Na skrzydłach orłów - Ken Follett - ebook
Opis

 

TO WYDARZYŁO SIĘ NAPRAWDĘ!
Historia odbicia amerykańskich więźniów, bardziej
spektakularna niż ta z Operacji Argo

Równie wciągająca i ekscytująca jak film Bena Afflecka

Iran u progu rewolucji islamskiej. Zaniepokojeni obcokrajowcy prowadzący w Teheranie interesy opuszczają granice państwa. Niestety, dwóm Amerykanom – Paulowi Chapparone i Billowi Gaylordowi – nie udaje się wydostać. Zostają bez powodu aresztowani. W panującym chaosie nie wiadomo, z kim pertraktować w sprawie ich zwolnienia, zresztą Biały Dom wcale się do tego nie kwapi.

Ross Perrot, właściciel teksańskiego koncernu, postanawia na własną rękę uratować swoich ludzi. W skład ekipy, która ma odbić i wywieźć z Iranu Paula i Billa, wchodzą – poza emerytowanym pułkownikiem – wyłącznie pracownicy firmy.

Jak cywile, którzy dotąd nie mieli w ręku broni, sprawdzą się w śmiertelnie niebezpiecznej akcji?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 694

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

Historia ‌odbicia amerykańskich więźniów, bardziej ‌spektakularna niż ta ‌z „Operacji Argo”

Równie wciągająca ‌i ekscytująca jak film ‌Bena Afflecka

Iran u progu ‌rewolucji islamskiej. Zaniepokojeni obcokrajowcy ‌prowadzący w Teheranie ‌interesy ‌opuszczają ‌granice ‌państwa. Niestety, ‌dwóm ‌Amerykanom – ‌Paulowi Chiapparone’owi ‌i Billowi Gaylordowi – ‌nie udaje ‌się wydostać. Zostają ‌bez powodu aresztowani. W panującym ‌chaosie nie wiadomo, ‌z kim pertraktować w sprawie ich ‌zwolnienia, zresztą Biały ‌Dom wcale ‌się do tego ‌nie kwapi.

Ross Perrot, ‌właściciel ‌teksańskiego koncernu, ‌postanawia ‌na własną rękę ‌uratować ‌swoich ludzi. ‌W skład ekipy, która ‌ma ‌odbić i wywieźć z Iranu ‌Paula i Billa, ‌wchodzą – poza emerytowanym ‌pułkownikiem – wyłącznie pracownicy ‌firmy.

Jak cywile, którzy dotąd ‌nie ‌mieli w ręku broni, sprawdzą ‌się w śmiertelnie ‌niebezpiecznej akcji?

Ken ‌Follett

Brytyjski pisarz, urodzony ‌w Walii ‌w 1949 ‌r. Światową sławę ‌przyniosła mu wydana w 1978 ‌r. Igła. Kolejne tytuły, ‌m.in. Trzeci bliźniak, Zabójcza ‌pamięć, Zamieć, Upadek gigantów, ‌Zima ‌świataoraz ‌Krawędź ‌wieczności, ‌utrwaliły jego pozycję ‌jako autora ‌bestsellerów. ‌Choć książki odwołujące ‌się ‌do wydarzeń z okresu ‌II wojny ‌światowej dominują ‌w jego twórczości, ‌za swoje najważniejsze ‌dzieło autor ‌nadal uważa sagę ‌Filary Ziemi– owoc ‌jego zainteresowania ‌średniowieczem. ‌Na podstawie powieści Folletta ‌nakręcono wiele ‌filmów oraz seriali, ‌m.in. ‌Igłę, Klucz do ‌Rebeki, ‌Na skrzydłach ‌orłówi Filary ‌Ziemi.

www.ken-follett.com

Tego autora

Powieści historyczne

UCIEKINIERNIEBEZPIECZNA FORTUNACZŁOWIEK Z SANKT PETERSBURGA

Filary ZiemiFILARY ZIEMIŚWIAT BEZ KOŃCASŁUP OGNIA

StulecieUPADEK GIGANTÓWZIMA ŚWIATAKRAWĘDŹ WIECZNOŚCI

Thrillery wojenne

IGŁAKRYPTONIM KAWKILOT ĆMYKLUCZ DO REBEKINOC NAD OCEANEM

Thrillery

MŁOT EDENUZABÓJCZA PAMIĘĆTRÓJKAZAMIEĆSKANDAL Z MODIGLIANIMTRZECI BLIŹNIAKLWY PANSZIRUPAPIEROWE PIENIĄDZE

Literatura faktu

NA SKRZYDŁACH ORŁÓW

Tytuł oryginału:ON THE WINGS OF THE EAGLES

Copyright © Ken Follett 1983All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Andrzej Leszczyński 2015

Redakcja: Beata Kołodziejska

Zdjęcia na okładce: © Mohamad Itani/Arcangel Images (góra),Michael Clack/Arcangel Images (dół)

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8125-294-2

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

OSOBY

DALLAS

Ross Perot, prezes zarządu korporacji Electronic Data Systems w Dallas w Teksasie

Merv Stauffer, prawa ręka Perota

T.J. Marquez, wiceprezes EDS

Tom Walter, główny księgowy EDS

Mitch Hart, były prezes EDS mający znajomości w Partii Demokratycznej

Tom Luce, założyciel kancelarii adwokackiej Hughes & Hill

Bill Gayden, prezes EDS World, filii EDS

Mort Meyerson, wiceprezes EDS

TEHERAN

Paul Chiapparone, kierownik oddziału korporacji EDS w Iranie; Ruthie Chiapparone, jego żona

Bill Gaylord, zastępca Paula; Emily Gaylord, jego żona

Lloyd Briggs, numer trzeci w oddziale Paula

Rich Gallagher, asystent Paula do spraw administracyjnych; Cathy Gallagher, jego żona; Buffy, jej pudel

Paul Bucha, poprzedni kierownik oddziału korporacji EDS w Iranie, ostatnio pracujący w Paryżu

Bob Young, kierownik oddziału EDS w Kuwejcie

John Howell, prawnik z kancelarii Hughes & Hill

Keane Taylor, kierownik projektu dla banku Omran

ZESPÓŁ

ppłk Arthur D. „Byk” Simons, dowódca

Jay Coburn, zastępca dowódcy

Ron Davis, naprowadzający

Ralph Boulware, strzelec

Joe Poché, kierowca

Glenn Jackson, kierowca

Pat Sculley, osłaniający

Jim Schwebach, osłaniający, spec od materiałów wybuchowych

IRAŃCZYCY

Abolhasan, zastępca Lloyda Briggsa, najstarszy rangą irański pracownik oddziału

Majid, asystent Jaya Coburna; Fara, jego córka

Raszid, Sejjed, „Cyklista”, inżynierowie prowadzący szkolenia

Gholam, kierownik kadr i zaopatrzenia podległy Jayowi Coburnowi

Hosajn Dadgar, inspektor dochodzeniowy

AMBASADA STANÓW ZJEDNOCZONYCH

William Sullivan, ambasador

Charles Naas, chargé d’affaires, zastępca Sullivana

Lou Goelz, konsul generalny

Bob Sorenson, przedstawiciel ambasady

Ali Jordan, Irańczyk zatrudniony w ambasadzie

Barry Rosen, attaché prasowy

STAMBUŁ

„Pan Ryba”, przedsiębiorczy agent biura podróży

Ilsman, pracownik MIT, tureckiej agencji wywiadowczej

„Charlie Brown”, tłumacz

WASZYNGTON

Zbigniew Brzeziński, doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego

Cyrus Vance, sekretarz stanu

David Newsom, podsekretarz Departamentu Stanu

Henry Precht, szef sekcji irańskiej w Departamencie Stanu

Mark Ginsberg, łącznik Białego Domu z Departamentem Stanu

admirał Tom Moorer, były przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów

PRZEDMOWA

Oto prawdziwa historia grupy ludzi, którzy oskarżeni o niepopełnione przestępstwa postanowili wziąć sprawiedliwość w swoje ręce.

Kiedy ich przygoda dobiegła końca, doszło do rozprawy sądowej, podczas której zostali oczyszczeni z wszelkich zarzutów. W powieści pominąłem przebieg procesu, lecz skoro dowiódł on ich niewinności, na końcu książki zamieściłem dodatek ze szczegółami sądowego orzeczenia wraz z uzasadnieniem.

W trakcie relacjonowania historii pozwoliłem sobie na dwa drobne odstępstwa od prawdy.

Szereg osób występuje pod pseudonimami bądź przezwiskami, najczęściej w celu ochrony przed zemstą władz irańskich. Fałszywe imiona to: Majid, Fara, Abolhasan, „Pan Ryba”, „Głębokie Gardło”, Raszid, „Cyklista”, Mehdi, Malek, Gholam, Sejjed oraz „Charlie Brown”. Wszystkie pozostałe są autentyczne.

Po drugie, gdy wraca się pamięcią do rozmów sprzed trzech albo czterech lat, ludzie rzadko przypominają sobie ich dokładny przebieg. Ponadto zapis prawdziwych rozmów, uzupełnionych gestykulacją, wtrąceniami czy niedokończonymi zdaniami, w książkowej relacji byłby często niezrozumiały. Stąd też dialogi w tej powieści są na równi odtworzone, jak też przeredagowane. Jednakże każda zrekonstruowana wymiana zdań została przedstawiona co najmniej jednemu z jej uczestników w celu uzupełnienia i akceptacji.

Uwzględniając te dwa odstępstwa, jestem przekonany o prawdziwości każdego słowa mojej opowieści. Nie jest to historia „zbeletryzowana”, ale nie jest też „fabularnym dokumentem”. Niczego w niej nie zmyśliłem. Wszystko, o czym przeczytacie, wydarzyło się naprawdę.

Jak niosłem was na skrzydłach orlich i przywiodłem was do Mnie.

Księga Wyjścia, 19,4

ROZDZIAŁ I

1

Wszystko zaczęło się piątego grudnia 1978 roku.

Jay Coburn, szef kadr irańskiego oddziału korporacji EDS, siedział pogrążony w zadumie w swoim gabinecie w centrum Teheranu.

Biuro mieściło się w trzypiętrowym betonowym gmachu powszechnie zwanym „Bukaresztem” (z powodu usytuowania nieopodal ulicy Bukareszteńskiej). Gabinet Coburna, znajdujący się na pierwszym piętrze, był duży jak na standardy amerykańskie. Na podłodze leżał parkiet, na środku stało duże drewniane biurko, na ścianie wisiał portret szacha. Zwrócony tyłem do okna, Coburn mógł przez oszklone drzwi obserwować główną salę biura, gdzie jego pracownicy siedzieli przy maszynach do pisania i telefonach. Nad szybą w drzwiach została zainstalowana żaluzja, ale on jej nigdy nie zamykał.

Było zimno. Jak zawsze. Tysiące Irańczyków strajkowało, dostawy prądu do miasta były przerywane i niemal codziennie ogrzewanie wyłączano na kilka godzin.

Coburn był wysokim, barczystym mężczyzną, miał sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu i ważył dziewięćdziesiąt kilogramów. Ciemnorudawe włosy nosił krótko ostrzyżone i starannie uczesane z przedziałkiem. Miał dopiero trzydzieści dwa lata, ale wyglądał na czterdziestkę. Z bliska łatwiej było odgadnąć jego prawdziwy wiek po szerokiej, atrakcyjnej twarzy o łagodnych rysach i serdecznym uśmiechu, ale otaczała go aura przedwczesnej dojrzałości, sprawiał wrażenie człowieka, który dorósł za szybko.

Przez całe życie dźwigał na swych barkach odpowiedzialność: jako chłopak, gdy pracował w kwiaciarni ojca, po dwudziestce jako pilot helikoptera w Wietnamie, później jako młody mąż i ojciec, a teraz jako szef kadr troszczący się o bezpieczeństwo stu trzydziestu jeden amerykańskich pracowników i ich dwustu dwudziestu krewnych w mieście, w którym szerzyła się przemoc ulicznych gangów.

Tego dnia, jak co dzień, wydzwaniał po całym Teheranie, chcąc się dowiedzieć, gdzie trwają walki, gdzie mogą wybuchnąć w najbliższym czasie i jakie są prognozy na kilka następnych dni.

Co najmniej raz każdego dnia dzwonił do ambasady amerykańskiej, która udzielała takich informacji przez całą dobę. Amerykanie dzwonili z różnych części miasta, żeby przekazać, gdzie odbywają się demonstracje i trwają zamieszki, a pracownik ambasady informował wszystkich zainteresowanych, że należy unikać tej czy innej dzielnicy. Coburn przekonał się jednak, że nie ma co oczekiwać od ambasady prognoz na najbliższe dni czy jakichś porad. Na cotygodniowych odprawach, w których regularnie uczestniczył, powtarzano bez końca, że Amerykanie powinni w maksymalnym zakresie przebywać w budynkach i za wszelką cenę unikać tłumów na ulicach, ale szach panuje nad sytuacją i na razie ewakuacja nie jest zalecana. Coburn świetnie rozumiał, że gdyby ambasada amerykańska przyznała, że władza szacha się chwieje, ten na pewno by upadł, lecz zachowywano tak daleko posuniętą ostrożność, że niechętnie udzielano jakichkolwiek informacji. Dlatego też niezadowolona z takiej postawy społeczność amerykańskich biznesmenów w Teheranie zorganizowała na własną rękę sieć informacyjną. Największą korporacją ze Stanów Zjednoczonych działającą w mieście był Bell Helicopter, którego irańską placówką kierował emerytowany generał dywizji Robert N. Mackinnon. Dysponował doskonałą siatką wywiadowczą i chętnie dzielił się wszelkimi nowinami. Ponadto Coburn znał kilku oficerów amerykańskiego wywiadu wojskowego i do nich także dzwonił.

Tego dnia w mieście panował względny spokój, nie odbywały się większe demonstracje. Ostatnie poważniejsze zamieszki zdarzyły się trzy dni wcześniej, drugiego grudnia, w pierwszy dzień strajku generalnego, kiedy to w walkach ulicznych zginęło podobno siedemset osób. Według informatorów Coburna spokój miał potrwać do dziesiątego grudnia, do muzułmańskiego święta Aszura.

Nadchodząca Aszura bardzo niepokoiła Coburna. Muzułmańskie święto zimowe w niczym nie przypominało Bożego Narodzenia. Był to dzień postu i żałoby po śmierci wnuka Proroka, Husajna, dzień pokuty. Organizowano masowe uliczne procesje, podczas których najbardziej zagorzali wierni biczowali się do krwi. W takiej atmosferze łatwo było o wybuch histerii i burzliwe zajścia.

Coburn obawiał się, że w tym roku uliczne zamieszki mogą być skierowane przeciwko Amerykanom.

Seria nieprzyjemnych zajść przekonała go, że antyamerykańskie nastroje szybko przybierają na sile. Ktoś wsunął mu pod drzwi kartkę z napisem: „Jeśli miłe ci życie i twój majątek, wynoś się z Iranu”. Jego przyjaciele otrzymywali podobne anonimy. Na ścianie jego domu pojawił się wymalowany sprayem napis: „Tu mieszkają Amerykanie”. Tłum demonstrantów przewrócił szkolny autobus, którym jego dzieci dojeżdżały do amerykańskiej szkoły w Teheranie. Innych pracowników EDS wyzywano na ulicach, niszczono ich samochody. Pewnego burzliwego popołudnia Irańczycy z Ministerstwa Zdrowia i Opieki Społecznej, najważniejszego klienta EDS, wpadli we wściekłość, powybijali okna i spalili portrety szacha, a pracownicy EDS zabarykadowali się w biurze, gdzie przeczekali, aż tłum się rozproszy.

Ale pod wieloma względami za najgroźniejsze zjawisko uważał zmianę nastawienia gospodarza, u którego mieszkali.

Jak większość Amerykanów w Teheranie, Coburnowie wynajęli pół dwurodzinnego domku, zamieszkali z dziećmi na piętrze, podczas gdy właściciele zajmowali parter. Kiedy przylecieli tu w marcu tego roku, gospodarze chętnie przyjęli ich pod swe skrzydła. Obie rodziny szybko się zaprzyjaźniły. Coburn często wdawał się z Irańczykiem w dyskusje na temat religii, dostał od niego w prezencie angielski przekład Koranu, a córka gospodarza czytała ojcu ustępy z Biblii Coburnów. W weekendy wspólnie urządzali wycieczki za miasto. Scott, siedmioletni syn Coburnów, grywał na ulicy w piłkę z dziećmi gospodarza. W któryś weekend zyskali rzadki przywilej uczestniczenia w muzułmańskim weselu. Byli zafascynowani. Mężczyźni przez cały dzień pozostawali oddzieleni od kobiet — Jay z synem przebywali wśród mężczyzn, a jego żona Liz razem z ich trzema córkami dołączyła do kobiet — przez co nawet nie miał okazji zobaczenia panny młodej.

Jednak z końcem lata ich stosunki zaczęły się stopniowo zmieniać. Skończyły się wspólne wypady za miasto. Synowie gospodarza dostali zakaz gry w piłkę ze Scottem. W końcu urwały się wszelkie kontakty między rodzinami, nawet na terenie domu i na podwórku, a dzieci gospodarzy były głośno strofowane, jeśli tylko się odezwały do kogoś z Coburnów.

Ale gospodarz nie zaczął nagle przejawiać nienawiści do Amerykanów. Któregoś wieczoru udowodnił, że wciąż się o nich martwi. Na ulicy doszło do strzelaniny, jeden z jego synów spóźnił się z powrotem do domu przed godziną policyjną i żołnierze otworzyli do niego ogień, gdy biegł i przeskakiwał przez ogrodzenie. Jay z żoną obserwowali to zajście z tarasu i Liz bardzo się zdenerwowała. Gospodarz przyszedł wtedy do nich, żeby opowiedzieć, co się stało, i zapewnić, że nic im nie grozi. Był jednak przeświadczony, że dla bezpieczeństwa swojej rodziny nie powinien publicznie okazywać zażyłości z Amerykanami: dobrze wiedział, skąd wieje wiatr. Dla Coburna był to kolejny zły znak.

A ostatnio dotarły do niego plotki, jakoby otwarcie mówiło się już w meczetach i na bazarach o świętej wojnie przeciwko Amerykanom, która miała się rozpocząć w Aszurę. Mimo że do święta zostało tylko pięć dni, wśród jego rodaków przebywających w Teheranie panował zadziwiający spokój.

Dobrze pamiętał, jak wprowadzono godzinę policyjną; personelowi EDS nie przeszkodziło to nawet w comiesięcznych rozgrywkach pokerowych. Razem z pozostałymi graczami po prostu przywozili ze sobą rodziny, zmieniając spotkania w przyjęcia piżamowe trwające do rana. Przywykli do huku wystrzałów. Do najpoważniejszych wymian ognia dochodziło w starszej, południowej dzielnicy miasta, w sąsiedztwie bazaru i w okolicy uniwersytetu, ale od czasu do czasu strzały padały także w innych rejonach. Lecz ich odgłosy szybko spowszedniały. Jeśli akurat prowadzono rozmowy, po prostu przerywano je, a następnie kontynuowano po ustaniu wystrzałów, jak zapewne zrobiono by w Stanach w przypadku huku przelatującego w pobliżu odrzutowca — jak gdyby nikt nie umiał sobie nawet wyobrazić, że strzały mogą być wymierzone w niego.

Na Coburnie te wymiany ognia nie robiły większego wrażenia, gdyż w przeszłości wielokrotnie był na nie narażony. W Wietnamie pilotował śmigłowce szturmowe, osłaniał operacje naziemne i transporty ludzi oraz zaopatrzenia, ubezpieczał maszyny lądujące i startujące pod ostrzałem wroga. Zabijał ludzi i widział umierających żołnierzy. W tamtym okresie dowództwo rozdawało odznaczenia już za każde dwadzieścia pięć godzin lotów bojowych. Wrócił do domu z trzydziestoma dziewięcioma takimi medalami. Ponadto dosłużył się dwóch Zaszczytnych Krzyży Lotniczych, Srebrnej Gwiazdy i rany postrzałowej łydki, najbardziej narażonej na kule części ciała pilota helikoptera. Ten rok służby nauczył go, że całkiem nieźle sobie radzi w akcjach bojowych, kiedy jest bardzo dużo do zrobienia i nie ma czasu na strach, jednak po powrocie z każdej misji, gdy mógł wreszcie w spokoju pomyśleć nad tym, czego właśnie dokonał, zaczynały mu się trząść kolana.

Na swój sposób był wdzięczny losowi za tamte doświadczenia. Musiał szybko dorosnąć, ale dzięki temu zyskał przewagę nad konkurentami w życiu zawodowym. A jednocześnie nauczył się zdrowego respektu dla odgłosów strzelaniny.

Niemniej większość jego kolegów, jak również ich żon, myślała zupełnie inaczej. Ilekroć rozmowy schodziły na temat ewakuacji, budziła ona powszechny sprzeciw. Wszyscy poświęcali swój czas, energię i ambicję irańskiemu oddziałowi korporacji EDS, toteż nikt nie zamierzał się teraz wycofywać. Żony pracowników zdążyły się urządzić w wynajętych mieszkaniach, czuły się jak we własnym domu, układały plany na Gwiazdkę. Dzieci miały swoje szkoły, przyjaciół, rowery, zwierzęta domowe. Wszyscy jak gdyby wmawiali sobie, że jeśli będą się trzymać razem i pozostawać na uboczu, z pewnością ominą ich wszelkie kłopoty.

Coburn próbował namówić Liz, żeby wróciła z dziećmi do Stanów — już nie tylko dla ich bezpieczeństwa, lecz także z obawy, iż może dojść do sytuacji, kiedy będzie musiał ewakuować stąd naraz trzysta pięćdziesiąt osób, chciał więc zapewnić sobie możliwość całkowitego poświęcenia się tej akcji, bez strachu o los własnej rodziny. Jednak Liz nie chciała o tym słyszeć.

Westchnął głośno na wspomnienie żony. Była pełna życia i zadziorna, wszyscy lubili jej towarzystwo, ale nie nadawała się na żonę biznesmena. Zarząd EDS miał wysokie wymagania wobec kadry kierowniczej. Jeśli jakieś zadanie wymagało poświęcenia całej nocy, trzeba było ją poświęcić. Liz tego nie akceptowała. W Stanach, kiedy jeszcze zajmował się rekrutacją ludzi i często przebywał poza domem od poniedziałku do piątku, jeżdżąc po całym kraju, odnosiła się do tego z niechęcią. W Teheranie była szczęśliwa, bo codziennie wracał po pracy do domu. Oznajmiła więc, że jeśli on zostaje, ona zostaje razem z nim. Dzieciakom także się tu podobało. Po raz pierwszy znalazły się poza Stanami Zjednoczonymi, były zaintrygowane odmiennym językiem i kulturą Iranu. Najstarsza, Kim, jedenastoletnia, odznaczała się zbytnią pewnością siebie, żeby czymkolwiek się przejmować. Ośmioletnia Kristi trochę się denerwowała, ale była najbardziej wrażliwa, wiele rzeczy przyjmowała zbyt emocjonalnie. Natomiast siedmioletni Scott i mająca dopiero cztery latka Kelly byli jeszcze za mali, żeby zdawać sobie sprawę z zagrożenia.

Tak więc zostali, razem ze wszystkimi, żeby zaczekać, aż sytuacja się poprawi — albo pogorszy.

Rozmyślania Coburna przerwało pukanie i do środka wszedł Majid. Niski, przysadzisty mężczyzna koło pięćdziesiątki odznaczający się bujnymi wąsami był kiedyś bogatym człowiekiem, do jego rodu należały duże obszary ziemi, którą w latach sześćdziesiątych stracił wskutek reformy rolnej. Dlatego teraz pracował jako asystent Coburna do spraw administracyjnych, użerał się z irańską biurokracją. Mówił płynnie po angielsku i był nadzwyczaj zaradny. Jay bardzo go lubił. Majid musiał zrezygnować z wcześniejszego stylu życia, żeby pomóc rodzinie Jaya zaraz po jej przyjeździe do Iranu.

— Wchodź. Siadaj — rzekł Coburn. — Czym się tak martwisz?

— Chodzi o Farę.

Jay skinął głową. Fara była córką Majida, pomagała ojcu w pracy. Jej zadaniem było dbanie o to, by wszyscy amerykańscy pracownicy mieli aktualne wizy i pozwolenia na pracę.

— Jakieś kłopoty? — zapytał.

— Policja kazała jej wyjąć dwa amerykańskie paszporty z naszych akt i nikomu o tym nie mówić.

Coburn zmarszczył brwi.

— Wybrali konkretne paszporty?

— Tak, Paula Chiapparone’a i Billa Gaylorda.

Paul był szefem Coburna, kierownikiem irańskiego oddziału korporacji EDS. A Bill, jego zastępca, kierował najważniejszym projektem, kontraktem z Ministerstwem Zdrowia.

— Co się dzieje, do pioruna? — syknął.

— Fara jest w wielkim niebezpieczeństwie — powiedział Majid. — Kazali jej nikomu o tym nie mówić. Ale przyszła do mnie po radę. A ja, oczywiście, musiałem ci o tym powiedzieć. Obawiam się jednak, że grożą jej bardzo poważne kłopoty.

— Zaczekaj chwilę. Zacznijmy od początku — odparł Jay. — Jak do tego doszło?

— Dziś rano zadzwonili do niej z komendy głównej policji, z sekcji amerykańskiej wydziału wizowego. Kazali jej zgłosić się na komendę. Powiedzieli, że chodzi o Jamesa Nyfelera, sądziła więc, że to zwykła formalność. Zjawiła się tam o wpół do dwunastej i zgłosiła do kierownika sekcji amerykańskiej. Kiedy poprosił ją o paszport pana Nyfelera i jego wizę, odparła, że pan Nyfeler wyjechał z Iranu. Wtedy kierownik zapytał o Paula Buchę, na co odpowiedziała, że pan Bucha także jest już poza granicami kraju.

— Naprawdę?

— Tak.

Bucha był nadal w Iranie, tyle że Fara mogła o tym nie wiedzieć. Miał zezwolenie na stały pobyt, wyjechał za granicę, ale musiał na krótko wrócić. Na jutro miał zarezerwowany bilet powrotny do Paryża.

Majid ciągnął:

— Kierownik sekcji powiedział wtedy: „Podejrzewam, że tych dwóch pozostałych także już wyjechało?”. Fara zobaczyła, że na jego biurku leżą cztery teczki, i zapytała, o jakich dwóch pracowników chodzi. Wówczas on wymienił nazwiska panów Chiapparone’a i Gaylorda. Odparła, że z samego rana odebrała wizę i pozwolenie na pracę pana Gaylorda. Wtedy kazał jej przynieść na komendę paszporty i zezwolenia obu panów, Gaylorda i Chiapparone’a. Fara ma je dostarczyć jemu i zrobić to dyskretnie, żeby nie wszczynać alarmu.

— Jak na to zareagowała? — zapytał Coburn.

— Odpowiedziała, że nie będzie mogła ich przynieść dzisiaj. Kazał jej więc przyjść z paszportami jutro rano. Zrobił ją za to osobiście odpowiedzialną i zadbał, żeby mieć świadków, kiedy wydawał polecenia.

— Przecież to nie ma żadnego sensu — odrzekł Coburn.

— Jeśli Fara nie wykona tych poleceń…

— Znajdziemy sposób, żeby zapewnić jej ochronę. — Zastanawiał się, czy na pewno Amerykanie muszą okazywać paszporty na każde żądanie. Sam ostatnio się wylegitymował, gdy doszło do drobnej stłuczki, i dowiedział się później, że wcale nie musiał tego robić. — Nie powiedzieli jej, w jakim celu chcą mieć te paszporty?

— Nie.

Bucha i Nyfeler byli poprzednikami Chiapparone’a i Gaylorda. Czyżby w tym kryło się rozwiązanie zagadki? Coburn nie miał pojęcia.

Wstał i rzekł:

— Przede wszystkim musimy zadecydować, co Fara ma powiedzieć jutro rano na policji. Porozmawiam z Paulem Chiapparone’em i przyjdę do ciebie.

* * *

Paul Chiapparone siedział w swoim gabinecie na parterze. Podłoga w jego pokoju także była wyłożona parkietem, na środku stało duże biurko, a na ścianie wisiał portret szacha. Chiapparone również był poważnie zatroskany.

Ten trzydziestodziewięcioletni mężczyzna był średniego wzrostu i miał lekką nadwagę, ponieważ lubił dobrze zjeść. Oliwkowa cera i gęste czarne włosy upodobniały go do Włocha. Realizował projekt stworzenia od podstaw nowoczesnego systemu opieki społecznej w prymitywnym kraju, co nie było łatwe.

Na początku lat siedemdziesiątych Iran miał przestarzały system opieki społecznej, mało wydajny w zakresie ściągania składek i źle zabezpieczony przed oszustami, skutkiem czego jedna osoba mogła otrzymać kilka razy odszkodowanie za tę samą chorobę. Kiedy szach postanowił wydać część swoich zysków ze sprzedaży ropy naftowej, wynoszących dwadzieścia miliardów dolarów rocznie, na stworzenie państwa dobrobytu, EDS dostało kontrakt na opracowanie nowego systemu. Firma zarządzała w kilku stanach USA programem z zakresu opieki i pomocy medycznej, ale w Iranie musiała zaczynać od zera. Trzeba było wydrukować legitymacje ubezpieczeniowe dla trzydziestu dwóch milionów obywateli irańskich, opracować metody potrącania składek z zarobków i rozliczania pracodawców, zorganizować pracę komisji przyznających odszkodowania. Cały system miał pracować poprzez sieć komputerową, co było specjalnością EDS.

Różnica między zainstalowaniem systemu przetwarzania danych w Stanach Zjednoczonych a wykonaniem podobnej pracy w Iranie, jak Paul się przekonał, przypominała różnicę między upieczeniem ciasta z torebki a jego przyrządzeniem w sposób tradycyjny z naturalnych składników. Zadanie było frustrujące. W przeciwieństwie do amerykańskich biznesmenów Irańczycy nie wykazywali się umiejętnościami i często stwarzali dodatkowe problemy, zamiast rozwiązywać istniejące. W siedzibie EDS w Dallas, w Teksasie, nie tylko oczekiwano od ludzi, że dokonają rzeczy niemożliwych, ale że jeszcze zrobią to na wczoraj. Tutaj, w Iranie, wszystko okazywało się niemożliwe, a w najlepszym razie mogło być gotowe na fardah — co, zwykle tłumaczone jako „jutro”, w praktyce oznaczało „kiedyś w przyszłości”.

Paul pokonywał te problemy jedynym znanym sobie sposobem, to znaczy ciężką pracą i determinacją. Nie był geniuszem intelektu. Za młodu z trudem radził sobie w szkole, ale jego ojciec — z pochodzenia Włoch, odznaczający się typową dla emigrantów głęboką wiarą w wykształcenie — zmusił go do pójścia na studia i tam już Paul uzyskiwał dobre wyniki. Od tamtej pory wiele osiągnął tylko dzięki własnemu uporowi. Pamiętał pierwszy okres działalności EDS w Stanach, jeszcze w latach sześćdziesiątych, kiedy każdy nowy kontrakt mógł przesądzić o losach firmy. Miał swój udział w wyniesieniu jej do pozycji jednej z najbardziej dynamicznych i skutecznych korporacji na świecie. Był pewien, że operacja irańska przyniesie podobne efekty, zwłaszcza gdy prowadzony przez Jaya Coburna program rekrutacji i szkolenia doprowadzi do powstania liczniejszej kadry irańskich specjalistów.

Mylił się jednak i teraz zaczynał rozumieć powody swojej pomyłki.

Kiedy przybył razem z rodziną do Iranu w sierpniu 1977 roku, boom petrodolarowy już się skończył. Władzom zaczynało brakować pieniędzy. Wprowadzony jeszcze w tym roku program antyinflacyjny doprowadził do wzrostu bezrobocia, a kiepskie zbiory zmusiły głodujących wieśniaków do szukania pracy w miastach. Dyktatorskie rządy szacha osłabły wskutek nacisków forsującego prawa człowieka amerykańskiego prezydenta Jimmy’ego Cartera. Powstały idealne warunki do niepokojów społecznych.

Paul przez pewien czas w ogóle nie interesował się lokalną polityką. Wiedział o narastającym niezadowoleniu, ale to samo można było zaobserwować niemal w każdym kraju, a tutaj szach zdawał się ciągle mocno trzymać w rękach ster władzy. I jak cała reszta świata, on także zlekceważył znaczenie wydarzeń z pierwszej połowy 1978 roku.

Siódmego stycznia gazeta „Ettelaat” opublikowała paszkwil na przebywającego na wygnaniu przywódcę religijnego, ajatollaha Chomeiniego, oskarżając go między innymi o homoseksualizm. Następnego dnia w mieście Kom, odległym o sto trzydzieści kilometrów od Teheranu głównym centrum edukacji religijnej, oburzeni studenci teologii ogłosili strajk okupacyjny, który wojsko i policja krwawo stłumiły. Doszło do eskalacji zamieszek, w których podczas kolejnych dwóch dni zginęło siedemdziesiąt osób. Czterdzieści dni później, zgodnie z islamskim zwyczajem, duchowni zorganizowali procesję żałobną dla uczczenia pamięci ofiar, która także skończyła się krwawymi rozruchami. Po czterdziestu dniach odbyła się kolejna procesja żałobna… Przez całe pierwsze półrocze organizowane jedna po drugiej procesje były coraz liczniejsze i prowadziły do coraz bardziej brutalnych zajść.

Z perspektywy czasu Paul świetnie rozumiał, że nazywanie tych marszów „procesjami żałobnymi” było tylko sposobem ominięcia wprowadzonego przez szacha zakazu demonstracji politycznych. Ale wtedy nie miał najmniejszego pojęcia, że jest świadkiem narodzin masowego ruchu politycznego. Nikt wówczas tego nie podejrzewał.

W sierpniu 1978 roku Paul pojechał na urlop do Stanów Zjednoczonych. (Podobnie jak William Sullivan, ambasador amerykański w Iranie). Paul był miłośnikiem sportów wodnych, toteż wybrał się ze swoim kuzynem Joem Porrecą na turniej wędkarstwa sportowego w Ocean City, w New Jersey. Jego żona Ruthie razem z córkami Karen i Ann Marie pojechała do Chicago odwiedzić swoich rodziców. Wtedy Paul był tylko trochę zaniepokojony, gdyż irańskie Ministerstwo Zdrowia wciąż nie wypłacało pieniędzy za czerwcowe rachunki EDS, ale w końcu nie po raz pierwszy występowały opóźnienia w zapłatach, poza tym zostawił ten problem swojemu zastępcy Billowi Gaylordowi i był głęboko przekonany, że on ściągnie należności.

W czasie jego pobytu w Ameryce z Iranu ciągle napływały złe wieści. Siódmego września wprowadzono stan wyjątkowy, a już nazajutrz na placu Jaleh w centrum Teheranu żołnierze zabili ponad stu demonstrantów.

Kiedy rodzina Chiapparone’ów wróciła do Iranu, panowała tu już zupełnie inna atmosfera. Po raz pierwszy do Paula i Ruthie dotarły odgłosy nocnej strzelaniny na ulicach. Byli przerażeni, bo nagle zrozumieli, że kłopoty Irańczyków są także ich kłopotami. Jeden za drugim odbywały się strajki. Regularnie odcinano dopływ prądu, tak więc często musieli jeść obiad przy świecach, a Paul nawet w biurze nie zdejmował płaszcza, żeby nie marznąć. Coraz trudniej było wypłacić z banku pieniądze, przez co zmuszony był uruchomić w siedzibie firmy punkt realizacji czeków dla pracowników. Kiedy w domu skończył się zapas oleju opałowego, Paul wyruszył na ulice w poszukiwaniu dostawcy, a gdy go znalazł, zapłacił łapówkę, by ten dostarczył opał pod wskazany adres.

Problemy w pracy były jeszcze poważniejsze. Minister zdrowia i opieki społecznej, doktor Sheikholeslamizadeh, został aresztowany na podstawie artykułu piątego prawa stanu wyjątkowego, który umożliwiał prokuratorowi osadzenie w celi każdego bez podania przyczyn. W więzieniu znalazł się także wiceminister Reza Neghabat, z którym Paul blisko współpracował. Ministerstwo od czerwca nie wypłacało żadnych należności, zatem było już winne EDS ponad cztery miliony dolarów.

Od dwóch miesięcy Paul starał się zdobyć pieniądze. Wszyscy urzędnicy, z którymi dotąd pertraktował, stracili pracę, a ich następcy nie odpowiadali na jego telefony. Tylko czasem ktoś obiecywał, że zbada sprawę i oddzwoni, lecz gdy po tygodniu oczekiwania Paul dzwonił po raz kolejny, dowiadywał się, że osoba, z którą rozmawiał tydzień wcześniej, odeszła z pracy. Umawiano się na spotkania, ale potem je odwoływano. Tymczasem dług przyrastał w tempie miliona czterystu tysięcy dolarów miesięcznie.

Czternastego listopada Paul wysłał pismo do doktora Heidargholi Emraniego, wiceministra zarządzającego Organizacją Opieki Społecznej, w którym informował oficjalnie, że jeśli ministerstwo nie ureguluje długu, EDS przerwie prace. Czwartego grudnia ultimatum powtórzył szef Paula, prezes korporacji EDS World, podczas spotkania z doktorem Emranim.

To było wczoraj.

Gdyby EDS się wycofał, załamałby się cały irański system ubezpieczeń społecznych. Mimo to stawało się coraz bardziej oczywiste, że kraj stoi na skraju bankructwa i po prostu nie jest w stanie regulować rachunków. Paul zastanawiał się więc, co w tej sytuacji zrobi doktor Emrani.

Wciąż nad tym rozmyślał, gdy wszedł Jay Coburn i podsunął mu odpowiedź.

* * *

Jednak nie od razu Paul zrozumiał, że próba kradzieży jego paszportu może mieć na celu zatrzymanie jego, a co za tym idzie EDS w Iranie.

Kiedy Coburn przedstawił mu fakty, zapytał:

— Po co, do diabła, mieliby to robić?

— Nie wiem. Majid tego nie wie, Fara także.

Paul wpatrywał się w niego. W ciągu ostatnich miesięcy ich stosunki wyraźnie się zacieśniły. Wobec innych pracowników Paul starał się robić dobrą minę do złej gry, tylko w rozmowach z Coburnem potrafił być szczery i pytać go wprost, co naprawdę myśli.

— Przede wszystkim powinniśmy zadecydować, co zrobić z Farą. Mogą jej grozić poważne kłopoty — powiedział Jay.

— Musi przedstawić na policji jakieś wyjaśnienie.

— Wykazujące chęć współpracy?

— Niech im powie, że Nyfeler i Bucha już nie są…

— Już to powiedziała.

— Jako dowód może pokazać ich wizy wyjazdowe.

— Owszem — mruknął z powątpiewaniem Coburn. — Ale oni są teraz zainteresowani tobą i Billem.

— Niech im powie, że nie trzymamy swoich paszportów w biurze.

— Mogą wiedzieć, że to nieprawda. Niewykluczone, że Fara wcześniej zawoziła te paszporty na komendę.

— Powiedzmy, że przedstawiciele kierownictwa nie mają obowiązku trzymania paszportów w biurze.

— To mogłoby zadziałać.

— Konieczna jest przekonująca historyjka tłumacząca powody, dla których nie była w stanie wykonać polecenia.

— Dobrze. Przedyskutuję tę kwestię z nią i Majidem. — Coburn zamyślił się na chwilę. — Pewnie wiesz, że Bucha ma rezerwację na jutrzejszy samolot. Nie powinien mieć kłopotów na lotnisku.

— Też tak sądzę. Myślą, że jest już za granicą.

— Mógłbyś także wyjechać.

Paul zastanowił się, czy rzeczywiście nie powinien tak postąpić. Co wtedy zrobiliby Irańczycy? Pewnie wzięliby na cel kogoś innego.

— Nie — odparł. — Jeśli trzeba się będzie ewakuować, wyjadę stąd ostatni.

— A myślisz, że trzeba będzie? — zapytał Coburn.

— Nie wiem.

Od kilku tygodni codziennie zadawali sobie nawzajem to pytanie. Coburn opracował plan ewakuacji, który mógł zostać wcielony w życie natychmiast. Ale Paul ciągle się wahał, trzymając palec na guziku. Wiedział, że jego szef z centrali w Dallas chciał, aby wyjechali, ale to oznaczałoby porzucenie projektu, nad którym tak ciężko pracowali przez szesnaście miesięcy.

— Nie wiem — powtórzył. — Zadzwonię do Dallas.

* * *

Tej nocy Coburn smacznie spał u boku żony, kiedy zadzwonił telefon.

Po ciemku sięgnął po słuchawkę.

— Tak?

— Tu Paul.

— Cześć. — Zapalił lampkę i spojrzał na zegarek. Była druga w nocy.

— Musimy się ewakuować.

— Rozumiem.

Coburn odłożył słuchawkę na widełki i usiadł na brzegu łóżka. Na swój sposób odczuwał ulgę. Czekały go dwa albo trzy dni gorączkowej bieganiny, ale w końcu powinien zyskać pewność, że wszyscy ludzie, o których bezpieczeństwo od dawna się martwił, są z powrotem w Stanach, z dala od tych zwariowanych Irańczyków.

Przywołał w myślach plany, które przygotował na tę właśnie chwilę. Przede wszystkim musiał zawiadomić sto trzydzieści rodzin, że mają stąd wyjechać w ciągu najbliższych czterdziestu ośmiu godzin. Zawczasu podzielił miasto na sektory, wyznaczając w każdym dowódcę grupy, wystarczyło więc teraz im przekazać wieści, a oni powinni powiadomić poszczególne rodziny. Przygotował też karty informacyjne z instrukcjami, dokąd mają się udać i co robić. Musiał tylko wstawić w odpowiednie miejsca daty, godziny i numery lotów, następnie powielić te karty i rozdać ludziom.

Spośród operatorów systemu wybrał energicznego i pomysłowego młodego Irańczyka Raszida i wyznaczył mu zadanie zaopiekowania się domami, samochodami i zwierzętami domowymi, które pozostaną po ewakuacji personelu amerykańskiego, oraz ewentualnego odesłania rzeczy statkiem do Stanów Zjednoczonych. Zebrał też niewielką doraźną grupę, która miała się zająć kupnem biletów lotniczych i przetransportowaniem ludzi na lotnisko.

W końcu zorganizował w małej skali próbną ewakuację kilku osób. Wypadła bardzo dobrze.

Ubrał się i zaparzył kawę. Nie mógł jeszcze podjąć działań przez parę najbliższych godzin, ale był za bardzo podniecony, żeby znowu zasnąć.

O czwartej rano zadzwonił do kilku członków grupy logistycznej, obudził ich i polecił stawić się w jego gabinecie w Bukareszcie zaraz po zakończeniu godziny policyjnej.

Godzina policyjna trwała od dziewiątej wieczorem do piątej rano. Tak więc jeszcze przez godzinę czekał niecierpliwie, paląc papierosy, pijąc mnóstwo kawy i przeglądając notatki.

Kiedy wiszący w holu zegar z kukułką wybił piątą, stał już przy drzwiach, gotów do wyjścia.

Na dworze była gęsta mgła. Wsiadł do samochodu i ruszył w kierunku Bukaresztu w żółwim tempie, jadąc trzydzieści kilometrów na godzinę.

Trzy przecznice dalej z mgły wyłoniło się kilku żołnierzy, którzy ustawili się półkolem przed jego autem i wymierzyli broń w przednią szybę.

— O cholera! — zaklął Coburn.

Jeden z żołnierzy nie mógł załadować pistoletu maszynowego. Bezskutecznie próbował odwrotnie wsadzić magazynek, aż w końcu go upuścił. Przyklęknął na jedno kolano i po omacku szukał go na ulicy. Coburn skwitowałby to gromkim śmiechem, gdyby nie był przestraszony.

Dowódca oddziału wykrzyknął do niego coś w języku farsi. Coburn opuścił szybę, pokazał mu swój zegarek i powiedział:

— Już po piątej.

Żołnierze krótko się naradzili. Wreszcie dowódca odwrócił się do auta i zażądał od Amerykanina dokumentów.

Jay czekał niecierpliwie. Byłby to jego najgorszy dzień, gdyby właśnie teraz go aresztowano. Nie wiedział jednak, czy dowódca patrolu dał wiarę temu, że jego zegarek pokazuje złą godzinę, a Coburna dobrą.

W końcu żołnierze zeszli na pobocze i dowódca pokazał mu, że może jechać dalej.

Głośno odetchnął z ulgą, gdy powoli minął patrol.

W Iranie tak już było.

2

Grupa logistyczna Coburna przystąpiła do działania, zajęła się rezerwowaniem miejsc w samolotach, czarterowaniem autobusów do przewiezienia ludzi na lotnisko i powielaniem kart z instrukcjami. O dziesiątej Jay zebrał w Bukareszcie dowódców grup i kazał im telefonować do ludzi w podległych sektorach.

Udało mu się umieścić większość rodzin w samolocie linii Pan Am odlatującym do Stambułu w piątek, ósmego grudnia. Pozostali — w tym także Liz i czwórka ich dzieci — mieli tego samego dnia odlecieć rejsem Lufthansy do Frankfurtu.

Kiedy tylko uzyskali potwierdzenie wszystkich rezerwacji, dwóch ludzi z kierownictwa EDS, Merv Stauffer oraz T.J. Marquez, wyleciało z Dallas do Stambułu, aby tam przyjąć ewakuowanych, porozmieszczać ich w hotelach i zorganizować następny etap podróży do ojczyzny.

W ciągu dnia nastąpiła drobna zmiana planów. Paul wciąż był niechętny porzuceniu swojej pracy w Iranie. Zaproponował, żeby na miejscu pozostał zespół bazowy złożony z około dziesięciu członków kierownictwa oddziału, który miałby chronić biuro przed grabieżą do czasu, aż sytuacja w Iranie się unormuje i EDS będzie mógł podjąć przerwaną pracę. Centrala w Dallas wyraziła zgodę. Na ochotnika zgłosił się sam Paul, jego zastępca, Bill Gaylord, Jay Coburn oraz większość ludzi z jego grupy nadzoru ewakuacji. Jedno małżeństwo, Carl i Vicki Commonsowie, musiało zostać z konieczności, ponieważ Vicki była w dziewiątym miesiącu ciąży i mogła wyjechać dopiero po urodzeniu dziecka.

W piątek rano ludzie Coburna, z kieszeniami pełnymi przeznaczonych na łapówki banknotów o nominale dziesięciu tysięcy riali (około stu czterdziestu dolarów), dosłownie opanowali znaczną część hali lotniska Mehrabad w zachodniej części Teheranu. Sami wypełniali blankiety biletów przy stanowisku linii Pan Am, nadzorowali kontrolę paszportową, krążyli po poczekalni, pilnowali tragarzy zajmujących się bagażami. Okazało się, że samolot jest przepełniony, ale dzięki łapówkom nikt z personelu EDS nie musiał zrezygnować z podróży.

Dwukrotnie doszło do stresujących sytuacji. Żona jednego z pracowników EDS, która legitymowała się paszportem australijskim, nie miała wizy wyjazdowej, ponieważ wszystkie irańskie biura wystawiające takie wizy strajkowały. (Jej mąż i dzieci mieli paszporty amerykańskie, nie potrzebowali więc wiz wyjazdowych). Kiedy mąż kobiety podszedł do punktu kontroli, położył przed Irańczykiem cały stos paszportów, nie tylko swój i dzieci, ale także sześciu czy siedmiu innych osób. Gdy tylko oficer po nie sięgnął, stojący w kolejce pracownicy EDS zaczęli się przepychać i wszczynać kłótnie, a ludzie Coburna zebrali się dokoła i podniesionymi głosami zadawali pytania, udając rozzłoszczonych przedłużającą się odprawą. W powstałym zamieszaniu kobieta z australijskim paszportem niepostrzeżenie przemknęła do poczekalni.

Druga sytuacja odnosiła się do pewnego małżeństwa, które zaadoptowało irańskie dziecko, ale nie zdążyło wyrobić mu paszportu. Kilkumiesięczne niemowlę spało spokojnie na ramieniu matki. Na pomysł przemycenia dziecka wpadła żona innego pracownika EDS, Kathy Marketos, o której mówiono, że nie cofnie się przed niczym. Ułożyła sobie śpiące maleństwo na ręku, zakryła połą obszernego płaszcza i tak wniosła na pokład samolotu.

Upłynęło jednak sporo godzin, zanim wszyscy znaleźli się w środku. Oba loty były opóźnione. Na lotnisku nie dało się kupić niczego do jedzenia, a ludzie przez cały dzień chodzili głodni, toteż przed godziną policyjną część zespołu Coburna wyruszyła na miasto, żeby zdobyć cokolwiek do jedzenia. Wykupili cały towar kilku kuche — wózków ulicznych sprzedawców słodyczy, owoców i papierosów — a w barze Kentucky Fried Chicken wytargowali cały zapas bułek. Po powrocie na lotnisko, kiedy w poczekalni rozdawali żywność ludziom EDS, o mało nie zostali zlinczowani przez pozostałych pasażerów, czekających na te same loty. W drodze powrotnej z miasta dwóch ludzi zespołu zostało zatrzymanych i aresztowanych za złamanie godziny policyjnej, ale żołnierz, który ich zatrzymał, skupił uwagę na innym samochodzie usiłującym ominąć kontrolę i gdy zaczął za nim strzelać, oni spokojnie odjechali w przeciwnym kierunku.

Samolot do Stambułu odleciał krótko po północy. Rejs do Frankfurtu wystartował dopiero następnego dnia, z trzydziestojednogodzinnym opóźnieniem.

Coburn i większość jego ludzi nadzorujących ewakuację spędzili noc w Bukareszcie. Nie mieli do kogo wracać, nikt już na nich nie czekał w domu.

* * *

Kiedy Coburn zajmował się ewakuacją, Paul starał się wyjaśnić, kto chce skonfiskować jego paszport i z jakiego powodu.

Młody asystent Paula do spraw administracyjnych, Rich Gallagher, nieźle sobie radził z irańską biurokracją. On także zgłosił się na ochotnika do grupy pozostającej w mieście, a razem z nim została jego żona, Cathy. Miała dobrą pracę w dowództwie amerykańskiej bazy wojskowej w Teheranie, dlatego Gallagherowie nie chcieli wyjeżdżać. Co więcej, nie mieli dzieci, którymi musieliby się przejmować, a jedynie pudla o imieniu Buffy.

Tego samego dnia, kiedy Fara otrzymała polecenie dostarczenia paszportów, czyli piątego grudnia, Gallagher był z wizytą w ambasadzie amerykańskiej w towarzystwie jednego z tych ludzi, których paszportami zainteresowała się policja: Paula Buchy, niebędącego już pracownikiem oddziału irańskiego firmy, a tylko przypadkiem przebywającego w mieście.

Spotkali się z konsulem generalnym Lou Goelzem. Doświadczony pięćdziesięcioletni dyplomata był korpulentnym łysiejącym mężczyzną z wianuszkiem siwych włosów. Wyglądem doskonale pasował do roli Świętego Mikołaja. Towarzyszył mu Irańczyk z personelu obsługi korpusu konsularnego, Ali Jordan.

Goelz poradził Busze, żeby wykorzystał rezerwację na samolot. Fara, nieświadoma jego obecności, powiedziała na policji, że już wyjechał z Iranu, i wyglądało na to, że jej uwierzyli. Istniała więc spora szansa, że Bucha zdoła się wymknąć za granicę.

Goelz zaoferował także, że weźmie na przechowanie paszporty oraz pozwolenia na pracę Paula i Billa. W ten sposób, gdyby policja wystąpiła z oficjalnym żądaniem przekazania dokumentów, EDS mógłby się tłumaczyć, że są w ambasadzie.

Tymczasem Ali Jordan miał się skontaktować z policją, żeby spróbować wyjaśnić, o co chodzi.

Jeszcze tego samego dnia paszporty i pozostałe dokumenty zostały przewiezione do ambasady.

Następnego ranka Bucha wsiadł do samolotu i odleciał. Kiedy Gallagher zadzwonił do ambasady, dowiedział się, że Ali Jordan rozmawiał z generałem Biglarim z komendy głównej policji w Teheranie. Biglari powiedział, że Paul i Bill muszą zostać w kraju i będą aresztowani podczas próby przekroczenia granicy.

Gallagher zapytał o przyczynę.

Jordan usłyszał, że są „świadkami koronnymi w pewnym dochodzeniu”.

— Jakim dochodzeniu?

Tego nie powiedzieli.

Paul przyjął te nowiny ze zdumieniem i niepokojem. Nie brał udziału w wypadku drogowym, nie był świadkiem żadnego przestępstwa, nie miał powiązań z CIA… Kogo lub czego mogło dotyczyć owo dochodzenie? EDS? A może była to tylko wymówka, żeby zatrzymać jego i Billa w Iranie, by dalej trwały szkolenia obsługi systemu ubezpieczeń społecznych?

Pod jednym względem policja ustąpiła. Ali Jordan upierał się, że mogą skonfiskować tylko wizy pobytowe należące do rządu irańskiego, ale nie paszporty, które są własnością rządu Stanów Zjednoczonych. Generał Biglari przyznał mu rację.

Nazajutrz Gallagher i Ali Jordan pojechali do komendy, żeby przekazać Biglariemu dokumenty. Po drodze Gallagher wprost zapytał Jordana, czy jego zdaniem istnieje groźba, że Paul i Bill zostaną oskarżeni o jakąś wrogą działalność.

— Bardzo wątpię — odparł Irańczyk.

W komendzie generał przestrzegł Jordana, że ambasada zostanie obarczona odpowiedzialnością, jeśli Paul i Bill w jakiś sposób uciekną za granicę, na przykład na pokładzie amerykańskiego samolotu wojskowego.

Następnego dnia — ósmego grudnia, czyli w dzień ewakuacji — Lou Goelz zadzwonił do EDS. Dowiedział się z „pewnego źródła” w irańskim Ministerstwie Sprawiedliwości, że dochodzenie, w którym Paul i Bill mają być rzekomo świadkami koronnymi, dotyczy zarzutów korupcyjnych wobec osadzonego w więzieniu ministra zdrowia, doktora Sheikholeslamizadeha.

Paul w końcu odetchnął z ulgą, dowiedziawszy się ostatecznie, o co w tym wszystkim chodzi. Z przyjemnością gotów był powiedzieć śledczym prawdę: EDS nie dawał łapówek. Wątpił zresztą, czy minister wziął jakąkolwiek łapówkę. Irańscy urzędnicy byli skorumpowani do szpiku kości, ale doktor Sheik, jak go w skrócie nazywał, sprawiał inne wrażenie. Z wykształcenia chirurg ortopeda, odznaczał się przenikliwym umysłem oraz imponującą umiejętnością dopracowywania wszystkiego w szczegółach. W Ministerstwie Zdrowia otoczył się gromadką rzutkich młodych technokratów, którzy mieli swoje sposoby pokonywania przeszkód i realizowania zadań. Projekt EDS był tylko niewielką częścią jego ambitnego planu doprowadzenia irańskiej służby zdrowia i opieki społecznej do standardów amerykańskich. Według Paula ktoś tego pokroju nie mógł jednocześnie napychać własnych kieszeni.

Zatem Paul nie miał się czego obawiać, jeśli tylko „źródło” Goelza mówiło prawdę. Ale czy tak było? Doktora Sheika aresztowano trzy miesiące wcześniej. Czy był to przypadek, że Irańczycy nagle uznali Paula i Billa za świadków koronnych właśnie wtedy, gdy Paul zagroził, że EDS wycofa się z Iranu, jeśli ministerstwo nie ureguluje rachunków?

Pozostali po ewakuacji ludzie EDS zamieszkali w dwóch domach, których w ogóle nie opuszczali podczas dwóch dni świąt Aszury, dziesiątego i jedenastego grudnia, i grali w pokera. W jednym domu grali o wyższe stawki, w drugim o niższe. Paul z Coburnem przebywali w pierwszym. Dla ochrony zaprosili dwóch „szpiegów” Jaya, znajomych agentów wywiadu wojskowego, którzy byli uzbrojeni. Ale przy stole do gry nie wolno było mieć broni, toteż Irańczycy musieli ją zostawić w holu.

Wbrew obawom Aszura przeszła względnie spokojnie. W całym kraju miliony Irańczyków uczestniczyły w demonstracjach przeciwko rządom szacha, jednak nie dochodziło do większych aktów przemocy.

Po zakończeniu Aszury Paul i Bill jeszcze raz wzięli pod rozwagę możliwość wymknięcia się z kraju, ale spotkała ich przykra niespodzianka. Kiedy poprosili Lou Goelza z ambasady o zwrot paszportów, usłyszeli, że jeśli je odbiorą, on będzie zmuszony zawiadomić o tym generała Biglariego. A to by oznaczało, że policja zostanie powiadomiona o ich próbie przekroczenia granicy.

Goelz upierał się, że o takich warunkach poinformował pracownika, który przywiózł paszporty, ale musiał to powiedzieć bardzo cicho, bo nikt nie był w stanie sobie tego przypomnieć.

Paul wpadł w szał. Jakim prawem Goelz wchodził w układy z policją? Przecież nie miał obowiązku informowania nikogo, co zrobił z amerykańskimi paszportami. Tym bardziej nie musiał pomagać tutejszej policji w zatrzymaniu Paula i Billa w Iranie, na miłość boską! Obowiązkiem ambasady była pomoc przebywającym tu Amerykanom, czyż nie?

Czy Goelz zatem nie mógł renegocjować tego głupiego układu, oddać im paszportów w tajemnicy i ewentualnie poinformować o tym policji po kilku dniach, gdy obaj dotrą już bezpiecznie do ojczyzny? To nie wchodzi w rachubę, oznajmił konsul. Jeśli spróbuje się przeciwstawiać policji, ściągnie tylko kłopoty na innych, a w końcu musi się troszczyć o pozostałe dwanaście tysięcy Amerykanów wciąż przebywających w Iranie. Poza tym nazwiska Paula i Billa znajdowały się już na liście poszukiwanych, sprawdzanej na lotnisku, więc gdyby nawet mieli wszystkie dokumenty w porządku, i tak nie przejdą przez kontrolę paszportową.

Kiedy wieści o tym, że Paul i Bill na dobre utknęli w Iranie, dotarły do Dallas, zarząd EDS i jego prawnicy natychmiast przystąpili do działania. Co prawda, ich kontakty w Waszyngtonie nie były już tak dobre, jak za czasów administracji republikanów, niemniej wciąż mogli liczyć na garstkę przyjaciół. Zapoznali ze sprawą Boba Straussa, bardzo wpływowego mediatora z Białego Domu, w dodatku Teksańczyka; admirała Toma Moorera, byłego przewodniczącego Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, znającego wielu generałów zasiadających obecnie w wojskowym rządzie Iranu; oraz Richarda Helmsa, dawnego dyrektora CIA i byłego ambasadora amerykańskiego w Iranie. W rezultacie presji, jaką ci ludzie wywarli na Departament Stanu, obecny ambasador Stanów Zjednoczonych w Iranie, William Sullivan, podniósł sprawę Paula i Billa podczas spotkania z irańskim premierem, generałem Azharim.

Ale nie przyniosło to żadnych efektów.

Minęło trzydzieści dni, jakie Paul dał Irańczykom na uregulowanie długu, dlatego szesnastego grudnia wysłał do doktora Emraniego formalne pismo, w którym zrywał kontrakt. Nie poddał się jednak. Poprosił o powrót do Teheranu kilka ewakuowanych wcześniej osób z EDS na znak gotowości firmy do podjęcia dalszej współpracy z ministerstwem. Niektórzy z tych pracowników, zachęceni spokojnym przebiegiem Aszury, ściągnęli nawet z powrotem swoje rodziny.

Żaden prawnik, czy to z ambasady, czy z irańskiego oddziału EDS, nie zdołał ustalić, kto wydał rozkaz zatrzymania Paula i Billa. Dopiero Majidowi, ojcu Fary, udało się wyciągnąć tę informację od generała Biglariego. Tym człowiekiem okazał się inspektor dochodzeniowy Hosajn Dadgar, który miał nadzwyczaj szerokie uprawnienia pracownika średniego szczebla w prokuraturze, w wydziale zajmującym się ściganiem przestępstw urzędników państwowych. To właśnie on kierował śledztwem w sprawie doktora Sheika, uwięzionego byłego ministra zdrowia.

Czy zatem, wobec niemożności skłonienia przez ambasadę Irańczyków do wypuszczenia Paula i Billa z kraju ani też potajemnego oddania im paszportów, możliwe było chociaż nakłonienie Dadgara, aby przesłuchał Paula i Billa jak najszybciej, żeby mogli pojechać do domu na święta? Goelz odparł, że Boże Narodzenie nie ma dla Irańczyków żadnego znaczenia, ale inaczej sprawa przedstawia się w przypadku Nowego Roku, toteż spróbuje zorganizować spotkanie z inspektorem przed końcem roku.

W drugiej połowie grudnia ponownie doszło do zamieszek (stąd też pierwszą rzeczą, jaką zaczęli planować wracający pracownicy, była powtórna ewakuacja). Trwał strajk generalny, a eksport ropy naftowej, będący najważniejszym źródłem dochodów rządu, ustał całkowicie, przez co szanse EDS na odebranie zaległych należności spadły do zera. W ministerstwie pracowało już tak niewielu Irańczyków, że specjalistom z EDS nie zostało nic do roboty, zatem Paul odesłał połowę z nich do Stanów na święta.

On też spakował rzeczy, zamknął dom i przeniósł się do Hiltona, gotów wyjechać stąd przy pierwszej okazji.

Po mieście krążyły różne plotki. Siatka informatorów Jaya Coburna wyłapywała większość z nich i przekazywała co ciekawsze Paulowi. Najbardziej niepokojącą przyniosła Bunny Fleischaker, młoda Amerykanka, która miała przyjaciół w Ministerstwie Sprawiedliwości. W Stanach pracowała dla EDS, więc w Teheranie pozostała nadal w kontakcie, chociaż nie była już związana z firmą. Zadzwoniła do Coburna, żeby przestrzec, że w Ministerstwie Sprawiedliwości planują aresztowanie Paula i Billa.

Paul przedyskutował tę sprawę z Jayem. Stała w jawnej sprzeczności z tym, co dochodziło do nich z ambasady amerykańskiej. Uznali, że pracownicy ambasady muszą być lepiej zorientowani niż Bunny Fleischaker, więc postanowili nie podejmować żadnych działań.

Paul spędził święta spokojnie, w gronie paru kolegów w domu Pata Sculleya, młodego menedżera z EDS, który na ochotnika postanowił wrócić do Teheranu. Razem z nim wróciła jego żona Mary. To ona przygotowała świąteczne potrawy. Paul tęsknił za Ruthie i dziećmi.

Zaraz po świętach przyszedł telefon z ambasady, której udało się zorganizować spotkanie Paula i Billa z inspektorem dochodzeniowym Hosajnem Dadgarem. Miało się ono odbyć nazajutrz rano, dwudziestego ósmego grudnia, w należącym do Ministerstwa Zdrowia gmachu przy alei Eisenhowera.

* * *

Bill Gaylord wszedł do gabinetu Paula krótko po dziewiątej. Miał na sobie oficjalny strój EDS: elegancki garnitur, białą koszulę, stonowany krawat i czarne półbuty. W ręku trzymał kubeczek z kawą.

Podobnie jak Paul, miał trzydzieści dziewięć lat i był krępy, średniego wzrostu, ale na tym podobieństwa się kończyły. Paul z czarnymi włosami, krzaczastymi brwiami, głęboko osadzonymi oczami i dużym nosem, zwłaszcza kiedy włożył luźne sportowe ubranie, często był brany za Irańczyka, dopóki nie otworzył ust i nie przemówił ze swoim nowojorskim akcentem. Bill miał płaską okrągłą twarz i bardzo jasną cerę, wszystkim kojarzył się z typowym Anglikiem.

Łączyło ich wiele. Obaj byli katolikami, chociaż Bill wydawał się bardziej wierzący. Tak samo lubili dobrze zjeść. Mieli za sobą wspólną praktykę w obsłudze systemów komputerowych i podobnie wstąpili do EDS w połowie lat sześćdziesiątych, Bill w roku 1965, a Paul w 1966. Obaj zrobili w firmie szybką karierę i chociaż Paul miał staż o rok krótszy od Billa, teraz był jego przełożonym. Bill znał zagadnienia ubezpieczeń społecznych od podszewki i był znakomitym „menedżerem zasobów ludzkich”, ale pod względem siły przebicia i dynamiki działania ustępował Paulowi. Wszystko musiał starannie przemyśleć i pieczołowicie zorganizować. Dlatego Paul zawsze mógł na nim polegać, jeśli chodziło o przygotowanie ważnych wystąpień, wiedział, że Bill dopracuje każde słowo.

Współpraca dobrze im się układała. Kiedy Paul chciał działać w pośpiechu, Bill zmuszał go do zwolnienia tempa i namysłu. A kiedy Bill chciał coś zaplanować z uwzględnieniem każdego wyboju na drodze, Paul namawiał go, żeby po prostu wsiąść i jechać.

Poznali się już wcześniej w Stanach, ale dopiero ostatnie dziewięć miesięcy w Iranie pozwoliło im dobrze się poznać. Kiedy Bill przyleciał w marcu do Teheranu, zamieszkał w domu Chiapparone’ów do czasu przybycia swojej żony Emily razem z dziećmi. Wówczas Paul czuł się w obowiązku pomóc koledze, gdyż było mu wstyd, że po przyjeździe do Iranu Bill napotyka same problemy.

Bill dużo bardziej od innych pracowników przejmował się rozruchami i strzelaninami — może dlatego, że był tu stosunkowo krótko, a może z powodu swojej wrażliwej natury. Dlatego też problemy z paszportami także traktował dużo poważniej niż Paul. W pewnym momencie zaproponował nawet, żeby pojechać pociągiem na północno-wschodni kraniec Iranu i tam przekroczyć granicę ze Związkiem Radzieckim, gdyż nikt na pewno się nie spodziewa, żeby dwaj amerykańscy biznesmeni uciekali przez ten kraj.

On również bardzo tęsknił za żoną i dziećmi, za co Paul czuł się w pewnym stopniu odpowiedzialny, gdyż to on namówił Billa na przyjazd do Iranu.

Ale teraz wszystko dobiegało wreszcie końca. Tego dnia mieli się spotkać z Dadgarem i odzyskać swoje paszporty. Bill zarezerwował już bilet na jutrzejszy samolot. Emily szykowała dla niego sylwestrowe przyjęcie powitalne. Wkrótce cała ta historia miała im tylko przypominać senny koszmar.

Paul uśmiechnął się do niego.

— Gotów?

— Jak zawsze.

— W takim razie ściągnijmy Abolhasana. — Paul sięgnął po słuchawkę.

Abolhasan — najstarszy irański pracownik doradzający Paulowi w kwestii tutejszych metod prowadzenia interesów — był synem wybitnego prawnika, miał za żonę Amerykankę i bardzo dobrze mówił po angielsku. Do jego zadań należało tłumaczenie kontraktów EDS na farsi. Tego dnia miał tłumaczyć przebieg spotkania Paula i Billa z Dadgarem.

Zjawił się natychmiast w biurze Paula i we trzech wyszli. Nie zabierali ze sobą prawnika, według ambasady miała to być rutynowa rozmowa, a nie formalne przesłuchanie. W takiej sytuacji obecność adwokata nie tylko byłaby bezcelowa, ale też mogłaby obrazić Dadgara i stać się przyczyną podejrzeń, że mają coś do ukrycia. Paul chętniej by widział obok siebie kogoś z personelu ambasady, ale ten pomysł odrzucił Lou Goelz: nie było przyjęte, żeby ambasada delegowała swojego wysłannika na tego typu spotkanie. Niemniej konsul doradził im, żeby zabrali ze sobą dokumenty potwierdzające daty przyjazdu do Iranu oraz oficjalne stanowiska wraz z zakresem obowiązków.

Gdy jak zwykle musieli się przeciskać samochodem przez zatłoczone ulice Teheranu, Paula ogarnęło przygnębienie. Cieszył się bliską perspektywą powrotu do domu, ale nie znosił myśli o porażce. Przyjechał do Iranu, żeby rozbudować powstający tu oddział EDS, a zamiast tego był zmuszony go zlikwidować. Jakkolwiek by patrzeć, przyczynił się do fiaska pierwszej zagranicznej inwestycji firmy. Nie ponosił winy za to, że rząd irański nie dysponował już pieniędzmi, ale było to marne pocieszenie, bo przecież wymówki nie przynoszą zysków.

Skręcili w ocienioną drzewami aleję Eisenhowera, szeroką i prostą niczym amerykańska autostrada, a następnie wjechali na dziedziniec wzniesionego na planie kwadratu dziesięciopiętrowego gmachu, nieco odsuniętego od ulicy i strzeżonego przez żołnierzy uzbrojonych w pistolety maszynowe. Mieściła się tu Organizacja Ubezpieczeń Społecznych podległa Ministerstwu Zdrowia i Opieki Społecznej. Właśnie tu miał powstać rdzeń tworzącego się nowego irańskiego państwa dobrobytu; to tutaj rząd Iranu i EDS mieli wspólnymi siłami stworzyć od podstaw system ubezpieczeń społecznych. EDS zajmował całe szóste piętro i tu też znajdował się gabinet Billa.

Paul, Bill i Abolhasan okazali przepustki, weszli do środka i ruszyli brudnymi korytarzami. Było zimno, znów wyłączono ogrzewanie. Zostali skierowani do gabinetu wykorzystywanego przez inspektora Dadgara.

Zastali go w niewielkim pokoju o brudnych ścianach, siedzącego za starym żelaznym biurkiem pomalowanym na szaro. Na blacie przed nim leżał notatnik i długopis. Za oknem Paul ujrzał budowany przez EDS ośrodek komputerowego przetwarzania danych.

Abolhasan dokonał prezentacji. Obok Dadgara za biurkiem siedziała Iranka, pani Nourbash, tłumaczka inspektora.

Wszyscy usiedli na odrapanych żelaznych krzesłach. Podano herbatę. Dadgar zaczął mówić w języku farsi. Głos miał miękki, ale dość głęboki, do tego płaski, pozbawiony ekspresji. Czekając na tłumaczenie, Paul przyglądał mu się uważnie. Inspektor był niski, przysadzisty, po pięćdziesiątce, z niewiadomych powodów przypominał mu aktora telewizyjnego Archiego Bunkera. Miał ciemną cerę, czarne włosy zaczesywał do przodu, jakby chciał zamaskować powiększające się zakola. Nosił wąsy i okulary, był ubrany w ciemny garnitur.

Kiedy Dadgar skończył mówić, Abolhasan przekazał:

— Ostrzega, że ma prawo was aresztować, jeśli stwierdzi, że wasze odpowiedzi na pytania są niezadowalające. Na wypadek gdybyście tego wcześniej nie rozumieli, może przesunąć termin przesłuchania, żeby wasi prawnicy mieli czas na ustalenie wysokości kaucji.

Paul był zaskoczony takim rozwojem wydarzeń, ale szybko dokonał oceny, jakby uczestniczył w negocjacjach biznesowych. W porządku, pomyślał, najgorsze, co może się przytrafić, to że nam nie uwierzy i każe aresztować, ale nie jesteśmy mordercami, wyjdziemy za kaucją najpóźniej po dwudziestu czterech godzinach. A jeśli dalej nie uzyskamy zgody na wyjazd, będziemy musieli się spotykać z adwokatami i próbować jakoś z tego wybrnąć… sytuacja i tak nie będzie gorsza od tej, jaka jest teraz.

Spojrzał na Billa.

— Co o tym myślisz?

Tamten wzruszył ramionami.

— Goelz twierdzi, że to rutynowa rozmowa. Wzmianka o adwokatach i kaucji wydaje mi się oklepaną formułką. Poczułem się tak, jakby odczytywał mi moje prawa.

Paul skinął głową.

— A ostatnią rzeczą, jakiej pragniemy, jest odkładanie przesłuchania.

— Lepiej miejmy to już za sobą.

Paul zwrócił się do pani Nourbash.

— Proszę powiedzieć panu Dadgarowi, że żaden z nas nie popełnił przestępstwa i nic też nie wie o jakimkolwiek popełnionym przestępstwie, jesteśmy więc przekonani, że nie zostaną nam postawione żadne zarzuty. Dlatego chcielibyśmy odpowiedzieć na pytania już dzisiaj, żeby móc wrócić do domu.

Iranka przetłumaczyła jego słowa.

Dadgar oznajmił, że najpierw chce przesłuchać Paula na osobności. Bill może wrócić za godzinę.

Zatem Bill wyszedł.

* * *

Udał się do swojego biura na szóstym piętrze. Podniósł słuchawkę, zadzwonił do Bukaresztu i poprosił Lloyda Briggsa, trzeciego w hierarchii firmy po nich dwóch.

— Dadgar twierdzi, że ma prawo nas aresztować — powiedział. — Możliwe, że będziemy musieli zapłacić kaucję. Zadzwoń do irańskich prawników i sprawdź, co to oznacza.

— Jasne — odparł Briggs. — Skąd dzwonisz?

— Za swojego gabinetu w budynku ministerstwa.

— Oddzwonię do ciebie.

Bill odłożył słuchawkę. Groźba aresztowania wydała mu się śmieszna. Mimo szerzącej się w Iranie powszechnej korupcji EDS nigdy nie dał łapówki za żaden kontrakt. Zresztą nawet gdyby musieli je dawać, Bill na pewno nie robiłby tego osobiście. Jego zadaniem było dostarczenie produktu, a nie zdobycie zamówienia.

Briggs zadzwonił po kilku minutach.

— Nie macie się czym martwić — rzekł. — W ubiegłym tygodniu jakiś człowiek oskarżony o morderstwo wynegocjował kaucję w wysokości półtora miliona riali.

Bill szybko obliczył, że to w przybliżeniu dwadzieścia tysięcy dolarów. EDS zapewne mógł zapłacić taką sumę gotówką. Ostatnio trzymali w firmie dość pokaźne sumy pieniędzy, zarówno ze względu na ciągłe strajki banków, jak i z powodu prowadzonej ewakuacji.

— Ile gotówki mamy obecnie w biurowym sejfie?

— Około siedmiu milionów riali, ponadto pięćdziesiąt tysięcy dolarów.

Więc nawet jeśli zostaniemy aresztowani, pomyślał Bill, będziemy mogli natychmiast wpłacić żądaną kaucję.

— Dzięki — powiedział. — Od razu czuję się lepiej.

* * *

Na dole Dadgar zapisał w notatniku imię i nazwisko Paula, datę i miejsce urodzenia, ukończone szkoły, zakres doświadczeń w obsłudze komputerów oraz kwalifikacje zawodowe; uważnie przestudiował dokument oficjalnie mianujący Paula kierownikiem irańskiego oddziału korporacji Electronic Data Systems. Wreszcie poprosił, żeby Paul opowiedział, jak doszło do podpisania kontraktu między EDS a Ministerstwem Zdrowia.

Paul wziął głęboki oddech.

— Na początku chciałbym zaznaczyć, że nie pracowałem w Iranie w czasie negocjowania warunków i podpisywania kontraktu, więc nie znam szczegółów tego procesu. Jednak mogę powiedzieć, co wiem na ten temat.

Pani Nourbash przetłumaczyła i Dadgar skinął głową.

Paul zaczął relacjonować, powoli, cedząc słowa, żeby nie sprawiać kłopotów tłumaczce.

— W roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym piątym członek kierownictwa EDS, Paul Bucha, dowiedział się, że ministerstwo szuka firmy zajmującej się komputerowym przetwarzaniem danych, mającej doświadczenie w zakresie ubezpieczeń zdrowotnych i opieki społecznej. Przyjechał do Teheranu, spotkał się z przedstawicielami ministerstwa i zapoznał się z charakterem oraz skalą wymaganych działań. Dowiedział się też, że ministerstwo otrzymało już w sprawie tego projektu oferty współpracy od spółek Louis Berger and Company, Marsh and McClennan, ISIRAN oraz UNIVAC, a w drodze jest piąta oferta od Cap Gemini Sogeti. Poinformował, że w Stanach Zjednoczonych EDS jest wiodącą firmą w zakresie komputerowego przetwarzania danych i że specjalizuje się w projektach dotyczących opieki zdrowotnej. Zaproponował ministerstwu opracowanie bezpłatnego wstępnego projektu i jego oferta została przyjęta.

Przerwał, żeby dać czas tłumaczce, przy czym zwrócił uwagę, że pani Nourbash wyraźnie mówi mniej od niego, a Dadgar zapisuje jeszcze mniej. Zaczął więc mówić wolniej i częściej robić przerwy.

— Ministerstwu najwyraźniej spodobała się propozycja EDS, gdyż wystąpiło z wnioskiem, abyśmy za dwieście tysięcy dolarów wykonali szczegółowy projekt. Wyniki naszych prac zostały przedstawione w październiku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego piątego roku. Ministerstwo zaakceptowało naszą propozycję i przystąpiło do negocjowania warunków kontraktu. Do sierpnia tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego szóstego roku warunki zostały uzgodnione.

— Czy wszystko odbyło się jawnie? — zapytał Dadgar za pośrednictwem tłumaczki.

— Oczywiście — odparł. — Kolejne trzy miesiące zajął żmudny proces zdobywania wszystkich niezbędnych pozwoleń z rozmaitych rządowych instytucji, włączając w to kancelarię szacha. Żaden z wymaganych kroków nie został pominięty. Kontrakt wszedł w życie z końcem roku.

— Czy cena kontraktu nie została zawyżona?

— Kalkulacja objęła najwyższy możliwy zysk przed opodatkowaniem wynoszący dwadzieścia procent, co jest ogólnie przyjęte w kontraktach o tak wielkiej skali, zarówno w Iranie, jak też innych krajach.

— A czy EDS wypełnił wszystkie zobowiązania przewidziane w kontrakcie?

W tym zakresie Paul dysponował informacjami z pierwszej ręki.

— Oczywiście, że je wypełniliśmy.

— Może pan to udowodnić?

— Jak najbardziej. W kontrakcie zapisano, że mam się spotykać z przedstawicielami ministerstwa w określonych odstępach czasu, by zdawać sprawozdania z postępu prac. Wszystkie przewidziane umową spotkania się odbyły, ministerstwo dysponuje sprawozdaniami z każdego z nich. Ponadto kontrakt precyzuje procedurę składania skarg przez ministerstwo w wypadku niedopełnienia przez EDS podjętych zobowiązań. Ta procedura nie została wykorzystana ani razu.

Pani Nourbash przetłumaczyła, ale Dadgar niczego nie zapisał. Widocznie musi już to wszystko wiedzieć, pomyślał Paul.

— Proszę wyjrzeć przez okno — dodał. — Znajduje się tam nasze centrum przetwarzania danych. Proszę je sobie obejrzeć. Stoją tam komputery. Proszę ich dotknąć. Pracują. Przetwarzają dane. Proszę przeczytać wydruki. Są to użyteczne informacje.

Dadgar zanotował kilka słów. Paul zachodził w głowę, o co naprawdę mu chodzi.

Następne pytanie brzmiało:

— Co was łączy z grupą Mahviego?

— Kiedy tylko przybyliśmy do Iranu, powiedziano nam, że musimy mieć lokalnych wspólników do prowadzenia interesów w tym kraju. Grupa Mahviego jest naszym wspólnikiem. Jednakże jej głównym zadaniem jest dobieranie ludzi do naszego irańskiego personelu. Spotykamy się z nimi od czasu do czasu, ale nie mają oni wiele wspólnego z prowadzeniem naszych interesów.

Dadgar zapytał, dlaczego więc doktor Towliati, urzędnik z ministerstwa, pobiera także pensję w EDS. Czy nie jest to konflikt interesów?

Wreszcie padło konkretne pytanie. Paul świetnie rozumiał, że rola Towliatiego w projekcie może budzić zastrzeżenia. Ale łatwo mógł to wyjaśnić.

— Zgodnie z zapisami kontraktu zobowiązaliśmy się zapewnić ministerstwu fachowych konsultantów oferujących pomoc w zakresie jak najlepszego wykorzystania naszego systemu przetwarzania danych. Doktor Towliati jest właśnie takim konsultantem. Ma doświadczenie w tym względzie i zna się zarówno na amerykańskich, jak też irańskich metodach prowadzenia interesów. Ale jest opłacany przez EDS, a nie przez ministerstwo, gdyż pensje w ministerstwie są za niskie, aby skusić fachowca tego pokroju. Jednakże ministerstwo jest zobowiązane do zwrotu kosztów, co zostało uwzględnione w kontrakcie, zatem w rzeczywistości to nie EDS wypłaca mu pensję.

Po raz kolejny Dadgar zanotował tylko parę słów. Może wyczytał już te wszystkie informacje w dokumentach, pomyślał Paul.

Inspektor zapytał:

— Więc dlaczego doktor Towliati podpisuje faktury?

— To proste — odrzekł Paul. — Nie podpisuje samych faktur i nigdy tego nie robił. Najprostsze wyjaśnienie jest następujące: to on informuje ministra o zakończeniu jakiegoś etapu prac, jeśli specyfikacja tego etapu jest sporządzona językiem technicznym, niemożliwym do zweryfikowania przez laika. — Uśmiechnął się. — Towliati traktuje bardzo poważnie swoje obowiązki, jest naszym najzagorzalszym krytykiem i zazwyczaj zadaje mnóstwo trudnych pytań, zanim zweryfikuje zakończenie danego zadania. Czasami żałuję, że od strony formalnej nie jest zależny finansowo ode mnie.

Kiedy pani Nourbash tłumaczyła, Paul pomyślał: Do czego Dadgar zmierza? Najpierw pyta o ustalanie warunków kontraktu, które się odbywało przed moim przyjazdem do Iranu, a teraz o grupę Mahviego i doktora Towliatiego, jakby mieli jakieś szczególne znaczenie dla sprawy. Może sam nie wie, czego szukać, i strzela w ciemno, mając nadzieję, że wpadnie na trop czegoś niezgodnego z prawem.

Jak długo jeszcze będzie się ciągnąć ta farsa?

* * *

Bill czekał na korytarzu, w płaszczu, żeby nie zmarznąć. Ktoś przyniósł mu gorącą herbatę, którą sączył powoli, ogrzewając sobie palce o szklankę. W budynku było nie tylko zimno, ale i ciemno.

Uderzyło go już od pierwszej chwili, że Dadgar różni się od przeciętnego Irańczyka. Był oziębły, szorstki i niegościnny. Ambasada utrzymywała, że jest „przychylnie nastawiony” do nich obu, Bill jednak odniósł zupełnie inne wrażenie.

Zastanawiał się, co właściwie inspektor knuje. Próbował ich tylko zastraszyć czy naprawdę brał pod uwagę aresztowanie? Tak czy inaczej, przebieg tego spotkania zmierzał w zupełnie innym kierunku, niż zakładała ambasada. Zalecenie, aby przyjechać tu bez adwokatów bądź przedstawicieli ambasady, wydawało się chybione. Może zaważyło to, że nikt z ambasady nie chciał się angażować. W każdym razie oni dwaj byli teraz zdani wyłącznie na siebie. Zapowiadał się więc nieprzyjemny dzień. Ale na koniec mieli uzyskać możliwość powrotu do domu.

Wyglądając przez okno, Bill spostrzegł w dole, na alei Eisenhowera, niezwykłe poruszenie. W pewnej odległości dysydenci zatrzymywali samochody i zaklejali szyby plakatami z podobizną Chomeiniego. Żołnierze trzymający wartę przed gmachem ministerstwa po raz drugi zatrzymywali te samochody i zdzierali plakaty. Ale z minuty na minutę stawali się coraz bardziej agresywni. W jednym aucie stłukli reflektor, w drugim zbili przednią szybę, jakby chcieli w ten sposób dać ludziom nauczkę. Chwilę później z kolejnego wyciągnęli kierowcę i zaczęli go okładać pięściami.

Następnym wozem, który sobie upatrzyli, była pomarańczowa taksówka. Jak można się było spodziewać, kierowca wyminął ich bez zatrzymywania, co rozwścieczyło żołnierzy do tego stopnia, że rzucili się za nią, otwierając ogień z pistoletów maszynowych. Po chwili taksówka i ścigający ją wartownicy zniknęli Billowi z oczu.

Po tym incydencie żołnierze zakończyli ponurą zabawę i wrócili na swoje posterunki na otoczonym murem dziedzińcu przed budynkiem ministerstwa. Niemniej ten incydent, będący dziwną mieszanką dziecinady i brutalności, zdawał się symptomatyczny dla ostatnich wydarzeń w Iranie. Kraj coraz bardziej pogrążał się w chaosie. Szach stracił panowanie nad sytuacją, a rebelianci byli zdecydowani wypędzić go albo zabić. Billowi zrobiło się żal kierowców zniszczonych samochodów, którzy stali się przypadkowymi ofiarami i nie pozostało im nic innego, jak łudzić się nadzieją, że sytuacja się poprawi. A skoro Irańczycy nie mogli się już czuć bezpiecznie, rozmyślał, Amerykanie musieli znajdować się w jeszcze większym niebezpieczeństwie. Bezwzględnie powinni uciekać stąd jak najszybciej.

Z okien tego samego korytarza zamieszanie na alei Eisenhowera obserwowało dwóch Irańczyków, którzy sprawiali wrażenie równie jak on przerażonych tym, co się działo na ulicy.

Minęło południe. Bill musiał się zadowolić kanapką i następną herbatą zamiast lunchu. Ciekawiło go, co się dzieje w pokoju przesłuchań. Nie był nawet zaskoczony przedłużającym się oczekiwaniem, w Iranie „za godzinę” oznaczało mniej więcej to samo, co „później, kiedyś”. Ale z upływem czasu stawał się coraz bardziej niespokojny. Czyżby Paul znalazł się w jakichś tarapatach?

Obaj Irańczycy kręcili się po korytarzu bez celu przez całe popołudnie. Bill zastanawiał się nawet, kim są. Ale nie odzywał się do nich.

Żałował, że nie może przyspieszyć czasu. Miał już rezerwację na jutrzejszy samolot. Emily z dziećmi miała czekać na niego w Waszyngtonie, gdzie mieszkali i jej, i jego rodzice. Zamierzali urządzić na jego cześć wielkie przyjęcie w sylwestra. Już nie mógł się doczekać, kiedy znowu ich zobaczy.

Powinien był wyjechać z Iranu kilka tygodni temu, kiedy doszło do serii zamachów bombowych. W jednym z domów, który zapalił się od wybuchu bomby, mieszkała jego dawna znajoma z waszyngtońskiej szkoły średniej. Wyszła za dyplomatę pracującego w tutejszej ambasadzie. Bill rozmawiał z nimi po tamtym wydarzeniu. Na szczęście nikt nie ucierpiał, ale wypadek napędził wszystkim strachu. Powinienem był wtedy dobrze się zastanowić i wyjechać stąd, rozmyślał teraz.

Wreszcie Abolhasan wyjrzał na korytarz i zawołał:

— Bill! Wejdź, proszę.

Spojrzał na zegarek. Była już piąta. Wszedł do pokoju.

— Zimno tu — mruknął, siadając przed biurkiem.

— Na tym krześle jest aż nadto gorąco — rzekł Paul z niewyraźnym uśmiechem.

Bill spojrzał na kolegę, który wyglądał na bardzo zdenerwowanego.

Dadgar wypił szklankę herbaty i zjadł kanapkę, nim zaczął przesłuchanie. Patrząc na niego, Bill pomyślał: Uwaga! Ten facet próbuje zastawić pułapkę, żeby nie dopuścić do naszego wyjazdu z kraju.

Wreszcie się zaczęło. Bill podał imię i nazwisko, datę i miejsce urodzenia, wykształcenie, kwalifikacje i doświadczenie zawodowe. Dadgar zadawał pytania i zapisywał odpowiedzi z kamienną twarzą. Jest jak maszyna, pomyślał Bill.

Szybko zrozumiał, dlaczego przesłuchanie Paula trwało tak długo. Każde pytanie trzeba było przetłumaczyć z farsi na angielski, a odpowiedź z angielskiego na farsi. Zajmowała się tym pani Nourbash, Abolhasan tylko czasami wtrącał jakieś wyjaśnienia bądź poprawki.

Dadgar wypytywał o działania EDS w ramach kontraktu z ministerstwem. Bill odpowiadał wyczerpująco i szczegółowo, chociaż temat był nie tylko złożony, ale również wysoce specjalistyczny, stąd żywił przeświadczenie, że pani Nourbash nie potrafi w pełni zrozumieć jego wyjaśnień. Zresztą nikt chyba nie sądził, że pojmie złożoność całego projektu, zadając garść ogólnikowych pytań. Więc po co ta cała farsa? — zastanawiał się Bill. Dlaczego Dadgar chce siedzieć cały dzień w tym przeraźliwie zimnym pokoju i zadawać idiotyczne pytania? Doszedł do wniosku, że to zapewne jakiś perski rytuał. Inspektor musiał rozwlekać swoje poczynania, aby wykazać, że zbadał wszelkie niuanse, i zabezpieczyć się z góry na wypadek ewentualnych słów krytyki za to, że zwolnił przesłuchiwanych. W najgorszym razie mógł ich zatrzymać w Iranie na dłużej. Tak czy inaczej, kluczową rolę odgrywał czas.

I Dadgar, i tłumaczka wydawali się wrogo nastawieni. Przesłuchanie bardziej przypominało krzyżowy ogień pytań podczas rozprawy sądowej. Inspektor oznajmił, że raporty o postępach prac wysyłane przez EDS do ministerstwa były fałszywe i EDS wykorzystywał je do tego, by wyłudzić z ministerstwa pieniądze za niewykonane zadania. Bill zaznaczył, że urzędnicy ministerstwa, którzy dobrze znali całą sprawę, nigdy nie wystąpili z sugestią, że raporty są nieścisłe. Gdyby EDS rzeczywiście zawalał robotę, to gdzie były skargi? Dadgar mógł to sprawdzić w aktach ministerstwa.

Kiedy inspektor zapytał o doktora Towliatiego i Bill wyjaśnił jego rolę, pani Nourbash, która odezwała się, zanim Dadgar podsunął jej cokolwiek do tłumaczenia, odparła, że wyjaśnienia Billa są nieprawdziwe.

Dalej padło kilka różnorodnych pytań, w tym jedno bardzo dziwne: Czy EDS zatrudnia jakichś Greków? Bill odrzekł, że nie, zachodząc w głowę, co to może mieć do rzeczy. Dadgar zaczynał się niecierpliwić. Być może miał nadzieję, że zeznania Billa będą sprzeczne z wyjaśnieniami Paula, dlatego teraz, zawiedziony, mechanicznie kończył realizować swój plan. Zadawał pospieszne i zdawkowe pytania, nie kontynuował tematu omawianego przez Billa, nie żądał dalszych wyjaśnień. Po godzinie przesłuchanie dobiegło końca.

Pani Nourbash powiedziała:

— Zechcą teraz panowie złożyć podpisy pod każdym pytaniem i odpowiedzią w notatniku pana Dadgara.

— Przecież są zapisane w farsi, nie potrafimy odczytać z nich ani słowa! — zaprotestował Bill.

To tania sztuczka, pomyślał. Możemy podpisać przyznanie się do morderstwa albo szpiegostwa czy też jakiejś innej zbrodni wymyślonej przez Dadgara.

— Ja przejrzę te notatki i je sprawdzę — podsunął Abolhasan.

Paul i Bill czekali spokojnie, aż przeczyta zapiski, chociaż kontrola wydawała się pobieżna. Wreszcie położył notatnik na biurku i rzekł:

— Radzę wam to podpisać.

Bill nabrał pewności, że nie powinien tego robić, ale nie miał wyboru. Jeśli chciał wracać do domu, musiał podpisać.

Spojrzał na Paula. Ten wzruszył ramionami.

— Sądzę, że będzie lepiej, jak to zrobimy.

Kolejno przejrzeli notatnik, wpisując swoje nazwiska pod nieczytelnymi dla nich arabskimi zawijasami.

Kiedy skończyli, w pokoju panowała napięta atmosfera. Teraz musi nam powiedzieć, że możemy wracać do domu, pomyślał Bill.

Dadgar przez kilka minut układał swoje papiery w równiutki stosik, rozmawiając z Abolhasanem w farsi. Potem wyszedł z pokoju. Abolhasan odwrócił się do Paula i Billa z grobową miną.