Nagła cisza - Emma Popik - ebook + audiobook

Nagła cisza ebook

Emma Popik

4,0
14,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Debiutujący poeta ma okazję po raz pierwszy zaprezentować swoją twórczość przed publicznością. Wychodzi z domu pełny nadziei, wraca z podbitym okiem, rozczarowany środowiskiem, ale wsparcie rodziny nie pozwala mu się poddać. Młoda dziewczyna błąka się o poranku po okolicznych śmietnikach w poszukiwaniu odpadków do zjedzenia. Nie ma wiele czasu, musi zdążyć na pierwszą lekcję do szkoły. Świetnie się uczy, ale warunki życiowe nie pozwalają jej na rozwój. Tych dwoje pochodzi z różnych, skonfliktowanych ze sobą światów. A jednak poczują do siebie miętę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 450

Oceny
4,0 (4 oceny)
0
4
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
KateLost

Dobrze spędzony czas

dostępny opus książki jest nietrafny, książka ładnie się rozwija i daje sporo satysfakcji czytelniczej mimo pewnej staroświeckosci, nie ma nic wspólnego z fantastyką, a tego oczekiwałam, sugerując się nazwiskiem autorki, pozycja dla młodzieży, dobra obyczajówka
00
pedros445

Dobrze spędzony czas

Brak końcówki audiobooka
00



Emma Popik

Nagła cisza

Saga

Nagła cisza

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2021 Emma Popik i SAGA Egmont

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728062371

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Zwyciężyły wartości, choć ludzie nie zawsze

ROZDZIAŁ I

KROPLÓWKA I ŁZY

1. SCENA. CZARNY KAPTUR NA GŁOWIE

Wracał pokonany. Szedł do domu, pochylony, w czarnym polarze, z kapturem narzuconym na głowę. Rzucał zagniewane spojrzenia na boki, ale tylko dlatego, by sprawdzić, czy ktoś widzi jego łzy, spływające na policzki.  Nikt nie patrzył, na ulicach nie było nikogo, panowała cisza, tylko pustka dźwięczała w uszach.

Wbił ręce w kieszenie i zgiął plecy tak, jakby ktoś niewidzialny walił w nie kijem. Coraz wolniej stawiał nogi, potykał się o nieistniejące kamienie i krawężniki, które nagle się ustawiły w poprzek chodnika, nie z boku.

Zatrzymał się nagle i stał patrząc przed siebie, wbijał się wzrokiem w ciemność, chcąc dojść do jej przeciwnego krańca, ale przecież go nie było. Odwrócił się gwałtownie i zrobił krok. Jeden krok. Drugiego nie miał śmiałości. Pokiwał głową i znowu się odwrócił, by podjąć wędrówkę we właściwym kierunku. Otarł mokre policzki.

Wyprostował się, wyjął ręce z kieszeni. Mierzył się ze sobą i z tym, co go czeka. Wejdzie głównymi drzwiami do domu. Nie ma przecież innych. Nie będzie się wkradał przez okno, nigdy tego nie robił, nawet, gdy był chłopaczkiem, który mógłby wejść na gzyms, zamiast wspinać się na drzewo za oknem. Powoli, bardzo powoli wszedł do budynku. Wstępował schodami na piętro, stopień za stopniem. Jeszcze raz otarł oczy i policzki. Przed drzwiami się zatrzymał i stał długą chwilę. Czemu się waha, przecież to jego dom, jego rodzina, tu się urodził i wychował. Wiedział, jak się zachowa jego rodzina, w tej sytuacji, nikt przecież go nie skarci, nie wyśmieje, nikt nie zwróci mu uwagi, nie zrobi miny: "a nie mówiłem?". Zawsze wchodził ze spokojem i zaufaniem, ale nie dziś, bo jeszcze nigdy coś takiego się nie wydarzyło, nigdy nie sięgnął dna.

Otworzył drzwi i zatrzymał się w progu, spoglądając poprzez przedpokój, na który mówiono w tej rodzinie hol. Patrzył na oświetloną scenę wewnątrz mieszkania. Ojciec siedział w skórzanym fotelu, odwrócony plecami. Słysząc, że Bartek wchodzi, odwrócił się na bok, w lewo i wychylił spoza oparcia. Mierzył go wzrokiem przez chwilę, oczy nie wyrażały nagany ani współczucia. Był mężczyzną, nie reagował ani szybko, ani emocjonalnie. Powie, co myśli o jego wyglądzie, gdy pozna przyczyny wyrazu jego oczu jak bitego psa, który pokazuje, że zasłużył, ale już dość, dość. Odwrócił głowę z powrotem, by spojrzeć na ekran telewizora i przyciszył głośność, nie było słychać nawet szeptu.

Matka stała na środku pokoju przy stole oświetlona światłem lampy, wiszącej ponad jej głową. Nalewała z dzbanka herbatę do późnej kolacji. Czekali na niego, bardzo długo czekali, gdyż nigdy dotąd nie zdarzyło się, by powrócił tak późno.

Odrzucił kaptur z głowy, rozpiął zamek błyskawiczny polaru, powoli ściągnął go z siebie i odwróciwszy się od rodziny patrzącej na niego z pokoju, zahaczył na wieszak w przedpokoju. Odwrócił się w stronę ściany, na której wisiało duże lustro. Przybliżył twarz, poślinił palce i potarł skórę przy ustach i pod okiem. Sądził, że niczego nie zauważą, a na pewno nie skomentują. Potrącił końcem trampka wiklinowy kosz na papiery, gdyż wystawał spod toaletki. Jeszcze raz potarł skórę na policzku i oblizał spuchnięte wargi.

Musiał się odwrócić, podejść do stołu. Matce zadrżała ręka, w której trzymała imbryczek z herbatą. Odstawiła go na stół. Patrzyła na syna szeroko otwartymi oczami. Wiedziała.

„Dlaczego mnie nie ostrzegłaś?”, pomyślał z wyrzutem. „Mówiłaś, że wiesz”.

Gdy się wybierał na imprę, jak mówili koledzy, była przy nim. Ubierał się, stojąc przed szafą z lustrem. Trzymała w ręku półbuty, które wyczyściła do połysku, lecz widząc zdziwienie w oczach syna, odstawiła je z powrotem do pudełka i nałożyła wieczko. Sznurował trampki dziwnym ściegiem od spodu do góry, gdyż tak robili inni chłopcy. Nie były markowe, ale tanie, z sieciówki. Wciągnął przez głowę podkoszulek, który matka wyjęła z szuflady, założył stare dżinsy, ale zdjęte z wieszaka i poruszył przecząco głową, gdy podawała mu pasek do spodni. Czuł się świeżo, właśnie wyszedł spod prysznica. W domu panował taki obyczaj: gdy się wychodziło do ludzi, należało się umyć i założyć czystą każdą rzecz, począwszy od bielizny.

Matka oczywiście nie skłaniała go, by ubierał się staromodnie, gdy wychodził na spotkania przyjacielskie. Nie tępiła również jego chłopackiego słownictwa, przetykanego angielskimi słowami, ale w domu tak się nie mówiło. Nie odczuwał potrzeby popisywania się taką nowoczesnością, wiedząc, że nie zaimponuje rodzicom, może cioci Ariadnie, która akceptowała współczesność, choć w czasach młodości, które wypadły na lata przemian, kontestowała zastaną rzeczywistość. Była siostrą ojca, dużo starszą, niegdyś zajmowała wysokie stanowisko i jej porządna emerytura była znaczącym wkładem w finanse rodziny.

Zamknął za sobą drzwi. Ubrany jak inni, uznał, że będzie pasował do miejsca i sytuacji. To miał być wieczór poetycki. Bartek pisał wiersze i szukał okazji, by wejść w środowisko literackie. Nie miał odpowiednich kontaktów ani dorobku, nie wydrukował nawet jednego wiersza w jakiejkolwiek gazecie.

„Za moich czasów”, mawiała ciocia, „istniał miesięcznik literacki Litery, prowadził go Antek Fac, promowano młodzież, drukowano gazetki na uczelniach, a poza tym był klub Żak!”. Często o nim mówiła. Tu grał sławny Zbyszek Cybulski, zanim pochłonął go film. Odbywały się wieczory literackie, konkursy poetyckie, wokalne, był teatr, a poza tym kino w zabytkowej sali na piętrze, o przykurzonych ścianach. Młodzież oglądała festiwale filmowe, najświetniejsze produkcje zachodnie, sławnych aktorów, dzieła światowej klasy reżyserów, znanych do dziś, jak Antonioni czy Bergman. Młodzież tworzyła kulturę i sztukę. Znał wiele takich opowieści, toteż ucieszył się, gdy poparła jego zamiar.

- Idź, przeczytasz swoje wiersze przed publicznością, wysłuchasz krytyki, co może cię zachęcić do większych wysiłków. Ale na poklask nie licz.

- Dlaczego? - nie mógł zrozumieć.

- Klaszcze się tylko tym, którzy są popularni, nawet nie znając ich wierszy.

- Jak to - oburzał się - więc jak stać się popularnym?

Rozkładała ręce i uśmiechała się kącikiem ust, unosząc go do góry.

- Jedni są uwielbiani, nic nie robiąc, wszyscy skandują ich imiona. Inni bardzo się starają, piszą świetnie, nikt ich nie dostrzega.

Widząc smutek i zawód na jego twarzy, poklepała go po ramieniu.

- Wszyscy zaczynają od wierszy. Przed tobą wielka proza.

Tak więc pozornie podbudowany, poszedł z bijącym sercem, nie licząc na poklask, a tylko na uważne wysłuchanie jego poezji, bo przecież będzie czytał wiersze na głos, przed publicznością w świetle reflektorów, stojąc na scenie. Na początek wystarczy.

Był w Sopocie zaledwie kilka razy. To miejsce wypadło z mody, inteligencja przestała imponować i ono też. Wysiadł z kolejki elektrycznej i poszedł w dół stromą ulicą Monte Cassino, mijając kościół wbity w prawy jej bok. Była to promenada. Szedł jezdnią, ale nie było tłumu turystów, wracających z dołu, z plaży, jak opowiadała ciocia, która żartowała z opalonych kobiet, z białymi pręgami na ramionach, jeśli leżąc na kocu na piasku, nie zsunęły ramiączek od staników. Mężczyźni, często czerwoni od słońca, nosili szorty do kolan, nie martwiąc się wypiętymi brzuchami. Swoboda miała jednak pewne granice. O tym jednak nie wiedział, nie znając reguł przeszłości i nie podejrzewając, jaka okaże się przyszłość.

Teraz ulica była pusta i cicha, wiał nią chłodny wiatr od morza, był pewien, że na plaży nikt nie postawił stopy, nie odbił się ani jeden ślad.

Spoglądał w lewo, szukając drzwi do teatru, o którym opowiadała ciocia Ariadna. Jako nastolatka przychodziła tu nawet codziennie oglądać przedstawienia. Na scenie były ciekawe dekoracje, aktorzy mieli makijaż i nieskazitelną dykcję. Ubrana w ładną sukienkę i buty na obcasach, czuła się u siebie, to był jej świat. Nie zauważył nic, co przypominałoby wejście do teatru, choć spoglądał na numery domów, nie znał jednak oznaczającego teatr przed laty. Restauracje i kawiarnie obok siebie, jedna przy drugiej, bok w bok, wabiły przechodniów wystawionymi menu na kolorowych tablicach, ustawionych na chodniku.

Opowiadała, że zadowoleni, wpatrywali się zamglonym wzrokiem w dziewczyny siedzące naprzeciwko i unosili do ust kieliszki z winem. Pewnie i ona była jedną z tych dziewczyn. Ale teraz nikt nie siedział na tarasach w cieple wieczornego słońca, rozpalonych ciał nie chłodziła bryza znad morza.   

Szedł stromą ulicą w dół. Minęła go czarnowłosa dziewczyna w czerwonej sukience, rozciętej po bokach, aż powyżej linii bioder. Od zamaszystych kroków rozchylały się poły sukienki, zerkał ciekawie na wypukłe uda i czarne, koronkowe stringi. Nigdy jeszcze nie miał szczęścia, by je zobaczyć na dziewczynie, oglądał tylko rozwieszone na półkach w supermarketach, wtedy się zatrzymywał na dłuższą chwilę, nim sobie uświadomił, że klienci mogliby się dziwić i krytykować go lub się w duchu wyśmiewać z napalonego chłopaka. „A co, odpowiadał im w myśli, nie mogę wybierać bielizny dla dziewczyny na rocznicę narzeczeństwa?”

 W końcu jednak odchodził, nie trzymając rąk w kieszeni.

Szedł wciąż w dół pustą ulicą. Kiedyś tu się znajdowało biuro wystaw, oczywiście ciocia opowiadała, jak podziwiała nowoczesną sztukę, która wtedy, w czasach, gdy była nastolatką, przebijała się do świadomości ówczesnej warstwy inteligenckiej. Rzeźby utraciły kształty ludzkich ciał. Wystawiało tu wielu artystów z awangardy, która tak się nie nazywała, dla twórców była oczywistym nowatorstwem.

 A z kawiarni dobiegał dźwięk trąbki i głośny szalony jazz, gdyż zezwolono go grać, choć wcześniej nazywano zepsuciem płynącym ze zgniłego Zachodu. Nie umiał sobie wyobrazić swojej cioci w modnej sukience wysoko ponad kolana. Skłonność do odzieży trendy pozostała w jej obyczaju, zakładała obcisłe leginsy lub kolorowe haremki, tłumacząc, że ma starą, zwiędłą skórę i żylaki na nogach, więc ten styl ją cieszy i nie musi myśleć o utraconej młodości. Mając wiecznie głodny umysł, żyła sztuką i nie przejmowała się zmarszczkami na skroniach, może pozornie, gdyż jej szafka w łazience pełna była słoiczków z kremami i jednorazowych reklamówek na wszystko, które brała na próbę.

Spoglądał wciąż na dziewczynę w czerwonej sukience, szła przed nim o kilkanaście metrów. Bardzo pragnął ją zagadnąć, umówić się na spotkanie w kawiarni. Właśnie szedł do ciekawego miejsca, gdzie podawano kawę, ale nie wiedział, czy wolno mu zaproponować, by z nim poszła i usiadła obok przy stoliku, przecież on sam był zaproszony jako specjalny gość. Czy wolno mu przyprowadzić kogoś ze sobą, czy wypada, zastanawiał się, wciąż niepewny, jak powinien się zachować, ale nie mógł oderwać wzroku od niej i od kształtnego uda.

Może nawet byłoby ciekawie i pokazałby się od lepszej strony, gdyby przyszedł z tak efektowną dziewczyną, zobaczyliby, kim on jest. A gdyby ją wyprosili, twierdząc, że to zamknięte spotkanie literackie? Już nigdy by jej nie zdobył, a nawet gdyby natknął się na nią przypadkiem na ulicy albo w zwykłej kawiarni, nie miałby odwagi nawet jej przeprosić. Nie może jej skrzywdzić, narażać na chamstwo, jest taka niewinna i czysta, o słodkim profilu. Takich dziewczyn się nie obraża. Ruszył szybciej, ślicznotka pozostała w tyle. Musi skupić się na swojej sprawie, ale nie mógł. Był rozedrgany, podzielony, poza swoim umysłem.

Stanął wreszcie przed szklanymi drzwiami lokalu. Wyglądały elegancko, ucieszył się, że popisze się swoimi wierszami w tak wytwornym miejscu. „A jeśli spotka ważne osoby, jakichś celebrytów brylujących na pierwszych stronach gazet? Co tam papierowe gazety, one nie są trendy, lecz telewizja i portale. Tacy goście ochlapią go ironicznym spojrzeniem spod przymrużonych powiek, gdy stanie obok, jest tylko debiutującym poetą, co tam, nie ma problemu, przecież wcale go nie dopuszczą w pobliże tak ważnej osoby". Chociaż wszędzie panowała cisza i drzwi do kawiarni były głuche, tu był inny świat, wolny, bez reguł, radosny, niepotrzebujący nikogo, tylko siebie.

Cofnął się, zrobił dwa kroki w bok i oparł się plecami o ścianę budynku. „Jak się zachować w takiej sytuacji? Wejdzie i co ma powiedzieć? To ja, poeta, zostałem tu zaproszony, aby czytać swoje wiersze”. Jak się zachowają? Witamy, brawo. Nieważne i tak musi wejść. Marzył przecież o takim wieczorze poetyckim, ale teraz trząsł się ze strachu i zdychał z kompleksu. Usiłował opanować drżenie: "Jestem niczym, nie mam znaczenia".

Zrobił kilka kroków w bok i oparł się o ścianę, by się z nią stopić, zniknąć, by nikt go nie skrzywdził, nie wydrwił. Oddychał głęboko, by się uspokoić, bo przecież musi wejść. Jeśli tego nie zrobi, zasłoni lustra.

Wejdzie. Ojciec zawsze powtarzał: „Pamiętaj, że jesteś mężczyzną”. Czuł twardość muru pod plecami, cegły dawały oparcie. Ulicą nikt nie przechodził, ależ to nie była ulica, nie widział jezdni, skręcił za budynek, stało wiele samochodów. Odczytywał znane marki, od prostego mercedesa począwszy, znał je wszystkie, który chłopak w dużym mieście nie potrafi ich wyliczyć? Auta nowe, lśniące, polerowane przez obsługę stacji benzynowej, chłopaków, którzy podbiegali do maski samochodu, starając się wyprzedzić innych i nie pytając kierowcy o pozwolenie, polerowali karoserię z wielką prędkością i dostawali dziesięć złotych. Nie miał racji, te samochody były polerowane przez kierowcę, zatrudnionego przez właściciela. On nigdy by się nie podjął takiego zarobku, nawet gdyby był głodny, było to poniżej godności jego rodziny.

Ojciec miał starego volkswagena z niemieckiej fabryki. Niechętnie godził się na zagraniczny samochód, szczególnie tej produkcji, ale polskich nie było, chyba że mały fiacik, który miał znaczną wartość muzealną, nie nadawał się jednakże do wożenia rodziny po ulicach miasta. Patrzył wciąż na eleganckie samochody i porównywał je z ich dwudziestoletnim rupieciem. Poza parkingiem na chodnikach stały takie same albo i starsze, i zaniedbane, ale ojciec kazał go myć i odkurzać regularnie, nie pozostawiali w środku przedmiotów, więc prezentował się porządnie i godnie, dokładnie tak jak cała ich rodzina.

„Być mężczyzną. Tak, ojciec miał rację, ale co to znaczy w takiej sytuacji? Czy ma stanąć prosto i podnieść brodę albo zachowywać się na luzie z rękoma w kieszeniach, nie, wsunąć tylko jedną rękę: lewą, taką pozę widywał na filmach. Tak stawał Gordon Craig, grający agenta 007. Ostatnio widział go w reklamie piwa: siedział przy barze i lekkim ruchem, ledwo widocznym wskazał puszki leżące w lodzie. Barman natychmiast odgadł znaczenie tego gestu. Co powoduje, że mężczyzna ma taki luz, swobodę zachowania, nie odwraca oczu, nie spogląda na boki, wie, co ma mówić. Pieniądze, wykształcenie, obycie w towarzystwie?

Problem jest taki, że on jest kulturalny, tak uzasadniał swą klęskę. Niech ze swej kultury, którą uważają za słabość i wręcz śmieszność, zrobi siłę, niech nie reaguje wyniosłością na chamstwo. „Ale jak?” Miał to zachowanie w podświadomości, ale musi do tego dojść, nazwać, zastosować. „Po prostu wejść i tyle”. Oderwał się od ściany podszedł do drzwi, nacisnął klamkę i jednocześnie je pchnął.

- Wejściówkę proszę – powiedział wysoki mężczyzna, o wyglądzie byka, stojący przy barierce, oddzielającej korytarz od sali, znajdującej się niżej. Zmierzył wzrokiem jego czarny polar z odrzuconym na plecy kapturem, dżinsy z marketu i trampki z targu.

- Nie mam – rzekł cicho i skromnie

- To wypierdalaj. – Stał rozkraczony, z wypiętym brzuchem i spoglądał z góry.

Bartek zrobił niepewną minę. To jakaś pomyłka. Nie odejdzie z niczym.

- Zostałem tu zaproszony. – Nie mógł wydusić z siebie słów „na wieczór poezji” albo, co by zabrzmiało śmieszniej, to podpowiedziała mu intuicja: „będę czytał swoje wiersze”.

Mężczyzna odchylił głowę, poruszył ręką przy boku, jakby chciał sięgnąć po pałkę, chyba był policjantem, który dorabiał po godzinach.

- Przez kogo? – wycedził.

- Zaprosił mnie Lidek – zawsze odpowiadał pełnymi zdaniami, tak go nauczono.

- Kogo mam zaanonsować? – Uczynił ruch, jakby miał się odwrócić, by pójść zapytać Lidka, czy to prawda.

- Jestem Bart. – Tak skrócił swoje imię Bartłomiej, żartując, że ostania litera w słowie bard straciła dźwięczność, gdy zniknęli z historii, ale aluzja do poezji pozostała, tylko czy ten wysoki arogant zna takie powiązania? Oczywiście nie.

Facet zadarł brodę, patrząc z góry i pokazując, że robi mu łaskę, dziobnął kciukiem w stronę sali i odstąpił krok do tyłu. Mały krok. Chłopak musiał uważać, by się nie otrzeć o jego brzuszysko.

Ledwo, zstąpił z trzech schodków, uderzył go w twarz tuman zmieszanych zapachów, rozgrzanych ciał, perfum i alkoholu. Zrobił jeszcze dwa kroki w ciemną gęstą przestrzeń, w której kłębiły się czerwone i żółte dymy w smugach światła z lamp, zawieszonych ponad estradą. Stało na niej pięciu performerów z gitarami, klarnetem i perkusją. Dyskretny dźwięk muzyki nie wygaszał rozmów prowadzonych przy barze i wokół stolików.

„To na tej estradzie będę recytował”. Rozejrzał się za mikrofonem. „Pewnie go przyniosą”. Włożył rękę pod bluzę, by dotknąć pliku kartek, wciśniętych głęboko w kieszeń. „Chyba nie pomyślą, że chcę wyciągnąć spluwę – rozejrzał się wokoło, nie kręcąc głową, tylko obracając oczami - to nie tego rodzaju publiczność”. Chciał się dowiedzieć, kto przyszedł, przecież nie na mój wieczór, pomyślał na wpół z żalem, a wpół z obawą, czy w ogóle oderwą się od rozmów, flirtów, kieliszków i zakąsek, czy odwrócą głowy by, choć spojrzeć, a co dopiero słuchać. Zdjęło go przerażenie, był jak drętwy, nie mógł postąpić ani kroku. „Wstyd, wstyd, kompromitacja”, syknął ktoś w jego głowie i wywiesił drwiąco język.

Nie może stać jak głupi, gapić się i czekać na Lidka, który nie wyszedł, by go powitać, w ogóle nikt do niego nie podszedł. Spojrzał na bar, stał tam mężczyzna odwrócony do niego plecami, oparty łokciem, pochylony głęboko, sięgając po ukrytą butelkę drogiego alkoholu. Nie podejdzie przecież, by go trącić w plecy, sprawdzając, czy to Lidek.

Kiedy się spotkali, zaprosił go przecież, na pewno zaprosił, powtarzał przecież kilkakrotnie: „Jesteś zaproszony, czuj się zaproszony”. Mówił jeszcze o kulturze, że jest potrzebna i jak bardzo, on chce ją krzewić, szczególnie wśród młodzieży, bo wiesz, jakie to czasy, dodawał. Zaręczał, że publiczność dopisze, co wieczór sala jest pełna. Bart wyobrażał sobie salę jak w kinie, publiczność w rzędach, wszystkie miejsca zajęte, no, może tylko niektóre, co i tak trzeba uznać za sukces, bo przecież jest po prostu nikim, nieznanym chłopakiem, który marzy o debiucie literackim. "Zorganizujemy ci ten wieczór: to dla mnie żaden problem” – dodał wtedy. – „Nie takie rzeczy się robiło”.

Teraz, idąc przez salę i omijając stoliki, uznał, że Lidek jest zajęty, ale przecież go tu znają, bramkarz przy wejściu już nie żądał wejściówki, gdy wymienił to imię. Przyjdzie, na pewno, wystarczy chwilkę poczekać. Po chwili namysłu, przeszedł na drżących nogach przez salę, wspiął się na wysoki stołek przy barze i usiadł, opierając stopę na dolnym szczebelku by się zabezpieczyć przed upadkiem. Barman się wyprostował, ujął kieliszek z półki i przesunął po nim serwetką, spojrzał na niego obojętnie, nawet nie pytająco.

Bart przypomniał sobie gest znanego aktora w reklamowym spocie, który nieznacznym ruchem głowy zamawiał piwo w puszkach leżące w lodzie. Zrobił taki sam gest. Barman, patrząc nieruchomym wzrokiem, spokojnie kończył wycieranie kieliszka, robił to powoli i starannie, nadzwyczaj dokładnie, nadzwyczaj. Gdy wreszcie skończył, pokazując swą opinię pełną treści, odwrócił się i postawił kieliszek na półkę, dopiero wtedy uczynił ten jeden nędzny i leniwy krok w jego kierunku.

- Niepełnoletnim alkoholu nie podajemy.

- Mam już osiemnaście lat – ściągnął brwi.

- Wyglądasz na piętnaście. Najwyżej. – Barman oparł się obiema rękami o krawędź bufetu, rozstawiając szeroko ramiona.

To była obelga, umyślna.

- To fałszywa ocena – Bart odważył się powiedzieć, wiedząc, że to określenie barman może uznać za atak i lekceważenie.

Barman się pochylił i wziął butelkę. Postawił na kontuarze, oderwał kapsel, łapiąc go sprawnie w rękę chwytem naprawdę mistrzowskim i podsunął butelkę w jego stronę, ale tylko trochę. „Piwo bezalkoholowe”, przeczytał Bart. Chciał zapytać, dlaczego tu nie podaje się szklanek, przypomniał sobie, że z butelki piją wszyscy, począwszy od chłopaków i nawet dziewczyn na ulicy, aż po macho, granych przez znanych aktorów.

W domu widział inne obyczaje: piwo podawano w wysokiej, specjalnej szklance, pod którą była płócienna serwetka, przynoszono je na tacy, nie tylko gościowi, ale i domownikom. Nie wiedział, czy w tej kawiarni wszystkim podawano piwo według współczesnych obyczajów, które były trendy, czy tylko jemu, by pokazać lekceważenie, a w ogóle, co to za miejsce.

Obejrzał się dyskretnie, zginając plecy i odchylając głowę do tyłu. Stolików nie zaścielono obrusami, stały na nich butelki piwa, wódki, wina, często brandy, zobaczył nawet etykietkę Red Label, to tańsza whisky. U niego w domu stał zawsze koniak, goście wypijali zaledwie jeden kieliszek, choć dość duży, u góry zwężony, specjalnie do koniaku, kryształowy.

Przy stoliku obok butelka miała obdzielić otyłego mężczyznę w rozpiętej koszuli i dziewczynę o jasnych włosach, z grzywką gęstą i puszystą, opadającą aż do brwi. Śmiała się pokazowo, szeroko rozciągając usta. Spoglądała drwiąco na swego towarzysza odchyliwszy głowę do tyłu. Niewielkie półmiski z zakąskami miały zachęcić zwiniętymi plastrami różowej szynki, cienko krojonej, przyozdobionej zieleniną i oliwkami nadzianymi na patyczki. Grubas wciąż po nie sięgał i podtykał dziewczynie, a ona wtedy odrzucała ze wstrętem głowę, więc pakował porcję do swego otworu gębowego, a po chwili ponawiał próbę obłaskawienia i uwiedzenia dziewczyny różową szynką i zielonymi oliwkami, na niewielkich, oszczędnych półmiskach. Wyceniła to i podliczyła od razu po podaniu, toteż uśmieszek nie znikał z jej lekceważących warg.

Naprzeciwko przy tym samym stoliku siedział chłopak z rzadką bródką, dopiero zapuszczoną i brunetka o długich włosach. Przed tą parą stała pełna butelka wina aż po korek i dwa puste kieliszki na nóżkach, zsunięte i stykające się brzegami. Przechyleni ku sobie, niemal dotykając się policzkami, rozmawiali, chłopak co chwilę wtulał twarz w jej gęste, pachnące włosy, a ona ocierała się policzkiem o jego szorstkie szczęki.  Przed nimi stały serniki, dwa takie same, oblane gęstą czekoladą, zachęcające i słodkie.

Grubas mówił coś szybko, międląc wargami słowa, które były klejące się i niesmaczne, wysunął język i się oblizał, pozostawiając na wargach warstwę lśniącej śliny. Zamilkł, dziewczyna w odpowiedzi ujęła butelkę i nalała do małej szklaneczki tak zwanej setki. Grubas uniósł ją do napiętych warg, przechylił i wychlał kilkoma łykami, odetchnął i wciąż trzymając szklaneczkę, tą ręką jak hakiem objął dziewczynę za szyję i przyciągnąwszy ku sobie, wpił się w jej wargi. Pod stolikiem dziewczyna wierzgała nogami, tak gwałtownie, że natrafiła na jego kolano, kopnęła go, nie puścił jej, kopała go wciąż, wreszcie odepchnęła drugą ręką napierając na jego łyse czoło. Oderwała się wreszcie i dotknęła palcami warg, przysunęła do oczu, by dobrze zobaczyć, oblizała się i drugą ręką otarła usta z krwi. Dotykała wciąż palcami, sprawdzając, jak bardzo były pogryzione.

Dziewczyna siedząca naprzeciwko wyciągnęła ku niej rękę z lusterkiem, wyjęła bibułkową serwetkę z serwetnika stojącego na środku stołu i podała ponad półmiskami. Pokaleczona dziewczyna przekręciła się na krześle tyłem do stolika, a twarzą do światła i zaczęła delikatnie ocierać wargi i policzki, po których spłynęły krople łez, drążąc ścieżki w warstwie pudru.

Sięgnęła po torebkę, leżącą na stole, wyjęła szminkę i pomalowała wargi grubą warstwą, wyjęła puderniczkę, zapudrowała ślady łez, schowała puderniczkę i szminkę, zatrzasnęła torebkę i poprzez stół podała brunetce lusterko, skinąwszy głową w podziękowaniu. Nagle wstała z krzesła i zrobiła krok od stolika. Grubas przechylił się z zadziwiającą szybkością i pochwycił ją za pasek przy sukience. Odwróciła się twarzą do napastnika. Nie pokazywała po sobie gniewu, stała spokojnie, z obojętną miną, patrząc z góry. Nie zamierzał jej puścić ani tak łatwo zrezygnować. Patrzył z dołu, uparcie i zimno. Wskazywał drugą ręką na krzesło, nakłaniając dziewczynę, by usiadła. Nie uczyniła żadnego ruchu. Wciąż stukał w krzesło i trzymał ją za pasek.

Mężczyzna siedzący naprzeciwko pochylił się poprzez stół i coś powiedział do grubego, a ten szybko odwrócił głowę i szczeknął coś ku niemu, mrużąc wściekle oczy. Chłopak pochylił grzbiet, unosząc się nieco, aby groźnie wstać, wtedy dziewczyna dotknęła ręką jego ramienia. Obrócił ku niej twarz, zdziwiony i zły. Pokręciła przecząco głową. Wtedy blondynka z grzywką usiadła na krześle i sięgnęła po butelkę, nalała sobie do pełna. Uniosła szklaneczkę i uczyniła gest „zdrowie”, upiła trochę, czekając na rozładowanie sytuacji. Grubas poklepał ją po tyłku, młody człowiek usiadł spokojnie na swoim krześle, a jego dziewczyna przysunęła mu talerzyk z sernikiem polanym czekoladą.

Gruby nalał sobie i przepijał do swojej kobiety, pewny, że z nim pójdzie. Para z naprzeciwka rozmawiała półsłówkami, jedząc sernik, bo nic się nie stało, tak, nic się przecież nie stało. Blondynka wciąż piła powoli, zezując na swego towarzysza, a on właśnie sobie dolewał, trzymając butelkę, a drugą ręką ocierał pot z twarzy. Rzuciła na niego spojrzenie, zerwała się z krzesła i poszła szybkim krokiem, zakręcając poza sąsiedni stolik, przyspieszyła, już biegła, jacyś ludzie stanęli na jej drodze, akurat weszli do kawiarni, trzymając drzwi otwarte, właśnie je puścili, zamykały się powoli, wyciągnęła rękę, zrobiła gwałtowny krok, pochwyciła za klamkę, szarpnęła drzwi ku sobie, jeszcze mały ruch i już jest wolna, właśnie do kawiarni weszła dziewczyna, omal się nie zderzyły, mijały się jedna w prawo, druga też w prawo, tamta w lewo i ta w lewo, wreszcie wchodząca się zatrzymała, a dziewczyną z grzywką przecisnęła się między nią a framugą i wybiegła na zewnątrz, była wolna.

I wtedy zobaczył. W drzwiach stała dziewczyna w czerwonej sukience, obok której szedł ulicą Monte Cassino. Ta sama. Nie, zupełnie inna. Sukienka rozcięta po bokach została z jednej strony podkasana, a jej brzeg wsunięty za pasek. Stringi, widoczne powyżej opalonych sprężystych ud, również biły czerwienią. Oczy mocno podkreślone na czarno wydawały się olbrzymie, usta powiększone czerwoną szminką były wydęte. Tylko profil pozostał tak samo słodki i niewinny.

Wciąż mając głowę odwróconą ku drzwiom, spoglądał na nią, jak szła zadowolona z siebie, z wypiętą piersią, sprawdzając, jakie robi wrażenie i czy patrzą na nią mężczyźni. Podchodziła do barku, odwrócił się plecami, pochylił i oparł głowę na zwiniętej pięści. Zza pleców dochodził lekki stukot jej obcasów na dywanie. Poczuł zapach, nie umiał go nazwać, skurczył się, dziewczyna zaraz go dotknie. „Co powiedzieć, jak zareagować”. Jego ciało już to robi, choć się napina w sobie, co przynosi odwrotny skutek, chce powstrzymać. „A jeśli go obejmie? Wystrzeli”.

Dziewczyna przeszła poza jego plecami i usiadła na wysokim stołku o dwa miejsca od niego. Nogi skrzyżowała na dolnych szczebelkach. Zakrył oczy przykładając dłoń z boku twarzy, widział tylko udo i stringi. Poruszała nogą, udo się naprężało. Już nie mógł wytrzymać.

- Podać coś jeszcze? – kelner rzucił pytanie, przechodząc. – Mówiłem, że tu miejsce tylko dla mężczyzn.

Zobaczył, ale go minął. Niósł na tacy koktajl w kieliszku na nóżce. Postawił kieliszek przed dziewczyną, wyciągnął zapalniczkę z kieszonki na piersi i podsunął pod jej papierosa, który właśnie włożyła pomiędzy czerwone wargi. Płomyczek zabłysł, dziewczyna wciągnęła dym.  

– Dziękuję – powiedział kelner.

Właśnie podszedł mężczyzna w jedwabnej marynarce i z węzełkiem włosów zawiniętych na czubku wygolonej głowy. Usiadł na stołku obok dziewczyny i położył rękę na jej udzie. Szeroko rozstawiając palce, ugniatał ciało, jakby chciał sprawdzić, na ile mu się uda, a na ile oprze. I zrobił ten gest, nieznaczny ruch głową. Bart widział to na pewno, taki sam jak na filmie reklamowym. Kelner postawił przed nim piwo i odszedł, biorąc do ręki banknot, który wielokrotnie przewyższał wartość napoju w zielonej butelce. Mężczyzna uniósł ją i upił łyk, po czym odwrócił się ku dziewczynie. Wyjęła z ust papierosa i położyła na dużej popielniczce, mężczyzna przycisnął go i trzymał, aż zadusił. Dziewczyna zaśmiała się nieco nerwowo. Trochę jeszcze wypił piwa i nic nie mówiąc, wstał z barowego stołka, dziewczyna już stała koło niego, dwoma palcami, lekko dotknął jej pleców, ponaglając, ruszyła spokojnie, zadowolona, wiedząc po co idzie i dokąd.

Kelner zabrał nienaruszony koktajl i popielniczkę.

- Chciałbym zapłacić – zaczepił go Bart.

- Na koszt firmy – odburknął, nawet nie spojrzawszy.

- Gdzie mogę znaleźć Lidka?

- On sam cię znajdzie – rzekł kelner, zabierając jego nienapoczęte piwo – jak będzie chciał.

Bart nie wiedział, co ze sobą począć, wypadałoby opuścić ten lokal. Rozejrzał się, Lidek nie siedział przy żadnym ze stolików, nawet pod ścianą, gdzie stały kanapy. Były zwrócone wysokimi oparciami w stronę sali, zasłaniały siedzących. Postanowił pójść i dyskretnie się przyjrzeć. Zrozumiał, że klienci chcą pozostać ukryci, by nikt nie widział, co robią. „Cóż można robić w miejscu publicznym?” Przypomniał sobie rękę mężczyzny na udzie dziewczyny w czerwonej sukience. „Tylko tyle i aż tyle”.

W tej właśnie chwili ucichła muzyka i zespół schodził z estrady, muzycy postępowali pojedynczo, jeden za drugim, odwróceni twarzami do gości i kłaniali się, nikt nie spojrzał w ich stronę. Skręcili w lewo na zaplecze, odsuwając kurtynę. Ostatni z nich, który wygrywał solówki na klarnecie, skręcił w stronę bufetu, ledwo doszedł do jego początku, uniósł szybko brodę, patrząc na Barta, stojącego z boku. „Jakby zamawiał piwo”. Chłopak ruszył w stronę klarnecisty, wzgarda bolała, ale przecież na muzyków również nikt nie zwracał uwagi. Grali, to była ich praca, przecież niezbyt ciężka, ale cóż goście mieli podziwiać i za co dziękować, płacono im od każdego koncertu, a poza tym nie cieszyli się sławą, przy stolikach nikt nie powtarzał ich nazwisk, unosząc brwi. Teraz zjedzą przysługującą im kolację. Idą spokojnie, choć już zeszli ze sceny, ale nie rozmawiają ze sobą, nie czynią prywatnych gestów, wszak wciąż znajdują się na sali, a więc w pracy i są aktorami, grają swoją rolę. Jeden z nich stał w korytarzyku prowadzącym na zaplecze i uniesioną ręką trzymał wysoko kurtynę, by koledzy nie musieli się pochylać, przechodząc.

Gdy Bart podszedł do klarnecisty, muzyk odwrócił się bez słowa i zanurzył w mroczny i wąski korytarzyk, który stał się jeszcze ciemniejszy, gdyż kolega opuścił rękę, kurtyna opadła, podłogę oświetlała nikła lampka umieszczona w oddali. Muzycy zakręcili w prawo i znikali w ciemności jeden po drugim. Kiedy doszli do rozwidlenia, klarnecista zrobił szybki i niedbały ruch głową, wskazując w lewo i podążył za kolegami. Chłopak stał, nie wiedząc, co zrobić ze sobą, łzy wściekłości tłoczyły się do oczu. Wiedział, co robi mężczyzna z dziewczyną w czerwonej sukience, nie mieli wątpliwości. Kelner na pewno chował napiwek, tylko on, pętak, stał w ciemnym korytarzu jak dziecko wyrzucone za karę.

Nagle spojrzał w lewo: tu korytarz się kończył, zamykały go drzwi. „Na cóż było tłumaczyć: idź w lewo, ten korytarz tam się kończy, znajdziesz drzwi, tylko jedne, więc wejdź”. Objaśnianie jak dla idioty, przecież widzi własnymi oczami, że wystarczy zrobić dwa kroki, a drzwi są jedne. Ale przez chwilę czuł się zagubiony i bezradny, nie wiedział, dokąd iść, pusto, mroczno, nie miał kogo zapytać. I przecież grzeczność wymagała, by przystanąć i powiedzieć: „To tutaj – podnieść rękę – cześć” i dopiero wtedy podążyć za kolegami. Ale po co miał być uprzejmy do nieznajomego chłopaka, nie czuł z nim kumplowskiej więzi, jaka łączy mężczyzn. Bart był wyłączony, rozumiał to i przełknął ślinę, mimo to dławiła go, przyklejona do podniebienia i wstrętna.

 Podszedł bliżej, pochyliwszy głowę, uchem niemal dotknął drzwi, stał w napięciu. Nic nie usłyszał, nie wiedział więc, co zastanie wewnątrz. Czy ma wejść? Jest tak blisko swego celu, nie może zawrócić, to bez sensu. Zapukać? Stał, dręczony wątpliwościami. Czuł się rozdarty.  Czy ma wejść z chłopacką swobodą, wyciągnąć łapę po kumplowsku, czy stanąć na środku jak poeta, a jak się zachowują poeci, jak własny pomnik? Wejdzie, co powiedzieć?

Niespodziewanie dla siebie zastukał zgiętymi palcami. Nie zabrzmiało rozkazujące: „wejść”. Nie usłyszał najlżejszego szmeru. „Sprawdzę, może zamknięte, wtedy będę musiał odejść.” Na tę myśl odetchnął z ulgą. Jednak zapukał ponownie, już miał odejść, lecz zebrał się na odwagę, nacisnął klamkę i pchnął drzwi.

Był to niewielki pokoik, łagodnie oświetlony, pod przeciwległą ścianą na puszystej kanapie leżały dwie dziewczyny, obejmowały się i całowały. Chciał zrobić krok wstecz, lecz zobaczył stojące po lewej stronie biurko z włączonym komputerem, tło co chwilę zmieniało się samoistnie, a klawiatura, wyjątkowo mała, nie była podłączona kablem. Nigdy takiego nie widział. Za biurkiem siedział Lidek, odwrócony do niego plecami, z komórką przyciśniętą do ucha i mówił spokojnie, lecz nakazująco.

- Przyślij mi chociaż trzy dziewczyny, potrzebny mi świeży towar. Chyba wiesz, jakie mam wymagające towarzystwo: wyższe sfery, full kultura. – Zrobił przerwę, słuchając odpowiedzi, daję ci najwyżej pół godziny. – Znowu słuchał. – Skąd weźmiesz? Jakieś córki sprzątaczek bez pracy. Idź pod Halę Targową, wystawiają obok niezbyt świeże warzywa: pomidory, nawet banany. Tam znajdziesz dziewczyny, które w nich przebierają, przyjmą każdą robotę i to od razu. – Przerwa. – Dobrze, chłopak też się przyda, byle to nie było ciacho ani macho, tylko delikatny, przecież będzie jako kobieta. – Zamilkł. – To masz szczęście, że właśnie się zgłosiły, wykąp je, ostry makijaż, nowe sukienki, nogi mają być ogolone. Co? No jasne, to też.

Dziewczyny nagle wytknęły palce i uniosły brwi. Odwrócił się i zobaczywszy Barta, powiedział – Muszę kończyć. – Położył komórkę na biurku.

- Dobra, robimy występ. Promujemy ciebie – zwrócił się do stojącego.

W pokoju nie było krzesła, więc musiał stać, wciąż czując, jak jest lekceważony. Pomyślał nagle, że zakręci się na pięcie i odejdzie szybkim krokiem nie oglądając się za siebie. I to właśnie powinien zrobić, lecz nie umiał się słuchać podświadomości.

- Przyda się trochę kultury, widziałeś, jakie tu towarzycho – perorował Lidek - a dzięki twojemu pokazowi mogę wystąpić do Wydziału Kultury o dotacje na działalność artystyczną. – Spojrzał na Barta sprytnie. – Może wydamy ci tomik? Dużo masz tych wierszy?

- Trzydzieści trzy. – Bart opuścił oczy.

Był jak uczeń przed belfrem. Nie chciał patrzeć na dziewczyny na kanapie, które robiły to, co przedtem, a nawet więcej, a gdy tylko podnosił na chwilę głowę i zerkał w ich stronę, stykał się z ich oczami, wciąż w niego wpatrzonymi, które były zamglone i go wciągały w siebie i coraz głębiej, tam gdzie chciał być.  Odwracał głowę.

- Dobry tytuł. A w podtytule damy: a imię jego czterdzieści i cztery – zażartował Lidek.

Wyjął z szuflady kartkę papieru i położył ją na biurku. Rozprostował ręką.

- Podpisz tu, u dołu. To jest poświadczenie, że dostałeś zapłatę za występ.

- Ja – zatkało go – ja nie dlatego…- Bartek spojrzał na Lidka, na dziewczyny i aż się cofnął.

- Wiem, wiem, poeta pisze dla sztuki, nie dla kasy, ale u mnie rachunki muszą się zgadzać. A gdyby się rozniosło, że Lidek nie zapłacił honorarium poecie, to byłby wstyd dla mnie. „Taki dziad z niego, nie ma nawet wolnej stówy”.

Jego ręka ponownie zanurzyła się w szufladzie, wyjął banknot i trzymał go wysoko nad biurkiem jak kość dla psa.

– Bierz – powtórzył – mamy umowę.  

Bart zbliżył się, wziął stówę i schował do kieszeni, czując, że policzki ma czerwone. Postanowił, że przy pierwszej okazji wyrzuci ten psi ochłap.

 Lidek wyjął drugą kartkę formatu A cztery i położył na tamtej. Napisał u góry: „Druk pozycji artystycznej”. – Ile będzie kosztować? – Myślał tylko chwilę. – Lakierowane okładki, dobry papier, w takiej oprawie sprzeda się każda grafomania.

„Tak ocenia moje wiersze, czy po prostu liczy jak biznesmen?”

- Potem uzupełnimy dane. Jak ty masz na nazwisko?

- Malinowski – Bartek powiedział pierwsze, które mu przyszło do głowy. Za nic w świecie nie wyjawi swego nazwiska. Potem jakoś z tego wybrnie, wytłumaczy, że to pseudonim literacki.

Lidek wybuchnął śmiechem. - Z takim nazwiskiem nie wybijesz się w literaturze, nie w naszych czasach. Znajdziemy ci jakiś chwytliwy pseudonim. Podpisz.

Pochylił się nad białą kartką papieru, na której Lidek napisał: „Tom wierszy. Kosztorys”. Machnął u dołu niedbałą, nieczytelną parafkę. Lidek schował obie umowy do szuflady.

- To nas zobowiązuje. Przy okazji dopracujemy szczegóły. – Wstał z krzesła i poklepał Barta po plecach. – Idź, pokaż się, rób karierę.

Dziewczyny siedziały ze spuszczonymi na podłogę nogami. Jak na dany znak, a pewnie był to im znany i wciąż powtarzany schemat, zerwały się lekko i podfrunęły do jego boków. Jedna przeczesała mu szybko włosy, spryskała lakierem i rozburzyła, tu i ówdzie wyprostowała palcami kosmyki, by sterczały, potem przesuwała palcami po jego twarzy, pachniały. – Mniam – powiedziała – ugryzę cię, ciacho. Powróciła na kanapę, oparła się, na wpół leżąc, szeroko rozstawiła uda. Zrobiła dziecinną minkę, palec prawej ręki włożyła do ust, oblizała go, wysunęła rękę i włożyła ją pod stringi, poruszała nim rytmicznie, patrzyła mu w oczy z otwartymi ustami.

- Widzisz, jak u nas jest dobrze, żadnego skrępowania, niczym się nie wstydzimy, to przecież ciało, potrzeby każdy ma takie same. Po występie weź sobie jedną z nich i pójdź na górę – zachęcił go Lidek.

Tam właśnie widział idącą po schodach dziewczynę w czerwonej sukience, pod którą trzymał rękę mężczyzna, zapoznany przy barze.

- Zapłatę odejmę ci z przyszłego honorarium – dodał Lidek.

„Rachunki muszą się zgadzać”, przypomniał sobie Bartek. „Na ile je wycenia? Po pięćdziesiąt złotych każda. A ile zapłaci mężczyzna, który jest z dziewczyną w czerwonej sukience?”

Druga dziewczyna wstała z kanapy, wyciągnęła połę koszuli z jego spodni i narzuciła ją na wierzch.  Na szyję nałożyła mu czarną lśniącą tasiemkę, podsunęła pod kołnierz i zawiązała na węzeł. Pochyliła się, rozsznurowała trampki i zasznurowała je według mody. Wyprostowała się i poprawiła kołnierzyk koszuli, zmierzyła go wzrokiem, jeden szczegół jej się nie podobał, odpięła dolny guzik koszuli i rozchyliła poły. Pomiędzy paskiem od spodni a rozchyloną koszulą, widać było ciało. Poklepała mięsień z podziwem, uśmiechając się i patrząc na koleżankę, która siedziała spokojna i odprężona. Usiadła obok niej, objęła za szyję i całowała w usta, powoli, delikatnie i miękko.

- Mam! – wykrzyknął Lidek. – Bart Marin, akcent na rin.

- Marine – zaproponowała dziewczyna, odsuwając usta od ust koleżanki. – Akcent na rine.

- Tak! Klasnął w ręce. Co byś za to chciała?

- We troje.

- Ja też – potwierdził Lidek.

- Dzisiaj – rzekła chrapliwie dziewczyna.

- Ja też – potwierdził Lidek.

Usiadł przy biurku i spojrzał w monitor. Wyświetliła się na nim sala kawiarni.

- Teraz, szybko.

Dziewczyny pochwyciły Barta za ramię, przebiegli razem krótki ciemny korytarzyk i już stali na scenie. Dziewczyna ujęła mikrofon.

- To ja, wasza dziewczyna onanina, ale nie przyszłam tu, by wam pokazać, jak ja to robię, przyprowadziłam ciacho, jeszcze nienadgryzione.

- Ciacho jest poetą. Będzie wam – przerwała – czytał swoje wiersze. Wyjmij na wierzch, niech wszyscy zobaczą, jakie dorodne i dojrzałe, jak napęczniałe od soków brzoskwinie.

Postawiła przed nim mikrofon. – Czytaj – szepnęła.

Wyjął plik spięty spinaczem i zaczął od pierwszej strony.

- Tytuł…

W tej właśnie chwili drzwi otworzyły się na całą szerokość i do sali wkroczył celebryta wraz z gromadą wrzeszczących dziewczyn i chłopaków. Sala się zerwała, wszyscy zaczęli bić brawo i skandować jego imię. Wielbiciele wpadli na estradę, przewrócili Barta, wcale go nie dostrzegłszy, otumanieni i pijani cudzą sławą. Kartki się rozsypały, klęcząc, zbierał je, wyciągając spomiędzy nóg. Co chwilę dostawał kopniaki, lecz musiał zebrać wszystkie, nie może pozwolić, by je zdeptali. Wreszcie dosięgnął ostatnią i trzymał plik, pognieciony, ze śladami zelówek i brudny. Ktoś pochwycił go za kołnierz, lecz koszula wysunęła się ze spodni, jednym ciosem w szczękę odrzucił go na bok, tam za kręcącym się tłumem leżał, nie mając siły się podnieść. Na brzegu estrady zabawa trwała, celebryta opowiadał o sytuacji, o rządzącej partii, dowcipkował i niby chwaląc, ganił, niby podziwiając, wyśmiewał.

Bartek usiadł wreszcie, ktoś go kopnął, potem ktoś uderzył łokciem, nie odsunął się, tylko wpychał w szale plik kartek do kieszeni, gniotąc je, zerwał z szyi czarną tasiemkę i rzucił na podłogę, podniósł się wreszcie i wsunąwszy koszulę w spodnie, idąc za plecami szalejącego tłumu, zszedł z estrady, minął bar i pomiędzy stolikami szedł w stronę drzwi wyjściowych. Wszyscy stali, bijąc brawo, nikt na niego nie spojrzał. Przed drzwiami odwrócił się, spojrzał na schody. Schodziła nimi dziewczyna w czerwonej sukience, wlokła się wyczerpana, z rozmazanym czarnym makijażem oczu i śladami łez na policzkach. Oderwany kawałek czerwonej sukienki zawiązała wokół szyi, by zakryć ugryzienia.

Był już w drzwiach, jeszcze się obrócił. Ich bolesne oczy się spotkały. Które z nich zostało bardziej sponiewierane, nie pytał.

Było ciemno, kiedy wracał do domu, mimo to zakrył głowę kapturem polaru. Powtarzał pytanie: „Co powiedzą rodzice?”. Wiedział, że nie zostanie ukarany, bo niby za co, nie zrobił nic złego. Czy będą go pocieszać, czy matka rozburzy mu włosy, wzdrygnął się na tę aluzję, i będzie powtarzać, że nic się nie stało. Ojciec będzie siedział w milczeniu. Nie stanie przed nim pokazując krew na czole: „Jak miałem się zachować?” Nie powtórzy swojej maksymy, milczenie wciąż ją powtarzało. Reakcja cioci była tajemnicą, ale na jej rady i wytłumaczenie całej sytuacji liczył najbardziej. Rodzice dobrze go wychowywali, dlaczego więc tak się wydarzyło, dlaczego tak się zachował?

Nie zwalniał kroku. Tuż przed domem, już na ich ulicy podniósł głowę, lecz nie zrzucił kaptura z czoła. Nie spotkał nikogo, było późno. Otworzył drzwi kluczem, wszedł do dużego holu i zobaczył oświetlony pokój. Jakże wielkie odczuł szczęście, tu jest jego miejsce, jego świat w ciepłym domu pośród mądrych i przyjaznych ludzi.

Podszedł do stołu, odsunął swoje krzesło i usiadł na nim.

- Naleję ci herbaty – powiedziała mama. Ręka jej drżała, gdy przechylała dzbanek ponad jego filiżanką.

Zestawił filiżankę z tacy i postawił przed sobą. Podeszła do niego ciocia trzymając niewielką buteleczkę. – Przemyję ci obrażenia. – Nalała płynu na zwinięty kawałek gazy i dotykała nim lekko do obolałych miejsc na czole, policzkach i szczękach. Używała wywarów i nalewek z ziół, które uważała za skuteczne. Rzeczywiście, pieczenie ustało, ból zelżał i nie trzeba było naklejać plastrów z bandażem na twarz, co wszyscy by widzieli i musiałby odpowiadać na pytania: ironiczne, wyśmiewające, czasem pełne współczucia.

Dmuchnął na herbatę i włożył do filiżanki pół łyżeczki miodu ze słoiczka. Upił kilka łyków, było mu to potrzebne. Na dużym płaskim talerzu leżały kanapki z serem, samym masłem i z twarogiem. Kolacje jadali niewielkie, by nie obciążyć żołądka, wiedział, że postawiono ją dla niego. Sięgnął po cienki kawałek ciemnego chleba, ugryzł kęs i odłożył z powrotem na talerz. Bolały go szczęki. Popijając herbatą, przełknął z trudem.

- Opowiem wam, co się stało. - Położył ręce płasko na stole, jak do zeznań.

- Nie musisz – zastrzegła mama. Odsunęła talerzyk, dzbanek, bezsensowne ruchy pokazały zawstydzenie.

- To twój wybór – powiedział ojciec, wciśnięty w fotel. Czy czuł się winny, czy to jego pobito, czy nie umiał obronić?

„Tak, mój wybór, dlaczego teraz o tym wiem?”

- Chętnie posłuchamy – uzupełniła ciocia – na pewno wiele się nauczymy.

Opowiedział. Nie opuścił niczego.

2. SCENA. PAMIĘTNIK WYRZUCONEJ

W domu nie było nic do jedzenia. Szukałam okruchów w pudełku od chleba. Pośliniłam palec i wycierałam dno. Na śmietniku zawieszają na uchwycie od pojemnika woreczki plastikowe z chlebem, całkiem świeżym, często z poprzedniego dnia. Zdarza się nawet, że zostawiają kanapki, nawet z masłem i kiełbasą. Bardzo dobre, w domu takich nie mam. Wyszłam z domu wcześniej, żeby nikogo nie spotkać przed śmietnikiem. Poszłam do tego w bocznej ulicy, po lewej stronie, bo tam worki są porozrywane, pojemniki porozwalane, wszystko na wierzchu. Rzucają dużo odzieży, często znajduję coś fajnego. Ostatnio natrafiłam na buty poza kostki, sznurowane, brązowe. Widziałam, że modne dziewczyny takie noszą, tyle że nowe. Wzięłam je, umyję w środku, wyczyszczę z wierzchu, muszę tylko pamiętać, żeby na czas skombinować pastę.

Miałam szczęście, nie było nikogo, kto chciałby tak wcześnie robić porządki i wynosić śmieci, już przed piątą pojemniki przeorali złomiarze, rozdarli swoimi hakami czarne worki i powyjmowali puszki po piwie. Znalazłam słoik po dżemie, nieumyty wewnątrz, z resztkami pod wieczkiem i na dnie. W tym samym worku leżał jeszcze słoik po majonezie, było go dość dużo, i mały słoiczek przecieru pomidorowego, tylko po wierzchu trochę zapleśniały. Ugotuję sobie zupę wieczorem, przyniosę z mięsnego ścinki wędlin, miła pani Asia da mi trochę za darmo, zeskrobię pleśń. Humor znacznie mi się poprawił, bo znalazłam zawiązany woreczek z chlebem, zupełnie miękkim.

Poszłam przez stary park, przerobiony z nieczynnego cmentarza innej wiary, chyba ewangelickiej. Lubiłam przez niego przechodzić, drzewa były wysokie, dawały cień i szumiały. Kiedyś po lewej stronie, pod górką stała stara kapliczka, zupełnie zrujnowana. Rozebrali ją, gdy wywozili nagrobki, trudno, trzeba było, a na górce rosły niewysokie drzewa, nie wiem, jak się nazywają, konary rozkładały się jak parasol, świeciło tam słońce, chodziłam się opalać. Ogrodzili najpiękniejszy kawałek na samym środku i zrobili akurat w tak pięknym miejscu wybieg dla psów, biegają z patykami w pyskach i srają. Ciekawa jestem, jaka podniosłaby się awantura, gdyby jakiś polski cmentarz, gdzieś na Wschodzie, może na Rossie, taki sławny, pozbawili nagrobków i zamienili na sralnię dla psów.

Wspięłam się jeszcze wyżej, stoją tam ławki, nie widać ich z ulicy, gdyby ktoś przechodził, nie będzie podnosił głowy tak wysoko i wykręcał w lewo, by mnie dojrzeć. Samochody parkują niżej, na brzegu ulicy. Mieszkańcy wychodzą z domów, przechodzą przez ulicę, wsiadają i odjeżdżają. Żaden nie podniesie głowy, by spojrzeć na park. Nie interesuje ich zieleń liści, kształt konarów przecinających na boki korony drzew, nie słuchają szumu wiatru stąpającego po gałęziach. Spieszą się do pracy, po południu pędzą do domów. I tak mija całe życie.

Mogłam bezpiecznie zająć się śniadaniem. Postawiłam torbę na ławce, usiadłam obok. Sprawdziłam najpierw jakość chleba, miękki, najwyżej sprzed dwóch dni. Obejrzałam dokładnie każdy kawałek, czy nie ma pleśni albo czarnego brudu. Były czyste, po prostu za dużo kupili, mieli jeszcze inne jedzenie, gorącą zupę, kotlety mielone i na deser, co się teraz je na deser, pewnie nic, bo są tak napchani obiadem, że budyń się nie zmieści. Ugryzłam kawałek i żułam starannie, bo na sucho. Wyjęłam z torby butelkę z wodą i popiłam. Odkręciłam słoik z resztką dżemu, urwałam kawałek chleba i wsunęłam do środka, aż do samego dna, wytarłam porządnie, potem drugi i trzeci kęs i jeszcze kilka, bo na brzegu słoika zostało sporo dżemu, i tak posmarowałam sobie i zjadłam całe dwie kromki. Poczułam, że mój żołądek jest pełny, było to całkiem odżywcze śniadanie: cukier i węglowodany, o kawałku masła na razie tylko marzę, będę silnie myśleć, może się spełni.  Pusty słoik wrzuciłam do kosza obok ławki.

Pod ławką leżała gazeta i obok puszka po piwie, może odpoczywał tu jakiś porządny gość, który lubił wypić piwko na świeżym powietrzu i poczytać sobie prasę, pewnie żona nie lubi, jak pije w domu, bo to zły przykład dla dzieci i marnowanie pieniędzy. Chciałam zgnieść puszkę i włożyć do torby, by potem zanieść do punktu skupu, ale lepiej było nie mieć jej w szkole, bo gdyby ktoś zobaczył, nie byłoby tłumaczenia. Okazało się, że miałam przeczucie. Jedną kartką gazety owinęłam szczelnie słoiczek z majonezem, zawinęłam porządnie brzegi, a w drugą zapakowałam słoiczek z przecierem pomidorowym. Dno torby wymościłam poskładaną resztą gazety, a na to owinięte słoiczki, żeby nie stukały, gdy położę torbę na ławce.

Zeszłam na główną ulicę, przeszłam na światłach i skręciłam w równoległą, wąską brukowaną, na początku przytuloną do pagórków, dalej po jednej i po drugiej stronie mijającą puste ogrody, bez płotów. Znikały z niej stare, przedwojenne domki jednorodzinne, kilka dziwnym przypadkiem spłonęło, pozostał tylko jeden. Lubiłam tędy chodzić, panowała cisza, mogłam myśleć, o czym chciałam, nikt mnie nie mijał, nie gapił się, samochody nie ryczały. Tylko już pod sam koniec było kilka lepiej zachowanych domów, stara łaźnia przerobiona na prywatną szkołę; tu musiałam uważać, spotykało się uczniów wysiadających z samochodów. Mijałam ten budynek jak najszybciej mogłam, idąc z opuszczoną głową.

Przyszłam do szkoły jeszcze przed lekcjami. Pozostało dużo czasu. Kuba siedział przy stoliku jak co dzień. W dużym holu za bufetem była kawiarnia, jak nazywali to miejsce, parę stolików z krzesełkami. Przychodzili tu na dużej przerwie, na innych też, gdy już wybrali sobie jedzenie w bufecie, siadali, aby zjeść i nie chodzić z bułkami po korytarzach. Bufet był już otwarty, co za wygoda, można było kupić sobie śniadanie, jeśli ktoś nie zjadł w domu. Kuba siedział odwrócony plecami do drzwi, nie widział, kto wchodzi, zresztą i tak nie zwróciłby na mnie uwagi. Obok niego stał talerzyk, już pusty. Pochylał się jak co dzień nad grubym zeszytem, w którym robił obliczenia matematyczne. Liczył wciąż, na każdej przerwie i podejrzewam, również na lekcjach, pisząc z zeszycie położonym pod ławką, jeśli tylko miał możliwość skorzystać z nieuwagi profesora, oni chyba wiedzieli i tolerowali to.  

Wszyscy go po cichu wspierali, wiedząc, że i tak nie wybierze ich przedmiotu na maturze ani się nim głębiej nie zainteresuje, wystarczyło, że zaliczył, ale i tak był dobry, a może zawyżali mu oceny, wspierając go w ten sposób w jego dążeniu. Kuba celował w uniwersytet w Oxfordzie. Na pewno będzie tam studiował, dostanie się bez problemu, przyznają mu stypendium Fahrenheita, wypłacane przez miasto Gdańsk. Może pieniądze nie wystarczą na życie w Anglii, ale będzie mógł sobie dorobić, mówił o tym, gdy profesor pytał go na lekcji. Opowiadał szeroko, zadowolony, że może pokazać swoją pasję. Wyglądało na to, że miał zaplanowane całe życie. Profesor pytał, czy po skończeniu studiów wróci do Polski. Zostanie w Anglii, będzie pracował naukowo, tam otwierają się większe możliwości. Domyślił się, że profesor chciał się dowiedzieć, czy spłaci dług wobec ojczyzny, to chyba nawet Kuba użył tego określenia. Może to zrobić na wiele różnych sposobów, choćby poprzez zawieranie korzystnych kontraktów dla kraju, bo przecież założy firmę, i to olbrzymią, obejmującą cały świat, i będzie zatrudniał rodaków. Przypomniał polskiego uczonego, który pracował w USA, wynalazł szczepionkę na straszliwa chorobę Heine-Medina, która deformowała nogi dzieciom tak, że musiały całe życie chodzić o kulach. Podarował szczepionkę Polsce, uratował całe pokolenie od tej strasznej deformacji. Nazywał się Hilary Koprowski i na początku lat dwutysięcznych odwiedził Polskę.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.