Morderstwo dziewiątego baroneta - J. S. Fletcher - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Morderstwo dziewiątego baroneta ebook i audiobook

J.S. Fletcher

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Maj 1923 roku. W spokojne londyńskie przedpołudnie do biura Chaneya i Camberwella wpada adwokat z Lincoln’s Inn Fields, prowadząc sir Stephena Maxtondale’a. Jego starszy brat – sir John, uznany przed laty za zmarłego – nagle wrócił do Anglii… i po jednej nocy w Sedbury Manor rozpłynął się w powietrzu. W grę wchodzi tytuł, dochód z Heronswood, kopalniany węgiel i fortuna. Nad parkiem wiszą stare tajemnice, a wśród drzew czai się nieugaszona uraza: Robson, dzierżawca farmy dworskiej, niegdyś przysiągł zabić uciekiniera. Lecz ślad prowadzi także do Londynu – do Hatton Garden i świata drogich kamieni. Policja widzi jednego winnego, Chaney widzi labirynt. W tej sprawie najgroźniejsze nie jest to, co oczywiste, lecz to, co zbyt dobrze udaje oczywistość.  Kolejna sprawa prowadzona wspólnie przez spółkę detektywów Chaney&Camberwell.
James Smith Fletcher – pisarz angielski, autor ponad dwustu trzydziestu książek, w tym historycznych i biograficznych, znany jednak przede wszystkim ze swych poczytnych powieści kryminalnych, z których sześć wydano w Polsce w okresie międzywojennym.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 264

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 45 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Jakub Kamieński

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Joseph Smith Fletcher

MORDERSTWO DZIEWIĄTEGO BARONETA

@lindcopl

e-mail: [email protected]

Tytuł oryginału: Murder of the Ninth Baronet

Tłumaczenie: Stanisław Zawadzki

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana

w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody

Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.

Ten e-book jest zgodny z wymogami

Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

Wydanie I, 2026

Projekt okładki: Daniel Rusiłowicz

Grafiki na okładce: częściowo wygenerowane przy użyciu AI

Copyright © dla tej edycji:

Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026

ISBN 978-83-68736-23-6

ROZDZIAŁ I

ZNIKNĄŁ! – ALE GDZIE?

Chaney i ja po raz pierwszy usłyszeliśmy o tajemniczym zniknięciu sir Johna Maxtondale’a rankiem 15 maja 1923 roku. Było około wpół do dziesiątej, właśnie zabieraliśmy się do omówienia spraw na ten dzień (które, nawiasem mówiąc, nie zapowiadały się na nic szczególnie ważnego), gdy do pokoju wszedł Chippendale i zapowiedział pana Ellerthorpe’a. Znaliśmy pana Ellerthorpe’a; był to znany adwokat z Lincoln’s Inn Fields, posiadający rozległą praktykę wśród rodzin ziemiańskich, i od czasu do czasu prowadziliśmy z nim interesy. Do tej pory jednak nigdy nie miały one poważnego charakteru; z całą pewnością żadna z nich nie skłoniłaby pana Ellerthorpe’a do osobistej wizyty w naszym biurze o tak wczesnej porze przedpołudnia. Usłyszawszy więc, że jest na miejscu, spojrzeliśmy na siebie i na Chippendale’a pytającym wzrokiem.

– Ma z sobą dżentelmena – dodał Chippendale. – Elegancki!

Takie było Chippendale’owe określenie; zawsze oceniał każdego nieznajomego, zanim dopuścił go do nas.

– Proszę ich wprowadzić – powiedział Chaney.

Pan Ellerthorpe wszedł – pospiesznie. Miał skłonność do drobnej nerwowości i nie tracił czasu: obrócił się natychmiast i wskazał swego towarzysza, wysokiego, starszego mężczyznę typu wiejskiego dżentelmena, który przyglądał się nam i naszemu otoczeniu z obojętnym, badawczym wyrazem twarzy.

– Dzień dobry, dzień dobry! – zaczął pan Ellerthorpe. – Cieszę się, że zastałem panów obu. Sprawa jest bardzo pilna, bardzo ważna. Pozwólcie – sir Stephen Maxtondale.

Złożyliśmy ukłony sir Stephenowi Maxtondale’owi. Chaney wstał od biurka i przysunął krzesła.

– Tak, panie Ellerthorpe – powiedział, znów siadając. – O co chodzi?

– Sir Stephen – odparł pan Ellerthorpe – jest moim klientem, i to bardzo dawnym klientem. Przyjechał wczoraj wieczorem do miasta, by się ze mną naradzić. To, w jakiej sprawie chciał się naradzić – i naradził się – jest, cóż, tajemnicą! Ja nie nadaję się do rozwiązywania tajemnic – to nie moja specjalność. A więc…

– Przyszedł pan do nas, panie Ellerthorpe – powiedział Chaney. – Dobrze. A na czym polega ta tajemnica?

Pan Ellerthorpe spojrzał na swego klienta. Sir Stephen jednak nie odpowiedział.

– Otóż – ciągnął dalej pan Ellerthorpe – rzecz w tym, że mamy do czynienia ze zniknięciem. Ze – zniknięciem kogoś. Zupełnie przepadł!

– Tak? – rzekł Chaney. – A kto to tak zupełnie przepadł?

– Ach! – wykrzyknął pan Ellerthorpe. – Na to pytanie nie potrafię udzielić w pełni prawdziwej odpowiedzi! W tej chwili – nie. W tej chwili, rozumie pan? Być może później będzie to możliwe. Ale – cóż – zniknął ktoś, kto twierdzi, że jest sir Johnem Maxtondale’em, starszym bratem sir Stephena.

– Twierdzi? – powtórzył Chaney. – Ale czy nim jest?

Pan Ellerthorpe i sir Stephen Maxtondale wymienili spojrzenia.

– Eee… mógłby nim być – przyznał pan Ellerthorpe.

– Mógłby!

Chaney sięgnął na półkę obok biurka i zdjął egzemplarz aktualnego Who’s Who. W milczeniu przerzucił kilka stron, po czym podniósł wzrok na sir Stephena.

– Widzę, że jest pan dziewiątym posiadaczem tytułu – baronetem? – rzekł.

– Tak – odparł sir Stephen.

– A zatem – przyjmując, że człowiek, o którym mówi pan Ellerthorpe, jest tym, za kogo się podaje – gdzie on się w tym wszystkim mieści? – zapytał Chaney.

– On byłby dziewiątym – odpowiedział sir Stephen. Zawahał się przez chwilę. – Jeśli… jeśli naprawdę jest tym, za kogo się podaje, to on jest dziewiątym baronetem! Ja – w takim wypadku – nie mam żadnych praw. Rozumie pan…

Znów się zawahał, wyraźnie nie wiedząc, jak się wyrazić. Ponieważ jednak nikt nie poczynił żadnej uwagi ani nie zadał pytania, mówił dalej:

– Widzicie panowie, nie wiemy, czy on kiedykolwiek faktycznie objął tytuł. To znaczy, nie wiem, czy po śmierci ojca został jego następcą…

– Pańskiego ojca? – wtrącił Chaney.

– Właśnie tak! Może lepiej będzie, jeśli wszystko wyjaśnię? Cała ta sprawa jest nieco zagmatwana dla kogoś, kto nie zna szczegółów…

– To byłoby doskonałe, sir Stephenie. Jeśli tylko zdoła pan wszystko jasno przedstawić…

– Otóż było to tak. Mój ojciec, sir William Maxtondale, ósmy posiadacz tytułu, miał dwóch synów: mojego starszego brata Johna i mnie, Stephena. Kiedy John miał około dwudziestu pięciu lat, a ja byłem od niego o trzy lata młodszy, doszło między nim a ojcem do bardzo poważnej kłótni; tak poważnej, że opuścił dom…

– Chwileczkę, sir Stephenie – przerwał Chaney. – Robię notatki w myślach – podobnie mój wspólnik, pan Camberwell. Ustalmy wszystkie szczegóły. Przez „dom” rozumie pan waszą posiadłość w Warwickshire – Heronswood Park? Dobrze. A co było przyczyną sporu między pańskim ojcem a bratem?

– To – ciągnął sir Stephen. – John zakochał się i chciał poślubić córkę jednego z naszych dzierżawców. Ojciec stanowczo zakazał tego małżeństwa i bez wątpienia zagroził bratu wszelkimi strasznymi konsekwencjami, jeśli będzie obstawał przy swoim. Więc…

– Jeszcze moment. Majątki – czy były objęte majoratem?

– Nie! Były całkowicie do dyspozycji ojca.

– A więc mógł dość dotkliwie ukarać pańskiego brata?

– Tak, ale odkąd John osiągnął pełnoletniość, był zupełnie niezależny finansowo od ojca. Nasz dziadek ze strony matki zapisał mu dużą sumę pieniędzy, a poza tym odziedziczył prywatny majątek matki. Był zamożny.

– Mógł więc – z finansowego punktu widzenia – robić, co mu się podobało?

– Dokładnie. I… zrobił to! Jak już mówiłem, opuścił dom – na zawsze. Zniknął! – nie zostawiając nikomu ani słowa wyjaśnienia.

– A dziewczyna?

– Ona również zniknęła w tym samym czasie.

– Oczywiście, żeby do niego dołączyć. No i?

– Czas mijał, a my nigdy nie usłyszeliśmy od Johna żadnej wiadomości. Rodzina dziewczyny także nigdy nic o niej nie usłyszała. Z obu stron czyniono pewne – raczej ostrożne – próby poszukiwań, lecz bez rezultatu. W końcu ojciec zmarł i wtedy rozpoczęliśmy gorączkowe poszukiwania Johna. Nie pozostawiliśmy żadnego kamienia nieodwróconego…

– Co do tego mogę coś powiedzieć – wtrącił pan Ellerthorpe. – To ja kierowałem poszukiwaniami. Zamieszczaliśmy ogłoszenia we wszystkich zakątkach świata; rachunki za nie były olbrzymie. Zatrudnialiśmy prywatnych agentów śledczych – nie prowadził pan jeszcze wówczas działalności, Chaney, inaczej zatrudniłbym pana – i nie uzyskaliśmy ani jednej, najmniejszej choćby informacji!

– A więc…? – zapytał Chaney.

– A więc – podjął pan Ellerthorpe, kontynuując opowieść na skinienie sir Stephena – w swoim czasie sąd zatwierdził wniosek o uznanie Johna Maxtondale’a za zmarłego i sir Stephen tutaj objął tytuł. Ale…

– A co z majątkami? – zapytał Chaney. – Domyślam się, że sir William zapisał je sir Stephenowi?

Po raz kolejny pan Ellerthorpe i jego klient wymienili spojrzenia.

– Eee… nie! – odparł pan Ellerthorpe. – Rzecz w tym, że sir William zmarł bez testamentu. Zawsze zamierzał go sporządzić, ale nigdy tego nie zrobił. Zmarł bardzo nagle.

– A zatem – jeśli John Maxtondale żyje – co? – podsunął Chaney.

– Właśnie tak! – przytaknął pan Ellerthorpe. – Ma pan całkowitą rację!

– Chciałbym jednak usłyszeć to jasno i wyraźnie – rzekł Chaney. – Czy mam rację, wnioskując, że jeśli John Maxtondale żyje, to do niego należą zarówno majątki, jak i tytuł? O to chodzi?

– O to właśnie – odpowiedział pan Ellerthorpe poważnym tonem. – One są jego!

Chaney zwrócił się do mnie.

– Zrozumiałeś, Camberwell? – zapytał. – Wszystko jasne?

– Wystarczająco jasne! – odparłem. – Mam to wszystko.

– Dobrze – ciągnął Chaney, znów zwracając się do naszych gości. – Ten człowiek, o którym wspomnieliście na początku? Czy to on jest osobą, o której mówicie, że zniknęła?

– Dokładnie tak – odparł pan Ellerthorpe. – Pan najlepiej to opowie – dodał, zwracając się do sir Stephena.

– To, co mogę powiedzieć – rzekł sir Stephen – sprowadza się do następujących faktów. Wczoraj po południu, około trzeciej, mój sąsiad, pan Henry Marston z Sedbury Manor, który jest mniej więcej w moim wieku i zna mnie od czasów, gdy wszyscy byliśmy chłopcami, przyszedł do mnie z niezwykłą historią – był bardzo zdenerwowany.

Powiedział, że poprzedniego wieczoru, bardzo późno, zjawił się u niego mężczyzna, który po uzyskaniu rozmowy przedstawił się jako John Maxtondale. Mój brat John i Henry Marston byli szkolnymi kolegami i od dzieciństwa bardzo bliskimi przyjaciółmi; ich przyjaźń trwała aż do zniknięcia Johna – w istocie Marston był ostatnią osobą, która widziała go przed tym nagłym odejściem. Oczywiście Marston uważał go za zmarłego i początkowo sądził, że ów gość jest oszustem. Jednak – jak sam opowiadał – już po kilku minutach zaczął myśleć inaczej. Zadał przybyszowi kilka bardzo szczegółowych, dociekliwych pytań, na które ten odpowiadał szybko i w pełni zadowalająco; co więcej, wiedząc, że John Maxtondale miał bardzo charakterystyczne znamię na górnej części lewego ramienia, kazał mu podwinąć rękaw – znamię tam było! Marston doszedł do wniosku, że ma przed sobą prawdziwego Johna Maxtondale’a.

– Tak? – rzekł Chaney, gdy sir Stephen przerwał. – A czy podał panu Marstonowi jakiekolwiek wyjaśnienie swoich losów w ciągu tego czasu – wielu, wielu lat! – które upłynęły od jego zniknięcia?

– Być może – nie potrafię powiedzieć – odparł sir Stephen. – Marston był wzburzony; mieliśmy tylko krótką rozmowę. Wie pan, przybiegł, by oznajmić mi, że jego gość zniknął.

– Aha! – to właśnie o tym zniknięciu przyszliście nam powiedzieć? – rzekł Chaney. – No i?

– Marston powiada – ciągnął sir Stephen – że gdy upewnił się, iż człowiek stojący przed nim rzeczywiście jest Johnem Maxtondale’em, zapytał, czy zatrzymał się w okolicy i czy był już u mnie. Odpowiedział, że najpierw przyszedł do Marstona – z hotelu Waldorf w Londynie, gdzie mieszkał od dwóch lub trzech tygodni od chwili powrotu do Anglii. Chciał, jak mówił, zobaczyć się najpierw z Marstonem, zanim odwiedzi kogokolwiek z własnej rodziny, lecz zamierzał zajrzeć do mnie następnego ranka. Na to Marston zaproponował mu nocleg w Sedbury. Tak też się stało. Następnego ranka – to znaczy wczoraj rano – Marston musiał pojechać do Monkseaton na posiedzenie sędziów pokoju. Wyjechał z domu tuż po śniadaniu, uprzednio uzyskawszy od swego gościa obietnicę, że nie pojedzie do Heronswood aż do jego powrotu; wtedy mieli udać się tam razem. Gość odpowiedział, że nie opuści domu, dopóki Marston nie wróci. Kiedy jednak Marston wrócił o pierwszej na obiad, tamtego już nie było. Lokaj Marstona zeznał, że dżentelmen wyszedł około dziesiątej, mówiąc, iż obejrzy park i wróci na lunch o pierwszej. Lecz nie wrócił nigdy – i w końcu Marston pojechał konno do Heronswood i wszystko mi opowiedział. Wróciłem z nim do Sedbury, lecz nie uzyskaliśmy żadnych wiadomości, a późnym popołudniem zadzwoniłem do Waldorfu, aby ustalić, czy pan Maxton – takiego nazwiska używał wobec Marstona – wrócił tam. Odpowiedziano mi, że choć rzeczy pana Maxtona znajdują się w jego pokoju, sam pan Maxton wyszedł dzień wcześniej i nie powrócił. Natychmiast więc wsiadłem w wieczorny pociąg do miasta, obudziłem pana Ellerthorpe’a i opowiedziałem mu wszystko. Dziś rano o ósmej byliśmy w hotelu Waldorf; nie było żadnych wiadomości o panu Maxtonie. Pozwolono nam obejrzeć jego pokój. Znajduje się tam bagaż, z którego – mam na myśli etykiety – wynika, że niedawno podróżował z Ameryki Południowej do Southampton. Innych informacji o nim nie uzyskaliśmy, poza tym, że kelner z palarni potrafił powiedzieć, iż kilka dni temu pana Maxtona dwukrotnie jednego dnia odwiedził mężczyzna, który najwyraźniej był Żydem, dobrze ubrany, jak to ujął kelner, rodzaj zamożnego biznesmena. Poza tym nie wiadomo, by miał jakichkolwiek gości, i nie czekała na niego żadna korespondencja. Po wyjściu z Waldorfu zadzwoniłem do Marstona; odpowiedział, że niczego się nie dowiedział. I tak pan Ellerthorpe przyprowadził mnie do panów.

Chaney wysłuchał tego wszystkiego w milczeniu, z najwyższą uwagą. Teraz zadał wprost pytanie.

– Minęło zaledwie kilka godzin, odkąd ten człowiek – sir John czy nie – zniknął – powiedział. – Dlaczego tak bardzo się pan tym niepokoi? Proszę mi powiedzieć – czy obawia się pan czegoś?

– Tak! – odparł sir Stephen bez wahania. – Zbrodni!

– Dlaczego?

Sir Stephen zawahał się; wahał się tak długo, że Chaney odezwał się ponownie.

– Proszę niczego nie zatajać, sir – powiedział. – Lepiej, żebyśmy wiedzieli wszystko.

– Nie chciałbym nikogo obciążać – odparł sir Stephen – lecz faktem jest, że kiedy mój brat opuszczał Heronswood, przed wielu laty, zostawił za sobą zaciekłego wroga. Ten wróg wciąż żyje – i, jak sądzę, nadal jest równie pełen goryczy i żądzy zemsty jak dawniej.

– Tak – rzekł Chaney. – To oczywiście mężczyzna?

– Właśnie tak – przytaknął sir Stephen. – W istocie jeden z naszych dzierżawców.

– Porzucony konkurent do ręki dziewczyny, z którą pański brat uciekł – domyślam się? – podsunął Chaney.

– Pańskie przypuszczenie jest całkowicie trafne. Dokładnie o to chodzi!

– Jak się nazywa ten człowiek? – zapytał Chaney.

– Robson – James Robson. Jest dzierżawcą naszego gospodarstwa dworskiego; jego rodzina użytkuje je od dwustu lat, a może i dłużej.

– Starszy człowiek, jak mniemam, sir Stephenie? – zasugerował Chaney.

– Jest mniej więcej w tym samym wieku co mój brat John – odparł sir Stephen. – Pięćdziesiąt osiem lat.

– I twierdzi pan, że pański brat odebrał mu uczucia dziewczyny, która – jak pan sądzi – uciekła z pańskim bratem?

– Mówiono, że Robson był wcześniej zaręczony z tą dziewczyną. Czy rzeczywiście towarzyszyła mojemu bratu, nie mogę stwierdzić z całą pewnością. Zniknęła w tym samym czasie co on. Poza tym John powiedział ojcu, że chce ją poślubić – był w niej głęboko zakochany. Wszystko potoczyło się bardzo nagle – w ciągu kilku dni. Ojciec coś usłyszał – porozmawiał z Johnem – doszło między nimi do gwałtownej kłótni – John opuścił Heronswood. A potem dotarła do nas wiadomość, że dziewczyna również opuściła dom.

– A ten James Robson? Źle to zniósł?

– Bardzo! Był wówczas oczywiście młodym człowiekiem i był znany – zawsze był znany – z gwałtownego temperamentu. Natychmiast wyruszył do Londynu, próbując odnaleźć mojego brata i dziewczynę. Czy natrafił w Londynie na jakikolwiek ich ślad, nigdy się nie dowiedzieliśmy, ale z Londynu pojechał dalej do Paryża, kontynuując poszukiwania. Przez kilka tygodni był poza domem, tropiąc ich. Gdy wrócił, zachował uporczywe milczenie – i milczy do dziś. Lecz w czasie zniknięcia mojego brata Robson oświadczył publicznie, na targu w Monkseaton, że choćby miał czekać trzydzieści, czterdzieści czy pięćdziesiąt lat, zabije Johna Maxtondale’a przy pierwszym ich spotkaniu. I – mówił to poważnie!

– Czy Robson kiedykolwiek się ożenił?

– Nie! To człowiek milczący, ponury, skłonny – jak sądzę – do rozpamiętywania tej sprawy. Jest dobrym dzierżawcą i bardzo zdolnym rolnikiem. Ale… nie sądzę, by kiedykolwiek uwolnił się od tej niemal obłąkańczej żądzy zemsty.

– A więc uważa pan za całkiem możliwe, że mógł spotkać pańskiego brata – jeśli ten człowiek rzeczywiście jest pańskim bratem, co wydaje się bardzo prawdopodobne – kiedy sir John wyszedł wczoraj rano z domu pana Marstona, i… zabić go?

– Uważam to za bardzo możliwe. Nasze włości graniczą z posiadłością pana Marstona – jeśli mój brat (a, jak pan zauważył, i ja sądzę, że ów człowiek to najprawdopodobniej mój brat) przeszedł przez park w Sedbury Manor, znalazłby się na ziemiach Robsona. Mogli się spotkać.

– Nie przesłuchiwał pan Robsona, sir Stephenie?

– Och, nie, nie miałem ku temu sposobności, a nawet gdybym ją miał, nie sądzę, bym go przesłuchiwał. Jak pan widzi, nie tracąc czasu, pojechałem do pana Ellerthorpe’a.

– Dlaczego? Skąd ten pośpiech?

– Pomyślałem, że jeśli ten człowiek rzeczywiście był Johnem, mógł zajrzeć do pana Ellerthorpe’a. Pan Ellerthorpe jest naszym rodzinnym prawnikiem. John oczywiście znał go w dawnych czasach.

– Sir John i ja – zauważył pan Ellerthorpe – jesteśmy w tym samym wieku.

– A więc sir John nie był u pana, panie Ellerthorpe? Rozumiem – nic pan o nim nie wie, o jego powrocie? Dobrze. Teraz, panowie, czego oczekujecie ode mnie i mojego wspólnika?

– Gdyby panowie pojechali do Heronswood i dotarli do prawdy – rzekł sir Stephen. – Sprawa musi zostać wyjaśniona. Sam jadę dziś pociągiem o dwunastej z Euston do Monkseaton. Pan Ellerthorpe jedzie ze mną. Czy pojadą panowie z nami?

Chaney spojrzał na mnie; skinąłem głową na znak zgody.

– Pojedziemy obaj – powiedział Chaney. – Zatem Euston – pociąg o dwunastej.

Chwilę później nasi dwaj goście wyszli, a Chaney zwrócił się do mnie.

– Camberwell – rzekł – wiem o tej sprawie coś, czego ty nie wiesz. Majątek Maxtondale’ów w Warwickshire przynosi około pięćdziesięciu tysięcy funtów rocznie1!

1 Szacunkowa obecna wartość z uwzględnieniem inflacji to 3,9 mln funtów. Przyp. red.

ROZDZIAŁ II

SEDBURY MANOR

Na te słowa nastawiłem uszu; w uwadze Chaneya kryło się jakieś ukryte znaczenie.

– No? – powiedziałem. – Do czego zmierzasz, Chaney?

– Pięćdziesiąt tysięcy rocznie to ogromna suma – odparł. – Nawet w dzisiejszych czasach, przy podatku dochodowym, podatkach spadkowych, majątkowych i wszelkich innych potrąceniach, to wciąż wielkie pieniądze.

– Wciąż nie wiem, do czego zmierzasz – powtórzyłem. – I skąd wiesz, że posiadłość Maxtondale’ów daje taki dochód?

– Pamiętam, że sprawa Maxtondale’ów była w sądzie – odpowiedział. – Mam na myśli czas, gdy uzyskano zgodę na uznanie Johna Maxtondale’a za zmarłego. Wtedy wspominano o pięćdziesięciu tysiącach funtów jako rocznej wartości majątku. Poza tym kilka lat temu, zanim cię poznałem, Camberwell, prowadziłem sprawę w tamtej okolicy i sporo słyszałem o tej rodzinie i jej dobrach. Stara, bardzo stara rodzina, osiadła w Heronswood od trzystu czy czterystu lat jako ziemiaństwo. Niegdyś niezbyt zamożni, lecz w ostatnich czasach – opływający w bogactwo!

– Co spowodowało tę zmianę? – zapytałem.

– Węgiel, mój drogi, węgiel! – odparł. – Odkryto na ich ziemiach znakomite pokłady. Czy nigdy nie widziałeś wagonów z napisem „Heronswood Colliery Company”? To właśnie sedno sprawy. I będzie wydawać plon jeszcze przez wiele pokoleń.

– Szkoda mieć kopalnię węgla na tak pięknej, starej posiadłości – zauważyłem.

– A jednak, Camberwell, kopalni w ogóle nie widać – odparł Chaney. – Jest ukryta przed domem przez gęste lasy. Heronswood to bardzo piękne, stare miejsce – oglądałem je dokładnie, gdy tam byłem. Obrazy, książki, stara porcelana i szkło, stare srebra – takie rzeczy. Ale sam pan to zobaczy dziś albo jutro.

– A więc znał pan historię rodziny Maxtondale’ów jeszcze zanim wysłuchaliśmy przed chwilą opowieści sir Stephena?

– Znałem ją doskonale, mój drogi! – odparł Chaney. – Ale nie zamierzałem dać sir Stephenowi – a raczej panu Stephenowi, bo jeśli John żyje, to on nie jest sir Stephenem, chyba że John miał syna, który wciąż żyje – poznać, że wszystko wiem. Chciałem usłyszeć, co sam ma do powiedzenia.

Nie skomentowałem tego; Chaney miał własne metody postępowania. Posiadał też zdumiewający zasób najrozmaitszych wiadomości i nieustannie sięgał do niego w sposób zaskakujący, a czasem nadzwyczaj użyteczny; prawda była taka, że miał wyjątkową pamięć i zawsze wypatrywał czegoś, co warto zachować na przyszłość.

– To co, jedziemy? – zapytałem.

– Oczywiście! – odparł. – Doprowadźmy wszystko do porządku, wydajmy Chipowi polecenia i ruszajmy na Euston. Na sam koniec jednak zadzwonimy jeszcze do Waldorfu i zapytamy, czy pan Maxton się tam nie pojawił.

Zadzwoniliśmy do hotelu Waldorf o wpół do dwunastej. Nie, pan Maxton nie wrócił. Po tym udaliśmy się na Euston i spotkaliśmy sir Stephena Maxtondale’a oraz pana Ellerthorpe’a. Podczas lunchu w pociągu naturalnie zeszło na dalszą rozmowę o zniknięciu. W pewnym momencie pan Ellerthorpe wysunął nową teorię.

– Od czasu zniknięcia Johna Maxtondale’a z Heronswood uruchomiono kopalnię – powiedział. – Przyszło mi do głowy, że mógł dowiedzieć się o tym od Marstona tamtego wieczoru. A jeśli ciekawość skłoniła go wczoraj rano, by pójść i obejrzeć szyb oraz jego urządzenia? Aby się tam dostać z Sedbury Manor, musiałby przejść przez lasy leżące między Sedbury a parkiem Heronswood. I zdaje się – tu zwrócił się do sir Stephena po potwierdzenie – zdaje się, że w tych lasach znajdują się stare próbne wyrobiska – szyby?

– Tak – przytaknął sir Stephen.

– A jeśli wpadł do jednego z nich? – podsunął pan Ellerthorpe. – To wcale nie byłoby nieprawdopodobne.

DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ

Spis treści

ROZDZIAŁ I

ZNIKNĄŁ! – ALE GDZIE?

ROZDZIAŁ II

SEDBURY MANOR

ROZDZIAŁ III

PANI ROBBINS ZABIERA GŁOS

ROZDZIAŁ IV

ODSŁONIĘTE OKNO

ROZDZIAŁ V

HOLENDERSKI PRZEKOP

ROZDZIAŁ VI

ZAGINIĘCIE PODEJRZANEGO

ROZDZIAŁ VII

DIAMENTY!

ROZDZIAŁ VIII

WAGON RESTAURACYJNY

ROZDZIAŁ IX

POTĘGA PRASY

ROZDZIAŁ X

KAPELUSZ PANAMA

ROZDZIAŁ XI

SALA SŁUŻBY

ROZDZIAŁ XII

NABRZEŻE WARRINERA

ROZDZIAŁ XIII

MALMESBURY MANSIONS

ROZDZIAŁ XIV

NOCNY KLUB

ROZDZIAŁ XV

KONSULTACJA I UJAWNIENIE FAKTÓW

ROZDZIAŁ XVI

DWA TELEGRAMY

ROZDZIAŁ XVII

MOST LADY SYBIL

ROZDZIAŁ XVIII

BATTY RAZ JESZCZE

ROZDZIAŁ XIX

KORONER PRZEJMUJE SPRAWĘ

ROZDZIAŁ XX

PIŁA

ROZDZIAŁ XXI

SKLEP PANA PILSEYA

ROZDZIAŁ XXII

PSY TROPIĄCE

ROZDZIAŁ XXIII

AMBASADORSKA SZAFKA

ROZDZIAŁ XXIV

ZARYGLOWANE, ZABARYKADOWANE, ZAMKNIĘTE OKIENNICE

ROZDZIAŁ XXV

SEKRETARZYK BABKI

O AUTORZE