Opis

Okręty króla Ajetesa, a było ich trzy, zbliżały się coraz bardziej. Coraz wyraźniej też dochodziły wołania króla:
– Medeo, wyrodna córko, biada tobie i Argonautom!
Medea stanęła na rufie i też zaczęła wołać głośno:
– Ojcze, pozwól nam odpłynąć spokojnie, bo będziesz żałował.
– Biada tobie, mówię. Wszyscy zginiecie! – odkrzyknął Ajetes.
– Królu, wracaj i zostaw nas w spokoju, bo mam zakładnika, twojego syna! – wołała Medea. (...)
– Oddaj mi syna, przeklęta! – rozkazująco krzyknął Ajetes.
– Więc go masz!... – krzyknęła Medea i mieczem zabiła swego małego brata, a jego ciało wrzuciła do morza.

Nikos Chadzinikolau (1935–2009), grecki pisarz, tłumacz, historyk literatury, tworzący głównie w języku polskim. Opublikował liczne zbiory wierszy filozoficzno-refleksyjnych (Barwy czasu 1961, Próba nocy 1971, Klepsydra 1982), powieści,
przekłady poezji nowogreckiej, pracę historycznoliteracką. Literatura nowogrecka 1453–1983 (1986). Był propagatorem kultury polskiej w Grecji i greckiej w Polsce oraz opiekunem młodych poetów. Jego Mity greckie to świeże spojrzenie na dobrze wszystkim znane greckie legendy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 226

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


MITY GRECKIE

OD AUTORA

Mitologia jest najstarszą i najpiękniejszą siostrą Historii. Urodziła się w Grecji – krainie życiodajnych źródeł, winnic, gajów oliwnych i słońca, którego promienie mają magiczną moc, pozwalają odradzać się jak Feniks. Kochali ją poeci, dramatopisarze i filozofowie. Do jej opowieści o bogach, herosach i ludziach dodawali nowe wątki. I tak piękniała z dnia na dzień. Pierwszy raz spotkałem ją, gdy byłem jeszcze mały. W pięknym ogrodzie zrywała narcyzy i plotła wianki.

Wtedy opowiedziała mi o małym Perseuszu, który zamknięty w skrzyni dopłynął do wyspy Serifos, o dzielnym Heraklesie i niestrudzonych Argonautach. Najbardziej jednak fascynowały mnie przygody tułacza Odysa. Co za odwaga i wytrwałość, wierność i poświęcenie, cierpliwość i fantazja. Dopiero teraz, po latach, postanowiłem spisać jej opowieści. Przeczytajcie...

BOGOWIE I LUDZIE

Na początku świata był Chaos, panowała mroczna i głucha otchłań. Lata, wieki mijały monotonnie. Aż z tej wielkiej otchłani, w której kotłowała się nieuporządkowana masa z ziemi, ognia, wody i powietrza, wyłoniły się dwa potężne bóstwa: Gaja (Ziemia) i Uranos (Niebo). Gaja była szara, Uranos natomiast błękitny. Ziemia pokochała błękitnookiego Uranosa. Z ich związku przyszedł na świat wielki ród potworów, sturękich Tytanów. Równocześnie nieszczęścia nawiedziły ziemię: trzęsienia, powodzie. Jednak Gaja i Uranos szybko uporali się z nimi. Zamknęli te żywioły w zbudowanym przez siebie mrocznym królestwie Tartaru. Znajdowało się ono w najgłębszym zakątku świata. Ogrodzone było potężnymi murami, w których tkwiły żelazne bramy. Naokoło ciągnęła się kilometrowa fosa, a w niej szalały wiry wietrzne i wodne.

Pewnej nocy Uranos obudził się spocony. Śniło mu się, że synowie chcieli go zabić, by zapanować nad światem. W gniewie wtrącił ich wszystkich do Tartaru. Gdy dowiedziała się o tym Gaja, błagała go o litość. Niestety, na próżno, Uranos był nieugięty.

Po wiekach przyszło na świat następne pokolenie – tym razem jednookich Cyklopów. Uranos znowu miał sen i ich też wtrącił do Tartaru. Przerażona i zmartwiona Gaja długo nie mogła przyjść do siebie. Nie jadła, nie spała. Ciągle rozmyślała o swoich synach zamkniętych w Tartarze. W końcu doszła do wniosku, że może dzieci z trzeciego pokolenia będą szczęśliwsze. I rzeczywiście, wkrótce przyszło na świat sześciu Tytanów i sześć Tytanic. Ale i ich los był podobny do losu starszego rodzeństwa.

Gdy podrósł najmądrzejszy i najsilniejszy Kronos (Czas), Gaja wyprowadziła go po kryjomu z Tartaru, dała mu ostry sierp i kazała zaatakować Uranosa we śnie. Kronos, nie czekając na powtórną namowę, wykorzystał odpowiedni moment i zadał cios ojcu, który ranny i przerażony, jęcząc, oddalił się wysoko. Z krwi, która wyciekła z rany Uranosa, zrodziły się Erynie, straszne boginie zemsty o wężowych włosach, oraz łagodne, życzliwe nimfy i bogini miłości Afrodyta. Uranos skrył się za chmurami, w błękitach niebios.

Zwycięski Kronos otworzył bramy Tartaru, ale uwolnił tylko Tytanów, potem z ich pomocą zasiadł na tronie swego ojca.

Życie toczyło się normalnie, świeciło młode słońce, a deszcze pomogły roślinom i drzewom przybrać piękne kształty i rozmiary, źródła miały czystą wodę, a rzeki użyźniały doliny.

Nastał więc złoty wiek dla świata, bez wojen i cierpień. Szczęśliwy Kronos postanowił ożenić się. Wybranką jego została piękna Tytanica Rea. Po niedługim czasie przyszła na świat pierwsza córka Hestia. Cieszyła się Rea. Ale chyba bardziej Kronos, który pamiętał ostatnie słowa swego ojca:

„Twój los wcale nie będzie lepszy. Nadejdzie dzień, że i ciebie własny syn zrzuci z tronu”.

Z kolei urodziły się Hera i Demeter, a po nich Hades i Posejdon. Kronos długo myślał, jak pozbyć się synów. Nie mógł spać. Przewracał się w łóżku przerażony i zły. Aż w końcu postanowił pójść śladami swego ojca i wtrącić synów do Tartaru.

Kiedy Rea miała urodzić szóste dziecko, uciekła do gaju oliwnego blisko morza i tam w jakiejś pieczarze powiła syna Zeusa, którym zaopiekowały się nimfy. Rea powróciła do męża z zawiniątkiem na rękach. Na jej widok Kronos krzyknął:

– Znowu syn!

Rea kiwnęła głową.

Wściekły Kronos chwycił zawiniątko, nie podejrzewając, że jest w nim kamień, i rzucił z całych sił. Kamień ten toczył się po górach, wzniesieniach i dolinach, aż zatrzymał się u stóp góry Parnas. Głaz nazwano „Omfalos” (Pępek Świata).

Tymczasem Zeus rósł pod opieką nimf greckich, które karmiły go mlekiem kozy Amaltei. A ponieważ nie miały naczynia, ucięły jej jeden róg i napełniały go mlekiem. Potem róg na każde życzenie Zeusa napełniał się wszystkim, czego bóg zapragnął. Tak powstał róg obfitości.

Gdy Zeus był dojrzałym i silnym młodzieńcem, przy pomocy swojej matki uwolnił z Tartaru starszych braci, Hadesa i Posejdona, i razem z nimi udał się do ojca, Kronosa, po władzę. Niestety, Kronos okazał się silny i bezwzględny. Poza tym miał po swojej stronie braci, potwornych Tytanów. Zaczęła się zacięta walka. Kronos schronił się na szczycie góry Ossa, Zeus natomiast na stokach Olimpu. Wojna trwała dziesięć lat, a końca nie było widać. Wtedy młody Zeus postanowił uwolnić z Tartaru Cyklopów oraz sturękich, z których każdy miał sto rąk i pięćdziesiąt głów. Drżała ziemia, huczały góry, wielkie skały sypały się jak grad, wpadały do morza, tworząc wyspy, wiatry wirowały, unosząc tumany pyłu. Wtedy też Zeus wykorzystał nową broń, przygotowaną w podziemnych kuźniach przez Cyklopów – pioruny. Raził nimi Tytanów, ogłuszał ich, oślepiał. Paliły się lasy, góry, topniały kamienie, ogień docierał do najdalszych głębi Tartaru. Wszędzie dym, czarny dym. Prawdziwe piekło. I wtedy właśnie pokonano Kronosa i Tytanów. Skrępowano ich łańcuchami i strącono do podziemi (oprócz Okeanosa, Prometeusza i jego brata Epimeteusza, którzy odmówili Kronosowi poparcia). Olbrzyma Atlasa skazano na dźwiganie sklepienia niebieskiego.

Tak więc Zeus został władcą ziemi i nieba, ojcem wszystkich bogów. Mądry i silny, był obrońcą skrzywdzonych i biednych. Razem z żoną Herą, rodzeństwem i dziećmi rządził światem sprawiedliwie. Bratu Posejdonowi, który był porywczy i gniewny, oddał morze we władanie. Hadesowi, któremu służyli Hypnos (Sen) i Thanatos (Śmierć) – powierzył królestwo podziemne. Apollo został bogiem sztuki i poezji, Ares wojny, Hefajstos – ognia, Hermes – skrzydlatym posłańcem bogów, Atena – boginią mądrości (wyskoczyła z głowy Zeusa). Hera strzegła życia rodzinnego. Siostra Zeusa, życzliwa Demeter, stała się boginią urodzaju i przyrody. Hestia ogniska domowego, Artemida – łowów.

Bogowie byli mądrzy i piękni. Natomiast ludzie, których Prometeusz (Przewidujący) ulepił z gliny na podobieństwo bogów i tchnął życie w ich martwe ciała, żyli w lasach, wilgotnych jaskiniach i pieczarach. Byli bardziej bezradni i bezbronni od zwierząt, które na rozkaz Zeusa uzbrojone zostały w kły, pazury i chyże nogi.

Prometeusz ubolewał, że ludzie marzli z zimna i uciekali przed dzikimi zwierzętami, nie mogąc się bronić. Pewnego dnia postanowił przyjść im z pomocą. Zwrócił się do Zeusa tymi słowami:

– Władco nieba i ziemi, myślę, że już czas pomóc ludziom, ulżyć ich ciężkiej doli. Zbyt długo żyją w mrokach, zimnie i strachu.

– Nie wystarczy, że stworzyłeś ich i dałeś im rozum? Co jeszcze chcesz im ofiarować? – zapytał Zeus oburzony.

– Ostatnią i największą z łask, ogień – odpowiedział Prometeusz.

– Ogień? To przecież przywilej bogów! – rzekł Zeus.

– Może być również i ludzi – odrzekł Prometeusz.

– Po to, żeby przestali bać się i czcić nas.

– Nie muszą nas się bać. Wystarczy, że będą szanować.

– Szacunek jest wynikiem strachu.

– Lepiej, żeby to był objaw naturalnej czci.

– Chcesz zdradzić tajemnicę Olimpu?

– Nie, chcę pomóc ludziom.

– Nie waż się tego robić... Ludzie nie znają wdzięczności. Zgubią ciebie i nas.

– Wszechwładny Zeusie...

– Milcz... Precz z moich oczu.

Prometeusz, dobry i mądry Tytan, przyjaciel ludzi, zrezygnowany i  smutny opuścił Olimp, siedzibę bogów. Wędrował po górach, przełęczach, wąwozach i dolinach. Aż pewnego dnia dotarł na tratwie na wyspę Lemnos, gdzie znajdowała się kuźnia kulawego Hefajstosa, który pracę stawiał nad ucztowanie i lenistwo. Hefajstos ogromnie się ucieszył z tej wizyty. Tym bardziej, że rzadko go odwiedzano, a on sam niechętnie zjawiał się na przyjęciach na Olimpie. Nawet gdy jego piękna małżonka Afrodyta gorąco go o to prosiła. Hefajstos pokazał Prometeuszowi przygotowaną przez siebie nową bramę Tartaru oraz zbrojownię. Szczególnie dumny był z piorunów, które kuli pod jego kierunkiem Cyklopi.

Po kilku dniach pobytu u Hefajstosa Prometeusz postanowił wrócić na Olimp. Ale przedtem wziął ogniste zarzewie, włożył w wyżłobioną w środku laskę. Zarzewie oddał napotkanym ludziom, nauczył ich rozkoszy ciepła, dobrodziejstwa ogniska domowego, sztuki przetapiania metali, gotowania gorącej strawy z mięsa upolowanego zwierzęcia. Nauczył uprawy roli, kucia zbroi, budowania domów, czytania i pisania oraz ujarzmiania sił przyrody...

Gdy Zeus zauważył dymy unoszące się z wieśniaczych chat, od razu domyślił się, kto sprawił, że święty ogień zapłonął na ziemi. Rozgniewany rozkazał przykuć Prometeusza kajdanami do skalnej ściany Kaukazu. Prometeusz mógł oczywiście uwolnić się od tej kary, gdyby uznał swój błąd, poprosił ojca bogów o litość i wyrzekł się miłości do rodu ludzkiego. Ponieważ tego nie uczynił, zawisł nad przepaścią bez ruchu, narażony na gorące promienie letniego słońca, jesienią biczowany deszczami, a mroźnym wiatrem i śniegiem zimą. Zgłodniały orzeł przylatywał w dzień, by wyjadać mu wątrobę, która w nocy odrastała. Wokoło nie było żywej duszy. Głuche jęki Prometeusza rozlegały się w przepaściach górskich, mieszały się z hukiem spadających kamieni, z szumem dzikich fal morza.

Zeus postanowił ukarać również ludzi, którzy zaczęli czcić Prometeusza bardziej od innych bogów, a nawet od niego. Rozkazał więc Hefajstosowi ulepić z gliny i wody postać pięknej, ale próżnej, fałszywej, ciekawskiej i niezbyt mądrej kobiety. Gdy była gotowa, Zeus ożywił ją. Atena nauczyła prac kobiecych – gotowania, haftowania, tkania, Afrodyta tchnęła w nią wdzięk i obdarzyła uwodzicielskim spojrzeniem, Hermes – próżnością, ciekawością i darem wymowy. Nazwano ją Pandora (Dar od Wszystkich) i kiedy ubrana w powiewne szaty stanęła pośrodku sali biesiadnej na Olimpie, nawet bogowie jęknęli z zachwytu. Pandora uśmiechnęła się uwodzicielsko, klasnęła w dłonie i zaczęła tańczyć uradowana.

– Brawo! – zawołał Hermes.

– Cudowna! – dodała Atena.

A kiedy Pandora szczęśliwa słabła i mdlała w słodkiej rozkoszy tańca, Zeus rzekł:

– Skoro już tyle zalet przyjęłaś od nas, zabierz jeszcze tę szkatułkę i idź przed siebie, aż napotkasz ludzi.

Na te słowa Hermes chwycił Pandorę za rękę i zaprowadził na ziemię. Zostawił ją przed chatą Epimeteusza. Zanim ją opuścił, zabronił z rozkazu Zeusa otwierać rzeźbioną szkatułkę.

Epimeteusz na widok Pandory oniemiał z zachwytu, stracił głowę, zaprosił do środka chaty i od razu wyznał jej miłość. W nocy śnił mu się Prometeusz, który ostrzegał przed tą decyzją: „To sztuczka bogów, strzeż się”. Ale mimo rad brata Epimeteusz, zachwycony urokiem pięknej dziewczyny, zapomniał o bożym świecie i pojął ją za żonę.

Pewnego dnia Epimeteusz zauważył wyrzeźbioną szkatułkę i zapytał:

– Skąd masz tę szkatułkę?

– Podarował mi ją sam Zeus – odpowiedziała.

– A co w niej jest?

– Nie wiem.

– Można zobaczyć?

– Zeus powiedział, żebym nie otwierała dla dobra swego i ludzi.

– Skoro Zeus tak rzekł, to nie otwieraj.

Niedługo jednak trwało ich szczęście. Pandorę dręczyła ciekawość. Nie mogła spać. Krążyła wokół szkatułki jak ćma wokół swiatła. Aż znalazła odpowiedni moment. Gdy Epimeteusza nie było w domu, zdecydowała się zajrzeć do szkatułki. Ledwo podniosła wieko, uwolniła złe wiatry, smutki, troski, choroby, łzy, cierpienia, które zamieszkały na stałe na ziemi, w morzu i powietrzu.

Przerażona szybko zatrzasnęła wieko. W szkatułce została tylko Nadzieja.

Na ziemi zapanowały wichury, deszcze. Błyskawice rozdzierały niebo, morze kotłowało się z furią. Rozwarta kipiel ogromniała. Padał grad wielkości orzechów. Wylały rzeki, zabierając do morza wszystko: drzewa, domy, zwierzęta, nawet ludzi. Sztorm nabierał cech złowieszczych. Fale pędziły jak oszalałe. Wzgórza skryły się w kipieli. Wystraszone zwierzęta, przerażeni ludzie schronili się na szczytach gór, ginęli z zimna, głodu i wyczerpania. Aż wszystko znalazło się pod wodą.

Zapanowały ciemności i pustka. Prawdziwe piekło. Dziesięć dni i dziewięć nocy trwał potop. Z potopu uratował się tylko syn Prometeusza Deukalion ze swoją żoną Pyrrą. Była to najszlachetniejsza i najbardziej uczciwa para ludzka. I chyba dlatego ocalała. Ich arka zatrzymała się na szczycie Parnasu.

Gdy ustąpiły żywioły, zniszczenia, gdy ustał deszcz i zniknęły chmury, spojrzeli w dół. Nie było żywej duszy, królowała grobowa cisza, szlam pokrywał niziny, a ciała ludzi i zwierząt leżały jak porzucone kamienie. Wszystko przed nimi ustępowało, cofało się. Wszystko, co ich otaczało, jakby żegnało się z nimi. Przerażona Pyrra trzęsła się jak trzcina. Rozpaczając, upadła twarzą do ziemi.

– Co my teraz poczniemy? – załkała.

– Nie płacz, Pyrro – powiedział Deukalion ze łzami w oczach.

Przykucnął. Zagryzł usta, żeby nie płakać. Objął Pyrrę. Powtórzył:

– Nie płacz, Pyrro.

– Jak nie płakać... zobacz, co się stało ze światem... Wszędzie pustka. Nas też czeka zagłada...

– Zeus jest wielki! – rzekł Deukalion, unosząc ramiona do góry.

Nagle usłyszeli dziwny głos nad głowami:

– Nie czas na lamenty... Idźcie naprzód z głową przykrytą chustą i rzucajcie za siebie kości waszej matki.

– Słyszałeś? – rzekła przerażona Pyrra. – Czyj to głos?

– Nie wiem – odpowiedział Deukalion.

– To grzech rzucać święte kości przodków. Zresztą, gdzie je znajdziemy?

– Już wiem – powiedział syn mądrego Prometeusza. – Matką wszystkiego co żyje, naszą też, jest ziemia, jej kości natomiast to kamienie.

Nie tracąc czasu, nazbierali kamieni. Głowy nakryli chustą i idąc naprzód, spełnili polecenia tajemniczego głosu. Z kamieni rzuconych ręką Deukaliona wyrastali mężczyźni, zaś z okruchów skalnych Pyrry – kobiety.

Świat zaludnił się plemieniem twardym i pracowitym. Deukalionowi i Pyrze też urodził się syn. Nazwali go Hellenem. Od niego wywodzi się ród Hellenów, czyli Greków.

Na ziemi panowały zgoda i pokój. Ludzie czcili swoich bogów, kochali ich i szanowali. Wstawali wczesnym rankiem, oddając pokłony Heliosowi, który pojawiał się na tle rozżarzonej kuli słonecznej, a potem pędził złocistym rydwanem. Światło było pierwszym przywilejem bogów i ludzi.

Helios miał syna Faetona o nieziemskiej urodzie, czarnych włosach i lśniących oczach. Nawet ich nie mrużył, gdy patrzył w słońce. A  lubił patrzeć i podziwiać ojca, gdy codziennie wsiadał na czterokonny świetlisty rydwan, by okrążyć wszechświat. Ze łzami w oczach powracał wtedy do swojej matki, Klimene.

– Czemu nie idziesz się bawić jak inne dzieci? – pytała matka.

– Nudzą i męczą mnie te dziecinne zabawy. Najchętniej wyruszyłbym z ojcem.

– Jeszcze jesteś za młody.

– Ojciec też kiedyś był młody, a jednak...

Nie zdążył dokończyć zdania, kiedy Klimene dodała:

– Poczekaj, porozmawiam jutro z twoim ojcem.

– Nie, ja sam...

I rzeczywiście, następnego dnia o świcie wstał, zanim jeszcze ojciec się obudził, i czekał na niego przed świetlistym rydwanem. Gdy Helios zobaczył syna, zapytał:

– Czemu tak wcześnie dzisiaj wstałeś?

– Słoneczny ojcze, jeśli mnie kochasz, pozwól...

– Wiesz, że cię kocham – przerwał mu i ucałował serdecznie w czoło.

– Jeśli mnie naprawdę kochasz, pozwól mi chociażby przez jeden dzień powozić twoim słonecznym zaprzęgiem.

– Synu, nie na miarę człowieka jest twoje życzenie – powiedział Helios drżącym głosem.

– Udowodnię, że potrafię.

– Jesteś jeszcze za młody... Nawet bogowie nie odważyliby się prowadzić moich rumaków. Są dzikie, a droga trudna i zawiła. Niełatwo wspiąć się na strop niebios. Nie uda ci się poskromić ognistych koni. Najmniejsze zboczenie ze słonecznego toru spowoduje spalenie ziemi. Dlatego, wybacz mi, synu, ale nie mogę spełnić twego życzenia.

Faeton był zbyt młody, niedoświadczony, dlatego zlekceważył niebezpieczeństwo i ostrzeżenie ojca.

Następnego dnia, zanim jeszcze nastał świt, wsiadł na słoneczny rydwan, chwycił mocno lejce i szarpnął z całych sił. Dzikie rumaki zarżały, uderzyły kopytami, aż iskry posypały się jak w kuźni Hefajstosa. Wnet poczuły ręce niedoświadczonego młodzieńca i  zaczęły pędzić z wiatrem jak szalone, słonecznymi skrzydłami dotykały chmur, gwiazd.

Faeton wołał z zachwytu:

– Cudowny świat! Wio, słoneczne rumaki! Wyżej, dalej! Wyżej! Niech mój ojciec zobaczy, że potrafię... Dalej, wyżej!...

Konie pędziły na oślep, wspinały się w bezgraniczne przestworza, wzbijały w górę, to znów mknęły ku ziemi. Pędziły jak szalone, rozpryskując iskry, płomienie. Wnet ogień ogarnął wszechświat, ziemię... Płonęły lasy, osady ludzkie, parowały wody. Faeton stracił panowanie nad zaprzęgiem. Krzyczał przerażony. Wtedy Zeus, żeby ocalić świat od ognistego kataklizmu, ugodził oszalałego woźnicę piorunem. Zwęglony Faeton spadł z wozu do rzeki Erydan, konie uwolniły się z zaprzęgu, a słoneczny rydwan rozbił się na kawałki.

Ciało Faetona wydobyły z rzeki jego siostry Heliady i okryły pięknie haftowanym całunem. Haftów tych pozazdrościła nawet Atena, która tamtędy przechodziła. I postanowiła odwiedzić mistrzynię przędziwa – Arachne. Zastała ją przy krosnach.

– Piękne jest twoje przędziwo – powiedziała Atena, która uprzednio zamieniła się w staruszkę.

Arachne podniosła głowę i dumnie powiedziała:

– Jestem najlepszą prządką na ziemi.

– Jesteś dobra, ale znam też inne zdolne prządki. Ja również umiem prząść.

– Tak pięknie jak ja? Nie wierzę.

– Zbyt dumna i pewna siebie jesteś, Arachne.

– Bo znam wartość swojej pracy. Popatrz na moje rękodzieła. Nie mają sobie równych.

– A może ja spróbuję?

– Proszę bardzo. I tak moje desenie będą ładniejsze.

Atena szybko wykonała swoją makatę. Obraz składał się z dwóch scen. Na pierwszej człowiek podnosił ręce, żeby zerwać soczyste owoce: czerwone jabłka i granaty, żółte gruszki i figi. Na drugiej ten sam człowiek pochylał się, by ugasić pragnienie.

– Co to ma przedstawiać? Kto to jest? – zapytała Arachne.

– To Tantal, który nigdy nie nasyci swego głodu, ani nie ugasi swego pragnienia. Kiedy chce sięgnąć po owoce, gałęzie podnoszą się w górę. A gdy pochyla się, by zaczerpnąć wody, ta odpływa.

– Za co on tak cierpi? – zapytała Arachne.

– Za to, że zabił swego jedynego syna Pelopsa i sporządził z jego ciała pieczeń dla bogów.

– I co, poznali jego podstęp? A może przekonał się, że i bogowie są omylni...

Atena nie zdążyła odpowiedzieć, kiedy Arachne rzekła:

– Teraz moja kolej.

I zaczęła energicznie tkać scenę próżnujących na Olimpie bogów. Gdy tkała postać Ateny, staruszka przemieniła się w boginię i rzekła:

– Ostrzegałam cię. Też poniesiesz karę jak Tantal. Próżność cię zaślepiła.

I lekkim dotknięciem zamieniła ją w obrzydliwego pająka.

Gdy Atena wyszła z chaty Arachne, spotkała Mojry (boginki przeznaczenia: Kloto, Lachezis, Atropos).

– Dokąd wam tak spieszno? – zapytała.

– Do Etolii, gdzie w Kalidonie Altea urodziła pierworodnego syna, Meleagra.

– A jakie macie dla niego przepowiednie?

– Ja niosę mu w darze urodę poranka – rzekła pierwsza.

– A ja – szybko dodała druga – siłę najdzielniejszego wojownika.

Trzecia milczała. Po chwili odezwała się:

– Żałuję, że będę musiała przerwać mu nić żywota, gdy dopali się cedrowe polano w ognisku jego domu.

To rzekłszy, trzy Mojry zniknęły, by wkrótce znaleźć się nad kołyską Meleagra. Mówiły jakieś zaklęcia, śpiewały, klaskały w dłonie.

W tym czasie do pokoju weszła Altea. Przeraziła się obecnością Mojr. Chciała krzyknąć, gdy Kloto podniosła palec do ust.

– Cicho – szepnęła. – Sen jest młodszym bratem śmierci.

– Co znaczą te słowa? – zapytała przerażona Altea.

– Kiedy cedrowe polano spali się doszczętnie w ogniu, Meleager przestanie żyć – odpowiedziała Atropos.

Altea spojrzała w kierunku kominka, potem na maleńkiego synka, który wił się w bólach, podnosił rączki, otwierał usta dla zaczerpnięcia powietrza. Wzięła Meleagra na ręce. Szybko jednak położyła go z powrotem do kołyski, podeszła do ognia, chwyciła płonącą cedrową głownię, zgasiła ją swoją szatą i schowała głęboko w okutej skrzyni. Ponownie wzięła syna na ręce, przytuliła do piersi i zapłakała.

Meleager został uratowany. Na jego cześć król Ineus złożył bogom dziękczynne ofiary. Dymy kadzidlane unosiły się wysoko, lud tańczył i śpiewał. Tylko ołtarz Artemidy stał pusty.

Bogini łowów i kniei, rozgniewana, postanowiła zemścić się. Za karę zesłała po latach ogromnego dzika, który pustoszył pola, niszczył zbiory, chaty, a nawet tratował ludzi.

Król Ineus zarządził wielkie łowy. W polowaniu na dzika kalidońskiego wzięło udział wielu sławnych bohaterów, m.in. Tezeusz, Jazon, Peleus, Kastor. Uczestniczył też Meleager, który w tym czasie był w kwiecie wieku. On właśnie wypłoszył dzika z gęstych kniei. Pierwsza trafiła go jednak Atalanta, dziewczyna silna, dzika, wykarmiona i wychowana w niedostępnych górach przez niedźwiedzicę, bowiem kiedy jeszcze była mała, została porzucona przez ojca jako niechciana córka.

Teraz, smukła i piękna, z kołczanem strzał zawieszonych na plecach, w sandałach, z włosami spiętymi w węzeł, z łukiem w ręku, stała naprzeciwko Meleagra, który prawie w tym samym czasie wypuścił strzałę. Dzik padł martwy. Rozpalono ognisko. Meleager z dziwnym drżeniem serca ściął głowę dzika, zdarł z niego skórę i powiedział do Atalanty:

– Do ciebie należą. Pierwsza trafiłaś.

– Razem go zabiliśmy.

– Weź je, żebyś pamiętała tę chwilę.

– Dziękuję. Nie zapomnę, że razem go trafiliśmy...

– Chwileczkę – zawołał wujek Meleagra. – Jak to tak można? Głowa i skóra muszą pozostać w Kalidonii. Razem trafiliście odyńca, ale ty jesteś mężczyzną. To wstyd uznać kobietę za zwyciężczynię.

– To nie żaden wstyd – powiedział Meleager. – Atalanta pierwsza trafiła i jej należą się trofea.

Podniósł się wrzask, spierano się długo. Do kłótni dołączył się drugi brat Altei, grożąc pobiciem Meleagra. Zaślepiony gniewem, dumą i uczuciem sympatii dla Atalanty Meleager rzucił się na wujów i pozabijał ich.

Gdy Altea dowiedziała się o śmierci swoich braci, wyrzekła się syna. Wzburzona otworzyła skrzynię stojącą w rogu pokoju, wyjęła spod ozdobnych szat osmalone polano cedrowego drzewa i rzuciła w płonące ognisko. Po czym, patrząc na krwawo płonącą głownię, zaczęła śmiać się histerycznie i płakać, wzięła miecz męża, który wisiał na ścianie, przebiła nim serce.

W tym samym czasie Meleager leżał na ścieżce, wił się z bólu, jęczał, aż skonał.

Po śmierci Meleagra Atalanta wróciła do swego ojca i choć przyrzekła, że do końca życia zostanie panną, jak jej ulubiona bogini i opiekunka Artemida, zalotnicy nie dawali jej spokoju. W końcu zgodziła się wyjść za mąż za tego, kto ją prześcignie w biegu. Kto natomiast przegra, zginie z jej ręki.

Po kilkunastu tragicznych próbach zdobycia jej znalazł się młodzieniec imieniem Hippomenes, który przechytrzył sławną i dziką Atalantę. W biegu upuścił złote jabłko. Potem drugie i trzecie. Atalanta zwalniała, żeby zbierać je z ziemi. W ten sposób przegrała i została żoną Hippomenesa. Ale w dalszym ciągu czciła Artemidę, a  nie eleuzyńską boginię urodzajów Demeter, która w gniewie ukarała Atalantę i Hippomenesa, zamieniając ich w parę lwów. Zdarzyło się to wówczas, kiedy zrozpaczona bogini szukała porwanej córki Persefony (Kory).

Ostatni raz widziały Persefonę nimfy, które razem z nią bawiły się na kwietnej łące w pobliżu morza. Z rumianków, dzikich bazylii i  kwiatów niesplitu plotły wianki. Najpiękniejszy zapach miał narcyz, kwiat o duszy pięknego myśliwego, w którym kochały się wszystkie nimfy łąk, drzew, źródeł i strumieni. On był jednak nieczuły na ich zaloty, śpiewy i pląsy. Kochał tylko siebie od dnia, kiedy pochylając się nad źródłem leśnym, by ugasić pragnienie, ujrzał własne odbicie. Zakochał się w sobie samym do nieprzytomności. Aż w końcu zmarł z głodu, tęsknoty i miłości.

Persefona zatrzymała się przy narcyzie. Podziwiała jego białe płatki zakończone płonącym szkarłatem. Pochyliła się i wydało jej się, że w złotych pręcikach kwiatowego kielicha dostrzegła jakby zamglone oczy myśliwego. Zerwała kwiat i nagle rozwarła się ziemia. Hades, władca podziemia, porwał Persefonę i zawiózł na rydwanie do swego królestwa cieni. Stało się to tak szybko, że nawet nimfy nie zauważyły porwania Persefony.

Na próżno zrozpaczona Demeter szukała po całej ziemi utraconej córki. Bez wytchnienia, snu i odpoczynku błądziła po równinach, górach, uroczyskach leśnych i morzach. W nocy zapalała pochodnię i wołała:

– Moja Persefono, gdzie jesteś?

Nie było żadnej odpowiedzi. W końcu zmęczona i bezradna stanęła u szczytu góry, gdzie na chwilę zatrzymał się rydwan Heliosa. Zapytała, szlochając:

– Heliosie wszystkowidzący, ty na pewno wiesz, gdzie znajduje się moja córka.

Helios wzruszony matczynym bólem odpowiedział:

– Żal mi ciebie, matko urodzajnych łanów i kwitnących sadów. Nie płacz już. Twoja córka została panią otchłani. Hades jest godnym jej mężem.

– Persefona, kiełek dnia, w podziemiu?

– Tak, i to za zgodą Zeusa...

Zrozpaczona i urażona Demeter opuściła na długo siedzibę bogów, rzuciła klątwę na ziemię i zamieszkała w Eleusis. Na próżno ludzie składali bogom hekatomby, ofiary z setki zwierząt. Na próżno Zeus posyłał do niej Hermesa. Nieubłagana Demeter okryła pola żałobą. Ziemia przestała więc rodzić, była pusta i smutna jak bogini w swym cierpieniu. Ludzie umierali z głodu. Dopiero gdy Zeus rozkazał bratu Hadesowi zwrócić porwaną Persefonę, Demeter zdjęła klątwę z  ziemi.

Władca piekieł spełnił polecenie Zeusa. Jednak rozstając się z Persefoną, podał jej czerwony, dojrzały owoc granatu.

Spotkanie matki z córką było bardzo wzruszające. Płacząc z radości, ściskały się serdecznie. Długo opowiadały o czasie spędzonym w  rozdzieleniu. Matka z rozrzewnieniem słuchała Persefony:

– Wielkie mroki panują w podziemiu: pustka i samotność królują. Nie ma tam żadnego śpiewu, żadnego światła. Z drzew rosną tylko topole, wierzby i granatowce. Te ostatnie dają takie właśnie granaty.

To mówiąc, pokazała owoc trzymany w dłoni.

Demeter, która wnet pojęła podstęp Hadesa, zapytała:

– Córko moja, chyba nie próbowałaś owocu?

– Zjadłam tylko trzy ziarenka.

– Nieszczęsna! Hades cię omamił. Jego granat ma moc magiczną. Kto go posmakuje, na zawsze związany będzie z królestwem podziemia.

– O, ja nieszczęsna! O, ja biedna! – szlochała Persefona w objęciach matki.

Odtąd Persefona trzy miesiące zimowe spędzała z mężem w podziemiach, a najpiękniejsze pory roku z matką. Radość Demeter była tak wielka jak wiosna, choć nie mniejsza była boleść przy każdym rozstaniu.

Wśród licznych opowieści Persefony znalazły się historie Syzyfa, Pelopsa i Orfeusza.

Syzyf, syn boga wiatrów Eolosa i Merope, był założycielem i władcą pięknego miasta Koryntu. Posiadał dużą flotę, która zmuszała przepływające przez Zatokę Koryncką statki do płacenia cła. Jego pałac znajdował się w gaju oliwno-cytrusowym na wzniesieniu zwanym Akrokoryntem. Fale morskie rozbijały się o tarasowe skały.

Syzyf