Nadzieja radykalna. Etyka w obliczu spustoszenia kulturowego - Jonathan Lear - ebook
Opis

W dzisiejszych czasach narasta poczucie kruchości cywilizacji jako takich. Przeróżne wydarzenia na całym świecie – ataki terrorystyczne, gwałtowne przewroty społeczne, a nawet klęski żywiołowe – budzą w nas niepokojąco złowrogie odczucie. Czujemy je, ale nie potrafimy dać mu właściwej nazwy. Podejrzewam, że właśnie to poczucie rodzi tak powszechną nietolerancję, której doświadczamy wszędzie dookoła, i mam tu na myśli wszystkie stanowiska w politycznym spektrum. Wydaje nam się, że jeśli nie będziemy z całą mocą bronić własnego sposobu patrzenia na świat, to ów sposób może się rozpaść. Może gdybyśmy potrafili dać temu poczuciu kruchości i zagrożenia jakąś nazwę, nauczylibyśmy się tym samym lepiej z nim żyć (Jonathan Lear).

Jonathan Lear jest filozofem, profesorem w Committee on Social Thought na Uniwersytecie w Chicago i, co ma dla tej książki kapitalne znaczenie, praktykującym psychoanalitykiem. Jego Nadzieja radykalna odpowiada bowiem na trzy zasadnicze pytania: (1) jak żyć w świecie, który nagle stracił jakikolwiek sens; (2) czy w takim świecie możliwa jest jeszcze nadzieja; a jeśli tak, to (3) w jakim języku można starać się ją wyrazić? Powiedziałbym zatem, że Nadzieja radykalna to swego rodzaju podręcznik pierwszej pomocy po upadku znanego nam świata (ze Wstępu Piotra Nowaka).

 

Jonathan Lear (ur. 1948) – profesor w Committee on Social Thought i na wydziale filozofii Uniwersytetu Chicagowskiego. Studiował filozofię na Uniwersytecie w Cambridge i Uniwersytecie Rockefellera w Nowym Jorku, gdzie obronił doktorat w roku 1978. Zajmuje się głównie filozoficznymi koncepcjami ludzkiej duszy od czasów Sokratesa do współczesności. Studiował również w Instytucie Psychoanalizy Western New England University. Jest autorem książek: Aristotle and Logical Theory (1980), Aristotle: the Desire to Understand (1988), Love and Its Place in Nature: A Philosophical Interpretation of Freudian Psychoanalysis (1990), Open Minded: Working Out the Logic of the Soul (1998), Happiness, Death and the Remainder of Life (2000), Therapeutic Action: an Earnest Plea for Irony (2003), Freud (2005). Jego najnowsza praca to A Case for Irony (2011). Otrzymał Distinguished Achievement Award przyznawaną przez Fundację Andrew W. Mellona.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 240

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki i stron tytułowych: KRZYSZTOF BIELECKI
Redakcja: KRZYSZTOF ROSIŃSKI
Korekta: MAGDALENA PABICH
Skład: Studio Artix, Jacek Malik, info@artix.pl
Jonathan Lear. Radical Hope. Ethics in the Face of Cultural Devastation Copyright © 2006 by the President and Fellows of Harvard College Copyright © for this edition by Fundacja Augusta hr. Cieszkowskiego
Wydanie pierwsze, Warszawa 2013
ISBN 978-83-62609-40-6
Fundacja Augusta hr. Cieszkowskiego ul. Mianowskiego 15/65, 02-044 Warszawa e-mail:fundacja@kronos.org.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Piotr Nowak

Wstęp

Śniąc, człowiek wprawia się do przyszłego życia.

F. Nietzsche

1. Jonathan Lear jest filozofem, profesorem w Committee on Social Thought na Uniwersytecie w Chicago i, co ma dla omawianej tutaj książki kapitalne znaczenie, praktykującym psychoanalitykiem. Jego Nadzieja radykalna odpowiada bowiem na trzy zasadnicze pytania: (1) jak żyć w świecie, który nagle stracił jakikolwiek sens; (2) czy w takim świecie możliwa jest jeszcze nadzieja; a jeśli tak, to (3) w jakim języku można starać się ją wyrazić? Powiedziałbym zatem, że Nadzieja radykalna to swego rodzaju podręcznik pierwszej pomocy po upadku znanego nam świata – takie odniosłem wrażenie po jej lekturze.

Ale Lear stawia jeszcze bardziej fundamentalne i ogólne pytanie: co dzieje się z ludźmi, gdy nieoczekiwanie znika z powierzchni ziemi ich kultura, gdy unicestwieniu ulega to wszystko, do czego przywykli? Za przykład obiera indiańskie plemię Wron. Na przełomie XIX i XX wieku większość plemion indiańskich zderzyła się z dwoma wynalazkami, których sile nie potrafiła się przeciwstawić: amerykańskim winchesterem i wodą ognistą. Pierwszy wybił trzy czwarte Indian, drugi zdegenerował ocalałą resztę[1]. W swoich badaniach Lear opiera się na ustnej relacji wodza Wron spisanej przez Franka B. Lindermana. Wiele Przewag (bo takie imię nosił wódz) wypowiada myśl, która posłużyła Learowi za punkt wyjścia jego opowieści: „Odkąd odeszły bizony, serca moich ludzi upadły na ziemię i nikt już ich nie podniósł. Później nic już się nie wydarzyło”. Co to znaczy, że nic się nie wydarzyło? – pyta Lear. Przecież Wiele Przewag był osobą wyjątkowo długowieczną i energiczną. Gdy przestał być wojownikiem, skutecznie zajął się rolnictwem, odbierał nagrody, jego wkład w pojednanie między „dzikimi” a rządem amerykańskim doceniono i uhonorowano. W jakim więc sensie „nic się nie wydarzyło”? Aby to zrozumieć, należy cofnąć się do snów, które przyśniły się dziewięcioletniemu Wielu Przewagom i trwale uformowały jego umysłowość. W pierwszym śnie Wiele Przewag wyśnił sposób, w jaki miał sobie radzić po śmierci starszego brata. Drugi sen (ściśle biorąc: koszmar) był już dużo dziwniejszy. Małemu chłopcu przyśniło się widmo apokalipsy, która w przyszłości miała znieść z powierzchni ziemi plemię Wron. Także w tym wypadku marzeniu sennemu towarzyszyły praktyczne wskazania mające osłabić siłę, z jaką to, co nieuniknione, powoli wdzierało się w życie jego plemienia. Sny bowiem (przekonuje Lear) potrafią wprowadzić nas do rzeczywistości tylnym wejściem, jej kuchennymi schodami, wiodąc wprost ku sytuacjom kłopotliwym, często niewytłumaczalnym. Dlatego bywa, że sen wywiera wpływ na podejmowane decyzje, niekiedy sabotując je, przez co lepiej wzmacnia moralny fundament, niż czyni to tradycja, docierająca zawsze drogą okrężną, dookoła.

Dlaczego wewnętrzny nakaz przyrównujesz do snu? Czy odnosisz wrażenie, że jest bezsensowny, nie wiadomo do czego się odnosi, jest nieuchronny, niespotykany, że uszczęśliwia albo przestrasza bez przyczyny, że nie jest do końca przekazywalny, a przekazywania wymaga, podobnie jak to ma się ze snami[2]?

2. Wiele Przewag był człowiekiem, który miał zobaczyć zmianę kulturową na własne oczy i doświadczyć jej na własnej skórze. Nim został wodzem, jako młody chłopak dzielnie bronił kija wyznaczającego granice, których nikomu nie wolno było przekroczyć. W świecie Wron, w którym religia przenikała się z walką na śmierć i życie, osadzenie w ziemi laski przewagi było równoznaczne z wyznaczeniem obszaru, na który nikt poza Wronami nie miał prawa wstępu. A zatem samo jej osadzenie posiadało aspekt tyleż psychologiczny, co militarny – osłabiało morale przeciwnika. Wierzono, że człowieka może spotkać los stokroć gorszy od śmierci i przegranej, mianowicie życie w hańbie, z piętnem beznadziejnego „losera”, który nie obronił swych przewag i naraził plemię na zniszczenie. A także odwrotnie: wojownik demonstrujący przewagi, skutecznie broniący osadzonej w ziemi laski, cieszył się wielkim poważaniem wśród współplemieńców. Gdy był młody, mógł sobie wybrać żonę, nie czekając na osiągnięcie pełnoletniości; jego żona mogła iść przed nim, nieść jego tarczę. Jeszcze innym sposobem „zaliczania przewagi” było dotknięcie przeciwnika laską bez zranienia go czy natychmiastowego zabijania. W „zaliczaniu przewagi” nie chodziło bowiem o bezpośrednie wyeliminowanie wroga, lecz o stworzenie takiej sytuacji, w której zrozumie on, że zaraz zginie. Agon między zwaśnionymi plemionami miał więc par excellence kojèviański charakter: tym, o co walczono, był czysty prestiż, uznanie – nie eliminacja, a wymuszenie na przeciwniku uznania dla zwycięzcy. Natomiast patrząc na ten sam czyn w kategoriach ogólnoplemiennych, należy dodać, że wojownik określał w walce przestrzeń życiową całej zbiorowości. I więcej: skoro laska przewagi oddzielała życie od śmierci, należało jej strzec nawet za cenę własnego istnienia. Wojownik życiem swoim poświadczał wartość wetkniętego w ziemię patyka, weryfikując przy okazji zasadnicze dla kultury Indian Północnych pojęcie odwagi. Odwaga – pisze o tym Lear w ostatnim rozdziale książki – dlatego jest cnotą, że stanowi najlepszy sposób, w jaki potwierdzamy podstawowy, dotyczący nas samych fakt, mianowicie, iż jesteśmy skończonymi, erotycznymi stworzeniami. Przez skończoność rozumie on zespół ograniczeń, którym poddana jest natura ludzka. Nie jesteśmy wszechmocni, powiada, ani wszechwiedni; nasza zdolność stwarzania jest ograniczona; taka sama jest zdolność zdobywania tego, co chcemy; nasze wierzenia mogą okazać się fałszywe; nawet pojęcia, którymi posługujemy się przy opisywaniu świata, podatne są na deformację. Natomiast samą erotyczność kondycji ludzkiej wykłada Lear za Platonem. Z uwagi na braki wynikające z ludzkiej skończoności człowiek sięga po świat, tęskniąc za nim, pragnąc go, uwodząc, wreszcie pożądając tego, co uznaje (aczkolwiek błędnie) za wartościowe, piękne i dobre. Czy wojownik z plemienia Wron (lub z jakiegokolwiek innego) mógł jednak zdobyć się na taki czyn jak wetknięcie kija w ziemię w stworzonym dla jego potrzeb rezerwacie? Czy w rezerwacie odczuwał ten sam brak, który nakazywał mu stanąć do walki o uznanie? Toteż wkrótce miało się okazać, że w świecie odartym ze swobody i naturalności nie ma miejsca na zachowania godnościowe, na odwagę. W rezerwacie kij pozostawał kijem i nikomu nie przychodziło do głowy walczyć o niego ani go bronić. Wiele Przewag przeprowadził więc swoje plemię od świata, w którym kradzież konia przeciwnikowi stanowiła powód do chwały, do świata, gdzie ten sam czyn kwalifikowany był jako pospolite przestępstwo. Innymi słowy, kres kultury rywalizacji nastąpił wraz z domestykacją żywiołu, obłaskawieniem „wiatru”, przepędzeniem bizonów, kryminalizacją zachowań przynoszących w dawnym świecie sławę i honor. Ci, którym przyszło żyć w nowej rzeczywistości, żyli w totalnej dezorientacji. Można powiedzieć, że w ich obecności, na ich oczach rozpadały się pojęcia spajające do tej pory kulturę Indian w sensowną całość. Spustoszenie, które dotknęło rzeczywistość plemion indiańskich, przypomina pod wieloma względami współczesną kulturę nadżartą przez nihilizm. Widać to na przykładzie heideggerowskiej kategorii czasowości, która znalazła zastosowanie w analizie rozpadu pojęć właściwych dla kultury Indian północnoamerykańskich. Sama czasowość – rozumienie czasu przejawiającego się pod postacią określonych form kultury – jest wyraźnie datowalna. Skoro czas jest zawsze czasem, „gdy-to-a-to” się stało, z łatwością można wyobrazić sobie „kres” takiego czasu, a więc moment, w którym „to-a-to” już się nie dzieje. Gdy bizony odeszły – to słowa Dwóch Onuc – Wrony już „tylko żyły”. Ten swoisty „koniec czasu” może – zdaniem Leara – przytrafić się w każdej chwili – dosłownie – każdemu. Żadna rzeczywistość nie jest na tyle immunizowana, by obronić się przed destrukcyjnym wpływem nihilizmu, który, jak kwas, rozpuszcza w sobie wszystko. Myślenie w „czasie marnym” zmienia się w bezmyślność, uniwersytet – w zakład produkcyjny, żywe, pulsujące aglomeracje nagle pustoszeją i obumierają, praca i walka tracą sens, zmieniając się w jałowy odpoczynek i bezrobocie. Drogę wyjścia z egzystencjalnego impasu – to jedna z piękniejszych intuicji zawartych w tej książce – może odnaleźć poeta, który nada zagładzie jego plemienia zupełnie nowy sens. Lear ma na myśli kogoś takiego, „kto odniósłby się do przeszłości plemienia i – zamiast wzbudzać w ten sposób nostalgię czy budować namiastkę mimesis – zapewnić Wronom w oparciu o nią nowe, żywe formy życia i istnienia. Przez »poetę« rozumiem tu – w najszerszym sensie – kogoś, kto potrafi stworzyć przestrzeń pełną znaczeń. Możliwość pojawienia się takiego poety oznacza możliwość zaistnienia nowego pola możliwości. Nikt nie jest w stanie wykluczyć takiej możliwości”. Zwykle bowiem poeta czerpie z rezerw uciułanych na gorsze czasy. Bez niego naród dożywa życie bez refleksji, w całkowitej pustce, w oderwaniu od własnej pamięci. Powołaniem poety jest więc wytrącenie narodu z gnuśności, w jaką popadł nie z własnej winy, wybudzanie z letargu resztek plemiennej świadomości.

3. We wspólnocie Indian w interesujący sposób poszerzano granice poznania. Starszyzna plemienna nakłaniała młodych chłopców, by szli w góry lub do lasu i śnili. W zależności od tego, co wyśnili, ich sny poddawano następnie mocnej interpretacji; chłopcy śnili, a starzy te sny objaśniali. Wierzono bowiem, że młodzieńcy obdarzeni są naturą mediumiczną, że rodzą się w nich obrazy powstające na granicy dwóch światów – przyrodzonego i nadprzyrodzonego; śnili zatem to, czego nie potrafili pomyśleć. W plemieniu Wron to Wiele Przewag miał być tym, który wyśnił im przyszłość.

Zobaczyłem, jak Cztery Wiatry szykują się do ataku na las, i wstrzymałem oddech. Zrobiło mi się żal tych pięknych drzew. Żal mi było wszystkich istot żyjących w lesie, ale byłem bezsilny. Nie mogłem obronić ich przed Czterema Wiatrami, które wspólnie ruszały na wojnę. Schowałem twarz w ramiona, gdy uderzyły! Słyszałem Grzmoty ryczące podczas burzy, widziałem, jak piękne drzewa łamią się niczym źdźbła traw i jak las zmienia się w stertę potrzaskanych pni. Schylając się, usłyszałem, jak Cztery Wiatry przelatują nade mną, jakby wciąż nie było im dość, i popatrzyłem na obraz zniszczenia, który się przede mną roztaczał. Tylko jedno drzewo, wysokie i dumne, zostało tam, gdzie wcześniej był wielki las. Cztery Wiatry, które zawsze wojują w pojedynkę, tym razem uderzyły wszystkie naraz i zniszczyły wszystkie drzewa w lesie oprócz jednego. Stojąc samotnie pośród swoich powalonych towarzyszy, wyglądało smutno. „Co to znaczy?” – wyszeptałem w moim śnie.

Sen Wielu Przewag, przypomniany i na nowo odkryty, pomógł mu rozwiązać sytuację, w której znalazło się jego plemię. Gdy zmieniają się reguły gry, na które nie mamy wpływu – przekonywał współplemieńców – sami musimy się zmienić, w przeciwnym razie zginiemy. Dlatego dobrze jest naśladować (jak we śnie) zachowanie sikory, która słucha innych i umie się od nich uczyć. A to oznacza redefinicję pojęcia odwagi: nie jest nią więcej obrona powkładanych w ziemię patyków, lecz wielka, heroiczna próba asymilacji nowej kultury i adaptowania się w jej obrębie. Oczywiście, nie ma to i tak większego sensu (bawoły odeszły, a wraz z nimi dusze Indian, ich odwaga), ale umożliwia biologiczne przetrwanie. Miał to być sposób na przeżycie swej własnej śmierci. Przynajmniej tyle.

Platon pisał (w Lachesie, 198, bc), że te rzeczy budzą w nas uzasadnioną trwogę, które dopiero mają nadejść w całej swojej nieokreśloności. Jeśli to prawda, to Indian z plemienia Wron odarto z jeszcze jednej ludzkiej cechy: odtwarzając środowisko, w jakim dawniej żyli, oswojono ich trwogę przed nieznanym.

Dochodzimy w tym miejscu do konfrontacji, jaka miała miejsce pomiędzy Wieloma Przewagami a Siedzącym Bykiem, wodzem plemienia Siuksów, który – nawiedzony ideą zbawienia wszystkich plemion indiańskich od zarazy białego człowieka – wydał rządowi Stanów Zjednoczonych wojnę. I przegrał ją, jak przegrał model życia, którego nie umiał obronić. Jak na tym tle wypada Wiele Przewag? Można zarzucić mu (nie bez podstaw) konformizm, układanie się z silniejszym. Lub realizm oparty na chłodnej kalkulacji sił własnych i przeciwnika. Nowatorstwo konceptu Leara polega jednak na czym innym. Lear bowiem idzie za głosem snu, jaki śnił Wiele Przewag, snu, w którym, niezależnie od widma apokalipsy, objawiła mu się idea radykalnej nadziei. Co to za nadzieja i na czym polega jej radykalizm?

Z nadzieją radykalną w jej najbardziej absurdalnej postaci mamy do czynienia – jak w micie o ofiarowaniu Izaaka – gdy Pan Bóg nakłania jednego z rodziców do zawieszenia etycznego nakazu opieki nad dzieckiem w imię zasady przekraczającej etykę i transcendującej ten świat. Nadzieja, o której tutaj mowa, opiera się na wierze w zdolność przechowania w skrajnie odmiennych warunkach dawnych form życia, choć sam ten zamiar może wydawać się zgoła niedorzeczny. Wierze tej towarzyszy przekonanie, że dobro może pojawić się nawet w takim świecie, w którym nie ma nań miejsca, ono samo zaś jest niepojmowalne. Okazuje się, że dobro posiada nierozkładalną strukturę, która umożliwia jego trwanie, mimo że tradycyjne sposoby ujmowania dobra uległy atrofii. Dlatego należy działać „w imię” najwyższej wartości, praktycznie angażować się po jej „stronie” (słowa te opatrzyłem cudzysłowem, ponieważ w świecie podtrutym przez nihilizm nie ma żadnych „imion” ani jednoznacznie określonych „stron”) nawet wtedy, gdy wymyka się ona dotychczasowej pojęciowości. Jedynie działanie na łapu-capu, czynne, lecz ślepe zaangażowanie umożliwi – „być może” – reanimację oznak dawnego życia i przywrócenie mu sensu oraz wiary w plemienne zmartwychpowstanie. Nadzieja radykalna rodzi się zatem w okolicznościach, w których spodziewamy się szczęśliwego zakończenia, ale nie wiemy, skąd miałoby ono nadejść. Jej radykalizm polega zaś na tym, że znajdująca się w kryzysie kultura podąża – w osobach jej najważniejszych przedstawicieli: poetów, mężów stanu, nawiedzonych proroków – w kierunku pomyślnego rozwiązania, którego jeszcze nie ma. Nadzieja ta nie występuje w związku z tanim optymizmem ideologii społecznych, ponieważ ratunek może tak samo nadejść, jak i nie nadejść. W pewnym sensie wytwarza nowy typ męstwa podejmującego ryzyko w sytuacji, w której zupełnie nie wiadomo, co należy robić, gdy każdy wybór może okazać się wyborem tragicznym. Jest to model męstwa słabego, osadzonego na ruinach minionego świata i świadomości przegranej. Nadzieja radykalna tym więc różni się od nadziei zwykłej, że jest nadzieją pustą, całkowicie ogołoconą z treści, słabą i niekonkretną, że jest nadzieją nieukierunkowaną, nadzieją „na nic”. To wszystko czyni ją radykalną, co sprawia, że jest ona nakierowana na przyszłe dobro, które przekracza aktualną zdolność zrozumienia tego, czym dobro to mogłoby być. Z kolei od optymizmu – powtórzmy – odróżnia ją to, że nie da się jej sprowadzić do oczekiwania na coś określonego, na przykład na praktyczne i skuteczne rozwiązanie jakiejś sprawy. Nadzieja radykalna wymaga nowego typu odwagi, gdyż podsyca w nas niepewność i przygotowuje do konfrontacji z sytuacją „nie do pojęcia”. Jest bez reszty irracjonalna, nie popiera jej żaden twardy dowód.

4. Okazuje się, że koniec świata można „odrabiać” wiele razy. Tak wiele, jak wiele jest światów, które mają się skończyć. Ryzykuję twierdzenie, że Nadzieja radykalna Jonathana Leara to kolejna wersja „końca historii”, tym razem świetnie i na nowo opowiedziana i odkryta (charakteryzuje ją niesamowita plastyczność obrazu, żywiołowość narracji). Książka ta opowiada nie tylko o zaniku tradycji – erozji pewnych typów zachowań, ale przede wszystkim mówi o zaniku możliwej podstawy dla nich. Obserwujemy ad oculos zagładę pewnej formacji kulturowej. Dlatego, myślę sobie, przemówi do wyobraźni wielu polskich czytelników, specjalnie uwrażliwionych na gruncie dziejowych kataklizmów, w jakie obfitowała nasza historia. Polubi ją każdy, komu bliska jest tak zwana polityka historyczna, ponieważ Wiele Przewag, jak się zdaje, był jej pierwszym wielkim zwolennikiem. Skoro bawoły odeszły, tożsamość plemienną należy skonstruować na nowo, w oparciu o nowe wartości krzewione w nowym świecie. Jak? Budując rezerwaty, hodując nowe bawoły, ucząc ludzi polowania i tańczenia przez opowieść o tym, jak tańczono i polowano dawniej. Książka Leara dodaje otuchy, gdyż wskrzesza zapomniany język nadziei, której wypełnienie ma nadejść od strony mglistej przyszłości, z nieokreślonego „zewnątrz”. Jest opowieścią o małym narodzie poddanym planowej eksterminacji, który przeżył zagładę, gdyż w osobie Wielu Przewag odnalazł zarazem Piłsudskiego i Mickiewicza.

Poza tym Nadzieja radykalna jest ładna (obrazki jak z Małego Bizona Fiedlera) i prawdziwa.

Nadzieja radykalna

Etyka w obliczuspustoszenia kulturowego

Wiele Przewag. Ze zbiorów Richarda Throssela, Centrum Dziedzictwa Narodowego Uniwersytetu w Wyoming, Acc. 2394

Rozdział I

Później nic już się nie wydarzyło

SZCZEGÓLNA PODATNOŚĆ NA ZRANIENIE

Na krótko przed śmiercią ostatni wielki przywódca narodu Wron, Wiele Przewag, wzniósł się ponad „konflikt cywilizacji” i opowiedział białemu człowiekowi swoją historię. Frank B. Linderman przybył do Montany w 1885 roku, będąc jeszcze nastolatkiem, i żył tam jako traper, myśliwy i kowboj. Mieszkając w drewnianej, leśnej chatce blisko jeziora Flathead, nawiązał kontakt z Wronami. Z książki, w której spisał opowieść Wielu Przewag, jasno wynika, że przyjaźnił się z wodzem. „Cieszę się, że ci to powiedziałem, Mówiący Dłońmi – dodaje Wiele Przewag pod koniec książki. – Poczułeś moje serce, a ja poczułem twoje. Wiem, że napiszesz tylko to, co sam ci powiedziałem, a twoje pismo będzie proste jak twój język, i dlatego podpisuję je moim kciukiem, niech moi i twoi ludzie wiedzą, że powiedziałem to, co tu zapisałeś”[1]. Książka stanowi niezwykłą relację o czynach młodego człowieka, który dorastał w czasach, kiedy Wrony były jeszcze krzepkim plemieniem wędrownych łowców. Linderman nie popisuje się jednak swą poufałością z rozmówcą. W przedmowie pisze: „Jestem przekonany, że żaden biały człowiek nie zdołał nigdy dobrze poznać Indianina, a wszelkie książki w rodzaju niniejszej mają mankamenty, ponieważ obie rasy, czerwona i biała, zgoła inaczej podchodzą do życia. Przyglądam się temu Indianinowi od ponad czterdziestu lat i to raczej z wielką sympatią niż chłodnym okiem; mimo to do dziś nie wiem, czy przez te lata rzeczywiście zdołałem się czegoś o nim dowiedzieć. Owszem, często zapewniał mnie, że go znam – że, jak to mówił, »czuję jego serce« – ale czy tak jest w istocie, tego nie jestem pewien”[2].

Słowa, które najbardziej mnie zaniepokoiły w tej książce, nie należą jednak do opowieści o czynach Wielu Przewag, choć padają z jego ust. W autorskim posłowiu Linderman pisze, że nie udało mu się wydobyć od swego rozmówcy niczego, co dotyczyłoby czasu, gdy Wrony były już zamknięte w rezerwacie:

Wiele Przewag nie chciał mówić o swoim życiu po odejściu bizonów, dlatego jego historia wydać się może przerwana w połowie, pozostawiając wiele lat poza marginesem opowieści. „Nie opowiedziałem ci nawet połowy tego, co się działo, kiedy byłem młody – wyznał, kiedy nalegałem na ciąg dalszy. – Mogę spojrzeć wstecz i powiedzieć ci jeszcze wiele o wojnach albo o kradzieżach koni. Odkąd jednak odeszły bizony, serca moich ludzi upadły na ziemię i nikt ich już nie podniósł. Później nic już się nie wydarzyło. Mało było pieśni. Zresztą – dodał ze smutkiem – tę część mego życia znasz równie dobrze jak ja. Widziałeś wszystko, co się stało, odkąd odeszły bizony”[3].

Później nic już się nie wydarzyło – co właściwie znaczą te słowa Wielu Przewag? Jeśli potraktujemy je dosłownie, możemy dojść do wniosku, że miało miejsce jakieś zdarzenie – mianowicie odejście bizonów – do którego Wiele Przewag odnosi się jako do zdarzenia, po którym już żadne inne nie nastąpiło. Lub – by uczynić zadość chronologii – możemy powiedzieć, że Wiele Przewag, spoglądając wstecz, uznał, że po tym szczególnym momencie nic już się nie wydarzyło. Wydaje się więc, że chodzi tu o coś w rodzaju retrospektywnego ujęcia chwili, w której historia doszła do swego kresu. Czym miałoby jednak być owo wyczerpanie się historii?

Jest to pytanie na tyle dziwne, że mamy skłonność do interpretowania wypowiedzi Wielu Przewag w kategoriach, które wydają nam się bardziej zrozumiałe. Można na przykład zwrócić uwagę na słowa wodza mówiące o tym, że po odejściu bizonów „serca jego ludzi upadły na ziemię i nikt ich już nie podniósł”. Później stwierdza on, że „było mało pieśni”. Może to sugerować interpretację psychologiczną: odkąd odeszły bizony, a Indian zamknięto w rezerwacie, Wrony popadły w stan przygnębienia. Od tego czasu nic już ich nie obchodziło, tak jakby nic już się nie działo. Psychologiczną interpretację zdaje się potwierdzać sam autor książki, dodając, że Wiele Przewag wyznał ze smutkiem, iż „tę część mego życia znasz równie dobrze jak ja”. Dość zdumiewające wydaje się, że ktoś dorosły czyni drugiemu takie wyznanie. Choć inni mogą w wielu miejscach skorygować bądź uzupełnić nasze świadectwo o nas samych, zwykliśmy uważać samych siebie za nadrzędny autorytet w sprawach znajomości naszego własnego życia. Wiele Przewag tymczasem – jak możemy podejrzewać – rezygnuje z tego przywileju w odniesieniu do czasu po odejściu bizonów. Co więcej, sugeruje, żekażdy – a więc nie tylko autor – kto widział, co się wydarzyło, kiedy odeszły bizony, równie dobrze mógłby sam dopowiedzieć ciąg dalszy tej historii. Innymi słowy, jakikolwiek kompetentny zewnętrzny obserwator wie na ten temat wszystko, co istotne. A to znaczy, że według Wielu Przewag w tej opowieści nie ma żadnej wyróżnionej perspektywy pierwszoosobowej, tak jakby przestało tu istnieć ja. Można wyjaśnić tę dziwną myśl, zakładając, że Wiele Przewag cierpi na rodzaj depresji – lub że jego przygnębienie wyraża stan ducha całego plemienia.

Interpretacja taka może uchodzić za uprawnioną i dość wiarygodną: Wiele Przewag daje wyraz temu, co dręczy jego plemię. Co więcej, interpretacja ta na pewno spodoba się wyznawcom tzw. „zasady humanistycznej” mówiącej, że słowa innych powinniśmy z góry uznawać za prawdziwe – kierując się własnym poczuciem tego, co prawdziwe, oraz tego, w co owi inni mogą zasadnie wierzyć[4]. Problemem jest to, że interpretacja tego rodzaju wydaje się wiarygodna tylko wówczas, kiedy zmienimy sens interesującej nas wypowiedzi. Wiele Przewag najwyraźniej wypowiada się o świecie zewnętrznym: w pewnym momencie przestało się tu cokolwiek dziać. Jesteśmy skłonni przyznać mu rację tylko wówczas, kiedy uznamy, że chodzi mu raczej o ukazanie stanu własnego ducha bądź też ducha jego współplemieńców. I tu rzeczywiście możemy zastosować naszą „zasadę humanistyczną”, tyle że nie wiemy, czy odzwierciedla ona człowieczeństwo Wielu Przewag. Czy wódz nie stara się wyrazić jakiejś bardziej mrocznej intuicji, którą o wiele trudniej nam zrozumieć? Gdyby tak było, to interpretacja psychologiczna okazałaby się zbyt pochopna. Jeśli rzeczywiście wódz mówi o depresji, która ogarnęła plemię Wron, możemy zrozumieć go w minutę i pójść dalej. Jeśli jednak mówi o wydarzeniach, które osiągnęły swój kres... – jak wówczas należy rozumieć prawdę zawartą w tych słowach?

Mamy mocne dowody, które pozwalają stwierdzić, że Wiele Przewag nie cierpiał na depresję – powinniśmy więc użyć do jego wypowiedzi innego klucza interpretacyjnego. Gdy spoglądamy na resztę jego życia, zdumiewa nas, jak było ono aktywne. I chociaż prawdą jest, że niektórzy chorzy cierpiący na zaburzenia afektywne prowadzą intensywny tryb życia – i w ten sposób odsuwają od siebie doświadczenie depresji – to autentyczny entuzjazm widoczny w działaniach Wielu Przewag wyklucza tę interpretację. Wódz w nowych warunkach z zapałem zajął się uprawą roli i zachęcał do tego współplemieńców. Z widoczną dumą prezentował na krajowych wystawach swoje plony i otrzymywał za nie nagrody. Przyczynił się do stworzenia wspólnego frontu, wraz z innymi przywódcami Wron, który reprezentował całe plemię w negocjacjach z rządem amerykańskim. Już jako młody wódz pojechał do Waszyngtonu, stojąc na czele delegacji Wron, i z powodzeniem lobbował przeciwko projektowi ustawy przekazującej jeszcze większy obszar ich plemiennego terytorium pod kontrolę Senatu[5]. Była to pierwsza z kilku podróży, które odbył do stolicy w obronie praw swego plemienia. Wiele Przewag zwiedził dom George’a Washingtona stojący na górze Vernon. Wpadł tam na pomysł przekazania również własnej rezydencji swojemu ludowi. Obecnie znajduje się tam stanowy park narodowy. Z kolei w roku 1921, podczas ceremonii odsłonięcia Grobu Nieznanego Żołnierza na cmentarzu w Arlington, reprezentował wszystkich amerykańskich Indian walczących podczas I wojny światowej. Gorąco zachęcał młodzież z plemienia Wron do nauki w szkołach dla białych, a nawet do otwarcia się na ich religię. Czy można uznać to za świadectwo depresji? A jednak, wedle słów Wielu Przewag, był to czas, kiedy „nic się nie wydarzyło”, owa „część mego życia, którą znasz równie dobrze jak ja”.

Nie mogę udawać, że wiem z całą pewnością, co Wiele Przewag naprawdę miał na myśli. Jego wzmianka jest tak enigmatyczna między innymi właśnie dlatego, że podatna jest na bardzo różne interpretacje. Niektóre z nich są dość powierzchowne, inne zaś dotykają samej istoty kondycji ludzkiej. Być może Wiele Przewag chciał po prostu zbyć swojego rozmówcę, mówiąc, że nie ma już nic więcej do dodania. Co jednak, jeśli jego słowa sięgają głębiej? Co, jeśli wyrażają głęboki wgląd w strukturę czasowości: intuicję, że od pewnego momentu rzeczy przestały się wydarzać? Co właściwie miałby na myśli, gdyby chodziło mu właśnie o to? Pytanie to przyświeca moim rozważaniom w bieżącym rozdziale. Stanowi ono zatem badanie pewnej możliwości: co takiego Wiele Przewag mógł mieć na myśli? Filozof Søren Kierkegaard powiedział, że gdyby żył wśród nas prawdziwy rycerz wiary, nie bylibyśmy w stanie go rozpoznać, odróżnić od sąsiada czy przypadkowo mijanego w parku spacerowicza[6]. Być może Wiele Przewag był na podobnej zasadzie niejawnym świadkiem kresu wydarzania się? Czym byłoby wówczas to, czego doświadczył? Na czym miałaby polegać interpretacja jego słów upatrująca w nich czegoś więcej niż nostalgii starego wodza wzdychającego za dawno minionymi dobrymi czasami?

Pytanie brzmi, czy Wiele Przewag doświadczył pewnej szczególnej formy ludzkiej podatności na zranienie. Jeśli naprawdę istnieje możliwość kresu dziania się, to dotyczy ona nas wszystkich. Bliska jest nam myśl, że jako istoty ludzkie jesteśmy z natury podatni na rozmaite zagrożenia: rany cielesne, choroby, starzenie się, śmierć – i wszelkiego rodzaju krzywdy przychodzące z zewnątrz. Wydaje się jednak, że Wiele Przewag mówi o innym zgoła zagrożeniu. Jesteśmy na nie wystawieni, ponieważ wszyscy żyjemy w jakiś sposób. Człowiek jest z natury zwierzęciem posiadającym kulturę: z konieczności przyswajamy pewien sposób życia, który wyraża się w kulturze. Będąc uczestnikami tego sposobu życia, narażeni jesteśmy na pewne zagrożenie. Jeśli bowiem owa forma życia się rozpadnie, to pojawia się problem, który właśnie nas dotyka. Chcę w tym rozdziale przyjrzeć się sugestii, wedle której rozpad naszego sposobu życia sprawia, że rzeczy przestają się dziać. Co to może znaczyć? Docieramy tu do innego aspektu tej kwestii i właśnie nim chciałbym się teraz zająć – co to znaczy być świadkiem takiego rozpadu? Wiele Przewag, jak można podejrzewać, był mocno osadzony w historii i kulturze swego plemienia. Dożył jednak czasów, kiedy Wrony zmuszone zostały do porzucenia wędrowno-łowieckiego trybu życia. Przyjął więc rolę rzecznika, który wypowiada się z wnętrza tej formy życia i głosi jej śmierć. Co upoważniało go do bycia rzecznikiem całego sposobu życia? Poczuł się za niego odpowiedzialny? A jeśli tak, to dlaczego? W imię czego to właśnie Wiele Przewag miał objawić światu śmierć Wron?

W dzisiejszych czasach narasta poczucie kruchości cywilizacji jako takich. Przeróżne wydarzenia na całym świecie – ataki terrorystyczne, gwałtowne przewroty społeczne, a nawet klęski żywiołowe – budzą w nas niepokojąco złowrogie odczucie. Czujemy je, ale nie potrafimy dać mu właściwej nazwy. Podejrzewam, że właśnie to poczucie rodzi tak powszechną nietolerancję, której doświadczamy wszędzie dookoła, i mam tu na myśli wszystkie stanowiska w politycznym spektrum. Wydaje nam się, że jeśli nie będziemy z całą mocą bronić własnego sposobu patrzenia na świat, to ów sposób może się rozpaść. Może gdybyśmy potrafili dać temu poczuciu kruchości i zagrożenia jakąś nazwę, nauczylibyśmy się tym samym lepiej z nim żyć.

Moja praca należy zatem do obszaru antropologii filozoficznej. W przeciwieństwie do antropologów, nie zajmuję się w pierwszym rzędzie dziejami Wron ani innych plemion indiańskich. Skupiam się raczej na badaniu pola możliwości, w którym wszelkie ludzkie dążenia uzyskują sens. Moje badania mają więc charakter przede wszystkim etyczny: interesuje mnie, jak żyć w obliczu pewnych szczególnych, pojawiających się wyłącznie przed ludźmi, możliwości. Mają one jednak również wymiar ontologiczny: jeśli uczymy się żyć w pewnym polu możliwości, musimy zadać sobie pytanie, czym ono właściwie jest. Na czym polega możliwość, że rzeczy przestaną się dziać? Nie chodzi tu – jak powiedziałby Arystoteles – o dociekania właściwe tej bądź innej dziedzinie wiedzy: nie jest to typowe badanie z zakresu antropologii, psychologii czy historii. Nie staram się wyrazić jakiejś głębokiej prawdy na temat Wron ani ustalić, czy rzeczywiście rzeczy przestały się dla nich wydarzać. Chodzi mi raczej o kwestię, co mogłoby się stać, gdyby było prawdą, że od pewnego momentu nic już się wydarzyło. Aby zbadać ten problem, korzystam zarówno z bezcennych badań historyków i antropologów, którzy zajmowali się Wronami, jak i z przekazów ustnych: i to nie po to, by doprecyzować obraz sytuacji, w jakiej znalazły się Wrony – zadanie to pozostawiam przyszłym historykom i antropologom – lecz dlatego, że moim zdaniem jedynym sposobem na skuteczne przemyślenie owej niezwykłej możliwości stojącej przed człowiekiem jest umieszczenie jej w konkretnym, historycznym kontekście. Wrony rzeczywiście przeżyły zagładę własnej kultury, więc przyglądając się ich losom, łatwiej możemy zrozumieć, co oznacza zetknięcie się z końcem zdarzeń. Możliwość, która mnie interesuje, nie jest jednak możliwością daną na wyłączność tej czy innej kulturze: polega ona na pewnej podatności na zranienie wpisanej w samą kondycję ludzką.

Łatwiej teraz pojąć, dlaczego czysto antropologiczna wykładnia słów Wielu Przewag nie dostarczy nam tego, czego szukamy. Wedle tej interpretacji wódz Wron mówi, że po jakimś zdarzeniu (bądź serii zdarzeń) – na przykład po zniknięciu bizonów albo zamknięciu Wron w rezerwacie – tradycyjny sposób życia został zniszczony. Antropologowie i historycy wnikliwie przeanalizowali zachowanie ludzi postawionych w sytuacji, w której rozpada się ich dotychczasowa forma życia. I znów, interpretacja ta – podobnie jak interpretacja psychologiczna przedstawiona wcześniej – ma tę zaletę, że czyni słowa wodza wiarygodnymi i pozwala nam w nie wierzyć. Słowa Wielu Przewag zostają tu jednak odczytane jako coś w rodzaju skrótu myślowego: nie mówi on, że od pewnego momentu rzeczy naprawdę przestały się wydarzać, lecz ogłasza kres pewnej tradycyjnej formy życia. Nasze pytanie jest tymczasem inne: dlaczego koniec pewnej formy życia sprawia, że dla ludzi żyjących w jej obrębie rzeczy przestają się wydarzać? Nie interesują nas ich przypuszczenia, chcemy zrozumieć sytuację, w której rzeczy w ich świecie naprawdę przestałyby się wydarzać.

Antropolog Marshall Sahlins napisał kiedyś pamiętne zdania: „wydarzenie jest tym, co z niego zrozumiemy. Tylko poprzez wpisanie go w pewien schemat kulturowy możemy mu nadać doniosłość historyczną”[7]. Dlatego też twierdzi on, że „historię porządkuje kultura, w każdym społeczeństwie inaczej, stosownie do schematów nadających rzeczom sens”[8]. Jeśli więc spróbujemy ująć to, co przydarzyło się Wielu Przewagom w kategoriach zaczerpniętych ze schematów rządzących tradycyjnym życiem Wron, to możemy oczekiwać, że załamanie się tej formy życia zagrozi samemu pojęciu zdarzenia rozumianemu w tradycyjny sposób. Antropologiczna interpretacja słów wodza wydaje się zatem wiarygodna. Co ona jednak znaczy? I jakie są jej warunki możliwości?

Badania filozoficzne mogą opierać się na ustaleniach antropologów opisujących autentyczny kres pewnej tradycyjnej kultury, zasadniczo jednak chodzi w nich raczej o możliwości, a nie o konkretne fakty: na czym polega możliwość tego, że rzeczy przestają się dziać? Jeśli istnieje taka możliwość, to jest ona udziałem nas wszystkich, nawet jeśli nasza kultura jest prężna i nigdy nie będziemy musieli stanąć twarzą w twarz z jej kresem. Możliwość ta czyni z nas ludzi. Jak jednak powinniśmy z nią żyć? Pytanie to wskazuje na następną różnicę między dociekaniem filozoficznym a zwykłą procedurą empiryczną: to pierwsze zajmuje się raczej powinnością niż rzeczywistością. Jeśli więc mówimy o pewnej autentycznej, ludzkiej możliwości, to filozofia – w swym etycznym wymiarze – pragnie się dowiedzieć, jak winniśmy z nią żyć. Jedną rzeczą jest zatem określenie okoliczności, w których pewien sposób życia się rozpada, a zupełnie czymś innym jest odpowiedź na pytanie, na czym ów rozpad miałby właściwie polegać. Jeszcze czym innym jest z kolei kwestia, jak należy żyć w obliczu możliwości takiego rozpadu. Jak widzieliśmy, w słowa „pewien sposób życia osiągnął swój kres” wpisana jest istotna dwuznaczność. Sprawia ona, że trudno nam zrozumieć, co ma na myśli ktoś, kto mówi „później nic już się nie wydarzyło”. Próbujemy uchwycić pewną ekstremalną możliwość ludzkiej egzystencji, a czynimy tak po części w tym celu, by określić zasięg i granice ludzkich możliwości. Dlatego też pojmujemy człowieka wypowiadającego powyższe zdanie – „później już...” – jako docierającego do granic ludzkich możliwości. Chcemy również zapytać, na czym polegałaby prawdziwość powyższego zdania.

OCHRONA SPOSOBU ŻYCIA

Wrony nie rozumiały tej szczególnej podatności na zranienie, którą zamierzamy zbadać. Dlatego też nie dostrzegały nadchodzącego kryzysu, nie uświadamiały sobie wagi tego, co miało je wkrótce spotkać. Pod tym względem jesteśmy, jak się zdaje, w lepszej sytuacji, należąc do kultury literackiej, w której wiele uwagi poświęcano zawsze refleksji nad fenomenem upadku cywilizacji. Mimo to trudno nam jednak wyobrazić sobie sytuację, w której cokolwiek przestaje się dziać. Jeśli zastanowimy się nad sposobem, w jaki Wrony radziły sobie ze swoimi problemami, łatwiej zrozumiemy, jak próbowały one – zapewne nieświadomie – obronić się przed ową szczególną możliwością. Dopóki bowiem stanowiły plemię silne i krzepkie, możliwość ta z pozoru ich nie dotyczyła. Dopiero rozpad ich stylu życia wydobył ją na światło dzienne.

Wrony