Mój już osiem miesięcy nie robi - Alicja Urbanik-Kopeć - ebook

Mój już osiem miesięcy nie robi ebook

Alicja Urbanik-Kopeć

0,0
61,90 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Krach na nowojorskiej giełdzie w 1929 roku był początkiem jednego z najgwałtowniejszych kryzysów finansowych w historii. Tąpnięcie na rynkach wywołało falę bankructw, która z kolei przyczyniła się do wzrostu bezrobocia i biedy.

W Polsce wczesnych lat trzydziestych codziennością dla milionów stały się walka o pracę, głodowe pensje i groźby eksmisji. Jednak w zbiorowej pamięci międzywojnie zapisało się jako wyidealizowana epoka neonów – nie nędzy i nierówności.

Alicja Urbanik-Kopeć sięga do pamiętników bezrobotnych, prasy i danych statystycznych, by pokazać konsekwencje „czarnego czwartku”. Opowiada zarówno o bankructwach przemysłowców, jak i życiu robotników. O losie bezdomnych, braku mieszkań i przeludnieniu. O głodzie, kolejkach po zapomogi, wzroście przestępczości. O pomocy osobom w najtrudniejszej sytuacji: akcjach szczepień czy dożywianiu dzieci. Wreszcie – o próbach ochrony wykorzystywanych pracowników: rozwoju ZUS-u i inspekcji pracy.

Z jej książki wyłania się obraz społecznych skutków wielkiego kryzysu w kraju, który ledwie od dekady mógł się cieszyć niepodległością. To próba przywrócenia głosu ludziom, których losy były dotąd spychane na margines historii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 688

Data ważności licencji: 10/21/2033

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Projekt okładki Kira Pietrek

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś

Fotografie na okładce: Rodzina bezrobotnego z Krakowa, 1932, Narodowe Archiwum Cyfrowe;  Gmach Pocztowej Kasy Oszczędności na rogu ulic Świętokrzyskiej i Jasnej, 1935, fot. Henryk Poddębski, Muzeum Warszawy (nr inw. AN 26467)

Wybór fotografii Marta Madejska

Copyright © by Alicja Urbanik-Kopeć, 2026

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Ewa Charitonow

Recenzje wydawnicze dr hab. Błażej Brzostek, prof. UW, dr hab. Małgorzata Litwinowicz-Droździel, prof. UW

Korekta Krystyna Pawlikowska / d2d.pl, Anna Hegman / d2d.pl

Skład Robert Oleś

Konwersja i produkcja e-booka: d2d.pl

ISBN 978-83-8396-407-2

Żadna epoka w naszej historii nie uległa takiej idealizacji, jak „piękne lata dwudzieste, lata trzydzieste” […]. Zakończona katastrofą przeszłość kojarzyła się z klasycznie wykształconymi dżentelmenami, z ładnymi przedmiotami, ze zdjęciami z balów karnawałowych albo wieczorów brydża. Rodzinne albumy – jeśli sięgają tamtego czasu – potwierdzają wypiękniony obraz.

Jednak rzeczywistość pozostaje zwykle poza albumem.

Urszula Glensk, Historie słabych

Płyną dni. Wydaje się zwyczajne i normalne, takie jak być powinny, jak zawsze. I tylko chwilami, w nagłym przebłysku prawdy dostrzega się, że przecież „coś jest nie tak”, widzi się objawy zmian groźnych, czuje rozdzierający ból, rodzi się cierpienie, na które nie umie się znaleźć ani nazwy, ani lekarstwa.

Nazwy utarte: „kryzys”, „bezrobocie”, „głód”, od ciągłego użytku wytarły się do cna, zblakły, zdewaluowały się, straciły wszelką moc dawnego, pełnego siły głosu.

Cz. Wojeńska, Refleksje, „Kobieta Współczesna” 1931, nr 43

Bilans roku minionego przedstawia się dość niewesoło. Polska staje się jednym z najbiedniejszych krajów świata. Gdyby policzyć w Polsce ludzi nie wegetujących, ale żyjących na normalnym poziomie, okazałoby się, że całe państwo skurczyło się do rozmiarów jednego niewielkiego miasta europejskiego. Jest w Polsce nie więcej niż paręset tysięcy ludzi korzystających z kolei, gazety, książki, teatru.

Antoni Słonimski, Kronika tygodniowa, „Wiadomości Literackie” 1936, nr 3

Bujać – to my, panowie szlachta!

Julian Tuwim, Do prostego człowieka, 1929

Uneonowany świat

Rok 1929 zapowiadał się nieźle, a większość ekonomistów nie podejrzewała nadchodzącej klęski.

2 stycznia w niebo wzbiły się pierwsze samoloty Polskich Linii Lotniczych LOT. Ustanowiono pięć połączeń krajowych (z Warszawy do Poznania, Bydgoszczy, Lwowa i Katowic, a stamtąd do Krakowa) i jedno międzynarodowe, na trasie Katowice–Brno–Wiedeń. Najdłuższy lot (z Warszawy do Lwowa) trwał dwie godziny, najkrótszy (z Krakowa do Katowic) 45 minut. W ciągu pierwszego roku z rejsów samolotowych skorzystało prawie 15 tysięcy pasażerów1.

27 stycznia w warszawskim hotelu Polonia odbył się pierwszy konkurs piękności. Nazwę „Miss Polonia” wymyślił podobno Tadeusz Boy-Żeleński, choć tak naprawdę jest to spolonizowana wersja francuskiego Miss Pologne (wytworność języka obcego pozostała, a pisownia łatwiejsza). Spośród dziesięciu finalistek wybranych na podstawie nadesłanych fotografii najpiękniejsza okazała się Władysława Kostakówna, urzędniczka Miejskiej Kasy Oszczędnościowej w Warszawie. Pokonała pierwszą wicemiss, hrabiankę Anielę Rzyszczewską, oraz drugą wicemiss, córkę Ignacego Daszyńskiego, Hannę. „Gazeta Gdańska” pisała o Kostakównie: „Z pensji 200 zł opłaca jednopokojowe mieszkanie i utrzymuje chorą matkę. Sama spełnia w domu rolę gosposi. Życie jej jest ciężką walką z losem”2. Przepytywana przez prasę kierowniczka kasy opowiadała: „Mieszkanko ciasne, wilgotne i tak zimne, że rano woda w miednicy zamarza. Panna Dziunia, bo tak ją nazywamy, nieraz wspominała, że marzy o znalezieniu jakiegoś możliwego mieszkanka, w którym mogłaby się wygodniej wraz ze swą matką urządzić”3. Dzięki wygranej obie kobiety przeniosły się z warszawskiej Pragi do Śródmieścia.

6 marca prawniczka Wanda Grabińska została pierwszą kobietą w Polsce na stanowisku sędziowskim. Pracowała w warszawskim sądzie grodzkim, w wydziale do spraw nieletnich.

24 października gwałtownie załamała się giełda w Nowym Jorku, rozpoczynając zapaść ekonomiczną w Stanach Zjednoczonych i Europie. Kryzys, zwany wielkim, pod koniec roku zawitał także do Polski.

Dość powszechnie wierzono, że w ogóle nie nadejdzie, a potem, że nie zadomowi się na dłużej. Ten spokój i dobre samopoczucie były wspierane przez opracowywane przez instytuty ekonomiczne barometry koniunktury gospodarczej, które jeszcze w 1928 roku zapowiadały, że kolejne lata będą tak korzystne jak dotychczas4. Zwiastunem wielkiego kryzysu w Polsce był istotny spadek cen produktów rolnych jesienią tego roku, który tłumaczono zwiększoną podażą po żniwach. „Objawy te z nastaniem wiosny niewątpliwie osłabną, a w części nawet przeminą – uspokajał w kwietniu 1929 roku redaktor naczelny »Przeglądu Gospodarczego«, organu prasowego Centralnego Związku Polskiego Przemysłu »Lewiatan«, doktor Edward Rose. – Jakichkolwiek objawów wyraźnie kryzysowych brak dotąd całkowicie i sądząc z dotychczasowego rozwoju gospodarczego Polski, nie należy ich oczekiwać”5. Szybko jednak stało się jasne, że zjawisko to wystąpiło także w innych krajach europejskich. Ponadto wpłynęło na dochody i poziom konsumpcji na wsi, co pociągnęło za sobą spadek produkcji przemysłowej.

Polski rząd początkowo nie podjął żadnych prób wpłynięcia na sytuację gospodarczą. Zgodnie z koncepcjami liberalnej szkoły ekonomicznej liczono, że wbudowane w wolny rynek mechanizmy regulacji podaży i pobytu zadziałają i że po okresie depresji naturalnie nastąpi poprawa. Najważniejsze miały być spokój i opanowanie. „Gazeta Polska”, organ prasowy rządu, przypominała, że niepodległa Polska już nieraz znajdowała się w analogicznej sytuacji, choćby „w podobnym poprzednim okresie koniunkturalnym w roku 1925, kiedy załamywały się banki, warsztaty przemysłowe, budżet, waluta i kiedy nastrój paniki w społeczeństwie pogłębiał rozmiar katastrofy”6. Teraz miało być inaczej. Spadek produkcji miał przyczynić się do wyeliminowania z rynku przedsiębiorstw produkujących drożej i mniej wydajnie, konkurencja zaś miała wymusić inwestycje w rozwój i innowacje, więc w rezultacie przyczynić się do obniżenia kosztów produkcji i wzrostu wytwórczości w kolejnych działach gospodarki. Tymczasem Ignacy Matuszewski, minister skarbu, przez pierwsze dwa lata kryzysu stosował politykę zaciskania pasa, nazywaną polityką przetrwania7. Redukował wydatki publiczne, ograniczał inwestycje państwowe i obniżał pensje pracowników budżetówki. Spokojnie czekano na nieuchronne nadejście hossy.

Na próżno.

Władza wykonawcza skoncentrowała więc całą uwagę na ochronie stałości kursu złotego i zachowaniu równowagi budżetowej, co z kolei doprowadziło do deflacji. Następca Matuszewskiego, Władysław Zawadzki[1], stwierdził, że „o ile rząd nad budżetem panuje, o tyle dla ożywienia życia gospodarczego może stwarzać jedynie ułatwienia. Rząd życia gospodarczego nie może tworzyć i ożywiać go nie może. Życie gospodarcze musi samo to zrobić”8. Promowano zatem eksport jako sposób na uzyskanie złota i dewiz potrzebnych do ustabilizowania kursu złotego, jednak stawał się on coraz mniej opłacalny, ponieważ – inaczej niż w większości państw europejskich – nie zdecydowano się na dewaluację waluty krajowej. Towary polskie stawały się więc relatywnie droższe na tle innych, pochodzących z krajów, gdzie wprowadzono dewaluację. Taka strategia utrudniała przeciwdziałanie spadkowi produkcji przemysłowej i cen produktów rolnych, czyli dwóm największym kryzysowym bolączkom. Mimo to realizowano ją uparcie, niezależnie od tego, kto stał na czele rządu: Kazimierz Bartel, Walery Sławek (trzykrotnie), Aleksander Prystor, Janusz Jędrzejewicz, Leon Kozłowski czy sam Józef Piłsudski.

W 1929 roku stopa bezrobocia wynosiła trzy procent. Szybko miała wzrosnąć dziesięciokrotnie.

Mimo to życie toczyło się dalej, a międzywojnie obfitowało w wydarzenia zarówno wytworne, jak i te zupełnie przyziemne. 25 stycznia 1930 roku policja zatrzymała słynnego kasiarza, dżentelmena włamywacza Stanisława Cichockiego, pseudonim „Szpicbródka”. Gazety rozpisywały się na temat oszałamiającej kariery przestępczego celebryty, który – o ile nie wykonywał podkopów pod bankami – prowadził warszawski kabaret Czarny Kot. Aresztowanie udaremniło napad stulecia, bowiem Szpicbródka szykował właśnie skok na Bank Polski w Częstochowie, gdzie w skarbcu czekało 20 milionów złotych. Policja niedługo cieszyła się z sukcesu. Już pod koniec roku Cichocki uciekł z aresztu, wychodząc przez bramę główną przebrany za fryzjera.

„Szpicbródka jest człowiekiem o zupełnie gładkich manierach i prezencji, absolutnie nieprzypominającej przedstawiciela świata przestępczego, w dodatku tak niebezpiecznego – emocjonował się przy okazji kolejnego zatrzymania i procesu złodzieja »Tajny Detektyw«, czasopismo z gatunku »prawdziwe zbrodnie«. – Gdy jest na wolności, umie znaleźć się w najlepszym towarzystwie, niczym nie zdradzając swej haniebnej pozycji. Znana jest historja zażyłych stosunków »Szpicbródki« z pewnym posłem, który przez długi czas znajomości z kasiarzem uważał go za poważnego handlowca. Cichocki rozpoczął swoją karjerę kasiarza przed kilkudziesięciu laty i brał udział w najgłośniejszych włamaniach”9.

29 marca 1930 roku w warszawskim kinie Pan na Nowym Świecie odbyła się premiera pierwszego polskiego filmu dźwiękowego. Zekranizowano Moralność pani Dulskiej Gabrieli Zapolskiej. Reżyserował Bolesław Niewolin, Anielę grała Maria Fanz, Hankę Dela Lipińska, prywatnie żona reżysera. „Piękna kobieta, w jasnym toczku na płomiennych włosach, w białym futerku, drobna, zgrabna, szykowna, istna figurka z La Vie Parisienne – relacjonował dziennikarz »Kina dla Wszystkich«. – Za nią podążał śniady brunet o wyrazistej twarzy aktora i bujnej czuprynie poety; poznałem w nim wnet reżysera Niewolina. Czyby pięknym zjawiskiem była pani Lipińska, którą widziałem w roli dziewczyny wiejskiej podczas kręcenia Moralności pani Dulskiej?”10 Film okazał się wielkim sukcesem, nie schodził z ekranów przez ponad rok. Miesięcznik „Kino” donosił, że za jego udźwiękowienie „zespół Orkiestry Filharmonii zarobił 27 tysięcy złotych”11. Pan Herszfinkiel, dyrektor wytwórni Heros, obliczał, że „produkując 10 dźwiękowców rocznie, damy zarobić przeszło ćwierć miliona złotych samym muzykom. A cóż dopiero innym: artystom, literatom, technikom, dekoratorom. Koniunktura jest pomyślna. Trzeba tylko kapitałów i pracy”12.

Jednak koniunktura nie była pomyślna ani w kulturze, ani w przemyśle. W 1930 roku biura pośrednictwa pracy zarejestrowały 300 tysięcy osób poszukujących zatrudnienia. Prawie dwa razy więcej niż rok wcześniej13.

W 1931 roku złe wiadomości zaczęły przeważać nad dobrymi.

8 maja rozpoczął się strajk 35 tysięcy górników z Zagłębia Dąbrowskiego, spowodowany zapowiedzią obniżki płac.

19 maja w Jaworznie, podczas krwawych starć protestujących z policją, zginęło pięć osób.

9 grudnia, dekadę po pierwszym spisie z 1921 roku, przeprowadzono Drugi Powszechny Spis Ludności. To dzięki tytanicznej pracy ówczesnych ankieterów i badaczy wiemy między innymi, że w 1931 roku bez pracy pozostawało 607 tysięcy robotników i 78 tysięcy pracowników umysłowych14. By ratować sytuację i powstrzymać zamykanie przedsiębiorstw, wielu pracodawców państwowych i prywatnych decydowało się na wprowadzenie skróconego tygodnia pracy. Jedna czwarta pracowników zakładów przemysłowych pracowała od trzech do czterech dni w tygodniu – za odpowiednio mniejsze pieniądze.

28 sierpnia powołano Naczelny Komitet do Spraw Bezrobocia.

Kryzys objął polskie finanse. W pierwszej połowie 1931 roku nastąpiło poważne zachwianie Österreichische Creditanstalt oraz związanego z nim Amstelbanku. To załamanie, a także krach wiedeńskich Rothschildów, kryzysy bankowe w Austrii, na Węgrzech i w Czechosłowacji spowodowały spadek zaufania zachodniej finansjery do krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Dla Polski była to wiadomość tragiczna. Niepodległa Polska wyszła z pierwszej wojny światowej z pustą kasą i przemysłem prywatnym w stanie zapaści. Brakowało zniszczonej działaniami wojennymi infrastruktury, kontaktów handlowych zerwanych wskutek przetasowań na mapie Europy i państwowych pieniędzy na inwestycje. Od 1918 roku polityka niepodległego państwa nastawiona była na ściąganie do kraju obcego kapitału. Polska gospodarka w ogromnym stopniu polegała na inwestycjach i pożyczkach zagranicznych.

W 1927 roku kapitał zagraniczny posiadał 21 procent udziałów w polskich spółkach, a w 1934 roku już 47 procent. Najbardziej zależny od inwestorów zagranicznych był przemysł naftowy – w 85 procentach, górniczo-hutniczy – w 58, i chemiczny – w 49 procentach. Obcy kapitał był także obecny w bankowości i ubezpieczeniach, komunikacji i telefonach oraz w przemyśle maszynowym i elektrotechnicznym – odpowiednio na poziomie 28, 30 i 24 procent. W 1929 roku akcjonariusze ze Stanów Zjednoczonych, Anglii i Niemiec stanowili 60 procent wszystkich zagranicznych udziałowców w Polsce. Spora część rynku była również w posiadaniu funduszów francuskich, włoskich i belgijskich[2].

Polska pożyczała pieniądze za granicą. Pożyczka tytoniowa w 1924 roku we Włoszech opiewała na kwotę 14 milionów dolarów i zabezpieczona została na majątku i dochodach Polskiego Monopolu Tytoniowego. Pożyczka zapałczana na 6 milionów dolarów, zaciągnięta przez rząd u szwedzkiego potentata Ivana Kreugera w zamian za dzierżawę Państwowego Monopolu Zapałczanego, doszła do skutku we wrześniu 1925 roku15. W 1926 roku sfinalizowano amerykańską tak zwaną pożyczkę dillonowską, w wysokości 21 milionów dolarów16. Kredyty zaciągane w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych były zazwyczaj zbyt małe, by pomóc polskiej gospodarce inaczej niż tylko jako chwilowy zastrzyk gotówki, a ponadto wysoko oprocentowane i udzielane w zamian za liczne wartościowe zabezpieczenia. Mimo to polski rząd trzymał się ich przez całe dwudziestolecie. Gdy wybuchł kryzys, a zagraniczni inwestorzy w panice rozpoczęli wycofywanie wkładów kapitałowych i kredytów z naszego regionu, Polska bardzo dotkliwie odczuła odpływ walut i złota. W konsekwencji doszło do katastrofalnego osłabienia złotego, zapaści przedsiębiorstw oraz niewypłacalności banków i instytucji kredytowych. Odpływ ten trwał przez trzy lata.

W 1931 roku polskie banki straciły 646 milionów złotych środków obrotowych, czyli aż 32 procent sumy znajdującej się w ich dyspozycji. Z tej kwoty na kredyty zagraniczne przypadało 191 milionów złotych. W 1932 roku odpłynęło z Polski 161 milionów, a w kolejnym roku 100. To gwałtowne wycofanie zagranicznych pieniędzy z polskich przedsiębiorstw, połączone z dalszym pobieraniem i lokowaniem za granicą procentów od udzielonych pożyczek, dywidend od zainwestowanego kapitału, opłat patentowych i innych, było dla krajowej gospodarki dramatem. W sumie od 1931 roku do końca kryzysu za granicę odpłynęło w przeliczeniu ponad 2,5 miliarda złotych, czyli więcej niż przeciętny roczny budżet państwa. Spowodowało to zmniejszenie zapasów złota w Banku Polskim – jego wartość zmalała z 701 milionów w 1929 roku do 444 milionów złotych w roku 1935. Zapasy walut zagranicznych skurczyły się jeszcze bardziej – z 714 milionów złotych w 1928 roku do 27 milionów w 1935 roku17.

Jedną z przyczyn, dla których to właśnie w Polsce wycofywanie złota i walut było tak nasilone, był fakt, że polski rząd – jako jedyny w Europie Środkowej i jeden z niewielu w Europie – nie wprowadził żadnych ograniczeń walutowych. Nie określił limitu, do jakiego można wymieniać walutę krajową na złoto i dewizy. Co więcej, w 1933 roku Polska przystąpiła do tak zwanego złotego bloku, który przeciwstawiał się ograniczeniom dewizowym. Co charakterystyczne, była wśród jego członków jedynym państwem dłużniczym, czyli takim, którego zobowiązania przewyższały dochody. Na drodze sztucznie pompowanego eksportu zdobywała waluty i złoto, by opłacać nimi zaciągnięte wcześniej pożyczki zagraniczne. Nic dziwnego, że w kryzysowej sytuacji zagraniczni inwestorzy i kredytodawcy dowolnie wymieniali złotówki na własną walutę i złoto, które następnie wywozili za granicę. Polski rząd uważał, że dzięki temu podtrzyma reputację godnego zaufania partnera gospodarczego, a kredyty walutowe będą płynąć do kraju nieprzerwanie.

Czas trwania i ostry przebieg kryzysu wykazały naiwność tej polityki. W latach 1931–1935 w Polsce ogłosiło upadłość 111 instytucji kredytowych. Prawie o połowę spadła suma kapitałów obrotowych znajdujących się w dyspozycji banków prywatnych, a suma kapitałów przeznaczonych na udzielanie kredytów aż o 47 procent18.

Załamanie walutowe skutkowało problemami w całej gospodarce. Znacznie spadł obieg pieniądza. Wobec ogromnego spadku wpływów do Skarbu Państwa rząd ratował się obniżaniem wydatków. Zredukowano pensje pracowników administracji, a także nakłady na rolnictwo, kulturę i oświatę. Szkolnictwo zapłaciło za to wysoką cenę – wskaźnik dzieci nieobjętych edukacją powszechną wzrósł z 5 procent w roku szkolnym 1928/1929 do 25 procent w 1931/1932. Ponadto cięcie wydatków budżetowych ograniczało inwestycje, a w rezultacie produkcję przemysłową. Ogromne trudności w pozyskiwaniu kredytów pociągały za sobą wzrost kosztów wytwarzania w przemyśle i spadek cen artykułów rolnych. Kryzys wchodził w fazę najdotkliwszą.

W 1932 roku, po latach wysiłków Komisji Kodyfikacyjnej RP, w życie wszedł nowy kodeks karny, zwany kodeksem Makarewicza. Wiele kwestii obyczajowych traktował równie surowo jak kodeksy zaborcze – na przykład za aborcję groziło od trzech (kobiecie) do pięciu (lekarzowi) lat więzienia. Zabronione pozostały dochodzenie ojcostwa i adopcja dzieci. Jednak podczas gdy w dawnych uregulowaniach „pederastia” zagrożona była karą od trzech miesięcy (rosyjski kodeks Tagancewa z 1903 roku) nawet do pięciu lat (kodeks austriacki) więzienia, kodeks Makarewicza depenalizował dobrowolne stosunki homoseksualne. Natomiast w artykule 207 stwierdzał: „Kto z chęci zysku ofiarowuje się osobie tej samej płci do czynu nierządnego podlega karze więzienia do lat 3”.

W lutym 1932 roku komisja Instytutu Gospodarstwa Społecznego pod kierownictwem Ludwika Krzywickiego rozstrzygnęła konkurs rozpisany pod koniec poprzedniego roku – na pamiętniki bezrobotnych. „Niech opiszą, jak się odżywiają ich rodziny oraz jak bezrobocie wpłynęło na zdrowie i wygląd dzieci. Niech doniosą, jakie rzeczy zastawili lub sprzedali i po jakiej cenie, jakie długi mają u sklepikarzy, za komorne, u lichwiarzy i ile im obecnie kredytują sklepiki. Niechaj drobiazgowo podadzą, czy sami lub ktokolwiek z rodziny ma jakieś dorywcze zajęcia (może żona chodzi do prania lub sprzedaje warzywa na ulicy, może mąż wyrabia jakieś przedmioty, które sprzedaje na ulicy)”19 – apelowano. Do IGS-u wpłynęły 774 prace, wydrukowano 57. W 1932 roku zarejestrowanych bezrobotnych było 220 tysięcy. Ocenia się, że dane GUS-u nie doszacowały bezrobocia o jakieś 40 procent20.

26 kwietnia Julian Blachowski, zwolniony pracownik księgowości, strzelił z rewolweru do Gastona Koehler-Badina, dyrektora podupadających Zakładów Żyrardowskich, gdy ten wychodził z Kawiarni Ziemiańskiej w Warszawie. Koehler-Badin zmarł, a jesienią rozpoczął się proces sądowy, podczas którego oprócz morderstwa rozpatrywano sprawę niszczenia majątków państwowych w czasie kryzysu.

31 lipca na letnich igrzyskach olimpijskich w Los Angeles Janusz Kusociński zdobył złoty medal w biegu na 10 tysięcy metrów z wynikiem 30:11,4. Do Ameryki przypłynął luksusowym brytyjskim parowcem Mauretania. Jego zwycięstwo ogłosił „Przegląd Sportowy”: „Dziesiąta Olimpiada jest w pełnym biegu. Dzień po dniu leci przez świat sensacja za sensacją, telegraf roznosi po całej kuli ziemskiej nazwiska nowych mistrzów, na maszt olimpijski wznosi się raz po raz sztandar narodowy Zwycięzców”21. Polacy szaleją. 3 sierpnia „Ilustrowany Kurier Codzienny”, popularny „IKC”, stempluje w poprzek pierwszą stronę: „KUSOCIŃSKIZWYCIĘZCĄNAOLIMPIADZIE! Szczegóły patrz na str. 4-ej”. Na stronie czwartej zaś czytamy: „Masy dzisiejsze czekają z upragnieniem na każdy rekord, gdyż widzą w tym rekordzie wykładnik tężyzny zbiorowej, a zarazem siły danego państwa. […] Zwycięstwo Kusocińskiego jest znakomitą propagandą odrodzonej Polski, tem więcej, że dokonało się na oczach tłumów Polonji amerykańskiej, patrzącej z dumą i niepokojem zarazem na przedstawicieli naszego sportu”22. Kusociński za złoty medal olimpijski otrzymał posadę ogrodnika i mieszkanie w Łazienkach. Trwał kryzys, praca i miejsce do życia były w cenie jak nigdy wcześniej.

Kryzys uderzył bardzo silnie w polską wieś. Tuż po wojnie w kraju dominowały albo niewielkie gospodarstwa chłopskie o powierzchni do 2 hektarów, albo ogromne majątki posiadaczy ziemskich, przekraczające 100 hektarów. Dysproporcja była uderzająca: 34 procent gospodarstw chłopskich dysponowało zaledwie 3,5 procent areału, a 45 procent areału rozdzielone było pomiędzy 0,8 procent największych folwarków23. W sumie na gospodarstwa ziemiańskie (w liczbie 18 tysięcy) składało się tyle samo ziemi, co na 2,9 miliona gospodarstw chłopskich24. Problem rozdrobnienia gospodarstw potęgowało ponadto drastyczne przeludnienie polskiej wsi: na każde 100 hektarów gruntów rolnych przypadało aż 81 osób (w krajach Europy Zachodniej mniej niż 50)[3]. Tak ogromna liczba ludzi nie miała możliwości ani utrzymać się z roli, ani znaleźć na wsi żadnego innego zatrudnienia[4].

W 1925 roku, po wielu latach politycznych przepychanek, przeprowadzono reformę rolną, a wraz z nią parcelację gruntów, w nadziei na wyrównanie tych rażących dysproporcji posiadania. W latach 1919–1925 rozparcelowano 741 tysięcy hektarów ziemi, do 1929 roku kolejnych 686 hektarów. Niestety, był to proces powolny i skierowany nie do tych, którzy naprawdę go potrzebowali. Ponadto pogłębił problem nieefektywnej gospodarki rolnej – małorolni chłopi, zdeterminowani, by wykupić ziemię i poprawić swój los, ubiegali się o kredyty, głównie w Polskim Banku Rolniczym. Gdy im odmawiano ze względu na niedostateczne zabezpieczenie, zaciągali pożyczki lichwiarskie. Jak podsumowuje Landau: „Ciężar tych spłat, znośny w latach dobrej koniunktury, szybko stał się niemożliwy do udźwignięcia w latach nadchodzącego kryzysu gospodarczego”25.

W 1932 roku zadłużenie polskiej wsi wynosiło 4,2 miliarda złotych. Na zobowiązania te, oprócz kredytów wziętych na wykup gruntów i dodatkowych pożyczek dobranych w pierwszych latach kryzysu, by zapobiec licytacji zadłużonych gospodarstw, składały się podatki. Rolnicy płacili dziesięć podatków głównych: gruntowy, dochodowy, dziesięcioprocentowy nadzwyczajny dodatek do podatku głównego, nadzwyczajną darowiznę majątkową, dodatek na interwencję zbożową, opłaty i dopłaty drogowe, podatek wyrównawczy, podatek inwestycyjny i szarwark. Problem zadłużenia się pogłębiał – prognozowane na 1933 rok płatności kredytowe i podatkowe gospodarstw rolnych w wysokości 2,2 miliarda złotych były niemożliwe do uregulowania, ponieważ wartość całej produkcji rolnej w tym roku wyniosła jedynie 1,5 miliarda złotych26. Poza tym mieszkańcy wsi musieli przecież coś jeść i korzystać z podstawowych produktów przemysłowych.

Właściciele niewielkich gospodarstw rolnych jeszcze przed kryzysem sprzedawali na zaspokojenie bieżących potrzeb całą posiadaną nadwyżkę towarową. W jego trakcie dochód ten przestał wystarczać i w rezultacie wystąpiło zjawisko tak zwanej głodowej podaży artykułów rolnych. Aby zdobyć minimum gotówki potrzebnej na natychmiastowe opłaty, chłopi musieli pozbywać się nie tylko nadwyżek, ale i zapasów niezbędnych do utrzymania rodziny. Produkcja zbożowa w latach 1930–1934 miała się wprawdzie nieco lepiej niż tuż przed kryzysem, lecz wyprodukowaną żywność odsprzedawano po drastycznie obniżonych cenach. Ta sztucznie wysoka podaż (bo tanio wyprzedawano zbyt dużo żywności) w połączeniu z kurczącym się popytem w miastach (bo bezrobotni biedni ludzie nie mieli pieniędzy na kupowanie dużej ilości jedzenia) napędzała dalsze obniżanie cen płodów rolnych. Małorolni nie mogli też korzystać z interwencyjnych skupów zboża dokonywanych przez rząd za pośrednictwem państwowych zakładów przemysłowo-zbożowych. Dodatkowo w trakcie kryzysu pośrednicy znacznie zwiększyli marże – w 1928 roku rolnik dostawał 68 procent ceny detalicznej chleba, w 1933 roku już tylko 48 procent.

To właśnie katastrofalny spadek cen produktów rolnych był głównym przejawem kryzysu na wsi. W latach 1928–1935 cena pszenicy spadła o 66 procent, żyta – o 68, ziemniaków – o 66, a mleka – o 62. Aby otrzymać tę samą sumę pieniędzy co w 1928 roku, pod koniec kryzysu rolnik musiał sprzedać trzykrotnie więcej produktów. Dodatkowym problemem było rozwarcie się nożyc cenowych – ceny produktów rolnych spadały zdecydowanie gwałtowniej niż ceny towarów przemysłowych. W 1928 roku za kwintal żyta można było kupić pług. W 1935 roku trzeba już było sprzedać w tym celu 2,7 kwintala. W przypadku innych towarów było jeszcze gorzej: dla butów wskaźnik relacji cen wynosił 207 procent, dla cukru – 255, dla węgla – 285, a dla soli – 36027. W najbiedniejszych regionach kraju nie noszono więc butów, nie ogrzewano pomieszczeń, nie solono potraw, nie używano cukru ani zapałek.

Wszystkie te okoliczności sprawiały, że chłopi nie mieli do dyspozycji żadnej gotówki. Nie mogli więc kupować nawet najpotrzebniejszych produktów. W 1929 roku mieszkańcy wsi nabyli 18 procent wyprodukowanych towarów przemysłowych, w 1934 roku tylko 10 procent. Jeśli wziąć pod uwagę, że mowa o 73 procentach mieszkańców Polski, widać wyraźnie, jak wielki wpływ na ogólną sytuację gospodarczą kraju miała zapaść ekonomiczna na wsi. Ogromne zadłużenie rolników w kredytach i podatkach pogłębiało deficyt budżetowy. Wstrzymywanie się od zakupów ograniczyło rynek zbytu i w rezultacie doprowadziło do spadku produkcji maszyn rolniczych, zużycia nawozów, inwestycji budowlanych i tak dalej. Zapaść na wsi pogłębiała zapaść w miastach. Wyjść z tego impasu nie udawało się przez trzy kolejne lata.

Rok 1933 rozpoczął się strajkiem okupacyjnym w Państwowych Zakładach Tele- i Radiotechnicznych, zwanych popularnie Dzwonkową. 5 stycznia około 1000 pracowników postanowiło zaprotestować na wieść o planowanej dziesięcioprocentowej obniżce płac i wstrzymaniu wynagrodzeń za urlopy. Robotnicy zabarykadowali się w fabryce, budynek otoczyła policja. Odcięto ogrzewanie, prąd i bieżącą wodę. Przez kordon policyjny nie mogły się przedrzeć rodziny z jedzeniem i kocami. Był początek stycznia i duże mrozy, mimo to policja polewała protestujących wodą z hydrantu. Użyła także granatów dymowych. W rezultacie około 50 osób trafiło do szpitala, a strajk zakończono. Dyrekcja Dzwonkowej wywiesiła na bramie głównej listę, na którą mogli wpisywać się chętni do powrotu do pracy. Trwał kryzys, chętnych było aż nadto, ale z 900 strajkujących przyjęto jedynie 400. Płace, zamiast o dziesięć, obniżono o trzydzieści procent28.

Powstanie w połowie roku Funduszu Pracy miało na celu złagodzić skutki gigantycznego bezrobocia (342 tysiące osób zarejestrowanych w biurach pośrednictwa pracy) poprzez organizowanie prac budowlanych na terenie całego kraju. W 1933 roku zatrudnienie przy melioracji, kanalizacji, wodociągach i układaniu bruku znalazło od 100 do 120 tysięcy osób29. Zainteresowanie było tak duże, że fundusz organizował turnusy, a dniówki dzielił między kilku chętnych.

Wielki kryzys bardzo mocno uderzył w polski przemysł. W pierwszym kwartale 1933 roku Polska osiągnęła najniższy poziom produkcji przemysłowej w trakcie całego załamania gospodarki. W 1933 roku, w punkcie kulminacyjnym zapaści, światowa produkcja zmalała średnio o 33 procent, europejska o 27, a polska aż o 4630. Zjawisko, wywołane głównie drastycznym obniżeniem konsumpcji, odbijało się na sytuacji finansowej przedsiębiorstw. Aby zneutralizować wpływ kryzysu, przemysłowcy coraz częściej dogadywali się między sobą w sprawie warunków działalności i cen, które zapewniłyby im możliwie najwyższe zyski. To właśnie dlatego w pogrążonej w kryzysie w Polsce gwałtownie wzrosła liczba monopoli.

Kartele były przydatnym sposobem organizacji przemysłu w sytuacji, w której polskiemu rządowi zależało na zwiększaniu eksportu. Zrzeszone w nich przedsiębiorstwa miały silniejszą pozycję, mogły więc negocjować lepsze ceny. Łatwiej było im uzyskiwać zagraniczne kredyty. Niemniej miały też istotne wady, ujawniające się na rynku krajowym – forsowały eksport po niskich cenach, przerzucając koszty na polskich nabywców poprzez ustanawianie wysokich cen wewnętrznych. Działały na korzyść przedsiębiorstw, a nie konsumentów. W 1926 roku Syndykat Polskich Hut Żelaznych opanował w całości krajową produkcję hutniczą. Od grudnia 1926 roku 87 procent polskich cementowni zrzeszonych było w kartelu cementowym, a 90 procent cukrowni w cukrowniczym31.

W latach 1926–1929 powstawały w Polsce 24 nowe kartele rocznie, w okresie kryzysu 45. Rosła także liczba konsorcjów międzynarodowych, do których dołączali rodzimi przedsiębiorcy – w 1929 roku były 32, a w 1935 już 10432. Kartele obejmowały niemal 40 procent krajowej produkcji przemysłowej. Prawie całkowicie zmonopolizowane były wydobycie i produkcja węgla, ropy, żelaza, kwasu siarkowego, szkła, żarówek, cementu, koksu, rur, blachy, nawozów sztucznych. Teoretycznie kartele miały chronić polski przemysł, ale w praktyce często pogłębiały kryzys gospodarczy. W imię interesów monopolu wypłacano tak zwane postojowe właścicielom niektórych fabryk za całkowite zaniechanie produkcji, aby móc podbijać ceny wyrobów innych należących do niego zakładów tej samej branży. Działanie takie sprzyjało wzrostowi i tak już bardzo wysokiego bezrobocia. Dodatkowo kartele oferowały rynkowi swoje surowce i półfabrykaty po zawyżonych cenach – nawet 40 procent wyższych niż ceny oferowane przez przedsiębiorstwa nieskartelizowane. Ponieważ w dużej mierze dotyczyło to podstawowych materiałów wykorzystywanych w produkcji, ich odbiorcy zmuszeni byli godzić się na takie warunki. W rezultacie rosły koszty wytwarzania towarów, a popyt na nie i konsumpcja spadały, co przekładało się na ograniczanie produkcji. Załogi zakładów przemysłowych lądowały na bruku. Zbigniew Landau podsumowuje, że polski przemysł popadł wówczas w „swoiste błędne koło: śrubowanie cen jako obrona przemysłu przed skutkami kryzysu powodowało coraz większe ograniczenie produkcji”33. Słabsze przedsiębiorstwa bankrutowały. W latach 1930–1935 liczba czynnych zakładów przemysłowych zmalała o 30 procent – z 12,7 do 9,6 tysiąca.

Eksport, który był zawsze tak istotną częścią polskiej polityki gospodarczej, także bardzo ucierpiał w trakcie kryzysu. We wspomnianym okresie rozmiary eksportu spadły o 36 procent, a jego wartość aż o 68 procent. Tak wyraźny spadek był zarówno wypadkową układu cen na rynkach światowych, jak i rezultatem polityki rządu promującego eksport towarów po cenach dumpingowych. Nakręcała się kolejna spirala absurdu: by zdobyć środki finansowe w walucie obcej, pozwalające na spłatę kredytów zagranicznych, Polska musiała eksportować za wszelką cenę. Dumping finansowano poprzez utrzymywanie wysokich cen towarów na rynku krajowym (co dodatkowo zmniejszało konsumpcję i pogłębiało kryzys) oraz przez rządowe dopłaty do eksportu. Obciążenie konsumenta krajowego kosztami takiej strategii szacowano na 300 do 500 milionów złotych rocznie34.

29 kwietnia 1934 roku otwarto lotnisko na Okęciu w Warszawie.

Z pewną dozą ciekawości, pomieszanej ze wzruszeniem, wsiadam przed hotelem Polonia do luksusowego autocaru, którym Polskie Linje Lotnicze Lot przewożą swoich pasażerów ma lotnisko – pisał Aerofil w dwutygodniku „Lot i Obrona Przeciwlotniczo-Gazowa Polski”. – Jadę przecież odwiedzić pierwszy warszawski port lotniczy, zakrojony na europejską skalę i dostosowany do naszych, naprawdę już europejskich potrzeb w dziedzinie lotnictwa pasażerskiego. Pragnę zobaczyć to, co słyszę ze wszech stron, że nasze młode, ale żywiołowo rozwijające się lotnictwo cywilne bije kolejne rekordy nie tylko pod względem szybkości komunikacji, ale również w dziedzinie inicjatywy twórczej i pod względem rozmachu, z jakim ta inicjatywa jest wprowadzana w życie35.

Aerofil się nie rozczarował.

W dużym pastelowym hallu widzimy kasę biletową, placówkę urzędu celnego, urząd telegraficzno-pocztowy, posterunek policji, kiosk z gazetami itp. Na górnym piętrze mieści się restauracja i wygodny taras, z którego można łatwo ogarnąć wzrokiem całe lotnisko. Wszędzie beton, szkło, marmur36.

W uroczystości otwarcia uczestniczyli najważniejsi przedstawiciele państwa: prezydent Ignacy Mościcki, premier Janusz Jędrzejewicz, marszałek Sejmu Kazimierz Świtalski, minister spraw wewnętrznych Bronisław Pieracki. Do końca 1934 roku Okęcie obsłużyło ponad 10 tysięcy pasażerów.

Oprócz otwarcia lotniska – i wiodącej do niego alei budowanej przez robotników z Funduszu Pracy, a nazwanej na cześć zwycięzców zawodów lotniczych Challenge 1932: Stanisława Wigury i Franciszka Żwirki – w październiku tego samego roku prezydent Mościcki zainaugurował rozporządzeniem powstanie Zakładu Ubezpieczeń Społecznych37. Zlikwidował tym samym ostatecznie kasy chorych, które przez większość kryzysu zapewniały świadczenia społeczne i chorobowe osobom ubezpieczonym. Zdecentralizowane kasy nie wytrzymały presji zapaści gospodarczej – liczne bankructwa przedsiębiorstw i ogromne bezrobocie (w 1934 roku 413 tysięcy zarejestrowanych w biurach pośrednictwa pracy) utrudniały lub wręcz uniemożliwiały im ściąganie składek. W roku 1933/1934 zaległości składkowe ubezpieczalni wynosiły 267 milionów złotych38. Przy okazji prezydent nie zawahał się przed wprowadzeniem różnorodnych poprawek mających ograniczyć wydatki nowej instytucji: zapowiedziano skrócenie świadczenia chorobowego z 26 do 13 tygodni po utracie pracy, zlikwidowano ubezpieczenia dla pracowników rolnych. Zasiłek chorobowy miał wynosić 50 procent zamiast 60, a zasiłek połogowy zmniejszono ze 100 procent do 5039. ZUS rozpoczął działalność w styczniu 1935 roku. Kryzys miał się już wtedy ku końcowi.

1 sierpnia 1935 roku ruszyła budowa pierwszej polskiej kolejki linowej na Kasprowy Wierch. Finansowały ją Polskie Koleje Państwowe, Liga Popierania Turystyki, Polskie Biuro Podróży „Orbis” oraz Stocznia Gdańska sp. z o.o, w której udziały miał Bank Polski. Inwestycja warta 3,5 miliona złotych budziła zachwyt wśród zwolenników nowoczesności i obiekcje wśród tych, którzy woleliby widzieć góry bez ludzkiej ingerencji.

W dyskusji, którą zamknęły już nie słowa, lecz fakty, zwyciężyły właściwie góry – podsumowywał rok później Jan Zachwatowicz. – Pozostały majestatyczne i wspaniałe, obojętne na słowny bój stoczony w dolinie i na bohaterskie wysiłki ludzi realizujących śmiały pomysł. Dziś może się o tym przekonać każdy mieszkaniec dalekich dolin, niezaopatrzony nawet w skomplikowany ekwipunek taternika. Wszyscy mogą z łatwością stwierdzić, że kolej nie zepsuła Tatr, umożliwiła natomiast bezpośredni kontakt z cudowną atmosferą gór nawet tym, dla których był on już zamknięty – niekiedy na zawsze40.

Kolejka cieszyła się takim zainteresowaniem turystów, że koszt jej budowy zwrócił się przed 1939 rokiem.

3 sierpnia do Gdyni zawinął „Dar Pomorza”, kończąc tym samym swój pierwszy rejs dookoła świata.

12 marca na południe od Łowicza spadł pierwszy w niepodległej Polsce meteoryt.

Rysunek satyryczny opublikowany w „Ilustrowanym Kurierze Codziennym” w 1934 r.

„Ilustrowany Kuryer Codzienny” 1934, nr 15, s. 24, Biblioteka Narodowa w Warszawie

Wskaźniki produkcji i konsumpcji rosły, choć większość z nich nie osiągnęła do wybuchu wojny stanu sprzed 1929 roku. W Polsce recesja wystąpiła wcześniej, a kryzys trwał dłużej niż w innych krajach. Stało się tak z kilku powodów. Polska ekonomia zależała od kapitału zagranicznego zarówno w formie kredytów, jak i inwestycji, dlatego była bardzo podatna na wahania koniunktury za granicą. Nierozwiązane pozostawały także problemy polskiej wsi. Rolniczy kraj zmagał się z ogromnym przeludnieniem agrarnym i zacofanymi metodami produkcji, więc powrót do równowagi gospodarczej wymagał reform także w tym obszarze. Rolnictwo stanowiło źródło utrzymania aż 61 procent ludności, podczas gdy przemysł zaledwie 19 procent. Jeszcze w 1935 roku wskaźnik bezrobocia wynosił 26,5 procent41.

We wstępie do Pamiętników bezrobotnych Ludwik Krzywicki pisał:

Tam, wśród tych tłumów odsuniętych od jedynego źródła utrzymania, jakim jest praca, z konieczności narasta jakiś osad stanów uczuciowych dotychczas nieznanych wcale albo nieznanych w takim napięciu. Kiełkują tam poglądy mocno zabarwione niezadowoleniem, a może i chęcią odwetu… I właśnie to oddziaływanie zastoju na umysły ludzkie, to rzeźbienie przezeń – z potulnego człowieka – zgorzkniałego malkontenta, to kiełkowanie tu i ówdzie możliwości jakiegoś odruchu zbiorowego są sprawą niezmiernie doniosłą z punktu ogólnospołecznego… Dlatego Pamiętniki bezrobotnych są nie tylko opowieścią mającą ocknąć sumienia ludzkie, ale także książką dla ludzi dbałych o przyszłość, dla polityków, dla mężów stanu, aby wiedzieli, co tam w głębi narasta w sercach ludzkich…42

Zebrane przez IGS relacje osób dotkniętych w wielkim kryzysie bezrobociem są podstawowym źródłem historycznym wykorzystywanym w tej książce. Nie oznacza to jednak, że należy podejść do nich bezkrytycznie. Jak zauważał Krzywicki, już w momencie wydania wybranych relacji były one, choćby poprzez fakt, że ich autorzy potrafili przelać swoje myśli na papier, wyjątkowe[5]. Ponadto autorzy nie zawsze byli szczerzy. Niektórzy przesadzali, uznawszy, że „ten uzyska nagrodę[6], kto przeszedł najcięższe doświadczenia”, i dlatego przedstawiali swój los jako bardziej beznadziejny niż w rzeczywistości. Liczyli też na to, że opis prawdziwie tragicznych losów zapewni im pomoc finansową państwa, za przedstawiciela którego uznawali IGS. Inni nie ulegali pokusie wplatania fikcji we własne losy. „Talent pisarski robił swoje: ten i ów »upiększał« sytuację, innemi słowy ją koloryzował. Postępowanie to jest bodaj nieodłączne od talentu literackiego – polot twórczości wplata w rzeczywistość obce jej i nieznane pomysły. Stwierdziliśmy właśnie w paru wypadkach taki wpływ twórczej fantazji”43. Krzywicki zapewniał, że w przypadku jakichkolwiek zastrzeżeń co do autentyczności relacji zespół redakcyjny IGS-u weryfikował prawdziwość faktów, posuwając się nawet do przeprowadzania wywiadów środowiskowych. Nie zawsze skutecznie – okazało się, że Pamiętnik 11, krótka relacja telemontera z Włocławka, był fikcyjny. Autor, bez pracy i w trudnym położeniu materialnym, wymyślił i opisał swoje dramatyczne dzieje w nadziei zdobycia zapomogi i propozycji zatrudnienia44.

Nawet pewność, że wszystkie pamiętniki są autentyczne, nie zmieniłaby faktu, że relacje nadesłało zaledwie 2,5 promila zarejestrowanych bezrobotnych (w stosunku do liczby naprawdę pozbawionych pracy ułamek ten byłby jeszcze mniejszy). Nie była to więc próbka charakteryzująca kompletny wachlarz doświadczeń całego środowiska, różnorodności ludzkich losów, indywidualnych przypadków czy nawet ogólnych trendów. Słowami Tomaszewskiego: „Każdy pamiętnik jest dokumentem obrazującym jednostkowe losy ludzkie, które mogą okazać się wyjątkowe, a wygłaszane przez autora poglądy – odosobnione”45. Jak jednak zauważa Hanna Jędruszczak: „Wartość pamiętników jako źródła historycznego, a także socjologicznego polega przede wszystkim na tym, że niezależnie od stopnia reprezentatywności stanowią one autentyczną i bezpośrednią dokumentację percepcji procesów społecznych i faktów historycznych przez poszczególnych ludzi, obrazują stan ich świadomości, charakteryzują postawy życiowe, system wartości i ocen, którymi się posługują”46.

Doświadczenie wielkiego kryzysu ujawnia się w twórczości pamiętnikarzy zarówno w faktach, jak i w fikcji. Nawet ci, którzy piszą nieprawdę, piszą ją tak, jak myślą, że inni chcą ją przeczytać. Pamiętniki dają zatem wgląd tak w materialne realia depresji gospodarczej w Polsce międzywojennej, jak i w schematy narracyjne, symbole i fabularne tropy, jakimi już wówczas, w trakcie trwania kryzysu, obrosła opowieść o chwiejącym się w posadach świecie wykluczonych. Widać to w Pamiętnikach bezrobotnych, podobnie jak we wspomnieniach robotników, lekarzy, relacjach strajkujących pracowników fabryki Wedla, listach nowych mieszkańców kolonii Towarzystwa Osiedli Robotniczych i Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, zeznaniach pracownic seksualnych przeszukiwanych przez policję i opowieściach matek nieślubnych dzieci z Domu Wychowawczego im. ks. Boduena.

Badania statystyczne, jak te prowadzone przez Antoniego Zdanowskiego, Stanisława Żemisa, Ludwika Landaua, Halinę Krahelską, Irenę Surmińską, Marię Balsigerową i Instytut Badań Zagadnień Ludnościowych, podają liczby, dane i wykresy pomagające nadać materialny kontekst doświadczeniu, o którym piszą wykluczeni. Sama istota cierpienia w stanie bezprecedensowej zapaści społecznej – jak to ujął Krzywicki: „osad stanów uczuciowych dotychczas nieznanych wcale albo nieznanych w takim napięciu” – zawiera się jednak w relacjach osobistych. To wściekłość i bezsilność, którą najlepiej opisał Leon Okręt, reporter oglądający na sali sądowej Jana i Marię Maliszów, morderców rodziny Susskindów. Doświadczenie wielkiego kryzysu to „rozpaczliwy krzyk niezrównoważonego człowieka, którego instynkty rozpętały się od tej wiecznej, olbrzymiej pokusy, jaką jest nasz dzisiejszy uneonowany, uszminkowany świat”47. Kolorowy pulsujący neon, symbol międzywojennego luksusu, od tego krzyku po prostu pęka.

[1] Władysław Zawadzki, członek BBWR-u, profesor ekonomii, był najdłużej urzędującym ministrem skarbu w zmieniających się co kilka miesięcy gabinetach rządowych w czasie wielkiego kryzysu. W 1931 roku był wiceministrem, a w latach 1932–1935 ministrem skarbu w kolejnych gabinetach następujących po sobie premierów.

[2] Zbigniew Landau, Wojciech Roszkowski, Polityka gospodarcza II RP i PRL, Warszawa 1995, s. 45. Warto dodać, że poleganie na pożyczkach i inwestycjach zagranicznych generowało dla rządu polskiego ogromne koszty. Aby uzyskać potrzebne do spłaty dewizy, Polska musiała także forsować sztucznie swój eksport, stosując dumpingowe ceny, premie eksportowe i inne tego typu zachęty. Uwzględniając wszystkie koszty pośrednie, na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych obsługa kapitałów obcych kosztowała państwo polskie 470 mln zł rocznie. Kwota ta stanowiła 25% całości rocznego budżetu państwa. Mniej więcej tyle samo polski rząd w latach 1924–1935 przeznaczał na inwestycje. Co najważniejsze, rosnąca co roku liczba pożyczek i inwestycji zagranicznych ostatecznie nie przyniosła żadnego zysku. W latach 1924–1937 suma inwestycji zagranicznych w Polsce wyniosła 1,329 mld zł (tyle pieniędzy wpłynęło z kredytów oraz inwestycji). Obsługa zaś długu, czyli dywidendy i raty przekazywane za granicę, w sumie kosztowała skarb państwa 3,703 mld zł.

[3] Irena Kostrowicka, Zbigniew Landau, Jerzy Tomaszewski, Historia gospodarcza Polski XIX i XX wieku, Warszawa 1966, s. 310. Według niektórych autorów przeludnienie było jeszcze większe – w województwach południowych nawet 300 osób na 100 ha powierzchni.

[4] Sytuację częściowo łagodziła emigracja zarobkowa. Według szacunków w latach 1926–1928 za granicę wyjechało w poszukiwaniu pracy 500 tysięcy chłopów. To rozwiązanie nie poprawiało jednak sytuacji gospodarczej kraju.

[5] Za: Jerzy Tomaszewski, Pamiętniki konkursowe jako źródło do badań nad historią gospodarczą [w:] Zbigniew Landau, Jerzy Tomaszewski, Druga Rzeczpospolita. Gospodarka, społeczeństwo, miejsce w świecie, Warszawa 1977, s. 94. „Trudno jest wobec omawianej grupy pamiętników użyć określenia »pamiętniki ludzi przeciętnych« (choć określenie to częściowo charakteryzuje ich zawartość treściową). […] Autorzy pamiętników z reguły wyróżniają się pośród swych sąsiadów i znajomych, choćby tym, że chciało im się chwycić za pióro i opisać życie, a także sformułować opinie na różnorodne sprawy”.

[6] Za publikację płacono 50 złotych, nagroda główna wynosiła 250 złotych.

Część IDom

Wyszedłem wieczorem na miasto. Ruch niebywały, tramwaje przepełnione, taksówek moc. Na chodnikach tłok. Jedni drugich potrącają, popychają, wszyscy się śpieszą, bo to dziś sylwester. Do teatrów tłoczą się tłumy, przed Wielkim Teatrem zator nadjeżdżających taksówek, tak tłumnie podąża publiczność na redutę. Pod wejścia restauracji podjeżdżają jedna za drugą taksówki, wysiadają ludzie odświętnie, czysto, elegancko ubrani, panie ubrane z przepychem. Wszyscy się śpieszą, żeby zdążyć, żeby tylko zdążyć, jak gdyby jutro świat miał się skończyć. Pełno przechodniów na ulicach, wszyscy weseli, roześmiani, dużo pijanych. Widzę we wnęce muru na Nowym Świecie stoi żebrak w łachmanach, boso, trzyma czapkę w wyciągniętej ręce – prosi. Pomóżcie, Państwo, głodnemu, nie odmawiajcie swej pomocy, jestem głodny. Jakaś litościwa ręka rzuca mu monetę do czapki. Tak. Głodny jest, prosi i coś otrzymuje. Dają mu miedziaki, od czasu do czasu błyśnie i niklowa moneta. Staję chwilę, obserwuję żebraka. Ach, jaki ja jestem głodny! Na obiad jadłem kartoflankę, teraz już daleko za północ, a ja jeszcze nic w ustach nie miałem. Dziwnie się zgarbiłem, to głód tak garbi, upokarza człowieka, głód go zmusza do wszystkiego, do bohaterstwa i do przestępstwa.

Pamiętniki bezrobotnych, 1933

Rozdział 1Wesołe miasteczko

Polska cała przygotowuje się do Powszechnej Wystawy Krajowej, która odbędzie się w Poznaniu w czasie od 16 maja do 30 września 1929 r. ku upamiętnieniu pierwszego dziesięciolecia odzyskanej niepodległości państwowej. Będzie to największe dzieło pokojowe, jakiego naród polski z Rządem Rzeczypospolitej na czele dokonał po odzyskaniu samodzielności państwowej1

– donosił wiosną 1929 roku okolicznościowy informator. Cienka książeczka w zwięzłych słowach kreśliła cele wystawy, jej planowany rozmach i „moralny obowiązek wszystkich ludzi dobrej woli”2, by na wystawę pojechać, zobaczyć ją i zachęcić wszystkich znajomych do tego samego. Kolorowe malowane ilustracje, plan terenów targowych i poręczna mapka dojazdu do Poznania z głównych stolic Europy dopełniały wrażenia luksusu i doniosłości wydarzenia. Wystawa miała usatysfakcjonować nawet najwybredniejszych.

W kilkudziesięciu gmachach i pawilonach na obszarze 600 000 m2 przedstawiony będzie całokształt twórczości narodowej we wszystkich jej dziedzinach. Obok pokazu ilustrującego nasz dorobek kulturalny i naukowy zobaczymy na wystawie bogaty dział sztuki plastycznej, jak malarstwo, rzeźbę i sztukę stosowaną, zobaczymy, co zdziałaliśmy w dziedzinie organizacji państwa, dalej co posiadamy i co zdobyliśmy na polu wytwórczości przemysłowej, rzemieślniczej i rolniczej, jakie postępy poczyniliśmy na polu organizacji naszego handlu i co zrobiliśmy w dziedzinie opieki społecznej, higjeny, wychowania i sportu3.

Protektorat nad wystawą objął prezydent Ignacy Mościcki, na czele Komitetu Honorowego stanął Józef Piłsudski, prezesem Rady Głównej został Cyryl Ratajski, prezydent Poznania, zaś prezesem zarządu i faktycznym głównym wykonawcą PWK – Stanisław Wachowiak, wcześniej wojewoda pomorski. Przedsięwzięcie było naprawdę godne szumnych zapowiedzi. Początkowo wystawa miała zostać zorganizowana w Warszawie, jednak władze stolicy stwierdziły, że nie wyrobią się do jubileuszowego roku 1928 (ani nawet do 1929). Natomiast Ratajski obiecał rekordowy, nawet w porównaniu z wystawami światowymi w Paryżu czy Londynie, czas realizacji dwóch lat i słowa dotrzymał4.

Zadaniem Wystawy Krajowej będzie przedstawienie całokształtu dorobku kulturalnego i gospodarczego pierwszego dziesięciolecia naszego odrodzonego bytu państwowego. PWK ma być dowodem tego, że Polska tworzy kulturalnie, gospodarczo i politycznie jedną nierozerwalną całość. Musi ona wypaść wspaniale, gdyż tego wymaga nasz honor narodowy5

– głosił regulamin PWK. Obronę honoru narodowego umożliwiła dwuletnia praca na trzy zmiany 3200 robotników wznoszących na terenach wystawowych 103 nowe budynki, mające pomieścić wystawy sztuki, rzemiosła, handlu i wszystkiego, czym mogła pochwalić się w 1929 roku Polska. Zabudowano 136 tysięcy metrów kwadratowych powierzchni, pawilony zaprojektowały najmodniejsze ówcześnie biura architektoniczne6. Kolejne 4 tysiące robotników pracowało poza terenami wystawy. Wybudowano Dworzec Zachodni i generalnie wyremontowano Dworzec Główny. Modernizowano drogi i parki miejskie, linie telefoniczne, budowano nowe skrzyżowania, kładziono chodniki, dostawiano lampy uliczne, przystanki tramwajowe i wszystko, czego mogły potrzebować rzesze odwiedzających. Nie obyło się bez kontrowersji – do „Kuriera Poznańskiego” napływały listy wzburzonych mieszkańców zaniepokojonych znikającymi koszami na śmieci lub wycinanymi drzewami[1]. Wobec spodziewanych tłumów potrzebna była nawet zmiana organizacji poruszania się po mieście, w tym wyszkolenie mieszkańców w zasadach raczkującego dopiero ruchu drogowego. Z powodu PWK zamontowano w Poznaniu pierwsze w mieście światła uliczne na Ratajczaka i Placu Wolności. Sprzęt ten był tak rażącą nowością, że „Kurier Poznański” opublikował instrukcję podążania za światłami7. Władze miejskie wprowadziły na ulice Poznania 100 dodatkowych „autodorożek”[2] marki Ford. Największe miasta w Polsce rozpoczęły dla pieszych i kierowców akcję „tygodni nauki” reguł bezpiecznego poruszania się po ulicach wśród spodziewanych na wystawie tłumów8.

Ten festiwal modernizacji, przebudowy, zgrozy nad zmianą i zachwytu nad nowoczesnością cieszył się przewidywanym powodzeniem. Hotele i pensjonaty w miesiącach trwania wystawy zakwaterowały prawie 60 tysięcy osób, a na wystawę kupiono ponad 4,5 miliona biletów. Stanisław Wachowiak notował z satysfakcją:

Miasto całe i Wystawa tonęły w powodzi sztandarów. Pociągi wyrzucały tłumy przyjezdnych, które nieprzerwanym łańcuchem płynęły z dworca. Autobusy, tramwaje przepełnione. Tylu samochodów, co dnia tego, jeszcze Poznań nie oglądał. W głównych ulicach miasta ruch był podobny do metropolii świata, Paryża. W teatrach i kinach zabrakło biletów, a w lokalach i restauracjach miejsc9.

Tym razem to nie Warszawa, ale Poznań był Paryżem Północy, a organizatorzy PWK mogli być z siebie dumni. Czasy były dobre nie tylko dla dużych miast organizujących wystawy krajowe. W latach 1926–1929 wyglądało na to, że Polska zaczyna ostatecznie podnosić się z powojennych zniszczeń i podejmuje bolesne próby zszycia w jedno trzech oddzielnych systemów ekonomiczno-społeczno-politycznych po 123 latach zaborów. Reforma walutowa rządu Grabskiego w 1924 roku doprowadziła do założenia Banku Polskiego (S.A., żeby uniezależnić go od państwa) i wprowadzenia jako waluty krajowej polskiego złotego, hamując w końcu hiperinflację wczesnych lat dwudziestych. Dogasała wojna celna z Niemcami, a ograniczenie ogromnego importu z Rzeszy skłoniło rodzimych przedsiębiorców do rozwijania czy wręcz zakładania nowych gałęzi przemysłu: elektrotechnicznej, radiotechnicznej, chemicznej. By uniezależnić się od Wolnego Miasta Gdańska, państwo polskie rozpoczęło monumentalne przedsięwzięcie – budowę portu morskiego w Gdyni. Równolegle budowano magistralę węglową łączącą Śląsk z Wybrzeżem, będącą wówczas największym projektem infrastrukturalnym w Europie. Potrzeba było rąk do pracy i łatwo było je znaleźć. W ciągu trzech lat produkcja przemysłowa wzrosła o 29 procent, wydobycie węgla o 30 procent, a produkcja stali o 75 procent10. To były tłuste lata polskiej gospodarki. PWK trwała, przed milionami odwiedzających potwierdzając, że „całokształt dorobku kulturalnego i gospodarczego pierwszego dziesięciolecia naszego odrodzonego bytu państwowego”11 przedstawia się naprawdę imponująco12.

Jednak nie samym zachwytem nad potęgą odrodzonego kraju człowiek żyje. Organizatorzy wystawy od samego początku zdawali sobie sprawę z tego faktu i trzeźwo stwierdzali, że „zwiedzająca publiczność przeważnie niewielką przywiązuje wagę do samej treści Wystawy, a raczej zwraca uwagę na jej formę zewnętrzną”13. Plany rozrywkowe były więc ambitne. Szybko uznano, że na nową – poznańską – Wieżę Eiffla (oryginalną wzniesiono z okazji wystawy światowej w Paryżu w 1889 roku) nie wystarczy pieniędzy, coś jednak zrobić należało. Zarząd PWK zamówił w paryskiej firmie inżynieryjnej zapierające dech w piersiach projekty. Pierwszym była wieża „zaopatrzona w kilkudziesięciu metrowej długości żelazne ramiona we formie dźwigu obracanego dookoła wieży jako swej osi”. Wieża ta (czy raczej diabelski młyn) przenosić miała odwiedzających wprost z Mostu Dworcowego na teren wystawy bez użycia schodów i windy. Drugi projekt zakładał kolejkę powietrzną. Trzeci – most zbudowany z ruchomych chodników „tak zwanych tapis roulant”, które łączyć miały Ogród Zoologiczny z ulicą Rektora Święcickiego. „Dla tych zaś, którzy baliby się korzystać z tego środka komunikacji, był przewidziany w jedną i drugą stronę zwyczajny chodnik pieszy na moście”. Projekty oceniono jako całkiem tanie, to znaczy w sumie na około milion złotych, ale ostatecznie uznano, że ten popis architektury komunikacyjnej się nie opłaci. Zarówno młyn-wieża, most, jak i ruchome chodniki musiałyby być rozmontowane tuż po zakończeniu ekspozycji, a zatem wydatek jest zbędny i nawet jak na rozbuchane ambicje organizatorów zbyt ekstrawagancki. Potem planowano miasteczko krytych basenów „na wzór takiej atrakcji istniejącej pod nazwą Wallenbad w Berlinie, w Lunaparku, polegającej na tem, że w zamkniętym basenie, którego dach przy ładnej pogodzie może być rozsuwany, woda w różnych głębokościach poruszana jest za pomocą maszyn w taki sposób, jak fale morskie przy brzegu”. Także i ten projekt zarzucono z obawy, że się nie zwróci, bo kto będzie chodził na ten morski basen zimą, po wystawie. To może planetarium? „I tej myśli zaniechano z powodu zbyt wysokich kosztów tej naukowej atrakcji”. Poza tym rozrywka na Powszechnej Wystawie Krajowej miała być adekwatna do rozmachu imprezy, a do tego głośna, kolorowa, migająca, „beztroska, wesoła i powodująca gromadzenie się tłumu”14.

Stanęło na wesołym miasteczku.

„Decernenci Zarządu i Dyrekcji” wyjechali za granicę, by podpatrzyć i zakupić wielkie maszyny potrzebne w każdym lunaparku (nazwę „wesołe miasteczko” wymyślono specjalnie na potrzeby PWK; weszła na stałe do języka polskiego). Dostarczyła je niemiecka firma Ruprecht. Po długich pertraktacjach, sporej dozie nerwów związanej z kosztami, transportem i terminami (betonowe alejki wokół atrakcji wylać można było dopiero po ustawieniu urządzeń, co nastąpiło ledwie tydzień przed otwarciem wystawy), wesołe miasteczko stanęło na ponad 30 tysiącach metrów kwadratowych, między ulicą Wyspiańskiego i Aleją Okrężną. Jego pełna nazwa brzmiała „Wesołe Miasteczko pod Panem Twardowskim”. Wejście do pobliskiego pawilonu zdobiła rzeźba autorstwa Franciszka Kalfasa przedstawiająca patrona obiektu siedzącego na (pół)księżycu i spoglądającego na zwiedzających. Miasteczko mieściło się tuż za terenem przeznaczonym na wystawę rolniczą.

Gościom, przytłoczonym całodzienną wędrówką po wspaniałych pawilonach pełnych eksponatów, wystarczyło jedynie przejść przez most łączący Park Wilsona i tereny przeznaczone na wystawę rolniczą. „Tuż za nim nastrój zmienia się gruntownie – donosiła prasa. – Tam z tyłu została surowość, powaga wielkości, cisza wielkich wnętrz. Tu inaczej: hałas, krzyki, rozmaitość. Parówki, słodycze wschodnie, pamiątki wystawowe. […] Ze wszystkich stron otacza nas zgiełk beztroskiej zabawy. Co chwila słychać ryk lecącej w przepaść kolejki górskiej i pisk jadących nią niewiast, widać wznoszący się w górę słup wody, rozpryśniętej wpadającym w nią wózkiem; trzeszczy puszczone w ruch koło szczęścia, a w kole czekają na szczęśliwca butelki, słodycze i szczyt marzeń wszystkich: duży pluszowy niedźwiadek”15.

Hałas i krzyki były zapewnione rzeczywiście przez rozmaitość rozrywek, wszystkich, według zapewnień organizatorów, godnych wystawy polskiego triumfu gospodarczego. Największych i najsolidniejszych, jakie można było dostać w zachodniej Europie. „Już sam widok kolejki co chwilę skręcającej, wznoszącej się, to znów spadającej na łeb na szyję przejmował grozą i zapierał dech w piersiach. A co dopiero przeżywać na własnej skórze to dzikie szaleństwo”16 – wspominał jakiś szczęśliwiec. Jedni jeździli kolejką górską Himalaya, największą drewnianą kolejką o torze długości dwóch kilometrów, której konstrukcja i montaż kosztowały PWK ponad 100 tysięcy złotych17. Drudzy zachwycali się „kolejką wodną”, gdzie z góry do wody spadały łódki, obryzgując wszystkich wodą, szaleli na „elektrodromie”, czyli arenie do wjeżdżania na siebie w obitych gumą i „kierowanych przez publiczność siłą elektryczną wózkach”. Kolejki ustawiały się do „toru samochodowego” albo „dzikiego osieła”, samochodu z przymocowaną głową zwierzęcia, który miał koła zamontowane na ruchomych osiach, przez co mógł „dokonywać różnych pociesznych ewolucji z pasażerami”. Dalej do wyboru był „wodospad Niagara” (coś w rodzaju zapadni-niespodzianki), „shimmy schody”, czyli schody ruchome wzwyż, z których zjeżdżało się następnie z dużą prędkością w sankach, „beczka śmiechu” i „koło diabelskie” cieszące się, ku zaskoczeniu organizatorów, ogromną popularnością. Ten stateczny w porównaniu z licznymi kolejkami, zapadniami i elektrodromami zabytek lunaparkowej klasyki gromadził ogromne tłumy, a to dzięki „grupie wyrostków, którzy nabrawszy wielkiego doświadczenia w korzystaniu z tej atrakcji, dużo w nią życia wprowadzali”18, zapewne w sposób niekoniecznie zgodny z przepisami. „Wodospad Niagara” podobał się zwłaszcza mężczyznom obserwującym wspinające się na niego kobiety, ponieważ, jak donosił „Dziennik Poznański”, „paniusie i panieneczki, z garderobą wielokroć mocno nie w porządku, wytrwale i uparcie windują się na górę po schodach, które złośliwie idą w przód, to znów się cofają. Ile sińców, ile upadków, ile puszczonych oczek w bembergach[3]… któż policzy!”19. Krzyki, salwy śmiechu i „wywoływanie wesołości poprzez nieumiejętne korzystanie”20 generowały także liczne inne karuzele, kołowrotki, wyrzutnie i huśtawki.

Karuzela w wesołym miasteczku położonym przy wejściu na teren Powszechnej Wystawy Krajowej od strony ul. Wyspiańskiego w Poznaniu, 1929 r.

Pocztówka ze zbiorów Tadeusza Bonieckiego, Wirtualne Archiwum Historii Poznania, cyryl.poznan.pl

Zwiedzający pragnący spokojniejszych wrażeń mogli obejrzeć „podróż przez Alpy” wyświetlaną za pomocą aparatu kinematograficznego, teatr pcheł, teatr iluzji, a także „popisy głodomora”, zagrać w karty, kości, rzucać i strzelać do celu. Na zgłodniałych czekały lody, owoce, słodycze, pawilon z ciastkami i mała restauracja. Wesołe miasteczko na Powszechnej Wystawie Krajowej szło spać późno i na krótko. Cały teren był bogato oświetlony „girlandami z lampek elektrycznych” sponsorowanymi przez Zarząd Wystawy, a do tej feerii świateł dołączały „rzęsiście oświetlone przez przedsiębiorców” atrakcje. Rzęsiste oświetlenie było faktycznie niezbędne. Podczas gdy teren wystawy zamykano o siódmej wieczorem, wesołe miasteczko działało do czwartej nad ranem, a „w razie potrzeby godzina ta mogła być przedłużona”21.

Jednak także i w tym przybytku śmiechu i zabawy gościom nie pozwalano zapomnieć, że są na wystawie ukazującej dynamiczny rozwój technologiczny i nowoczesność niepodległej Polski. „Aparaty radiowe znajdą się tu niemal na każdym kroku i za naciśnięciem odpowiedniego guzika każdy może słuchać tej czy innej stacji – pisał z zachwytem »Kurier Poznański« – wieczorem zajaśnieją różnorodne efektowne sztuczne ognie przy dźwiękach trzech orkiestr, a pierwszorzędne dancingi staną otworem dla publiczności: będzie to swego rodzaju osobliwość konstrukcyjna o kopule całej ze szkła […], wśród tego mrowia ludzkiego uwijać się będą z publicznością małe tramwalki bez szyn”22.

Zwłaszcza sztuczne ognie stanowiły atrakcję nie do pobicia. W ciągu czterech miesięcy trwania wystawy zorganizowano sześć wielkich i siedem małych pokazów fajerwerków, ku rosnącej uciesze gawiedzi. W dni pokazów osiem kas nie było w stanie obsłużyć wszystkich chętnych; tworzyły się godzinne kolejki. Żądza rozrywki była tak wielka, że rozochocony tłum w najgorętszych chwilach tratował bramki i wdzierał się na teren bez biletów. Jednorazowa frekwencja dochodziła do 18 tysięcy osób. A pokazy nie rozczarowywały. Na przykład w sierpniowym wielkim programie sztucznych ogni na cześć Międzypaństwowego Kongresu Izb Przemysłowo-Handlowych zachwyceni zwiedzający podziwiać mogli „symboliczne obrazy z sztucznych ogni: po lewej stronie symbol przemysłu, po prawej symbol handlu, pośrodku Orzeł polski, a nad tem wszystkiem napis: Cześć przemysłowi i handlowi”23.

W ciągu dnia i w późnych godzinach nocnych miasteczko oferowało też inne rozrywki. Mikołaj Skiba, autor broszury Trucicielstwo na Powszechnej Wystawie Krajowej w Poznaniu, donosił z wściekłością, że sprzedaż alkoholu na PWK jest nieregulowana i powszechna. Następnie opisywał typowy podobno obrazek w wesołym miasteczku: pijani mężczyźni, idący pod rękę przez tłum, potrącający przechodniów, zataczający się w barach i przed dansingami. Obecna na miejscu policja wzdragała się przed aresztowaniem albo wyprowadzeniem odurzonych na zewnątrz, nie chcąc powodować skandalu „ze względu na zagranicę”[4].

Oszołomiony alkoholem, światłami, radiem i elektrycznymi karuzelami tłum korzystał również z rozrywek dla dorosłych. Szczególnym powodzeniem cieszyła się w wesołym miasteczku wystawa zatytułowana Najpiękniejsze kobiety świata. „Atrakcja ta polegała na tem, że w dwóch ubikacjach, wyglądających jak klatki, lecz urządzonych na pokój sypialniany, oddzielonych od publiczności sznurkową siatką i zakrytych zasłoną – przebywały dwie damy w negliżu, które przez podniesienie zasłony ukazywały się oczom publiczności”24 – precyzowała kronika wystawy. Ten peep show, w którym oglądać można było półnagie kobiety, działał dodatkowo na zasadzie gry zręcznościowej, ponieważ zasłonka podnosiła się, gdy zwiedzający trafiał do celu drewnianą kulą. Zamiast pluszowego zwierzęcia dostawał „damę w negliżu”. „Atrakcja ta wywoływała duże zgorszenie w świecie kobiecym – komentował z dużą pewnością Stanisław Wachowiak – jakkolwiek sama przez się nie była niemoralną”25. „Kurier Poznański” miał wątpliwości.

Podniosła się kurtyna i ukazała nam damę siedzącą w stroju niedbałem w… klatce. W klatce stało i łóżko. Dama miała minę obojętną, łóżko cyniczną. W sąsiedniej klatce siedziała podobna dama – relacjonował reporter z wesołego miasteczka. – Dalibóg, czuję się zażenowany. Jak można sadzać kobietę w klatce, jak orangutana? Jej za to płacą. […] Zapewne, czy jednak nie sądzi pan, że obraża to godność ludzką w człowieku. Nie można z człowieka robić mechanicznej zabawki26.

Panny w klatce nie były jedynymi kobietami zapewniającymi rozrywkę w wesołym miasteczku. „Gotowe już do fotografii Janki, Cesie, Reny, Miry, Wandzie i Brysie w pasiastych spódnicach, kwiecistych zapaskach i wyszywanych gorsecikach brzęczą koralami i paciorkami”27 – donosił „Kurier Poznański”. Wzorem wystawy paryskiej w 1900 roku po miasteczku krążyło bowiem 50 „panienek inteligentnych do sprzedaży kwiatów”, zwanych „armią kwiatową”. Dziewczęta rekrutowano z ogłoszenia, a ich rolą było zapewnianie miłych widoków i miłej atmosfery gościom. „Panienki trzeba uczyć wielu rzeczy – kontynuowano w artykule – zgrabnych ruchów, uprzejmości i stosownego zachowania się wobec osób zwiedzających wystawę. Potrzebny jest umiar i wdzięk. […] Bez zbytniej zalotności, ale wdzięcznie, słonecznie”[5]. Dziewczęta przechadzały się po wesołym miasteczku w strojach ludowych, spotkać więc można było Łowiczanki, Krakowianki, góralki i tak dalej. Co więcej, „dla lepszej orientacji”28 miały przyczepione u pasa baloniki na długich sznurach, unoszące się nad tłumem i wskazujące miejsce przebywania panienki z „armii kwiatowej”. Wieczorami panny zmieniały stroje ludowe na „arlekinowe”, reprezentujące „różne fantastyczne postacie w rodzaju nimf, faunów, satyrów itd., co przy zastosowaniu odpowiednich efektów świetlnych” miało wywierać „niewątpliwie niemałe wrażenie”29.

Ostatni goście opuścili rozświetlone alejki wesołego miasteczka 30 września 1929 roku. Zwinięto kolejkę górską i wodospad Niagara, ten powodujący u panienek i paniuś „garderobę mocno nie w porządku”. Zamilkł mechaniczny osioł, zatrzymała się beczka śmiechu. Skończyły się pokazy sztucznych ogni, na które organizatorzy wystawy wydali w sumie ponad 85 tysięcy złotych. Nikt nie przechodził już pod bacznie spoglądającym panem Twardowskim, by kupić lody i spróbować trafić drewnianą kulką w przycisk, który podnosił zasłonkę okrywającą panny w klatce. „Armia kwiatowa” zdjęła stroje nimf i arlekinów, odpięła baloniki z helem i wróciła do domu.

Dwadzieścia cztery dni po zamknięciu wystawy, w „czarny czwartek” 24 października 1929 roku gwałtownie załamała się nowojorska giełda. Gorączka spekulacyjna, skutkująca szaleńczym kilkuletnim wzrostem cen akcji przedsiębiorstw i powstaniem dźwigni spekulacyjnej, gdy akcje kupowano bardzo chętnie, ale głównie na kredyt, rozłożyła w końcu na łopatki amerykańską gospodarkę. Windowane do absurdalnych wysokości ceny akcji w jednym dniu straciły 11 procent, a do 1932 roku indeks Dow Jones spadł o 90 procent. Jeszcze w 1929 kryzys, nazywany wówczas kryzysem wszechświatowym, przywędrował na rynki europejskie uzależnione od kapitału amerykańskiego. Zawitał także do Polski, nie omijając Poznania.

Jednak o tym później. Tymczasem powróćmy na wystawę.

Lata degrengolady

Główne wejście na PWK robiło wrażenie. Po opuszczeniu nowiutkiego Dworca Zachodniego i przekroczeniu ulicy zwiedzający wchodzili na teren wystawy pomiędzy dwoma wysokimi białymi pylonami z powiewającymi flagami Polski i Poznania. Po drugiej stronie reprezentacyjnego placu z fontanną, zwanego Placem św. Marka, widać było Wieżę Górnośląską, monumentalną, wysoką na 20 pięter ciemną budowlę zakończoną kopułą wyglądającą jak obserwatorium astronomiczne. W wieży prezentowano narzędzia precyzyjne i najnowsze cuda techniki: samochody, łodzie motorowe, motopompy. Krótki spacer wzdłuż Pawilonu Przemysłu Ciężkiego prowadził do Pawilonu numer 15, gdzie promowano przemysł konfekcyjny i skórzany.

Brama wejściowa na Powszechną Wystawę Krajową w Poznaniu, 1929 r.

Narodowe Archiwum Cyfrowe, Zespół Koncern Ilustrowany Kurier Codzienny – Archiwum Ilustracji

To tam obejrzeć można było wyroby firmy Bracia Pfeiffer, w 1929 roku pod zarządem przedstawiciela szóstego pokolenia rodziny Józefa Pfeiffera. Pierwszy rodzinny warsztat garbarski powstał w 1727 roku, założony w Warszawie na Lesznie przez przybysza z Wirtembergii Waltera Pfeiffera. Nowoczesny zakład wybudowano w 1870 roku przy ulicy Smoczej, a obok stanął dom Pfeifferów. Zarząd sprawował wówczas Stanisław Leopold Pfeiffer, ojciec Józefa. Na przełomie wieków XIX i XX doszło do fuzji trzech garbarni, czyli firm Pfeifferów, Temlerów i Szlenkierów. „Wyrosła fabryka olbrzymia, operująca potężnymi środkami, która mogła w ten sposób o wiele łatwiej podołać tym wszystkim zadaniom, jakie narzucał jej duch czasu i nowoczesne traktowanie przemysłu garbarskiego”30 – relacjonował w 1909 roku tygodnik „Świat”. Zakład „Bracia Pfeiffer, Szlenkier i Temler” (pod faktycznym zarządem Pfeifferów) stał się tym samym największym przedsiębiorstwem garbarskim na ziemiach polskich i status ten utrzymał aż do okresu międzywojennego. „W fabryce pracuje 480 robotników, obrót roczny wynosi 4 200 000 rubli. Pracują maszyny parowe o sile 400 koni. Warsztaty wyrabiają 150 000 skór podeszwianych wszelkiego rodzaju na Królestwo i Rosyę – oprócz skór także saki chromowe i juchty”31 – zachwycał się dalej reporter. Dodawał też, że cała fabryka jest elektrycznie oświetlona i skanalizowana, a robotnicy mają kasę chorych, kasę emerytalną i ochronkę dla dzieci. Okres bezwzględnej prosperity trwał aż do 1919 roku, następnie produkcja zaczęła nieco spadać. Mimo to latem 1929 roku wszystko wyglądało stabilnie.

Józef Pfeiffer od dziecka funkcjonował w kręgach najbardziej prominentnych rodzin warszawskich przedsiębiorców. Jego matka i babka pochodziły z wpływowych, wspomnianych już, Temlerów, jego żona Maria z dynastii wydawców Gebethnerów, spokrewnionych z kolei z rodziną Herse, założycielami imperium modowego. Józef wychował się w ewangelickim etosie ciężkiej pracy, dla osłody podlewanym hojnie luksusem dostępnym dzieciom bogatych fabrykantów. Ojciec zadbał, by syn uzyskał stosowne wykształcenie w znanej warszawskiej szkole handlowej Rontalera, gdzie sumiennie przygotowywał się do przejęcia wraz z braćmi rodzinnej fabryki, a w przyszłości rozbudowywania rodzinnej marki. Jednocześnie Stanisław Pfeiffer dbał o komfort swoich dzieci – do oddalonej o kilka kwartałów szkoły odwoził chłopców powóz wywołujący wśród innych uczniów taką sensację, że do domu Pfeifferów zawitał sam dyrektor Edward Rontaler, prosząc o większą dyskrecję. Pfeiffer senior zarządził zatem, by powóz zatrzymywał się tuż za rogiem, a nie pod szkolną bramą32.

Korzystne małżeństwo Józefa z Marią, zawarte w 1911 roku, przyniosło rodzinie Pfeifferów kolejne użyteczne koneksje, tym razem w świecie księgarskim. Państwo młodzi zamieszkali w luksusowym apartamencie na czwartym piętrze kamienicy Gebethnerów, przy ulicy Zgoda. Zaprojektowano je zgodnie z najnowszą modą, wyposażono w meble luksusowej firmy Orthwein. Maria ubierała się u Bogusława Hersego, jak każda licząca się wówczas w towarzystwie dama. Tyle że nie każda dama była wnuczką założyciela domu mody.

Dom Mody Bogusław Herse był w międzywojniu synonimem luksusu. Działalność rozpoczął w 1868 roku od skromnego magazynu przy ulicy Senatorskiej. Po śmierci Bogusława Macieja stery w firmie przejął jego brat Adam, a następnie syn założyciela Bogusław Władysław. Od 1899 roku dom mody zajmował trzypiętrową kamienicę przy ulicy Marszałkowskiej 150, a swój asortyment kierował do klientek o najgrubszych portfelach[6]. Przy wejściu kupujących witał portier, jak w hotelu. Na parterze mieścił się skład futer i okryć wierzchnich sprowadzanych z Paryża. Na pierwszym piętrze, na które prowadziły marmurowe schody oświetlone lampami elektrycznymi w kształcie naturalnej wielkości posągów nimf trzymających świetlne kule, znajdowało się atelier, gdzie krawcy i krawcowe mierzyli, dopasowywali i poprawiali zamówione ubrania. Na trzecim piętrze mieściła się pracownia zatrudniająca na przełomie wieków 350 osób szyjących suknie, okrycia wierzchnie i dodatki na zamówienie klientek33.

Warszawscy projektanci wzorowali się na tych najmodniejszych – z Paryża, Londynu i Nowego Jorku. Jadwiga Waydel Dmochowska pisze we wspomnieniach, że „to więcej niż znana firma warszawska, to specyficznie warszawska instytucja. Równocześnie salon mód wysokiej klasy, to, co się w Paryżu nazywa haute couture, i wielki magazyn, niepodobny jednak ani do wielkich magazynów paryskich »Galeries Lafayette«, »Au Printemps« czy nawet »Aux Trois-Quartiers« – ani do berlińskiego Wertheima ani do londyńskiego Harrodsa”34. Herse prowadził liczne efektowne kampanie reklamowe, zatrudniając w tym celu znane aktorki, celebrytki i miss Polonie. Do stałych klientek spoza Warszawy rozsyłano katalogi z możliwością zamówienia najnowszych modeli, a w stolicy organizowano wzbudzające sensację pokazy mody, na których stawiała się śmietanka towarzyska epoki. Jeszcze w 1930 roku magazyn „Teatr i Życie Wytworne” tak opisywał te pokazy:

Jesienna rewja u Hersego cieszy się powodzeniem, którego mogą pozazdrościć kierownicy teatrów najbardziej wziętych. Zaproszenia, rozdawane oględnie i oszczędnie, nieraz bywały już przyczyną krwawego rozdźwięku między najserdeczniejszymi przyjaciółkami, ba, nawet siostrami. […] Strojny, pachnący perfumami Chanel Quatre i Herse tłum szczęśliwych wybranek wyczekuje gorączkowo. Pierwsze sylwetki smukłych, żywych manekinów, ukazujące się na tle improwizowanej sceny – wita westchnienie ulgi. Nareszcie coś pewnego, wiadomego, określonego… Z mgławicy chaosu, luźnych domysłów, niedosłyszanych ech, niesprawdzonych wersji wyłania się konkretna, w postaci ślicznych dziewcząt zaklęta – wieść o nowej modzie35.

Dom Mody Bogusław Herse także wystawiał się na PWK, w sektorze C. W osobnym pawilonie, w którym – jak informował program wystawy – prowadzono „pokaz najnowszych pomysłów tej firmy w dziedzinie mody, na żywych modelach”36. Zaprojektowany na planie prostokąta z zaokrąglonymi brzegami pawilon miał całkowicie przeszklony parter, gdzie modelki, widoczne doskonale także z zewnątrz, prezentowały stroje. Ze środka pawilonu wyrastała przeszklona wieża, na jej boku zaś jaśniał napis „Bogusław Herse”. Budynek autorstwa Bohdana Pniewskiego był rzęsiście oświetlony także w nocy i wzbudzał taką sensację, że znalazł się między innymi na okładce „Tygodnika Ilustrowanego” z podpisem: „Pawilon Pięknej Pani znanej firmy Bogusław Herse wysuwa się na pierwszy plan zarówno swą oryginalną i estetyczną konstrukcją, jak i pięknemi eksponatami”37. Dla większości zwiedzających była to jedyna szansa przyjrzenia się z bliska wytworom rodzimego domu mody, i to nie tylko dlatego, że nie po drodze było im na Marszałkowską 150 w Warszawie. Według katalogu Hersego na sezon 1930–1931 płaszcz z szewronu w kolorze szarogranatowym, do połowy na podszewce jedwabnej, kosztował 225 złotych, kostium wiosenny z kamgarnów także 225, suknia jedwabna od 135 do 190 złotych, a bluzka żorżetowa 49,50. Za męskie palto trzeba było zapłacić 250 złotych, za garnitur męski 37538. Średnia miesięczna pensja pracownika umysłowego wynosiła w tymże sezonie 280 złotych w przypadku mężczyzny i 170 złotych w przypadku kobiety39.

Zaporowe ceny luksusowych towarów oferowanych przez Dom Mody Bogusław Herse kłuły w oczy jeszcze bardziej po nastaniu wielkiego kryzysu. Już w 1930 roku czasopismo „Teatr i Życie Wytworne” opublikowało wywiad z Bogusławem Władysławem, który tłumaczył się z „rewolucyjnej decyzji”[7] wprowadzenia kolekcji tańszych strojów wbrew dotychczasowej linii marketingowej marki. Wyjaśniał czytelniczkom:

…musimy wziąć pod uwagę ówczesne koniunktury gospodarcze i potrzeby kulturalne szerokiego ogółu, zapragnęliśmy więc uprzystępnić jak najszerszym warstwom dobry krój i solidny materiał. Dać sferom pracującym towar tani, któryby w najlżejszej mierze nie trącił tandetą. Ogólny spadek surowców na rynku wszechświatowym ułatwił nam, do pewnego stopnia, zadanie40.

Zapewniał przy okazji, że „najskromniejsza sukienka od nas musi mieć owe niedające się naśladować cachet, jakie nadaje krój pierwszorzędny”41. Jednak obniżenie cen nie wystarczyło. Pożary w 1926, 1930 i 1933 roku poważnie naruszyły konstrukcję wyższych pięter kamienicy przy Marszałkowskiej i bezpowrotnie zniszczyły warte setki tysięcy złotych zmagazynowane stroje, futra i dodatki. Rosnące długi rodzina Herse próbowała spłacać, wynajmując kolejne pomieszczenia w kamienicy mniejszym firmom. Kryzys przedsiębiorstwa pogłębiały strajki personelu domagającego się wyższych płac. W 1932 roku Bogusław Władysław Herse wystąpił o wyznaczenie dla domu mody nadzoru sądowego. Procedura upadłościowa zakończyła się w 1936 roku, a kamienicę sprzedano Funduszowi Ubezpieczeń Emerytalnych Pracowników Umysłowych za 1,7 miliona złotych42.

To jednak miało nastąpić dopiero za chwilę.

W 1929 roku rodzina Herse przyjaźniła się z Pfeifferami: Maria nosiła stroje projektowane w firmie Bogusława, Józef komentował warte kilkumiesięczną pensję kreacje żony w pamiętniku: „W ogóle nie znałem się na garderobie damskiej, ale lubiłem, gdy Marylka była dobrze ubrana”43