – do wy­kształ­ce­nia, dow­ci­pu, uro­dy czy też do po­ję­cia wol­no­ści. An­ta­go­nizm mię­dzy tymi dwo­ma gru­pa­mi – mię­dzy straż­nicz­ka­mi do­mo­we­go ogni­ska i ko­bie­ta­mi wy­zwo­lo­ny­mi – bę­dzie się cią­gnął przez całą hi­sto­rię. Do dziś nie zo­stał roz­strzy­gnię­ty.

Tak było w Rzy­mie. Tak było też i na pro­win­cji. Mia­sta im­pe­rium były prze­cież Rzy­ma­mi w mi­nia­tu­rze. Róż­ni­ły się tyl­ko ska­lą. W tej sa­mej ska­li zmniej­sza­ne były pro­ble­my, o któ­rych wy­żej. Ob­raz sprze­daj­nej mi­ło­ści w im­pe­rium był­by jed­nak nie­peł­ny bez uwzględ­nie­nia mar­kie­ta­nek. Od Bry­ta­nii po Sy­rię, od Pon­tu po Ga­lię, od Egip­tu po Win­do­bo­nę wy­bi­ja­ły rów­ny, żoł­nier­ski rytm twar­de po­de­szwy san­da­łów le­gio­ni­stów. Le­gio­ny to była duma ce­sar­stwa i moc­ny fun­da­ment jego wła­da­nia. Były to tak­że ty­sią­ce męż­czyzn w sile wie­ku, któ­rzy przez dzie­siąt­ki lat żyli z dala od domu (je­że­li żoł­nierz w ogó­le, poza swo­ją ko­hor­tą czy cen­tu­rią, miał ja­kiś dom). Prócz sprzę­tu i żyw­no­ści, lo­gi­sty­ki do­wo­dze­nia i cią­głych ćwi­czeń po­trze­bo­wa­li ko­biet. Bez nich nie wy­trwa­li­by na wy­su­nię­tych straż­ni­cach im­pe­rium czy też pod­czas trwa­ją­cych wie­le lat kam­pa­nii. Re­kru­to­wa­ły się one naj­czę­ściej spo­śród wo­jen­nych bra­nek. Moż­na było zdo­by­te nie­wol­ni­ce od­sprze­dać (i zy­skać wy­mier­ne w pie­nią­dzu do­cho­dy) lub zo­sta­wić na wła­sne po­trze­by (i zy­skać za­spo­ko­je­nie po­trzeb nie­ma­te­rial­nych, choć nie­du­cho­wych). Obok gar­ni­zo­nów bu­do­wa­no więc dom­ki przy­po­mi­na­ją­ce naj­tań­sze i naj­bied­niej­sze przy­byt­ki rzym­skie. Za­miesz­ku­ją­ce je bie­dac­twa mu­sia­ły dzień i noc sta­rać się o ero­tycz­ne za­pew­nie­nie wo­jow­ni­kom od­po­czyn­ku. (Rzy­mia­nie uwa­ża­li, że to nie ab­sen­cja sek­su­al­na zwięk­sza agre­sję, lecz wręcz prze­ciw­nie. Wła­ści­wy sto­pień agre­sji – a to w woj­sku rzecz nie­zbęd­na – za­pew­nia re­gu­lar­ne, acz nie­zbyt czę­ste, ży­cie płcio­we. Po­dob­ną ra­cjo­nal­ność sto­so­wa­no wo­bec gla­dia­to­rów. Cie­ka­we, co na ten te­mat mówi współ­cze­sna me­dy­cy­na i czy nie wią­że tego z po­zio­mem te­sto­ste­ro­nu we krwi). Mu­sia­ły jed­nak peł­nić też inne, nie­zna­ne ich cy­wil­nym sio­strzy­com, funk­cje. Były tak­że sa­ni­ta­riusz­ka­mi, ku­char­ka­mi, sprzą­tacz­ka­mi i wy­ko­ny­wa­ły inne pra­ce do­mo­we. Je­dy­ną na­dzie­ją wy­rwa­nia się z tego krę­gu po­ni­że­nia, cho­rób, wy­czer­pa­nia tu­dzież praw­dzi­wie woj­sko­we­go okru­cień­stwa i bez­względ­no­ści było za­ku­pie­nie ta­kiej zmi­li­ta­ry­zo­wa­nej pra­cow­ni­cy sek­su na wła­sność przez ja­kie­goś wzbo­ga­co­ne­go cen­tu­rio­na, któ­ry był na tyle ka­pry­śny, że chciał mieć ko­bie­tę tyl­ko dla sie­bie. Mars miał z We­nus – jak świad­czy mi­to­lo­gia – ro­man­sik. Ro­mans bur­de­lu i ko­szar trwa do tej pory.

Tak jak do tej pory trwa­ją pro­ble­my, któ­re wzię­ły swój po­czą­tek w Rzy­mie. Przy­sło­wie mówi, że wszyst­kie dro­gi pro­wa­dzą do Rzy­mu. Są jed­nak ta­kie, któ­re się tam wła­śnie za­czy­na­ją.

ROZDZIAŁ IIIOd Adama i Ewy

To jesz­cze jed­na nie­zno­śna ma­nie­ra roz­po­czy­na­nia wy­wo­du. Ale i nic dziw­ne­go. Kar­ty Sta­re­go Te­sta­men­tu są świę­ty­mi księ­ga­mi dla izra­eli­tów, chrze­ści­jan, ka­to­li­ków, kop­tów, pra­wo­sław­nych, pro­te­stan­tów i Bóg je­den wie (jest prze­cież wszech­wie­dzą­cy) dla ilu jesz­cze drob­niej­szych wy­znań, sekt i od­szcze­pień. Z za­czer­nio­nych tam stron set­ki mi­lio­nów czer­pa­ły, czer­pią i będą czer­pa­ły wie­dzę o tym, co jest god­ne i wła­ści­we, a co trze­ba po­tę­pić. Ta księ­ga daje od­po­wiedź na py­ta­nie, jak żyć i czym się w ży­ciu kie­ro­wać. Jest to fun­da­ment na­szej cy­wi­li­za­cji, na­sze­go krę­gu kul­tu­ro­we­go, któ­ry to fun­da­ment wspie­rał ją i okre­ślał przez dłu­gie ty­siąc­le­cia. Na­le­ży więc za­czy­nać od Ada­ma i Ewy.

Tym bar­dziej że – we­dle tej ko­smo­go­nii – byli pierw­szy­mi ludź­mi, któ­rzy od­by­li ze sobą sto­su­nek płcio­wy. Nim ja­kieś do­bro sta­nie się to­wa­rem na ryn­ku, musi zo­stać wy­my­ślo­ne, wy­na­le­zio­ne. Musi zo­stać skon­stru­owa­ny pro­to­typ, prób­ka, eg­zem­plarz sy­gnal­ny. Pra­wa au­tor­skie w dzie­dzi­nie sek­su­al­no­ści na­le­żą się na­szym pra­ro­dzi­com. Gdy­by sko­rzy­sta­li z ochro­ny dóbr in­te­lek­tu­al­nych, to w Do­li­nie Jo­ze­fa­ta (gdzie we­dle Pi­sma na­stą­pi naj­więk­sze zgro­ma­dze­nie ludz­ko­ści) cze­kał­by na nich nie­zgor­szy ka­pi­ta­lik. Nie­ste­ty, o ile mi wia­do­mo, nie opa­ten­to­wa­li tego wy­na­laz­ku, któ­ry może się sta­rać o mia­no naj­trwal­sze­go wy­na­laz­ku czło­wie­ka. Naj­trwal­sze­go w po­dwój­nym zna­cze­niu tego sło­wa, bo po pierw­sze: trwa, a po wtó­re: za­pew­nia trwa­łość.

Zdol­ny i do­brze opła­co­ny ad­wo­kat od­da­lił­by jed­nak te rosz­cze­nia. Pierw­szą bo­wiem ko­bie­tą (we­dle róż­nych za­pi­sków) mia­ła być Li­lit. Od­daj­my głos wiel­kie­mu znaw­cy przed­mio­tu Ro­ber­to­wi Gra­ve­so­wi: „Bóg na­ka­zał wte­dy Ada­mo­wi na­zwać wszyst­kie zwie­rzę­ta, pta­ki i inne stwo­rze­nia. Kie­dy prze­cho­dzi­ły przed nim pa­ra­mi, sa­miec z sa­mi­cą, Adam – bę­dąc wów­czas nie­mal dwu­dzie­sto­let­nim męż­czy­zną – po­czuł za­zdrość na wi­dok ich mi­ło­ści i choć pró­bo­wał spół­ko­wać po ko­lei z każ­dą sa­mi­cą, nie zna­lazł w tym ak­cie za­do­wo­le­nia. Dla­te­go za­wo­łał: «Każ­de stwo­rze­nie prócz mnie ma wła­sną to­wa­rzysz­kę!» – i bła­gał, by Bóg wy­na­gro­dził mu tę krzyw­dę.

Wten­czas Bóg stwo­rzył Li­lith, pierw­szą ko­bie­tę, do­kład­nie tak samo jak stwo­rzył Ada­ma, tyle że użył bru­du i bło­ta za­miast czy­stej gli­ny. Ze związ­ku Ada­ma z tym de­mo­nem i in­nym, zwa­nym Na­amą, po­wstał Asmo­de­usz oraz nie­zli­czo­ne de­mo­ny, któ­re nadal drę­czą ludz­kość. Wie­le po­ko­leń póź­niej Li­lith i Na­ama przy­by­ły na sąd Sa­lo­mo­na prze­bra­ne za nie­rząd­ni­ce z Je­ro­zo­li­my.

Adam i Li­lith nig­dy nie żyli w zgo­dzie. Kie­dy on się chciał z nią ko­chać, ona ob­ra­ża­ła się, że wy­ma­ga od niej le­że­nia na ple­cach. «Dla­cze­go ja mu­szę le­żeć pod tobą? – py­ta­ła. – Ja tak­że je­stem stwo­rzo­na z pyłu i je­stem ci rów­na». Kie­dy Adam pró­bo­wał prze­mo­cą skło­nić ją do po­słu­szeń­stwa, roz­wście­czo­na Li­lith wy­mó­wi­ła ma­gicz­ne Imię Boga, wznio­sła się w po­wie­trze i opu­ści­ła go”15.

Ile, za­uważ­my, w tej hi­sto­rii rze­czy, któ­re zda­rzy­ły się po raz pierw­szy. Pierw­sze mię­dzy­ludz­kie sto­sun­ki płcio­we, pierw­sza mał­żeń­ska kłót­nia i pierw­sze dra­ma­tycz­ne roz­sta­nie. Pierw­sza zdra­da – Li­lith bo­wiem, opu­ściw­szy Ada­ma, pro­wa­dzi­ła burz­li­we ży­cie ero­tycz­ne z lu­bież­ny­mi de­mo­na­mi nad Mo­rzem Czar­nym. To pierw­sze ja­skół­ki ru­chu wy­zwo­le­nia ko­biet, a przy­najm­niej ich wal­ki o rów­ne pra­wa. Cie­ka­we, że (jak świad­czy Bro­ni­sław Ma­li­now­ski w Ży­ciu sek­su­al­nym dzi­kich) ta po­zy­cja sek­su­al­na – jako zmu­sza­ją­ca ko­bie­tę do bier­no­ści – jest wy­śmie­wa­na przez Me­la­ne­zyj­ki, któ­re zwą, ją „po­zy­cją mi­sjo­na­rza”16.

Bi­blia, któ­rą po­da­je nam do wie­rze­nia Ko­ściół, jest tek­stem jed­no­rod­nym. Po­cho­dzi bądź z ła­ciń­skie­go tłu­ma­cze­nia Wul­ga­ty, bądź z wcze­śniej­szych tek­stów grec­kich. Są jed­nak jesz­cze wcze­śniej­sze tek­sty he­braj­skie, aż do naj­wcze­śniej­szych za­pi­sków sek­ty eseń­czy­ków. Jed­ne wąt­ki w Sta­rym Te­sta­men­cie za­ni­ka­ły, inne się po­ja­wia­ły, jesz­cze inne ule­ga­ły mo­dy­fi­ka­cjom pod wpły­wem wie­rzeń lu­dów są­sied­nich. Od­no­si­my się więc do tego tek­stu nie jak teo­lo­go­wie – wi­dzą­cy w nim ka­non wia­ry – lecz jak et­no­gra­fo­wie. Ci zaś trak­tu­ją tek­sty jako mity. Czy­li ta­kie opo­wie­ści, któ­re słu­żą wy­ja­śnia­niu zwy­cza­jów, wie­rzeń i in­sty­tu­cji.

Wróć­my więc do oby­cza­ju i in­sty­tu­cji, któ­ra nas in­te­re­su­je. Pierw­sza z waż­nych dla nas hi­sto­rii to losy Judy i Ta­mar. Ta ostat­nia zwio­dła Judę, ze­rwaw­szy z sie­bie wdo­wie sza­ty, i okryw­szy się barw­ny­mi za­sło­na­mi, uda­wa­ła pro­sty­tut­kę sa­kral­ną. Gro­zi­ła im oboj­gu kara za cu­dzo­łó­stwo. Cu­dzo­łoż­ni­ków ka­ra­no bo­wiem obo­je, tak samo jak so­do­mi­tę (w zna­cze­niu zoo­fi­lii) ka­ra­no wraz ze zwie­rzę­ciem bę­dą­cym przed­mio­tem jego amo­rów. Juda uszedł tym ra­zem kary, jako że jego prze­wi­na była nie­świa­do­ma. Sta­ro­żyt­ni Ju­dej­czy­cy nie po­tę­pia­li kon­tak­tów męż­czyzn z pro­sty­tut­ka­mi pod tym jed­nak wa­run­kiem, że nie były one wła­sno­ścią ojca. Roz­róż­nia­no mię­dzy pro­sty­tut­ką zwy­czaj­ną (zona) a pro­sty­tut­ką sa­kral­ną (qe­de­sza), lecz po­dzia­ły te nie były ostre17.

Inna hi­sto­ria, przez któ­rą po­ucza nas Sta­ry Te­sta­ment, to los Mo­abit­ki Ruth. Ta, za na­mo­wą swej świe­kry No­emi, od­da­ła się nie­ja­kie­mu Bo­azo­wi w za­mian za jęcz­mień, z któ­re­go, w czas gło­du, mo­gła so­bie na­piec pod­pło­my­ków. W sen­sie mo­ral­nym tak ko­men­tu­je ten przy­pa­dek Le­szek Ko­ła­kow­ski: „W hi­sto­rii tej nie ma ni­cze­go, co by za­słu­gi­wa­ło na śmiech lub obu­rze­nie, lub po­gar­dę. Prze­ciw­nie, jest ona do­wo­dem tego, że śmiech nasz bywa czę­sto bez­myśl­ny, obu­rze­nie – fał­szy­we, a po­gar­da ob­łud­na i głu­pia, je­śli ści­ga­my nią ko­goś tyl­ko dla­te­go, że jest go­tów oka­zać komu in­ne­mu wdzięcz­ność za chleb, któ­rym na­sy­cił głód, a wdzięcz­ność oka­zu­je mi­ło­ścią. Chwal­my ra­czej szczo­drość tej, któ­ra od­da­je swo­ją naj­lep­szą cząst­kę za ka­wa­łek chle­ba – al­bo­wiem, jak słusz­nie za­uwa­ży­ła No­emi, na­wet w do­li­nie gło­du – a może zwłasz­cza w do­li­nie gło­du – ła­twiej o chleb niż o wdzięcz­ność za chleb”18.

Przy­wo­ła­li­śmy tu tekst fi­lo­zo­fa, spra­wy łóż­ko­we bo­wiem po raz pierw­szy za­czy­na­ją się ocie­rać o spra­wy mo­ral­ne. Choć nie­zbyt moc­no. Spo­śród dzie­się­cior­ga przy­ka­zań, któ­re lud Izra­ela za po­śred­nic­twem Moj­że­sza otrzy­mał na gó­rze Sy­naj, ani jed­no nie po­tę­pia sek­su­al­no­ści. Przy­ka­za­nie: „Nie cu­dzo­łóż” (szó­ste w tra­dy­cji rzym­sko­ka­to­lic­kiej, siód­me zaś w tra­dy­cji pro­te­stanc­kiej i Ko­ścio­łów wschod­nich) od­no­si się do po­sza­no­wa­nia wła­sno­ści. Spo­łecz­no­ści pa­try­li­ne­ar­ne, to jest ta­kie, któ­re dzie­dzi­czą po ojcu, mu­szą dbać, aby ta li­nia zo­sta­ła za­cho­wa­na. Ma­ter est sem­per cer­ta – mat­ka jest za­wsze pew­na, po­wia­da­li Rzy­mia­nie. Na­to­miast co do ojca ta­kiej oczy­wi­stej pew­no­ści nie ma. Trze­ba więc ob­ło­żyć zwią­zek mał­żeń­ski pew­ny­mi nie­prze­kra­czal­ny­mi pra­wa­mi, aż do groź­by uka­mie­no­wa­nia. Tak po­wia­da o tym Sa­lo­mon – sę­dzia prze­cież spra­wie­dli­wy i po­do­ba­ją­cy się Panu: „War­gi cu­dzej żony ocie­ka­ją mio­dem i gład­sze niż oli­wa jest jej pod­nie­bie­nie, lecz w koń­cu jest gorz­ka jak pio­łun i ostra jak miecz obo­siecz­ny […]. Nie po­żą­daj w swym ser­cu jej pięk­no­ści i niech cię nie zła­pie mru­ga­niem swych po­wiek […]. Czy może kto za­gar­nąć ogień do swo­je­go za­na­drza, a jego odzie­nie się nie spa­li? Czy może kto cho­dzić po roz­ża­rzo­nych wę­glach, a jego sto­py się nie po­pa­rzą? Tak jest z tym, kto cho­dzi do żony swo­je­go bliź­nie­go: nie uj­dzie bez­kar­nie ten, kto się jej do­ty­ka”19.

Na­to­miast sama sek­su­al­ność nie była re­gla­men­to­wa­na – wręcz prze­ciw­nie. Dla pra­wo­wier­ne­go żyda sto­sun­ki sek­su­al­ne (spe­cjal­nie w sza­bas) są szcze­gól­nie po­żą­da­ne. Chwa­li on bo­wiem Stwór­cę w dzie­łach jego.