3,99 zł
Ogień rozprzestrzeniał się w szaleńczym tempie. Pochłaniał białe domki w spokojnej okolicy. Miasteczko płonęło, a wraz z nim pokój między mieszkańcami. Sąsiedzi, którzy dotychczas spędzali wspólnie czas, dzielili troski i codzienność, teraz rzucili się sobie do gardeł. Krzyk i wrzask był zapowiedzią znacznie gorszych czynów. Wkrótce ulicami popłynęła krew zamordowanych... Co mogło wywołać taką agresję? Czyżby wszystkich opętał demon zagłady?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 39
Emma Popik
Saga
Demon zagładyZdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2009, 2020 Emma Popik i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788726599787
1. Wydanie w formie e-booka, 2020
Format: EPUB 3.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.
SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont
Szedł coraz szybciej, z rękami wbitymi w kieszenie spodni. Pochylił głowę, aby się nie obejrzeć. Mimo to na drodze przed sobą widział odblaski tańczących płomieni. Pożar szalał jednakże już dość daleko poza jego plecami. Płonęło miasteczko, zbudowane z białych domków, stojących wśród ogródków, zamykanych na furtkę. Mieszkali w nim mili, zwyczajni ludzie, którzy w ciepłe popołudnia jak to, rozmawiali o codziennych sprawach, opierając rękę na klamce przed powrotem do domu na kolację. Teraz jednak skakali sobie do gardeł i mordowali się szybko i okrutnie. Kiedy upadali, pokrwawione dłonie rozmazywały krew na białych ścianach. Z rynku dobiegały jeszcze dzikie wrzaski. Kłócili się i szarpali, wyrywali sobie z rąk przedmioty, wykrzykiwali wyzwiska i stare urazy.
Co spowodowało to straszne zamieszanie? Jaka była pierwsza przyczyna awantury? O co poszło? I kto był demonem zagłady? Czyżby ten człowiek, który oddalał się od płonących ulic i wrzeszczącego rynku? Nie oglądając się i nie czując w sobie żadnej winy?
Rozmawiali przyciszonymi głosami na zapleczu restauracji, gdzie zawsze ubijali interesy. Dzisiejszego wieczoru inny temat pochylał ku sobie ich głowy. Musieli ustalić wspólne stanowisko w sprawie potraktowania przybysza. I zanim podadzą ludziom oficjalne przyczyny wydarzenia, uzgodnią je między sobą i będą się potem trzymać przyjętej wersji.
- Chciałem go zatrzymać – powiedział sklepikarz. – Przecież widzieliście, pierwszy zareagowałem i podjąłem zdecydowane działania.
- To przecież ja zorganizowałem mu godne powitanie. – Właściciel komunikacji miejskiej przebił ofertę. – Pierwszy zorientowałem się, z kim mamy do czynienia.
Nawet nie chciało im się żachnąć na tak bezczelne kłamstwo. Rozumieli, że się bronił od oskarżenia o poważną zbrodnię. Zresztą, jak każdy z nich. Tylko restaurator milczał, powalony żałobą. Stracił najwięcej. Właściwie wszystko, co było napędem do gromadzenia majątku. Dla niego złote pieniądze były dotychczas najważniejsze. Po co ma teraz je gromadzić?
Każdy z nich chciał własną winę zrzucić na przeciwnika. Zresztą nie przyznawali się do żadnej winy, po prostu trzeba było się dogadać, jak zawsze.
Mimo wspólnego interesu, grali jednak przeciwko sobie. Żaden z nich zresztą nie wiedział, w jaki sposób przybysz wdarł się do samego serca wydarzeń. Każdy sądził, że taką informację posiada przeciwnik. Ostrożnie usiłowali tę wiedzę wzajemnie z siebie wydobyć.
Najważniejsze było ustalenie, w jakim celu w ogóle wszedł do miasteczka. Czy po prostu podróżował od jednej miejscowości do drugiej?
- To absurd – zaprzeczył właściciel komunikacji miejskiej. – W jakim celu miałby tak łazić? Taka osoba nie chodzi sobie po prostu.
- Właśnie! – podchwycił sklepikarz. – A jak się tu dostał? Białą szosą, pieszo w tym morderczym słońcu?
- Na pewno wylądował wprost na skrzyżowaniu! - z radością wyraził przypuszczenie właściciel komunikacji miejskiej. – I odprawił szosolot z powrotem skinieniem ręki? Ha, ha!
- Nie znamy celu przybycia A przecież musiał istnieć. – Odezwał się nareszcie restaurator. – Czy ktoś go wysłał?
Zamyślili się głęboko. Jeżeli uda im się odpowiedzieć na te pytania, zrzucą z siebie ciężar. Udowodnią wszystkim, że wydarzenia były z góry zaplanowane i musiały się potoczyć dokładnie w taki sposób, jaki przebiegły. I oni tymczasem, którzy przecież najwięcej stracili, będą domagać się współczucia od wszystkich i ba! może nawet rekompensaty.
Nie potrafili przede wszystkim znaleźć żadnej odpowiedzi na najważniejsze pytanie: po co przybył tu, na Dziki Zachód techniki?
Trzej wspólnicy zbrodni na zapleczu restauracji bali się, że zostanie im wymierzona sprawiedliwość. Przez zamknięte okno dobiegał swąd spalenizny.
- Przybył do nas anioł zagłady – powiedział restaurator. – Tylko on znał sposób przybycia i cel.
- Gdzie jest teraz? – zapytał sklepikarz.
- I jak się wydostał z płonących ulic? – dodał właściciel komunikacji miejskiej.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
