Na nieludzkiej ziemi. Wydanie pełne - Józef Czapski - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Na nieludzkiej ziemi. Wydanie pełne ebook i audiobook

Józef Czapski

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Prawda ocalona w całości. Pierwsze kompletne wydanie arcydzieła

Józef Czapski – arystokrata, malarz i żołnierz – zabiera nas w podróż do jądra ciemności sowieckiego imperium. Na nieludzkiej ziemi to przejmujący zapis walk polskich wygnańców oraz desperackich poszukiwań tysięcy oficerów, zamordowanych w Katyniu. To jedna z najbardziej wstrząsających analiz cierpienia, jakie człowiek może zadać drugiemu człowiekowi, nakreślona z precyzją właściwą oku wybitnego kolorysty.

Tekst bez retuszu

Po raz pierwszy w Polsce czytelnik otrzymuje tekst uzupełniony o niedostępne dotąd rozdziały, które wcześniej ukazały się wyłącznie w edycjach zagranicznych. To prawda odzyskana w jej najsurowszej, kompletnej formie

Lekcja empatii

Klasyk Czapskiego, w przeciwieństwie do doraźnych manifestów politycznych, jest głęboką lekcją przenikliwej obserwacji i współczucia. Autor nie operuje nienawiścią, lecz prawdą, która staje się etycznym fundamentem dla współczesnego humanisty

Hołd dla tych, którym odebrano głos.

Zapis świadka, który potrafił dostrzec godność tam, gdzie system totalitarny próbował ją ostatecznie zgładzić.

Odkryj dzieło, które definiuje polski los w XX wieku

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 627

Data ważności licencji: 5/20/2031

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 18 godz. 35 min

Lektor: Mateusz Drozda

Data ważności licencji: 5/20/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki

Wojtek Janikowski / Zaczyn

Obraz na okładce

Martwa natura z białą i czerwoną draperią, 1989 r., kolekcja prywatna, fot. Paweł Mazur

Opieka redakcyjna

Karol Kleczka

Katarzyna Mach

Korekta

Barbara Gąsiorowska

Indeks

Artur Czesak

Podstawą niniejszego wydania jest wydanie Na nieludzkiej ziemi z 2018 r. Zostało uzupełnione o część II Walka oraz opatrzone nowym posłowiem.

Copyright © for this edition by SIW Znak sp. z.o.o., 2026

Copyright © by Weronika Orkisz

Copyright © by Michał Przeperski

ISBN 978-83-8427-097-4

Książki z dobrej strony: www.znak.com.plWięcej o naszych autorach i książkach: www.wydawnictwoznak.plSpołeczny Instytut Wydawniczy Znakul. Kościuszki 37, 30-105 KrakówDział sprzedaży: tel. 12 61 99 569, e-mail: [email protected]

Wydanie III uzupełnione, Kraków 2026

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotował Jan Żaborowski

Wstęp

Książka, która dziś ma się ukazać, składa się z dwóch części: pierwsza to Wspomnienia starobielskie, druga, bez porównania większa, to książka Na nieludzkiej ziemi. Dlaczego ma to być wydane razem? Chyba tylko z powodu tematu. Że to jest wszystko, co o pobycie w Rosji Sowieckiej napisałem. Sam charakter stylu jest zupełnie inny. Wspomnienia starobielskie zostały napisane zaraz po wyjściu z Rosji i chodziło mi o to, żebym napisał wszystko, co pamiętam o moich kolegach z obozu, i przede wszystkim miało na celu, żeby te wieści o kolegach mogły dotrzeć do ich rodzin w kraju. Dalszy ciąg – poszukiwanie ich po wyjściu z obozu – został już zupełnie w skrócie opowiedziany.

Drugi tekst, Na nieludzkiej ziemi, tyczy bardziej Rosji niż moich kolegów, zaś moja wędrówka do Czkałowa i do Moskwy w poszukiwaniu zaginionych jest o wiele szerzej rozwinięta.

Czytelnik się może zdziwi, że w żadnym z tomów nie jest wspomniany Katyń, ale wszystko, co opowiadam tutaj, działo się przed wykryciem grobów katyńskich, o których ja się dowiedziałem, gdy nasza armia dotarła do Iraku. Wskutek tego pragnę dodać do tej książki tekst, według mnie definitywny, o tej zbrodni, która wywołała na świecie całą literaturę. Był on opublikowany w paryskim „Gavroche” w maju 1945, pod tytułem Prawda o Katyniu. Wskutek tego, że sam od szeregu miesięcy pracowałem nad wykryciem zaginionych kolegów, zdaje mi się, że w tym tekście nie pominąłem nic. Niemniej ktoś, kto by chciał więcej o przebiegu poszukiwań wiedzieć, musiałby przeczytać przynajmniej książkę gen. Andersa Katyń.

Obie książki ukazały się także w Polsce w wydaniach podziemnych i nie potrafiłbym wyrazić mojej wdzięczności dla tych, którzy z narażeniem największym zdecydowali się je wydać. Fakt, że po tylu latach są jeszcze ludzie, którzy chcą je czytać, jest dla mnie największą nagrodą, o której nie marzyłem.

Maisons-Laffitte 1984 r.

Józef Czapski

Wspomnienia starobielskie

W obozie Starobielsk w chwili rozładowania, 5 IV 1940 r., było 3920 oficerów wraz z kilkudziesięcioma więźniami cywilnymi i około 30 podchorążymi i chorążymi. Uratowało się spośród nich 79. Jestem jednym z nich.

Cała reszta zaginęła bez śladu, pomimo uporczywych i nieustannych prób wyjaśnienia, gdzie się znajdują.

Kiedy we wrześniu i październiku 1939 r. dostała się do niewoli sowieckiej część wojska polskiego, rozmieszczono oficerów i część szeregowych w 3 obozach: Starobielsk, Kozielsk, Ostaszków. We wszystkich trzech obozach było w chwili rozpoczęcia rozładowania tych obozów, 5 i 6 IV 1940, razem około 8700 oficerów i około 7000 podoficerów i szeregowych. Z ogólnej liczby jeńców znajdujących się w wymienionych 3 obozach między październikiem 1939 a majem 1940 odnalazło się ogółem 400 osób (oficerów, szeregowych i małej grupy cywilnych), które zostały przerzucone w latach 1940–41 do Griazowca pod Wołogdą. Poza tym odnalazło się jeszcze kilkudziesięciu oficerów i szeregowych wywiezionych wcześniej z tychże obozów do więzień, celem wytoczenia im procesów.

Jeńcy z Griazowca oraz wyżej wspomniani jeńcy-więźniowie zostali wypuszczeni przeważnie w sierpniu 1941 r., po zawarciu układu polsko-sowieckiego. Reszta zaginęła.

KiedybędępisałoStarobielsku, Kozielsku i Ostaszkowie, będę miał na myśli jedynie jeńców, którzy przebywali w tych miejscowościach od października 1939 do maja 1940 r. To znaczy będę pisał o Starobielsku nr l, Kozielsku nr 1, Ostaszkowie.

Bo był jeszcze Starobielsk nr 2 (więźniowie polityczni, również przeważnie wojskowi, wzięci przez Sowiety na terenie okupowanych Kresów Wschodnich albo przyłapani przy próbach ucieczki przez granice Rumunii lub Węgier), był również Kozielsk nr 2 (internowani polscy oficerowie z okupowanej Litwy). Ci ludzie zaludnili Starobielsk i Kozielsk już po maju 1940 r. i zostali częściowo odnalezieni, a internowani na Litwie oficerowie, pomieszczeni potem w Kozielsku nr 2, w ogromnej większości dostali się do armii.

Wszyscy oficerowie i szeregowi z Kozielska nr 2, Starobielska nr 2 oraz bardzo wielu rozsypanych po całej Rosji, aż do Czukotki i Kamczatki, którzy częściowo tylko zostali uwolnieni z obozów pracy na dalekiej północy, na dalekim wschodzie i w samej Rosji, stanowili kadry Armii Polskiej, która w Rosji zaczęła się formować po układzie polsko-sowieckim.

Główną masę oficerów polskich, wziętych z bronią w ręku do niewoli we wrześniu 1939 przez Sowiety, stanowili jeńcy ze Starobielska nr 1, Kozielska nr 1 i Ostaszkowa.

Wszyscy oni, poza wyżej wspomnianymi z Griazowca i kilkudziesięciu z więzień, zginęli bez śladu.

W samym Starobielsku było 9 generałów. Nie odnaleźli się generałowie: Stanisław Haller, Skierski, Łukowski, Franciszek Sikorski, Billewicz, Plisowski, Kowalewski i Piotr Skuratowicz.

Wśród nieodnalezionych z Kozielska byli jeszcze generałowie: Smorawiński, Minkiewicz, Bohatyrewicz i kontradmirał Czernicki.

Z uratowanych generałów z wyżej wspomnianych obozów mamy tylko gen. Jarnuszkiewicza ze Starobielska, wywiezionego jeszcze zimą 1939/40 na Łubiankę, oraz gen. Wołkowickiego z Kozielska, który razem z nami był w Griazowcu.

Uratował się również gen. Szarecki (ówczesny pułkownik), szef sanitarny korpusu, więzień z Kozielska i Griazowca. Już wtedy, bez leków, bez narzędzi, w dzikich warunkach sanitarnych wielu z nas operował i wielu uratował życie.

Z oficerów w tych obozach zginęło ogólnie: pułkowników i podpułkowników ok. 300, majorów ok. 500, kapitanów i rotmistrzów ok. 2500. Oficerów lotników było w samym Starobielsku 600. W Starobielsku i Kozielsku razem było więcej niż 800 lekarzy.

Wśród lekarzy w Kozielsku był wybitny neurolog prof. Pieńkowski, lekarz Marszałka Piłsudskiego doktor Stefanowski, neurolodzy: prof. Marcin Zieliński i kierownik Oddziału Psychiatrycznego Szpitala Wojskowego w Wilnie, wybitny uczony, doktor Nelken, dawny wiceminister zdrowia, człowiek wielkiej inteligencji i ideowości, doktor Wroczyński (prowadził on kuchnię w Kozielsku), prof. Godłowski – dyrektor Kliniki Neurologicznej na Uniwersytecie Wileńskim i Instytutu Badań Mózgu.

W Starobielsku spotkałem paru najwybitniejszych chirurgów warszawskich, doktorów Kołodziejskiego i Levittoux.

Poznałem doktora Kołodziejskiego pierwszy raz w 1920 r. na froncie polsko-sowieckim pod Krasnym, kiedy Budionny podchodził pod Lwów; był wówczas naczelnym lekarzem pociągu sanitarnego Szpitala Ujazdowskiego. Uratował wtedy między innymi życie memu bratu, wyjmując mu odłamek szrapnela z osierdzia. Ten sam doktor Kołodziejski, wzięty do szpitala w Brześciu przez bolszewików w 1939 r., został wsadzony do wagonów towarowych z kilkuset innymi lekarzami i oficerami polskimi. Wagony zaplombowano, zapewniając jeńców, że pociąg będzie skierowany do Warszawy. Po dwudziestodniowej podróży, w straszliwej ciasnocie i w zamkniętych wagonach, znaleźli się podróżnicy nie w Warszawie, ale w Starobielsku.

W obozach było kilkudziesięciu profesorów i docentów uniwersytetu: Morawski, prof. Politechniki Warszawskiej; prof. Tucholski, fizyko-chemik, specjalista od materiałów wybuchowych, docent w Cambridge; prof. Piotrowicz, sekretarz krakowskiej Akademii Umiejętności, któremu zawdzięczaliśmy świetne odczyty z zakresu historii polskiej; inżynier Eiger, wiceprezes Ligi Antyhitlerowskiej w Polsce; dwóch redaktorów „Naszego Przeglądu”, którzy, uciekając spod okupacji niemieckiej, zwrócili się do Rosji z prośbą o azyl.

80% Instytutu Technicznego Uzbrojenia zaginęło, 80% wychowanków sekcji uzbrojenia Politechniki Warszawskiej, którzy służyli w wojsku, zaginęło również. Nikt nie wrócił z Instytutu Gazowego, który cały, z mjr. Brzozowskim na czele, dostał się do niewoli. Zaledwie dwóch oficerów uratowało się z pińskiego rzutu Kierownictwa Marynarki Wojennej.

Te kilka nazwisk, które zacytowałem, są zebrane całkiem dorywczo z pamięci własnej czy opowiadań kolegów. Nie stanowią nawet próby wyliczenia najbardziej wartościowych i cennych ludzi, których straciliśmy właśnie poprzez te obozy.

Zostali oni wszyscy wzięci do niewoli w najróżniejszych warunkach. Wielu z nich broniło się do ostatniej chwili, walczyli oni z wstępującymi na teren Polski wojskami sowieckimi tak samo jak z Niemcami. Wielu z nich wyłapano, gdy się przekradali i przebijali ku południowi, by się przedostać przez granicę węgierską lub rumuńską. Bardzo liczni zostali wzięci do niewoli przez zaskoczenie bardzo przeważającymi siłami sowieckimi.

Rozproszkowane, do ostatnich granic sił wyczerpane, często bez broni, cofające się oddziały polskie spotykały wstępującą do Polski armię sowiecką, której przedstawiciele w wielu wypadkach zapewniali, że przychodzą jako przyjaciele.

Plany, które miał rząd sowiecki wobec tych oddziałów polskich, były starannie maskowane. Może najbardziej typowym przykładem metod stosowanych przez dowództwo armii sowieckiej na terenie polskim od 17 IX 1939 r. były pertraktacje przeprowadzone we Lwowie przez zastępcę głównodowodzącego Timoszenki ze sztabem gen. Langnera w sprawie paru tysięcy oficerów polskich, którzy brali udział w obronie Lwowa. Na podstawie rokowań załoga Lwowa otrzymała gwarancję, że po kapitulacji miasta oficerowie i szeregowi nie tylko zachowają zupełną wolność ruchu, ale będą mogli wyruszyć do Rumunii czy Węgier, by poprzez te kraje móc się dostać do Francji i dalej walczyć. Umowa była świadomym oszustwem ze strony dowództwa armii sowieckiej; większość tych oficerów znalazła się razem z nami w Starobielsku i w innych obozach.

Sam zostałem wzięty do niewoli 27 IX 1939 r. na granicy województwa lwowskiego w Chmielku, wraz z dwoma szwadronami zapasowymi 3 pułku, które bez koni, prawie bez broni, po kilkutygodniowym przerzucaniu z miejsca na miejsce, w ciągłym cofaniu na wschód, a potem kluczeniu od wschodu na zachód, zostały otoczone tankami i artylerią sowiecką. Parlamentariusze sowieccy zajmowali stanowisko podobne do parlamentariuszy lwowskich. Widocznie mieli takie same instrukcje. Zaręczano nam, że szeregowi zostaną wypuszczeni (co zresztą zostało zrobione), oficerowie zaś mieli być jedynie dowiezieni do Lwowa i tam puszczeni na wolność. Dziś wydaje się dziką ślepotą, żeśmy sobie już zaraz nie uświadomili, o co chodziło wojskom sowieckim. Ale to uderzenie nożem w plecy było przecież dla większości ciosem nieoczekiwanym, ludzie byli wyczerpani nieustannymi walkami lub, gorzej, cofaniem się bez walk, z zupełnie zerwaną łącznością, z nadchodzącymi różnymi rozkazami, których autentyczności nie można było stwierdzić (jak ten rozkaz, by nie wchodzić w walkę z wojskami sowieckimi). Byli wstrząśnięci wiadomościami o zniszczeniu i zbombardowaniu Warszawy, o opuszczeniu kraju przez prezydenta, rząd, wodza naczelnego (o czym się mój oddział dowiedział dopiero 27 IX z radia); ludzie chwytali się brzytwy, cienia nadziei: może rzeczywiście Sowiety, w których interesie nie może być przecież zwycięstwo hitlerowskich Niemiec, umożliwią nam przynajmniej przedostanie się przez granicę i udział w dalszej walce, już nie w Polsce, gdzie bitwa była na razie przegrana, ale we Francji.

Tysiące politruków na różne sposoby starało się w nas tę nikłą nadzieję rozniecać. A o tym, żeby nas miano wywieźć z granic Polski do obozów sowieckich, nie tylko żaden przedstawiciel armii sowieckiej nam nie mówił, ale wszyscy autorytatywnie do samego przejścia granicy zaręczali, że mowy o tym być nie może: wy nam nie nużny,powtarzano na różne głosy.

Pamiętam osobiście tylko jednego naiwnego bojca,który dopuszczał możliwość przerzucenia nas przez granicę sowiecką, ale na parę dni tylko: „wykąpią was w bani, pokażą nasz teatr i odeślą”.

Oficerów mego oddziału długimi marszami, a potem ciężarówkami, po rozbrojeniu, przerzucono do Lwowa, gdzie nas pomieszczono w rozbitych koszarach 14 pułku na jedną noc.

Do Lwowa dowieziono nas o zmierzchu i zatrzymano na krótką chwilę na rynku. Byliśmy stłoczeni w ciężarówce, od iluś dni niemyci, niegoleni, bez broni. Ciężarówka stanęła przy straganach z owocami. Jeden z nas chciał kupić parę jabłek i spytał o cenę. Gdy któraś ze straganiarek chciała nam te jabłka sprzedać, wystąpiła druga, potężna, gruba kobieta i odepchnąwszy z oburzeniem sąsiadkę, zaczęła chwytać w ogromne brązowe ręce co miała jabłek i z błyszczącymi, pełnymi łez oczami zaczęła je rzucać do aut. To była krótka chwila, ale zanim pilnujący nas bojec zdążył się obejrzeć, zostaliśmy zasypani jabłkami, papierosami, które nam wciskały straganiarki i przechodnie. Pamiętam wśród nich młodego Żyda z teczką, który również nam kupił jabłek i w takim pośpiechu rzucał je nam do auta, że wrzucił przez pomyłkę razem z jabłkami i swoją teczkę. Potem przewieziono nas koło Poczty Głównej. Był już zupełny mrok. Pilnowali nas bojcy ze wszystkich stron, brutalnie przepędzając każdego, kto chciał się do nas prześlizgnąć, ale z każdej strony, uparcie, nie oglądając się na wyzwiska i bagnety, podbiegały do nas kobiety, brały kartki do rodzin, dawały nam papierosy, nawet czekoladę.

Wszystko, co widziałem wówczas ze Lwowa, to te nieliczne odruchy całej ulicy, odruchy braterstwa, czułości, serca dla garstki stłoczonych, zhańbionych, bo rozbrojonych, oficerów polskich w bolszewickiej ciężarówce.

Potem Tarnopol obwieszony czerwonymi sztandarami i transparentami. To były dni, kiedy jeszcze większość mas ukraińskich i żydowskich z entuzjazmem witała sowieckie wojsko. Przywieziono nas do szkoły naprzeciwko kościoła; był otwarty i pełny. Gdy nas wprowadzono do szkoły, wśród ciżby ludzkiej przyglądającej się nam spostrzegłem młodziutką parę, dziewczynkę i chłopca, musieli mieć nie więcej niż 15 lat. Starannie przyczesane blond włosy, skromnie, ale bardzo schludnie ubrani. Stali cichutko i patrzyli na nas z niezmierną uwagą, z takim wstydem i bólem, że tych oczu dziecinnych trudno mi będzie zapomnieć.

Kiedyśmy z Tarnopola nad ranem wyruszali w dżdżysty, błotnisty poranek, podbiegła do nas znów jakaś zapłakana kobieta, jadąca na marnej furce, i chciała nam wetknąć, co miała ze sobą, koc ciepły, jakiś płaszcz. Poza jednym chłopem ukraińskim, który patrzył na nas z głęboką nienawiścią w oczach i klął półgłosem, nie pamiętam ani jednego gestu wrogości od ludności ukraińskiej. Z biednych, objedzonych przez wojsko chat ukraińskich wynoszono nam często mleko czy chleb.

Od Tarnopola zaczęto nas pchać ku Wołoczyskom ciężarówkami, a potem na piechotę. Po drodze dołączały kolumny oficerów, między innymi szedł także gen. Plisowski, ten sam, który 20 lat wcześniej przeszedł ze swoim szwadronem przez całą zrewolucjonizowaną Rosję i z nim dotarł do Korpusu Wschodniego.

Teraz już trudno się było łudzić. Piesza kolumna jeńców stawała się coraz dłuższa, niejeden mdlał w drodze, nie widziałem jednak wówczas jeszcze, by kogoś dostrzeliwano, byłem jedynie świadkiem jednej takiej, zresztą niewykonanej, groźby. Szliśmy szosą przez rozległe ścierniska małopolskie z rozbitymi już figurami świętych.

Tak doszliśmy do granicy: most na Zbruczu, po jednej stronie bardzo wysoki drewniany krzyż wśród falistych ściernisk, z drugiej – nędzne miasteczko.

Pierwsze miasto sowieckie, Wołoczyska. Inny świat. Zniszczone, szpetne domy, nędzne, jakby nigdy nienaprawiane. Sławna elektryfikacja, o której się tyle czytało: rzadkie lampki elektryczne migające czerwonym mdłym światłem i profil Stalina z czerwonego neonu w miejskim ogródku – to wszystko.

W ostatnim wyczerpaniu psychicznym i fizycznym i w przenikliwy chłód jesienny zbito nas około 2000 oficerów do obór, już zapchanych więcej niż 2000 szeregowych.

Pierwsza noc poza granicami Polski. Wojsko polskie to był w tej oborze tłum stłoczony, ogłuszony przez nieszczęście, zmiażdżony psychicznie. Było zupełnie ciemno, gdy się zamykało wszystkie drzwi, robił się niemożliwy zaduch, nieznośny dla tych, którzy siedzieli w głębi obory; jak tylko próbowano drzwi otworzyć, chłód stawał się dotkliwy dla skulonych bliżej wyjścia. Stąd brutalne, gwałtowne użeranie się w ciemności: „zamykać drzwi”, „od smrodu jeszcze nikt nie umarł”, „otwierać drzwi”, „nie mamy czym oddychać”, „chamy, widocznie się w chlewie narodzili”.

Słuchaliśmy w ciemności tych wyzwisk i użerania się, upokorzeni do dna, i nagle ktoś zanucił:

Pod Twą obronę, Ojcze na niebie,

Grono Twych dzieci swój powierza los,

Ty im błogosław, ratuj w potrzebie,

I broń od złego, gdy zagraża cios.

I cała ta obora zaczęła śpiewać tę pieśń jak jeden człowiek. W śpiewie był taki zryw dziecinny, pełen wiary i łez, taki błagalny krzyk w ostatnim zdaniu „Boś jest nam tarczą, Boże, Ojcze nasz” i taka odruchowa jedność wszystkich, że wyczuwało się prawie fizycznie nagłe przeobrażenie wewnętrzne, które się w każdym w tej cuchnącej oborze dokonywało, poprzez starą polską pieśń religijną. Ileż razy słyszałem ją potem śpiewaną w Rosji, w obozach, w wojsku, w Iranie czy w Iraku. Budziła we mnie zawsze jakby wczorajsze wspomnienie innego wymiaru, wspomnienie pieśni w oborze w Wołoczyskach.

Przetrzymano nas tam zaledwie parę dni, spędziliśmy je na wyczekiwaniu wielogodzinnym na pół menażki wodnistej zupy, na dotkliwym marznięciu i na spisywaniu naszych personaliów przez zaledwie umiejących pisać sowieckich wojskowych czy urzędników. W tłumie ludzkim coraz to spotykałem ludzi, którzy mi odkrywali skrawki tragicznej epopei 1939 r. Spotkałem tam nagle por. Ł. w cywilnym, zmiętym i podartym ubraniu, które mu dał jakiś nieznajomy nauczyciel ukraiński, wtedy gdy się przekradał ku granicy węgierskiej. Miał rudą brodę na czerwonej od słońca twarzy, wyglądał jak żebrak, tylko bardzo białe ręce zdradzały, że nie zawsze był żebrakiem. Już po poddaniu się dowództwa jednej z armii prowadził on i kilku jego kolegów oficerów, przez dobę wraz ze swoimi oddziałami, walkę artyleryjską z posuwającymi się oddziałami niemieckimi. Opowiadał mi o rannym w oko podchorążym, który pomimo to ze swojego działka zniszczył trzy czołgi niemieckie i płakał z rozpaczy, że musiał ogień przerwać z braku amunicji. Szli oni potem pieszo ku granicy węgierskiej, przekradając się w nocy wśród ognisk niemieckich, wspomagani, karmieni nie tylko przez Polaków, ale często również przez Ukraińców. Kilkanaście kilometrów od granicy złapani przez patrol bolszewicki, zostali dostarczeni po licznych wędrówkach do tychże Wołoczysk. Była w nim i w jego młodych kolegach taka pasja, by jeszcze walczyć, pewność, że wojnę tę musimy wygrać, że mamy za sobą tylko pierwszy akt, taka obojętność na własne trudy, że samo zetknięcie się z nimi orzeźwiało i stawiało moralnie na nogi.

Poza jednym wszyscy z tej grupy byli w Starobielsku i zginęli.

Po paru dniach pchnięto nas dalej. I znowu czekanie, niezliczone godziny w niekończącej się zbitej kolumnie czwórkami, pod niskimi pędzącymi chmurami o chłodnym zmierzchu, a potem w czarną chmurną noc, w oczekiwaniu, aż nas doprowadzą do stacji, załadują, powiozą w nieznanym kierunku.

Potem długie dni w wagonie. Przyszły nagłe mrozy, przedwczesne śniegi. W porównaniu do innych transportów jechaliśmy nawet względnie wygodnie, bo wagony nie były zaplombowane, pchano tylko 40 osób do wagonu ciężarowego, a w ciągu 6- czy 7-dniowej podróży otrzymaliśmy 3 razy ciepłą strawę, w Kijowie, Charkowie i jeszcze na jakiejś węzłowej stacji. Poza tym dawano nam chleb i wędzoną rybę.

Wśród jadących w moim wagonie był por. Ralski, oficer rezerwy 8. Pułku Ułanów, prof. Uniwersytetu Poznańskiego, przyrodnik. Z nim razem przebyłem cały miesiąc wrzesień w szwadronie zapasowym 8. Pułku Ułanów. Człowiek ten opuścił żonę, córeczkę i do marca 1940 r. nie wiedział nic o ich losie. Dopiero w marcu otrzymał wiadomość, że Niemcy wyrzucili żonę i dziecko z mieszkania w Poznaniu, pozwalając zabrać tylko ręczną walizkę. Przez szereg lat pisał on o trawach polskich, żmudnie zbierał materiały; wielka praca na ukończeniu, suma długich lat precyzyjnych badań naukowych, które na spółkę prowadził, została tam na miejscu wraz z wszystkimi materiałami zniszczona.

Nie znałem go przed wrześniem. Robił na pierwszy rzut oka wrażenie dziecinne i wcale niewojskowe. Nazywaliśmy go żartem „bébé Cadum”, bo twarz miał dziecka z popularnej reklamy mydła Cadum. I właśnie on wykazał rzadki hart i spokój. Miał wielki autorytet wśród żołnierzy podczas tragicznych tygodni września i nic nie umiało go wyprowadzić z równowagi.

Nawet podczas podróży do Starobielska, kiedy wieziono nas przez zaśnieżone stepy ukraińskie, kiedy zmarznięci i głodni nie wiedzieliś­my, dokąd nas wiozą, Ralski z całą namiętnością uczonego przyglądał się stepom, badylom traw sterczących spod śniegu. Ten najlepszy Polak, najczulszy mąż i ojciec przyznawał mi się wówczas, z pewnym jakby wstydem, że trawy te wzbudzają w nim takie zainteresowanie, iż jest w stanie nie tylko oderwać się od aktualnej rzeczywistości, ale jeszcze odczuwać głęboką radość, patrząc na nieznane stepy, które zawsze marzył poznać.

Jeszcze we wrześniu, kiedy musieliśmy schodzić z drogi, bo samoloty niemieckie ostrzeliwały nas z karabinów maszynowych, opowiadał mi dziwne historie o chwastach, jakich ziarna z Kanady przedostały się do Europy i bujnie się rozrastały na polu, na którym się kryliśmy przed samolotami.

W Starobielsku zaczął pisać książkę o łąkach i lasach i jeszcze w kwietniu 1940 r., parę dni przed wywiezieniem go w nieznanym kierunku, pokazywał mi z rozjaśnioną twarzą listki i trawki, które zaczynały rosnąć w obozie, opowiadał mi o ich cechach i właściwościach.

Jeżeli ten uczony, człowiek o czarującej dobroci i wielkiego ­charakteru, dostał wraz z innymi kulą w nasadę czaszki, zachował na pewno do ostatniej chwili tę samą cichą równowagę ducha, która ani na chwilę nie opuściła go w ciągu ciężkiej zimy, jakąśmy spędzili.

*

Dowieziono nas do Starobielska w początkach października. Leżał już gęsty śnieg. Otoczono nas psami policyjnymi i prowadzono przez rozmokły śnieg po ubogich ulicach, między miejskimi domami, biednymi, słomą krytymi glinianymi chatami. Jakiś chłopak wyskoczył, dał nam szybko kawon do ręki i uciekł. Patrzały na nas przez zamknięte niskie okna twarze kobiet i mężczyzn, uważne, współczujące. Przypominam sobie zniszczoną twarz jednej z nich, siwowłosa, bardzo smutna, patrzała na nas przez okulary, rozumnymi, smutnymi oczami. Potem się dowiedziałem, że właśnie do Starobielska zesłano dużo inteligencji rosyjskiej z wielkich miast na posielenje.

Większość przyjezdnych pomieszczono w gmachach poklasztornych na terenie przyszłego obozu, część zaś, której nie udało się upchać (byłem wśród nich), w jakimś urzędzie czy więzieniu w środku miasta.

Trzymano nas tam kilkuset na otoczonym murami podwórzu, w czterech malutkich klitkach i w wielkiej wozowni, w której były ustawione dziwne stare landary, a cała podłoga była zasypana strzępami brudnych papierów, książek, pism z jakiejś zniszczonej biblioteki. W jednej ze ścian wozowni była wielka, wybita kulami jama na wysokości głowy stojącego człowieka. Opowiadano nam, że tam właśnie w 1917 r. rozstrzeliwano burżujów; podobną wystrzeloną jamę widziałem w murze otaczającym klasztor starobielski. Tam ponoć rozstrzeliwano zakonnice z tamtejszego zakonu żeńskiego. Te papiery rozsypane na podłodze wozowni były dla nas wprost ratunkiem, bo w nocy był mróz i spać było trudno. Ja z kolegami z pułku nauczyłem się układać według specjalnego systemu, tak ściśnięci jedni przy drugich, że jeden koc mógł wystarczyć na trzech. Na wierzch zaś tego koca sypaliśmy jeszcze papiery, które nas chroniły od mrozu. Niemniej jednak nie potrafiłem wytrzymać tej temperatury już mroźnej i przecisnąłem się do jednej z zapchanych klitek, gdzie żarły nas na zmianę wszy, gdzie było tak ciasno, że siedząc skulonym, nie można było się ruszyć, ale gdzie przynajmniej było ciepło.

Tam spotkałem starego lekarza z Warszawy, doktora Kempnera. Znałem go przelotnie z „Ziemiańskiej”, prędzej od strony trochę lekceważących żartów. Doktor pochodził ze znanej asymilatorskiej żydowskiej rodziny i szczycił się, iż w mieszkaniu jego babki w Warszawie odbyło się ostatnie posiedzenie powstańczego rządu narodowego w 1863 r. Jego ojciec odgrywał ważną rolę w ruchu pozytywistycznym i redagował na spółkę ze Świętochowskim pismo. On sam, lekarz jednego ze szpitali warszawskich, był stale naciągany przez cały szereg młodych literatów i malarzy; jak kto nie miał paru złotych, pożyczał u doktora i doktor dobrodusznie wyciągał z portmonetki ostatnie złotówki. Dziś spotkałem go w tej klitce w Starobielsku. Był zmobilizowany wraz z innymi lekarzami. Ostatnio ordynował w Tarnopolu i stamtąd został do Starobielska przeniesiony. Brzydki, z ogromnym nosem i siwiejącą, rozwichrzoną czarną czupryną, siedział skulony z podkurczonymi, bardzo chudymi nogami i przypominał starego, chorego kruka. Z wielką rezygnacją znosił te ciężkie warunki. Pierwsze pięć rubli sowieckich, które posiadałem, otrzymałem od niego, wywiózł z Tarnopola kilkanaście rubli i rozdawał je starym zwyczajem z „Ziemiańskiej”.

Po jakimś tygodniu przerzucono mnie do właściwego obozu; był to obszar w przybliżeniu 10–15-hektarowy. Stała tam wielka cerkiew z obłamanymi krzyżami, wówczas używana jako śpichlerz do pszenicy. W naszej obecności do tej cerkwi zwożono z całej okolicy setki wozów pszenicy, a w ciągu zimy wywieziono cały zapas, jak nam wówczas mówiono, do Niemiec. Była i druga cerkiew, mniejsza, zapełniona aż po szczyt piętrami prycz i zapchana jeńcami. Poza tym był szereg budynków poklasztornych, gdzie wówczas jeszcze tysiące przepływających przez Starobielsk jeńców mieszkało i spało na gołej ziemi, na pryczach, na korytarzach, wszędzie.

Dopiero w końcu października wywieziono stamtąd 5000 szeregowych, pozostawiając prawie wyłącznie oficerów, kilkudziesięciu podchorążych oraz kilkudziesięciu cywilnych.

Spędzone tu zostały w tę przedwczesną, śnieżną i mroźną jesień tysiące ludzi oberwanych i zawszonych. Nie było mowy z początku, by wszyscy mogli mieszkać pod dachem. Porozstawiano w tymże Starobielsku namioty.

Przez pierwsze tygodnie nie były zorganizowane elementarnie ani łaźnie, ani odwszalnie, ani wystarczające odżywianie.

Za to wszędzie, na podwórzach, nawet w łaźni, poustawiano marne głośniki radiowe, które od rana do nocy ryczały, chrypiały jak w całej Rosji „kawałki” propagandowe, antypolskie, przeplatane… Chopinem. (Nawet przez podłe radio nagły strzęp etiudy, nokturnu czy sonaty olśniewał i wzruszał).

Jedyna łaźnia miejska nie mogła wystarczyć tysiącom ludzi. Ubrania oddawano do odwszalni, w której temperatura była niewystarczająca; wracały one nieraz z większą ilością wszy niż w chwili oddawania tych ubrań do dezynfekcji. Pamiętam kolegów, którzy jak o łaskę prosili, by pozwolono im wepchnąć się jak psom pod pryczę, bo to było jeszcze jedyne miejsce wolne, inaczej musieliby nocować na chłodzie.

Cały ten tłum nurtowała rozpacz i dławiło upokorzenie. Każdy z początku czuł się samotny i zamknięty w swoim bólu. Nie wiedzieliśmy przecież wówczas prawie nic poza wstrząsającymi pogłoskami o całkowitym zniszczeniu Warszawy, gdzie tylu z nas miało swoje rodziny, o setkach spalonych miast i wsi. Słyszeliśmy jedynie codziennie niezliczone oszczerstwa o Polsce, kpiny z wojska polskiego, którymi nas karmiło radio.

Podtrzymywano najbliższe koleżeństwo z tymi, z którymi się spędziło najcięższe tygodnie września. Ale naturalnie mało to interesowało naszych władców. Rozbijano nas nieraz świadomie, tak że coraz to byliśmy przerzucani. W wozowni zostawiłem na szereg tygodni wszystkich kolegów z 8 pułku. Por. Radlińskiego, twardego, rozumnego oficera zawodowego, który we wrześniu wśród nas, oficerów rezerwy, był w oddziale jedynym fachowcem wojskowym z prawdziwego zdarzenia. Poza nim był jeszcze por. Ralski, o którym wspominałem, por. Buszczyński, który potem może najciężej z nas wszystkich znosił obóz i wpadł w znaną bardzo w obozach chorobę, ogarniającą niektórych jak nałóg: słuchał i roznosił najbardziej fantastyczne, optymistyczne wieści. Gdyśmy mu starali się dowodzić nierealność tych wieści, obrażał się nieraz i gniewał jak dziecko. Ale ten potężny fizycznie, pełen sił i energii człowiek dosłownie się dusił na naszych obozowych pryczach. Pozostawiłem również w wozowni młodziutkiego ppor. Szefera, entuzjastę Gdyni, w której w ciągu ostatnich lat pracował; w najgorsze dni września planował, jak Gdynię na nowo odbudujemy, i optymizmu nie tracił. Ani jeden z nich w armii się nie odnalazł.

Wyrwany z tej garstki, z którą się zżyłem, przerzucony do wielkiego obozu, mieszkałem z początku w dużym ceglanym czerwonym budynku na sali z kilkudziesięciu kapitanami. Byłem „zepsuty” ostatnimi latami przedwojennymi, w których udało mi się stworzyć sobie warunki pracy, gdzie większą część dnia spędzałem zupełnie samotnie, resztę zaś czasu z paru najbliższymi ludźmi.

Na początku to życie nieustannie w tłoku ludzkim, gdy człowiek ani chwili nie był sam i gdzie charaktery najsłabsze czy najbrutalniejsze rzucały się przede wszystkim w oczy, było niełatwym doświadczeniem moralnym. Brak samotności ciążył nam bardziej niż brud, głód i wszy. Rzucało się w oczy przede wszystkim rozprężenie, upadek moralny, jeszcze tak niedawno zadowolonych z siebie, pewnych siebie ludzi. Jakby razem z wszami i łachmanami, razem ze zmianą eleganckich mundurów na pobrudzone i wymięte, lub na sowieckie fufajki, niejeden z nich sam się w szmatę zmienił.

Te ranki w sali kapitańskiej, gdzie się człowiek budził od kłótni i wzajemnych wyzwisk…; wybuchały one z powodów najbardziej błahych. Pamiętam, że wówczas, w pierwszych tygodniach Starobielska, uparcie, co rano, wracał mi na pamięć dwuwiersz, który kierowałem całkiem w innym niż Krasiński kierunku…

i słyszeć z dala tych szatanów wycia,

co ziemię moją okuli w kajdany.

Właśnie w początkowym okresie widzieliśmy cały szereg scen gorszących: bijatykę dwóch wyższych oficerów tłukących się, ciąg­nących się wzajemnie za brody w walce o to, kto pierwszy sobie naleje wiadro z olodowaciałej studni, bijatyki, wyzwiska w niesłychanie długiej kolejce, w której niektórzy godzinami wyczekiwali na mrozie czy w błocie przed sklepikiem, gdzie można było dostać parę cukierków, trochę tytoniu, a czasami nawet bułkę.

Ale powierzchowne były moje pierwsze wrażenia, ponure wnioski. Wśród paru tysięcy ludzi dopiero po ocknięciu zacząłem widzieć twarze ludzkie cierpiące i ciche. W tłumie, który w pierwszych dniach chodził jak błędny i ogłuszony własnym nieszczęściem, zacząłem odkrywać twarze znajome, ludzi, którzy znali moich bliskich, a potem poznawałem coraz to nowych kolegów, później przyjaciół. Dopiero wówczas zrozumiałem, że ci, którym nieszczęście odebrało ludzkie oblicze, którzy stracili godność i całą energię używali jedynie do wywalczenia sobie trochę lepszej strawy czy trochę cieplejszego kąta, że to była hałaśliwa i bardzo szczupła garstka, prędko zmajoryzowana i podciągnięta przez ludzi o twardych charakterach.

Już wtedy spotykałem wśród tłumu skupioną i cichą postać mjr. Adama Sołtana. Krążył on wśród nas zawsze starannie ogolony, w pasie, z nieodłącznym siostrzeńcem, por. Grocholskim, wysokim blondynem, który mu adiutantował, i z rtm. Kuczyńskim.

Ten ostatni najszybciej z nas wszystkich potrafił, zapominając o sobie, przejąć się losem swych kolegów.

Z punktu, z dobrocią, nawet humorem starał się nas wszystkich podciągnąć i zgrać. Wysoki, szczupły, o wąskiej twarzy, pięknych ciemnych oczach i małej czarnej bródce, był oficerem kawalerii; równolegle ze służbą zawodową w wojsku skończył Wydział Architektury w Warszawie, pozostawiając tam młodą żonę, a podczas kampanii 1939 r. wyróżnił się jako świetny oficer bojowy. Był on jednym z pierwszych, którzy zostali wywiezieni jeszcze jesienią w niewiadomym kierunku. Łudziliśmy się wówczas, że został wysłany do Turcji, bo był wnukiem jednego z organizatorów armii tureckiej, emigranta polskiego. Miał po dziadku podwójne nazwisko polsko-tureckie i nawet wysoki tytuł turecki. Na podstawie tego złożył on podanie do poselstwa tureckiego w Moskwie z prośbą, by go wyreklamowano do Turcji. Wywieziono go natychmiast po pamiętnym 11 Listopada, o którym będę jeszcze pisał; zarzucono mu naturalnie, że brał udział w organizacji tego święta, jak również obozowej „Bratniej Pomocy”. Niemniej powodem był prawdopodobnie fakt, że próbował się skomunikować z Turcją.

Od listopada 1939 r. zaginął bez śladu.

Jeszcze jedno z ciężkich wspomnień pierwszych tygodni Starobielska – słuchanie radia. Ciągle oczekiwaliśmy wieści sensacyjnych. Fantastyczne plotki głosiły, że ponoć Francuzi rzucili kilka dywizji pancernych w głąb Niemiec, że zajęli Monachium, że wiadomości są ukrywane przez Sowiety, by nie drażnić hitlerowskich sojuszników, ale radio sowieckie podawało jedynie wiadomości o drobnych utarczkach na froncie niemiecko-francuskim.

Słuchaliśmy radia po kolei, moją godziną była 23. Głośnik był ustawiony na słupie telegraficznym pod cerkwią, przy marnej lampce elektrycznej, której migające czerwone światło oświetlało czarne kałuże czy prószący śnieg. W tym czerwonym słabym świetle w przenikliwy chłód słuchałem co dzień błahych wieści o froncie francuskim i długich sprawozdań o okupowanych terenach Polski, wieści kłamliwych, wyzwisk, opowiadań, jak polscy panowie na łakirowanych kabłukach pili krew biednego ludu, jak zdobycie przez wojska sowieckie polskich Kresów było wyczynem bohaterskim, że może się jedynie porównać z kampanią Suworowa, jak cała ludność za rządów polskich przymierała głodem. A tu, w Starobielsku, maszerując przez ulice do łaźni lub ze stacji, patrzyliśmy na jakże wynędzniałe twarze mieszkańców i wiedzieliśmy, że nawet nasze chude odżywianie obozowe było jeszcze wspaniałe w porównaniu do tego, co jadła ludność okoliczna, która najróżniejszymi tajnymi sposobami starała się od nas z obozu wydobyć wszystko, co było jadalne, a przede wszystkim chleb, tak brakujący w tym kraju pszenicy.

Wszyscy zdrowi, niezależnie od stopnia, musieli chodzić na robotę (od pułkowników wzwyż jeńcy byli umieszczeni w osobnym gmachu poza drutami obozu i nie mogli kontaktować się z nami). Zima ta była wyjątkowo ciężka, mróz dochodził w Starobielsku do 35 stopni. Niezależnie od pogody jeńcy nosili wielkie bele drewniane na stacji, wyładowywali i załadowywali wagony towarowe. Osobiście byłem uprzywilejowany. Uznany przez lekarzy za chorego na płuca, byłem jedynie obciążony pracami wewnętrznymi, myciem wiader od zupy, myciem podłóg, skrobaniem kartofli lub noszeniem skrzyń i worków.

Prawie natychmiast po przyjeździe do Starobielska zaczęły się samorzutnie organizować, w początku jawnie, potem, gdy zostały zakazane, po cichu, kółka odczytowe. Wśród pierwszych, którzy przemawiali, był por. Ewert, dziś w Armii Polskiej. Wykłady jego, przesiąknięte gorącym optymizmem, zbierały wielu słuchaczy. Wskutek tego został on bardzo szybko wywieziony, a z więzienia w Moskwie, po układzie polsko-sowieckim, wypuszczony. Jednym z pierwszych również był mjr Sołtan, o którym wspomniałem, oficer zawodowy, wykładowca historii wojen w Grudziądzu, który jako szef sztabu gen. Andersa podczas kampanii wrześniowej przemierzył całą Polskę od Mławy po granicę węgierską, walcząc nieustannie i szereg razy bijąc wojska niemieckie, a potem przebijając się przez wojska sowieckie. Nikt wśród nas nie mógł mówić o kampanii wrześniowej z takim jak on autorytetem i powagą. Nie było w tym, co mówił, ani śladu blagi czy zbyt łatwego optymizmu, ale właśnie dlatego nic tak nie „prostowało” jeńców starobielskich jak jego odczyty, w których wykazał nie tylko braki i błędy naszej kampanii, o których się mówiło bezustannie z namiętną goryczą w pierwszych tygodniach po katastrofie, ale i wkład bohaterstwa dowódców i żołnierzy w tej nierównej walce wrześniowej. Znałem go jeszcze w 1920 r. jako podporucznika 1 Pułku Ułanów, kiedy w bitwie po Żółtańcami, dowodząc plutonem k.m., otrzymał Virtuti Militari. Obaj jego dziadkowie byli zesłani przez Rosjan na Sybir, matka jego urodziła się nad Bajkałem.

Jest to jeden z ludzi, o których myślę, gdy szukam wśród moich znajomych człowieka o cechach wodza. Atatürk powiedział, że na to, aby być wodzem, trzeba mieć serce z marmuru, błyskawiczną decyzję i dar przewidywania. Właśnie błyskawiczność decyzji cechowała Sołtana nawet w drobnych rzeczach, zdolność do skrótu myślowego, który natychmiast krystalizuje się w decyzję czynną, gotowość brania na siebie odpowiedzialności, połączona z zupełnym niemyśleniem o sobie, zupełnym oddaniem sprawie nie tylko dlatego, że tak trzeba, ale dlatego, że naprawdę człowiek jest całkowicie sprawą tą pochłonięty.

W ciężkich pierwszych tygodniach wykazał on spokój, równowagę i taki skromny, bez frazesów hart, że wszyscy mu bliscy, a nawet tacy, którzy go prawie nie znali, czerpali w zetknięciu z nim siłę. Nie miał on nic, ale naprawdę nic, z jakichś ambicji führerowskich, które niestety są tak częste u ludzi najmniej powołanych. I może dlatego właśnie tak zniewalał nas wszystkich i tyle nas uczył. Wykorzystał wolny czas w obozie, by z nami wszystkimi mówić o sprawach politycznych i społecznych Polski, by każde zagadnienie na nowo przepracować i przemyśleć, z rzadką rzetelnością i dobrą wolą. Walczył on w 1926 r. przeciwko Piłsudskiemu. Był jednocześnie entuzjastą pism Marszałka, które wszystkie czytał i znał gruntownie. Umiał myśleć obiektywnie i beznamiętnie, sądził surowo nie tylko przeciwników, ale właśnie ludzi politycznie sobie bliskich. Bez ustanku się uczył i wykorzystywał ku temu wszystkich i wszystko, rozszerzał swój światopogląd, przezwyciężał uprzedzenia czy urazy środowis­kowe i klasowe. I już wtedy, zaraz po katastrofie, uczył nas myśleć nie pod kątem takiej czy innej partii przeszłości, lecz pod kątem nowej rzeczywistości polskiej, która nas w przyszłości w kraju będzie oczekiwać, gdzie pracować razem będą musieli ludzie, może jeszcze wczoraj skłóceni, należący do różnych partii czy ugrupowań, wszyscy, dla których dobro Polski będzie naprawdę celem najważniejszym.

Był głęboko religijny tą religijnością cichą, prawie skrytą, nienarzucającą się nikomu, a jakby rozświetlającą całą jego postać. Opowiadał mi wiele o swej siostrze zakonnicy, która już od kilkunastu lat pracowała w najdzikszych prowincjach chińskich i w leprozoriach Indochin. On sam nie wyobrażał sobie życia poza Polską. „Całe moje życie przeszło między Brodami a Grudziądzem” – mawiał wesoło. Nie znosił słów patetycznych i sam nigdy ich nie wypowiadał, ale pamiętam, że kiedyś mówiłem mu o znajomym, który wyjechawszy z Polski, nie wrócił doń więcej. Adam Sołtan się żachnął: „Nie rozumiem – powiedział – ja, gdybym mógł, to bym z końca świata na kolanach do Polski wrócił”.

Zostawił żonę i dwie córeczki w Polsce.

Już w Griazowcu otrzymałem od nich pytanie pełne niepokoju o jego los, od kwietnia 1940 r. nie miały od niego znaku życia.

Formalnie nie było wolno komunikować się między barakami, praktycznie nikt się z tym zakazem nie liczył. Przez całą zimę chodziłem wieczorami do majorowskiej salki Sołtana, gdzie było lepsze światło, na wspólne czytanie rzadkich, wyławianych z morza obozowego książek.

Czytał zawsze Sołtan, zaczynając od Trylogii (dwa komplety dotarły do obozu i były naturalnie „zaczytywane”), aż do Carrela w polskim tłumaczeniu.

Do Trylogii miał Sołtan dziecinną pasję, znał ją na pamięć.

„Kiedy czytam o Skrzetuskim, Kmicicu – wyznawał mi kiedyś półszeptem, po takim głośnym czytaniu, leżąc bez ruchu na płask, z twarzą przystawioną do chudej poduszeczki – to marzę o jakimś szaleństwie, no… o jakiejś szarży na przykład, w której musiałbym zginąć”.

Na te wieczory wspólne: czytanie, dyskusje, cieszyliśmy się wszyscy uczestnicy cały dzień. Mjr Rudnicki zawsze energiczny, nawet wesoły wbrew wszystkiemu, ks. Aleksandrowicz i szereg innych kolegów, których nazwisk nie pamiętam, a przecie ich twarze, tylokrotnie w te wieczory przeze mnie rysowane, ich serdeczne koleżeństwo tak wryły mi się w serce.

Nikt z uczestników tych naszych starobielskich wieczorów poza mną się nie odnalazł.

Sołtan zaginął również, chociaż od pierwszej chwili wyjścia na wolność starał się o niego specjalnie, uporczywie, u najwyższych czynników w hierarchii sowieckiej, jego bezpośredni dowódca i przyjaciel gen. Anders.

Chciałbym zaraz obok Sołtana wspomnieć Tomasza Chęcińskiego, jako typ człowieka, biegun przeciwny Sołtanowi. Prawnik-oficer, skończył Szkołę Nauk Politycznych w Warszawie, pracował w województwie śląskim, potem w Małopolsce w nafciarstwie. Pochodził z Żydaczowa, trochę batiar lwowski, wybuchowy, niezmiernie ruchliwy, miał w Starobielsku dziesiątki stronników i przyjaciół z najróżniejszych obozów i środowisk. Wszystkich nawracał z namiętnością na swoją wiarę, a wiarą tą była federacja narodów od Skandynawii do Grecji. Wierzył wówczas, że właśnie ta idea po wojnie zwyciężyć musi. Każdy pretekst mu służył, by kolegom myśl o niej narzucić. Umiał się tak zapalać w dyskusji, że po burzliwej rozmowie, gdy nie udało mu się sceptyka przekonać, a ten mu jeszcze brzydko dociął, wracał na swoją pryczę i płakał ze złości. Nie była to przy tym mózgowa wyłącznie koncepcja, ale namiętność.

Parę lat przedtem, gdy jeszcze był biednym studentem w Warszawie, tak się przejął powodzią w Bułgarii, że poszedł do poselstwa bułgarskiego i złożył tam 5 złotych na powodzian ku zdziwieniu posła. Sprawy każdego narodu od Skandynawii do Grecji naprawdę go obchodziły jak własne. Miał dziesiątki argumentów – narodowych, ekonomicznych, by ludzi do swej idei pociągać. Dosłownie elektryzował do tych spraw kolegów, którzy do niedawna jeszcze nie umieli myślą wybiegać poza granice Polski. Że był jednocześnie najlepszym kolegą, gotowym oddać ostatnią kromkę chleba lub ostatnią szczyptę cukru bez namysłu, że był dobrym szachistą i najweselszym kompanem, toteż na jego pryczy był zawsze tłum. I chyba żaden ze znanych mi starobielszczan nie miał takiego daru serdecznego koleżeństwa.

Jeżeli chodzi o politykę zagraniczną Polski, mówił o niej z pasją i dużym wyczuciem jak o sprawie, którą się od lat interesował i w której, w przyszłości, chciał mieć głos. Pisał na skrawkach papieru artykuły polityczne i uparcie wierzył, że jeszcze w 1940 r. ­zwieje do Stambułu, że tam książkę o federacji napisze, a potem pojedzie do Francji na front.

Dziś jakże by nam był potrzebny ten fanatyk Międzymorza.

Nieraz narzekał, że jest nam za wygodnie w Starobielsku. „Nikt nas nie bije, nie musimy wozić żadnych taczek, nie pracujemy w kopalni, to niedobrze, wstyd tak żyć”. Nieraz zdanie Chęcińskiego przychodziło mi na myśl, gdy rozmawiałem z setkami ludzi, którzy napływali do armii z kopalń Workuty czy Karagandy, ze śnieżnych przestrzeni okolic Magadanu czy Norylska. Dziś jedyna jeszcze nadzieja, która nam pozostaje, to że może kilku czy kilkudziesięciu zaginionych starobielszczan jeszcze cudem ocalało, ciągnąc taczki w jednej z tych kopalń.

Jak różny od Chęcińskiego był por. Skwarczyński, krępy, w okularach, bardzo opanowany, z pozorami chłodu i dystansem do kolegów. Sąsiadowałem z nim prawie na pryczy; Lwowianin, jeden z redaktorów najciekawszego w Polsce pisma młodzieżowego „Buntu Młodych”, potem „Polityki”, dużej wiedzy i rutyny naukowo-politycznej, ekonomista. Od pierwszej chwili zaczął organizować w obozie ekonomistów; bez książek, niedożywieni, stłoczeni, prowadzili dalej swoje prace, dyskusje i plany ekonomiczno-polityczne.

Widzę go pod tym samym murkiem, gdzie rozstrzeliwano kiedyś zakonnice, wśród martwych jabłoni, w promieniach wiosennego słońca. Z owiniętą szyją brązowym szalikiem przysłanym mu przez żonę, w granatowej fufajce, coś wykładał i tłumaczył swym stałym interlokutorom: młodziutkiemu Szeferowi z Gdyni i sympatycznemu ziemianinowi z Kieleckiego, Krzyżanowskiemu1.

Jedna osobista sprawa gryzła Skwarczyńskiego nieustannie, choć starał się przed nami to ukryć: myśl o żonie i uroczej córeczce, z której fotografią się nie rozstawał. I po nim ślad zaginął.

Już w 1942 r. w Turkiestanie czytałem rozpaczliwy list od jego żony z Semipałatyńska w poszukiwaniu męża. Przed samym urodzeniem dziecka razem z córeczką i rodzicami Skwarczyńskiego wywieziona w głąb Rosji, w okropnych jak zwykle warunkach i w okresie najcięższych mrozów urodziła w „posiołku”, dwa tygodnie po przybyciu, dziecko, które zmarło. Stary ojciec Skwarczyńskiego zmarł tam również.

Wśród licznych kolegów, z którymi żyłem blisko, chciałbym wspomnieć jeszcze paru. Przede wszystkim Zygmunta Miterę. Był to jedyny Polak, który mając stypendium rockefellerowskie, doktoryzował się w studiach wiertniczo-górniczych w Ameryce. Jeden z jego braci zginął jako młody chłopak w Legionach. Drugi, artysta malarz, redaktor „Głosu Plastyków”, chyba najbardziej zapalony i oddany organizator życia artystycznego w Polsce, zmarł przed samą wojną. Zygmunt Mitera był jedynym fachowcem swego działu tej miary w Polsce. Bomba z aeroplanu zniszczyła we Lwowie doszczętnie jego mieszkanie, gdzie miał rękopis swej wielkiej pracy naukowej, nad którą pracował szereg lat. Pisana była w Ameryce; o latach studiów, o swych amerykańskich kolegach i profesorach opowiadał nam zawsze z entuzjazmem. Tejże jesieni 1939 r. miał rozpocząć swoje wykłady jako docent w Krakowskiej Akademii Górniczej.

Nazywaliśmy go żartobliwie „gondolierem”, bo zajęciem jego w obozie było wielogodzinne „wiosłowanie” ogromną chochlą w kadzi, gdzie się gotowała dla nas zupa. Ten człowiek miał w obozie niespożyte siły i humor; pomagał nam wszystkim, wygłaszał odczyty z dziedziny geologii i jeszcze pięknie śpiewał, gdy zbieraliśmy się razem wieczorami.

Ten człowiek o rzadkiej wartości serca i umysłu zaginął razem z innymi, w chwili kiedy po wielu latach pracy liczył, że nareszcie wiedzę swoją będzie mógł dać Polsce.

Wśród lekarzy chciałbym nazwać doktora Dadeja. Znany pediatra zakopiański, prowadził przez szereg lat wielki zakład na Bystrem pod opieką Uniwersytetu Jagiellońskiego dla najbiedniejszych dzieci gruźliczych.

Parę lat przed wojną pewien profesor sowiecki, przejeżdżając przez Zakopane, odwiedził ten szpital i wpisując się do książki szpitala, dopisał zdanie: „pragnąłbym cały szpital z całym personelem przewieźć do Rosji Sowieckiej”.

W 1931 r. przywiozłem do Zakopanego jednego z wybitnych historyków współczesnej Francji, Daniela Halévy. Odwiedziliśmy również ten szpital. Po odwiedzeniu szpitala powiedział mi Halévy: „Gdyby taki szpital był w Rosji Sowieckiej, wiedzielibyśmy o nim wszyscy. Dlaczego wiemy tak mało o tym, coście wy dokonali”. Doktor Dadej, który był duszą tego zakładu, został zmobilizowany i przez szereg tygodni, jeszcze w październiku, urzędował w Tarnopolu jako lekarz wojskowy, już podczas okupacji tego miasta przez wojska sowieckie. Pewnego razu kazano jemu i jego kolegom zebrać się, wyjaśniając to koniecznością spisania ścisłych danych ewidencyjnych, i tak jak stali, zabrano ich wszystkich na stację i odesłano do Starobielska.

Ci wszyscy również zginęli.

Przypomina mi się epizod, który mi doktor Dadej opowiadał w Starobielsku. Po katastrofie wrześniowej szedł raz ulicami Tarnopola głęboko przybity; podszedł do niego zupełnie nieznajomy, bardzo stary Żyd i powiedział: „Panie doktorze, dlaczego Pan jest taki smutny? Taki kraj, co dał Mickiewicza i Chopina, nie może zginąć”.

Wspominał mi nieraz ze wzruszeniem te proste słowa otuchy nieznajomego. Doktor Dadej, człowiek zachodni do szpiku kości, najtrudniej znosił sowiecko-rosyjski świat, brud, bałagan, pogardę i wyższość, które nam okazywał pierwszy lepszy bojec sowiecki.

Smutny, gorzki, o 10 lat postarzały, z workami pod oczami i nowymi zmarszczkami od oczu do skroni, siedział godzinami bezczynnie ten polski „burżuj”, który w Polsce wymyślał sto powodów, żeby od pacjenta nie brać pieniędzy, i godziny nie mógł spędzić bez wytężonej pracy. Teraz, karmiony morałami naiwnych politruków i badany przez głupich i chytrych sędziów, z trudem znosił te warunki bytowania.

W obozie z nami był również jego szwagier kpt. Hoffman. Był to oficer zawodowy, skończył politechnikę w Belgii, pracował kilka lat w Szwecji, był ze Szwedką zaręczony. Wrócił do Polski jako jeden z nielicznych specjalistów-fachowców od działek przeciwlotniczych. Opowiadał mi, jak jeszcze parę miesięcy przed wojną fabrykę, która ten sprzęt wyrabiała, odwiedził generał angielski. Zakupywał te działka dla armii angielskiej.

Generał ten mówił Hoffmanowi, że był w Polsce w 1920 r. i nigdy nie przypuszczał wówczas, że za niecałe 20 lat ten zniszczony kraj będzie dostarczał armii angielskiej tak wysokowartościowy sprzęt wojenny.

Hoffman może ze wszystkich kolegów najflegmatyczniej znosił niewolę. Twierdził, że na to się jest żołnierzem, żeby znosić los bez szemrania. Przyglądał się „sitwom”, które się tworzyły w salach, konkurencjom, animozjom jednej sali do drugiej lub nawet jednej pryczy do drugiej. Twierdził, że tu właśnie trzeba robić studia socjologiczne, obserwować procesy tworzenia się wszelkich uczuć zbiorowych, narodowych czy partyjnych.

Było wśród nas wielu księży. Między nimi ks. Aleksandrowicz. Przebył również całą kampanię wrześniową jako kapelan wojskowy, był znanym na Wileńszczyźnie kaznodzieją. Mieszkał w tym samym pokoju co mjr Sołtan. Utykał na zranioną nogę, chodził o kiju, zapuścił długą brodę. I znowu w tym pierwszym najcięższym okresie zawdzięczamy temu człowiekowi, jego dobroci i słodyczy wiele otuchy i duchowej pomocy. Z nim jest związane wspomnienie pierwszego nabożeństwa zorganizowanego samorzutnie 11 listopada. Na tym nabożeństwie, na brudnym, przepełnionym jeńcami korytarzu czerwonego „gmachu majorów”, ks. Aleksandrowicz z łacińskiego brewiarza tłumaczył na polski tekst Ewangelii o dzieweczce, którą Chrystus wskrzesił, o arcybożniku Jairze, który padł do nóg Chrystusa i prosił Go bardzo, mówiąc: „iż córka moja kona, pójdź, włóż na nią ręce, żeby ozdrowiała i żywa została”. A gdy przyniesiono wieść, że córka umarła, Chrystus powiedział, by się nie bał, wierzył tylko. I poszedł Chrystus do jego domu, „i widzi zgiełk płaczących i zawodzących bardzo. A wszedłszy, rzekł im: »Czemu zgiełk czynicie i płaczecie? Dzieweczka nie pomarła, ale śpi«. I śmiali się z niego… a ująwszy rękę dzieweczki, mówił do niej: »Thalita kumi«, co znaczy, dzieweczko, tobie mówię wstań, i natychmiast dzieweczka wstała i zdumieli się zdumieniem wielkim…”.

Tę Ewangelię, którą znali wszyscy, teraz słuchali tak, jakby ją słyszeli po raz pierwszy, i płakali w skrusze, że byli tak małej wiary i że mieli chwile, w których wątpili, że „dzieweczka nie umarła, ale śpi”.

Ks. Aleksandrowiczowi nie darowano roli, jaką w krótkim czasie w pierwszych trzech miesiącach odgrywał w naszym obozie. Parę dni przed Wilią Bożego Narodzenia wywieziono go nagle w nocy razem z superintendentem Potockim oraz z rabinem Armii Polskiej Steinbergiem. Wszyscy trzej zginęli.

Wiemy o nich tylko, że po paru tygodniach więzienia w Moskwie trzymano ich w osobnej wieży w Kozielsku, a potem wywieziono w nieznanym kierunku. Nie było dla tych kapłanów ludzi różnych, walczących ze sobą wyznań. Byli nieszczęśliwi, którym trzeba było nieść pomoc religijną.

Kiedy w nocy zabierano ks. Aleksandrowicza, opowiadano mi, że się bał, był bardzo blady. NKWD-ziści gwałtownie popędzali go, by szybko zabierał swoje rzeczy i szybko wychodził z pokoju. Ks. Aleksandrowicz zwlekał, jakby czuł, że już więcej nigdy nie zobaczy kolegów, z którymi te trzy miesiące przeżył i do których jak do braci się przywiązał.

Komendantem największej sali starobielskiej był cichy, chory na płuca por. Kwolek, wysoki, bardzo chudy, o łagodnym za okularami spojrzeniu i ciemnej brodzie. Kwolek był komendantem gmachu, dawnej mniejszej cerkwi, wybudowanej przy głównej wielkiej świątyni. Cerkiew ta była zapełniona aż po sklepienia, zabudowana piętrami prycz, które tak gęsto były ustawione, że wchodząc, miało się wrażenie, że ludzie mieszkają na cuchnących skrzynkach nałożonych jedne na drugie. Nie mogę sobie darować, że nie mam ani jednego szkicu tej dziwnej dżungli prycz.

Tam mieszkał „gondolier” – Mitera, tam pod samym sufitem mieszkała zawsze wesoła grupa uczniów Akademii Warszawskiej, tam, drapiąc się z pryczy na pryczę, znalazłem w rękach nieznajomego kolegi gruby tom antologii poezji francuskiej w polskich tłumaczeniach.

Kiedy przyszedł dzień 11 Listopada i wbrew zakazowi obchodzono go we wszystkich barakach, wypadł on najwspanialej w „Szanghaju” („Szanghajem” albo „cyrkiem” nazywano tę zabudowaną pryczami cerkiew). Jeden z kolegów deklamował List z Sybiru Or-Ota, który w tych warunkach robił wstrząsające wrażenie, bo naprawdę wydawał się dla nas pisany. Tam również deklamowano Mickiewicza i nawet Karmazynowy poemat Lechonia. Kwolek nie tylko zorganizował akademię, ale zrobił gorszą zbrodnię: powiesił na widocznym miejscu sklecony z desek wielki czarny krzyż. Tego naprawdę już było za wiele. Chorego już wówczas, cichego, ale stanowczego por. Kwolka wywieziono zaraz po 11 listopada.

Dopiero w Iraku dowiedziałem się, że umarł w 1941 r. w jednej z kopalń na dalekiej północy, pozostawiając list do żony, przechowywany przez jego kolegów.

Nie mogę tu nie wspomnieć również ppor. Piwowara, lewicowego poety, który z nami również był w Starobielsku. Znałem go z Krakowa, z „Gazety Artystów” (był jednym z jej redaktorów), fanatycznego zwolennika Apollinaire’a, entuzjastę współczesnego malarstwa, ucznia Peipera i Przybosia. Wydał przed samą wojną swój najlepszy tom poezji Co wieczór. Trafił on także do Starobielska.

Wożę ze sobą od tego czasu „książeczkę” uratowaną poprzez liczne rewizje. Różowa okładka z niezdarnie nadrukowanym czarnym marynarzem i napisem: „Krasnoflotiec – kuritielnaja bumaga sojuz­kulttog”, zawiera w środku kilkanaście bibułek do papierosów, na których czystą, równą kaligrafią Piwowara są wypisane jego wiersze z obozu.

Przerzucam delikatne przezroczyste stroniczki z już zacierającym się pismem.

Na polach rude płaty jesieni i krwi.

Piosenko omiń, piosenko zapomnij!

Pozostańmy w tych dniach zamienionych w gruzy

Kiedy dojrzewało serce

Kiedy w te dni

Tyle rosło miłości ogromnej…

Tak się zaczyna pierwszy wiersz Z drogi.

Odwracam parę bibułek-stronic:

… kiedy konało serce kompanii

i wróg z obłoków ogniem bił w nas

nam, w wężowiska dróg wplątanym,

nie wojna rosła, lecz ojczyzna.

*

Ojczyzna, która zewsząd idzie

drogą fabryczną, drogą rolną

i śmierć tu mała, wielkie życie,

i ponad każde niebo wolność…

Czyta mi ten wiersz, stojąc w mokrym śniegu o zmierzchu u progu zadymionego, zatłoczonego baraku, w okresie, gdy byliśmy jeszcze najdalej od zdolności transponowania naszych przeżyć.

Ile planów, ile żywych młodych projektów miał ten niski, rudy chłopak w głowie. Debatowaliśmy nad przyszłymi wydawnictwami malarskimi i poetyckimi w Polsce, nad wielką monografią Apollinaire’a, z którego chciał zrobić nowego polskiego Conrada. O jego tajemniczym pochodzeniu polskim, nieznanym nikomu z jego badaczy i wyznawców na świecie, dowiedział się przypadkowo od jego krewnego Kostrowickiego, ziemianina z Kresów – tam właśnie, w Starobielsku.

Wygłosił szereg odczytów, znalazł nawet deklamatorów, którzy najmniej popularnymi, najciekawszymi poezjami awangardowymi starali się zarazić słuchaczy. Do ostatniej chwili był Piwowar taki sam zwarty w sobie, zawsze gotów do ostrej dyskusji, entuzjasta poezji, „Czerwony Polak”, całą myślą utkwiony nie we wspomnienia, ale w przyszłość.

Bardzo prędko po przybyciu do obozu zachorowałem na płuca. Z 40-stopniową gorączką, plując krwią, dostałem się do izby chorych. Opowiadano mi jak w bajce, że jest tam wanna, że można się wykąpać. Rzeczywiście, zaprowadzono mnie do pokoiku z wanną. Wanna jednak była dziurawa, a na jej dnie stała miska z zaledwie ciepłą wodą. To było wszystko. Niemniej jednak otrzymałem czystą koszulę i kiedy położono mnie w malutkim pokoiku z 5 ludźmi chorymi na suchoty, miałem wrażenie, że jestem prawie w raju.

Leczyli nas koledzy, polscy lekarze, i jedna młoda lekarka bolszewicka, troskliwa, inteligentna, którą wszyscy pacjenci wspominają z wdzięcznością.

Dziwnie to brzmi, ale muszę przyznać, że te trzy czy cztery tygodnie spędzone w szpitalu zaliczam do prawie szczęśliwych.

Z początku wysoka gorączka dawała mi euforię wspomnień, nieustannego obcowania z tymi, których opuściłem w kraju. Robiłem rachunek mojego życia, które zdawało mi się już skończone, i z sercem przepełnionym wdzięcznością i czułością bliskich, o których wówczas nawet nie wiedziałem, czy zginęli, żyłem w świetle drogich wspomnień. Te dni były dla mnie zaprzeczeniem tak często cytowanych słów Dantego: „Nessun maggior dolore che ricordarsi del tempo felice nella miseria”2.

Po nieustającym, gwałtownym napięciu nerwów, po dniach sponiewierania i życia w gęstym, zawszonym tłumie ludzi w rozpaczy mogłem leżeć bez ruchu w czystej koszuli, w pokoiku, gdzie nas było pięciu, a nie stu. Wpływało to również bardzo na ten stan „szczęśliwy”.

Potem gorączka zaczęła spadać, wracały siły. Wówczas postanowiłem się ratować od rdzewienia umysłowego, próbowałem wieczorami, gdy koledzy już spali, pisać historię malarstwa z pamięci, od Davida do naszych czasów. Maczkiem, ołówkiem zapisany kajet (był tam zupełny brak papieru poza gazetami) mojej historii doprowadzonej zaledwie do szkoły Fontainebleau czy Courbeta zgubiłem w więźniarce między Starobielskiem a Griazowcem, ale przydał mi się, bo praca nad nim wiele mi przypomniała.

Praca umysłowa bez książek, bez notatek daje zupełnie inne niż praca w normalnych warunkach przeżycia. Działa o wiele silniej to, co Proust nazywa „pamięcią mimowolną” i w której widzi jedyne istotne źródło wszelkiej twórczości literackiej. Po pewnym czasie wypływają na powierzchnię fakty, detale, o których się nawet nie miało pojęcia, że gdzieś w zwojach mózgowych zostały „zmagazynowane”. Przy tym wszystkim te wyrastające jakby z podświadomości wspomnienia są bardziej przetopione, organicznie powiązane i bardziej własne.

Leżałem na wąziutkim łóżku obok chorego, który miał stale około 39 stopni gorączki. Miał suchoty rozpadowe w bardzo ostrej formie. Był to mjr Kłopotowski. Walczył w tamtej wojnie w polskich oddziałach syberyjskich. Znał całą Syberię i wrócił do Polski poprzez Japonię i Indie. Miał Virtuti Militari za rok 1920.

Niewielu znałem ludzi, którzy tak ciekawie, tak prosto opowiadali mi o swoim życiu. Miałem wrażenie, że ten wynędzniały, tak już bliski śmierci człowiek miał niepohamowaną potrzebę opowiedzenia wszystkiego, co przeżył i czego doświadczył. Urok jego opowieści polegał na tym, że nigdy nie forsował akcentów, że nigdy nie robił z siebie bohatera, ale każdy detal tych opowiadań wykazywał wrażliwość serca, rozmach, żywą inteligencję opowiadającego. Każda historia miała autentyczną pointę. Umiał narysować ludzi kilku słowami, a znał i widział naprawdę bardzo wielu.

Będąc wówczas sam chorym, mając gwałtowną potrzebę samotności, a nie rozmowy, fizycznie wyczerpany, nie byłem zdolny słuchać cały dzień jego opowiadań. Wiele spałem, a nieraz całymi godzinami udawałem, że śpię, po to tylko, by nie rozmawiać i nie słuchać.

Major czyhał na moje obudzenie; miał żal do mnie, że tak dużo śpię, i natychmiast zaczynał znowu i znowu opowiadać coraz to nowe przygody swego życia. Zostawił w Polsce żonę i synka. „Mój syn, proszę pana, to ma oczy jak drogocenne kamienie”. I kiedy zaczynał mówić o synu, to już go nie można było zatrzymać. Stan jego zdrowia był coraz gorszy, o rodzinie nie miał żadnych wiadomości, był coraz smutniejszy i jego wynędzniała, trawiona gorączką, trójkątna, trochę ptasia twarz, o pięknych czarnych oczach, była z dnia na dzień bardziej wyniszczona.

Nagle w marcu przyszła wiadomość, że żona i synek żyją, siedzą gdzieś na wsi i wierzą, że wróci. Z tym człowiekiem stało się coś dziwnego, czego nawet lekarze nie bardzo rozumieli – zaczął nagle wracać do zdrowia. Gorączka mu się zniżyła. Z żelaznym uporem postanowił wyzdrowieć. W kwietniu, kiedy słońce zaczęło przygrzewać, pozwolono mu nawet wychodzić na dwór, robić parę kroków wśród wygrzewającego się na słońcu tłumu jeńców-kolegów. Był pełen optymizmu, miał dla wszystkich uśmiech i dowcip. Lekarze bolszewiccy dawali mu do zrozumienia, że w najbliższym czasie, jako ciężko chory inwalida, będzie odesłany do kraju. Razem z Chęcińskim, który i do niego trafił, robił plany, że przecież jeszcze będzie mógł pracować w przyszłości dla Polski, że wróci na tyle do zdrowia.

W kwietniu 1940 r. trafił na listę jednej z partii wyjeżdżających. Od rana pakował parę ubogich swych gratów. Wyglądał prawie zdrów. Ale gdy zabrano go ze szpitala na rewizję do zimnej i opustoszałej wielkiej cerkwi, z której wówczas już wywieziono całą pszenicę i zbudowano parę pięter prycz drewnianych dla nowych „gości”, kiedy kazano mu dwie godziny czekać przed bramą, zobaczyliśmy wszyscy, jak bardzo jest chory.

Pamiętam go w chwili, gdy opuszczał obóz. Miał twarz wyczerpaną i żółtą, jakby się ściągnęła, zrobiła się mniejsza. Gdy tak stał w kolejce u bramy z małym tobołkiem swych rzeczy, mieliśmy wrażenie, że nie potrafi przejść paru kroków, a przecie wiemy, w jakich warunkach jechać musiał dalej: w więźniarce, stłoczony, w kilkunastu w dusznym półprzedziale za kratami, karmiony śledziami i wodą.

Nie przypuszczam, by ten człowiek, który opuszczając Starobielsk, wierzył, że jest wysłany jako ciężko chory inwalida do kraju, mógł przeżyć nawet parę dni więźniarki. Może uratowało go to od gorszej śmierci.

Wieloletnia praca malarska rozwinęła we mnie w ostatnich latach przed wojną bardzo żywy i właściwie stały stosunek do natury. Niezależnie od malowniczości najprościej reagowałem na światło, na drzewa, chmury czy mury. Ale od września przez szereg tygodni miałem wrażenie zupełnego zerwania kontaktu z naturą, odcięcia od natury. Najpiękniejszy zachód słońca, najdziwniejszy widok, wszystko było mi całkowicie obce. Dlatego tak bardzo ostro utkwił mi w pamięci pierwszy przeżyty na nowo pejzaż. Był już koniec listopada, o wschodzie słońca za czerwonymi murami naszego budynku nagle „wybuchnęło” bengalskie niebo pełne różowych, błyskających, jakby elektrycznych chmur, przetykanych smugami ostrego lazuru. Na tym tle wielkie, nowo zbudowane ogrodzenie z potężnych spiczastych pali świeciło rudozłotym światłem, budka drewniana nieoświetlona promieniami słońca miała kolor szafiru, a poza ogrodzeniem z daleka widać było wielkie drzewa o jasnoniebieskich, jaśniejszych niż niebo pniach, okryte, nanizane tysiącami czarnych kawek i wron.

Potem, z tygodnia na tydzień, pomału wracało przeżywanie kształtów i barw. Był to znak powolnego powrotu do życia, nawet do radości życia, wbrew wszystkiemu.

Kazano nam budować szereg nowych baraków. Były one już gotowe przed Bożym Narodzeniem. Te nowe baraki (razem z dawnymi gmachami było ich dwadzieścia parę) były chłodniejsze, ale przynajmniej niezapluskwione, czyste, przejścia między pryczami zostały nazwane jak ulice; po przeniesieniu do jednego z tych baraków mieszkałem na rogu ul. Lwowskiej i Norwida.

Jeżeli 11 Listopada był pierwszym zbiorowym zrywem patriotycznym i moralnym, który pomógł nam wszystkim wziąć w ręce i powoli organizować tę naszą zduszoną na 15 hektarach społeczność, to o wiele bardziej jeszcze święta odegrały rolę błogosławioną na całość obozu. Bez przesady można twierdzić, że właśnie święta Bożego Narodzenia były początkiem nowego, głębszego rozdziału w naszym życiu starobielskim. Miał na to wpływ również jeden fakt: pierwsze listy, które otrzymaliśmy od naszych bliskich, przyszły zaraz po 20 grudnia i nawet tym, którzy nic nie otrzymali, dały poczucie, jakby się zwolniła obręcz naszej samotności. Jakbyśmy już nie byli żywcem i na zawsze zakopani w obcym i wrogim nam świecie.

Nie wiem skąd i nie wiem jak, bo sam wówczas niedawno wyszedłem ze szpitala, podostawali koledzy nawet małe świerczki; każda prycza i każda sala urządzała wigilię. Był nawet opłatek i na nim scena: Święta Rodzina, którą skomponował i potrafił z formy zrobionej w sekrecie przed bolszewikami na opłatkach odbić nieodżałowany i świetny polski artysta-redaktor Manteuffel, z nami również w Starobielsku przebywający.

Jeszcze dzień przed wigilią mieszkałem w jednym z gmachów, który nazywano „trupiarnią”. Mieszkali tam przeważnie starsi panowie, lekarze, ludzie chorzy i często zgorzkniali. Po dosyć przykrej burdzie, w której jeden z kolegów wylał umyślnie wiadro zupy na drugiego, zalewając przy tym cały mój płaszcz, zdecydowałem się wynieść z „trupiarni” i przeniosłem się do baraku Chęcińskiego. Trafiłem prosto na wigilię. Nie znałem tam jeszcze prawie nikogo. Wąski stół w wąskim przejściu wśród wysokich prycz, małe drzewko na prawdziwym obrusie i przed każdym z uczestników bułka, trzy małe cukierki i serdeczny, skupiony nastrój. Każdy myśli o swoich. Przełamujemy się opłatkiem, jeden z nas ma nawet opłatek z Polski. Potem cały barak rozbrzmiewa i huczy kolędami, bojcy ani politrucy nawet nie decydują się ingerować i giną na ten jeden wieczór z horyzontu. Przy naszym stole nieznany prawie przez nikogo jestem zaraz przyjęty jak brat.

Na tle szumiących kolęd, które krzyżują się, łączą i płyną ze wszystkich baraków i ze wszystkich prycz, por. Lesiak deklamuje Redutę Ordona, Koncert Jankiela, a potem wstaje nagle dobry, serdeczny kolega por. Radoński, profesor gimnazjalny z Warszawy, i mówi głosem stłumionym, prawie cichym:

O Boże, pokutę przebyłem i długie lata tułacze,

Dziś jestem we własnym domu i krzyż na ziemi znaczę.

Krzyż znaczę, Panie, nie przeto, bym na się krzyż przyjmował,

Lecz byś mnie, Panie, od męki, od męki krzyża ratował,

i dalej:

O Panie, Ty nie znasz nas Polaków…

Jakże zapomnieć zapadłe wówczas długie milczenie i łzy kolegów.

Pamiętam ten wiersz z Wyzwolenia deklamowany w Teatrze Polskim w 1920 r. przez młodego wówczas Osterwę; mówił te słowa i prawdziwe łzy spływały mu po policzkach. Ale ten wiersz, wypowiedziany nie przez wielkiego aktora, o ileż bardziej jeszcze był przeszywający i bliski w obozie starobielskim.

Kiedy myślę o plastyczności i o zdolności przeobrażenia się tak w złym, jak i w dobrym kierunku właśnie nas, Polaków, wspominam ten wieczór wigilijny obok pieśni śpiewanej w nocy w oborze w Wołoczyskach.

Radio sowieckie wciąż milczało o wszystkim, co świadczyło, że Polska nie uległa przemocy. Polska raz na zawsze przestała istnieć, tak musiał wówczas wierzyć każdy obywatel sowiecki, ale zaraz po Bożym Narodzeniu zaczęły napływać (skąd?) głuche wieści, że jest rząd polski, że armia polska formuje się we Francji, nawet dotarło do nas jedno z przemówień naczelnego wodza, wygłoszone przez radio, a w kartach i listach od rodzin, które po świętach zaczęły napływać, znajdowały się również ukryte w najdziwniejszych, nieraz naiwnych, przenośniach słowa otuchy, obietnice radosnych wieści, które, w większości wypadków przedwczesne, dawały nam przecie ogromną pomoc moralną i coraz to nowy ładunek nadziei.

Wbrew kategorycznym zakazom odbywały się zbiorowe modlitwy i liczne odczyty na różne tematy.

Wieczory spędzano w większości baraków przeważnie w półmroku, oświetlonych przez rzadkie, fatalnie świecące lampki elektryczne, które się coraz to psuły. Z czytaniem było bardzo trudno, wieczorami, poza gmachem majorowskim, z powodu światła, wręcz niemożliwie, książek nie było prawie wcale poza niezmiernie szczupłą biblioteką sowiecką oraz tymi książkami, któreśmy przywieźli w plecakach i które były dosłownie rozrywane.

Pamiętam lekturę książki Balzaca Kobieta trzydziestoletnia w tłumaczeniu Boya. Książka była cała rozdarta na oddzielne strony, wypożyczano ją nam na bardzo krótko, czytaliśmy ją w pięciu naraz, każdy z nas poganiał drugiego, by szybciej dostać stronę następną. Z całej książki, w której zresztą już brakowało sporo stron, zostało mi jedynie wspomnienie męczącego pośpiechu.

Wszyscy przechodziliśmy przez liczne, przeważnie nocne, badania, bardzo różne w natężeniu i formie. Próby szantażu, nawet przekupywania, były na porządku dziennym. Styl badania był nadzwyczaj różnolity, od uprzejmego indagowania o wojskowe poglądy na ówczesną sytuację militarną przez przybyłych z Moskwy wyższych urzędników NKWD aż do badań, które trwały trzy doby z rzędu, prawie bez odpoczynku, do rozczulania się: „ach biedna wasza młoda żona nigdy już was więcej nie zobaczy, jeżeli nie powiecie… jeżeli nie zobowiążecie się…”. O ile wiem, podczas badań w Starobielsku nie bito i nie katowano jak w więzieniach we Lwowie, w Kijowie, w Moskwie i w tylu innych miejscach.

Ja osobiście nie byłem specjalnie męczony podczas badań ani fizycznie, ani nawet moralnie. Parogodzinne badania prowadzone prze­ważnie późno wieczorem, które przeżyłem, miały również elementy humorystyczne. (Zresztą humorystyczne dla mnie dzisiaj, nie wtedy, kiedy wiedziałem dobrze, że od jednego niebacznego słowa wypowie­dzianego przeze mnie, od jednego odruchu humoru mego rozmówcy zależy cały mój los). Badało mnie trzech: gruby, uperfumowany NKWD-zista, Żyd, i dwóch nadzwyczaj prymitywnych NKWD-zis­tów Rosjan. Dowiedzieli się ode mnie, że w ciągu ośmiu lat pracowałem w Paryżu jako malarz. Było to dla nich podejrzane.

„Jakie wskazówki dał panu minister spraw zagranicznych, kiedy pan wyjeżdżał do Paryża?” – pytał mnie badający.

Odpowiadałem, że minister nie wiedział nawet, że wyjeżdżam.

„A więc co nakazał panu zastępca ministra”.

„Ależ i on nic nie wiedział o moim wyjeździe”, odpowiadam, przecież jechałem jako malarz, nie jako szpieg.

„Czy pan myśli, że my nie rozumiemy, że pan właśnie jako malarz mógł narysować plan Paryża i ten plan przesłać ministrowi do Warszawy?”

Nie mogłem w żaden sposób wytłumaczyć mojemu rozmówcy, że plan Paryża można dostać za kilkadziesiąt centymów na każdym rogu ulicy w Paryżu i że malarze polscy jeżdżący do Paryża nie byli szpiegami rysującymi tajne plany. Do końca nikt z badających mi nie uwierzył, by można było wyjeżdżać za granicę w innych celach niż szpiegowskie.

Nie miałem zaszczytu być badanym przez wytrawnych speców.

We wszystkich obozach, w których przebywaliśmy, ze wszystkich stron, pomimo zakazu, zbiegały się do nas psy i każdy barak miał przynajmniej jednego ukochanego psa. Psy te jakby się zmówiły, nieuczone przez nikogo, pałały dziwną nienawiścią do naszych opiekunów NKWD-zistów i szczekały zajadle, jak tylko się który z nich przybliżał do baraków, zawsze w czas nas ostrzegając.

W Starobielsku mieliśmy kudłatego czarnego psa wśród bardzo licznej zgrai naszych przyjaciół. Jeden z NKWD-zistów kopnął go pewnego razu tak silnie, że mu złamał nogę. Świetny chirurg warszawski Levittoux wziął go w opiekę, założył mu szynę i psu nogę wyleczył całkowicie. Bolszewicy zwrócili mu uwagę, że jest dziś wojna i nie czas zajmować się takimi głupstwami, ale Levi­toux nie dał się zbić z tropu i starał się nawet im tłumaczyć, że i psu należy się opieka.

Potem, już w Griazowcu, mieliśmy wielkiego brązowego psa, łagodnego przyjaciela nas wszystkich. Pewnego razu spał pod pryczą, w chwili gdy wchodził do nas komendant obozu Wołkow. (Z twarzy uderzająco przypominał wielkiego księcia Konstantego). Zbudzony pies z gwałtownym szczekaniem wyskoczył spod pryczy i bardzo przestraszył naszego „wielkiego księcia”. Tegoż samego dnia zabrano nam psa. Cała sfora NKWD-zistów musiała go szukać, bośmy go tak ukryli. Znalezionego zawleczono na długiej lince ku domowi komendanta.

Po trzech dniach, wychodząc na robotę, koledzy zobaczyli na śniegu uwiązane do słupa przy drutach zwłoki naszego psa w wielkiej kałuży krwi. Był dosłownie zmasakrowany uderzeniami kijów (widocznie szkoda było kuli dla psa). Nie pamiętam, by coś w obozie doprowadziło nas wszystkich do takiego wzburzenia, chociaż przecie każdy z nas już wówczas widział i przeżył wiele.

Już od lutego 1940 r. zaczęła krążyć pogłoska, że nas roześlą z tego obozu. Z kartek, które do nas dochodziły z kraju, miałem wiadomość, że szereg pań polskich z Czerwonego Krzyża, między innymi żona doktora Kołodziejskiego i moje dwie siostry, spędzały na zmianę po parę tygodni na stacjach granicznych między okupacją niemiec­ką a sowiecką z tysiącami paczek, czekając w największe mrozy na zapowiedziany nasz powrót lub przejazd do obozów niemieckich. Poza tym władze nasze w obozie rozsiewały pogłoski, że Sowiety oddają nas aliantom, że wysyłają nas do Francji, byśmy tam mogli się bić. Podrzucono nam nawet oficjalny papierek sowiecki z trasą naszej podróży przez Bendery. Raz obudzono nas w nocy, pytając się, kto z nas włada rumuńskim i greckim językiem.

Stworzyło to wszystko taki nastrój nadziei, że kiedy w kwietniu zaczęto nas grupkami po kilkudziesięciu czy kilkunastu wywozić, wielu z nas wierzyło święcie, że jedzie na wolność. Nie można było dojść w żaden sposób, według jakich kryteriów dobierano grupy wysyłanych z obozu. Mieszano wiek, roczniki, rangi, zawody, pochodzenie socjalne, przekonania polityczne. Każda nowa wysyłana partia zadawała kłam naszym takim czy innym domysłom. W jednym byliśmy zgodni wszyscy: każdy z nas czekał gorączkowo tej godziny, kiedy ogłoszą nowy spis wyjeżdżających (może będzie nareszcie na liście); nazywaliśmy to „godziną papugi”, bo wypadkowość spisu przypominała nam kartki wyciągane przez papugi wędrownych kataryniarzy w Polsce.

Komendant obozu ppłk Bierieżkow i komisarz Kirszyn zaręczali oficjalnie starszyźnie obozowej, że jest to likwidacja obozu, że jesteśmy kierowani do punktów rozdzielczych, skąd mamy być odesłani do kraju zarówno po stronie niemieckiej, jak i sowieckiej. Stojąc na wielkich schodach cerkiewnych, komendant żegnał partie odjeżdżających uśmiechem pełnym obietnic.

„Wyjeżdżacie tam – powiedział jednemu z nas – dokąd i ja bardzo chciałbym pojechać”.

W baraku 21 na ul. „Lwowskiej” (dwa rzędy piętrowe prycz w poprzek długiego baraku, przedzielone wąskim przejściem), gdzie mieszkałem do Bożego Narodzenia, co parę dni ktoś ubywał. Było nas czterdziestu, zżyliśmy się bardzo, pożegnania jednak były radosne, każdy żył nadzieją lepszej, pełnej niespodzianek przyszłości.

W naszej grupie byli sami młodzi, poza mną i jednym już starym, schorowanym, skromnym urzędnikiem ze Lwowa. Zostawił rodzinę we Lwowie, o synu – podchorążym – nie miał wieści, żył nadzieją powrotu. Był bardzo cichy i robił wrażenie, jakby miał inteligencję trochę zmąconą. Nazywaliśmy go „dziadziem”. Jego sąsiedzi z prycz serdecznie mu niańczyli.

„Dziadzio” co wieczór z największą starannością pakował swoje skromne graty, jakieś szmatki, sznurki, tygodniami zaoszczędzone kawałeczki cukru i już o świcie siedział w płaszczu, w czapce, całkiem gotowy, czekając na „godzinę papugi”. Tak było pewniej, a nuż by się spóźnił. Wierzył, że go odeślą do rodzinnego miasta, przecie już on nie był dla nikogo groźny, tam we Lwowie chciał umrzeć.

Staruszka nareszcie zabrano i wywieziono… ale nie do Lwowa.

Któregoś z tych kwietniowych dni przyszła kolej na por. Radońskiego, tego, który nam deklamował Wyspiańskiego w wieczór wigilijny, opowiadał nowele Żeromskiego i Prusa, które znał prawie na pamięć.

Był on u nas jednym z trzech „sprawozdawców radiowych” ul. „Lwowskiej”. (Sam byłem drugim sprawozdawcą). Radoński kochał język polski, zawsze nas karcił, gdy tłumacząc rosyjski komunikat, popełnialiśmy jakieś rusycyzmy, my zaś byliśmy w entuzjazmie, gdy mogliśmy go złapać na drobnym nawet poślizgnięciu językowym, zdarzało się to jednak bardzo rzadko.

Kiedy wyjeżdżał, zebrał nas wszystkich i zaczął prosić serdecznie, zaklinał, byśmy dbali o nasz język, nie zaśmiecali go, nie lekceważyli. Z odrazą mówił o rusycyzmach, wdzierających się w naszą mowę, o „łagrach”, „oczeredziach” czy „pajkach”, a także o łatwiźnie, z którą się wyrażamy.

„Na przykład słowo cholera – mówił – to słowo zastępuje panom wszystko: zły jak cholera, smutny jak cholera, szczęśliwy jak cholera, przecie to wyraz bezmyślności i lenistwa, tak mówiąc, gubicie największy skarb, który posiadamy”.

Takie było jego z nami pożegnanie, takie ostatnie jego słowa przed odejściem na zawsze – zaklęcie, by szanować, kochać mowę polską.