Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
28 osób interesuje się tą książką
Tina Turner była prawdziwą ikoną muzyki i uosobieniem scenicznego żywiołu. Porywającym głosem oraz niezwykłą energią podbiła serca milionów fanów na całym świecie, zdobywając status jednej z największych artystek wszech czasów. Jej kariera okazała się pasmem spektakularnych sukcesów, które przyniosły jej zasłużony tytuł Królowej Rock and Rolla!
Za fasadą olśniewającej kariery kryła się jednak dramatyczna walka o przetrwanie. Trudne dzieciństwo w Nutbush, małżeństwo z brutalnym i bezwzględnym Ikiem Turnerem, samobójstwo najstarszego syna oraz zmagania z licznymi chorobami – słynna piosenkarka wielokrotnie musiała stawiać czoła śmiertelnym zagrożeniom i głębokim ranom…
Autobiografia „My Love Story” to niezwykle poruszające podsumowanie życia kobiety, która potrafiła przekuć największe cierpienie w siłę oraz osobisty triumf. We wspomnieniach Tiny wyraźnie pobrzmiewają charakterystyczne dla niej witalność i hart ducha, motywujące czytelników do pokonywania własnych barier.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 288
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Fragment
Tytuł oryginału: My Love Story
Przekład z języka angielskiego: Justyna Kukian
Copyright © 2018 by Tina Turner
Published by arrangement with Waxman Literary Agency, New York, and Macadamia Literary Agency, Warsaw
This edition: © Gyldendal Astra/Gyldendal A/S, Copenhagen 2026
Projekt graficzny okładki: Damian Niewczyński
Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska
Korekta: Krzysztof Grzegorzewski & Aneta Iwan
ISBN 978-91-8153-805-2
Gyldendal A/S Klareboderne 3 | DK-1115 Copenhagen K
www.gyldendal.dk
www.gyldendalastra.fi
„W moich piosenkach zawsze są emocje,
ponieważ wracam w nich do dawnego życia.
Gdy na scenie pojawiały się łzy, to nie była gra,
to było prawdziwe życie”.
PROLOGMiędzy nami
Kiedy byłam małą dziewczynką, uwielbiałam ryzykowne sytuacje. Huśtałam się nad rzeczką w lasach na obrzeżach Nutbush, miasta w stanie Tennessee, gdzie dorastałam. Nawet przez chwilę się nie zastanowiłam, co by się stało, gdybym wpadła do błotnistej wody. Niestraszne były mi zwierzęta – konie, muły, a nawet węże. Teraz się ich boję, ale w dzieciństwie tak nie było. Niczego się nie bałam. Pewnego dnia, kiedy bawiłam się w lesie, natrafiłam na małego zielonego węża i pomyślałam: „Skąd on się tu wziął?”. Byłam pewna, że to dziecko, które zgubiło gdzieś mamę. Podniosłam je więc kijem i zaczęłam szukać gniazda. Znalazłam je, a w nim dużego, brzydkiego węża, gotowego do ataku w obronie młodych. Natychmiast odezwał się instynkt. To był instynkt samozachowawczy, a nie strach. Odskoczyłam i zaczęłam biec tak szybko, jak się dało, aż znalazłam się w bezpiecznym miejscu. Warkocze mi się rozplątały, a przewiązana w pasie wstążka od sukienki rozsupłała się i spadła na ziemię. Opowiadam to, by pokazać, że wiedziałam, kiedy trzeba uciekać.
W ciągu całego życia wielokrotnie wpadałam w takie kłopoty, że tylko cudem udało mi się z nich wykaraskać. Pakowałam się w niebezpieczne sytuacje, stawiano mnie w takich sytuacjach, ale w ostatniej chwili zawsze coś mi mówiło, że trzeba uciekać i przetrwać. Cokolwiek mi się przydarzało, za każdym razem udawało mi się przez to przejść. Wtedy dochodziłam do wniosku, że może jednak powinnam żyć. Może jestem na tym świecie z jakiegoś powodu. I może tym powodem jest podzielenie się z wami moją historią.
Pewnie myślicie sobie: „Tina, znamy twoją historię. Wiemy wszystko o tobie i Ike’u, i o piekle, które ci zgotował. Wiemy, że uciekłaś z tego okropnego związku i przetrwałaś”. Ale posłuchajcie: do tego momentu w moim życiu przeżyłam więcej lat bez Ike’a niż z nim. Czterdzieści dwa lata, gwoli ścisłości. To całe drugie życie, pełne przygód, osiągnięć i miłości wykraczającej poza moje najśmielsze marzenia. Ale miało ono też ciemną stronę. W ciągu ostatnich kilku lat stawiałam czoła wyzwaniom na granicy życia i śmierci, których nigdy, przenigdy się nie spodziewałam. Opowiem wam swoją historię.
1.The BestNajlepszy
Give me a lifetime of promises
and a world of dreams
Speak the language of love like
you know what it means
*
Świat staje się marzeniem,
obietnicą czas
bo ty jeden jak nikt język
miłości znasz*
* Wszystkie piosenki z repertuaru Tiny Turner wraz z tytułami w tłumaczeniu Filipa Łobodzińskiego.– Tina, czy ty wyjdziesz za mną?
W ten sposób po raz pierwszy oświadczył mi się Erwin Bach, moja miłość od pierwszego wejrzenia i miłość mojego życia, mężczyzna, który przyprawił mnie o zawrót głowy, kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy. Konstrukcja tego pytania była dość osobliwa – Erwin jest Niemcem, więc angielski nie jest jego pierwszym językiem – ale mi się podobała. Zapewne zaskoczyło go trochę, kiedy odparłam:
– Nie potrafię ci odpowiedzieć.
Wiedziałam tylko, że nie jestem ani na tak, ani na nie. Działo się to w 1989 roku, byliśmy razem od trzech lat. Kończyłam pięćdziesiątkę, a trzydziestotrzyletni wówczas Erwin uznał, że musi poczynić względem mnie jakieś zobowiązania, ale mnie się nasz związek podobał taki, jaki był. Poza tym nie wiedziałam, co myśleć o małżeństwie. Małżeństwo może wszystko zmienić, a z mojego doświadczenia wynikało, że nie zawsze na lepsze.
Dwadzieścia trzy lata później (sporo jak na brak zobowiązań) Erwin oświadczył mi się ponownie. Tym razem doskonale wyczuł moment. Wraz z przyjaciółmi pływaliśmy po Morzu Śródziemnym jachtem Lady Marina należącym do naszego znajomego Sergia. Patrząc z perspektywy czasu, powinnam się była domyślić, że wydarzy się coś ważnego.
Byliśmy akurat w ładnym miejscu, ale nie dość romantycznym dla Erwina. Dowiedziałam się później, że radził się Sergia, który zasugerował, byśmy popłynęli na grecką wyspę Skorpios.
– Erwin, nie znam lepszego miejsca na tak romantyczne wydarzenie – oświadczył Sergio.
Tego wieczoru, gdy jacht zmienił kurs i pędził do nowego miejsca, zapytałam:
– Dokąd płyniemy, kochanie?
Erwin udzielał wymijających odpowiedzi i udawał, że nie wie, co powinno stanowić dla mnie oczywistą wskazówkę, ponieważ Erwin zawsze wszystko wie. Następnego ranka obudziłam się i ujrzałam przepiękny krajobraz wyspy, dawną kryjówkę Aristotelisa Onassisa, ze słynną łaźnią jego żony Jackie z niebieskim wejściem.
Spędziliśmy leniwy dzień na łodzi – zawsze kryłam się w zacienionym miejscu, by chronić skórę, podczas gdy wszyscy inni wygrzewali się na słońcu – a potem poszłam przebrać się do kolacji. Kiedy zebraliśmy się wszyscy na drinka, mężczyźni byli ubrani na biało. „To miłe – pomyślałam. – Naprawdę świetnie się prezentują w białych dżinsach i białych koszulach”. Panie w letnich strojach wyglądały równie dobrze. Miałam na sobie czarną płócienną sukienkę, przewiewną i elegancką. Doskonale się bawiliśmy – wspaniałe towarzystwo, delikatna bryza, blask księżyca. Potem, po posiłku, atmosfera się zmieniła; nagle poczułam, że w powietrzu unosi się oczekiwanie, a nawet podniecenie. „Co się dzieje?” – zastanawiałam się.
Zauważyłam, że wszyscy patrzą na Erwina, który podszedł do mnie i uklęknął na jedno kolano. W wyciągniętej ręce trzymał małe pudełko – ponadczasowy gest.
– Pytałem cię już wcześniej. Teraz zapytam ponownie. Tina, wyjdziesz za mnie? – Tym razem powiedział to perfekcyjną angielszczyzną.
Mężczyźni ocierali łzy – nie mogłam uwierzyć, że płaczą – a kobiety krzyczały: „Juhuu”, gdy odpowiedziałam mu zdecydowanym „Tak!”. Tym samym powiedziałam „tak” miłości, zobowiązaniu, które nie przyszło mi łatwo. Chodzi o to, że w wieku siedemdziesięciu trzech lat miałam po raz pierwszy zostać panną młodą. Zgadza się, po raz pierwszy. Nazywam się Tina Turner, wyszłam za Ike’a Turnera, ale nigdy nie byłam panną młodą.
Pozwólcie, że opowiem wam o ślubie z Ikiem, jeśli w ogóle mogę to nazwać ślubem. Nie należałam do dziewczyn, które marzą o wielkiej uroczystości. Jasne, wyobrażałam sobie, że pewnego dnia wyjdę za mąż, ale wtedy w Nutbush nic nie wiedzieliśmy o wytwornych ślubach – przynajmniej nie o takich, podczas których panna młoda ma na sobie białą suknię z welonem i różne dodatki. Nie pamiętam żadnych takich ceremonii, ponieważ rodzice, ciotki i wujkowie pobrali się, zanim ja się pojawiłam (albo nigdy nie wzięli ślubu).
Kiedy Ike mi się oświadczył, nie było w tym nic romantycznego. Próbował wykręcić się z trudnej sytuacji. Jedna z jego byłych żon dowiedziała się, że odnieśliśmy sukces, i chciała wyciągnąć od niego trochę pieniędzy. Ike był żonaty tyle razy, że straciłam orientację – a poza tym były jeszcze niezliczone dziewczyny, które pojawiały się i znikały w zawrotnym tempie. Spał lub próbował się przespać z każdą kobietą z naszego otoczenia, czy to mężatką, czy singielką, czy czymś pomiędzy. Nie pamiętam, dlaczego ślub ze mną stanowił rozwiązanie tego konkretnego problemu finansowego, ale zdaniem Ike’a było to właściwe posunięcie.
– Chcesz mnie poślubić? – zapytał niespodziewanie. Tak po prostu. Szorstko, zwięźle, bez subtelności. To był jego styl.
Nie chciałam tego robić, a z perspektywy czasu wiem, jak bardzo nie chciałam tego robić. W tym okresie widziałam i doświadczyłam Ike’a w najgorszym wydaniu. Ale nasze życie było tak skomplikowane – mieliśmy czworo dzieci do wychowania (Ronniego – naszego wspólnego syna, Craiga – mojego syna z poprzedniego związku oraz Ike’a Jr. i Michaela, synów Ike’a z poprzedniego małżeństwa, z Lorraine) i razem pracowaliśmy, nie miałam więc wielkiego wyboru.
Uznałam, że jeśli mamy się pobrać, powinnam przynajmniej wyglądać odpowiednio. Włożyłam najlepszą sukienkę i stylowy brązowy kapelusz z szerokim rondem. Dlaczego kapelusz? Po prostu czułam, że to właściwy wybór. Nie chciałam wyglądać seksownie, tak jak na scenie lub w klubie, i pomyślałam, że dzięki kapeluszowi będę prezentować się poważniej i jak na ceremonię ślubną przystało. Mówię wam, kiedy przychodziło do kwestii towarzyskich (i manier), nie miałam przewodnika. Musiałam polegać na własnej intuicji. Przez Ike’a nie posiadałam przyjaciół, więc dokądkolwiek jechaliśmy, zawsze obserwowałam ludzi – na lotniskach, w nowych miastach, szczególnie gdy występowaliśmy w Europie – obserwowałam i uczyłam się. Czytałam też magazyny o modzie, takie jak „Vogue”, „Bazaar” i „Women’s Wear Daily”, i nieustannie starałam się pracować nad sobą. W ten sposób dowiedziałam się, jak się ubierać, jak się malować i jak wypracować swój styl.
W dniu ślubu nie czułam się wyjątkowo. Ubrałam się i wsiadłam do samochodu z Ikiem. Duke, który na co dzień prowadził nasz autokar, siedział za kierownicą i miał nas zawieźć do Meksyku. On i jego żona Birdie opiekowali się naszymi chłopcami, gdy byliśmy w trasie, i należeli do mojej dalszej rodziny, więc miło było mieć go przy sobie w trakcie tej podróży.
Ike zawsze troszczył się tylko o siebie. Musiał się zorientować, że Tijuana to najlepsze miejsce na szybki ślub bez pozwolenia lub badania krwi. Podejrzewam, że ta ceremonia nie była nawet ważna w świetle prawa. Ale nie było też sensu kwestionować jego pobudek. Wkurzyłby się, a wówczas mógłby mnie pobić. Zdecydowanie nie chciałam wystąpić na własnym ślubie z podbitym okiem.
W tamtych czasach Tijuana była obskurną speluną Meksyku. Gdy przekroczyliśmy granicę, jechaliśmy drogą, na której się strasznie kurzyło, i znaleźliśmy meksykański odpowiednik sędziego pokoju. W małym, brudnym biurze mężczyzna podsunął mi jakieś papiery do podpisania i to było wszystko. Może nie uczestniczyłam w wielu ceremoniach ślubnych, ale wiedziałam, że powinno to być emocjonujące i radosne wydarzenie. Ten ślub taki nie był. Nikt nie powiedział: „Możesz pocałować pannę młodą”. Żadnych toastów. Żadnych gratulacji. Żadnego „i żyli długo i szczęśliwie”.
Chociaż ceremonia była kiepska, to, co nastąpiło potem, było jeszcze gorsze. W zapyziałej Tijuanie Ike chciał się po prostu dobrze bawić, w swoim stylu. Zgadnijcie, dokąd poszliśmy? Do burdelu. W noc poślubną! Nigdy, przenigdy nie opowiadałam tej historii, ponieważ za bardzo się wstydziłam.
Ludzie nie są w stanie sobie wyobrazić, jakim człowiekiem był Ike. A był kimś, kto zaraz po ceremonii zabrał nowo poślubioną żonę na pokaz seksu na żywo. Siedziałam tam, w tym plugawym miejscu, zerkając na Ike’a kątem oka, i zastanawiałam się, czy to naprawdę mu się podoba i jak to możliwe. To wszystko było takie ohydne. Mężczyzna na scenie był nieatrakcyjny i udawał impotenta, a dziewczyna…. Cóż, powiedzmy, że pokaz miał bardziej ginekologiczny niż erotyczny charakter. Przez cały czas czułam się źle i chciało mi się płakać, ale nie miałam wyboru. Musieliśmy czekać na Ike’a, a ten bawił się w najlepsze.
To doświadczenie tak mną wstrząsnęło, że musiałam je stłumić – po prostu je wymazałam z pamięci. Zanim wróciliśmy do Los Angeles, stworzyłam zupełnie inny scenariusz – fantazję o romantycznej ucieczce. Następnego dnia chwaliłam się ludziom: „Wiecie co? Och, Ike zabrał mnie do Tijuany. Pobraliśmy się wczoraj!”. Wmówiłam sobie, że jestem szczęśliwa, i faktycznie przez krótki czas byłam, bo zamążpójście rzeczywiście coś dla mnie znaczyło. Dla Ike’a była to po prostu kolejna transakcja: nic się nie zmieniło.
A więc tamten ślub był koszmarem, ale dzień, w którym zostałam żoną Erwina Bacha, miał być spełnieniem marzeń. Nie, nawet nie to, raczej prawdziwą bajką z księżniczką, księciem i zamkiem! Naszym zamkiem, czyli Château Algonquin niedaleko Zurychu, gdzie mieszkaliśmy od piętnastu lat. Tym razem postanowiłam sama zadbać o każdy szczegół. Żaden organizator wesel nie byłby w stanie przygotować tego, co sobie wymarzyłam. Może wydawać się to szalone, że wzięłam całą odpowiedzialność na siebie, ale za wszelką cenę chciałam zrealizować swoje fantazje.
Lubię załatwiać różne sprawy. Najpierw zadzwoniłam do mojego przyjaciela Jeffa Leathama, uznanego florysty, z którym współpracowałam od lat, i poprosiłam, aby udekorował teren wokół zamku kwiatami.
Ta najważniejsza suknia ślubna już wisiała w mojej szafie. Postanowiłam, że nie chcę wystąpić w bieli, bo to nie był tylko mój dzień. Panny młode w okazałych białych sukniach ślubnych ściągają na siebie całą uwagę i nikt nie zauważa pana młodego. Nie chciałam przyćmić Erwina. To było święto dwóch osób. Od dziesięcioleci noszę kreacje od Giorgia Armaniego i odkąd na jednym z pokazów w Pekinie zauważyłam tę wspaniałą suknię z zielonej tafty i czarnego tiulu jedwabnego, wysadzaną kryształami Swarovskiego, nie mogłam się jej oprzeć. Kiedy ją przymierzyłam, przez chwilę naprawdę czułam się jak Kopciuszek na balu. Pokochałam tę suknię tak bardzo, że po prostu musiałam ją mieć. „Choćbym miała nigdy jej nie włożyć” – pomyślałam. Ale w głębi serca wiedziałam, że to będzie moja suknia ślubna. Jak ciało większości kobiet, moje również nie było idealne – krótka szyja i tułów, wydatny biust i, jak to się mówi, „niemłode” ramiona – ale gdy magicy Armaniego skończyli przeróbki, leżała idealnie. Włożyłam do niej prześwitujące czarne legginsy, a wszystko ukoronowałam czarnym welonem. Erwin nazwał suknię (i mnie) dziełem sztuki.
Zastanawiałam się, czy panna młoda musi mieć druhny. W tej kwestii również z radością zerwałam z tradycją. Mimo że mam kilka bliskich przyjaciółek, nie chciałam, by w dniu ślubu otaczały mnie kobiety. Ich obecność przypomniałaby mi o przeszłości, o Ike’u i o wszystkich kobietach, które zawsze się wokół niego kręciły, o jego dziewczynach i przygodach na jedną noc. Wtedy doznałam olśnienia. Dzieci naszych przyjaciół byłyby powiewem świeżości, jak piękne kwiaty Jeffa Leathama, więc dlaczego nie miałyby uczestniczyć w ceremonii? Zaprosiłam cztery urocze dziewczynki i jednego chłopczyka na to ważne dla nas wydarzenie i zaaranżowałam spotkanie z nimi w butiku Giorgia. Chciałam, żeby te małe kwiatuszki miały tak fantazyjne sukieneczki jak moja, ale w innym kolorze. Armani zaprojektował piękną sukienkę w odcieniu liliowego różu wprost dla młodej księżniczki.
Erwin poprosił swojego brata, Jürgena Bacha, aby został jego drużbą, a ja zwróciłam się z podobną prośbą do Rhondy Graam, która od dawna była obecna w moim życiu. Kiedy ją poznałam w 1964 roku, była fanką Ike’a i Tiny, młodą dziewczyną z Kalifornii, która kochała muzykę. Trzymałam ją blisko siebie jako przyjaciółkę, powierniczkę, asystentkę, menedżerkę tras koncertowych przez prawie pięćdziesiąt lat i wspierałyśmy się nawzajem w różnych sytuacjach. Rhonda była moim łącznikiem z przeszłością, podczas gdy dzieci reprezentowały przyszłość. „Coś starego, coś nowego” – pomyślałam.
Erwin i ja starannie sporządziliśmy listę gości: zaprosiliśmy rodzinę i naszych najbliższych przyjaciół. Jak zawsze praktyczny Erwin ostrzegł, że gdy pojawią się znane osobistości, na przykład Oprah i mój stary przyjaciel Bryan Adams, trzeba będzie zadbać o ochronę, ponieważ ślub wzbudzi spore zainteresowanie. To oznaczało, że musiałam zrezygnować z widoku na Jezioro Zuryskie, ponieważ trzeba było ustawić wysoki czerwony parawan i ograniczyć widoczność od strony brzegu. Jeśli mielibyśmy widok na jezioro, paparazzi mieliby widok na nas, a przecież chcieliśmy prywatności.
Jeff Leatham przeszedł samego siebie. Sprowadził z Holandii w ciężarówkach chłodniach ponad sto tysięcy róż w odcieniach czerwieni, różu, pomarańczy, żółci i bieli. Nigdy w życiu nie widziałam tak pięknych kwiatów, a ich wspaniały zapach unosił się w powietrzu. Przygotowanie kompozycji kwiatowych zajęło trochę czasu. Ludzie Jeffa udekorowali nimi cały teren, nawet drzewa. Istne szaleństwo. W naszym domu nie dało się wtedy mieszkać, więc przenieśliśmy się z Erwinem do apartamentu w hotelu Dolder Grand w Zurychu, a ja codziennie pojawiałam się u nas, żeby sprawdzać postępy prac. Doszło do tego, że na samą myśl o ślubie czułam się zmęczona i marzyłam, żeby wskoczyć do samochodu i uciec do Włoch na wcześniejszy miesiąc miodowy.
Myślę, że wszyscy narzeczeni spierają się przed ślubem – Erwin i ja pokłóciliśmy się o pogodę.
– Schatzi – powiedział, używając niemieckiego odpowiednika słowa „kochanie” – a co, jeśli będzie padać? Musimy mieć plan B.
Praktyczne myślenie mnie w tym przypadku nie interesowało.
– Nie – odparłam. – Nie ma planu B. Ogród jest zbyt piękny. Nie ukryję go w namiocie.
Sprawdziliśmy „Almanach Farmera” i wybraliśmy odpowiedni dzień według układu gwiazd, faz księżyca i wszechświata. Ale to nie wystarczyło Erwinowi. Podczas ustawiania kompozycji kwiatowych weszłam do ogrodu i zobaczyłam, że ktoś przemycił tam stelaż do namiotu na wypadek deszczu.
– Zabierzcie to – nalegałam. – Nie chcę namiotu. Nie będzie padać!
Następna przeszkoda. Siedziałam sobie właśnie, podziwiając kwiaty i stoły – dwadzieścia szklanych stołów, każdy ustawiony na antycznej kolumnie – zastawione porcelaną i moją kolekcją kryształów. Minęli mnie pracownicy z dużymi parasolami i zaczęli je montować. Wyjaśnili, że mają blokować drony. Drony? Na moim ślubie? To zdecydowanie problem ludzi XXI wieku! Wstałam i oznajmiłam:
– Nie będę uczestniczyć w tym weselu. Wychodzę.
Nie wróciłam, dopóki parasole nie zniknęły. Nic nie zrujnuje moich dekoracji. Nawet drony.
Tak jak przewidywałam, 21 lipca 2013 roku nie padało. Ale pogoda miała paskudne poczucie humoru i sobie z nas zażartowała, ponieważ okazało się, że to najgorętszy dzień w roku – rekordowy skwar. Dla gości przygotowaliśmy papierowe wachlarze, na wypadek gdyby upał stał się zbyt uciążliwy. Zawsze uważałam, że odpowiedni wachlarz jest chociaż odrobinę lepszy niż machanie menu lub czymś innym, co akurat jest pod ręką.
Planowaliśmy z Erwinem przygotować się w hotelu, ale w ostatniej chwili zdecydowaliśmy się spakować suknię i garnitur, tak by móc ubrać się w domu. Tak się cieszę, że to zrobiliśmy, ponieważ w otoczeniu gości weselnych, zwłaszcza dzieci, zrobiło się bardziej odświętnie. Na końcowym etapie pomogłam dzieciom z fryzurami i sukienkami – bardzo się w to zaangażowałam – i wręczyłam im specjalne małe bransoletki od Cartiera, które upamiętniały tę okazję. Następnie odesłaliśmy dzieci do pobliskiego pensjonatu, by tam poczekały na rozpoczęcie ceremonii. Karetą, która miała zawieźć naszego małego księcia i księżniczki do miejsca, skąd wyruszał orszak weselny, był dość nietypowy biały rollsroyce. Przód samochodu był klasyczny, ale tył przypominał pickupa – tam mogły usiąść dzieci. Udekorowaliśmy pojazd girlandami.
W pewnym momencie dotarło do mnie, że nie uda mi się niczego zobaczyć aż do rozpoczęcia ceremonii.
– Wiesz co, kochanie? Smutno mi, że przegapię pierwszą część i zobaczę ją dopiero na zdjęciach – powiedziałam Erwinowi.
Zastanawialiśmy się nad tym i znaleźliśmy rozwiązanie, żeby nic mnie nie ominęło. Od ponad czterdziestu lat jestem buddystką i mam piękny pokój modlitewny na pierwszym piętrze domu, gdzie codziennie recytuję mantry i modlę się przy ołtarzu butsudan. Pomieszczenie jest przeszklone, z widokiem na teren przed domem. Usadowiłam się w idealnym miejscu, siedziałam cicho i patrzyłam. Większość ludzi uważa, że jestem w ciągłym ruchu: tańczę na scenie, kroczę po schodach, a nawet zwisam z wieży Eiffla. Ale nauczyłam się, że najważniejsze chwile to te, gdy odpoczywam, siedzę, medytuję czy kontempluję. Obserwowanie przez okno przybywających gości uświadomiło mi, jak wiele dla mnie znaczą i jak bardzo się cieszę, że towarzyszą nam w tym wyjątkowym dniu.
A już tak mniej poważnie, to mogłam po prostu zobaczyć, jak wspaniale wyglądali! Zaproszenie zawierało również wymogi odnośnie do stroju – biała suknia dla kobiet i smoking dla mężczyzn. Przyznaję, że gościnie w białych sukniach na weselu to dość nietypowy pomysł, ale miałam swoje powody. Moja wewnętrzna projektantka pragnęła, aby różnokolorowe stroje nie konkurowały z naszymi starannie dobranymi dekoracjami. Wiedziałam też, że ludzie będą wyglądać olśniewająco w klasycznej czerni i bieli… i faktycznie tak było! Biel pięknie kontrastowała z zielenią roślin i kwiatami; malowniczy widok. Później kilka pań powiedziało: „Tina, trudno mi było znaleźć sukienkę, ale miałaś rację”.
Podobały mi się reakcje gości, gdy znaleźli się w magicznym otoczeniu, które dla nich przygotowaliśmy: front domu udekorowano ogromnymi kwiatowymi boa, teren wokół wyglądał baśniowo. Wymarzyłam sobie Rajski Ogród z kaskadami kwiatów i ścianami zieleni i taki miałam. Jeff Leatham zbudował nawet ogromny żywopłot ze stu czterdziestu tysięcy jaskrawoczerwonych róż, co uznałam za ukłon w stronę moich charakterystycznych czerwonych ust. Spojrzałam na to i powiedziałam:
– To ja!
Jestem uosobieniem rock’n’rolla – Tina Turner to rock’n’roll – i moje występy też muszą takie być. Ale mam też drugą twarz. To Tina, która nosi baleriny i perły, która wierzy w elegancję: w dniu ślubu chciałam mieć swój ogród, dom, gości i siebie w najlepszym wydaniu. Kiedy zobaczyłam przyjaciół kręcących się po ogrodzie z kieliszkiem szampana, miałam wrażenie, że oglądam Wielkiego Gatsby’ego.
W końcu musiałam odejść od okna i włożyć sukienkę. O wyznaczonej godzinie zajechał przystrojony samochód z najcenniejszym ładunkiem, czyli dziećmi. Rozpromienieni ojcowie pomogli im wysiąść i ustawili w orszaku weselnym. Widok podekscytowanych dzieci był najpiękniejszy. Starsze dziewczynki sunęły głównym przejściem, praktycznie tańcząc. Najmłodsza, aniołek z długimi blond lokami, ledwo potrafiła wyciągnąć płatki róż z koszyka. Nasz przystojny chłopak był słodki i nieśmiały. I tak poważny, że wywoływał uśmiech na twarzach obecnych. Dzieci podbiły serca gości.
Erwin, który jest pasjonatem motoryzacji i wie o samochodach wszystko, zdecydował, że przyjedziemy moim czarnym kabrioletem rollsroyce’em. On kierował, a ja jak zwykle siedziałam obok. W ogóle się nie denerwowałam, byłam po prostu szczęśliwa. Jak możecie się domyślić, gruntownie przemyśleliśmy również kwestię muzyki. Okazuje się, że słowa piosenki My Way Franka Sinatry idealnie oddają, jak wyglądało moje życie: The record shows I took the blows / And did it my way*.
Właśnie jej potrzebowałam! Gdy dojechaliśmy, piosenka dotarła do dramatycznego punktu kulminacyjnego i był to bardzo wzruszający moment zarówno dla nas, jak i naszych bliskich.
Kroczyliśmy alejką do dźwięków muzyki naszego przyjaciela Bryana Adamsa, który grał na gitarze i śpiewał swoją romantyczną balladę All for One. W tej piosence tkwi piękno i moc przysięgi. Przysięgi małżeńskiej. Let’s make it all for one and all for love** – śpiewał Bryan, a na koniec do niego dołączyłam. Nie mogłam się oprzeć.
Ceremonia była tradycyjna, z kilkoma akcentami w stylu Tiny. Za plecami urzędnika udzielającego nam ślubu znajdowała się ściana z białych, żółtych, pomarańczowych i różowych róż, które układały się w piękny wzór drzewa życia symbolizującego wiedzę, kreatywność i nieśmiertelność. Nasi drodzy przyjaciele opowiedzieli trochę o naszym związku. Kilka tygodni wcześniej, dokładnie 4 lipca, w trakcie ślubu cywilnego w Zurychu Erwin i ja wymieniliśmy się obrączkami z różowego złota (z wygrawerowanymi literami T i E), a więc technicznie rzecz biorąc, byliśmy już małżeństwem. Ale to co innego świętować w otoczeniu oddanych i zachwyconych gości, którzy ciągle się uśmiechają. Byli tacy szczęśliwi i podekscytowani. Patrzyli na nas, jakbyśmy stanowili centrum wszechświata, i podobało mi się to! Po słowach „Z bożym błogosławieństwem możesz pocałować pannę młodą” zostaliśmy parą pod każdym względem, parą, która złożyła sobie zobowiązanie.
Po ceremonii i przyjęciu gratulacji od wszystkich zebraliśmy się na schodach, by zapozować do zdjęć. To właśnie wtedy poczułam się trochę dziwnie. „To pewnie upał” – pomyślałam. Albo sukienka, która z minuty na minutę ciążyła mi coraz bardziej. Próbowałam zignorować swój stan, dopóki mogłam, a potem udałam się z Rhondą do domu. Siedziałam w jadalni przez około pół godziny, próbowałam dojść do siebie i modliłam się, żeby mi przeszło. Nie chciałam przegapić ani chwili ze swojego wesela, a oto siedziałam na krześle, zastanawiając się, kiedy poczuję się na tyle dobrze, by dołączyć do gości. W końcu napędzana jedynie siłą woli wstałam i wyszłam na zewnątrz. Nie chciałam roztrząsać tego, co się stało, więc po prostu odepchnęłam te myśli i skupiłam się na przyjęciu.
Lubię ostre i egzotyczne potrawy, więc takie właśnie podaliśmy – cienkie plastry wołowiny z kolendrą i warzywami, tom yum kung, czyli tajską ostrokwaśną zupę, oraz wiele innych pysznych i pięknie podanych dań. W pewnym momencie usłyszałam, jak Oprah mówi:
– Hmmm… Nie wiem, co to jest, ale jest naprawdę dobre!
Dzieci miały swój mały bajkowy stół pod drzewem. Zamiast tradycyjnego tortu wybraliśmy wspaniałą półtorametrową wieżę z miniaturowych tart – owoce, śmietana, marcepan, czyli spełnienie marzeń dla mnie i każdego, kto lubi słodycze.
Zorganizowanie wesela zajęło mi wiele miesięcy i dopilnowałam najdrobniejszych szczegółów, ale i tak czekały mnie dwie niespodzianki. Podczas kolacji kazano nam spojrzeć w niebo. Nad dom nadleciał śmigłowiec i nagle zaczął padać deszcz płatków róż! Przygotowali to dla nas przyjaciele i było to bardzo romantyczne.
Ale to Erwin obmyślił największą atrakcję wieczoru. Nie wiem, jak to zrobił, bo generalnie jest raczej cichy i powściągliwy. On i jego przyjaciele wyszli przed tłum z sombrero na głowach, niczym mariachi. Usiedli, rozległa się muzyka i nagle bach! Wszyscy podskoczyli i zaczęli tańczyć z gitarami. Oczywiście tylko udawali, że grają, ale skoczna muzyka i ich energiczne ruchy porwały gości. Wszyscy się rozpromienili. Muszę to oddać Erwinowi: jestem artystką, ale to on skradł całe show. To ten moment ludzie przywołują, kiedy wspominają ślub Tiny i Erwina.
Kiedy wszyscy wyszli, udałam się nad jezioro i usiadłam przy jednym ze stolików. Byłam wyczerpana, piękna sukienka mnie uwierała, cieszyłam się, że mogę zdjąć buty, odpocząć i delektować się ciszą. Spojrzałam na udekorowany dom, piękny, po prostu taki, jak chciałam. Potem uniosłam głowę. Bóg zapewnił nam bezchmurne niebo i najwspanialszy księżyc, którego blask oświetlał ogród. Kiedy wpatrywałam się w księżyc, wydawało się, że spogląda wprost na mnie, błogosławiąc mój związek z Erwinem. To było magiczne. Wiedziałam, że na moim ślubie nie będzie padać, ponieważ ktokolwiek cierpiał tak długo jak ja, zasługuje na jakąś nagrodę. Przy każdej rzeczy, którą zrobiłam, każdym wyborze, którego dokonałam – w dniu ślubu i w moim życiu – kierowałam się instynktem i okazało się, że tak właśnie miało być. Pracowałam przez całe życie. Niczego nie otrzymałam za darmo. Po tylu latach ciężkiej pracy i, nie ukrywajmy, trudnych doświadczeniach pragnęłam żyć chwilą z Erwinem i każdego dnia budzić się bez zmartwień, niedostatków i terminarza. Pomyślałam, że osiągnęłam nirwanę. To kompletne szczęście, gdy niczego się nie pragnie. Wspaniale znaleźć się w takim miejscu.
Trzy miesiące później obudziłam się nagle spanikowana. Poczułam się, jakby piorun raził mnie w głowę i prawą nogę. Coś dziwnego działo się z moimi ustami, przez co nie mogłam poprosić Erwina o pomoc. Podejrzewałam, że nie jest dobrze, ale było gorzej, niż sobie wyobrażałam.
Dostałam udaru.
* Historia świadkiem, przyjąłem cięgi / Ale zrobiłem to po swojemu.** Wszyscy za jednego, a wszystko dla miłości.2.Back Where You StartedDo punktu wyjścia
Who’s going to help ya,
throw you a lifeline?
*
Kto ci pomoże,
kto rzuci ci linę?
Siedzę na dializie w szpitalu w szwajcarskim Zollikon, jedynie dziesięć minut od mojego domu, i próbuję ignorować śmierć, która klepie mnie po ramieniu i mówi:
– Tina… Tina, to ja.
Desperacko staram się ratować zdrowie albo to, co z niego pozostało, gdy moje nerki utraciły 95 procent zdolności filtracyjnej. Czekam niecierpliwie, aż mój organizm się wzmocni i będę mogła spróbować ostatniego możliwego rozwiązania – potencjalnie ratującego życie przeszczepu nerki.
Pomyślicie pewnie: „Ale zaraz, o co chodzi, przecież dostałaś udaru”.
Kochani, ja też nie wiem, o co chodzi. Przez kolejne cztery lata od ślubu moje życie przypominało jazdę kolejką górską i nawet ja nie potrafię połapać się w tych zdrowotnych katastrofach. Nadciśnienie. Udar. Rak jelit. Nie! Nie! Czegoś brakuje. Nadciśnienie, udar, zawroty głowy czy Schwindel, jak to nazywają w Szwajcarii, potem rak jelit. I teraz niewydolność nerek. Aby przetrwać to, co na mnie spadło, potrzebuję czegoś więcej niż przysłowiowych dziewięciu żyć.
Muszę zgłaszać się do szpitala kilka razy w tygodniu. Erwin, który jest bardzo zatroskany i opiekuńczy, dba o systematyczność wizyt. W dni, kiedy udaję się na zabiegi, parkuje przed Château Algonquin dokładnie o tej samej godzinie i w taki sposób, że mogę zejść ze schodów i wsiąść od razu do samochodu. Jest dżentelmenem i otwiera mi drzwi. Następnie jedziemy do małej piekarni w Küsnacht, niedaleko stacji kolejowej. Zostaję w samochodzie, żeby nikt mnie nie rozpoznał, a Erwin spieszy po tradycyjne szwajcarskie wypieki. Będziemy mieli coś dobrego do jedzenia na najbliższy czas, który będzie się dłużył.
Wyprawa do szpitala to zawsze pełna napięcia gra w chowanego. Jakoś udało nam się przez kilka lat utrzymać w tajemnicy moją poważną chorobę. Udało się, ponieważ mieszkamy w Szwajcarii, gdzie ludzie bardziej potrafią uszanować czyjąś prywatność niż w innych krajach. Opracowaliśmy z Erwinem dokładny sposób działania, dzięki któremu nikt nas nie rozpozna, zwłaszcza w szpitalu, gdzie byłabym łatwym łupem dla paparazzi.
Kiedy przyjeżdżamy, Erwin parkuje przed tylnym wejściem. Stamtąd mamy rzut beretem do sali dializ. Zwykle zimą noszę czarną pelerynkę albo gruby płaszcz z dużą czapką, aby się w ten sposób zakamuflować. Idziemy w milczeniu, żeby nikt mnie nie usłyszał i nie zorientował się, że mówię po angielsku. Inaczej przechodnie mogliby mnie rozpoznać, zrobić zdjęcie i sprzedać je mediom.
Nie przydzielono mi prywatnego pokoju – zirytowałoby mnie, gdyby tak zrobiono, bo nigdy nie zachowywałam się jak diwa. Chcę być leczona jak każdy inny pacjent, nie potrzebuję wyróżnienia tylko dlatego, że miałam trochę więcej szczęścia w życiu. Lekarze traktują mnie ulgowo, bo tak jak ja chcą uniknąć fotoreporterów. Jeśli to możliwe, moje wizyty odbywają się, gdy nie ma zbyt wielu pacjentów, a pielęgniarki zasłaniają mnie parawanem.
Staram się, aby czas, który spędzam w fotelu, był jak najprzyjemniejszy. Kiedy mogę, jem zakupione przez Erwina wypieki i czytam. O dziwo, za każdym razem biorę ze sobą te same trzy książki: Księgę sekretów Deepaka Chopry, Boską komedię Dantego oraz album z fotografiami niezwykłego Horsta P. Horsta. Coś dla ducha, coś dla rozumu i coś dla zmysłów. Te pozycje nigdy mnie nie męczą, pobudzają do myślenia i wywołują we mnie emocje. Często do nich wracam po inspirację i pocieszenie.
Dzień po dniu odprawiam te rytuały, gdy czyszczą mi krew. Czytam, śpię, budzę się, poddaję się biegowi wypadków. Myślę o Erwinie. Wspominam zmarłą matkę, siostry, dzieci, własne dzieciństwo. Co ciekawe, myślę o Ike’u. Powtarzam sobie, że skończyłam z tym wszystkim, ale on znowu się pojawia, domaga się uwagi. Ponownie analizuję nasz początek, złe chwile, decyzję o odejściu i rozpoczęciu nowego życia. Wiele z tych myśli kłębiło się w mojej głowie już wcześniej, ale nigdy nie były tak natarczywe. Tym razem zadaję sobie pytania i szukam odpowiedzi. W obliczu własnej śmierci inaczej się postrzega życie.
Jak z bajkowego ślubu w château nad Jeziorem Zuryskim trafiłam na fotel w sali dializ? To długa historia. Jak z Nutbush w Tennessee trafiłam do tego château? To jeszcze dłuższa historia. Przykuta do aparatury widzę wszystko przez pryzmat śmiertelności. Mam mnóstwo czasu. Czasu, by myśleć o przeszłości, co ona dla mnie teraz oznacza i – najważniejsze pytanie – czy czeka mnie jakaś przyszłość.
Uważam, że aby naprawdę poznać moją historię, musicie wiedzieć, skąd pochodzę i z czego się wyrwałam. Moja walka zaczęła się już w dniu narodzin, 26 listopada 1939 roku, kiedy przyszłam na świat jako Anna Mae Bullock. Od tamtej pory całe życie walczyłam o przetrwanie w oparach złej karmy. Jakie to uczucie być niechcianym dzieckiem? Jak wyglądało życie tego dziecka? Jak to dziecko zwyciężyło mimo tylu przeciwności?
Opowiem wam o tym.
Pierwsze lata mojego życia tonęły w mroku, z winy kogoś, kogo bardziej nie było, niż był: mojej matki, Zelmy Currie Bullock, którą nazywaliśmy Muh, od pierwszej sylaby słowa mother – matka. Była zepsutą małą dziewczynką, która wyrosła na zepsutą kobietę. Miała trzech braci, ale to ją tatuś faworyzował i zachęcał do wyciągania ręki po wszystko, o czym tylko zamarzyła. Tym czymś był również mój ojciec, Floyd Richard Bullock. Ukradła go innej dziewczynie tylko dlatego, że mogła. W ten sposób się związali, chociaż nigdy nie powinno do tego dojść. Ich małżeństwo od samego początku było polem bitwy, od narodzin ich pierwszego dziecka, mojej siostry Alline. Potem, kiedy wreszcie Muh zdecydowała, że powinni się raz na zawsze rozstać, dowiedziała się, że jest w ciąży ze mną, i została.
Moja matka rodziła dzieci, ale tak naprawdę nigdy ich nie chciała, a szczególnie takiego hałaśliwego dziecka jak ja. Bardzo różniłyśmy się z Alline. Ja byłam chłopczycą, zawsze w ruchu i robiłam wszystko, co się dało, by Muh zwróciła na mnie uwagę. Nawet jako dziecko, kiedy widziałam, jak traktuje moją siostrę, dostrzegałam różnicę. Głaskała Alline z czułością po twarzy, a ja myślałam: „To miło”, bo kochałam siostrę. Ale jednocześnie chciałam, by matka też mnie tak traktowała. Gdy Muh czesała Alline, delikatnie gładziła jej miękkie i jedwabiste włosy. Kiedy przyszła moja kolej, niecierpliwie szarpała mnie za kędziory, bo były niesforne i dużo trudniejsze do rozczesania. A może po prostu chodziło o to, że są moje.
Nie karała też Alline rózgą tak mocno jak mnie, ponieważ siostra zachowywała się lepiej. W oczach Muh byłam zbyt żywiołowa. Albo wpadałam w kłopoty, albo stanowiłam dla niej problem, więc ciągle miałam wrażenie, że uciekam przed nią i jej rózgą – a to chowając się pod łóżkiem, a to wspinając się na drzewo, gdziekolwiek, byle nie słyszeć świstu tego patyka z twardą końcówką, który kłuł i z trzaskiem uderzał w skórę.
Wiedziałam, że moja matka mnie nie kocha. Teraz się zastanawiam, czy kochała kogokolwiek poza sobą i może Alline. Nie kochała mojego ojca. Moje pierwsze wspomnienia rodziców to ich kłótnie. Mimo że Muh nie wiedziała, jak się zakończą, potrafiła wytrzymać każdą sprzeczkę. Była silną, nieustraszoną kobietą, która umiała o siebie zadbać. Siadała przy oknie na stołku i zastanawiała się, jak wybrnąć z sytuacji. Kiedy miała dość, po prostu wychodziła, nie dbając o to, kogo lub co zostawia za sobą.
Miałam jedenaście lat, kiedy nas opuściła. To był 1950 rok, ale z Alline doświadczyłyśmy już wcześniej takiej sytuacji, bo w trakcie drugiej wojny światowej nasi rodzice przeprowadzili się pięć godzin drogi od Nutbush w poszukiwaniu lepiej płatnej pracy. Często ich jednak odwiedzałyśmy, a w końcu sami wrócili. Za drugim razem wyglądało to trochę inaczej. Byłam nastolatką, wrażliwą i skomplikowaną. Szkoła była trudna. Życie było trudne. Och, jak bardzo potrzebowałam matki! Biegałam po domu w panice, szukając jej. Zaglądałam do skrzynki pocztowej w nadziei na list od niej. Ale oczywiście nie mogła pisać, ponieważ ojciec dowiedziałby się, gdzie przebywa. A kiedy w końcu się dowiedział, że mieszka w St. Louis, wysłał mnie i Alline do niej, licząc, że na nasz widok zechce wrócić do domu.
– Chodź tu, kochanie – powiedziała łagodnie, kiedy mnie zobaczyła.
„Jakim prawem mówi do mnie kochanie?” – zastanawiałam się. Kiedy Muh próbowała być miła, nie wierzyłam jej. Nie mogłam jej uwierzyć. Bezpieczniej było zachować dystans. Matka nigdy nie wróciła, a ja starałam się jej nie odwiedzać.
Patrząc z perspektywy czasu na naszą relację, zdaję sobie sprawę, że przez całe życie byłyśmy albo z dala od siebie, albo w konflikcie. Ale to nie przeszkodziło mi być dobrą córką i opiekować się nią po tym, jak odniosłam sukces i zarobiłam pieniądze. Zadbałam o to, by miała ładny dom i ładne rzeczy, bez względu na nieporozumienia między nami. Kiedy pod koniec lat osiemdziesiątych mieszkałam w Londynie, udałam się do wróżki.
– Matka nie chciała cię po twoich narodzinach i wiedziałaś o tym, kiedy byłaś jeszcze w jej łonie – powiedziała. Potwierdziła więc to, co zawsze czułam w dzieciństwie.
Kiedy przekazałam Muh, co usłyszałam, rozpłakała się. Próbując się bronić (chociaż nie było jak), odparła:
– Uratowałam ci życie.
Miała na myśli pewną sytuację, kiedy kłóciła się z moim ojcem i zrobiła coś, żeby ochronić mnie przed uderzeniem. Nie pozostałam jej dłużna.
– Założę się, że cieszysz się z tego, bo spójrz, gdzie teraz jesteś – odparłam. Bo Muh przede wszystkim cieszyła się z pozycji, którą zyskała jako matka Tiny Turner. Chciałam, żeby wiedziała, że „ratując” mnie, tak naprawdę uratowała siebie.
Myślę, że urodziłam się buddystką, bo to cud, że się nie poddałam. Mimo braku stabilizacji i całego bólu, którego doświadczyłam, a zwłaszcza trudnej relacji z matką, nadal byłam szczęśliwym, beztroskim i optymistycznym dzieckiem i zachowałam taką postawę przez całe życie. Ludzie pytają mnie: „Skąd bierzesz siłę?”. Odpowiadam, że się z nią urodziłam. Zawsze byłam silna i niezależna. Zmagałam się z przeciwnościami, ale otrzymałam też zasoby, żeby je przezwyciężyć. W każdej sytuacji potrafiłam znaleźć coś dobrego.
Podobało mi się dorastanie w Nutbush, małym miasteczku przy drodze stanowej numer 19 w Tennessee. Tam wszystko działo się bardzo szybko. Niczego bym nie zmieniła, poza pracą na polach bawełny, której nienawidziłam. Nie, dziękuję, obeszłabym się bez tego. Czuliśmy się dobrze w naszym małym, wąskim domku. Był parterowy z przechodnimi pokojami, tak jak to się buduje na południu Stanów (mówiło się, że stojąc w wejściu, można strzelić w drzwi od ogrodu). Nie byliśmy biedni jak niektórzy. Mieliśmy duży i gęsto obsadzony ogród, więc dobrze jadaliśmy. Należeliśmy do tętniącej życiem wspólnoty składającej się z rodziny i przyjaciół. Wszyscy ciężko pracowali, potem mocno imprezowali, a w niedziele chodzili do kościoła.
Miałam dwie babcie: matkę mojego ojca, Roxannę Bullock, która była bardzo surowa, i matkę mojej matki, Georgie Currie, która była miła i rozrywkowa. Niewątpliwie wolałam spędzać czas z Mamą Georgie. W jej domu panowała radosna i wesoła atmosfera, natomiast u Mamy Roxanny wszystko odbywało się według surowych reguł.
Bardzo mi się podobało wiejskie życie i wtedy nauczyłam się niezależności. Mój ojciec był zarządcą farmy, rodzice zostawiali mnie samą w domu i szli pracować w polu. Byłam dzieckiem i chociaż potrzebowałam krzesła, by sięgnąć po szklankę mleka i przekąskę, potrafiłam wynajdywać sobie zabawy, choć nie zawsze najmądrzejsze. Gdy widziałam drzewo, wspinałam się na nie bez obawy, że spadnę. Ciągnęło mnie do rzeczy ekscytujących i niebezpiecznych. Ryzykowałam i kilka razy spojrzałam śmierci w twarz.
Najwyraźniej na każdej farmie znajduje się koń, który nie lubi dzieci. Powiedziano nam, żebyśmy trzymali się od niego z daleka, ale pewnego dnia nie chciało mi się już bawić samej i postanowiłam pobiec na przełaj do babci. Wpadło mi do głowy, że mogłabym przemknąć obok tego paskudnego konia. Otworzyłam cicho drzwi – ale wiecie, że te zwierzęta mają świetny słuch. Usłyszał moje małe kroki i ruszył za mną.
Nie miałam daleko do domu Mamy Georgie, ale małej dziewczynce, którą goni rozjuszone zwierzę, dystans wydawał się ogromny. Udało mi się z krzykiem dotrzeć do ogrodzenia, ale koń był tuż za mną i miał mnie właśnie stratować. Nagle jeden z naszych kozłów ruszył w stronę konia, odwracając jego uwagę głośnym beczeniem, jak w kreskówce Disneya. Kuzynka Margaret złapała mnie w ostatniej chwili i odciągnęła w bezpieczne miejsce. Nie wiem, co ojciec zrobił z koniem, ale ten kozioł stał się moim bohaterem. Zawsze uważałam, że uratował mi życie.
Pomimo takich sytuacji i tak najszczęśliwsza byłam na dworze. Dzieci, które mają trudne życie, potrafią się dostosować. Znajdują coś, co pomaga im przetrwać. Nigdy nie siedziałam w domu, zwiedzałam, bawiłam się na pobliskich pastwiskach, polach i w ogrodach, obserwując zwierzęta i patrząc w niebo. Atmosfera w domu, zwłaszcza gdy przebywała w nim matka, stawała się nieprzyjemna, a po jej odejściu zrobiło się po prostu smutno. Natura była moim azylem, światem miłości i harmonii. Nawet gdy czułam się zraniona i wściekła, zmieniało się to na łonie natury. „Gdzie byłaś cały dzień?” – słyszałam, kiedy wracałam do domu rozmarzona i rozczochrana. Gdzie byłam? W żadnym konkretnym miejscu, po prostu przebywanie na zewnątrz poprawiało mi nastrój.
Czego nie można powiedzieć o chodzeniu do szkoły. Podobnie jak inne wiejskie placówki w tamtym czasie, szkoła Flagg Grove w Nutbush mieściła się w chałupie z jedną izbą, w której jednocześnie uczyły się trzy klasy. Nie byłam dobrą uczennicą, więc bałam się wywołania do tablicy. Pewnego dnia nauczyciel kazał mi rozwiązać jakieś równanie. Ogarnęła mnie panika. Wystraszyłam się, bo nie miałam pojęcia, jak to zrobić. Pamiętam, że padłam na podłogę, zaczęłam wierzgać i płakać, ponieważ wszystkie oczy były zwrócone na mnie i obecni dowiedzieliby się, że nie znam odpowiedzi.
Z perspektywy czasu stwierdzam, że nauczyciel powinien był interweniować, ale nie wiem nawet, czy wtedy ktokolwiek zdawał sobie sprawę, że dzieci mogą mieć trudności z uczeniem się, a ja na pewno byłam takim właśnie dzieckiem. Czułam się całkowicie samotna, bezradna i zażenowana. W tamtym czasie nie użyłabym słowa „zażenowana”. Powiedziałabym raczej „zawstydzona”. Zawstydzona, że stoję przed tymi wszystkimi dziećmi, potem upadam, a przez łzy widzę liczby niewyraźnie. Mój mózg pewnych rzeczy nie potrafił. Uznałam, że jestem niemądra, i cierpiałam, ponieważ wierzyłam, że muszę ukrywać swoją głupotę przed rodziną i przyjaciółmi, a kiedy dorosłam – przed moimi współpracownikami i menedżerami.
Moje nastawienie z czasem się zmieniło, w miarę jak zyskiwałam wiedzę o problemie, a lekarze wyjaśnili mi, dlaczego nauka sprawiała mi trudności. Miało to coś wspólnego z płatem czołowym. Część mojego mózgu odpowiedzialna za kreatywność pracowała ponad normę, ale nie będzie mi dane opanować dobrze liczenia i czytania. Przezwyciężyłam poczucie nieudolności, które towarzyszyło mi przez cały życie, po tym jak księżniczka Beatrice, wnuczka królowej Elżbiety, opowiedziała w wywiadach o swojej dysleksji. Wiem, że inni ludzie już o tym mówili, ale zrobiła to jakoś tak, że przykuła moją uwagę. Powiedziała, że nie potrafi dobrze liczyć i że z trudem nauczyła się czytać. Jakby opisywała mnie. Po raz pierwszy naprawdę zrozumiałam, w czym tkwi mój problem, i poczułam się ze sobą lepiej.
Buddyści mówią, że należy „zamienić truciznę w lekarstwo”. To właśnie stało się ze szkołą Flagg Grove, gdzie doświadczyłam tak wielu upokorzeń przed całą klasą. Historyk Henry Louis Gates zbadał moje pochodzenie w programie African American Lives (Życie Afroamerykanów) nadawanym w publicznej telewizji i odkrył, że mój prapradziadek, Benjamin Flagg, był pierwszym właścicielem terenu, na którym stała szkoła. Sprzedał ziemię poniżej ceny rynkowej, aby można było zbudować na niej szkołę i by czarne dzieci miały gdzie się uczyć. To odkrycie głęboko mnie poruszyło.
Kilka lat temu zwrócili się do mnie natomiast przedstawiciele West Tennessee Delta Heritage Center (Centrum Dziedzictwa Kulturowego Zachodniego Tennessee). Zaproponowali przeniesienie szkoły z Nutbush do pobliskiego Brownsville i przemianowanie jej na Muzeum Tiny Turner. Chcieli uczcić moją karierę muzyczną i pokazać ludziom, jak wyglądała nauka w afroamerykańskiej szkole na południu Stanów w latach czterdziestych XX wieku. Szkoła była zamknięta od lat (zrobiono z niej stodołę), więc projekt wymagał sporych nakładów pracy. Zebraliśmy dość pieniędzy, aby przenieść budynek w nowe miejsce, gdzie został pieczołowicie odrestaurowany i wyposażony w pamiątki po Tinie Turner. Okna zaklejono zdjęciami i wyglądały, jakby wychodziły na pole bawełny. Muzeum otwarto w 2014 roku i znalazły się w nim moje kostiumy i złote płyty, ale również oryginalna drewniana ławka, w której siedziałam w szkole, a przede wszystkim autentyczna tablica podobna do tej, która wzbudzała moje przerażenie, gdy byłam dzieckiem. Ale już mnie nie przeraża. Teraz chcę myśleć, że to miejsce inspiruje ludzi do pokonywania wszelkich przeszkód, jakie napotykają w życiu, i do zmiany trucizny w lekarstwo.
Anna Mae, która płakała przed całą klasą, to tylko jedna z moich twarzy. Druga Anna Mae była urodzoną artystką, która w odpowiednich okolicznościach przyjęłaby z radością zainteresowanie jej osobą i zrobiła wszystko, aby je utrzymać. Gdyby w tamtej chwili mojego upokorzenia ktoś krzyknął: „Chwila! Włączcie muzykę!”, natychmiast poderwałabym się z podłogi z ogromnym uśmiechem na twarzy i zaczęła tańczyć i śpiewać jak szalona. Byłam pewna siebie i nie wstydziłam się tego robić – nigdy nie miałam tremy. Już jako mała dziewczynka wiedziałam, że potrafię śpiewać lepiej niż dorosłe kobiety z mojego otoczenia. Urodziłam się z tym talentem. Otrzymałam swój głos w darze i wiedziałam, jak go używać.
Śpiewałam przez całe życie. Jedne z moich najwcześniejszych wspomnień dotyczą mamy, która zabierała mnie na zakupy, kiedy mieszkała z ojcem w Knoxville. W przeciwieństwie do Nutbush, Knoxville było dużym miastem z różnymi sklepami. Kiedy sprzedawczynie dowiedziały się, że potrafię śpiewać, stawiały mnie na stołku – miałam cztery czy pięć lat – a ja wykonywałam swoje wersje najnowszych hitów. I was walking alone, singing a song* – śpiewałam śmiało. Gdy tylko usłyszałam piosenkę w radiu, od razu załapywałam melodię i zapamiętywałam prawie każde słowo. Przychodziło mi to naturalnie i bez wysiłku, jak wężowi zrzucanie skóry. Urodziłam się z tym. Sprzedawczyniom tak bardzo podobały się moje występy, tej małej dziewczynki z wielkim głosem, że dawały mi błyszczące monety, dziesięciocentówki, pięciocentówki, ćwierćdolarówki, a nawet pięćdziesiąt centów – w moich oczach była to istna fortuna – a ja przechowywałam je w szklanym słoju. To była pierwsza publika, która płaciła za moje występy!
Knoxville stanowiło także siedzibę „uświęconego Kościoła”, do którego uczęszczałyśmy za każdym razem, gdy byłyśmy w mieście. Nie wiedziałam, co znaczy „uświęcony”, ale podobało mi się, że całkowicie różnił się od naszego Kościoła baptystycznego w Nutbush. Kiedy wierni poczuli, że wypełnia ich Duch Święty, tańczyli, klaskali i śpiewali na cały głos, opętani przez Boga i muzykę. Śpiewałam i tańczyłam razem z nimi. Czułam się, jakbym brała udział w jakimś przedstawieniu, zwłaszcza kiedy robiło się głośno i wesoło. Nie rozumiałam do końca ich religii, ale spektakl – dźwięk, ruch, czysta radość – naprawdę mnie ekscytował.
W Nutbush moją publiczność stanowiła rodzina, ponieważ nie miała wyjścia. W domu Mamy Georgie ja, Alline, moja przyrodnia siostra Evelyn (mama miała już dziecko, zanim poznała mojego ojca) oraz kuzyni dawaliśmy improwizowane występy. Nigdy nie musiałam się dłużej zastanawiać, jak i co śpiewać czy tańczyć. Rządziłam, mówiłam innym, co mają robić, wybierałam piosenki i pokazywałam kroki. Udawaliśmy, że jesteśmy na scenie, i świetnie się przy tym bawiliśmy. Miałam zdjęcie z tamtego okresu, ale kiedy Alline dorosła, uznała, że nie wygląda na nim korzystanie, i je zniszczyła. Bardzo mnie to zasmuciło, bo to było jedyne zdjęcie, na którym jestem chudziutka i śpiewam całą sobą.
Uwielbiałam występować na piknikach. Urządzali je wszyscy, ale te w Nutbush, organizowane przez czarnoskórą społeczność, różniły się od innych. Moim zdaniem były dużo weselsze, ze świeżym jedzeniem z grilla piętrzącym się na stołach i prawdziwie karnawałową atmosferą. Mieliśmy rozrywki na żywo, na przykład pana Bootsy’ego Whitelawa, który był znany w naszej części Tennessee. Grał na puzonie, a inny muzyk akompaniował mu na werblu. Orkiestra marszowa nie wywołałaby we mnie tyle emocji, ile ci dwaj. Wkrótce zrobiło się głośniej i o mnie, „małej Annie Mae”, która śpiewała z panem Bootsym. Nie pamiętam, jakie piosenki grał, ale stałam u jego boku, usilnie próbując zachęcić tłum, by się do nas przyłączył. „Dalej, zaśpiewajcie z panem Bootsym” – wołałam do przechodniów.
Bootsy Whitelaw zrobił na mnie takie wrażenie, że po latach, gdy byłam już z Ikiem, napisałam i nagrałam o nim piosenkę (Bop along, bop along, bop along, Mr. Bootsy Whitelaw**).
Gdy śpiewałam, nie umiałam ustać w miejscu. Zawsze wykonywałam jakieś kroczki, czy to była przygotowana choreografia, czy spontaniczne ruchy. Moja siostra nie potrafiła tańczyć. Moja matka nie potrafiła tańczyć. Ale ja potrafiłam. Wydaje mi się, że jeśli potrafisz śpiewać, taniec przychodzi sam.
Śpiew był dla mnie zarówno formą ekspresji, jak i źródłem pocieszenia, zwłaszcza gdy moja sytuacja życiowa stała się nieprzewidywalna i zaczęto przenosić mnie z miejsca na miejsce. Muh odeszła, a potem, kiedy miałam trzynaście lat, ojciec się wyprowadził i zniknął z naszego życia. Przez jakiś czas mieszkałyśmy z Alline z kuzynami, a potem przeniosłyśmy się do Mamy Roxanny, która kontrolowała nas na każdym kroku. Poczucie bezpieczeństwa i sympatię otrzymałam od Connie i Guya Hendersonów, młodego białego małżeństwa, któremu pomagałam przy dziecku. Uwielbiałam mieszkać w ich domu i uważałam siebie za członka ich rodziny. Po tylu gwałtownych zmianach w życiu zapragnęłam porządku i rutyny.
Hendersonowie byli dla mnie wzorem, ponieważ mieli wysokie standardy. Pokazali mi, jak dbać o dom, który zapełnili książkami, czasopismami i ładnymi rzeczami. To oni nauczyli mnie dobrych manier. Zabrali mnie nawet na wycieczkę do Dallas w Teksasie, więc zobaczyłam trochę świata poza Tennessee. A co ważniejsze, udowodnili mi, że małżonkowie mogą się kochać i żyć w harmonii ze swoimi dziećmi. Może wam wydaje się to zwyczajne, ale ja nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyłam.
Chciałam stworzyć własny związek i kiedy miałam piętnaście lat, zaczęłam chodzić z Harrym Taylorem, koszykarzem z liceum, moją pierwszą miłością. Jako przystojny, popularny kapitan drużyny był doskonały pod każdym względem. Tak się ekscytowałam tą relacją, że akceptowałam wszystkie jego zachowania – to, że ze mną zrywał, spotykał się z inną dziewczyną, a potem wracał – bo wyobrażałam sobie, że razem się ustatkujemy i pewnego dnia pobierzemy. Opracowałam ten plan z całą mądrością piętnastolatki. Harry złamał mi serce, gdy jedna z jego dziewczyn zaszła w ciążę, a on się z nią ożenił. Nie spieszyło mi się, by ponownie doświadczyć takiego rozczarowania.
Z nadzieją na nowy początek zamieszkałam z Mamą Georgie. Wierzyłam, że jestem na tyle dorosła, by samodzielnie podejmować takie decyzje, a poza tym moje wybory i tak nikogo nie interesowały.
Zaledwie kilka miesięcy później, kiedy miałam szesnaście lat i nadal chodziłam do szkoły średniej, Mama Georgie zmarła. Czułam się bez niej bardzo samotna i nie miałam pojęcia, co ze sobą zrobić. Potem moja mama zaproponowała, bym zamieszkała z nią w St. Louis. Alline już tam była. Obawiałam się wspólnego mieszkania, bo tak długo się nie widziałyśmy, ale byłam ciekawa, jak to jest żyć w dużym mieście. Nie byłam już bezbronnym dzieckiem, które potrzebuje matki. Umiałam o siebie zadbać, a przynajmniej tak mi się wydawało.
Doświadczenie nauczyło mnie, że kiedy na kimś mi zależy, tracę go: Muh, która się wyprowadziła, moja ukochana kuzynka Margaret, która zginęła w wypadku samochodowym, Harry, który złamał moje dziewczęce serce, zostawiając mnie dla innej, Mama Georgie, a teraz musiałam się pożegnać z Hendersonami.
Nigdy nie czułam się kochana, więc uznałam, że to nie ma znaczenia. Przynajmniej dla mnie. Wydaje mi się, że to był jakiś mechanizm obronny. Wmawiałam sobie: „Jeśli cię nie obchodzę, w porządku, przetrwam to. Jeśli mnie nie kochasz, przetrwam to”. „Przetrwam to” stało się moją mantrą, jeszcze zanim się dowiedziałam, czym jest mantra.
* Spacerowałam samotnie, śpiewając piosenkę.** Tańcuj, tańcuj, tańcuj, panie Bootsy Whitelaw.3.Something’s Got a Hold On MeJuż nie mogę się bronić
I get a feeling, I feel so strange
Everything about me seems
to have changed
*
Dziwnie się czuję, to jedno wiem
jakby cały świat się zmienił
wokół mnie
W St. Louis, gdzie zaczęłam nowe życie, czułam się trochę zagubiona i samotna, więc bardzo mnie ucieszyło, kiedy Alline, teraz seksowna i wyrafinowana (w przeciwieństwie do mnie prowadziła dorosłe życie towarzyskie, które wymagało szminki, wysokich obcasów i mężczyzn w cadillacach), zaproponowała, że zabierze mnie do nocnego klubu w barwnym East St. Louis. Tamtego wieczoru grał Ike Turner z zespołem The Kings of Rhythm. Oczywiście słyszałam o nich, wszyscy słyszeli. Rocket 88 Ike’a, jeden z pierwszych utworów rock’n’rollowych, stał się wielkim hitem, choć jak to zwykle bywało w branży fonograficznej w tamtym czasie, nie zarobił na nim żadnych pieniędzy. Ike Turner był najpopularniejszym i najciężej pracującym muzykiem w klubach St. Louis i East St. Louis. Pisano o nim w gazetach i bardzo się cieszyłam, że mam szansę posłuchać, jak gra na żywo w The Manhattan Club.
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Ike’a na scenie, był w świetnej formie. Miał na sobie elegancki ciemny garnitur i krawat. Nie był jednak klasycznie przystojny… Właściwie w ogóle nie był przystojny – i z pewnością nie w moim typie. Pamiętajcie, miałam zaledwie siedemnaście lat i patrzyłam na dorosłego mężczyznę. Byłam przyzwyczajona do schludnych, wysportowanych chłopców w dżinsach. Ike miał zrobione fale na włosach, sygnet z brylantem, chude, kościste ciało i wystające kości policzkowe, przez co wyglądał staro, chociaż miał zaledwie dwadzieścia pięć lat. Pierwszy raz widziałam kogoś tak chudego! „Boże, jaki on jest brzydki” – pomyślałam.
Zdecydowanie byłam w mniejszości. Większość kobiet, czarnych czy białych, nie potrafiło się oprzeć Ike’owi, ponieważ było w nim coś niebezpiecznego. I nie chodziło tylko o wrażenie: on był niebezpieczny. Ciągle krążyły plotki o jego wybuchowym charakterze, konfliktach z muzykami, kłótniach z zazdrosnymi kobietami (a czasem z ich wściekłymi mężami), a nawet opowieść o tym, jak pobił kogoś pistoletem, przez co zyskał sobie przydomek Ike „Pistol Whippin” Turner*. Taki Ike Turner był złym i nieprzewidywalnym człowiekiem z niesławną ciemną stroną, ale w tamtym czasie miało to swój urok.
Pomimo aury człowieka wyjętego spod prawa dawał się lubić. Był zabawny. W typie południowca. Nie mówił poprawnie po angielsku, ale taki już po prostu był. I miał to coś, co sprawiało, że rozpalał scenę do czerwoności. Podnosił gitarę albo siadał przy fortepianie i ożywiał instrument. Ludzie po prostu szaleli. Ja też. Tamtej nocy kogoś takiego zobaczyłam – świetnego gitarzystę grającego fascynującą muzykę, która sprawiła, że chciałam śpiewać i tańczyć. Alline spotykała się z jednym z facetów z zespołu, więc chodziła do każdego klubu, w którym występowali. Błagałam ją, żeby mnie ze sobą wzięła. Z moją siostrą jako przyzwoitką regularnie odwiedzałam The Manhattan Club i każdy inny lokal, w którym grali.
Atmosfera w przerwach była tak swobodna, że czasami Ike zapraszał jakąś dziewczynę z publiczności, aby weszła na scenę i zaśpiewała do mikrofonu. Chciałam być tą dziewczyną. Wielokrotnie wyobrażałam sobie, jak wskakuję tam, trzymam z wdziękiem mikrofon, jakbym robiła to przez całe życie, i śpiewam głosem tak potężnym, że wprawiam salę w drżenie. Ike jednak zawsze mnie pomijał i wybierał dziewczyny, które były ładniejsze i seksowniejsze, ale w ogóle nie potrafiły śpiewać. Jeśli mnie zauważył, chociaż bardzo w to wątpię, byłam dla niego jedynie „małą Ann”, niewidzialną młodszą siostrą Alline.
Pewnej nocy chłopak Alline próbował namówić ją do zaśpiewania w trakcie przerwy. Kategorycznie odmówiła, odpychając mikrofon. Dostrzegłam swoją szansę i skorzystałam z niej. Ike stał na scenie i grał You Know I Love You B.B. Kinga. Zaczęłam śpiewać, mój głos przebił się przez hałas i dym, zmuszając wszystkich, w tym Ike’a, aby spojrzeli na małą Ann. Ike był w szoku, gdy usłyszał mój głos. Nie brzmiał, jakby wydobywał się z ciała tej chudej, młodziutkiej dziewczyny. Tamtej nocy pokochał to, co usłyszał, więc tak naprawdę połączyła nas muzyka, a nie to, co zwykle dzieje się między chłopakiem a dziewczyną czy mężczyzną a kobietą.
Nagle znalazłam się w świecie, o którym nie śmiałam marzyć. Pomyślcie, kim wtedy byłam. Nastolatką i wciąż w głębi duszy naiwną wiejską dziewczyną, która pragnie uczucia i akceptacji niczym szczeniak. Ike był starszy. Miał już kobietę, Lorraine (właściwie miał pewnie ze dwadzieścia kobiet, ale to tylko pokazuje moją naiwność). Szybko się z Ikiem zaprzyjaźniliśmy, byliśmy jak rodzeństwo, nie kochankowie. Robił wrażenie swoim popularnym zespołem, różowym cadillakiem i dużym domem w East St. Louis. Nawet Muh, która nie chciała, bym zadawała się z niewłaściwymi ludźmi, musiała przyznać, że Ike ma swój urok.
Najlepsze było to, że zaczęłam śpiewać profesjonalnie. W Tennessee osoba, która lubiła śpiewać, miała trzy możliwości: śpiewanie w domu do radia, śpiewanie w kościele lub śpiewanie na pikniku z Bootsym Whitelawem. Ale w St. Louis było prawdziwe śpiewanie, na scenie z popularnym zespołem. Ike nauczył mnie wszystkiego o muzyce i w dodatku mi płacił. Kiedy nie występowaliśmy, żyliśmy i oddychaliśmy muzyką, czy to w trakcie prób, czy wieczornej rundki po klubach. Dobrze, a nawet świetnie się razem bawiliśmy i to wszystko.
Kiedy zachciało mi się romansu, zaczęłam się spotykać z przystojnym i młodym Raymondem Hillem, który był bardziej w moim typie niż Ike. Grał na saksofonie w The Kings of Rhythm i mieszkał w domu Ike’a z innymi muzykami z zespołu. Romans doprowadził do seksu i wkrótce zaszłam w ciążę. Muh nie była zadowolona. Szczególnie gdy Raymond złamał nogę w kostce i przeniósł się do domu do Clarksdale w stanie Missisipi, aby wydobrzeć. Tyle go widziałam. Zostałam sama. W 1958 roku w wieku osiemnastu lat urodziłam pięknego chłopca, którego nazwałam Raymond Craig. Byłam młoda, silna, szybko wracałam do formy i chciałam prowadzić dobre życie dla mojego syna.
Kiedy nie śpiewałam, pracowałam jako pomoc w szpitalu, by zarobić trochę pieniędzy. Rozważałam nawet, żeby kształcić się na pielęgniarkę. Kogo ja chciałam oszukać? Lubiłam przebierać się w fantazyjne stroje, które kupował mi Ike – zakładać długie rękawiczki, błyszczące kolczyki i ładne sukienki – i cieszyłam się występami na scenie niczym gwiazda. Chciałam śpiewać. To oznaczało więcej Ike’a, więcej czasu spędzonego w jego domu, a potem noc, kiedy przekroczyliśmy granicę.
W domu Ike’a odbywała się właśnie impreza. Miałam zostać do rana i jeden z chłopaków zasugerował, że chętnie zawitałby potem do mojego pokoju. W drzwiach nie było zamka, więc żeby się chronić, zostałam z Ikiem. To nie było nic nietypowego. Wcześniej też spędzałam z nim noce, ale nic się wtedy nie działo. Tym razem wydarzyło się coś więcej. W relacjach z Ikiem nie dało się tego uniknąć. Myślę, że oboje byliśmy zaskoczeni, skrępowani, niepewni, jak się zachować. Byłam taka młoda. Co ja wiedziałam? Ponieważ łatwiej było posunąć się naprzód niż wrócić do przyjaźni, to właśnie zrobiliśmy. W 1960 roku odkryłam, że spodziewam się dziecka.
Nasz seks był niezdarny, ale nie w tym tkwił prawdziwy problem. Patrząc z perspektywy czasu, zdaję sobie sprawę, że mój związek z Ikiem był skazany na porażkę w dniu, kiedy zorientował się, że będę jego żywicielką, jego złotym interesem. Miał nagrać piosenkę A Fool in Love, którą napisał dla Arta Lassitera, ale doszło między nimi do jakiegoś konfliktu. Ponieważ Ike zarezerwował już studio, uznał, że to ja zastąpię Arta w partiach wokalnych. A ja zaśpiewałam tę piosenkę po swojemu. Jak na ironię, A Fool in Love opowiada o kobiecie zakochanej w mężczyźnie, który w jakiś sposób się nad nią znęca. Słowa You know you love him, you can’t understand / Why he treats you like he do when he’s such a good man** okazały się prorocze. Juggy Murray, szef Sue Records, usłyszał moją wersję, pokochał ją, zapłacił Ike’owi dwadzieścia pięć tysięcy dolarów za prawa i powiedział mu, żeby zrobił „z tej dziewczyny”, czyli ze mnie, gwiazdę swoich występów.
Co pomyślał Ike, kiedy usłyszał taką radę? Musiał jakoś chronić własne interesy i właśnie wtedy zaczęły się kłopoty.
Kiedy myślę o Ike’u po tych wszystkich latach, staram się go zrozumieć. Im jestem starsza i im dłużej żyję bez niego, tym bardziej zaczynam wszystko pojmować. Można analizować czyjeś zachowanie, kiedy nabierze się dystansu, i właśnie to robię – doszukuję się przyczyn jego postępowania w tym, skąd pochodził, i wtedy dociera do mnie: „Och, dlatego zrobił to, co zrobił”.
Podobnie jak ja, Ike zmagał się z problemami już po urodzeniu. To Clarksdale w Missisipi, skąd pochodził, uczyniło z niego wściekłego wojownika. Jako chłopiec patrzył, jak jego ojciec umiera powolną, bolesną śmiercią bezlitośnie pobity przez białych mężczyzn, którzy chcieli dać mu nauczkę, bo zabawiał się z białą kobietą. Ike trzymał głęboko w sobie tę nienawiść i nigdy nie odpuścił.
Kiedy był starszy, zaczął mieć problemy w szkole. Dzieci traktowały go okrutnie, ponieważ był brzydki. Dziewczyny spotykały się z nim za budynkiem szkoły, bo fajnie się było z nim powygłupiać, ale nie chciały pokazać się z nim publicznie. Przez to rosły w nim złość i nienawiść. Sukces miał być jego zemstą. „Pewnego dnia będę miał duży samochód i wszystkie kobiety, których zapragnę” – obiecał sobie. Zrobiłby wszystko, aby to zdobyć.
Gdy spędzałam coraz więcej czasu z Ikiem i widziałam, jak zachowuje się poza sceną, zauważyłam, że ma braki w wykształceniu. Poznałam się na tym, ponieważ w mojej szkole byli inteligentni nauczyciele i uczniowie z dobrych domów. Dojeżdżałam do tej szkoły (w tamtym okresie zostałam sierotą; tak siebie nazywam, ponieważ moi rodzice wyjechali i mieszkałam z babciami albo Hendersonami), ale było warto, bo otaczali mnie wykształceni ludzie, a ja miałam tyle oleju w głowie, by się od nich uczyć.
W szkole nie marnowałam ani minuty. Śpiewałam w chórze. Grałam w drużynie koszykówki. Byłam cheerleaderką. I miałam w sobie coś, co nauczyciele lubili. Zawsze brali mnie pod swoje skrzydła. I gdy dawali mi radę, słuchałam. Szkolna bibliotekarka powiedziała mi, żebym wciągała brzuch, dzięki czemu będę mieć lepszą postawę, i tak robiłam przez całe życie. Dyrektor oznajmił, że spodziewa się po mnie dobrego zachowania, i przyrzekłam, że go nie zawiodę. Chciałam wiedzieć i umieć więcej, żeby się doskonalić i rozwijać.
Ike nigdy nie miał takiej szansy. Chyba nie skończył szkoły podstawowej, a nawet kiedy wiedział, o czym mówi, sprawiał wrażenie prostaka, przez co miał kompleksy z powodu swojej wymowy. Często wdawał się w kłótnie, ponieważ czuł się zawstydzony brakiem wykształcenia i dobrych manier.
Ike był jednak bardzo bystry pod innymi względami. Uchodził za cwaniaka, a poza tym miał ogromny talent muzyczny. Dzięki swojej magicznej grze na gitarze i fortepianie (i jego zawziętej ambicji) zdobył duży samochód, duży dom i wszystkie kobiety, których zapragnął. I nagrał hit. Potem jego kariera utknęła w martwym punkcie, a kiedy doszło do niego, że więcej już nie osiągnie, gniew i frustracja wróciły.
Kiedy A Fool in Love zapowiadało się na hit, Ike doznał olśnienia: zmienił The Kings of Rhythm w grupę The Ike and Tina Turner Revue, która miała szansę dotrzeć do szerszej publiczności. Nowy pomysł chwycił, odnosiliśmy sukcesy, więc Ike musiał mnie kontrolować, posiadać, ekonomicznie i psychicznie, żebym nigdy go nie opuściła. W kwestiach finansowych poszło łatwo. Ike nie był piosenkarzem. Chciał być gwiazdą, ale mógł to osiągnąć tylko dzięki mnie. Powiedział więc sobie: „Dobra, zmienię jej imię i nazwę grupy na The Ike and Tina Turner Revue – teraz Tina beze mnie nie istnieje”. Moje nowe imię rymowało się z „Sheena”, którą zapamiętał z serialu telewizyjnego. A „Turner”, nowe nazwisko, sugerowało, że jesteśmy małżeństwem (którym oczywiście nie byliśmy). Ike zawsze miał strategię. Zarejestrował imię i nazwisko „Tina Turner” jako znak towarowy, więc należało do niego, nie do mnie.
Czymże jest nazwa? Wszystkim. Przez te dwa słowa stałam się własnością Ike’a.
Ike rozpracowywał mnie pod różnymi kątami, aby kontrolować mnie psychicznie. Zanim zaczęliśmy ze sobą sypiać, żerował na moim dobrym sercu, żebrał o lojalność. Z niejakim zawstydzeniem powiedział mi, że ilekroć napisał dla kogoś piosenkę, która stała się hitem, tylekroć ta osoba go opuszczała. Ja czułam wdzięczność za wszystko, co dla mnie zrobił – gdy Ike kogoś lubił, oddałby mu ostatnią koszulę – więc przysięgłam mu, że jestem inna, że może mi zaufać, że nigdy, przenigdy go nie opuszczę. O ile pamiętam, zawsze byłam szczera i nigdy nie kłamałam. Taka po prostu byłam. Kiedy coś mówiłam, to właśnie miałam na myśli. I dotrzymywałam obietnic. A obietnica dana Ike’owi wiele dla mnie znaczyła i zamierzałam jej dotrzymać.
Ale Ike mi nie ufał. Właściwie to nikomu nie ufał. Chciał zabezpieczenia na wypadek, gdybym zmieniła zdanie i postanowiła złamać przyrzeczenie, więc znalazł inny sposób, by mnie do siebie przywiązać: strach. Kiedy przedstawił pomysł utworzenia The Ike and Tina Turner Revue, twierdząc, że potrzebuję lepszego pseudonimu scenicznego, instynkt podpowiadał mi, że pakuję się w coś niedobrego. Tyle wtedy wiedziałam. Ośmieliłam się zakwestionować jego pomysł i powiedziałam, że wolę nie zmieniać imienia i nazwiska i nie jestem pewna, czy chcę wyruszyć w trasę koncertową, bo taki powziął plan. Najpierw zaczął mi wymyślać. Ike miał niewyparzony jęzor, a ja musiałam słuchać najgorszych inwektyw. Potem wziął drewniane prawidło do butów, podszedł do mnie i dał mi lekcję, której miałam długo nie zapomnieć.
