My love story. Autobiografia - Tina Turner - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

My love story. Autobiografia ebook i audiobook

Tina Turner

5,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

28 osób interesuje się tą książką

Opis

Tina Turner była prawdziwą ikoną muzyki i uosobieniem scenicznego żywiołu. Porywającym głosem oraz niezwykłą energią podbiła serca milionów fanów na całym świecie, zdobywając status jednej z największych artystek wszech czasów. Jej kariera okazała się pasmem spektakularnych sukcesów, które przyniosły jej zasłużony tytuł Królowej Rock and Rolla!

Za fasadą olśniewającej kariery kryła się jednak dramatyczna walka o przetrwanie. Trudne dzieciństwo w Nutbush, małżeństwo z brutalnym i bezwzględnym Ikiem Turnerem, samobójstwo najstarszego syna oraz zmagania z licznymi chorobami – słynna piosenkarka wielokrotnie musiała stawiać czoła śmiertelnym zagrożeniom i głębokim ranom…

Autobiografia „My Love Story” to niezwykle poruszające podsumowanie życia kobiety, która potrafiła przekuć największe cierpienie w siłę oraz osobisty triumf. We wspomnieniach Tiny wyraźnie pobrzmiewają charakterystyczne dla niej witalność i hart ducha, motywujące czytelników do pokonywania własnych barier.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 288

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 26 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Ewa Abart

Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
DarkouQ

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna. Tina Turner jest mi bardzo bliska, czuję że jej muzyka uratowała mi życie, kiedy słuchałem jej w najgorszych momentach. Dawała mi siłę. Niezwykła kobieta, która się nie poddała.
00



Na okładce znaj­duje się czarno-białe, bli­skie uję­cie uśmiech­nię­tej Tiny Tur­ner, która opiera głowę na dłoni. Por­tret cha­rak­te­ry­zuje się cie­płym wy­ra­zem twa­rzy i wy­raź­nie pod­kre­ślo­nym spoj­rze­niem skie­ro­wa­nym w stronę obiek­tywu.
Tina Tur­ner; My LOve Story. Au­to­bio­gra­fia; Prze­kład Ju­styna Ku­kian; Gyl­den­dal Astra; 2026

Fragment

Ty­tuł ory­gi­nału: My Love Story

Prze­kład z ję­zyka an­giel­skiego: Ju­styna Ku­kian

Co­py­ri­ght © 2018 by Tina Tur­ner

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Wa­xman Li­te­rary Agency, New York, and Ma­ca­da­mia Li­te­rary Agency, War­saw

This edi­tion: © Gyl­den­dal Astra/Gyl­den­dal A/S, Co­pen­ha­gen 2026

Pro­jekt gra­ficzny okładki: Da­mian Nie­wczyń­ski

Re­dak­cja: Ewa Penk­syk-Klucz­kow­ska

Ko­rekta: Krzysz­tof Grze­go­rzew­ski & Aneta Iwan

ISBN 978-91-8153-805-2

Gyl­den­dal A/S Kla­re­bo­derne 3 | DK-1115 Co­pen­ha­gen K

www.gyl­den­dal.dk

www.gyl­den­da­la­stra.fi

„W mo­ich pio­sen­kach za­wsze są emo­cje,

po­nie­waż wra­cam w nich do daw­nego ży­cia.

Gdy na sce­nie po­ja­wiały się łzy, to nie była gra,

to było praw­dziwe ży­cie”.

PRO­LOGMię­dzy nami

Kiedy by­łam małą dziew­czynką, uwiel­bia­łam ry­zy­kowne sy­tu­acje. Huś­ta­łam się nad rzeczką w la­sach na obrze­żach Nut­bush, mia­sta w sta­nie Ten­nes­see, gdzie do­ra­sta­łam. Na­wet przez chwilę się nie za­sta­no­wi­łam, co by się stało, gdy­bym wpa­dła do błot­ni­stej wody. Nie­straszne były mi zwie­rzęta – ko­nie, muły, a na­wet węże. Te­raz się ich boję, ale w dzie­ciń­stwie tak nie było. Ni­czego się nie ba­łam. Pew­nego dnia, kiedy ba­wi­łam się w le­sie, na­tra­fi­łam na ma­łego zie­lo­nego węża i po­my­śla­łam: „Skąd on się tu wziął?”. By­łam pewna, że to dziecko, które zgu­biło gdzieś mamę. Pod­nio­słam je więc ki­jem i za­czę­łam szu­kać gniazda. Zna­la­złam je, a w nim du­żego, brzyd­kiego węża, go­to­wego do ataku w obro­nie mło­dych. Na­tych­miast ode­zwał się in­stynkt. To był in­stynkt sa­mo­za­cho­waw­czy, a nie strach. Od­sko­czy­łam i za­czę­łam biec tak szybko, jak się dało, aż zna­la­złam się w bez­piecz­nym miej­scu. War­ko­cze mi się roz­plą­tały, a prze­wią­zana w pa­sie wstążka od su­kienki roz­su­płała się i spa­dła na zie­mię. Opo­wia­dam to, by po­ka­zać, że wie­dzia­łam, kiedy trzeba ucie­kać.

W ciągu ca­łego ży­cia wie­lo­krot­nie wpa­da­łam w ta­kie kło­poty, że tylko cu­dem udało mi się z nich wy­ka­ra­skać. Pa­ko­wa­łam się w nie­bez­pieczne sy­tu­acje, sta­wiano mnie w ta­kich sy­tu­acjach, ale w ostat­niej chwili za­wsze coś mi mó­wiło, że trzeba ucie­kać i prze­trwać. Co­kol­wiek mi się przy­da­rzało, za każ­dym ra­zem uda­wało mi się przez to przejść. Wtedy do­cho­dzi­łam do wnio­sku, że może jed­nak po­win­nam żyć. Może je­stem na tym świe­cie z ja­kie­goś po­wodu. I może tym po­wo­dem jest po­dzie­le­nie się z wami moją hi­sto­rią.

Pew­nie my­śli­cie so­bie: „Tina, znamy twoją hi­sto­rię. Wiemy wszystko o to­bie i Ike’u, i o pie­kle, które ci zgo­to­wał. Wiemy, że ucie­kłaś z tego okrop­nego związku i prze­trwa­łaś”. Ale po­słu­chaj­cie: do tego mo­mentu w moim ży­ciu prze­ży­łam wię­cej lat bez Ike’a niż z nim. Czter­dzie­ści dwa lata, gwoli ści­sło­ści. To całe dru­gie ży­cie, pełne przy­gód, osią­gnięć i mi­ło­ści wy­kra­cza­ją­cej poza moje naj­śmiel­sze ma­rze­nia. Ale miało ono też ciemną stronę. W ciągu ostat­nich kilku lat sta­wia­łam czoła wy­zwa­niom na gra­nicy ży­cia i śmierci, któ­rych ni­gdy, prze­ni­gdy się nie spo­dzie­wa­łam. Opo­wiem wam swoją hi­sto­rię.

1.The BestNaj­lep­szy

Give me a li­fe­time of pro­mi­ses

and a world of dre­ams

Speak the lan­gu­age of love like

you know what it me­ans

*

Świat staje się ma­rze­niem,

obiet­nicą czas

bo ty je­den jak nikt ję­zyk

mi­ło­ści znasz*

* Wszyst­kie pio­senki z re­per­tu­aru Tiny Tur­ner wraz z ty­tu­łami w tłu­ma­cze­niu Fi­lipa Ło­bo­dziń­skiego.

– Tina, czy ty wyj­dziesz za mną?

W ten spo­sób po raz pierw­szy oświad­czył mi się Er­win Bach, moja mi­łość od pierw­szego wej­rze­nia i mi­łość mo­jego ży­cia, męż­czy­zna, który przy­pra­wił mnie o za­wrót głowy, kiedy zo­ba­czy­łam go po raz pierw­szy. Kon­struk­cja tego py­ta­nia była dość oso­bliwa – Er­win jest Niem­cem, więc an­giel­ski nie jest jego pierw­szym ję­zy­kiem – ale mi się po­do­bała. Za­pewne za­sko­czyło go tro­chę, kiedy od­par­łam:

– Nie po­tra­fię ci od­po­wie­dzieć.

Wie­dzia­łam tylko, że nie je­stem ani na tak, ani na nie. Działo się to w 1989 roku, by­li­śmy ra­zem od trzech lat. Koń­czy­łam pięć­dzie­siątkę, a trzy­dzie­sto­trzy­letni wów­czas Er­win uznał, że musi po­czy­nić wzglę­dem mnie ja­kieś zo­bo­wią­za­nia, ale mnie się nasz zwią­zek po­do­bał taki, jaki był. Poza tym nie wie­dzia­łam, co my­śleć o mał­żeń­stwie. Mał­żeń­stwo może wszystko zmie­nić, a z mo­jego do­świad­cze­nia wy­ni­kało, że nie za­wsze na lep­sze.

Dwa­dzie­ścia trzy lata póź­niej (sporo jak na brak zo­bo­wią­zań) Er­win oświad­czył mi się po­now­nie. Tym ra­zem do­sko­nale wy­czuł mo­ment. Wraz z przy­ja­ciółmi pły­wa­li­śmy po Mo­rzu Śród­ziem­nym jach­tem Lady Ma­rina na­le­żą­cym do na­szego zna­jo­mego Ser­gia. Pa­trząc z per­spek­tywy czasu, po­win­nam się była do­my­ślić, że wy­da­rzy się coś waż­nego.

By­li­śmy aku­rat w ład­nym miej­scu, ale nie dość ro­man­tycz­nym dla Er­wina. Do­wie­dzia­łam się póź­niej, że ra­dził się Ser­gia, który za­su­ge­ro­wał, by­śmy po­pły­nęli na grecką wy­spę Skor­pios.

– Er­win, nie znam lep­szego miej­sca na tak ro­man­tyczne wy­da­rze­nie – oświad­czył Ser­gio.

Tego wie­czoru, gdy jacht zmie­nił kurs i pę­dził do no­wego miej­sca, za­py­ta­łam:

– Do­kąd pły­niemy, ko­cha­nie?

Er­win udzie­lał wy­mi­ja­ją­cych od­po­wie­dzi i uda­wał, że nie wie, co po­winno sta­no­wić dla mnie oczy­wi­stą wska­zówkę, po­nie­waż Er­win za­wsze wszystko wie. Na­stęp­nego ranka obu­dzi­łam się i uj­rza­łam prze­piękny kra­jo­braz wy­spy, dawną kry­jówkę Ari­sto­te­lisa Onas­sisa, ze słynną łaź­nią jego żony Jac­kie z nie­bie­skim wej­ściem.

Spę­dzi­li­śmy le­niwy dzień na ło­dzi – za­wsze kry­łam się w za­cie­nio­nym miej­scu, by chro­nić skórę, pod­czas gdy wszy­scy inni wy­grze­wali się na słońcu – a po­tem po­szłam prze­brać się do ko­la­cji. Kiedy ze­bra­li­śmy się wszy­scy na drinka, męż­czyźni byli ubrani na biało. „To miłe – po­my­śla­łam. – Na­prawdę świet­nie się pre­zen­tują w bia­łych dżin­sach i bia­łych ko­szu­lach”. Pa­nie w let­nich stro­jach wy­glą­dały rów­nie do­brze. Mia­łam na so­bie czarną płó­cienną su­kienkę, prze­wiewną i ele­gancką. Do­sko­nale się ba­wi­li­śmy – wspa­niałe to­wa­rzy­stwo, de­li­katna bryza, blask księ­życa. Po­tem, po po­siłku, at­mos­fera się zmie­niła; na­gle po­czu­łam, że w po­wie­trzu unosi się ocze­ki­wa­nie, a na­wet pod­nie­ce­nie. „Co się dzieje?” – za­sta­na­wia­łam się.

Za­uwa­ży­łam, że wszy­scy pa­trzą na Er­wina, który pod­szedł do mnie i uklęk­nął na jedno ko­lano. W wy­cią­gnię­tej ręce trzy­mał małe pu­dełko – po­nad­cza­sowy gest.

– Py­ta­łem cię już wcze­śniej. Te­raz za­py­tam po­now­nie. Tina, wyj­dziesz za mnie? – Tym ra­zem po­wie­dział to per­fek­cyjną an­gielsz­czy­zną.

Męż­czyźni ocie­rali łzy – nie mo­głam uwie­rzyć, że pła­czą – a ko­biety krzy­czały: „Ju­huu”, gdy od­po­wie­dzia­łam mu zde­cy­do­wa­nym „Tak!”. Tym sa­mym po­wie­dzia­łam „tak” mi­ło­ści, zo­bo­wią­za­niu, które nie przy­szło mi ła­two. Cho­dzi o to, że w wieku sie­dem­dzie­się­ciu trzech lat mia­łam po raz pierw­szy zo­stać panną młodą. Zga­dza się, po raz pierw­szy. Na­zy­wam się Tina Tur­ner, wy­szłam za Ike’a Tur­nera, ale ni­gdy nie by­łam panną młodą.

Po­zwól­cie, że opo­wiem wam o ślu­bie z Ikiem, je­śli w ogóle mogę to na­zwać ślu­bem. Nie na­le­ża­łam do dziew­czyn, które ma­rzą o wiel­kiej uro­czy­sto­ści. Ja­sne, wy­obra­ża­łam so­bie, że pew­nego dnia wyjdę za mąż, ale wtedy w Nut­bush nic nie wie­dzie­li­śmy o wy­twor­nych ślu­bach – przy­naj­mniej nie o ta­kich, pod­czas któ­rych panna młoda ma na so­bie białą suk­nię z we­lo­nem i różne do­datki. Nie pa­mię­tam żad­nych ta­kich ce­re­mo­nii, po­nie­waż ro­dzice, ciotki i wuj­ko­wie po­brali się, za­nim ja się po­ja­wi­łam (albo ni­gdy nie wzięli ślubu).

Kiedy Ike mi się oświad­czył, nie było w tym nic ro­man­tycz­nego. Pró­bo­wał wy­krę­cić się z trud­nej sy­tu­acji. Jedna z jego by­łych żon do­wie­działa się, że od­nie­śli­śmy suk­ces, i chciała wy­cią­gnąć od niego tro­chę pie­nię­dzy. Ike był żo­naty tyle razy, że stra­ci­łam orien­ta­cję – a poza tym były jesz­cze nie­zli­czone dziew­czyny, które po­ja­wiały się i zni­kały w za­wrot­nym tem­pie. Spał lub pró­bo­wał się prze­spać z każdą ko­bietą z na­szego oto­cze­nia, czy to mę­żatką, czy sin­gielką, czy czymś po­mię­dzy. Nie pa­mię­tam, dla­czego ślub ze mną sta­no­wił roz­wią­za­nie tego kon­kret­nego pro­blemu fi­nan­so­wego, ale zda­niem Ike’a było to wła­ściwe po­su­nię­cie.

– Chcesz mnie po­ślu­bić? – za­py­tał nie­spo­dzie­wa­nie. Tak po pro­stu. Szorstko, zwięźle, bez sub­tel­no­ści. To był jego styl.

Nie chcia­łam tego ro­bić, a z per­spek­tywy czasu wiem, jak bar­dzo nie chcia­łam tego ro­bić. W tym okre­sie wi­dzia­łam i do­świad­czy­łam Ike’a w naj­gor­szym wy­da­niu. Ale na­sze ży­cie było tak skom­pli­ko­wane – mie­li­śmy czworo dzieci do wy­cho­wa­nia (Ron­niego – na­szego wspól­nego syna, Cra­iga – mo­jego syna z po­przed­niego związku oraz Ike’a Jr. i Mi­cha­ela, sy­nów Ike’a z po­przed­niego mał­żeń­stwa, z Lor­ra­ine) i ra­zem pra­co­wa­li­śmy, nie mia­łam więc wiel­kiego wy­boru.

Uzna­łam, że je­śli mamy się po­brać, po­win­nam przy­naj­mniej wy­glą­dać od­po­wied­nio. Wło­ży­łam naj­lep­szą su­kienkę i sty­lowy brą­zowy ka­pe­lusz z sze­ro­kim ron­dem. Dla­czego ka­pe­lusz? Po pro­stu czu­łam, że to wła­ściwy wy­bór. Nie chcia­łam wy­glą­dać sek­sow­nie, tak jak na sce­nie lub w klu­bie, i po­my­śla­łam, że dzięki ka­pe­lu­szowi będę pre­zen­to­wać się po­waż­niej i jak na ce­re­mo­nię ślubną przy­stało. Mó­wię wam, kiedy przy­cho­dziło do kwe­stii to­wa­rzy­skich (i ma­nier), nie mia­łam prze­wod­nika. Mu­sia­łam po­le­gać na wła­snej in­tu­icji. Przez Ike’a nie po­sia­da­łam przy­ja­ciół, więc do­kąd­kol­wiek je­cha­li­śmy, za­wsze ob­ser­wo­wa­łam lu­dzi – na lot­ni­skach, w no­wych mia­stach, szcze­gól­nie gdy wy­stę­po­wa­li­śmy w Eu­ro­pie – ob­ser­wo­wa­łam i uczy­łam się. Czy­ta­łam też ma­ga­zyny o mo­dzie, ta­kie jak „Vo­gue”, „Ba­zaar” i „Wo­men’s Wear Da­ily”, i nie­ustan­nie sta­ra­łam się pra­co­wać nad sobą. W ten spo­sób do­wie­dzia­łam się, jak się ubie­rać, jak się ma­lo­wać i jak wy­pra­co­wać swój styl.

W dniu ślubu nie czu­łam się wy­jąt­kowo. Ubra­łam się i wsia­dłam do sa­mo­chodu z Ikiem. Duke, który na co dzień pro­wa­dził nasz au­to­kar, sie­dział za kie­row­nicą i miał nas za­wieźć do Mek­syku. On i jego żona Bir­die opie­ko­wali się na­szymi chłop­cami, gdy by­li­śmy w tra­sie, i na­le­żeli do mo­jej dal­szej ro­dziny, więc miło było mieć go przy so­bie w trak­cie tej po­dróży.

Ike za­wsze trosz­czył się tylko o sie­bie. Mu­siał się zo­rien­to­wać, że Ti­ju­ana to naj­lep­sze miej­sce na szybki ślub bez po­zwo­le­nia lub ba­da­nia krwi. Po­dej­rze­wam, że ta ce­re­mo­nia nie była na­wet ważna w świe­tle prawa. Ale nie było też sensu kwe­stio­no­wać jego po­bu­dek. Wku­rzyłby się, a wów­czas mógłby mnie po­bić. Zde­cy­do­wa­nie nie chcia­łam wy­stą­pić na wła­snym ślu­bie z pod­bi­tym okiem.

W tam­tych cza­sach Ti­ju­ana była ob­skurną spe­luną Mek­syku. Gdy prze­kro­czy­li­śmy gra­nicę, je­cha­li­śmy drogą, na któ­rej się strasz­nie ku­rzyło, i zna­leź­li­śmy mek­sy­kań­ski od­po­wied­nik sę­dziego po­koju. W ma­łym, brud­nym biu­rze męż­czy­zna pod­su­nął mi ja­kieś pa­piery do pod­pi­sa­nia i to było wszystko. Może nie uczest­ni­czy­łam w wielu ce­re­mo­niach ślub­nych, ale wie­dzia­łam, że po­winno to być emo­cjo­nu­jące i ra­do­sne wy­da­rze­nie. Ten ślub taki nie był. Nikt nie po­wie­dział: „Mo­żesz po­ca­ło­wać pannę młodą”. Żad­nych to­a­stów. Żad­nych gra­tu­la­cji. Żad­nego „i żyli długo i szczę­śli­wie”.

Cho­ciaż ce­re­mo­nia była kiep­ska, to, co na­stą­piło po­tem, było jesz­cze gor­sze. W za­py­zia­łej Ti­ju­anie Ike chciał się po pro­stu do­brze ba­wić, w swoim stylu. Zgad­nij­cie, do­kąd po­szli­śmy? Do bur­delu. W noc po­ślubną! Ni­gdy, prze­ni­gdy nie opo­wia­da­łam tej hi­sto­rii, po­nie­waż za bar­dzo się wsty­dzi­łam.

Lu­dzie nie są w sta­nie so­bie wy­obra­zić, ja­kim czło­wie­kiem był Ike. A był kimś, kto za­raz po ce­re­mo­nii za­brał nowo po­ślu­bioną żonę na po­kaz seksu na żywo. Sie­dzia­łam tam, w tym plu­ga­wym miej­scu, zer­ka­jąc na Ike’a ką­tem oka, i za­sta­na­wia­łam się, czy to na­prawdę mu się po­doba i jak to moż­liwe. To wszystko było ta­kie ohydne. Męż­czy­zna na sce­nie był nie­atrak­cyjny i uda­wał im­po­tenta, a dziew­czyna…. Cóż, po­wiedzmy, że po­kaz miał bar­dziej gi­ne­ko­lo­giczny niż ero­tyczny cha­rak­ter. Przez cały czas czu­łam się źle i chciało mi się pła­kać, ale nie mia­łam wy­boru. Mu­sie­li­śmy cze­kać na Ike’a, a ten ba­wił się w naj­lep­sze.

To do­świad­cze­nie tak mną wstrzą­snęło, że mu­sia­łam je stłu­mić – po pro­stu je wy­ma­za­łam z pa­mięci. Za­nim wró­ci­li­śmy do Los An­ge­les, stwo­rzy­łam zu­peł­nie inny sce­na­riusz – fan­ta­zję o ro­man­tycz­nej ucieczce. Na­stęp­nego dnia chwa­li­łam się lu­dziom: „Wie­cie co? Och, Ike za­brał mnie do Ti­ju­any. Po­bra­li­śmy się wczo­raj!”. Wmó­wi­łam so­bie, że je­stem szczę­śliwa, i fak­tycz­nie przez krótki czas by­łam, bo za­mąż­pój­ście rze­czy­wi­ście coś dla mnie zna­czyło. Dla Ike’a była to po pro­stu ko­lejna trans­ak­cja: nic się nie zmie­niło.

A więc tam­ten ślub był kosz­ma­rem, ale dzień, w któ­rym zo­sta­łam żoną Er­wina Ba­cha, miał być speł­nie­niem ma­rzeń. Nie, na­wet nie to, ra­czej praw­dziwą bajką z księż­niczką, księ­ciem i zam­kiem! Na­szym zam­kiem, czyli Château Al­go­nquin nie­da­leko Zu­ry­chu, gdzie miesz­ka­li­śmy od pięt­na­stu lat. Tym ra­zem po­sta­no­wi­łam sama za­dbać o każdy szcze­gół. Ża­den or­ga­ni­za­tor we­sel nie byłby w sta­nie przy­go­to­wać tego, co so­bie wy­ma­rzy­łam. Może wy­da­wać się to sza­lone, że wzię­łam całą od­po­wie­dzial­ność na sie­bie, ale za wszelką cenę chcia­łam zre­ali­zo­wać swoje fan­ta­zje.

Lu­bię za­ła­twiać różne sprawy. Naj­pierw za­dzwo­ni­łam do mo­jego przy­ja­ciela Jeffa Le­athama, uzna­nego flo­ry­sty, z któ­rym współ­pra­co­wa­łam od lat, i po­pro­si­łam, aby ude­ko­ro­wał te­ren wo­kół zamku kwia­tami.

Ta naj­waż­niej­sza suk­nia ślubna już wi­siała w mo­jej sza­fie. Po­sta­no­wi­łam, że nie chcę wy­stą­pić w bieli, bo to nie był tylko mój dzień. Panny młode w oka­za­łych bia­łych suk­niach ślub­nych ścią­gają na sie­bie całą uwagę i nikt nie za­uważa pana mło­dego. Nie chcia­łam przy­ćmić Er­wina. To było święto dwóch osób. Od dzie­się­cio­leci no­szę kre­acje od Gior­gia Ar­ma­niego i od­kąd na jed­nym z po­ka­zów w Pe­ki­nie za­uwa­ży­łam tę wspa­niałą suk­nię z zie­lo­nej ta­fty i czar­nego tiulu je­dwab­nego, wy­sa­dzaną krysz­ta­łami Swa­ro­vskiego, nie mo­głam się jej oprzeć. Kiedy ją przy­mie­rzy­łam, przez chwilę na­prawdę czu­łam się jak Kop­ciu­szek na balu. Po­ko­cha­łam tę suk­nię tak bar­dzo, że po pro­stu mu­sia­łam ją mieć. „Choć­bym miała ni­gdy jej nie wło­żyć” – po­my­śla­łam. Ale w głębi serca wie­dzia­łam, że to bę­dzie moja suk­nia ślubna. Jak ciało więk­szo­ści ko­biet, moje rów­nież nie było ide­alne – krótka szyja i tu­łów, wy­datny biust i, jak to się mówi, „nie­młode” ra­miona – ale gdy ma­gicy Ar­ma­niego skoń­czyli prze­róbki, le­żała ide­al­nie. Wło­ży­łam do niej prze­świ­tu­jące czarne leg­ginsy, a wszystko uko­ro­no­wa­łam czar­nym we­lo­nem. Er­win na­zwał suk­nię (i mnie) dzie­łem sztuki.

Za­sta­na­wia­łam się, czy panna młoda musi mieć druhny. W tej kwe­stii rów­nież z ra­do­ścią ze­rwa­łam z tra­dy­cją. Mimo że mam kilka bli­skich przy­ja­ció­łek, nie chcia­łam, by w dniu ślubu ota­czały mnie ko­biety. Ich obec­ność przy­po­mnia­łaby mi o prze­szło­ści, o Ike’u i o wszyst­kich ko­bie­tach, które za­wsze się wo­kół niego krę­ciły, o jego dziew­czy­nach i przy­go­dach na jedną noc. Wtedy do­zna­łam olśnie­nia. Dzieci na­szych przy­ja­ciół by­łyby po­wie­wem świe­żo­ści, jak piękne kwiaty Jeffa Le­athama, więc dla­czego nie mia­łyby uczest­ni­czyć w ce­re­mo­nii? Za­pro­si­łam cztery uro­cze dziew­czynki i jed­nego chłop­czyka na to ważne dla nas wy­da­rze­nie i za­aran­żo­wa­łam spo­tka­nie z nimi w bu­tiku Gior­gia. Chcia­łam, żeby te małe kwia­tuszki miały tak fan­ta­zyjne su­kie­neczki jak moja, ale w in­nym ko­lo­rze. Ar­mani za­pro­jek­to­wał piękną su­kienkę w od­cie­niu li­lio­wego różu wprost dla mło­dej księż­niczki.

Er­win po­pro­sił swo­jego brata, Jür­gena Ba­cha, aby zo­stał jego drużbą, a ja zwró­ci­łam się z po­do­bną prośbą do Rhondy Graam, która od dawna była obecna w moim ży­ciu. Kiedy ją po­zna­łam w 1964 roku, była fanką Ike’a i Tiny, młodą dziew­czyną z Ka­li­for­nii, która ko­chała mu­zykę. Trzy­ma­łam ją bli­sko sie­bie jako przy­ja­ciółkę, po­wier­niczkę, asy­stentkę, me­ne­dżerkę tras kon­cer­to­wych przez pra­wie pięć­dzie­siąt lat i wspie­ra­ły­śmy się na­wza­jem w róż­nych sy­tu­acjach. Rhonda była moim łącz­ni­kiem z prze­szło­ścią, pod­czas gdy dzieci re­pre­zen­to­wały przy­szłość. „Coś sta­rego, coś no­wego” – po­my­śla­łam.

Er­win i ja sta­ran­nie spo­rzą­dzi­li­śmy li­stę go­ści: za­pro­si­li­śmy ro­dzinę i na­szych naj­bliż­szych przy­ja­ciół. Jak za­wsze prak­tyczny Er­win ostrzegł, że gdy po­ja­wią się znane oso­bi­sto­ści, na przy­kład Oprah i mój stary przy­ja­ciel Bryan Adams, trzeba bę­dzie za­dbać o ochronę, po­nie­waż ślub wzbu­dzi spore za­in­te­re­so­wa­nie. To ozna­czało, że mu­sia­łam zre­zy­gno­wać z wi­doku na Je­zioro Zu­ry­skie, po­nie­waż trzeba było usta­wić wy­soki czer­wony pa­ra­wan i ogra­ni­czyć wi­docz­ność od strony brzegu. Je­śli mie­li­by­śmy wi­dok na je­zioro, pa­pa­razzi mie­liby wi­dok na nas, a prze­cież chcie­li­śmy pry­wat­no­ści.

Jeff Le­atham prze­szedł sa­mego sie­bie. Spro­wa­dził z Ho­lan­dii w cię­ża­rów­kach chłod­niach po­nad sto ty­sięcy róż w od­cie­niach czer­wieni, różu, po­ma­rań­czy, żółci i bieli. Ni­gdy w ży­ciu nie wi­dzia­łam tak pięk­nych kwia­tów, a ich wspa­niały za­pach uno­sił się w po­wie­trzu. Przy­go­to­wa­nie kom­po­zy­cji kwia­to­wych za­jęło tro­chę czasu. Lu­dzie Jeffa ude­ko­ro­wali nimi cały te­ren, na­wet drzewa. Istne sza­leń­stwo. W na­szym domu nie dało się wtedy miesz­kać, więc prze­nie­śli­śmy się z Er­wi­nem do apar­ta­mentu w ho­telu Do­lder Grand w Zu­ry­chu, a ja co­dzien­nie po­ja­wia­łam się u nas, żeby spraw­dzać po­stępy prac. Do­szło do tego, że na samą myśl o ślu­bie czu­łam się zmę­czona i ma­rzy­łam, żeby wsko­czyć do sa­mo­chodu i uciec do Włoch na wcze­śniej­szy mie­siąc mio­dowy.

My­ślę, że wszy­scy na­rze­czeni spie­rają się przed ślu­bem – Er­win i ja po­kłó­ci­li­śmy się o po­godę.

– Schatzi – po­wie­dział, uży­wa­jąc nie­miec­kiego od­po­wied­nika słowa „ko­cha­nie” – a co, je­śli bę­dzie pa­dać? Mu­simy mieć plan B.

Prak­tyczne my­śle­nie mnie w tym przy­padku nie in­te­re­so­wało.

– Nie – od­par­łam. – Nie ma planu B. Ogród jest zbyt piękny. Nie ukryję go w na­mio­cie.

Spraw­dzi­li­śmy „Al­ma­nach Far­mera” i wy­bra­li­śmy od­po­wiedni dzień we­dług układu gwiazd, faz księ­życa i wszech­świata. Ale to nie wy­star­czyło Er­wi­nowi. Pod­czas usta­wia­nia kom­po­zy­cji kwia­to­wych we­szłam do ogrodu i zo­ba­czy­łam, że ktoś prze­my­cił tam ste­laż do na­miotu na wy­pa­dek desz­czu.

– Za­bierz­cie to – na­le­ga­łam. – Nie chcę na­miotu. Nie bę­dzie pa­dać!

Na­stępna prze­szkoda. Sie­dzia­łam so­bie wła­śnie, po­dzi­wia­jąc kwiaty i stoły – dwa­dzie­ścia szkla­nych sto­łów, każdy usta­wiony na an­tycz­nej ko­lum­nie – za­sta­wione por­ce­laną i moją ko­lek­cją krysz­ta­łów. Mi­nęli mnie pra­cow­nicy z du­żymi pa­ra­so­lami i za­częli je mon­to­wać. Wy­ja­śnili, że mają blo­ko­wać drony. Drony? Na moim ślu­bie? To zde­cy­do­wa­nie pro­blem lu­dzi XXI wieku! Wsta­łam i oznaj­mi­łam:

– Nie będę uczest­ni­czyć w tym we­selu. Wy­cho­dzę.

Nie wró­ci­łam, do­póki pa­ra­sole nie znik­nęły. Nic nie zruj­nuje mo­ich de­ko­ra­cji. Na­wet drony.

Tak jak prze­wi­dy­wa­łam, 21 lipca 2013 roku nie pa­dało. Ale po­goda miała pa­skudne po­czu­cie hu­moru i so­bie z nas za­żar­to­wała, po­nie­waż oka­zało się, że to naj­go­ręt­szy dzień w roku – re­kor­dowy skwar. Dla go­ści przy­go­to­wa­li­śmy pa­pie­rowe wa­chla­rze, na wy­pa­dek gdyby upał stał się zbyt uciąż­liwy. Za­wsze uwa­ża­łam, że od­po­wiedni wa­chlarz jest cho­ciaż odro­binę lep­szy niż ma­cha­nie menu lub czymś in­nym, co aku­rat jest pod ręką.

Pla­no­wa­li­śmy z Er­wi­nem przy­go­to­wać się w ho­telu, ale w ostat­niej chwili zde­cy­do­wa­li­śmy się spa­ko­wać suk­nię i gar­ni­tur, tak by móc ubrać się w domu. Tak się cie­szę, że to zro­bi­li­śmy, po­nie­waż w oto­cze­niu go­ści we­sel­nych, zwłasz­cza dzieci, zro­biło się bar­dziej od­święt­nie. Na koń­co­wym eta­pie po­mo­głam dzie­ciom z fry­zu­rami i su­kien­kami – bar­dzo się w to za­an­ga­żo­wa­łam – i wrę­czy­łam im spe­cjalne małe bran­so­letki od Car­tiera, które upa­mięt­niały tę oka­zję. Na­stęp­nie ode­sła­li­śmy dzieci do po­bli­skiego pen­sjo­natu, by tam po­cze­kały na roz­po­czę­cie ce­re­mo­nii. Ka­retą, która miała za­wieźć na­szego ma­łego księ­cia i księż­niczki do miej­sca, skąd wy­ru­szał or­szak we­selny, był dość nie­ty­powy biały rol­l­sroyce. Przód sa­mo­chodu był kla­syczny, ale tył przy­po­mi­nał pic­kupa – tam mo­gły usiąść dzieci. Ude­ko­ro­wa­li­śmy po­jazd gir­lan­dami.

W pew­nym mo­men­cie do­tarło do mnie, że nie uda mi się ni­czego zo­ba­czyć aż do roz­po­czę­cia ce­re­mo­nii.

– Wiesz co, ko­cha­nie? Smutno mi, że prze­ga­pię pierw­szą część i zo­ba­czę ją do­piero na zdję­ciach – po­wie­dzia­łam Er­wi­nowi.

Za­sta­na­wia­li­śmy się nad tym i zna­leź­li­śmy roz­wią­za­nie, żeby nic mnie nie omi­nęło. Od po­nad czter­dzie­stu lat je­stem bud­dys­tką i mam piękny po­kój mo­dli­tewny na pierw­szym pię­trze domu, gdzie co­dzien­nie re­cy­tuję man­try i mo­dlę się przy oł­ta­rzu but­su­dan. Po­miesz­cze­nie jest prze­szklone, z wi­do­kiem na te­ren przed do­mem. Usa­do­wi­łam się w ide­al­nym miej­scu, sie­dzia­łam ci­cho i pa­trzy­łam. Więk­szość lu­dzi uważa, że je­stem w cią­głym ru­chu: tań­czę na sce­nie, kro­czę po scho­dach, a na­wet zwi­sam z wieży Eif­fla. Ale na­uczy­łam się, że naj­waż­niej­sze chwile to te, gdy od­po­czy­wam, sie­dzę, me­dy­tuję czy kon­tem­pluję. Ob­ser­wo­wa­nie przez okno przy­by­wa­ją­cych go­ści uświa­do­miło mi, jak wiele dla mnie zna­czą i jak bar­dzo się cie­szę, że to­wa­rzy­szą nam w tym wy­jąt­ko­wym dniu.

A już tak mniej po­waż­nie, to mo­głam po pro­stu zo­ba­czyć, jak wspa­niale wy­glą­dali! Za­pro­sze­nie za­wie­rało rów­nież wy­mogi od­no­śnie do stroju – biała suk­nia dla ko­biet i smo­king dla męż­czyzn. Przy­znaję, że go­ści­nie w bia­łych suk­niach na we­selu to dość nie­ty­powy po­mysł, ale mia­łam swoje po­wody. Moja we­wnętrzna pro­jek­tantka pra­gnęła, aby róż­no­ko­lo­rowe stroje nie kon­ku­ro­wały z na­szymi sta­ran­nie do­bra­nymi de­ko­ra­cjami. Wie­dzia­łam też, że lu­dzie będą wy­glą­dać olśnie­wa­jąco w kla­sycz­nej czerni i bieli… i fak­tycz­nie tak było! Biel pięk­nie kon­tra­sto­wała z zie­le­nią ro­ślin i kwia­tami; ma­low­ni­czy wi­dok. Póź­niej kilka pań po­wie­działo: „Tina, trudno mi było zna­leźć su­kienkę, ale mia­łaś ra­cję”.

Po­do­bały mi się re­ak­cje go­ści, gdy zna­leźli się w ma­gicz­nym oto­cze­niu, które dla nich przy­go­to­wa­li­śmy: front domu ude­ko­ro­wano ogrom­nymi kwia­to­wymi boa, te­ren wo­kół wy­glą­dał ba­śniowo. Wy­ma­rzy­łam so­bie Raj­ski Ogród z ka­ska­dami kwia­tów i ścia­nami zie­leni i taki mia­łam. Jeff Le­atham zbu­do­wał na­wet ogromny ży­wo­płot ze stu czter­dzie­stu ty­sięcy ja­skra­wo­czer­wo­nych róż, co uzna­łam za ukłon w stronę mo­ich cha­rak­te­ry­stycz­nych czer­wo­nych ust. Spoj­rza­łam na to i po­wie­dzia­łam:

– To ja!

Je­stem uoso­bie­niem rock’n’rolla – Tina Tur­ner to rock’n’roll – i moje wy­stępy też mu­szą ta­kie być. Ale mam też drugą twarz. To Tina, która nosi ba­le­riny i perły, która wie­rzy w ele­gan­cję: w dniu ślubu chcia­łam mieć swój ogród, dom, go­ści i sie­bie w naj­lep­szym wy­da­niu. Kiedy zo­ba­czy­łam przy­ja­ciół krę­cą­cych się po ogro­dzie z kie­lisz­kiem szam­pana, mia­łam wra­że­nie, że oglą­dam Wiel­kiego Gatsby’ego.

W końcu mu­sia­łam odejść od okna i wło­żyć su­kienkę. O wy­zna­czo­nej go­dzi­nie za­je­chał przy­stro­jony sa­mo­chód z naj­cen­niej­szym ła­dun­kiem, czyli dziećmi. Roz­pro­mie­nieni oj­co­wie po­mo­gli im wy­siąść i usta­wili w or­szaku we­sel­nym. Wi­dok pod­eks­cy­to­wa­nych dzieci był naj­pięk­niej­szy. Star­sze dziew­czynki su­nęły głów­nym przej­ściem, prak­tycz­nie tań­cząc. Naj­młod­sza, anio­łek z dłu­gimi blond lo­kami, le­dwo po­tra­fiła wy­cią­gnąć płatki róż z ko­szyka. Nasz przy­stojny chło­pak był słodki i nie­śmiały. I tak po­ważny, że wy­wo­ły­wał uśmiech na twa­rzach obec­nych. Dzieci pod­biły serca go­ści.

Er­win, który jest pa­sjo­na­tem mo­to­ry­za­cji i wie o sa­mo­cho­dach wszystko, zde­cy­do­wał, że przy­je­dziemy moim czar­nym ka­brio­le­tem rol­l­sroyce’em. On kie­ro­wał, a ja jak zwy­kle sie­dzia­łam obok. W ogóle się nie de­ner­wo­wa­łam, by­łam po pro­stu szczę­śliwa. Jak mo­że­cie się do­my­ślić, grun­tow­nie prze­my­śle­li­śmy rów­nież kwe­stię mu­zyki. Oka­zuje się, że słowa pio­senki My Way Franka Si­na­try ide­al­nie od­dają, jak wy­glą­dało moje ży­cie: The re­cord shows I took the blows / And did it my way*.

Wła­śnie jej po­trze­bo­wa­łam! Gdy do­je­cha­li­śmy, pio­senka do­tarła do dra­ma­tycz­nego punktu kul­mi­na­cyj­nego i był to bar­dzo wzru­sza­jący mo­ment za­równo dla nas, jak i na­szych bli­skich.

Kro­czy­li­śmy alejką do dźwię­ków mu­zyki na­szego przy­ja­ciela Bry­ana Adamsa, który grał na gi­ta­rze i śpie­wał swoją ro­man­tyczną bal­ladę All for One. W tej pio­sence tkwi piękno i moc przy­sięgi. Przy­sięgi mał­żeń­skiej. Let’s make it all for one and all for love** – śpie­wał Bryan, a na ko­niec do niego do­łą­czy­łam. Nie mo­głam się oprzeć.

Ce­re­mo­nia była tra­dy­cyjna, z kil­koma ak­cen­tami w stylu Tiny. Za ple­cami urzęd­nika udzie­la­ją­cego nam ślubu znaj­do­wała się ściana z bia­łych, żół­tych, po­ma­rań­czo­wych i ró­żo­wych róż, które ukła­dały się w piękny wzór drzewa ży­cia sym­bo­li­zu­ją­cego wie­dzę, kre­atyw­ność i nie­śmier­tel­ność. Nasi dro­dzy przy­ja­ciele opo­wie­dzieli tro­chę o na­szym związku. Kilka ty­go­dni wcze­śniej, do­kład­nie 4 lipca, w trak­cie ślubu cy­wil­nego w Zu­ry­chu Er­win i ja wy­mie­ni­li­śmy się ob­rącz­kami z ró­żo­wego złota (z wy­gra­we­ro­wa­nymi li­te­rami T i E), a więc tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, by­li­śmy już mał­żeń­stwem. Ale to co in­nego świę­to­wać w oto­cze­niu od­da­nych i za­chwy­co­nych go­ści, któ­rzy cią­gle się uśmie­chają. Byli tacy szczę­śliwi i pod­eks­cy­to­wani. Pa­trzyli na nas, jak­by­śmy sta­no­wili cen­trum wszech­świata, i po­do­bało mi się to! Po sło­wach „Z bo­żym bło­go­sła­wień­stwem mo­żesz po­ca­ło­wać pannę młodą” zo­sta­li­śmy parą pod każ­dym wzglę­dem, parą, która zło­żyła so­bie zo­bo­wią­za­nie.

Po ce­re­mo­nii i przy­ję­ciu gra­tu­la­cji od wszyst­kich ze­bra­li­śmy się na scho­dach, by za­po­zo­wać do zdjęć. To wła­śnie wtedy po­czu­łam się tro­chę dziw­nie. „To pew­nie upał” – po­my­śla­łam. Albo su­kienka, która z mi­nuty na mi­nutę cią­żyła mi co­raz bar­dziej. Pró­bo­wa­łam zi­gno­ro­wać swój stan, do­póki mo­głam, a po­tem uda­łam się z Rhondą do domu. Sie­dzia­łam w ja­dalni przez około pół go­dziny, pró­bo­wa­łam dojść do sie­bie i mo­dli­łam się, żeby mi prze­szło. Nie chcia­łam prze­ga­pić ani chwili ze swo­jego we­sela, a oto sie­dzia­łam na krze­śle, za­sta­na­wia­jąc się, kiedy po­czuję się na tyle do­brze, by do­łą­czyć do go­ści. W końcu na­pę­dzana je­dy­nie siłą woli wsta­łam i wy­szłam na ze­wnątrz. Nie chcia­łam roz­trzą­sać tego, co się stało, więc po pro­stu ode­pchnę­łam te my­śli i sku­pi­łam się na przy­ję­ciu.

Lu­bię ostre i eg­zo­tyczne po­trawy, więc ta­kie wła­śnie po­da­li­śmy – cien­kie pla­stry wo­ło­winy z ko­len­drą i wa­rzy­wami, tom yum kung, czyli taj­ską ostro­kwa­śną zupę, oraz wiele in­nych pysz­nych i pięk­nie po­da­nych dań. W pew­nym mo­men­cie usły­sza­łam, jak Oprah mówi:

– Hmmm… Nie wiem, co to jest, ale jest na­prawdę do­bre!

Dzieci miały swój mały baj­kowy stół pod drze­wem. Za­miast tra­dy­cyj­nego tortu wy­bra­li­śmy wspa­niałą pół­to­ra­me­trową wieżę z mi­nia­tu­ro­wych tart – owoce, śmie­tana, mar­ce­pan, czyli speł­nie­nie ma­rzeń dla mnie i każ­dego, kto lubi sło­dy­cze.

Zor­ga­ni­zo­wa­nie we­sela za­jęło mi wiele mie­sięcy i do­pil­no­wa­łam naj­drob­niej­szych szcze­gó­łów, ale i tak cze­kały mnie dwie nie­spo­dzianki. Pod­czas ko­la­cji ka­zano nam spoj­rzeć w niebo. Nad dom nad­le­ciał śmi­gło­wiec i na­gle za­czął pa­dać deszcz płat­ków róż! Przy­go­to­wali to dla nas przy­ja­ciele i było to bar­dzo ro­man­tyczne.

Ale to Er­win ob­my­ślił naj­więk­szą atrak­cję wie­czoru. Nie wiem, jak to zro­bił, bo ge­ne­ral­nie jest ra­czej ci­chy i po­wścią­gliwy. On i jego przy­ja­ciele wy­szli przed tłum z som­brero na gło­wach, ni­czym ma­ria­chi. Usie­dli, roz­le­gła się mu­zyka i na­gle bach! Wszy­scy pod­sko­czyli i za­częli tań­czyć z gi­ta­rami. Oczy­wi­ście tylko uda­wali, że grają, ale skoczna mu­zyka i ich ener­giczne ru­chy po­rwały go­ści. Wszy­scy się roz­pro­mie­nili. Mu­szę to od­dać Er­wi­nowi: je­stem ar­tystką, ale to on skradł całe show. To ten mo­ment lu­dzie przy­wo­łują, kiedy wspo­mi­nają ślub Tiny i Er­wina.

Kiedy wszy­scy wy­szli, uda­łam się nad je­zioro i usia­dłam przy jed­nym ze sto­li­ków. By­łam wy­czer­pana, piękna su­kienka mnie uwie­rała, cie­szy­łam się, że mogę zdjąć buty, od­po­cząć i de­lek­to­wać się ci­szą. Spoj­rza­łam na ude­ko­ro­wany dom, piękny, po pro­stu taki, jak chcia­łam. Po­tem unio­słam głowę. Bóg za­pew­nił nam bez­chmurne niebo i naj­wspa­nial­szy księ­życ, któ­rego blask oświe­tlał ogród. Kiedy wpa­try­wa­łam się w księ­życ, wy­da­wało się, że spo­gląda wprost na mnie, bło­go­sła­wiąc mój zwią­zek z Er­wi­nem. To było ma­giczne. Wie­dzia­łam, że na moim ślu­bie nie bę­dzie pa­dać, po­nie­waż kto­kol­wiek cier­piał tak długo jak ja, za­słu­guje na ja­kąś na­grodę. Przy każ­dej rze­czy, którą zro­bi­łam, każ­dym wy­bo­rze, któ­rego do­ko­na­łam – w dniu ślubu i w moim ży­ciu – kie­ro­wa­łam się in­stynk­tem i oka­zało się, że tak wła­śnie miało być. Pra­co­wa­łam przez całe ży­cie. Ni­czego nie otrzy­ma­łam za darmo. Po tylu la­tach cięż­kiej pracy i, nie ukry­wajmy, trud­nych do­świad­cze­niach pra­gnę­łam żyć chwilą z Er­wi­nem i każ­dego dnia bu­dzić się bez zmar­twień, nie­do­stat­ków i ter­mi­na­rza. Po­my­śla­łam, że osią­gnę­łam nir­wanę. To kom­pletne szczę­ście, gdy ni­czego się nie pra­gnie. Wspa­niale zna­leźć się w ta­kim miej­scu.

Trzy mie­siące póź­niej obu­dzi­łam się na­gle spa­ni­ko­wana. Po­czu­łam się, jakby pio­run ra­ził mnie w głowę i prawą nogę. Coś dziw­nego działo się z mo­imi ustami, przez co nie mo­głam po­pro­sić Er­wina o po­moc. Po­dej­rze­wa­łam, że nie jest do­brze, ale było go­rzej, niż so­bie wy­obra­ża­łam.

Do­sta­łam udaru.

* Hi­sto­ria świad­kiem, przy­ją­łem cięgi / Ale zro­bi­łem to po swo­jemu.** Wszy­scy za jed­nego, a wszystko dla mi­ło­ści.

2.Back Where You Star­tedDo punktu wyj­ścia

Who’s go­ing to help ya,

throw you a li­fe­line?

*

Kto ci po­może,

kto rzuci ci linę?

Sie­dzę na dia­li­zie w szpi­talu w szwaj­car­skim Zol­li­kon, je­dy­nie dzie­sięć mi­nut od mo­jego domu, i pró­buję igno­ro­wać śmierć, która kle­pie mnie po ra­mie­niu i mówi:

– Tina… Tina, to ja.

De­spe­racko sta­ram się ra­to­wać zdro­wie albo to, co z niego po­zo­stało, gdy moje nerki utra­ciły 95 pro­cent zdol­no­ści fil­tra­cyj­nej. Cze­kam nie­cier­pli­wie, aż mój or­ga­nizm się wzmocni i będę mo­gła spró­bo­wać ostat­niego moż­li­wego roz­wią­za­nia – po­ten­cjal­nie ra­tu­ją­cego ży­cie prze­szczepu nerki.

Po­my­śli­cie pew­nie: „Ale za­raz, o co cho­dzi, prze­cież do­sta­łaś udaru”.

Ko­chani, ja też nie wiem, o co cho­dzi. Przez ko­lejne cztery lata od ślubu moje ży­cie przy­po­mi­nało jazdę ko­lejką gór­ską i na­wet ja nie po­tra­fię po­ła­pać się w tych zdro­wot­nych ka­ta­stro­fach. Nad­ci­śnie­nie. Udar. Rak je­lit. Nie! Nie! Cze­goś bra­kuje. Nad­ci­śnie­nie, udar, za­wroty głowy czy Schwin­del, jak to na­zy­wają w Szwaj­ca­rii, po­tem rak je­lit. I te­raz nie­wy­dol­ność ne­rek. Aby prze­trwać to, co na mnie spa­dło, po­trze­buję cze­goś wię­cej niż przy­sło­wio­wych dzie­wię­ciu żyć.

Mu­szę zgła­szać się do szpi­tala kilka razy w ty­go­dniu. Er­win, który jest bar­dzo za­tro­skany i opie­kuń­czy, dba o sys­te­ma­tycz­ność wi­zyt. W dni, kiedy udaję się na za­biegi, par­kuje przed Château Al­go­nquin do­kład­nie o tej sa­mej go­dzi­nie i w taki spo­sób, że mogę zejść ze scho­dów i wsiąść od razu do sa­mo­chodu. Jest dżen­tel­me­nem i otwiera mi drzwi. Na­stęp­nie je­dziemy do ma­łej pie­karni w Küsnacht, nie­da­leko sta­cji ko­le­jo­wej. Zo­staję w sa­mo­cho­dzie, żeby nikt mnie nie roz­po­znał, a Er­win spie­szy po tra­dy­cyjne szwaj­car­skie wy­pieki. Bę­dziemy mieli coś do­brego do je­dze­nia na naj­bliż­szy czas, który bę­dzie się dłu­żył.

Wy­prawa do szpi­tala to za­wsze pełna na­pię­cia gra w cho­wa­nego. Ja­koś udało nam się przez kilka lat utrzy­mać w ta­jem­nicy moją po­ważną cho­robę. Udało się, po­nie­waż miesz­kamy w Szwaj­ca­rii, gdzie lu­dzie bar­dziej po­tra­fią usza­no­wać czy­jąś pry­wat­ność niż w in­nych kra­jach. Opra­co­wa­li­śmy z Er­wi­nem do­kładny spo­sób dzia­ła­nia, dzięki któ­remu nikt nas nie roz­po­zna, zwłasz­cza w szpi­talu, gdzie by­ła­bym ła­twym łu­pem dla pa­pa­razzi.

Kiedy przy­jeż­dżamy, Er­win par­kuje przed tyl­nym wej­ściem. Stam­tąd mamy rzut be­re­tem do sali dia­liz. Zwy­kle zimą no­szę czarną pe­le­rynkę albo gruby płaszcz z dużą czapką, aby się w ten spo­sób za­ka­mu­flo­wać. Idziemy w mil­cze­niu, żeby nikt mnie nie usły­szał i nie zo­rien­to­wał się, że mó­wię po an­giel­sku. Ina­czej prze­chod­nie mo­gliby mnie roz­po­znać, zro­bić zdję­cie i sprze­dać je me­diom.

Nie przy­dzie­lono mi pry­wat­nego po­koju – zi­ry­to­wa­łoby mnie, gdyby tak zro­biono, bo ni­gdy nie za­cho­wy­wa­łam się jak diwa. Chcę być le­czona jak każdy inny pa­cjent, nie po­trze­buję wy­róż­nie­nia tylko dla­tego, że mia­łam tro­chę wię­cej szczę­ścia w ży­ciu. Le­ka­rze trak­tują mnie ulgowo, bo tak jak ja chcą unik­nąć fo­to­re­por­te­rów. Je­śli to moż­liwe, moje wi­zyty od­by­wają się, gdy nie ma zbyt wielu pa­cjen­tów, a pie­lę­gniarki za­sła­niają mnie pa­ra­wa­nem.

Sta­ram się, aby czas, który spę­dzam w fo­telu, był jak naj­przy­jem­niej­szy. Kiedy mogę, jem za­ku­pione przez Er­wina wy­pieki i czy­tam. O dziwo, za każ­dym ra­zem biorę ze sobą te same trzy książki: Księgę se­kre­tów De­epaka Cho­pry, Bo­ską ko­me­dię Dan­tego oraz al­bum z fo­to­gra­fiami nie­zwy­kłego Hor­sta P. Hor­sta. Coś dla du­cha, coś dla ro­zumu i coś dla zmy­słów. Te po­zy­cje ni­gdy mnie nie mę­czą, po­bu­dzają do my­śle­nia i wy­wo­łują we mnie emo­cje. Czę­sto do nich wra­cam po in­spi­ra­cję i po­cie­sze­nie.

Dzień po dniu od­pra­wiam te ry­tu­ały, gdy czysz­czą mi krew. Czy­tam, śpię, bu­dzę się, pod­daję się bie­gowi wy­pad­ków. My­ślę o Er­wi­nie. Wspo­mi­nam zmarłą matkę, sio­stry, dzieci, wła­sne dzie­ciń­stwo. Co cie­kawe, my­ślę o Ike’u. Po­wta­rzam so­bie, że skoń­czy­łam z tym wszyst­kim, ale on znowu się po­ja­wia, do­maga się uwagi. Po­now­nie ana­li­zuję nasz po­czą­tek, złe chwile, de­cy­zję o odej­ściu i roz­po­czę­ciu no­wego ży­cia. Wiele z tych my­śli kłę­biło się w mo­jej gło­wie już wcze­śniej, ale ni­gdy nie były tak na­tar­czywe. Tym ra­zem za­daję so­bie py­ta­nia i szu­kam od­po­wie­dzi. W ob­li­czu wła­snej śmierci ina­czej się po­strzega ży­cie.

Jak z baj­ko­wego ślubu w château nad Je­zio­rem Zu­ry­skim tra­fi­łam na fo­tel w sali dia­liz? To długa hi­sto­ria. Jak z Nut­bush w Ten­nes­see tra­fi­łam do tego château? To jesz­cze dłuż­sza hi­sto­ria. Przy­kuta do apa­ra­tury wi­dzę wszystko przez pry­zmat śmier­tel­no­ści. Mam mnó­stwo czasu. Czasu, by my­śleć o prze­szło­ści, co ona dla mnie te­raz ozna­cza i – naj­waż­niej­sze py­ta­nie – czy czeka mnie ja­kaś przy­szłość.

Uwa­żam, że aby na­prawdę po­znać moją hi­sto­rię, mu­si­cie wie­dzieć, skąd po­cho­dzę i z czego się wy­rwa­łam. Moja walka za­częła się już w dniu na­ro­dzin, 26 li­sto­pada 1939 roku, kiedy przy­szłam na świat jako Anna Mae Bul­lock. Od tam­tej pory całe ży­cie wal­czy­łam o prze­trwa­nie w opa­rach złej karmy. Ja­kie to uczu­cie być nie­chcia­nym dziec­kiem? Jak wy­glą­dało ży­cie tego dziecka? Jak to dziecko zwy­cię­żyło mimo tylu prze­ciw­no­ści?

Opo­wiem wam o tym.

Pierw­sze lata mo­jego ży­cia to­nęły w mroku, z winy ko­goś, kogo bar­dziej nie było, niż był: mo­jej matki, Ze­lmy Cur­rie Bul­lock, którą na­zy­wa­li­śmy Muh, od pierw­szej sy­laby słowa mo­ther – matka. Była ze­psutą małą dziew­czynką, która wy­ro­sła na ze­psutą ko­bietę. Miała trzech braci, ale to ją ta­tuś fa­wo­ry­zo­wał i za­chę­cał do wy­cią­ga­nia ręki po wszystko, o czym tylko za­ma­rzyła. Tym czymś był rów­nież mój oj­ciec, Floyd Ri­chard Bul­lock. Ukra­dła go in­nej dziew­czy­nie tylko dla­tego, że mo­gła. W ten spo­sób się zwią­zali, cho­ciaż ni­gdy nie po­winno do tego dojść. Ich mał­żeń­stwo od sa­mego po­czątku było po­lem bi­twy, od na­ro­dzin ich pierw­szego dziecka, mo­jej sio­stry Al­line. Po­tem, kiedy wresz­cie Muh zde­cy­do­wała, że po­winni się raz na za­wsze roz­stać, do­wie­działa się, że jest w ciąży ze mną, i zo­stała.

Moja matka ro­dziła dzieci, ale tak na­prawdę ni­gdy ich nie chciała, a szcze­gól­nie ta­kiego ha­ła­śli­wego dziecka jak ja. Bar­dzo róż­ni­ły­śmy się z Al­line. Ja by­łam chłop­czycą, za­wsze w ru­chu i ro­bi­łam wszystko, co się dało, by Muh zwró­ciła na mnie uwagę. Na­wet jako dziecko, kiedy wi­dzia­łam, jak trak­tuje moją sio­strę, do­strze­ga­łam róż­nicę. Gła­skała Al­line z czu­ło­ścią po twa­rzy, a ja my­śla­łam: „To miło”, bo ko­cha­łam sio­strę. Ale jed­no­cze­śnie chcia­łam, by matka też mnie tak trak­to­wała. Gdy Muh cze­sała Al­line, de­li­kat­nie gła­dziła jej mięk­kie i je­dwa­bi­ste włosy. Kiedy przy­szła moja ko­lej, nie­cier­pli­wie szar­pała mnie za kę­dziory, bo były nie­sforne i dużo trud­niej­sze do roz­cze­sa­nia. A może po pro­stu cho­dziło o to, że są moje.

Nie ka­rała też Al­line ró­zgą tak mocno jak mnie, po­nie­waż sio­stra za­cho­wy­wała się le­piej. W oczach Muh by­łam zbyt ży­wio­łowa. Albo wpa­da­łam w kło­poty, albo sta­no­wi­łam dla niej pro­blem, więc cią­gle mia­łam wra­że­nie, że ucie­kam przed nią i jej ró­zgą – a to cho­wa­jąc się pod łóż­kiem, a to wspi­na­jąc się na drzewo, gdzie­kol­wiek, byle nie sły­szeć świ­stu tego pa­tyka z twardą koń­cówką, który kłuł i z trza­skiem ude­rzał w skórę.

Wie­dzia­łam, że moja matka mnie nie ko­cha. Te­raz się za­sta­na­wiam, czy ko­chała ko­go­kol­wiek poza sobą i może Al­line. Nie ko­chała mo­jego ojca. Moje pierw­sze wspo­mnie­nia ro­dzi­ców to ich kłót­nie. Mimo że Muh nie wie­działa, jak się za­koń­czą, po­tra­fiła wy­trzy­mać każdą sprzeczkę. Była silną, nie­ustra­szoną ko­bietą, która umiała o sie­bie za­dbać. Sia­dała przy oknie na stołku i za­sta­na­wiała się, jak wy­brnąć z sy­tu­acji. Kiedy miała dość, po pro­stu wy­cho­dziła, nie dba­jąc o to, kogo lub co zo­sta­wia za sobą.

Mia­łam je­de­na­ście lat, kiedy nas opu­ściła. To był 1950 rok, ale z Al­line do­świad­czy­ły­śmy już wcze­śniej ta­kiej sy­tu­acji, bo w trak­cie dru­giej wojny świa­to­wej nasi ro­dzice prze­pro­wa­dzili się pięć go­dzin drogi od Nut­bush w po­szu­ki­wa­niu le­piej płat­nej pracy. Czę­sto ich jed­nak od­wie­dza­ły­śmy, a w końcu sami wró­cili. Za dru­gim ra­zem wy­glą­dało to tro­chę ina­czej. By­łam na­sto­latką, wraż­liwą i skom­pli­ko­waną. Szkoła była trudna. Ży­cie było trudne. Och, jak bar­dzo po­trze­bo­wa­łam matki! Bie­ga­łam po domu w pa­nice, szu­ka­jąc jej. Za­glą­da­łam do skrzynki pocz­to­wej w na­dziei na list od niej. Ale oczy­wi­ście nie mo­gła pi­sać, po­nie­waż oj­ciec do­wie­działby się, gdzie prze­bywa. A kiedy w końcu się do­wie­dział, że mieszka w St. Lo­uis, wy­słał mnie i Al­line do niej, li­cząc, że na nasz wi­dok ze­chce wró­cić do domu.

– Chodź tu, ko­cha­nie – po­wie­działa ła­god­nie, kiedy mnie zo­ba­czyła.

„Ja­kim pra­wem mówi do mnie ko­cha­nie?” – za­sta­na­wia­łam się. Kiedy Muh pró­bo­wała być miła, nie wie­rzy­łam jej. Nie mo­głam jej uwie­rzyć. Bez­piecz­niej było za­cho­wać dy­stans. Matka ni­gdy nie wró­ciła, a ja sta­ra­łam się jej nie od­wie­dzać.

Pa­trząc z per­spek­tywy czasu na na­szą re­la­cję, zdaję so­bie sprawę, że przez całe ży­cie by­ły­śmy albo z dala od sie­bie, albo w kon­flik­cie. Ale to nie prze­szko­dziło mi być do­brą córką i opie­ko­wać się nią po tym, jak od­nio­słam suk­ces i za­ro­bi­łam pie­nią­dze. Za­dba­łam o to, by miała ładny dom i ładne rze­czy, bez względu na nie­po­ro­zu­mie­nia mię­dzy nami. Kiedy pod ko­niec lat osiem­dzie­sią­tych miesz­ka­łam w Lon­dy­nie, uda­łam się do wróżki.

– Matka nie chciała cię po two­ich na­ro­dzi­nach i wie­dzia­łaś o tym, kiedy by­łaś jesz­cze w jej ło­nie – po­wie­działa. Po­twier­dziła więc to, co za­wsze czu­łam w dzie­ciń­stwie.

Kiedy prze­ka­za­łam Muh, co usły­sza­łam, roz­pła­kała się. Pró­bu­jąc się bro­nić (cho­ciaż nie było jak), od­parła:

– Ura­to­wa­łam ci ży­cie.

Miała na my­śli pewną sy­tu­ację, kiedy kłó­ciła się z moim oj­cem i zro­biła coś, żeby ochro­nić mnie przed ude­rze­niem. Nie po­zo­sta­łam jej dłużna.

– Za­łożę się, że cie­szysz się z tego, bo spójrz, gdzie te­raz je­steś – od­par­łam. Bo Muh przede wszyst­kim cie­szyła się z po­zy­cji, którą zy­skała jako matka Tiny Tur­ner. Chcia­łam, żeby wie­działa, że „ra­tu­jąc” mnie, tak na­prawdę ura­to­wała sie­bie.

My­ślę, że uro­dzi­łam się bud­dys­tką, bo to cud, że się nie pod­da­łam. Mimo braku sta­bi­li­za­cji i ca­łego bólu, któ­rego do­świad­czy­łam, a zwłasz­cza trud­nej re­la­cji z matką, na­dal by­łam szczę­śli­wym, bez­tro­skim i opty­mi­stycz­nym dziec­kiem i za­cho­wa­łam taką po­stawę przez całe ży­cie. Lu­dzie py­tają mnie: „Skąd bie­rzesz siłę?”. Od­po­wia­dam, że się z nią uro­dzi­łam. Za­wsze by­łam silna i nie­za­leżna. Zma­ga­łam się z prze­ciw­no­ściami, ale otrzy­ma­łam też za­soby, żeby je prze­zwy­cię­żyć. W każ­dej sy­tu­acji po­tra­fi­łam zna­leźć coś do­brego.

Po­do­bało mi się do­ra­sta­nie w Nut­bush, ma­łym mia­steczku przy dro­dze sta­no­wej nu­mer 19 w Ten­nes­see. Tam wszystko działo się bar­dzo szybko. Ni­czego bym nie zmie­niła, poza pracą na po­lach ba­wełny, któ­rej nie­na­wi­dzi­łam. Nie, dzię­kuję, obe­szła­bym się bez tego. Czu­li­śmy się do­brze w na­szym ma­łym, wą­skim domku. Był par­te­rowy z prze­chod­nimi po­ko­jami, tak jak to się bu­duje na po­łu­dniu Sta­nów (mó­wiło się, że sto­jąc w wej­ściu, można strze­lić w drzwi od ogrodu). Nie by­li­śmy biedni jak nie­któ­rzy. Mie­li­śmy duży i gę­sto ob­sa­dzony ogród, więc do­brze ja­da­li­śmy. Na­le­że­li­śmy do tęt­nią­cej ży­ciem wspól­noty skła­da­ją­cej się z ro­dziny i przy­ja­ciół. Wszy­scy ciężko pra­co­wali, po­tem mocno im­pre­zo­wali, a w nie­dziele cho­dzili do ko­ścioła.

Mia­łam dwie bab­cie: matkę mo­jego ojca, Ro­xannę Bul­lock, która była bar­dzo su­rowa, i matkę mo­jej matki, Geo­r­gie Cur­rie, która była miła i roz­ryw­kowa. Nie­wąt­pli­wie wo­la­łam spę­dzać czas z Mamą Geo­r­gie. W jej domu pa­no­wała ra­do­sna i we­soła at­mos­fera, na­to­miast u Mamy Ro­xanny wszystko od­by­wało się we­dług su­ro­wych re­guł.

Bar­dzo mi się po­do­bało wiej­skie ży­cie i wtedy na­uczy­łam się nie­za­leż­no­ści. Mój oj­ciec był za­rządcą farmy, ro­dzice zo­sta­wiali mnie samą w domu i szli pra­co­wać w polu. By­łam dziec­kiem i cho­ciaż po­trze­bo­wa­łam krze­sła, by się­gnąć po szklankę mleka i prze­ką­skę, po­tra­fi­łam wy­naj­dy­wać so­bie za­bawy, choć nie za­wsze naj­mą­drzej­sze. Gdy wi­dzia­łam drzewo, wspi­na­łam się na nie bez obawy, że spadnę. Cią­gnęło mnie do rze­czy eks­cy­tu­ją­cych i nie­bez­piecz­nych. Ry­zy­ko­wa­łam i kilka razy spoj­rza­łam śmierci w twarz.

Naj­wy­raź­niej na każ­dej far­mie znaj­duje się koń, który nie lubi dzieci. Po­wie­dziano nam, że­by­śmy trzy­mali się od niego z da­leka, ale pew­nego dnia nie chciało mi się już ba­wić sa­mej i po­sta­no­wi­łam po­biec na prze­łaj do babci. Wpa­dło mi do głowy, że mo­gła­bym prze­mknąć obok tego pa­skud­nego ko­nia. Otwo­rzy­łam ci­cho drzwi – ale wie­cie, że te zwie­rzęta mają świetny słuch. Usły­szał moje małe kroki i ru­szył za mną.

Nie mia­łam da­leko do domu Mamy Geo­r­gie, ale ma­łej dziew­czynce, którą goni roz­ju­szone zwie­rzę, dy­stans wy­da­wał się ogromny. Udało mi się z krzy­kiem do­trzeć do ogro­dze­nia, ale koń był tuż za mną i miał mnie wła­śnie stra­to­wać. Na­gle je­den z na­szych ko­złów ru­szył w stronę ko­nia, od­wra­ca­jąc jego uwagę gło­śnym be­cze­niem, jak w kre­skówce Di­sneya. Ku­zynka Mar­ga­ret zła­pała mnie w ostat­niej chwili i od­cią­gnęła w bez­pieczne miej­sce. Nie wiem, co oj­ciec zro­bił z ko­niem, ale ten ko­zioł stał się moim bo­ha­te­rem. Za­wsze uwa­ża­łam, że ura­to­wał mi ży­cie.

Po­mimo ta­kich sy­tu­acji i tak naj­szczę­śliw­sza by­łam na dwo­rze. Dzieci, które mają trudne ży­cie, po­tra­fią się do­sto­so­wać. Znaj­dują coś, co po­maga im prze­trwać. Ni­gdy nie sie­dzia­łam w domu, zwie­dza­łam, ba­wi­łam się na po­bli­skich pa­stwi­skach, po­lach i w ogro­dach, ob­ser­wu­jąc zwie­rzęta i pa­trząc w niebo. At­mos­fera w domu, zwłasz­cza gdy prze­by­wała w nim matka, sta­wała się nie­przy­jemna, a po jej odej­ściu zro­biło się po pro­stu smutno. Na­tura była moim azy­lem, świa­tem mi­ło­ści i har­mo­nii. Na­wet gdy czu­łam się zra­niona i wście­kła, zmie­niało się to na ło­nie na­tury. „Gdzie by­łaś cały dzień?” – sły­sza­łam, kiedy wra­ca­łam do domu roz­ma­rzona i roz­czo­chrana. Gdzie by­łam? W żad­nym kon­kret­nym miej­scu, po pro­stu prze­by­wa­nie na ze­wnątrz po­pra­wiało mi na­strój.

Czego nie można po­wie­dzieć o cho­dze­niu do szkoły. Po­dob­nie jak inne wiej­skie pla­cówki w tam­tym cza­sie, szkoła Flagg Grove w Nut­bush mie­ściła się w cha­łu­pie z jedną izbą, w któ­rej jed­no­cze­śnie uczyły się trzy klasy. Nie by­łam do­brą uczen­nicą, więc ba­łam się wy­wo­ła­nia do ta­blicy. Pew­nego dnia na­uczy­ciel ka­zał mi roz­wią­zać ja­kieś rów­na­nie. Ogar­nęła mnie pa­nika. Wy­stra­szy­łam się, bo nie mia­łam po­ję­cia, jak to zro­bić. Pa­mię­tam, że pa­dłam na pod­łogę, za­czę­łam wierz­gać i pła­kać, po­nie­waż wszyst­kie oczy były zwró­cone na mnie i obecni do­wie­dzie­liby się, że nie znam od­po­wie­dzi.

Z per­spek­tywy czasu stwier­dzam, że na­uczy­ciel po­wi­nien był in­ter­we­nio­wać, ale nie wiem na­wet, czy wtedy kto­kol­wiek zda­wał so­bie sprawę, że dzieci mogą mieć trud­no­ści z ucze­niem się, a ja na pewno by­łam ta­kim wła­śnie dziec­kiem. Czu­łam się cał­ko­wi­cie sa­motna, bez­radna i za­że­no­wana. W tam­tym cza­sie nie uży­ła­bym słowa „za­że­no­wana”. Po­wie­dzia­ła­bym ra­czej „za­wsty­dzona”. Za­wsty­dzona, że stoję przed tymi wszyst­kimi dziećmi, po­tem upa­dam, a przez łzy wi­dzę liczby nie­wy­raź­nie. Mój mózg pew­nych rze­czy nie po­tra­fił. Uzna­łam, że je­stem nie­mą­dra, i cier­pia­łam, po­nie­waż wie­rzy­łam, że mu­szę ukry­wać swoją głu­potę przed ro­dziną i przy­ja­ciółmi, a kiedy do­ro­słam – przed mo­imi współ­pra­cow­ni­kami i me­ne­dże­rami.

Moje na­sta­wie­nie z cza­sem się zmie­niło, w miarę jak zy­ski­wa­łam wie­dzę o pro­ble­mie, a le­ka­rze wy­ja­śnili mi, dla­czego na­uka spra­wiała mi trud­no­ści. Miało to coś wspól­nego z pła­tem czo­ło­wym. Część mo­jego mó­zgu od­po­wie­dzialna za kre­atyw­ność pra­co­wała po­nad normę, ale nie bę­dzie mi dane opa­no­wać do­brze li­cze­nia i czy­ta­nia. Prze­zwy­cię­ży­łam po­czu­cie nie­udol­no­ści, które to­wa­rzy­szyło mi przez cały ży­cie, po tym jak księż­niczka Be­atrice, wnuczka kró­lo­wej Elż­biety, opo­wie­działa w wy­wia­dach o swo­jej dys­lek­sji. Wiem, że inni lu­dzie już o tym mó­wili, ale zro­biła to ja­koś tak, że przy­kuła moją uwagę. Po­wie­działa, że nie po­trafi do­brze li­czyć i że z tru­dem na­uczyła się czy­tać. Jakby opi­sy­wała mnie. Po raz pierw­szy na­prawdę zro­zu­mia­łam, w czym tkwi mój pro­blem, i po­czu­łam się ze sobą le­piej.

Bud­dy­ści mó­wią, że na­leży „za­mie­nić tru­ci­znę w le­kar­stwo”. To wła­śnie stało się ze szkołą Flagg Grove, gdzie do­świad­czy­łam tak wielu upo­ko­rzeń przed całą klasą. Hi­sto­ryk Henry Lo­uis Ga­tes zba­dał moje po­cho­dze­nie w pro­gra­mie Afri­can Ame­ri­can Li­ves (Ży­cie Afro­ame­ry­ka­nów) nada­wa­nym w pu­blicz­nej te­le­wi­zji i od­krył, że mój pra­pra­dzia­dek, Ben­ja­min Flagg, był pierw­szym wła­ści­cie­lem te­renu, na któ­rym stała szkoła. Sprze­dał zie­mię po­ni­żej ceny ryn­ko­wej, aby można było zbu­do­wać na niej szkołę i by czarne dzieci miały gdzie się uczyć. To od­kry­cie głę­boko mnie po­ru­szyło.

Kilka lat temu zwró­cili się do mnie na­to­miast przed­sta­wi­ciele West Ten­nes­see Delta He­ri­tage Cen­ter (Cen­trum Dzie­dzic­twa Kul­tu­ro­wego Za­chod­niego Ten­nes­see). Za­pro­po­no­wali prze­nie­sie­nie szkoły z Nut­bush do po­bli­skiego Brown­sville i prze­mia­no­wa­nie jej na Mu­zeum Tiny Tur­ner. Chcieli uczcić moją ka­rierę mu­zyczną i po­ka­zać lu­dziom, jak wy­glą­dała na­uka w afro­ame­ry­kań­skiej szkole na po­łu­dniu Sta­nów w la­tach czter­dzie­stych XX wieku. Szkoła była za­mknięta od lat (zro­biono z niej sto­dołę), więc pro­jekt wy­ma­gał spo­rych na­kła­dów pracy. Ze­bra­li­śmy dość pie­nię­dzy, aby prze­nieść bu­dy­nek w nowe miej­sce, gdzie zo­stał pie­czo­ło­wi­cie od­re­stau­ro­wany i wy­po­sa­żony w pa­miątki po Ti­nie Tur­ner. Okna za­kle­jono zdję­ciami i wy­glą­dały, jakby wy­cho­dziły na pole ba­wełny. Mu­zeum otwarto w 2014 roku i zna­la­zły się w nim moje ko­stiumy i złote płyty, ale rów­nież ory­gi­na­lna drew­niana ławka, w któ­rej sie­dzia­łam w szkole, a przede wszyst­kim au­ten­tyczna ta­blica po­do­bna do tej, która wzbu­dzała moje prze­ra­że­nie, gdy by­łam dziec­kiem. Ale już mnie nie prze­raża. Te­raz chcę my­śleć, że to miej­sce in­spi­ruje lu­dzi do po­ko­ny­wa­nia wszel­kich prze­szkód, ja­kie na­po­ty­kają w ży­ciu, i do zmiany tru­ci­zny w le­kar­stwo.

Anna Mae, która pła­kała przed całą klasą, to tylko jedna z mo­ich twa­rzy. Druga Anna Mae była uro­dzoną ar­tystką, która w od­po­wied­nich oko­licz­no­ściach przy­ję­łaby z ra­do­ścią za­in­te­re­so­wa­nie jej osobą i zro­biła wszystko, aby je utrzy­mać. Gdyby w tam­tej chwili mo­jego upo­ko­rze­nia ktoś krzyk­nął: „Chwila! Włącz­cie mu­zykę!”, na­tych­miast po­de­rwa­ła­bym się z pod­łogi z ogrom­nym uśmie­chem na twa­rzy i za­częła tań­czyć i śpie­wać jak sza­lona. By­łam pewna sie­bie i nie wsty­dzi­łam się tego ro­bić – ni­gdy nie mia­łam tremy. Już jako mała dziew­czynka wie­dzia­łam, że po­tra­fię śpie­wać le­piej niż do­ro­słe ko­biety z mo­jego oto­cze­nia. Uro­dzi­łam się z tym ta­len­tem. Otrzy­ma­łam swój głos w da­rze i wie­dzia­łam, jak go uży­wać.

Śpie­wa­łam przez całe ży­cie. Jedne z mo­ich naj­wcze­śniej­szych wspo­mnień do­ty­czą mamy, która za­bie­rała mnie na za­kupy, kiedy miesz­kała z oj­cem w Kno­xville. W prze­ci­wień­stwie do Nut­bush, Kno­xville było du­żym mia­stem z róż­nymi skle­pami. Kiedy sprze­daw­czy­nie do­wie­działy się, że po­tra­fię śpie­wać, sta­wiały mnie na stołku – mia­łam cztery czy pięć lat – a ja wy­ko­ny­wa­łam swoje wer­sje naj­now­szych hi­tów. I was wal­king alone, sin­ging a song* – śpie­wa­łam śmiało. Gdy tylko usły­sza­łam pio­senkę w ra­diu, od razu za­ła­py­wa­łam me­lo­dię i za­pa­mię­ty­wa­łam pra­wie każde słowo. Przy­cho­dziło mi to na­tu­ral­nie i bez wy­siłku, jak wę­żowi zrzu­ca­nie skóry. Uro­dzi­łam się z tym. Sprze­daw­czy­niom tak bar­dzo po­do­bały się moje wy­stępy, tej ma­łej dziew­czynki z wiel­kim gło­sem, że da­wały mi błysz­czące mo­nety, dzie­się­cio­cen­tówki, pię­cio­cen­tówki, ćwierć­do­la­rówki, a na­wet pięć­dzie­siąt cen­tów – w mo­ich oczach była to istna for­tuna – a ja prze­cho­wy­wa­łam je w szkla­nym słoju. To była pierw­sza pu­blika, która pła­ciła za moje wy­stępy!

Kno­xville sta­no­wiło także sie­dzibę „uświę­co­nego Ko­ścioła”, do któ­rego uczęsz­cza­ły­śmy za każ­dym ra­zem, gdy by­ły­śmy w mie­ście. Nie wie­dzia­łam, co zna­czy „uświę­cony”, ale po­do­bało mi się, że cał­ko­wi­cie róż­nił się od na­szego Ko­ścioła bap­ty­stycz­nego w Nut­bush. Kiedy wierni po­czuli, że wy­peł­nia ich Duch Święty, tań­czyli, kla­skali i śpie­wali na cały głos, opę­tani przez Boga i mu­zykę. Śpie­wa­łam i tań­czy­łam ra­zem z nimi. Czu­łam się, jak­bym brała udział w ja­kimś przed­sta­wie­niu, zwłasz­cza kiedy ro­biło się gło­śno i we­soło. Nie ro­zu­mia­łam do końca ich re­li­gii, ale spek­takl – dźwięk, ruch, czy­sta ra­dość – na­prawdę mnie eks­cy­to­wał.

W Nut­bush moją pu­blicz­ność sta­no­wiła ro­dzina, po­nie­waż nie miała wyj­ścia. W domu Mamy Geo­r­gie ja, Al­line, moja przy­rod­nia sio­stra Eve­lyn (mama miała już dziecko, za­nim po­znała mo­jego ojca) oraz ku­zyni da­wa­li­śmy im­pro­wi­zo­wane wy­stępy. Ni­gdy nie mu­sia­łam się dłu­żej za­sta­na­wiać, jak i co śpie­wać czy tań­czyć. Rzą­dzi­łam, mó­wi­łam in­nym, co mają ro­bić, wy­bie­ra­łam pio­senki i po­ka­zy­wa­łam kroki. Uda­wa­li­śmy, że je­ste­śmy na sce­nie, i świet­nie się przy tym ba­wi­li­śmy. Mia­łam zdję­cie z tam­tego okresu, ale kiedy Al­line do­ro­sła, uznała, że nie wy­gląda na nim ko­rzy­sta­nie, i je znisz­czyła. Bar­dzo mnie to za­smu­ciło, bo to było je­dyne zdję­cie, na któ­rym je­stem chu­dziutka i śpie­wam całą sobą.

Uwiel­bia­łam wy­stę­po­wać na pik­ni­kach. Urzą­dzali je wszy­scy, ale te w Nut­bush, or­ga­ni­zo­wane przez czar­no­skórą spo­łecz­ność, róż­niły się od in­nych. Moim zda­niem były dużo we­sel­sze, ze świe­żym je­dze­niem z grilla pię­trzą­cym się na sto­łach i praw­dzi­wie kar­na­wa­łową at­mos­ferą. Mie­li­śmy roz­rywki na żywo, na przy­kład pana Bo­otsy’ego Whi­te­lawa, który był znany w na­szej czę­ści Ten­nes­see. Grał na pu­zo­nie, a inny mu­zyk akom­pa­nio­wał mu na wer­blu. Or­kie­stra mar­szowa nie wy­wo­ła­łaby we mnie tyle emo­cji, ile ci dwaj. Wkrótce zro­biło się gło­śniej i o mnie, „ma­łej An­nie Mae”, która śpie­wała z pa­nem Bo­ot­sym. Nie pa­mię­tam, ja­kie pio­senki grał, ale sta­łam u jego boku, usil­nie pró­bu­jąc za­chę­cić tłum, by się do nas przy­łą­czył. „Da­lej, za­śpie­waj­cie z pa­nem Bo­ot­sym” – wo­ła­łam do prze­chod­niów.

Bo­otsy Whi­te­law zro­bił na mnie ta­kie wra­że­nie, że po la­tach, gdy by­łam już z Ikiem, na­pi­sa­łam i na­gra­łam o nim pio­senkę (Bop along, bop along, bop along, Mr. Bo­otsy Whi­te­law**).

Gdy śpie­wa­łam, nie umia­łam ustać w miej­scu. Za­wsze wy­ko­ny­wa­łam ja­kieś kroczki, czy to była przy­go­to­wana cho­re­ogra­fia, czy spon­ta­niczne ru­chy. Moja sio­stra nie po­tra­fiła tań­czyć. Moja matka nie po­tra­fiła tań­czyć. Ale ja po­tra­fi­łam. Wy­daje mi się, że je­śli po­tra­fisz śpie­wać, ta­niec przy­cho­dzi sam.

Śpiew był dla mnie za­równo formą eks­pre­sji, jak i źró­dłem po­cie­sze­nia, zwłasz­cza gdy moja sy­tu­acja ży­ciowa stała się nie­prze­wi­dy­walna i za­częto prze­no­sić mnie z miej­sca na miej­sce. Muh ode­szła, a po­tem, kiedy mia­łam trzy­na­ście lat, oj­ciec się wy­pro­wa­dził i znik­nął z na­szego ży­cia. Przez ja­kiś czas miesz­ka­ły­śmy z Al­line z ku­zy­nami, a po­tem prze­nio­sły­śmy się do Mamy Ro­xanny, która kon­tro­lo­wała nas na każ­dym kroku. Po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa i sym­pa­tię otrzy­ma­łam od Con­nie i Guya Hen­der­so­nów, mło­dego bia­łego mał­żeń­stwa, któ­remu po­ma­ga­łam przy dziecku. Uwiel­bia­łam miesz­kać w ich domu i uwa­ża­łam sie­bie za członka ich ro­dziny. Po tylu gwał­tow­nych zmia­nach w ży­ciu za­pra­gnę­łam po­rządku i ru­tyny.

Hen­der­so­no­wie byli dla mnie wzo­rem, po­nie­waż mieli wy­so­kie stan­dardy. Po­ka­zali mi, jak dbać o dom, który za­peł­nili książ­kami, cza­so­pi­smami i ład­nymi rze­czami. To oni na­uczyli mnie do­brych ma­nier. Za­brali mnie na­wet na wy­cieczkę do Dal­las w Tek­sa­sie, więc zo­ba­czy­łam tro­chę świata poza Ten­nes­see. A co waż­niej­sze, udo­wod­nili mi, że mał­żon­ko­wie mogą się ko­chać i żyć w har­mo­nii ze swo­imi dziećmi. Może wam wy­daje się to zwy­czajne, ale ja ni­gdy wcze­śniej cze­goś ta­kiego nie do­świad­czy­łam.

Chcia­łam stwo­rzyć wła­sny zwią­zek i kiedy mia­łam pięt­na­ście lat, za­czę­łam cho­dzić z Har­rym Tay­lo­rem, ko­szy­ka­rzem z li­ceum, moją pierw­szą mi­ło­ścią. Jako przy­stojny, po­pu­larny ka­pi­tan dru­żyny był do­sko­nały pod każ­dym wzglę­dem. Tak się eks­cy­to­wa­łam tą re­la­cją, że ak­cep­to­wa­łam wszyst­kie jego za­cho­wa­nia – to, że ze mną zry­wał, spo­ty­kał się z inną dziew­czyną, a po­tem wra­cał – bo wy­obra­ża­łam so­bie, że ra­zem się ustat­ku­jemy i pew­nego dnia po­bie­rzemy. Opra­co­wa­łam ten plan z całą mą­dro­ścią pięt­na­sto­latki. Harry zła­mał mi serce, gdy jedna z jego dziew­czyn za­szła w ciążę, a on się z nią oże­nił. Nie spie­szyło mi się, by po­now­nie do­świad­czyć ta­kiego roz­cza­ro­wa­nia.

Z na­dzieją na nowy po­czą­tek za­miesz­ka­łam z Mamą Geo­r­gie. Wie­rzy­łam, że je­stem na tyle do­ro­sła, by sa­mo­dziel­nie po­dej­mo­wać ta­kie de­cy­zje, a poza tym moje wy­bory i tak ni­kogo nie in­te­re­so­wały.

Za­le­d­wie kilka mie­sięcy póź­niej, kiedy mia­łam szes­na­ście lat i na­dal cho­dzi­łam do szkoły śred­niej, Mama Geo­r­gie zmarła. Czu­łam się bez niej bar­dzo sa­motna i nie mia­łam po­ję­cia, co ze sobą zro­bić. Po­tem moja mama za­pro­po­no­wała, bym za­miesz­kała z nią w St. Lo­uis. Al­line już tam była. Oba­wia­łam się wspól­nego miesz­ka­nia, bo tak długo się nie wi­dzia­ły­śmy, ale by­łam cie­kawa, jak to jest żyć w du­żym mie­ście. Nie by­łam już bez­bron­nym dziec­kiem, które po­trze­buje matki. Umia­łam o sie­bie za­dbać, a przy­naj­mniej tak mi się wy­da­wało.

Do­świad­cze­nie na­uczyło mnie, że kiedy na kimś mi za­leży, tracę go: Muh, która się wy­pro­wa­dziła, moja uko­chana ku­zynka Mar­ga­ret, która zgi­nęła w wy­padku sa­mo­cho­do­wym, Harry, który zła­mał moje dziew­częce serce, zo­sta­wia­jąc mnie dla in­nej, Mama Geo­r­gie, a te­raz mu­sia­łam się po­że­gnać z Hen­der­so­nami.

Ni­gdy nie czu­łam się ko­chana, więc uzna­łam, że to nie ma zna­cze­nia. Przy­naj­mniej dla mnie. Wy­daje mi się, że to był ja­kiś me­cha­nizm obronny. Wma­wia­łam so­bie: „Je­śli cię nie ob­cho­dzę, w po­rządku, prze­trwam to. Je­śli mnie nie ko­chasz, prze­trwam to”. „Prze­trwam to” stało się moją man­trą, jesz­cze za­nim się do­wie­dzia­łam, czym jest man­tra.

* Spa­ce­ro­wa­łam sa­mot­nie, śpie­wa­jąc pio­senkę.** Tań­cuj, tań­cuj, tań­cuj, pa­nie Bo­otsy Whi­te­law.

3.So­me­thing’s Got a Hold On MeJuż nie mogę się bro­nić

I get a fe­eling, I feel so strange

Eve­ry­thing about me se­ems

to have chan­ged

*

Dziw­nie się czuję, to jedno wiem

jakby cały świat się zmie­nił

wo­kół mnie

W St. Lo­uis, gdzie za­czę­łam nowe ży­cie, czu­łam się tro­chę za­gu­biona i sa­motna, więc bar­dzo mnie ucie­szyło, kiedy Al­line, te­raz sek­sowna i wy­ra­fi­no­wana (w prze­ci­wień­stwie do mnie pro­wa­dziła do­ro­słe ży­cie to­wa­rzy­skie, które wy­ma­gało szminki, wy­so­kich ob­ca­sów i męż­czyzn w ca­dil­la­cach), za­pro­po­no­wała, że za­bie­rze mnie do noc­nego klubu w barw­nym East St. Lo­uis. Tam­tego wie­czoru grał Ike Tur­ner z ze­spo­łem The Kings of Rhy­thm. Oczy­wi­ście sły­sza­łam o nich, wszy­scy sły­szeli. Roc­ket 88 Ike’a, je­den z pierw­szych utwo­rów rock’n’rol­lo­wych, stał się wiel­kim hi­tem, choć jak to zwy­kle by­wało w branży fo­no­gra­ficz­nej w tam­tym cza­sie, nie za­ro­bił na nim żad­nych pie­nię­dzy. Ike Tur­ner był naj­po­pu­lar­niej­szym i naj­cię­żej pra­cu­ją­cym mu­zy­kiem w klu­bach St. Lo­uis i East St. Lo­uis. Pi­sano o nim w ga­ze­tach i bar­dzo się cie­szy­łam, że mam szansę po­słu­chać, jak gra na żywo w The Man­hat­tan Club.

Kiedy pierw­szy raz zo­ba­czy­łam Ike’a na sce­nie, był w świet­nej for­mie. Miał na so­bie ele­gancki ciemny gar­ni­tur i kra­wat. Nie był jed­nak kla­sycz­nie przy­stojny… Wła­ści­wie w ogóle nie był przy­stojny – i z pew­no­ścią nie w moim ty­pie. Pa­mię­taj­cie, mia­łam za­le­d­wie sie­dem­na­ście lat i pa­trzy­łam na do­ro­słego męż­czy­znę. By­łam przy­zwy­cza­jona do schlud­nych, wy­spor­to­wa­nych chłop­ców w dżin­sach. Ike miał zro­bione fale na wło­sach, sy­gnet z bry­lan­tem, chude, ko­ści­ste ciało i wy­sta­jące ko­ści po­licz­kowe, przez co wy­glą­dał staro, cho­ciaż miał za­le­d­wie dwa­dzie­ścia pięć lat. Pierw­szy raz wi­dzia­łam ko­goś tak chu­dego! „Boże, jaki on jest brzydki” – po­my­śla­łam.

Zde­cy­do­wa­nie by­łam w mniej­szo­ści. Więk­szość ko­biet, czar­nych czy bia­łych, nie po­tra­fiło się oprzeć Ike’owi, po­nie­waż było w nim coś nie­bez­piecz­nego. I nie cho­dziło tylko o wra­że­nie: on był nie­bez­pieczny. Cią­gle krą­żyły plotki o jego wy­bu­cho­wym cha­rak­te­rze, kon­flik­tach z mu­zy­kami, kłót­niach z za­zdro­snymi ko­bie­tami (a cza­sem z ich wście­kłymi mę­żami), a na­wet opo­wieść o tym, jak po­bił ko­goś pi­sto­le­tem, przez co zy­skał so­bie przy­do­mek Ike „Pi­stol Whip­pin” Tur­ner*. Taki Ike Tur­ner był złym i nie­prze­wi­dy­wal­nym czło­wie­kiem z nie­sławną ciemną stroną, ale w tam­tym cza­sie miało to swój urok.

Po­mimo aury czło­wieka wy­ję­tego spod prawa da­wał się lu­bić. Był za­bawny. W ty­pie po­łu­dniowca. Nie mó­wił po­praw­nie po an­giel­sku, ale taki już po pro­stu był. I miał to coś, co spra­wiało, że roz­pa­lał scenę do czer­wo­no­ści. Pod­no­sił gi­tarę albo sia­dał przy for­te­pia­nie i oży­wiał in­stru­ment. Lu­dzie po pro­stu sza­leli. Ja też. Tam­tej nocy ko­goś ta­kiego zo­ba­czy­łam – świet­nego gi­ta­rzy­stę gra­ją­cego fa­scy­nu­jącą mu­zykę, która spra­wiła, że chcia­łam śpie­wać i tań­czyć. Al­line spo­ty­kała się z jed­nym z fa­ce­tów z ze­społu, więc cho­dziła do każ­dego klubu, w któ­rym wy­stę­po­wali. Bła­ga­łam ją, żeby mnie ze sobą wzięła. Z moją sio­strą jako przy­zwo­itką re­gu­lar­nie od­wie­dza­łam The Man­hat­tan Club i każdy inny lo­kal, w któ­rym grali.

At­mos­fera w prze­rwach była tak swo­bodna, że cza­sami Ike za­pra­szał ja­kąś dziew­czynę z pu­blicz­no­ści, aby we­szła na scenę i za­śpie­wała do mi­kro­fonu. Chcia­łam być tą dziew­czyną. Wie­lo­krot­nie wy­obra­ża­łam so­bie, jak wska­kuję tam, trzy­mam z wdzię­kiem mi­kro­fon, jak­bym ro­biła to przez całe ży­cie, i śpie­wam gło­sem tak po­tęż­nym, że wpra­wiam salę w drże­nie. Ike jed­nak za­wsze mnie po­mi­jał i wy­bie­rał dziew­czyny, które były ład­niej­sze i sek­sow­niej­sze, ale w ogóle nie po­tra­fiły śpie­wać. Je­śli mnie za­uwa­żył, cho­ciaż bar­dzo w to wąt­pię, by­łam dla niego je­dy­nie „małą Ann”, nie­wi­dzialną młod­szą sio­strą Al­line.

Pew­nej nocy chło­pak Al­line pró­bo­wał na­mó­wić ją do za­śpie­wa­nia w trak­cie prze­rwy. Ka­te­go­rycz­nie od­mó­wiła, od­py­cha­jąc mi­kro­fon. Do­strze­głam swoją szansę i sko­rzy­sta­łam z niej. Ike stał na sce­nie i grał You Know I Love You B.B. Kinga. Za­czę­łam śpie­wać, mój głos prze­bił się przez ha­łas i dym, zmu­sza­jąc wszyst­kich, w tym Ike’a, aby spoj­rzeli na małą Ann. Ike był w szoku, gdy usły­szał mój głos. Nie brzmiał, jakby wy­do­by­wał się z ciała tej chu­dej, mło­dziut­kiej dziew­czyny. Tam­tej nocy po­ko­chał to, co usły­szał, więc tak na­prawdę po­łą­czyła nas mu­zyka, a nie to, co zwy­kle dzieje się mię­dzy chło­pa­kiem a dziew­czyną czy męż­czy­zną a ko­bietą.

Na­gle zna­la­złam się w świe­cie, o któ­rym nie śmia­łam ma­rzyć. Po­my­śl­cie, kim wtedy by­łam. Na­sto­latką i wciąż w głębi du­szy na­iwną wiej­ską dziew­czyną, która pra­gnie uczu­cia i ak­cep­ta­cji ni­czym szcze­niak. Ike był star­szy. Miał już ko­bietę, Lor­ra­ine (wła­ści­wie miał pew­nie ze dwa­dzie­ścia ko­biet, ale to tylko po­ka­zuje moją na­iw­ność). Szybko się z Ikiem za­przy­jaź­ni­li­śmy, by­li­śmy jak ro­dzeń­stwo, nie ko­chan­ko­wie. Ro­bił wra­że­nie swoim po­pu­lar­nym ze­spo­łem, ró­żo­wym ca­dil­la­kiem i du­żym do­mem w East St. Lo­uis. Na­wet Muh, która nie chciała, bym za­da­wała się z nie­wła­ści­wymi ludźmi, mu­siała przy­znać, że Ike ma swój urok.

Naj­lep­sze było to, że za­czę­łam śpie­wać pro­fe­sjo­nal­nie. W Ten­nes­see osoba, która lu­biła śpie­wać, miała trzy moż­li­wo­ści: śpie­wa­nie w domu do ra­dia, śpie­wa­nie w ko­ściele lub śpie­wa­nie na pik­niku z Bo­ot­sym Whi­te­la­wem. Ale w St. Lo­uis było praw­dziwe śpie­wa­nie, na sce­nie z po­pu­lar­nym ze­spo­łem. Ike na­uczył mnie wszyst­kiego o mu­zyce i w do­datku mi pła­cił. Kiedy nie wy­stę­po­wa­li­śmy, ży­li­śmy i od­dy­cha­li­śmy mu­zyką, czy to w trak­cie prób, czy wie­czor­nej rundki po klu­bach. Do­brze, a na­wet świet­nie się ra­zem ba­wi­li­śmy i to wszystko.

Kiedy za­chciało mi się ro­mansu, za­czę­łam się spo­ty­kać z przy­stoj­nym i mło­dym Ray­mon­dem Hil­lem, który był bar­dziej w moim ty­pie niż Ike. Grał na sak­so­fo­nie w The Kings of Rhy­thm i miesz­kał w domu Ike’a z in­nymi mu­zy­kami z ze­społu. Ro­mans do­pro­wa­dził do seksu i wkrótce za­szłam w ciążę. Muh nie była za­do­wo­lona. Szcze­gól­nie gdy Ray­mond zła­mał nogę w ko­stce i prze­niósł się do domu do Clarks­dale w sta­nie Mis­si­sipi, aby wy­do­brzeć. Tyle go wi­dzia­łam. Zo­sta­łam sama. W 1958 roku w wieku osiem­na­stu lat uro­dzi­łam pięk­nego chłopca, któ­rego na­zwa­łam Ray­mond Craig. By­łam młoda, silna, szybko wra­ca­łam do formy i chcia­łam pro­wa­dzić do­bre ży­cie dla mo­jego syna.

Kiedy nie śpie­wa­łam, pra­co­wa­łam jako po­moc w szpi­talu, by za­ro­bić tro­chę pie­nię­dzy. Roz­wa­ża­łam na­wet, żeby kształ­cić się na pie­lę­gniarkę. Kogo ja chcia­łam oszu­kać? Lu­bi­łam prze­bie­rać się w fan­ta­zyjne stroje, które ku­po­wał mi Ike – za­kła­dać dłu­gie rę­ka­wiczki, błysz­czące kol­czyki i ładne su­kienki – i cie­szy­łam się wy­stę­pami na sce­nie ni­czym gwiazda. Chcia­łam śpie­wać. To ozna­czało wię­cej Ike’a, wię­cej czasu spę­dzo­nego w jego domu, a po­tem noc, kiedy prze­kro­czy­li­śmy gra­nicę.

W domu Ike’a od­by­wała się wła­śnie im­preza. Mia­łam zo­stać do rana i je­den z chło­pa­ków za­su­ge­ro­wał, że chęt­nie za­wi­tałby po­tem do mo­jego po­koju. W drzwiach nie było zamka, więc żeby się chro­nić, zo­sta­łam z Ikiem. To nie było nic nie­ty­po­wego. Wcze­śniej też spę­dza­łam z nim noce, ale nic się wtedy nie działo. Tym ra­zem wy­da­rzyło się coś wię­cej. W re­la­cjach z Ikiem nie dało się tego unik­nąć. My­ślę, że oboje by­li­śmy za­sko­czeni, skrę­po­wani, nie­pewni, jak się za­cho­wać. By­łam taka młoda. Co ja wie­dzia­łam? Po­nie­waż ła­twiej było po­su­nąć się na­przód niż wró­cić do przy­jaźni, to wła­śnie zro­bi­li­śmy. W 1960 roku od­kry­łam, że spo­dzie­wam się dziecka.

Nasz seks był nie­zdarny, ale nie w tym tkwił praw­dziwy pro­blem. Pa­trząc z per­spek­tywy czasu, zdaję so­bie sprawę, że mój zwią­zek z Ikiem był ska­zany na po­rażkę w dniu, kiedy zo­rien­to­wał się, że będę jego ży­wi­cielką, jego zło­tym in­te­re­sem. Miał na­grać pio­senkę A Fool in Love, którą na­pi­sał dla Arta Las­si­tera, ale do­szło mię­dzy nimi do ja­kie­goś kon­fliktu. Po­nie­waż Ike za­re­zer­wo­wał już stu­dio, uznał, że to ja za­stą­pię Arta w par­tiach wo­kal­nych. A ja za­śpie­wa­łam tę pio­senkę po swo­jemu. Jak na iro­nię, A Fool in Love opo­wiada o ko­bie­cie za­ko­cha­nej w męż­czyź­nie, który w ja­kiś spo­sób się nad nią znęca. Słowa You know you love him, you can’t un­der­stand / Why he tre­ats you like he do when he’s such a good man** oka­zały się pro­ro­cze. Juggy Mur­ray, szef Sue Re­cords, usły­szał moją wer­sję, po­ko­chał ją, za­pła­cił Ike’owi dwa­dzie­ścia pięć ty­sięcy do­la­rów za prawa i po­wie­dział mu, żeby zro­bił „z tej dziew­czyny”, czyli ze mnie, gwiazdę swo­ich wy­stę­pów.

Co po­my­ślał Ike, kiedy usły­szał taką radę? Mu­siał ja­koś chro­nić wła­sne in­te­resy i wła­śnie wtedy za­częły się kło­poty.

Kiedy my­ślę o Ike’u po tych wszyst­kich la­tach, sta­ram się go zro­zu­mieć. Im je­stem star­sza i im dłu­żej żyję bez niego, tym bar­dziej za­czy­nam wszystko poj­mo­wać. Można ana­li­zo­wać czy­jeś za­cho­wa­nie, kiedy na­bie­rze się dy­stansu, i wła­śnie to ro­bię – do­szu­kuję się przy­czyn jego po­stę­po­wa­nia w tym, skąd po­cho­dził, i wtedy do­ciera do mnie: „Och, dla­tego zro­bił to, co zro­bił”.

Po­dob­nie jak ja, Ike zma­gał się z pro­ble­mami już po uro­dze­niu. To Clarks­dale w Mis­si­sipi, skąd po­cho­dził, uczy­niło z niego wście­kłego wo­jow­nika. Jako chło­piec pa­trzył, jak jego oj­ciec umiera po­wolną, bo­le­sną śmier­cią bez­li­to­śnie po­bity przez bia­łych męż­czyzn, któ­rzy chcieli dać mu na­uczkę, bo za­ba­wiał się z białą ko­bietą. Ike trzy­mał głę­boko w so­bie tę nie­na­wiść i ni­gdy nie od­pu­ścił.

Kiedy był star­szy, za­czął mieć pro­blemy w szkole. Dzieci trak­to­wały go okrut­nie, po­nie­waż był brzydki. Dziew­czyny spo­ty­kały się z nim za bu­dyn­kiem szkoły, bo faj­nie się było z nim po­wy­głu­piać, ale nie chciały po­ka­zać się z nim pu­blicz­nie. Przez to ro­sły w nim złość i nie­na­wiść. Suk­ces miał być jego ze­mstą. „Pew­nego dnia będę miał duży sa­mo­chód i wszyst­kie ko­biety, któ­rych za­pra­gnę” – obie­cał so­bie. Zro­biłby wszystko, aby to zdo­być.

Gdy spę­dza­łam co­raz wię­cej czasu z Ikiem i wi­dzia­łam, jak za­cho­wuje się poza sceną, za­uwa­ży­łam, że ma braki w wy­kształ­ce­niu. Po­zna­łam się na tym, po­nie­waż w mo­jej szkole byli in­te­li­gentni na­uczy­ciele i ucznio­wie z do­brych do­mów. Do­jeż­dża­łam do tej szkoły (w tam­tym okre­sie zo­sta­łam sie­rotą; tak sie­bie na­zy­wam, po­nie­waż moi ro­dzice wy­je­chali i miesz­ka­łam z bab­ciami albo Hen­der­so­nami), ale było warto, bo ota­czali mnie wy­kształ­ceni lu­dzie, a ja mia­łam tyle oleju w gło­wie, by się od nich uczyć.

W szkole nie mar­no­wa­łam ani mi­nuty. Śpie­wa­łam w chó­rze. Gra­łam w dru­ży­nie ko­szy­kówki. By­łam che­er­le­aderką. I mia­łam w so­bie coś, co na­uczy­ciele lu­bili. Za­wsze brali mnie pod swoje skrzy­dła. I gdy da­wali mi radę, słu­cha­łam. Szkolna bi­blio­te­karka po­wie­działa mi, że­bym wcią­gała brzuch, dzięki czemu będę mieć lep­szą po­stawę, i tak ro­bi­łam przez całe ży­cie. Dy­rek­tor oznaj­mił, że spo­dziewa się po mnie do­brego za­cho­wa­nia, i przy­rze­kłam, że go nie za­wiodę. Chcia­łam wie­dzieć i umieć wię­cej, żeby się do­sko­na­lić i roz­wi­jać.

Ike ni­gdy nie miał ta­kiej szansy. Chyba nie skoń­czył szkoły pod­sta­wo­wej, a na­wet kiedy wie­dział, o czym mówi, spra­wiał wra­że­nie pro­staka, przez co miał kom­pleksy z po­wodu swo­jej wy­mowy. Czę­sto wda­wał się w kłót­nie, po­nie­waż czuł się za­wsty­dzony bra­kiem wy­kształ­ce­nia i do­brych ma­nier.

Ike był jed­nak bar­dzo by­stry pod in­nymi wzglę­dami. Ucho­dził za cwa­niaka, a poza tym miał ogromny ta­lent mu­zyczny. Dzięki swo­jej ma­gicz­nej grze na gi­ta­rze i for­te­pia­nie (i jego za­wzię­tej am­bi­cji) zdo­był duży sa­mo­chód, duży dom i wszyst­kie ko­biety, któ­rych za­pra­gnął. I na­grał hit. Po­tem jego ka­riera utknęła w mar­twym punk­cie, a kiedy do­szło do niego, że wię­cej już nie osią­gnie, gniew i fru­stra­cja wró­ciły.

Kiedy A Fool in Love za­po­wia­dało się na hit, Ike do­znał olśnie­nia: zmie­nił The Kings of Rhy­thm w grupę The Ike and Tina Tur­ner Re­vue, która miała szansę do­trzeć do szer­szej pu­blicz­no­ści. Nowy po­mysł chwy­cił, od­no­si­li­śmy suk­cesy, więc Ike mu­siał mnie kon­tro­lo­wać, po­sia­dać, eko­no­micz­nie i psy­chicz­nie, że­bym ni­gdy go nie opu­ściła. W kwe­stiach fi­nan­so­wych po­szło ła­two. Ike nie był pio­sen­ka­rzem. Chciał być gwiazdą, ale mógł to osią­gnąć tylko dzięki mnie. Po­wie­dział więc so­bie: „Do­bra, zmie­nię jej imię i na­zwę grupy na The Ike and Tina Tur­ner Re­vue – te­raz Tina beze mnie nie ist­nieje”. Moje nowe imię ry­mo­wało się z „She­ena”, którą za­pa­mię­tał z se­rialu te­le­wi­zyj­nego. A „Tur­ner”, nowe na­zwi­sko, su­ge­ro­wało, że je­ste­śmy mał­żeń­stwem (któ­rym oczy­wi­ście nie by­li­śmy). Ike za­wsze miał stra­te­gię. Za­re­je­stro­wał imię i na­zwi­sko „Tina Tur­ner” jako znak to­wa­rowy, więc na­le­żało do niego, nie do mnie.

Czymże jest na­zwa? Wszyst­kim. Przez te dwa słowa sta­łam się wła­sno­ścią Ike’a.

Ike roz­pra­co­wy­wał mnie pod róż­nymi ką­tami, aby kon­tro­lo­wać mnie psy­chicz­nie. Za­nim za­czę­li­śmy ze sobą sy­piać, że­ro­wał na moim do­brym sercu, że­brał o lo­jal­ność. Z nie­ja­kim za­wsty­dze­niem po­wie­dział mi, że ile­kroć na­pi­sał dla ko­goś pio­senkę, która stała się hi­tem, ty­le­kroć ta osoba go opusz­czała. Ja czu­łam wdzięcz­ność za wszystko, co dla mnie zro­bił – gdy Ike ko­goś lu­bił, od­dałby mu ostat­nią ko­szulę – więc przy­się­głam mu, że je­stem inna, że może mi za­ufać, że ni­gdy, prze­ni­gdy go nie opusz­czę. O ile pa­mię­tam, za­wsze by­łam szczera i ni­gdy nie kła­ma­łam. Taka po pro­stu by­łam. Kiedy coś mó­wi­łam, to wła­śnie mia­łam na my­śli. I do­trzy­my­wa­łam obiet­nic. A obiet­nica dana Ike’owi wiele dla mnie zna­czyła i za­mie­rza­łam jej do­trzy­mać.

Ale Ike mi nie ufał. Wła­ści­wie to ni­komu nie ufał. Chciał za­bez­pie­cze­nia na wy­pa­dek, gdy­bym zmie­niła zda­nie i po­sta­no­wiła zła­mać przy­rze­cze­nie, więc zna­lazł inny spo­sób, by mnie do sie­bie przy­wią­zać: strach. Kiedy przed­sta­wił po­mysł utwo­rze­nia The Ike and Tina Tur­ner Re­vue, twier­dząc, że po­trze­buję lep­szego pseu­do­nimu sce­nicz­nego, in­stynkt pod­po­wia­dał mi, że pa­kuję się w coś nie­do­brego. Tyle wtedy wie­dzia­łam. Ośmie­li­łam się za­kwe­stio­no­wać jego po­mysł i po­wie­dzia­łam, że wolę nie zmie­niać imie­nia i na­zwi­ska i nie je­stem pewna, czy chcę wy­ru­szyć w trasę kon­cer­tową, bo taki po­wziął plan. Naj­pierw za­czął mi wy­my­ślać. Ike miał nie­wy­pa­rzony ję­zor, a ja mu­sia­łam słu­chać naj­gor­szych in­wek­tyw. Po­tem wziął drew­niane pra­wi­dło do bu­tów, pod­szedł do mnie i dał mi lek­cję, któ­rej mia­łam długo nie za­po­mnieć.