Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Sofija Regenhoffer dorasta na Małej Stranie w Pradze. Wydaje się, że wiedzie szczęśliwe życie w otoczeniu kochającej rodziny, ale w pozornie spokojnym świecie pojawiają się pęknięcia – rodzinne konflikty, zazdrość i przykre tajemnice.
Kiedy w wieku czternastu lat zostaje odesłana do klasztoru, nagle traci grunt pod nogami. Życie w zakonie stawia przed nią trudne wyzwania i dziewczyna zastanawia się, czy zdoła im sprostać.
Jakiś czas później w kościele pojawia się młody ksiądz, a jego obecność sprawia, że serce Sofiji zaczyna bić mocniej. Chociaż uczucie, które rodzi się między nimi, wydaje się piękne i kuszące, to przede wszystkim jest zakazane. Cieniem nad tym wszystkim unosi się mroczna obecność demona, który nieustannie nawiedza dziewczynę, szepcząc o sekretach z przeszłości i wzbudzając strach przed przyszłością.
Czy Sofija zdoła odkryć prawdziwe znaczenie tych wizji i co oznacza obecność złych mocy w klasztorze?
W tej pełnej napięcia i tajemnic powieści znajdziesz nie tylko fascynującą historię o miłości i wyborach, ale także o walce dobra ze złem, sile wiary i nieuchronności przeznaczenia, a jej zakończenie na długo pozostanie w Twojej pamięci.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 297
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla wrażliwych.Dla dobrych.Dla tych, którzy nie mają serc z kamienia.
W Pradze stoi budowla, będąca dawnym klasztorem, która od lat budzi dreszcz emocji wśród mieszkańców. Z tym miejscem związana jest legenda o nocnych odgłosach, które rozdzierają ciszę… Co kryje się za tymi dźwiękami? Opowieści nie dają się tak łatwo uciszyć. Co tak naprawdę dzieje się tam po zmroku? I czy to, co słyszymy, to tylko wyjący wiatr i trzeszcząc stare drewno? Odpowiedzi czekają, by zostać odkryte.
Część 1
Zwiastun
Rozdział 1
Obraz nieszczęśliwej miłości
Rodzina baronostwa Regenhoffer miała rezydencję na Małej Stranie w Pradze. Pochodzili z tak zwanej nowej szlachty. Ojciec, Antonín, był człowiekiem porywczym, o artystycznej duszy. Spełniał się jako malarz, co często prowadziło w domu do scen dantejskich. Matka Tereza, kobieta piękna, o oczach, w których dało się dostrzec melancholijną głębię, była zazdrosna o każdy jego krok i podejrzliwa. Kochała go miłością szaleńczą, zaborczą, nie widząc świata poza nim. On również ją kochał, jednak podchodził do życia bardziej swobodnie, a każda próba zawłaszczenia go budziła w nim wstręt, czego nie ukrywał i wyraźnie dawał odczuć. Jakkolwiek by jednak nie było, ta dwójka doskonale się uzupełniała i krążyła wokół siebie niczym dwie planety w jednym układzie. Czasem jednak dochodziło do scen drastycznych i nieprzewidywalnych. Jednak po każdej awanturze uzmysławiali sobie, że nie mogą bez siebie żyć. Ona wymuszała na nim zapewnienia o miłości, on zapewniał ją o gorącym uczuciu, choć w takich momentach powiedziałby cokolwiek, byleby tylko zapanował spokój.
Z tego związku narodziła się w roku 1700 ich jedyna córka, Sofija. Mała stała się oczkiem w głowie rodziców, ale tylko do momentu, gdy Tereza uświadomiła sobie, że córka zaczyna ją wypierać z należnego jej miejsca i zajmuje w sercu ojca coraz większą przestrzeń. Antonín rzeczywiście kochał córkę bardzo, czemu dawał wyraz w swojej sztuce, ponieważ często uwieczniał ją na obrazach. Mała stała się jego muzą, a że dla ojca zrobiłaby wszystko, cierpliwie siadywała w wyznaczonych przez niego pozach i zgadzała się, by ją malował.
– Po cóż ciągle malujesz to dziecko? – pytała matka, patrząc na nich przymrużonymi oczami. Nie podobało jej się to wcale. – Wyrośnie z niej próżna istota, tego chcesz?
– Daj spokój. Przecież to sztuka! Dziecko powinno się uczyć i wyrabiać w sobie artystyczny smak od najwcześniejszych lat.
Matka skrzywiła się z niezadowoleniem.
– Na to jest jeszcze za młoda! Poprzewraca jej się w głowie!
Antonín podszedł i przyciągnął ją do siebie, ściskając jej pośladek, ale tak, by córka tego nie zauważyła. Pisnęła, ponieważ cały był umazany farbami, a on szepnął jej do ucha:
– Przestań przed dzieckiem robić sceny. Przecież wiesz, że ty zajmujesz u mnie pierwsze miejsce. Nie musisz być zazdrosna.
– Nie jestem. Ale uważam, że za dużo czasu spędzacie razem. Nudzę się wtedy okropnie!
– Postaram ci się to wynagrodzić – mruknął chrapliwym głosem i pocałował ją w usta.
– Wczoraj też obiecywałeś, a potem zasnąłeś, zanim głową dotknąłeś poduszki!
– Byłem zmęczony.
– To w ostatnich czasach żadna nowość!
– Pracuję, a to kosztuje mnie wiele wysiłku.
– Który mógłbyś spożytkować zupełnie inaczej!
– Na ciebie?
– Na przykład.
– Dziś w nocy – mruknął znowu, a ona odeszła zadowolona, rzucając tylko pobieżne spojrzenie na córkę.
Antonín powrócił do malowania i od razu zapomniał o żonie. Wieczorem, kiedy się ściemniło, uznał, że najlepszym sposobem na odreagowanie będzie wizyta w ulubionej gospodzie, gdzie zbierała się grupa zaprzyjaźnionych artystów.
Zapominając o żonie, opuścił dom i wrócił dopiero późną nocą, zupełnie pijany, zataczając się tak, że narobił hałasu i wybudził małżonkę ze snu.
– Czekałam na ciebie! – zawołała, kiedy go zobaczyła.
– To bardzo miłe z twojej strony – odpowiedział.
– Jesteś okropny! Wolałeś się upijać, zamiast spędzić ze mną czas w domu! Co się z tobą dzieje?
– Jestem mężczyzną! O co ci chodzi? Chcesz mnie przykuć do ściany? Zrobić ze mnie niewolnika?
– Och, przestań mnie dręczyć!
– To ty mnie dręczysz! Kontrolujesz mnie… nie pozwalasz oddychać… dusisz…
– Jeżeli moją miłość nazywasz duszeniem, to znaczy, że nie wiesz, co mówisz. Pomieszało ci się w głowie od tych obrazów!
Spojrzał na nią i uśmiechnął się lekko. Wyglądał bosko, kiedy tak na nią spoglądał, i choć był pijany, to przecież jego siła i to, jak nad nią górował, sprawiały, że miękła pod jego wzrokiem.
– Ty mi pomieszałaś w głowie – powiedział i próbował pogładzić ją po policzku, ale strząsnęła mężowską rękę.
– Śmierdzisz alkoholem!
– Nie bądź znowu taka delikatna!
– Właśnie, że jestem, lecz ty wolisz tego nie zauważać! Z kim się zadawałeś tej nocy?
Zaczął się śmiać.
– Nie ma żadnej innej. Jesteś tylko ty.
– Gdybym tak mogła ci wierzyć!
– Twój błąd… to właśnie twój błąd, że mi nie wierzysz…
– Gdybyś się inaczej zachowywał, może bym ufała. Ale szlajasz się po nocach i zostawiasz mnie samą. Dzień spędzasz tylko z Sofiją. A noce z tymi wszystkimi… przyjaciółmi! – Niemalże wypluła to słowo. – Ja się nie liczę!
– Och, nie dramatyzuj…
– Jesteś podły!
Złapał ją i przyciągnął do siebie. Z początku się opierała, ale przytrzymywał ją tak mocno, że nie była zdolna wyrwać się z jego objęć.
– Chodź do łóżka – powiedział, obsypując żonę pocałunkami i próbując również błądzić rękami po jej ciepłym ciele.
– Zostaw mnie w spokoju! – wołała, ale siła jej woli słabła.
– Przecież wiesz, że cię kocham – mamrotał, całując ją, a potem osunęli się na łóżko, z którego przed chwilą wstała.
– Zostaw… – jęknęła, ale to już były tylko pozory z jej strony. Cała złość na niego nagle jej minęła. Protestowała, by ją przekonywał, by czuła, że jej pragnie, żeby chociaż w ten sposób mieć go tylko dla siebie.
– Przestań się droczyć – mówił, a ona ulegała coraz bardziej.
– Jesteś podły!
– Ale cię kocham!
– Tak tylko mówisz…
– Nie, zaraz ci pokażę…
Potem wszystko przebiegło szybko i po chwili Antonín już spał. Tereza leżała z otwartymi oczami i czuła się szczęśliwa, że mąż właśnie ją wziął i miała go tylko dla siebie. Co prawda nie rozumiała, dlaczego ciągle musi bywać w tym potwornym miejscu i upijać się, podczas gdy ona czekała na niego w domu, ale czy ktoś zrozumie mężczyzn? Najważniejsze, że teraz był z nią. Miała też pewność, że nie zadawał się z inną kobietą, ponieważ nie wyczuła żadnych perfum. A gdyby jednak spędził wieczór z kimś innym, czy miałby nadal siłę i ochotę na nocne igraszki? Chciała być dla niego tą jedną jedyną i obiecywała sobie solennie, że jeśli kiedyś przyłapie go na zdradzie, to zabije jego albo siebie.
Rankiem jakby o wszystkim zapomnieli. Ona mu wybaczyła, on nawet nie pamiętał, że spędził upojną noc z żoną i od razu po śniadaniu zabrał się za malowanie.
Jego obrazy od wielu lat sprzedawały się bardzo dobrze i Antonín zarobił majątek, który pozwolił im na bardzo wystawną egzystencję. Choć oboje pochodzili z mieszczańskich rodzin, wielkie pieniądze, jakie odziedziczyli, stały się dla nich przepustką do arystokratycznego świata, którym, prawdę mówiąc, zbytnio się nie interesowali. W ich domu jeszcze parę lat temu organizowano huczne imprezy, a do dziś spotykali się artyści i bohema Pragi, która demonstracyjnie okazywała pogardę dla mieszczaństwa oraz ogólnie przyjętych norm, niemniej jeszcze chętniej korzystała z majątku państwa Regenhoffer, tocząc akademickie dyskusje suto zakrapiane absyntem.
Oprócz artystów w ich domu można było też często spotkać bankierów, architektów, literatów oraz dandysów, którzy już wtedy dbali o swój wygląd i wyróżniali się z towarzystwa zachowaniem. Kiedy jednak Sofija przyszła na świat, Tereza nagle straciła zainteresowanie takimi imprezami. Posiadłość na Małej Stranie stopniowo cichła, aż wreszcie towarzystwo przeniosło się do innych bogatych domów albo też starych tawern i gospód, gdzie alkohol lał się strumieniem, a tolerowano każdego w jego inności i wyróżniającego się z tłumu.
Im bardziej ktoś wydawał się zdziwaczały, tym więcej środowisko się nim interesowało. Dopuszczalne były skandale i godne pożałowania zachowania, a im więcej dziwactw przypisywano danemu osobnikowi, tym chętniej goszczono go i hołubiono.
Mała wyrastała w ciszy i spokoju, jednak od czasu do czasu między rodzicami dochodziło do głośnych scen, a wtedy w jej świecie pojawiały się ciemne chmury. Nie rozumiała, co się dzieje i dlaczego dwie tak bliskie jej osoby walczą, zdawało się, ze sobą.
Sofija nie należała do płaczliwych dzieci, więc jedynie bacznie obserwowała. Interesowało ją wszystko dookoła, jednak ojca stawiała zawsze na pierwszym miejscu.
Bywały noce, kiedy ze snu wyrywały ją podniesione głosy rodziców. Wybiegła wtedy z pokoju, bo ogarniało ją przerażenie i nie chciała zostawać sama.
Widziała matkę rzucającą w ojca wazonami i tym, co wpadło jej w ręce. Płakała i wyzywała ojca epitetami, których wtedy nie rozumiała.
– Żałuję dnia, w którym cię poznałam! – krzyczała matka. – Jesteś zwykłym szubrawcem i nieokrzesaną… małpą!
Ojciec śmiał się i próbował unikać uderzeń, jednak raz mu się nie udało i miska rozbiła jego czoło.
– Przysięgam, że jutro namaluję cię w takiej właśnie wersji. Wyglądasz jak Gorgona – powiedział, ocierając ranę ręką i rozmazując krew.
Matka przerażona od razu pobiegła do niego i zaczęła go całować.
– Przepraszam, przecież wiesz, że nie chciałam. Ale nie powinieneś mnie denerwować, dobrze wiesz, jak źle to znoszę! – wołała.
Ojciec zatoczył się nagle i usiadł na krześle, a krew coraz silniejszym strumieniem spływała mu po twarzy. Mała Sofija patrzyła na to, lecz nie reagowała. Była zdziwiona i nie rozumiała, jednakże uznała, że takie zachowanie należało do świata dorosłych, więc przyjmowała to za coś właściwego. Serce jednak biło jej mocno, co świadczyło o tym, że targają nią silne uczucia.
– Ta miska należała do mojej matki – powiedział, wskazując rozbite szkło.
– Nie lubiłam jej tak samo jak twojej rodzicielki – odpowiedziała, na co on znowu się roześmiał.
– Wiem, że jej nie znosiłaś. Ona ciebie również nie darzyła sympatią.
Matka Sofiji zatrzymała się na chwilę i spojrzała na ojca.
– Mnie nie lubiła? Ale przecież zawsze się uśmiechała, kiedy mnie widziała! I była taka miła!
– Uśmiechała się, też mi się tak wydaje. – Zaśmiał się. – Ale mówiła również, że pewnego dnia zniszczysz jej życie.
Kobieta drgnęła. Wyprostowała się jak struna. Rozejrzała się po wnętrzu, szukając czegoś wzrokiem i nagle znalazła. Podeszła i wzięła do ręki kolejną miskę.
– To również do niej należało, prawda?
– Tak. Ale po co… – nie zdążył dokończyć, ponieważ naczynie po chwili rozsypało w drobny mak. Tereza, żeby jakoś odreagować, cisnęła nią w złości o podłogę.
Antonín zaczął się śmiać tak mocno, aż mu łzy pociekły i zmieszały się z krwią.
– Mówiła mi – powiedziała Tereza – że lepszej synowej nie mogła sobie wyobrazić.
– Ale to było na pokaz, nie znosiła cię naprawdę.
– Już nigdy nie zaniosę kwiatów na jej grób!
– Jej to i tak nie zrobi żadnej różnicy.
Sofija zostawiła ich samych i wróciła do łóżka. Rodzice bardzo często zachowywali się w taki właśnie sposób.
Bywały też momenty, kiedy widziała ojca malującego którąś ze swoich znajomych. W większości były to piękne kobiety o pełniejszych kształtach, które często i głośno się śmiały.
Pewnego razu dziewczynka schowała się pod stołem i siedziała tam cierpliwie. Kiedy jakiś czas później rozległ się kobiecy śmiech, ostrożnie wyjrzała zza skrywającego ją długiego obrusu.
Ojciec trzymał kobietę za piersi i całował ją, ona zaś oddając pocałunki i wzdychając, jakby sprawiało jej to ból, śmiała się perliście.
W miarę jak pili więcej i więcej wina, igraszki stawały się coraz bardziej intensywne, aż później dochodziło do dziwacznych scen – ojciec podciągał modelce suknię, wkładał pod nią głowę i długo nie wychodził. Kobieta w tym czasie jęczała i wiła się, aż wreszcie wszystko się kończyło, a głowa ojca pojawiała się na powrót. Na jakiś czas wracał do malowania.
Całe szczęście, że Sofiją nikt za bardzo się nie przejmował. Mogła spokojnie spędzać czas w ukryciu, ile tylko zechciała.
Gdy raz matka zapytała ją, gdzie się podziewała, odpowiedziała, że bawiła się na strychu. To często była prawda, bo przesiadywała tam pośród starych, zakurzonych rzeczy, które lubiła odkrywać i oglądać, zastanawiając się, kto je tam wyniósł lub do czego służyły.
Stare książki, koronkowe ubrania, binokle, skrzynki na biżuterię i wiele innych fascynujących przedmiotów.
– Następnym razem poinformuj mnie, gdzie cię znajdę – strofowała ją matka, lecz jej głowę zaprzątały już inne myśli, więc dziewczynka prędko znikała.
Rosła niemalże sama, ale stworzyła sobie własny świat. Strych naprawdę był ogromny i miała tam wielkie pole do popisu. Często też siadywała przy małym okienku, z którego obserwowała Wełtawę i pływające po niej łodzie. Czasami pozdrawiała jakieś zabłąkane gołębie i karmiła je chlebem, bo lubiła patrzeć, jak szybko jedzą. Dziobały w takim tempie, że okruszki znikały niemal natychmiast.
Wiedziała o wszystkim, co się działo w domu.
Jej świat wydawał się właściwie w porządku i nic złego jej się nie przytrafiało, ale czegoś jej brakowało. Nie potrafiła tego sama nazwać, była na to jeszcze za mała.
Rozdział 2
Motyl
Ulubioną kryjówką Sofiji była wielka szafa w pokoju mamy. Często się w niej chowała wraz ze swoim misiem. Lubiła wcisnąć się między ubrania. Było jej wygodnie, tajemniczo i nikt się nawet nie domyślał, że się tam znajduje. W takich momentach wyobrażała sobie różne historie.
Pewnego razu matka postanowiła założyć coś, czego nie nosiła od bardzo dawna. Otworzyła szafę i zaczęła przeglądać suknie. W pewnej chwili natrafiła na coś dziwnego i krzyknęła, kiedy to coś się poruszyło.
– A ty co tu robisz? Ależ mnie wystraszyłaś! – powiedziała podniesionym głosem, nawet nie próbując ukrywać złości.
– Jestem motylem – odpowiedziała mała, ponieważ akurat wyobrażała sobie, że właśnie przed chwilą wykluła się z kokonu.
– Jakim motylem? Co ci znowu chodzi po głowie?
– Prawdziwym motylem! Ta szafa to kokon, czy ty tego nie widzisz? – zawołała, nie rozumiejąc, czemu mama nie dostrzega tego samego co ona.
– To nie żaden kokon, a szafa na moje ubrania! I wolałabym, żebyś tu więcej nie właziła. Wydaje mi się, że masz dość innych miejsc do zabawy!
– Kiedy tylko tutaj mam spokój, by zmienić się w pięknego motyla!
– Ale o jakimże ty motylu mówisz, na Boga? To jest szafa, dziecko! Opamiętaj się!
Matka wyraźnie nic nie rozumiała, więc Sofija tylko ciężko westchnęła i zaczęła powoli gramolić się z szafy. Przy okazji zawadziła nogą o jakieś poskładane ubrania, które wypadły na podłogę.
– No i widzisz! Narobiłaś bałaganu! Kto to teraz posprząta? – Matka wskazała ją palcem i spojrzała wymownie.
– Ale ja nie mogę – jęknęło dziecko.
– A to niby czemu?
– Jak to czemu? Czy ty nic nie widzisz? Przecież jestem motylem, nie mam rąk! Mam tylko skrzydła.
Tereza spojrzała na dziecko jakby zobaczyła córkę po raz pierwszy w życiu, a potem uświadomiła sobie pewną rzecz: mała jest kopią ojca, który ma przecież artystyczną duszę, więc nie powinna się dziwić, że postrzega świat zupełnie inaczej. Ojciec był tak sam.
– No cóż, jeżeli nie masz rąk, to nic na to nie poradzimy – powiedziała łagodniejszym tonem. – Sama to zrobię.
– Dziękuję – zawołała Sofija, a jej twarz nagle opromienił uśmiech. – Wiedziałam, że zrozumiesz, kiedy się dobrze przyjrzysz. Nie sposób przecież przegapić takich pięknych skrzydeł. – Dziewczynka zaczęła machać rękami.
– Rzeczywiście, są śliczne. Nigdy nie widziałam piękniejszych.
– Prawda? Bo ja jestem wyjątkowym motylem.
– Cóż, z tym się z tobą zgadzam w stu procentach.
Nagle Terezie wpadł do głowy pewien pomysł. Chwilę się zastanawiała, a potem pomyślała, że czemu nie, przecież w życiu można robić nawet rzeczy głupie i dziecinne.
– A może zaprosisz mnie na chwilę do tego kokonu?
Dziecko się ucieszyło i klasnęło w ręce.
– Tylko jest pewien problem – powiedziała mała.
– Jaki?
– Nie możesz tu zbyt długo przebywać, ponieważ możesz zamienić się w motyla.
– A co w tym złego?
– Nie będziesz miała rąk.
– Chyba ich nie potrzebuję.
– A kto mnie będzie gładził po włosach do snu?
– Będę to robiła skrzydłami.
Dziewczynka przez chwilę pomyślała, a potem skinęła głową.
– Dobrze. Ja pójdę pierwsza, bo nie wiem, czy dla nas obu starczy miejsca.
Tereza poczekała, aż mała wejdzie do szafy, a kiedy się umościła, zwinnie wcisnęła się za córką. Potem zamknęła drzwiczki i obie siedziały w mroku. Szybko zrobiło im się miło i przyjemnie. Mała zaczęła opowiadać jakąś wymyśloną przez siebie bajkę. Kobieta siedząca obok przymknęła oczy.
Ocknęła się, ponieważ mała szturchała ją w ramię.
– Obudź się!
– Och, chyba zasnęłam.
– To pewnie dlatego, że zamieniłaś się w motyla – opowiedziało dziecko.
– Myślisz?
– Tak. Zaraz sprawdzimy.
Wyszły z szafy, a dziewczynka jęknęła z zachwytem.
– Jesteś motylem! Masz piękne skrzydła!
– Wydaje mi się, że nadal mam ręce – powiedziała matka, przyglądając się wyciągniętym dłoniom.
– Nie! To są skrzydła!
Tereza uzmysłowiła sobie, że zapomina o zabawie, więc zaraz się poprawiła.
– Rzeczywiście, to są jednak skrzydła.
– Mówiłam ci, że ta szafa to kokon. Każdy, kto tu wejdzie, zamieni się w motyla. Teraz i ty jesteś taka sama jak ja.
Matka pokręciła głową. Z jednej strony mała miała fantazję i bardzo się jej to podobało. Z drugiej zastanawiała się, czy to normalne.
– No a teraz posprzątaj ten bałagan. Ja muszę lecieć do swoich obowiązków – powiedziała i udając machanie skrzydłami, odeszła.
Sofija była zachwycona kokonem. Tym bardziej bawiło ją to, że i inni mogli zamieniać się w motyle. Później opowiadała o tym ojcu, a ten śmiał się, brał ją na ręce i kręcił się z nią dokoła. Mała piszczała, by ją puścił, lecz oboje wiedzieli, że jej się to podoba.
Po południu Tereza usiadła obok męża odpoczywającego na łóżku i powiedziała:
– Nie jestem pewna, czy z tym dzieckiem wszystko jest w porządku.
– Coś jej dolega?
– To przecież nie jest chyba całkiem normalne. Przecież jej się ciągle coś wydaje. Wymyśla niestworzone historie. Teraz sądzi, że jest motylem, a moja szafa pełni funkcję kokonu.
– A nie jest motylem? – zdziwił się.
– Przestań! To może być poważna sprawa!
– To dziecko! Ma tylko bujną wyobraźnie. Też taką miałem, kiedy byłem w jej wieku.
– No właśnie, pewnie ma to po tobie. Ja nigdy taka nie byłam.
– To jej przejdzie.
– A co, jeśli nie?
– Każdemu dziecku przechodzi. To normalne, że dzieci wymyślają różne historie.
– Nie jestem tego taka pewna.
– Uwierz mi. Wszyscy tak mają.
– Ja nie miałam.
– Tego nie możesz wiedzieć, nie pamiętamy wszystkiego, co robiliśmy w dzieciństwie.
– To bym akurat zapamiętała.
– Możesz być spokojna. Myślę, że nie warto się tym przejmować.
– Tak czy tak, nie podoba mi się to. Weź na przykład dziecko naszych przyjaciół, małą Janę. Jest taka spokojna.
– I w tym rzecz, to z nią coś jest nie tak. Dzieci nie siedzą w jednym miejscu tam, gdzie je zostawisz. Z tą małą jest coś nie tak, nie z naszą córką.
– Widzisz wszystko inaczej, bo Sofija owinęła cię wokół palca.
– Tylko jedna osoba owinęła mnie wokół palca. – Złapał ją w pół. – I zapewniam cię, że nie jest to nasza córka.
Zaczął ją całować, a że się chwilę opierała, bo zawsze tak robiła, podnieciło go to jeszcze bardziej.
– Przecież jest dzień – protestowała, ale oboje wiedzieli, że to część gry, w którą oboje grali od wielu lat.
– Mnie to nie przeszkadza.
– Mała nas zobaczy!
– Jest w swoim kokonie.
– Co będzie, jeśli ktoś przyjdzie?
Zaczął miażdżyć jej usta głodnymi wargami. Był silnym mężczyzną i to ją pociągało, nigdy nie potrafiła mu niczego odmówić. Miał w sobie ogień i coś takiego, co sprawiało, że zawsze dostawał to, czego chciał.
– To sobie popatrzy – odpowiedział, kiedy oderwał usta od jej szyi.
Powoli zaczął ściągać z niej ubranie. Rzucił się na nią niczym głodny jastrząb na ofiarę.
Kiedy skończył, leżeli obok siebie spoceni, on z papierosem w ręce, jakby w ten sposób dopełniał rytuału.
– Wiesz – powiedziała – wydaje mi się, że mój ojciec dziwnie się zachowuje.
Roześmiał się, wydmuchując dym.
– Przed chwilą mówiłaś to o Sofiji.
– Bądź poważny! Naprawdę wydaje mi się, że jest ostatnio jakiś inny.
– To znaczy?
– Markotny. Kiedy weszłam raz do jego pokoju, wydawało mi się, że widzę cień na ścianie.
– To chyba zrozumiałe, że w domu można dostrzec cienie, tym bardziej przy zmianie pogody. Światło za oknami bywa zmienne, szczególnie teraz.
– Nie chodzi o to. To było coś innego niż zwykły cień, jeśli mnie rozumiesz.
– Nie bardzo.
– Mam dziwne wrażenie, że nie jest tak zupełnie zdrowy, ale ukrywa to przed nami.
– Cóż, jest stary, czego oczekujesz. Nikt nie będzie żył wiecznie!
– Nie bądź taki! Nie lubię, kiedy lekceważysz pewne sprawy. A to jest istotne.
– Wezwij więc doktora.
– Kiedy on nie chce.
– Więc nie wzywaj!
– Och – zdenerwowała się – bądź poważny. Potrzebuję twojej rady.
– Moja rada brzmi, że powinnaś chodzić po domu nago. Masz piękne ciało, na cóż je skrywać.
Zaczęła się śmiać cicho, bo uszczypnął ją przy tym w pośladek.
– Co by wtedy ludzie pomyśleli?
– A kogóż to obchodzi?
– Mamy córkę, nie możemy jej wychowywać z takim podejściem do życia.
– Lepszego nie znam. Wolność jest najważniejsza. Co w tym złego? Jeśli człowiek robi, co mu się podoba, nie czyniąc przy tym nikomu krzywdy, jaki widzisz problem? Jego życie, jego wola. Zresztą, cóż taka nagość? Tacy się rodzimy, przecież nikt nie przychodzi na świat w ubraniu.
Znowu zaczęła się śmiać. Jego postrzeganie świata znacznie różniło się od jej, ale to zawsze budziło w niej podziw.
– Jesteś szalony.
– Ale kocham cię i to jest najważniejsze.
– Ale co z moim ojcem?
– Cóż, jeżeli nie chce lekarza, nic na to nie poradzisz. Ma prawo do własnego życia i decyzji.
– Czasem wydaje mi się, że w tym domu każdy podejmuje jakieś swoje działania, a ja nie wiem, co mam z wami robić.
– Więc nie rób nic, moja duszko. Tak będzie najlepiej.
Westchnęła. Kto go zrozumie? Kto zrozumie drugiego człowieka?
Kiedy odłożył papierosa i znowu zaczął się do niej zbliżać, westchnęła. Chciałaby być jak on, ale nie potrafiła. Jednak kochała go. I to było najważniejsze.
Skrzypienie
Któregoś dnia się pojawił.
Stał.
Patrzył.
Nic nie mówił.
Nie wiedziała, kim jest.
Rozdział 3
Wtedy, kiedy nadszedł pochmurny dzień
W ich domu w tylnej części mieszkał ojciec Terezy. Chorował na serce i dlatego nie udzielał się towarzysko ani nawet nie wychodził z pomieszczenia. Opiekowała się nim jedna ze służących, a jego częstym gościem bywała mała Sofija. Przylgnęła do niego, ponieważ w jego pokoju czuła się naprawdę szczęśliwa. Panował tu spokój, dziadek poświęcał jej całą swą uwagę, a przecież dzieci w jej w wieku nieustannie potrzebują uwagi. On jedyny rozumiał, o czym mówiła i nigdy nie zdarzało się, by jej nie wierzył. Kiedy opowiadała mu, że nie ma rąk a skrzydła, kiwał głową, zapewniając, że przecież widzi i podsuwał jej wszystko niemalże pod nos, by mogła na przykład zjeść ciasto bez używania rąk.
Dziadek opowiadał jej bajki o księżniczkach mieszkających w zamkach. Niektóre z nich, choć znała na pamięć, cierpliwie powtarzał,ilekroć go o to poprosiła. On nigdy się nie skarżył, ona zaś mogła słuchać go całymi godzinami. Często siadywała mu wtedy na kolanach i zasypiała, a on gładził ją po głowie i przytulał do siebie. Od samego początku, kiedy tylko zyskała nieco samodzielności i mogła przybiegać do jego pokoju, nawiązała się między nimi szczególnie bliska więź.
Sofija kochała również swojego ojca, to nie ulegało wątpliwości, lecz dziadek miał w sobie spokój i cierpliwość, których jemu brakowało. Te cechy stały się dla ich relacji kluczowe. W miarę jak rosła, rozumiała coraz więcej dziejących się wokół niej rzeczy. Widziała dziwne, czasem dramatyczne zachowanie rodziców, a to sprawiało, że czuła się niepewnie i niezbyt bezpiecznie, dlatego tak bardzo poszukiwała stabilności i spokoju, który zapewniał jej dziadek.
– Nie powinnaś ciągle u niego przesiadywać – strofowała ją matka.
– A to niby czemu? – pytało dziecko.
– Bo jest stary i chory. Potrzebuje odpoczynku.
– Mówi, że najlepiej mu się odpoczywa, kiedy z nim jestem. Nie czuje się wtedy samotny.
– Samotny? Przecież ma służącą do pomocy.
– Mówi, że ona jest do niczego.
– O, a to coś nowego! A to niby czemu?
– Przynosi mu zimne jedzenie.
– Według mnie tylko zmyśla. Może to on wywiera wpływ na twoje fantazjowanie? Zawsze myślałam, że to z powodu ojca, ale może to dziadek miesza ci w głowie?!
– Nic nie miesza!
– Co ty tam wiesz? Jesteś dzieckiem.
– Właśnie, że wiem!
– Wam obojgu poprzewracało się w głowach. Starzec i dziecko. Dobrana z was para.
Mała Sofija nie przejmowała się słowami matki. Wiedziała swoje. Z dziadkiem czuła się bezpiecznie i dobrze, więc rodzicielka musiała być w błędzie.
Opowiedziała później o tym dziadkowi.
– No cóż – westchnął – twoja matka jest nadpobudliwa i lubi do tego mieszać fantazję. Musimy jej wybaczyć.
– Co to znaczy?
– Że czasami wyobraża sobie coś, czego nie ma.
– Mówi, że to ja sobie wiele rzeczy wyobrażam.
– No cóż, nie rozumie, jak to jest z tobą. – Pogładził ją po głowie, na co ona obdarzyła go pięknym i wdzięcznym uśmiechem.
– A jak to jest ze mną, dziadku?
– Ty należysz do szczególnie wrażliwych osób. Jesteś cudem.
– Takim wyjątkowym okazem motyla? – spytała, aby się upewnić.
– Dokładnie tak. Takim, jakiego trudno znaleźć na świecie.
Bywały sytuacje, że dziadek nie czuł się najlepiej. Wtedy nie mogła do niego chodzić, ale jak tylko odrobinę mu się poprawiało, natychmiast pojawiała się na straży. Siadała wtedy na jego łóżku lub kładła się obok i opowiadała mu bajki, które wymyśliła. Bywało, że się śmiał i prosił, by przestała, bo źle mu się oddycha. Ale w większości słuchał, bo kiedy był chory, role się odwracały i on stawał się dzieckiem, ona zaś dorosłym.
– A ten motyl naprawdę latał, choć nie miał skrzydła? – pytał, bo bajki zwykle dotyczyły motyli.
– Tak – zapewniała. – I z jednym skrzydłem można latać. Wystarczy tylko chcieć i mieć siłę.
– Może jedynie z zaczarowanym? – dopytywał się.
Kręciła głową przecząco.
– Wszystko zależy, jak bardzo wierzysz, dziadku! Powinieneś to wiedzieć, mówiłam ci już wiele razy.
Dziadek się uśmiechał.
– Wiem, wiem, tylko się z tobą droczę, mój motylku…
– Może dziadzio jest głodny? – dopytywała co chwilę, bo nie chciała, by mu czegoś brakowało.
– Nie jestem głodny, dziękuję.
– A może chce się dziadziowi pić? Może za zimno i trzeba nogi okryć pledem?
– Nie. Niczego mi nie brak, motylku. Kiedy jesteś przy mnie, mam wszystko.
Nie potrafił się nadziwić, jak z tak dwóch różnych osób jak jego córka i zięć mogła narodzić się taka wspaniała istota. Tak nietypowa i różniąca się od innych dzieci. Spokojna i przyjmująca życie zwyczajnie, a jednak potrafiąca widzieć rzeczy niewidzialne i stwarzająca sobie własny piękny świat wokół. To dziecko było cudem natury. Może nawet motylem, choć w przebraniu człowieka…
Mała często pytała o babkę. Opowiadał jej o niej. Ale nigdy nie powiedział, jak umarła. Nie chciał, by się wystraszyła, gdyby się dowiedziała, że się utopiła w Wełtawie. Pewnego dnia dowiedziała się przypadkiem, że spotykał się z jedną kobietą. Powiedziała, że tego tolerować nie będzie i że jeśli jeszcze kiedyś to się zdarzy, utopi się w rzece. Na jakiś czas zaniechał tych schadzek, ale Hanka miała coś takiego w sobie, że ciągnęło go do niej jak ćmę do ognia. Dlatego zaczęli się znowu spotykać, ale sprawa wyszła na jaw, bo żona jednak nie zaprzestała go kontrolować. Jeszcze tego samego dnia ubrała się na czarno i wyszła z domu. Skoczyła z mostu, a grube futro i ubranie, jakie miała na sobie, od razu nasiąkło wodą i pociągnęło ją na mętne dno.
Jej śmierć okazała się bezsensownym protestem.
Żona lubiła demonstrować swoje przekonania i własne wizje. Na cóż jej się to jednak zdało? Po pierwsze, naprawdę ją kochał i była mu bliska. Po drugie, po jej śmierci zyskał więcej swobody i nadal spotykał się z Hanką. Więc ta jej desperacja okazała się właściwie durna, śmieszna i zupełnie niepotrzebna. Nie potrafił zrozumieć własnej żony. Zabawy w alkowie zupełnie jej nie obchodziły i od lat mieli nawet oddzielne sypialnie. Za każdym razem, gdy się do niej chciał zbliżyć, odsuwała go chłodno.
Kiedy dała mu do zrozumienia, że to, czego od niej oczekuje, nie jest normalne i powinien nad sobą panować, zrobiło mu się przykro. Poczuł się zdradzony i oszołomiony. Było z nim coś nie w porządku? Ale kiedyś przecież te sprawy całkiem jej się podobały, więc co się stało? Po prostu z biegiem lat stała się zimna jak ryba. Czy jednak małżeństwo nie powinno opierać się na wzajemnym zrozumieniu? Dlaczego tylko jej potrzeby były ważne i właściwe, a jego zaś nie? No i dlaczego, skoro odsunęła go od łoża, nie potrafiła pogodzić się z tym, że wziął sobie kochankę? No cóż, stało się, minęło wiele lat i z czasem zaczął o niej zapominać, ale w opowieściach pielęgnował tylko najlepsze wspomnienia. Córka trochę przypominała mu żonę. I ona nie lubiła kompromisów i stawiała warunki, czasem śmieszne i absurdalne, ale zawsze chciała, by każdy przyznawał jej rację i by tylko jej słowo się liczyło. To doprowadzało jej męża do frustracji i sceny, jakie rozgrywały się w domu, przypominały mu stare czasy, jakby przedstawienie się nie skończyło, a jedynie wymienili się aktorzy, którzy na okrągło odgrywają te same sceny w tym samym teatrze.
– Z pewnością byś się jej podobała – powiedział z czułością, bo wnuczka była tak miłym i wdzięcznym stworzeniem, że nie wyobrażał sobie, by ktoś jej mógł nie kochać.
– Naprawdę? – pytała za każdym razem, choć dialogi te prowadzili wiele razy. Lubiła słuchać o babce, zawsze powtarzali te same słowa. Dla nich nie była to gra, ale moment, do którego każde lubiło wracać. Wspomnienia mają to do siebie, że pachną nostalgią i sprawiają, że świat zatrzymuje się na chwilę, zaczarowany i namaszczony swego rodzaju świętością.
Sofija opowiadała mu również o tym, co się każdego dnia działo na Małej Stranie.
Często obserwowała wszystko z okna na strychu. Widywała łodzie, przyjezdnych, spokojnie pływające łabędzie i drepczące, nachalne gołębie. Wnuczka była bystra i miała oczy szeroko otwarte na świat. Lubił słuchać jej głosiku i zachwytów. Rozmowy z tym poczciwym dzieckiem sprawiały mu radość, tym bardziej że Sofijka była jeszcze taka naiwna i potrafiła się wszystkiemu dziwić.
Czas jednak uciekał nieubłaganie.
Z dziadkiem coraz częściej bywało gorzej. Robił się chudszy i nieporadny, a choć dziewczynce zdawało się, że dobrze go karmią, to jednak coraz częściej odmawiał jedzenia. Kurczył się w sobie, a jego oczy stawały się matowe.
– Czemu nie chcesz jeść? – pytała go czasami.
– Starzy ludzie nie jedzą dużo, robaczku – odpowiadał.
– Nie jesteś stary – reagowała na jego słowa, bo rzeczywiście nie postrzegała dziadka jako staruszka. On po prosu był taki, jaki był. Zawsze. Jakby nie miał wieku. W jej myślach nigdy nie mógł być młody jak na przykład tata. Dziadek to dziadek. Zawsze jest pomarszczony, spokojny i cichy. I trzeszczą mu wszystkie kości.
Dziadka z tygodnia na tydzień ogarniał jakiś niewytłumaczalny spokój. Zamykał się w sobie, czasami nawet nie słyszał, co do niego mówiła.
– Nie przesiaduj ciągle u niego – strofowała ją mama. – To dziadkowi nie służy.
– Wręcz przeciwnie! Lubi moje towarzystwo – odpowiadała Sofija.
Prawdą było, że wnuczka od urodzenia stała się jego oczkiem w głowie i był wdzięczny opatrzności za jej pojawienie się na świecie.
Sofija była żywa, ale nie tylko to w niej kochał. Dziecko miało w sobie niespożytą energię i samo patrzenie na nią dawało mu poczucie szczęścia. Była delikatna, łagodna, z czystą miłością w oczach. Jej uśmiech opromieniał mu życie. Stała się dla niego zbawieniem na stare lata. Patrzył na to piękne dziecko i przypominał sobie, że on też kiedyś taki był, ale to było tak dawno temu, jakby w innym życiu. Nie zazdrościł jej jednak tej młodości, ponieważ czuł się zmęczony wszystkim, chyba jak każdy stary człowiek i właściwie cieszył się na ten szczególny odpoczynek, kiedy zamyka się oczy na zawsze.
Nadeszły jednak czasy, kiedy przestał rozpoznawać wnuczkę i Sofija ciężko to znosiła. Dziadek zaczął więdnąć w oczach, ale dziewczynka i tak przesiadywała u niego, ponieważ podświadomie czuła, że z nią jest mu lepiej.
Potem zaległ w łóżku na stałe. Nie mówił i powoli zamieniał się w roślinę, która oddycha jeszcze, ale już nie ma sił na przyjmowanie pokarmu.
Któregoś popołudnia, zasnęła obok niego, a kiedy się obudziła, dziadek był dziwnie zimny.
– Dziadku? – szepnęła i przyłożyła rękę do jego policzka, ale nie wyczuła ciepła i podświadomie wiedziała, co to może oznaczać. Szybko zeskoczyła z łóżka i pobiegła do mamy.
Tego dnia była przerażona. Żadne kłótnie rodziców tak bardzo nią nie wstrząsnęły jak śmierć dziadka. Nie dlatego, że się tej śmierci bała, ale ponieważ zdała sobie sprawę, że wszystko się skończyło.
W domu zrobiło się cicho. Ciało dziadka spoczęło w trumnie i w chłodnym pokoju czekało na dzień pogrzebu. Tam, gdzie leżał, pojawił się specyficzny zapach śmierci.
Po pogrzebie usiadła w jego pokoju na pustym łóżku i płakała. Rozumiała, co oznaczała śmierć, ale nie potrafiła się z tym pogodzić. I to było dla niej dosyć niezwykłe uczucie. Wszystko, czego doświadczała w życiu, akceptowała jako naturalne. Tutaj jednak pojawiło się jeszcze jedno zjawisko: ból. W głębi duszy była bardzo delikatną istotą, dlatego to odejście tak nią wstrząsnęło. Na długi czas jej świat pociemniał i trwała w stanie podobnym do katatonii.
Po pogrzebie codziennie przesiadywała w pokoju dziadka. Zapach śmierci, niestety, nadal się w nim unosił, ale jednak wszystko pozostało na miejscu, tak jakby nadal tu mieszkał.
– Tak bardzo chciałabym mieć skrzydła – szeptała, bo w takich chwilach doskonale zdawała sobie sprawę, że jest tylko dzieckiem i nie potrafi latać. – Poleciałabym do ciebie, dziadku, i sprowadziłabym cię z powrotem.
Wierzyła, że da się dolecieć do nieba. Ptaki to z pewnością umiały. Motyle również. A ona przecież potrafiła wyobrazić sobie, że ma skrzydła. Ale ta umiejętność była w niej, zanim to wszystko jeszcze się nie zdarzyło. Teraz już skrzydeł nie widziała. Miała ręce. Chyba pierwszy raz w życiu nie potrafiła zmienić się w motyla. To ją zastanowiło, a potem zaczęła cicho płakać.
Co się z nią działo?
Zaczęła myśleć o tym dziwnym stanie, jakim jest śmierć. Każde życie musiało kończyć się w ten sam sposób: pewnego dnia człowiek znikał i zostawiał wszystko, nawet własne rzeczy osobiste, jakby nie miały już żadnego znaczenia. Zostawiał bliskich, nie interesując się ich uczuciami, jakby mu było wszystko jedno, że inni cierpią po jego odejściu.
Pewnego dnia mama znalazła ją w pokoju dziadka.
– Znowu tu siedzisz! Wołałam cię na obiad.
– Nie jestem głodna.
– To mnie nie obchodzi. Musisz cokolwiek zjeść.
Tereza jednak zauważyła smutek rysujący się na twarzy dziecka.
Podeszła do córki i ją przytuliła.
– Tęsknisz za nim, prawda? – spytała łagodnie.
– Tak. Chcę, żeby wrócił!
– Przecież wiesz, że nie ma takiej możliwości!
Do oczu Sofiji napłynęły łzy.
– Coś mi się stało – powiedziała z trudem, a głos jej drżał.
– Co? – zdziwiła się matka, nagle przestraszona.
– Straciłam skrzydła. Zobacz! – Podniosła ręce i pokazała matce. – Już ich nie widzę.
– Przecież zawsze miałaś ręce. – W głosie matki pojawiła się niepewność. – Nie miałaś skrzydeł.
– Miałam! Widziałam je i dziadek też je widział! – zaprotestowała mała. – Ale kiedy umarł, one zniknęły, a ja… ja już ich nie potrafię zobaczyć.
Sofija zaczęła płakać, więc Tereza jeszcze mocniej ją do siebie przytuliła.
– Wszystko będzie dobrze – zapewniła córkę.
– Tak myślisz?
– Tak. Z czasem znowu nauczysz się je widzieć.
Skrzypienie
Kiedy się obudziła nocą, dojrzała w kącie ciemną postać. Właściwie niewyraźna, ginęła cała w mroku i wtapiała się w tło. Na ścianie jednak wyraźnie odznaczała się jej wielka, zakończona pazurami dłoń.
Zamknęła oczy, a kiedy je otworzyła, postać nadal tkwiła w kącie.
Przestraszona schowała głowę pod pierzynę.
Rozdział 4
Rozmowy nie dość dorosłe, ale też nie dziecięce
