Most Ikara - Paweł Nowak - ebook + audiobook + książka

Most Ikara ebook i audiobook

Nowak Paweł

4,0

Opis

ILE JESTEŚ W STANIE ZAPŁACIĆ, ABY POZNAĆ SMAK WOLNOŚCI?

Antek coraz wyraźniej odczuwa, że zbliża się moment, w którym będzie musiał zawalczyć o siebie. Wychowywany w tradycyjnej katolickiej rodzinie, gdzie od pokoleń panuje patriarchat, doskonale zdaje sobie sprawę, że nie chce już żyć w narzuconej mu przez najbliższych roli, a przyjęta przez lata maska zaczyna się kruszyć i rozpadać.

Ucieczka przed przeszłością oraz chęć spełniania marzeń prowadzi Antka do Warszawy – miasta możliwości, fascynujących znajomych, niebezpiecznych kontaktów i związków naznaczonych seksem. Chłopak nie wie jednak, że upragniona wolność niesie ze sobą pułapki, w które łatwo wpaść – tym bardziej gdy jest się ślepo zapatrzonym w swoje pragnienia...

Do czego zdolna jest osoba, która pragnie miłości? Jak gorzko może smakować pożądanie i czy w życiu można cokolwiek otrzymać za darmo?

Kim stanie się Ikar? Symbolem marzeń czy karą za marzenia…?

Most Ikara to poruszająca do głębi opowieść o tym, jak trudno jest się uczyć na własnych błędach, konsekwencjach trudnych decyzji, życiu naprzeciw przyjętym schematom i dziedzictwie wychowania, oddziałujących na naszych najbliższych. To także proza o potrzebie miłości, sile przyjaźni i prawdziwych marzeniach każdego z nas…

Paweł Nowak - bloger i influencer, znany z prowadzenia instagramowego profilu @zwyczajnychłopak. Jest absolwentem socjologii w Wyższej Szkole im. Bogdana Jańskiego w Krakowie oraz dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Pochodzi z małego miasta i już jako dziecko wykazywał zainteresowanie działalnością artystyczną. W wieku 18 lat wyprowadził się z rodzinnego domu, rozpoczynając samodzielnie dorosłe życie. Przyszłość ostatecznie związał z Warszawą, w której znalazł swoje miejsce, a także inspiracje do napisania książki. Już sam pomysł powstania „Mostu Ikara” spotkał się z krytyką w najbliższych kręgach autora. On jednak, znany ze swojego uporu, obiecał sobie, że stworzy historię naszpikowaną emocjami, przejmującym realizmem i szczerością relacji, którą chciał przekazać ku przestrodze. W swoim utworze zwraca uwagę na to, o czym zapominamy, szukając miłości, oraz na to, jak trudno jest się uczyć na własnych błędach. W przygotowaniu jest już druga część powieści, zaś ekranizacja książek to kolejne marzenie, które autor ma nadzieję, że się ziści.

Instagram: @zwyczajnychlopak
www.zwyczajnychlopak.pl
www.mostikara.pl

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 769

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 21 godz. 21 min

Lektor: Maciej Radel

Oceny
4,0 (38 ocen)
18
9
4
6
1
Sortuj według:
DamianLittwin

Z braku laku…

Trochę się rozczarowałem. Bohaterowie dość płascy, zakończenie zbyt banalne i oczywiste, styl pisania pozostawia wiele do życzenia (często zwroty frazeologiczne używane są w sposób niepoprawny bądź są przeinaczane). Jeśli ktoś lubi książki o takiej tematyce i nie ma aktualnie nic ciekawszego na oku to polecam spróbować przeczytać, aczkolwiek ja od połowy już męczyłem się z tą książką.
10
mpsinus3

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja!!!! nie przerażajcie się ilością stron, jak zaczniesz skończysz po kilkunastu godzinach... nie da się jej odłożyć na później... lektura obowiązkowa!!!
10
ordinaryman

Z braku laku…

słabszej książki już dawno nie czytałem
00

Popularność




Od autora

Pisanie tej książki wiązało się z emocjonalnym rollercoasterem, z którym musiałem się zmierzyć. Na szczęście wokół mnie było kilka osób, które pomogły mi przejść tę drogę bez szwanku. Są na tym świecie jednak tacy, którzy z własnymi demonami muszą radzić sobie sami, a w starciu z nimi… nikt nie powinien być sam. Szczególnie wtedy, gdy tolerancja jest coraz bardziej zagrożona. Dlatego kupując tę książkę, przeznaczasz część dochodu na wsparcie działań: fundacji instytut Otwarta Przestrzeń. To dzięki nim nikt nie zostanie sam w chwili, kiedy będzie potrzebował pomocy.

Dziękujemy za Twój wkład!

CZĘŚĆ PIERWSZA:IKAR

Rozdział I

To takie głupie, tak strasznie infantylne i tak niedorzeczne, że Antek sam nie mógł uwierzyć, że o tym pomyślał. Stał przy barierce na moście Świętokrzyskim w Warszawie. Nie zamierzał skoczyć, chciał tylko popatrzeć na tę metalową konstrukcję. Uwielbiał ją. Ten most był dla niego synonimem marzeń. Złudzeniem nowego życia, innego, lepszego niż to, które miał. Miał być bramą do szczęścia, a przejazd na drugą stronę miał otworzyć nowe, nieznane dotąd możliwości.

A przecież nie ma dużego znaczenia dla stolicy, nie spaja centralnych punktów miasta, nie jest też zbyt często wybierany przez kierowców, a droga prowadząca do niego częściej jest uczęszczana przez rowerzystów niż ciągle spóźnionych warszawiaków.

On jednak wiedział, że kocha ten most od dziecka. Pamiętał go z ekranów TVN-owskich produkcji, na których most Świętokrzyski, będący symbolem metropolii, miał być wizytówką miasta, nowych możliwości, które każdy może zrealizować w Warszawie.

No właśnie… miał być – pomyślał Antek. – Tylko co teraz, dokąd mam pójść?! Co dalej mam robić? To wszystko nie wyszło.

Nadal w głowie miał pocieszający głos rozsądku Kaśki:

– Antek, jest źle, znasz mnie, nie będę cię pocieszać i mówić, że wszystko się ułoży. Ale nie ma co płakać, trzeba myśleć, co dalej!

– Tylko że ja nie wiem, co dalej, nie wiem nawet, co dalej mógłbym zrobić…

– Powiedz tylko słowo, a ja dziś pakuję swoje volvo i jadę po ciebie, ale przecież ty zawsze marzyłeś o Warszawie, mówiłeś o tym, odkąd się znamy, więc daj sobie szansę!

– Mam wrażenie, że… ja daję sobie szansę, ale to miasto nie daje jej mnie…

To miasto nie daje jej mnie – ta myśl nie dawała mu spokoju. Męczyła go, wewnętrznie dusiła i nie pozwalała poluźnić węzła. To prawda, że marzył o Warszawie, ale w ciągu tych blisko czterech miesięcy od momentu przyjazdu wszystko legło w gruzach i nie ma perspektyw na nic nowego.

Chłopak oparł brodę o zimną balustradę i popatrzył w mieniącą się taflę wody. Była przyjemna kwietniowa noc, wyjątkowo ciepła jak na tę porę roku. Co jakiś czas lekki wiatr dawał sygnał, że nadchodzi długo oczekiwana wiosna. Rzeka płynęła bezszelestnie, wydawałoby się, że opiera się pędowi stolicy, ma swój własny rytm i nie zważa na zabieganych mieszkańców, ich problemy i nieudolne wyścigi do metra, które i tak przyjeżdża co trzy minuty.

Przez chwilę wrócił myślami do jednej z rozmów z Kaśką sprzed kilku miesięcy:

– Wiesz, Kaśka, jeśli to, co dziś mam, nagle się skończy, to chyba skoczę do Wisły z mostu Świętokrzyskiego.

– No cóż, Antek – zaczęła drwiącym tonem – tam to akurat jest dość płytko, może wybierz sobie inne miejsce… Nie gadaj bzdur!

Tu faktycznie jest płytko – zaśmiał się w duchu. – To też nie rozwiąże moich problemów… Tylko co ja mam robić dalej?

*

Kilkanaście minut wcześniej, po praskiej stronie miasta, Grzegorz zaparkował swój samochód w okolicy Stadionu Narodowego, przebrał się w wygodny strój i stwierdził, że to idealny wieczór na rozpoczęcie swojej przygody z joggingiem. Właśnie wybiegał z leśnych bulwarów, skręcając w okolice mostu. Tak, to był zdecydowanie dobry pomysł, aby dzisiejszego wieczoru zmienić śmierdzącą siłownię na nocny trening na świeżym powietrzu, czuł podniecenie na myśl o nadciągającej wiośnie. Miał na sobie krótkie szorty i opiętą bluzę z kapturem z lycry. Spojrzał na swoje łydki. Cóż, jak na czterdzieści dziewięć lat wyglądają całkiem nieźle – pomyślał. Tylko ta okropna opona na brzuchu. Muszę zacząć więcej biegać. Tak, to będzie moje wiosenne postanowienie!

Sport dla Grzegorza był nieodłącznym elementem życia. Kiedy po burzliwych przejściach siedem lat temu odszedł jego ówczesny partner Ryszard, jego starannie ułożone życie się załamało. Wszystko, co miał, budowali razem, będąc z dala od gejowskiego towarzystwa i świata, tworzyli wspólne życie we dwoje. Obaj nie byli zwolennikami imprez i z czasem wyrośli też z branżowych klubów. Ich relacja wymagała wielu kompromisów i akceptacji faktów, z którymi większość ludzi nie byłaby sobie w stanie poradzić. Ale wzajemne wsparcie zaowocowało blisko dwudziestoletnim szczęśliwym związkiem. Aż do czasu, kiedy został sam.

Grzegorzowi było ciężko się z tym pogodzić. Wydawało mu się, że z Ryszardem spędzi całe swoje życie. Mieli wspólne marzenia, wspólne życie, wspólną firmę… Kompletnie się załamał, przytył i zaniedbał swój wygląd.

Dziś nie przypominał tej osoby sprzed siedmiu lat. Jak sam powtarzał, trzeba walczyć i żyć dalej, nie wolno się poddawać. Kierował się dewizą, że to my decydujemy o naszym losie, a to, jakich wyborów dokonamy, może zaowocować w przyszłości. Regularnie uczęszczał na siłownię, zapuścił gęsty zarost i dbał o swoją garderobę. W idealnie skrojonym garniturze jego szerokie plecy i muskularne ramiona dominowały nad całą sylwetką. Zadbane dłonie i niski basowy głos sprawiały, że jak na swoje prawie pięćdziesiąt lat przykuwał uwagę zarówno kobiet, jak i mężczyzn. I choć na głowie pojawiały się już znaczące pasma siwych włosów, a zarost gdzieniegdzie barwiły srebrne kępki, dodawało mu to męskości i powagi.

Mimo tego Grzegorz unikał związków oraz budowania bliższych relacji, bo jak sam powtarzał, nie jest jeszcze gotowy na nowe uczucie. A jego jedyna i prawdziwa miłość, Ryszard, nie wróci… I choć niby pogodził się z tą stratą, nie umiał otworzyć serca dla kolejnej osoby. Czuł strach przed tym, że ktoś inny zajmie miejsce Ryszarda, który już dawno zapuścił tam zbyt głębokie korzenie.

Biegł już ponad godzinę i nagle poczuł, że kolka uderza go w okolicach żołądka. Próbując złapać oddech, zatrzymał się w połowie mostu. Wówczas zauważył przy barierce drobnego chłopaka. Nie wyglądał na kogoś, kto chce skoczyć czy zrobić coś głupiego. Ocenił jednak jego wiek na jakieś dwadzieścia dwa, może dwadzieścia cztery lata. Wówczas pomyślał, że będąc w tym wieku, inaczej postrzega się świat, a on nie ruszał się z miejsca, tylko patrzył w wolno płynącą Wisłę. W dodatku wyglądał na wyraźnie zmartwionego.

– Hej, długo tu jesteś? – zagadał do niego.

Przestraszony młodzieniec spojrzał w bok i wyrwał się z transu, w którym pozostawał od dłuższej chwili. Spostrzegł wysokiego mężczyznę o stanowczo zbyt mocno odtłuszczonych łydkach. Musiał długo biegać, biorąc pod uwagę fakt, że miał na sobie bluzę opiętą na szerokim torsie i kompletnie mokrą od potu. Kiedy jednak zdjął kaptur, przypomniał sobie, że zdążyli się już poznać.

– Pan Grzegorz? Co pan tu robi? – Sprawiał wrażenie kompletnie zaskoczonego.

– Cokolwiek bym robił, myślę, że moja obecność jest tu bardziej zasadna niż chłopaka w środku nocy, z opartą brodą na barierce. – Grzegorz spojrzał w przestrzeń rozciągającą się za swoim rozmówcą. – Jakoś wędki u ciebie nie widzę, co jeszcze mogłoby tłumaczyć łowienie ryb – zakończył z uśmiechem.

Mimo iż ten poczuł się zakłopotany, mimochodem zrobił to samo.

– Jesteś Antek, prawda? – zapytał. – Poznaliśmy się podczas zakupów, gdy szukałem koszuli. Swoją drogą byłem tam wczoraj, ale ciebie nie zastałem, tylko tego starego dziada w wyjątkowo podłym nastroju. Chyba więcej nie kupię tam ubrań, chociaż są wyjątkowo dobre… Mam słabość do białych koszul, mam ich chyba ze sto i ciągle kupuję nowe, ale to mimo wszystko chyba najbezpieczniejsze z ludzkich uzależnień – odparł dla rozluźnienia atmosfery, co chyba mu się udało, bo chłopak krótko się zaśmiał.

– Za to bardzo dobrze pan w nich wygląda.

– Dziękuję, chociaż patrząc na ciebie tutaj teraz, myślę, że to nie jest najlepszy temat naszej rozmowy.

Mężczyzna spojrzał przez barierkę, gdzie właśnie pod mostem przepływała motorówka, co i tak było zaskakujące o tej porze.

– Naprawdę zamierzasz skoczyć? Nie chciałbym cię zrażać, ale chyba powinieneś wybrać sobie inny most, tu jest dość płytko – powiedział ponownie z uśmiechem Grzegorz.

Antek spojrzał na mężczyznę. Już wówczas, gdy się spotkali pierwszy raz, zwrócił na niego uwagę, zastanawiając się, ile może mieć lat. Nie wiedząc czemu, Grzegorz wzbudzał ogromne zaufanie, tak jakby był właściwą osobą we właściwym miejscu i o właściwym czasie.

– Nie zamierzałem skakać, po prostu lubię ten most. Kojarzyłem go jako symbol Warszawy, utożsamiał moje wyobrażenie o tym mieście. Pierwszy raz widziałem go w filmie Nigdy w życiu, od tego czasu zawsze chciałem go zobaczyć na żywo.

– Skąd jesteś? Myślałem, że mieszkasz tu od dawna, pasujesz tutaj.

– Nie, jestem z południa Polski, mieszkam tutaj zaledwie od czterech miesięcy. A teraz… Teraz nie wiem, co robić, i dlatego tu jestem, bo to była pierwsza rzecz, którą zobaczyłem, przyjeżdżając do stolicy – Antek odpowiedział zgodnie z prawdą, po czym spojrzał ponownie w nurt wody, przyjmując wcześniejszą zamkniętą pozycję.

Grzegorz zaniemówił, odczuwał silną potrzebę podejścia bliżej i przytulenia swojego rozmówcy. Gdy widzieli się ostatnio, wyglądał zupełnie inaczej. Zapamiętał go jako pewnego siebie, wesołego chłopaka, ubranego w nienagannie wyprasowaną białą koszulę z drogimi spinkami u mankietów oraz w idealnie skrojoną marynarkę.

Dziś patrząc na niego, stojącego na moście Świętokrzyskim w podartych jeansach i bluzie z kapturem, zrozumiał, że głupio było wtedy myśleć, że ciuchy, w których go zapamiętał, należą do niego. Musiał reklamować butik i jego asortyment – pomyślał i jednocześnie zauważył, że ta całkowicie zwyczajna stylizacja zdecydowanie bardziej mu odpowiada, nadając naturalności i młodzieńczej niewinności.

Był szczupłym, filigranowym chłopakiem średniego wzrostu, brunetem z idealnie ułożonymi włosami i wyraźnie wystającymi kośćmi policzkowymi. To, co jednak najbardziej przykuło jego uwagę, to ciepłe, błękitne oczy i bardzo długie rzęsy, jak na chłopaka. W jego twarzy było też coś niezwykłego, coś uroczego, zapraszającego do rozmowy, tak jakby zachęcał, żeby go bliżej poznać. Jednak dziś był zupełnie inny niż podczas ich poprzedniego spotkania. Z daleka można było zauważyć, że przepełnia go smutek. Teraz rozumiał też, że wynika on z bezsilności, z którą nie mógł sobie poradzić.

– Mogę ci jakoś pomóc? – zapytał cicho Grzegorz.

– Ech… szczerze, to chyba nikt nie może mi pomóc. Zresztą, nie zna mnie pan, dlaczego chciałby pan to w ogóle robić?

– Wiesz, wydaje mi się, że nie trzeba mieć specjalnych powodów, żeby chcieć komuś pomóc.

– Kiedyś też tak myślałem. Sądziłem, że tutaj spełnią się wszystkie moje marzenia i początkowo wszystko szło dobrze. Teraz mam wrażenie, że to miasto robi wszystko, aby się mnie pozbyć, a ja z uporem maniaka nie chcę stąd wyjeżdżać.

– Warszawa to nie jest proste miasto. Zawsze znajdzie się tu sporo ludzi, którzy będą chcieli cię wykorzystać do swoich celów, być może skrzywdzić, ale możesz też poznać wiele osób, które szczerze będą chciały ci pomóc. Ja na przykład kocham stolicę za to, że jest tu tylu ludzi, że każdy może znaleźć kogoś dla siebie, kogoś, z kim chciałby przebywać. Wierz mi, początki mogą być trudne, ale z czasem Warszawa da się lubić. Myślę jednak, że powinniśmy zacząć od powrotu do twojego domu. Gdzie mieszkasz? Mogę cię podrzucić. Kawałek stąd zaparkowałem samochód. Poza tym jest już późno, a chyba jutro idziesz do pracy.

– No właśnie problem w tym, że nie idę, a do domu też nie chcę wracać.

Grzegorz czuł się coraz bardziej zniecierpliwiony, z jednej strony chciał pomóc chłopakowi, z drugiej czuł, że w ciągu tej krótkiej rozmowy zdołał on wybudować wokół siebie mur, zapominając o zostawianiu miejsca na drzwi, które pozwoliłyby mu się do siebie zbliżyć.

– Słuchaj, robi się coraz zimniej, może naprawdę chciałbyś pogadać? O co chodzi z tą pracą i czemu nie chcesz wracać do domu? – W głosie mężczyzny dało się wyczuć nutę irytacji.

– Wcale nie jest mi zimno – odparł ostrzejszym tonem – i przepraszam za swój paskudny nastrój, może rzeczywiście już sobie pójdę.

Chłopak gwałtownie się odwrócił i zaczął odchodzić szybkim krokiem, nie zauważając, że smycz zwisająca z jego kieszeni zahaczyła o barierkę, w wyniku czego wypadły mu klucze.

– Hej, zaczekaj! – Grzegorz podbiegł do niego, podając mu jego zgubę.

Antek odwrócił się, a wtedy mężczyzna zauważył, że jego rozmówca… płacze!

– Ej, mały, co jest? Wszystko będzie ok, nie ma takiej sytuacji, która byłaby bez wyjścia – powiedział, po czym mimowolnie przytulił chłopaka.

Nie wiedział, czy to jego odczucie, czy ten silnie przywarł do jego ciała, tak jakby chciał uciec od problemów albo najzwyczajniej potrzebował ciepła drugiej osoby. Jednocześnie zauważył, że sprawia mu to ogromną przyjemność, że dawno nie czuł bliskości kogoś, kto tak bardzo łaknie jego dotyku. Pierwszy raz od dawna poczuł się szczerze potrzebny.

– No już dobrze, chyba naprawdę musiało się stać coś strasznego, ale jeszcze raz ci powtarzam: nie ma sytuacji bez wyjścia.

– Przepraszam – wychlipał Antek – ja po prostu nie wiem, co robić dalej. Marzyłem o Warszawie, a teraz właściwie muszę wracać do rodziców, podczas gdy ja tam nie mogę wrócić, więc nie mam dokąd pójść.

– Dlaczego nie możesz wrócić do domu?

– Moi rodzice nie chcą mnie widzieć, a nawet gdyby chcieli, ja nie mogę tam być. Jeśli tam zostanę, to prawdopodobnie ich znienawidzę, a nie chcę tego zrobić.

– Dlaczego miałbyś ich znienawidzić? To jednak rodzice. Ja swoich już nie mam i dziś brakuje mi chwil, które moglibyśmy razem spędzić.

– To długa historia.

– Mamy czas, skoro jutro nie idziesz do pracy – odparł, po czym uśmiechnął się wolno. – Może chciałbyś o tym opowiedzieć? Wiesz, czasem rozmowa z nieznajomym jest lepsza niż z setką przyjaciół. A ja jestem dobrym słuchaczem.

Ponownie spojrzał na Grzegorza swoimi szklistymi oczami. Takich Grzegorz dawno nie widział, emanowała z nich szczerość, niewinność i silna potrzeba opieki oraz wdzięczności. Chciał patrzeć na te oczy, czuł, jakby napełniały go jakąś energią lub siłą, wyzwalając uczucia, których dawno nie doznawał.

– Tak, chciałbym ci opowiedzieć! – odparł Antek.

Rozdział II

Zawsze byłem problematycznym dzieckiem, z czasem tylko moje problemy stały się bardziej „globalne” i dotyczyły znacznie większej liczby osób. Pamiętam, że jako małe dziecko, o ile nigdy nie miałem problemów w nauce i nie sprawiałem problemów wychowawczych, to byłem non stop na coś chory.

Któregoś dnia moja mama, zmieniając mi opatrunek po zabiegu nastawienia kości, powiedziała:

– Wiesz, Antek, gdyby nie twoje zdrowie, można by powiedzieć, że jesteś idealnym dzieckiem.

Mama jest bardzo ciepłą kobietą, z sercem na dłoni, oddałaby wszystkim to, co ma najlepszego. Gdyby kiedyś stworzyć ranking najbardziej szczerych i dobrych ludzi na świecie, myślę, że mogłaby zająć wysoką pozycję. Nigdy nie poznałem jej jako kogoś, kto mógłby krzyczeć, mieć do kogoś żal lub się na kogoś gniewać. Mam wrażenie, że w jej zestawie uczuć nigdy nie zostały one wykształcone. W całej swojej dobroci jest jednak bardzo słaba psychicznie. Nigdy nie umiała stawiać czoła problemom, a każdy, który się pojawiał, mam wrażenie, że ją przerastał, a jedyną obroną był płacz. Myślę, że jej najgorszą wadą jest nieustanne szukanie problemów. Tak, szukanie problemów i kierowanie się opinią innych.

Jej modus operandi to „co ludzie powiedzą?”. Słuchałem tego przez całe życie. Począwszy od momentu, kiedy podczas balu przebierańców w podstawówce powiedziałem, że chcę się przebrać za Pocahontas, skończywszy na momencie, w którym musiałem się wyprowadzić z domu.

Właściwie to nie wiem, czemu wyszła za mojego ojca. On jest zupełnie inny, można by powiedzieć, że jest przeciwieństwem osobowościowym mojej matki. Ojciec jest bardzo zdecydowany, niezależny od nikogo i bardzo zaradny. Uwielbia narzucać swoją wolę innym. Jedno słowo wystarczy, aby matka przestała lamentować, podporządkowując się jego woli.

Z tych powodów w moim domu panował hierarchiczny podział stanowiskowy, bez wątpienia na szczycie tej piramidy znajdował się mój ojciec, a gdzieś na dole znajdowała się mama. Nigdy nie widziałem tam miejsca dla siebie.

Ojciec prowadzi małą firmę usługową, wykonując zlecenia remontowe dla innych. Z całego mojego dzieciństwa pamiętam tylko to, że nigdy go nie było. O ile mama była pierwszą osobą, do której zwracałem się ze wszystkim, o tyle ojciec zawsze dowiadywał się o tym ostatni. Nie mogę powiedzieć, że to zły człowiek, raczej trudny. Jednak całe jego działanie podyktowane było tym, aby ani mi, ani matce niczego nie brakowało. Ojciec oszczędnie okazuje uczucia, zwykle ogranicza się do krótkich zdań, szybkiego uścisku albo w ogóle nic nie mówi.

Pamiętam, jak któregoś dnia w szkole dostałem napadu drgawek tak silnych, że wylądowałem na pogotowiu. Kiedy zobaczyła mnie matka, wpadła w histerię, obwiniając siebie o to, co się stało, z kolei mój ojciec poklepał mnie po plecach, mówiąc, że cieszy się, iż skończyło się tylko na krzyku.

Nie mogę też powiedzieć, że w moim domu czegokolwiek brakowało. Rodzina nie należy do specjalnie zamożnych, ale też ojciec starał się zapewnić nam wszystko, czego potrzebujemy do życia. Harmonogram tygodnia koncentrował się na pracy, szkole i niedzielnym kościele. Według tego grafiku nadal żyją moi rodzice, a ja dobrowolnie też mu się poddawałem.

Co tydzień, w niedzielę o godzinie dziesiątej, musiałem mieć uprasowaną najlepszą białą koszulę i pół godziny później stawić się na mszy. Można rzec, że tworzyliśmy obrazek idealnej katolickiej rodziny. Matka dbała, aby nikt nie pomyślał czegoś, co mogłoby zaburzyć tę laurkową sielankę, jedyną osobą, która mogła to popsuć, byłem ja sam.

Tak jak wspominałem już wcześniej, nie sprawiałem problemów wychowawczych swoim rodzicom. Uczyłem się bardzo dobrze, byłem też raczej cichym i spokojnym dzieckiem. Nie miałem zbyt wielu kolegów, ale też miasteczko nie obfitowało w ogromną liczbę dzieci. Tak naprawdę sytuacja zaczęła się zmieniać dopiero wtedy, kiedy poszedłem do szkoły średniej. Ponieważ w mojej rodzimej miejscowości nie było takowej, musiałem dojeżdżać do miasta wojewódzkiego. Dla mnie był to moment przełomowy, a dla mojej matki przeżycie na miarę wybuchu II wojny światowej.

Jako ciche i spokojne dziecko z małego miasteczka, nie najlepiej wspominam wydarzenia z tamtego okresu mojego życia. Właściwie unikałem kolegów, byłem też raczej chudy i wątły, przez co inni chłopcy przeważnie mnie unikali i nie chcieli wdawać się ze mną w bliższą relację. Chcąc nie chcąc, przyjaciół szukałem wśród dziewczyn, z którymi zawsze łatwiej mi było odnaleźć wspólny język.

W szkole średniej poznałem Kaśkę. Wpadliśmy na siebie, kiedy była w ostatniej klasie. Jako chłopak o bardziej kobiecej urodzie przyciągałem uwagę i to zwykle w złym tego słowa znaczeniu. Któregoś dnia, gdy wychodziłem ze szkoły, zaczepiła mnie grupka nastolatków. Przezywali mnie i popychali z jednych rąk do drugich, jakbym był wyjątkowo lekką piłką, która jest na tyle kompaktowa, że można ją dowolnie konfigurować. Wówczas wkroczyła Kaśka.

– Ty knypku, chcesz, to tak samo cię popchnę! – Podeszła do jednego z napastników i odciągnęła go za kaptur.

– Patrz, nasza dziewczynka jest taką ofiarą, że inne koleżanki muszą go ratować, bo sam nie umie się postawić! – wydarł się jeden z napastników.

– Chcesz, to ja ci się postawię! Tknij go jeszcze raz, a załatwię ci taki wpierdol, że własna matka cię nie pozna. Zamierzasz się bić, to wyskocz do równego sobie, a jak się boisz, to ja załatwię ci towarzystwo. – Wyraźnie pewna siebie dziewczyna szybko uciszyła jednego z oprawców.

– Dobra, dajcie spokój, chłopaki, szkoda czasu na tę ciotę! – krzyknął jeden z nich, po czym towarzystwo rozbiegło się po sąsiednich ulicach.

Ja osobiście czułem, że moje policzki płoną. Nie dość, że nie byłem w stanie się postawić, to jeszcze ratowała mnie dziewczyna, niespecjalnie wyższa ode mnie, na dodatek bardzo ładna.

– Ty, mały, jak chcesz chodzić do szkoły średniej, to musisz umieć się postawić, nie będę tutaj zawsze. Został mi tylko jeden rok, a niewiele dziewczyn ma tyle odwagi co ja – powiedziała z wyraźną dumą w głosie. – Jestem Kaśka.

– To nie odwaga jest tutaj problemem, ale paraliż, który mnie przenika w kontakcie z tą samą płcią.

Kaśka spojrzała na mnie wzrokiem pełnym zrozumienia, tak jakby właśnie powstała nić łącząca nasze umysły.

– Co powiesz na wspólną kawę? – zagadała z uśmiechem.

Tak zaczęła się nasza przyjaźń. Kaśka była utożsamieniem wszystkich cech kobiecych, których nie widziałem u mojej matki. Już jako dziewiętnastolatka była piękną, wysoką kobietą, z długimi, falującymi, brązowymi włosami, które dodawały jej pewnego rodzaju szyku i klasy. Była pewna siebie, odważna, po prostu wiedziała, czego chce. W krótkim czasie dowiedziałem się, że po szkole średniej chce iść na zarządzanie, aby jak najszybciej odrobić praktyki w firmie swojego ojca. Kaśka kierowała się w życiu dewizą, że aby coś osiągnąć, należy działać i iść naprzód, a pomysł, jak to zrobić, pojawi się sam.

Dzięki temu w późniejszych latach osiągnęła wszystko to, co sobie założyła, zostając zastępcą dyrektora w firmie produkcyjnej, gdzie odpowiadała za strategię marketingową większości produktów wychodzących na rynek zagraniczny.

Znajomość z Kaśką była dla mnie bardzo cenna również w kontekście wizerunkowym. Jeszcze w szkole, chcąc nie chcąc, stała się najbliższą mi osobą spośród tych, z którymi spędzałem czas. Ludzie zaczęli nas identyfikować ze sobą, podejrzewając o bliższe relacje. Co w kontekście dalszego rozwoju wydarzeń było dla mnie bardzo cenne. Zapobiegło też wielu nieprzyjemnościom, na które wcześniej byłem narażony.

Jeszcze zanim poszedłem do liceum, podejrzewałem, że ze mną jest „coś” nie tak. Mój paraliż podczas kontaktów z innymi chłopcami wynikał nie tyle z braku chęci nawiązywania relacji, co z patrzenia na nich inaczej niż na kobiety. Z czasem zacząłem zauważać, że męska sylwetka jest dla mnie zdecydowanie bardziej atrakcyjna niż kobieca, innym razem, że moje fantazje seksualne, które mimo wszystko mimochodem sam wywoływałem, coraz bardziej skupiają się na mężczyznach. Wypierałem tę myśl, mówiąc sobie, że to niemożliwe, to tylko nic nieznaczące myśli. Ja, chłopak z katolickiego domu, gdzie homoseksualiści lądowali w ostatnim kręgu piekła, zaraz za widłami Lucyfera, nie mogę być „inny”.

Sytuacja zmieniła się, gdy którejś nocy świadomie zacząłem się masturbować z myślą o chłopaku ze szkoły. Mimo że pierwszy raz sprawiło mi to prawdziwą przyjemność, zaraz potem poczułem ogromne wyrzuty sumienia. To był moment, w którym stwierdziłem, że nie poradzę sobie z tym problemem i uznałem, że muszę z kimś pogadać. Wiedziałem z kim, tą osobą musiała być Kaśka.

– Muszę ci coś powiedzieć – wyznałem jej podczas jednego z naszych spotkań.

– Antek, wal, wiem o tobie wszystko. Przecież wiesz, że możesz mi zaufać.

– Wiem, tylko… ja chyba sam do końca nie ufam sobie. W każdym razie nikt o tym nie wie i nie może wiedzieć – dodałem po chwili.

Kaśka popatrzyła na mnie swoimi bystrymi oczami. Znałem to spojrzenie, było dokładnie takie samo jak pierwszego dnia, kiedy zauważyłem w jej oku dziwną nić porozumienia.

– Myślę, że wiem, co chciałbyś mi powiedzieć, czekałam na to.

– Naprawdę wiesz?

– Jezu, Antek, wykrztuś to z siebie, to naprawdę nie jest nic złego.

– Ja… Ja chyba jestem dziwny, to znaczy myślę, że jestem pedałem.

– No Antek, to muszę przyznać, że jednak mnie zaskoczyłeś, a mimo wszystko myślałam, że to niemożliwe.

– Zaskoczyłem? O Boże, to znaczy ja nie wiem, ja tylko się zastanawiam, to samo przychodzi, nie odwracaj się ode mnie, potrzebuję cię bardzo – powiedziałem przerażony.

– Ty to jednak jesteś dzieciak, co dziwne, bo w twoim wieku powinieneś mieć już twardszy tyłek. Nie zaskoczyłeś mnie tym, że, jak to mówisz: „jesteś dziwny”. Wiem to od dawna, zaskoczyłeś mnie tym, że sam siebie nazywasz w taki sposób!

– To znaczy jak?

– Nie jesteś pedałem, nie ma kogoś takiego! Jesteś gejem, rozumiesz? I zabraniam ci tak mówić o sobie, jesteś cudownym chłopakiem, ciepłym i wrażliwym. Wiedziałam o tym już od pierwszego dnia, kiedy cię poznałam, i wiedziałam, że nie przyjdzie ci to łatwo, dlatego unikałam tej rozmowy. Uznałam, że sam musisz do niej dojrzeć. Ale zrozum, że to nic złego, masz prawo kochać tak samo, jak każdy, znam wielu gejów. Nigdy nie daj sobie wmówić, że jesteś pedałem! – zakończyła z uśmiechem na twarzy.

Ja jednak spojrzałem na nią wzrokiem pełnym przerażenia, chyba nie spodziewała się takiej reakcji, ponieważ mina momentalnie jej zrzedła.

– Ty nic nie rozumiesz, nie rozumiesz po prostu, ja nie mogę być gejem, co powiedzą moi rodzice, co powie mój ojciec, przecież to nie mogę być ja – szczerze przyznałem się do moich obaw.

– Antek, czuję się, jakbym rozmawiała z małym dzieckiem, a przypominam ci, że jesteś tylko dwa lata ode mnie młodszy. Za chwilę będziesz dorosły, lubię twoich rodziców i naprawdę uważam, że to cudowni, dobrzy ludzie. W końcu wychowali cię na tego, kim jesteś, ale oni już swoje życie przeżyli, a to, że jesteś gejem, nie jest twoją winą. Ja wolę facetów, ty też, taki już jesteś i musisz to zaakceptować. Pamiętaj, nigdy nie walcz sam ze sobą, bo zawsze przegrasz!

Pomimo tej rozmowy świadomość siebie nie przychodziła mi łatwo, nie pomagał mi świat, w którym się wychowywałem i w którym nauczyłem się żyć. Wkrótce Kaśka skończyła szkołę, a ja zostałem w niej sam i chociaż często się widywaliśmy, zawsze unikałem tego tematu, próbowałem wypierać myśl, że mogę być „inny”. Szukałem dziewczyny, umawiałem się na denne randki i nigdy nie utrzymałem relacji z kobietą dłużej niż miesiąc. Jednocześnie myśl, że mogę być gejem, nawiedzała mnie jak przerażający demon, który czekał tylko na uśpienie mojej czujności.

W domu temat homoseksualizmu nie istniał, czasem mam wrażenie, że moja matka w ogóle wyparła świadomość istnienia takich osób, ojciec z kolei żywił do nich szczerą nienawiść. Przy jakiejkolwiek wzmiance w telewizji zawsze wysyłał litanie epitetów o wynaturzeniu i chorych ludziach, których powinno się izolować, aby nie panoszyć zarazy.

Pamiętam, że pewnego dnia oglądaliśmy świąteczną komedię, w której pojawiła się wzmianka o związku dwóch mężczyzn. Choć scena przedstawiająca tę parę była bardziej wzruszająca i romantyczna niż zabawna, ojciec dostał spazmatycznego napadu śmiechu.

– Antek, ty widzisz, jakie błazny? Jak można było zepsuć tak dobry film? – Spojrzał tylko na mamę, która momentalnie potwierdziła jego słowa, po czym zwrócił wzrok zaniepokojony w moją stronę. – Nie zgadzasz się ze mną, Antek? Może ci się to podoba? – wyraźnie naciskał.

– Uważam, że każdy ma prawo do miłości w sposób, jakiego sam potrzebuje – powiedziałem zupełnie spokojnym tonem. Ojciec zaniemówił, matce momentalnie napłynęły do oczu łzy.

– Chcesz mi powiedzieć, że tobie podobają się tacy zboczeńcy?! A może sam byś chciał takiego brudasa?! – Wówczas sprawiał już wrażenie rozjuszonego lwa.

– Przecież oni nie odziedziczą Królestwa Bożego – wtrąciła się matka głosem pełnym szczerego przerażenia.

– Antek, posłuchaj mnie, dopóki mieszkasz w tym domu, żyjesz na moich zasadach, chcesz iść na studia, to wybij sobie takie pierdoły z głowy, a tak w ogóle to zjeżdżaj mi z oczu do książek, zamiast oglądać takie bzdury! – Ojciec po raz kolejny dał popis braku akceptacji dla odmiennego sposobu myślenia.

Od tego czasu nigdy nie poruszałem ponownie tego tematu. Zgodnie uznaliśmy, że ta kwestia nie istnieje, nie tylko w domu, ale i we wszelkich momentach, kiedy mogła wrócić. Wkrótce skończyłem szkołę średnią, dostałem się na studia i skupiłem się na nauce. Zdana matura oznaczała jednak coś więcej niż tylko świadectwo dojrzałości. Wraz z tym faktem nastąpił u mnie przełom świadczący o pogodzeniu się ze swoją orientacją, jednocześnie nie chciałem nikogo mieć. Uznałem, że lepiej być samemu i chociaż nadal łaknąłem faceta i to bardziej niż wcześniej, swoje pragnienia zostawiłem tylko dla siebie. Nawet z Kaśką nie rozmawiałem na ten temat. Czasem miałem wrażenie, że podczas wspólnych spotkań łapała mój zwieszony wzrok na jakimś mężczyźnie, który wyjątkowo mi się spodobał, jednocześnie nigdy nie naciskała na rozmowę.

Ja sam tkwiłem w tym zawieszeniu dobrych kilka lat, czasem nie mogłem uwierzyć, że byłem w stanie to przetrwać, mimo że tak silnie podświadomie domagałem się dotyku i miłości mężczyzny. Z jednej strony marzyłem o tym, wyobrażałem sobie fizyczną bliskość, jednocześnie nigdy nie chciałem do niej dążyć. Bałem się, że jeśli już spróbuję, to ten zakazany owoc będzie tak cudowny i wymarzony, że zburzy mój świat, w którym jakoś sobie radziłem i który zacząłem akceptować. Miałem wrażenie, że w tej wykreowanej rzeczywistości nauczyli się żyć nie tylko moi rodzice, ale i Kaśka, która z jednej strony nie popierała mojej drogi, z drugiej w pełni ją szanowała. Aż do któregoś spotkania…

– W piątek idziesz ze mną na imprezę – rzuciła niespodziewanie.

– Kaśka, wiesz, że jestem zupełnie nieimprezowy, nie lubię takich rzeczy, zresztą gdzie ty chcesz iść?

– Pójdziesz do moich znajomych, mam zaproszenie z osobą towarzyszącą i nie mam zamiaru iść sama. Mój przyjaciel z firmy urządza przyjęcie-niespodziankę dla swojej drugiej połówki, zobaczysz, spodoba ci się. Zresztą, z całym szacunkiem, ale powinieneś poznawać więcej ludzi niż tylko mnie.

– Naprawdę nie możesz iść z kimś innym? Kiepski ze mnie imprezowicz.

– Boże, ty dzieciaku, powiedziałam, że idziesz ze mną. Ja ci nigdy nie odmówiłam, chcę, żebyś to zrobił dla mnie.

– Okay, okay! – przerwałem jej nadciągające wyrzuty. – Pójdę, ale robię to tylko dla Ciebie! – odpowiedziałem zrezygnowany.

Wcale nie rwałem się do tego, Kaśka ma towarzystwo zupełnie inne niż ja. Zwykle to ludzie majętni, na wysokich stanowiskach, dobrze ubrani i zupełnie poza moim kręgiem towarzyskim. Zawsze uważałem, że najgorsze uczucie na świecie to wewnętrzne przekonanie, że jest się gorszym. Unikałem tego, dlatego pomysł imprezy w tym towarzystwie z góry skazany był na porażkę. Z drugiej strony Kaśka nigdy nie odmówiła mi niczego, kiedy potrzebowałem jej pomocy, więc musiałem się zgodzić.

Ubrałem się w najlepszą białą koszulę, ulubione jeansy z dziurami i starą skórzaną kurtkę. Choć jej lata świetności już minęły, to ma w sobie coś, co dodaje jej ponadczasowego szyku i elegancji.

– No widzisz, jak chcesz, to potrafisz się ubrać jak człowiek. Gdybyś był trochę starszy i zacząłby ci rosnąć zarost, bzyknęłabym cię – powiedziała Kaśka i puściła do mnie oko.

– Wybacz, moja droga, ale jesteś dla mnie zbyt męska – odpowiedziałem na tę uwagę i wyszczerzyłem do niej zęby. – Ale na marginesie, dziś wyglądasz wyjątkowo kobieco.

Kaśka miała na sobie małą czarną i wysokie, czerwone szpilki. Prawdę mówiąc, gdyby nie jej bezpardonowy charakter, mogłaby uchodzić za ideał kobiety. Jej długie włosy były ułożone w hollywoodzkie fale, a na ramiona zarzuciła czarną ramoneskę, która nadawała jej rockowego charakteru, a wysokie szpilki wydłużały i tak nienaturalnie długie nogi.

Znajomi Kaśki mieszkali w dużym apartamencie, tak jak przypuszczałem, w najdroższej dzielnicy miasta. Już stojąc przed domofonem, poczułem dziwny uścisk w okolicy pępka, gdy spojrzałem na buty Kaśki i na swoje białe stare airmaxy, które kupiłem za pierwsze zarobione pieniądze. Wtedy też stały się moimi ulubionymi butami na każdą okazję. Teraz pomyślałem, że założenie ich to był naprawdę kiepski pomysł.

W domofonie nikt się nie odezwał, zostaliśmy wpuszczeni na osiedle niewysokich apartamentowców z eleganckim patio, na którym w centralnym punkcie znajdowała się widowiskowa fontanna.

Kaśka szła przede mną, pewna siebie niczym kobieta sukcesu. Ja wlokłem się jak zbity pies, który na dodatek nie jadł od tygodnia i brakuje mu siły na wykonanie kolejnego kroku.

– Jeśli zaraz nie zmienisz tego cierpiętniczego wyrazu twarzy, dostaniesz ode mnie kopa w tyłek!

– O Jezu, mówiłem ci, że to zły pomysł, przecież idę, czego ty jeszcze ode mnie wymagasz? – odpowiedziałem rozdrażniony.

Kaśka raptownie zatrzymała się przed windą, patrząc na mnie ze srogą miną.

– Zastanawiasz się, czy jestem wymagająca? To spójrz na obcas moich szpilek, idziemy! – powiedziała, wchodząc pewnym krokiem do windy, nie zważając na moją minę męczennika.

Stanęliśmy przed dużymi dębowymi drzwiami z numerem sto siedemdziesiątym szóstym. Z wewnątrz dobiegały śmiechy i mnogość głosów, Kaśka wcisnęła dzwonek, a ja miałem wrażenie, że moja twarz przybiera postać zgniłozielonej galarety, co nie umknęło jej uwadze. Wówczas pierwszy raz spojrzała na mnie z wyraźnym niepokojem.

– Halo, królowo, wreszcie się pojawiłaś, ileż można na ciebie czekać?!

– O, cześć, Andy, kim dzisiaj jesteś? – zapytała, szczerze zaskoczona ekscentrycznym osobnikiem.

Drzwi otworzył nam uśmiechnięty facet około pięćdziesiątki. Widać było, że jest w wyjątkowo dobrym humorze, najbardziej jednak zadziwiające było to, co miał na sobie. Ubrany był w coś, co przypominało wyglądem starą firankę z wyjątkowo zdobnym ornamentem. Na ramionach miał zarzuconą czerwono-purpurową zasłonę i gigantyczny, bardzo strojny naszyjnik, który wyglądał jak zakupiony na odpuście. Na głowie zaś miał starą świecącą perukę ze sreberka w kolorze brudnego złota, w ręce trzymał szpikulec do nakłuwania mięsa, niebezpiecznie wymachując nim we wszystkie strony.

– Ja jestem księżniczką egipską, patrz, jakie mam berło. W coś ty się ubrała, zaraz ktoś zapuści ci nura pod tę kieckę! Pamiętaj, co cały czas ci powtarzam, nie bądź łatwa. – Następnie przysunął się do niej bliżej. – Ale czy można być bardziej? – dodał, kończąc swoją wypowiedź szerokim uśmiechem.

Kaśka zareagowała gromkim rechotem, widać było, że specyficzne poczucie humoru Andy’ego nie jest jej obce. W sumie mężczyzna wydawał się wyjątkowo pozytywną osobą, jego stylizacja, jak również bezpośredniość, była czymś, co sprawiło, że zapomniałem o swoim stresie.

– O Boże, pokaż tę ślicznotę, którą zabrałaś ze sobą, wszyscy na niego czekają.

– A właśnie, to jest Antek. Antek to jest…

– Elizabeth Taylor, dla przyjaciół Andy Ratzinger – wypalił, wyrywając tak gwałtownie rękę w moją stronę, że prawie trafił w oko stojącej z boku Kaśki.

– Ech… miło mi poznać – odpowiedziałem. – Jestem Antek.

– Wiem, czekałem na ciebie – powiedział Andy. Po czym chwycił mnie w pasie i wepchnął z impetem do środka, nie zważając na rozbawioną Kaśkę i kompletnie zapominając o jej obecności.

– Czego się napijesz? To są wszyscy, wszyscy – to jest Antek. Pamiętaj, jak poznasz Andy’ego, to nikt inny nie będzie bardziej pomylony ode mnie – paplał, wpychając mnie przed siebie. Nagle z drugiego pokoju wyszedł przystojny facet około trzydziestki z ciemnym zarostem i idealnie ułożonym przedziałkiem na krótko ostrzyżonych włosach.

– Wariatko, zostaw tego biednego chłopaka. Cześć, jestem Darek i w sumie to moje mieszkanie, więc wybacz, że otwiera ci ta upadła Elizabeth Taylor. Ty pewnie jesteś Antek, miło mi cię poznać, dużo o tobie słyszałem. Czego się napijesz? Zaraz będzie moje kochanie, mam nadzieję, że Kaśka ci przekazywała, że to przyjęcie-niespodzianka?

– Tak, mówiłam mu. – Uśmiechnięta dziewczyna podbiegła i pocałowała Darka w policzek. – Przyznam szczerze, że Andy na wejście to dość szokowa terapia, jaką mogłam ci zapewnić – dodała, zwracając się do mnie.

Wtedy zacząłem podejrzewać, co miała na myśli. Rozejrzałem się po całym zebranym towarzystwie. Znajdowaliśmy się w dużym salonie, z wysokim sufitem i ogromną ilością halogenów. W centralnym miejscu znajdowała się ogromna skórzana sofa z błyszczącej białej skóry, ściany pokrywały eleganckie zdobienia i obrazy, sprawiające wrażenie bardzo drogich. W rogu stał ogromny stół z przygotowanym cateringiem, na którym z daleka dostrzegłem owoce morza i gigantyczny tort z napisem: 6 lat razem. Tak jak przeczuwałem, wyróżniałem się na tle zebranego towarzystwa, już pominę fakt, że byłem prawdopodobnie najmłodszym z zebranych. Każdy tu wyglądał… drogo.

W salonie przebywało około piętnastu osób, a większość stanowili mężczyźni… bardzo przystojni mężczyźni. Dobrze ubrani i z uśmiechem na twarzy. Nieliczne kobiety były kopią Kaśki w różnych kolorach włosów i sukienek, czuć było od nich pewność siebie i przebojowość. Przy dużym eklektycznym kominku, podwieszonym do sufitu, stał wysoki mężczyzna z gładko zaczesanymi włosami w kucyk oraz idealnie ostrzyżoną krótką brodą. Miał niezwykle szlachetne rysy twarzy, dodające mu z jednej strony powagi, z drugiej nieziemskiego seksapilu. Ubrany był w elegancką granatową marynarkę i biały T-shirt z dużym logo. Na stopach miał białe airmaxy, jego model był jednak zdecydowanie nowszy od mojego i na pewno nie zakładał ich na każdą okazję.

Nie wiem, czy to było tylko moje złudzenie, czy istotnie kiedy mnie zauważył, zatrzymał na mnie wzrok, puszczając oko. Ci wszyscy ludzie, choć zupełnie inni niż ja i tacy, których zazwyczaj unikałem, okazali się niezwykle mili i sympatyczni. Wokół zebranego towarzystwa biegał ucieszony Andy, klepiąc kobiety po pośladkach i rozlewając drinki każdemu, kogo napotkał na swojej drodze.

– Cicho, Andy! Wszyscy na miejsca – krzyknął Darek, gasząc światło. – Moje kochanie właśnie wraca i jest już w windzie, dostałem cynk od portiera.

Całe towarzystwo skupiło się na dużym tarasie. Patrząc na pozostałych zebranych, byłem pewny, że jubilatka to ktoś pokroju gwiazdy filmowej, na co wskazywałaby cała oprawa wydarzenia. Usłyszałem trzask zamka drzwi, nagle zapaliło się światło.

– NIESPODZIANKA! – Ogłuszający okrzyk zebranych zaskoczył wchodzącą do własnego mieszkania osobę.

W drzwiach stanął łysy mężczyzna w idealnie skrojonym garniturze i okrągłych okularach. Druga połówka Darka okazała się facetem! Gdy spojrzałem na niego, przypomniałem sobie, że jakiś czas temu zdążyłem go już poznać. Kiedy przyszedłem po Kaśkę do pracy. Żegnali się czule i byłem pewny, że spotyka się z tym gościem. Nigdy bym nie pomyślał, że on może być GEJEM!

– Wszystkiego najlepszego, Kocur! – zawołał uradowany Darek, podchodząc do niego z tortem i całując go na oczach całego towarzystwa.

– Boże, jak można być tak pomylonym, żeby wytrzymać z Darkiem aż sześć lat! – krzyknął Andy.

Andrzej, bo tak nazywał się nowo przybyły, stał na środku salonu szczerze wzruszony i szczęśliwy. Chociaż jego ubiór wskazywał na silnego, zdecydowanego faceta, teraz w oczach miał łzy. Spojrzał z czułością na Darka, zmierzwił mu włosy i powiedział:

– Nie wiem, po prostu bardzo go kocham! Dziękuję wam wszystkim i przede wszystkim tobie. Dziękuję ci, że każdego dnia sprawiasz, że chcę być lepszym człowiekiem.

Po chwili znowu zaczął go całować, ku uciesze zebranych. Kiedy szum ucichł, towarzystwo zaczęło podchodzić do jubilatów, składali im gratulacje i wymieniali uściski. Ja wówczas stałem jak zahipnotyzowany i nie byłem w stanie wydusić z siebie ani słowa. To było niezwykłe, takie szczere, takie normalne. Nikt nie mówił o wiecznym potępieniu, nikt nikogo nie obrażał. Ci wszyscy ludzie szczerze kibicowali tej „dziwnej” parze.

Nagle, jakby przez sen, usłyszałem cichy głos Kaśki.

– Widzisz, oni naprawdę są szczęśliwi. Oni mogą być szczęśliwi! Ty też możesz!

Spojrzałem na jej bystre oczy, byłem pewny, że dostrzegam w jej wzroku ten znajomy błysk satysfakcji.

–TAK, Kasia! Ja też mogę być szczęśliwy! I BĘDĘ!

Rozdział III – Kaśka

Wiedziałam, wiedziałam to od pierwszego dnia, kiedy go poznałam. Antka czyta się jak z kartki, jakby wzrokiem mógł powiedzieć wszystko to, co ma w sercu, zanim zdąży wypowiedzieć choćby jedno słowo. Rozumiałam też, jak będzie mu ciężko przyznać się… nie przede mną, lecz przed samym sobą, że jest tym, który kocha „inaczej”.

Po latach nieraz zastanawiałam się, co sprawiło, że stał mi się tak bardzo bliski, być może to ja potrzebowałam go bardziej niż on mnie, choć zawsze zakładał, że jest inaczej. Antek był tą namiastką świata, którego ja nie miałam, brakującym ogniwem w moim, jak mi się wydawało, „idealnym” życiu.

Ja miałam kochających rodziców, którzy nigdy nie mieli dla mnie czasu, on despotycznego ojca i nadopiekuńczą matkę. Moje dzieciństwo można porównać do samotnej wycieczki do wesołego miasteczka. Niby masz wszystko, a nikt nie widzi twojego uśmiechu, ostatecznie musisz sobie zrobić selfie, aby na dłużej zatrzymać swoją radość.

W moim domu nigdy niczego nie brakowało, jako dziecko miałam najlepsze zabawki, będąc dorosłą osobą, stać mnie było na większość kosmetyków i ubrań, których zazdrościły mi koleżanki. Moje życie też było z góry ustawione. Zanim poszłam do liceum, wiedziałam, jakie muszę ukończyć studia. Zanim skończyłam studia, wiedziałam już, jaką będę mieć pracę. I chciałam tego… a przynajmniej tak mi się wydawało.

Nieraz zastanawiałam się, dlaczego nie stałam się cholerną egoistką, w końcu powinnam nią być. Byłam tego uczona od małego dziecka. Jako zaledwie kilkuletnia dziewczynka chodziłam na balet, angielski, francuski i zajęcia logopedyczne – nienawidziłam ich. Wbrew pozorom z tego okresu najbardziej pamiętam moją matkę.

– Kcem się bawić tymi lalkami – zakomunikowałam.

– Kasiu, uczyłyśmy się już tego – powtarzała pani doktor. – Nie mówi się „kcę”, powtarzaj za mną: Chciałabym pobawić się tymi lalkami.

– Kcem się pobawić…

– Jak tam moja mała królewna – przeszkodziła nam mama – umie już wszystkie słówka?

– Mamo, pobaw się ze mną, nie kcem tych lekcji – odpowiadała mała Kasia, energicznie przecząc głową.

– Kochanie, pamiętaj, że musisz być mądrą dziewczynką, mamusia nie ma teraz czasu, ma bardzo dużo pracy. Ale jak będziesz grzeczna i mądra, to mamusia w weekend zabierze cię na zakupy.

Nie lubiłam zakupów, miałam wrażenie, że nie potrafię spędzać czasu ze swoją matką. Wiedziałam, że mogę dostać wszystko, być może dlatego nie potrafiłam się cieszyć materialnymi rzeczami. Paradoksalnie, im byłam starsza, tym bardziej stałam się zaradna, zdecydowana i samodzielna. I zapewne to wszystko miało wpływ na późniejszy brak jakichkolwiek oporów przed nawiązywaniem nowych kontaktów. Pewności siebie nauczył mnie fakt, iż wiedziałam, że sama dam sobie radę.

Sama, sama, sama… Czy ta pewność siebie nie odstraszała moich partnerów? Choć nie raz mi pomogła, to pogrążyła moje życie emocjonalne od samego początku. Zawsze byłam słaba w związkach, miałam wrażenie, że mężczyźni się mnie boją, uciekają ode mnie. A ja sama jestem silniejsza niż niejeden z nich. Zawsze wymagałam od nich, aby potrafili mnie zaskoczyć, przewidzieć mnie, moje potrzeby i pragnienia. Tymczasem to zawsze ja byłam o kilka kroków przed nimi. Jak dziś pamiętam mój pierwszy, jak mi się wydawało, poważny związek i naszą ostatnią wspólną kolację z Bartkiem.

– Wiesz, jesteś naprawdę piękną kobietą.

– Dziękuję ci, Bartku, to miłe, choć wolałabym, abyś doceniał coś więcej niż moją urodę.

– Doceniam! – zareagował oburzony. – Jesteś mądra, inteligentna, bardzo podoba mi się to, jak jasno zmierzasz do celu, który sobie wyznaczasz.

– Hmm, to może zatem powinieneś brać ze mnie przykład?

– O co ci chodzi?!

– O to, że masz dwadzieścia dziewięć lat i jesteś ode mnie starszy o ponad sześć. Nie wydaje ci się, że w twoim wieku powinieneś wiedzieć już, co chciałbyś robić w życiu? – zapytałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.

– Jestem sportowcem. Stawiam na karierę, muszę dużo trenować! – odpowiedział podniesionym głosem Bartek.

– Ha ha ha, sportowcem, mówisz. Za pięć lat też będziesz sportowcem? A co będzie za lat dziesięć, a co wówczas, kiedy będziemy mieli dziecko? Też będziesz, jak to mówisz, sportowcem, który musi trenować? DOROŚNIJ!

– Co cię ugryzło?

– Jesteś dzieciakiem, małym chłopcem, który myśli, że całe życie będzie grać w piłeczkę. Gdybyś chociaż grał w jakimś porządnym klubie.

Przeraziło mnie to, ponieważ wiedziałam, że przegięłam. Po raz kolejny mój niewyparzony język dał o sobie znać szybciej niż moje uczucia, które mogłyby zablokować te słowa. Odruchowo zasłoniłam usta, patrząc na Bartka przerażonym wzrokiem.

– Nie chciałam tego powiedzieć.

Ten jednak patrzył na mnie spojrzeniem pełnym żalu, wyrzutu i ogromnego rozczarowania.

– Chciałaś, dlatego właśnie to zrobiłaś. – Z piskiem odsunął krzesło, wstał i już miał kierować się do wyjścia, odwrócił się jednak, spojrzał na mnie tym zimny wzrokiem, który później widziałam jeszcze wielokrotnie, po czym dodał: – Nigdy nie będę ciebie wystarczająco godzien, nikt nie będzie. – Następnie szybko skierował się do wyjścia.

Po latach zrozumiałam, że miał rację. To ja sama wyznaczyłam sobie nieosiągalne standardy mężczyzny, którego pomnikiem za życia stał się mój ojciec. Byłam córeczką tatusia, byłam i chciałam nią być. Jeśli ktoś nazwałby mnie rozpieszczoną księżniczką, to właśnie za jego sprawą i zawsze w jego obecności. Byłam kapryśna i marudna, a on to uwielbiał, zawsze powtarzał:

– Moje ty „sto tysięcy”, jak mógłbym ci czegokolwiek odmówić?

Nie mógł, a ja o tym wiedziałam. Rozumiałam, że to ja mam władzę nad nim, a nie on nade mną. Tata budził mój podziw i szacunek, ale to ja byłam jego wyrocznią w działaniach, które prowadził. Był wysoki, przystojny i piekielnie inteligentny. Nawet wówczas, kiedy nie miał dla mnie czasu, to pozwalał mi siedzieć w swoim gabinecie, gdy pracował, a ja z zachwytem przyglądałam się jego skupieniu oraz zaangażowaniu w prowadzone rozmowy.

– Laleczko, wiem, że obiecałem ci dziś kino, ale będziesz musiała jeszcze chwilę poczekać, ponieważ tatuś musi dużo pracować, żeby tobie, księżniczko, niczego nie brakowało.

– Lubię patrzeć, jak pracujesz.

– Wiem, mądralo – odpowiedział pieszczotliwie, wracając do pracy przy komputerze.

– Kiedyś będę taka jak ty! – powiedziałam dziwnie pewna siebie.

Tata spojrzał na mnie dumnym wzrokiem:

– Wiem, jestem tego pewien.

Finalnie stałam się taka jak on, tylko nie wiem, czy jest to dla mnie dobre…

*

Kiedy poznałam Antka, miałam dziewiętnaście lat, on był przestraszonym chłopcem, szykanowanym za swoją „inność”. Kim był dla mnie? Był kimś, kogo potrzebowałam, kimś słabszym ode mnie, kimś, kto mnie potrzebuje, kto ma dla mnie czas. Stał się moim powiernikiem, moim kompanem, moim bratem, którego nigdy nie miałam. Czułam się dumna, że jestem starsza, że mam prawo być mądrzejsza, że mogę go uczyć, jak ma być silniejszy wobec świata, który wiedziałam, że nie będzie mu przychylny.

Nie miało dla mnie znaczenia, czy jest gejem, nawet chciałam, aby nim był. Wiedziałam, że gdyby był heteroseksualny, zaczęłabym od niego wymagać, od niego zaś oczekiwano już i tak wystarczająco dużo, czyli zmiany tego, na co nie miał wpływu. Miałam wrażenie, że z Antkiem łączy nas pewne podobieństwo. On też miał określony plan na to, kim ma być i jak powinien się zachowywać. Od niego jednak wymagano znacznie więcej niż ode mnie, żądano, aby był „taki jak wszyscy”.

– Ha ha ha, uwielbiam cię za twój cierpki humor – powiedział mi przy którejś z naszych rozmów. – Wiesz, Kasiu, czasem się zastanawiam, czy w naszej szkole nie zabraknie niedługo facetów, których mogłabyś pogonić.

– He he he, nie martw się, w najgorszym wypadku zostaniesz mi ty – odpowiedziałam pyskato.

– Daj spokój – powiedział, czerwieniąc się – ugania się za tobą pół szkoły, a ty mówisz o mnie, sama spójrz, skóra i kości.

– Może i lata, ale ty jesteś wyjątkowy, pamiętaj o tym!

Nie wiedząc czemu, Antek dziwnie zmarkotniał, opuścił wzrok i zamyślił się na moment.

– Ech, a ja chciałbym być taki jak wszyscy…

Wiedziałam, że pogodzenie się z własną orientacją nie przyjdzie mu łatwo. W domu przeszedł niejedno pranie mózgu, rodzice nie raz opowiadali mu o sodomitach i kotle Lucyfera, w którym lądują tacy jak on. Nie chciałam naciskać, ponieważ uważałam, że sam musi dojrzeć do tej świadomości. Choć muszę przyznać, że czasem go prowokowałam, sugerując mu, kto mi się podoba lub na co zwracamy oboje uwagę u innych facetów. Byłam pewna, że znam go na wylot i nie będzie on w stanie mnie zaskoczyć, jednak jego świadomość orientacji wytrąciła mnie z równowagi.

Kiedy powiedział mi, że jest „pedałem”, byłam pewna, że jego droga do samoakceptacji będzie znacznie trudniejsza, niż mogłam przypuszczać, a nierówna walka między pragnieniem a dekalogiem zawsze będzie na korzyść tego drugiego. Najbardziej jednak przeraziły mnie nie jego słowa, ale panika. Miałam wrażenie, że on boi się samego siebie i tego, kim jest. Gdyby była to kwestia tylko ideologiczna, walczyłabym z nią, tymczasem byłam pewna, że to nie czas na coming out przed samym sobą.

Im więcej wiedziałam o Antku, tym on był bliżej mnie. Tak jakby się bał, że tajemnica, którą się ze mną podzielił, mogłaby wyjść poza naszą relację. On nigdy niczego nie oczekiwał, to ja chciałam mu dać więcej, choć sam o to nie prosił. Z drugiej strony on zawsze był. Wspierał mnie, kiedy rozstałam się z Bartkiem, choć wcale nie prosiłam o jego obecność. Potrafił w ciągu godziny pojawić się pod moim domem, mówiąc:

– Jestem tu na wypadek, gdybyś potrzebowała jeszcze trochę nawrzucać płci męskiej.

Był też zawsze wtedy, kiedy oszukiwałam na studiach. Już wówczas pracowałam w firmie taty, a Antek przepisywał mi notatki z książek na miniaturowe ściągi, które na dzień przed egzaminem czekały u mnie na mailu, w formacie gotowym do wydruku.

I chociaż zachęcałam go do tego, aby otworzył się na miłość, on unikał tego tematu, szybko zmieniając go, byle tylko nie powiedzieć czegoś, czego nie mógłby cofnąć. Wiedziałam jednak, że jego natura domaga się jego pragnień niczym zwinięty wąż, który stawia swój łeb gotowy do ataku.

– Fajny jest, nie? – Byliśmy właśnie na cappuccino podczas jednego z naszych coweekendowych spotkań, w ulubionej kawiarni.

– Kto? – zapytał, choć byłam pewna, że wie doskonale, o kim mówię.

– No ten przy kasie… Mmmm, zobacz, jaki ma tyłeczek.

– Ha ha, Kasia, to bierz się za niego – odpowiedział i wyszczerzył do mnie zęby. – Tylko przypadkiem nie pytaj go o to, czy jest już dyrektorem w swojej firmie, którą zarządza od kilku lat.

– Dyrektorzy mnie nie interesują, biorę tylko prezesów – odgryzłam mu się – zresztą jest gejem.

W oczach Antka zapalił się błysk, a uśpiony wąż właśnie wystawił swój język, przygotowując się do ataku.

– Jak tam magisterka? – szybko zmienił temat. – Masz już ten czwarty rozdział?

Spojrzałam na niego, marszcząc brwi.

– Pytałeś mnie o to półtorej godziny temu, nic od tego czasu się nie zmieniło.

Kolejny raz zmarkotniał, wpatrując się w swoje stopy, jak to miał w zwyczaju, kiedy chciał uniknąć mojego wzroku.

– Myślę, że jest gejem – powtórzyłam z naciskiem. – Pasowałby do ciebie.

– Ech, czemu to robisz?! – podniósł głos.

– Bo dotyczy to ciebie! A ja chcę, żebyś był szczęśliwy!

– To nie sprawi, że będę! Nie mogę być, wiesz o tym!

– Czemu nie możesz, do cholery? Kto powiedział, że nie wolno ci kochać i być sobą?

– Ja muszę być taki jak wszyscy!

– Czyli jaki? Nieuczciwy i zakłamany? – zapytałam ze wzburzeniem w głosie.

– Nie wszyscy tacy są. – Speszył się, zaskoczony moją reakcją.

– Ty właśnie teraz taki jesteś? – podniosłam znowu głos.

– Jak możesz? – odpowiedział wyraźnie poddenerwowany. – Nigdy w życiu cię nie okłamałem, nie masz prawa tak mówić.

– Mnie może i nie! Okłamujesz siebie!

Zamilkł, patrzył na mnie bez mrugnięcia okiem, tak wyraźnie i głęboko, że aż mnie zaczęły piec oczy.

– Nic nie rozumiesz – powiedział markotnie. – Chciałbym, żeby było inaczej, ja też chcę kochać! Wiesz, jak to jest czuć, że tego nie wolno, że samemu musisz skazać się na to, że będziesz samotny? Wiesz, jak to jest pożądać facetów i nienawidzić siebie, że tego pragniesz? Wiesz, jak to jest czuć wyrzuty sumienia, kiedy masturbujesz się z myślą o rzeczach, których nie wolno ci zrealizować?

Patrzyłam na niego, na jego piękne błękitne oczy i słuchałam słów, których nigdy wcześniej nie wypowiedział, choć byłam pewna, że chciał to zrobić wiele razy. Poczułam, że łzy napływają mi do oczu i chociaż nigdy nie płaczę, bo uważałam, że tego nie potrafię, to wówczas wiedziałam, że każde jego słowo zedrze ze mnie maskę zimnej suki.

– Antoś, wcale nie musi tak być, wierz mi, zasługujesz na szczęście, prawdopodobnie tak, jak nikt inny na świecie, jeśli mi tylko pozwolisz…

– Skończ! Proszę! To mnie boli!

Uszanowałam to, ale wówczas już wiedziałam, że sam sobie nie poradzi, że potrzebuje pomocy, aby zaakceptować siebie, zrozumieć, że nie ma nic złego w tym, kim jest i w głębi serca pragnie być.

Geje zawsze byli w moim otoczeniu, być może dlatego, że nie wymagałam od nich tak dużo, jak od potencjalnych partnerów. Mój gej-radar działał bez zarzutów, a ich obecność wyczuwałam, zanim którykolwiek z nich zdążył się odezwać. Już na studiach pracowałam, tam też poznałam Andrzeja i Darka. Chłopaki byli ze sobą blisko sześć lat. Zawsze powtarzałam, że chciałabym mieć taki związek. Potrafili się uzupełniać, szanować i wspierać, a nie tylko oczekiwać. Stali się dla mnie wzorem idealnego związku, bo zrażona swoimi niepowodzeniami zaczęłam sama siebie przekonywać, że to geje tworzą lepsze relacje niż heteroseksualni ludzie, gdyż to partnerstwo jest zawsze na pierwszym miejscu w związkach dwóch osób tej samej płci… W przyszłości okazało się, jak bardzo idealizowałam związki homoseksualistów.

Uważałam, że jeśli ktoś może Antka przekonać, że jest taki jak wszyscy, że ma prawo kochać, że ma prawo do szczęścia, to tylko oni. Wiedziałam, że on sam nigdy nie zgodzi się pójść ze mną na imprezę organizowaną przez gejowską parę, dlatego musiałam go do tego zmusić. Udało się, a ja nigdy wcześniej nie widziałam go tak szczęśliwego jak wówczas. Czuł się wolny, radosny, a przede wszystkim akceptowany, z atencją większą, niż nawet sama zakładałam.

Byłam z siebie dumna. Oto ja, pewna siebie Kasia, kolejny raz przekonałam się o swojej racji, a moja ambicja bycia najlepszą przyjaciółką została jeszcze raz zaspokojona. Czy wówczas wiedziałam, że otwierając Antka na świat gejowski, otwieram go nie tylko na akceptację, spokój ducha, radość i szczęście, ale także na cały bagaż zagrożeń, które mogły go dotknąć? Nie, nie wiedziałam… Właściwie nie chciałam wiedzieć.

Rozdział IV

Do domu wróciłem około trzeciej nad ranem, byłem zmęczony, ale i szczęśliwy. Ściągnąłem koszulkę i jeszcze w butach rzuciłem się na łóżko. Leżałem tak blisko pół godziny, myśląc, ile dowiedziałem się o sobie w ciągu jednego wieczora.

– To możliwe. Oni naprawdę są szczęśliwi i ci wszyscy ludzie szczęśliwi są razem z nimi – powiedziałem do siebie.

Darek i Andrzej byli właśnie tą enigmatyczną postacią związku, od której uciekałem, ale w głębi serca zawsze chciałem ją sobie wyobrażać i pożądać. Było to jednak jak zakazany owoc, po który przecież nie wolno mi sięgać.

Nie wolno, dlaczego nie wolno? – pytałem siebie w myślach. – Przecież nikt nie robi niczego złego, JA NIE ROBIĘ NICZEGO ZŁEGO! CHCĘ TYLKO KOCHAĆ! A rodzina? Ojciec mnie znienawidzi, matka się załamie. Przez kolejne pół godziny nie mogłem zasnąć, przez moment pragnąłem zmiany i wolności, by chwilę później obarczyć się poczuciem winy i wyrzutów sumienia.

Nagle chwyciłem telefon, była prawie czwarta trzydzieści. Kaśka zapewne od dawna śpi. Już w taksówce leżała ledwie przytomna na moim ramieniu. Pamiętam jej ostatnie słowa, zanim zasnęła na dobre:

– Miło cię było widzieć takiego szczęśliwego, powinieneś częściej tak wyglądać. – Po czym spuściła głowę i zapadła w borsuczy sen.

Chwyciłem za telefon, uruchomiłem wyszukiwarkę aplikacji i wystukałem na klawiaturze: „Grindr”. Wiedziałem, co to za aplikacja, nie raz o niej słyszałem. Był to portal dla gejów, gdzie można sprawdzić, kto jest w twoim zasięgu w promieniu najbliższych kilku kilometrów.

Nie wiedząc, czy tego naprawdę chcę, wcisnąłem „zainstaluj”. Sam nie wiem, co wtedy czułem. Z jednej strony narastające podniecenie, z drugiej przerażenie, jakbym włamywał się do sklepu z cukierkami, pełnego ulubionych słodyczy.

Witaj w Grindr, najlepszej aplikacji dla gejów w twoim mieście. Podaj swój nick– obwieścił komunikat, który pojawił się na ekranie. „Antek” – Login jest zajęty, eee, „nowytutaj”. Nie, to brzmi żałośnie – pomyślałem. Przymknąłem oczy i przez moment zastanawiałem się, kim właściwie jestem. Nie jestem typem gwiazdy, nie jestem też typem imprezowicza, mam swoje hobby i pasje, jestem całkiem dobry na studiach. Jestem chłopakiem, po prostu zwyczajnym chłopakiem. Wstukałem „zwyczajnychlopak”.

Świetnie! Twój nick został zaakceptowany, możesz teraz dodać zdjęcia i opis. Przeglądaj profile i szukaj gejów w twojej okolicy– oznajmił kolejny komunikat.

Wcisnąłem „OK” i nagle ekran telefonu zapełnił się kilkunastoma okienkami z wizerunkiem różnych mężczyzn. WOW – pomyślałem. – To niesamowite. Oczywiście większość użytkowników znajdowała się ponad dwadzieścia kilometrów ode mnie, co było zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że mieszkałem w niewielkiej mieścinie. Natomiast wyraźnie zaskoczyła mnie świadomość, że w promieniu pięciu kilometrów znajdowało się jakichś dziesięciu różnych użytkowników.

A zatem nie jestem sam w tym mieście, takich jak ja jest znacznie więcej! – Ta myśl spowodowała, że poczułem jeszcze większą ekscytację.

Odkrywanie kolejnych kont użytkowników było na swój sposób fascynujące i wciągające. Zdjęcia były naprawdę przeróżne, począwszy od młodych chłopaków, przez brodaczy, skończywszy na pięknie umięśnionych facetach, na których zawsze bałem się spojrzeć, obawiając się, że oberwę, a w najgorszym razie usłyszę: „CO SIĘ, KURWA, GAPISZ?”.

Spojrzałem na swój profil – zastanawiałem się, co właściwie chciałbym tutaj napisać i czy powinienem dodawać zdjęcie. Długo myślałem, co będzie najlepsze, jak zaprezentować się, aby mój profil był na tyle ciekawy, że zachęci do kontaktu. Stwierdziłem, że może na razie zostanę tylko przy opisie, nie chciałem pokazywać swojej twarzy, a może po prostu się bałem. Uznałem jednak, że w końcu najważniejsze jest to, co chce się przekazać w treści, co będzie szczere i prawdziwe oraz przedstawi w kilku zdaniach, jaki jestem. Nakreśliłem kilka zdań na temat tego, co tu robię i kogo szukam, a także czym się interesuję. Dopiero wówczas nowy komunikat poinformował mnie o ograniczonej liczbie znaków. Chyba nie jest najgorzej – pomyślałem, po czym spojrzałem na zegar, było dobrze po piątej. Wygasiłem ekran telefonu i stwierdziłem, że na dziś wystarczy już tych wrażeń.

Rano obudziłem się wyjątkowo wcześnie, jak na zerwaną noc. Mimochodem, od razu po przebudzeniu, chwyciłem za telefon. I znowu poczułem tę dziwną, zupełnie nieznaną dotychczas ekscytację. Nie masz żadnych nowych wiadomości– obwieścił komunikat na ekranie. Zaskoczony, ale i lekko rozczarowany przez pięć minut gapiłem się w ekran do czasu, kiedy matka nie zawołała mnie na śniadanie. Niechętnie zwlokłem się z łóżka, licząc, że być może więcej osób miało tak długą imprezę jak ja wczoraj.

Do końca dnia nie wydarzyło się jednak nic wartego zapamiętania, a ja, nie wiedząc czemu, ze zdecydowanie zwiększoną częstotliwością sięgałem po mój telefon, by sprawdzić nowo zainstalowaną aplikację, która tak mnie zafascynowała nad ranem. Kilkakrotnie pomyślałem, że być może byłoby dobrze, gdybym sam do kogoś napisał, w końcu atrakcyjnych profili nie brakowało i to w całkiem bliskim zasięgu, ale za każdym razem po prostu brakowało mi odwagi i nie wiedziałem, jak zacząć rozmowę.

Po trzech dniach użytkowania Grindr miałem już poważny kryzys. Być może to jakiś znak, że ten świat nie jest dla mnie. Wokół mnie nieraz pojawiała się ogromna ilość przystojnych facetów, czasem zaledwie kilkanaście metrów dalej, a jednak moja skrzynka odbiorcza ciągle pokazywała gigantyczne ZERO. Przeszło mi przez myśl, że może lepiej będzie zupełnie odinstalować tę aplikację i zapomnieć o całej sytuacji.

– Pokaż mi to swoje konto – powiedziała Kaśka podczas naszego spotkania.

– No dobra, ale masz za bardzo nie komentować – skierowałem ekran telefonu w jej stronę.

– Zapomnij – odpowiedziała, wyrywając mi telefon z ręki. – Zwyczajnychlopak? ZWYCZAJNYCHLOPAK?! – wykrzyczała zaskoczona.

– No co? Pomyślałem, że to będzie takie… normalne.

– A czy ty byś chciał się ze mną przyjaźnić, gdybym była zwyczajna? Może od razu napisz „chrześcijański desperat”! Kiedy myślę, że już nigdy mnie niczym nie zaskoczysz, to ty nigdy mnie nie zawiedziesz – wykrzyczała poruszona. – Chodzi o to, Antek, że ty nie jesteś zwyczajny, a ten portal to nic innego jak marketing, rozumiesz? Musisz się czymś wyróżnić, zwrócić na siebie uwagę, spójrz na konta poniżej, chcesz do nich napisać? Dlaczego? Bo ci się podobają, bo widzisz zdjęcie i ono przykuwa twoją uwagę… Wiem, to brutalne i próżne, bo wygląda to tak, jakby liczył się tylko wygląd, ale tak to zapewne działa, przyciągnij zdjęciem, zatrzymaj charakterem.

– Ja czytam opisy! – odpowiedziałem oburzony.

– To bardzo szlachetne z twojej strony, ale tak się składa, że ja nie mam na to czasu… Zresztą pokaż ten swój opis.

Cześć, jestem Antek i mam 22 lata, jestem wesołym uśmiechniętym chłopakiem, który chciałby tu znaleźć swoją drugą połówkę. Nie musisz być piękny, ważne, abyś miał to coś, co da nam wspólną nić porozumienia. Studiuję prawo, lubię kino i teatr, chciałbym zacząć ćwiczyć na siłowni i więcej podróżować po świecie. Może poznam tu kogoś, z kim można by się gdzieś wybrać. Jeśli mój opis ci się spodobał, napisz, zawsze odpiszę. Pozdrawiam, Antek.

Kaśka skończyła czytać, po czym spojrzała na mnie, przez chwilę nie mogłem odczytać jej reakcji. Wyglądała, jakby połknęła gigantyczną rybę, która stanęła jej w gardle i nadal rozpaczliwie macha ogonem.

Po blisko trzech minutach niezręcznej ciszy pomyślałem, że najwyższy czas coś powiedzieć.

– No może trochę brzmi to… dziwnie.

– Dziwnie? To brzmi, wybacz, kocham cię, ale wręcz kretyńsko! Antek, czyś ty upadł na głowę? Desperacja, rozpaczliwa chęć szukania faceta dudni z tego na kilometr. Gorzej, to brzmi, jakbyś był jakąś piętnastoletnią dziewczyną, która zakochała się w starszym bracie swojej przyjaciółki i rozpaczliwie chciała na siebie zwrócić uwagę!

Wyrwałem jej telefon z ręki i spojrzałem na opisy pozostałych facetów, faktycznie większość ograniczała się do kilku zdań lub w ogóle krótkiego komunikatu w stylu „cześć”. Niewątpliwie mój elaborat wyróżniał się na tle pozostałych kont.

– Ok, dzięki, może to zmienię – odpowiedziałem oburzony.

– No akurat! Nie zostawię cię z tym, bo jeszcze zaczniesz pisać, że najchętniej to szukasz kogoś, kto pójdzie z tobą w niedzielę do kościoła albo zabierze cię w podróż dookoła świata. Dawaj ten telefon!

Kaśka zmarszczyła brwi, po czym przymknęła oczy, wyglądała tak, jakby próbowała się skupić lub przypomnieć sobie jakąś wyjątkowo długą sekwencję. Oblizała wargi i zaczęła szybko stukać palcami po ekranie komórki. Spojrzała na całość, przeczytała szybko i wręczyła mi tryumfalnie telefon do ręki, mówiąc z uśmiechem:

– Tak będzie idealnie!

Jestem Antek… nie lubię się chwalić :P Nie bądź nudny, zaskocz mnie!

Przeczytałem te dwa krótkie zdania trzy razy, po czym spojrzałem zaskoczony na Kaśkę.

– I to tyle? – wydukałem.

– Tyle wystarczy – odpowiedziała z miną Sherlocka Holmesa.

– Zaskocz mnie… czym? Przecież ja tak nie mówię, nie lubię być zaskakiwany.

– To zaczniesz lubić! Masz być tajemniczy, odkrywać powoli swoje karty. Intrygować, podsycać zainteresowanie. Boże, nie wierzę, że muszę cię uczyć takich rzeczy. A, i to nie wszystko, musisz mieć przecież zdjęcie.

– Zdjęcie? NIE! Nie chcę, co będzie, jak ktoś je odkryje?

– Przecież szukamy ci faceta, dawaj tę galerię.

Kaśka przeglądała mój telefon z wypiekami na twarzy, jej mina wyglądała tak, jakby odkrywała co najmniej nowy kontynent, a zaangażowanie, jakie w to wkładała, powoli zaczynało mnie bawić. Po dziesięciu minutach wypowiedziała te same słowa, gdy napisała te wybitne dwa zdania…

– To będzie idealne!

Kaśka wybrała fotografię z zeszłorocznych wakacji nad jeziorem, miałem na sobie krótkie szorty i koszulę rozpiętą w taki sposób, że odsłaniała szeroki pas torsu i brzucha. Na zdjęciu patrzyłem w stronę zachodzącego słońca, siedząc w rozkroku przy trawiastym bulwarze.

– Mam dodać TO zdjęcie?

– Tak, jest idealne, jesteś chudy, słońce dobrze cię oświetla, wydajesz się większy – odpowiedziała, uśmiechając się szeroko.

Spojrzałem ponownie na telefon, faktycznie zdjęcie było nad wyraz udane. Jak na moją zazwyczaj zgarbioną postawę, wyszedłem wyjątkowo pewny siebie. Opalony, z bocznej perspektywy wyglądałem zarówno na wyższego, jak i znacznie lepiej zbudowanego, niż jestem.

– Okay, niech będzie – odrzekłem wyraźnie zrezygnowany.

Nie minęło jednak kilka sekund, kiedy w skrzynce odbiorczej aplikacji pojawiła się charakterystyczna niebieska koperta. A w chwilę później kolejne dwie wiadomości. Spojrzałem zaskoczony na Kaśkę.