Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Dopełnienie bestsellerowego wywiadu rzeki z prof. Władysławem Bartoszewskim (ur. 1922). Odpowiadając na rozbudowane pytania Michała Komara, Profesor opowiada szerzej o kwestiach, którymi interesował się przez całe życie, m.in. o skomplikowanych stosunkach polsko-niemieckich i polsko-żydowskich. Komentuje doświadczenia osobiste, snuje refleksje na najważniejsze tematy, o odwadze, osądzaniu innych, przyjaźni, uczciwości czy ludzkiej przyzwoitości. Książka dokumentuje też dorobek Profesora jako dziennikarza, polityka i pedagoga. Na dodanej płycie CD znajdują się najbardziej niezwykłe, prywatne wyznania Władysława Bartoszewskiego.
[opis okładkowy]
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Miejska Biblioteka Publiczna w Mławie
Powiatowa Biblioteka Publiczna w Łowiczu
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 333
Rok wydania: 2008
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
WŁADYSŁAW BARTOSZEWSKIMICHAŁ KOMAR
...mimo wszystko
wywiadu rzeki księga druga
Świat Książki
Wydawca
Małgorzata Maruszkin
Redaktor prowadzący
Tomasz Jendryczko
Redakcja
Elżbieta Lewczuk
Wybor zdjęć
Mariusz Kubik
Indeks
Małgorzata Dehnel-Szyc
Redakcja techniczna
Lidia Lamparska
Korekta
Anna Sidorek
Copyright © by Władysław Bartoszewski & Michał Komar, 2008
Copyright © by Bertelsmann Media sp. z o.o., Warszawa 2008
Świat Książki
Warszawa 2008
Bertelsmann Media sp. z o.o.
ul. Rosoła 10, 02-786 Warszawa
Skład i łamanie
DK
Printed in EU
ISBN 978-83-247-0973-1
Nr 6264
To jest twój świat, innego mieć nie będziesz...
SKORO JESTEM MIĘDZY LUDŹMI. TO MUSZĘ WYPRACOWAĆ JAKĄŚ ZASADĘ WSPÓŁŻYCIA. WSPÓŁPRACY. ELEMENTARNEJ SOLIDARNOŚCI. NIE MA LUDZI „W OGÓLE”! KAŻDY Z NICH MA SWOJE DOŚWIADCZENIE. SWOJĄ PAMIĘĆ. SWÓJ LĘK I BÓL. WNIOSEK: SZUKAJ PŁASZCZYZN WSPÓŁDZIAŁANIA
Michał Komar: Podejmujemy rozmowę w lecie 2007 roku.
Kim pan jest?
Władysław Bartoszewski: Poważnie?
Poważnie.
Skończyłem osiemdziesiąt pięć lat. Jestem starym człowiekiem. Starym, to znaczy mocno doświadczonym przez historię mojego miasta, mojej ojczyzny, Europy, świata – i starającym się wysnuć z tego jakieś wnioski na przyszłość. A mniej poważnie, to powiedziałbym, że zaliczam się do kategorii dość aktywnych, ruchliwych staruszków, którzy mają życzliwy, nie zaś wątrobiany stosunek do ludzi i świata.
Dlaczego?
Dlaczego mam życzliwy stosunek do ludzi? Długo by opowiadać.
Byłbym wdzięczny...
No to spróbujmy. Od lata 1939 roku do lata 1989 roku, a więc przez pół wieku, żyłem w warunkach zmuszających do stawiania oporu. Byłem więźniem Auschwitz. Byłem żołnierzem konspiracji. Brałem udział w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie działałem w opozycji antykomunistycznej. W latach 1946–1954 byłem dwukrotnie więziony. Potem przez kilkanaście lat konspirowałem na własną rękę, współpracując z rozgłośnią polską Radia Wolna Europa. Sześćdziesiąte urodziny – w „stanie wojennym” w 1982 roku – obchodziłem w ośrodku internowania. To trudne doświadczenia. Ale proszę pamiętać, że ja się do nich nie garnąłem. Był jakiś stan obiektywny, niezależny od mojej woli, do którego należało rozumnie określić swój stosunek, nie tracąc przy tym – pod żadnym pozorem – szacunku do samego siebie. Tak wybrałem, więc taki jestem.
Co to znaczy – rozumnie?
Z zasady unikam ogólnikowych rozważań filozoficznych. Wolę konkrety. W czasie oblężenia Warszawy we wrześniu 1939 roku włączyłem się jako ochotnik do pracy służb sanitarnych. Straszna to sprawa dla siedemnastolatka wychowanego w czasach pokoju, nienawykłego do widoku krwi, nieludzkiego cierpienia, trupów. Nosiłem do szpitala ofiary bombardowań, często w trakcie nalotów. Czy zmniejszałem w ten sposób swoją szansę na przeżycie? Wiedziałem, że bomba nie wybiera. Rozumne więc było to, że mogłem komuś pomóc. I przezwyciężając lęk, pomagałem.
A teraz przykład z czasów późniejszych. Z więzienia zostałem zwolniony w sierpniu 1954 roku. Nadchodził czas „odwilży”. W marcu 1955 roku Zgromadzenie Sędziów Najwyższego Sądu Wojskowego uznało, że wyrok z 1952 skazujący mnie na osiem lat więzienia za szpiegostwo był bezprawny. Latem 1956 zacząłem publikować na łamach tygodnika „Stolica” cykl poświęcony dziejom najnowszym Warszawy „Z notatek kronikarza 1939–1944”, a w tygodniku „Świat” – „Kronikę wydarzeń Powstania Warszawskiego”. Byłem świadom, że nie będę mógł napisać wszystkiego. Tak, rezygnowałem z pewnych tematów czy analiz. Rozumne było to, że mogłem przekazać czytelnikom sporą część wiedzy o Powstaniu... Nie pełną, bo wyposażony w instrukcje cenzor do tego by nie dopuścił, ale sporą – i uczciwą. Do szuflady nie pisałem.
Dlaczego?
Bo do szuflad nie mam zaufania... Ale tak się złożyło, że w styczniu 1978 roku zostałem współzałożycielem Towarzystwa Kursów Naukowych, następnie zaś wykładowcą Uniwersytetu Latającego. To było forum, na którym mogłem mówić pełnym głosem o Polskim Państwie Podziemnym, Powstaniu... Czyli robiłem to, co pewien procent świadomych rodaków robił od Października 1956 roku: nie licząc na suwerenność wojskową i polityczną, starałem się w miarę skromnych możliwości przybliżać mój kraj do pełniejszej suwerenności duchowej.
Nie unikając przy tym kłopotów...
Kłopoty wliczałem w ryzyko przedsięwzięcia, tak jak inni jego uczestnicy.
Mam przed sobą notatkę z londyńskiego „Dziennika Polskiego i Dziennika Żołnierza” z 29 lutego 1980 roku:
„21 lutego odbyła się w Warszawie rozprawa rewizyjna wniesiona przez adwokata Jana Olszewskiego w głośnej sprawie Władysława Bartoszewskiego, skazanego przez Kolegium do spraw wykroczeń na 5 tysięcy złotych grzywny za to, że prowadził wykład z historii Polski w ramach Uniwersytetu Latającego Towarzystwa Kursów Naukowych. W roli świadków wystąpili członek Polskiej Akademii Nauk – profesor Jan Kielanowski i profesor Jerzy Jedlicki. Ten ostatni stwierdził, że on sam – a nie Bartoszewski – zorganizował wykład. Bartoszewski oświadczył, że chociaż nie on zwoływał to zebranie, to jednak prowadzenie wykładów z historii Polski uważa za swój społeczny obowiązek. Żadna kara go od tego nie powstrzyma i nie zastraszy i nadal będzie takie wykłady prowadził, gdy tylko zajdzie tego potrzeba.
Argumenty świadków nie wpłynęły na opinię orzekających, którzy mieli już wyraźne dyspozycje od swoich władz i od innych czynników i karę grzywny utrzymali w mocy w tej samej wysokości”.
No, widzi pan, coś za coś... W sumie opłacalne... Ale to nie koniec. Bo pół roku później wybuchł strajk w Stoczni im. Lenina. A jedną z konsekwencji zmian politycznych wynikających z porozumień gdańskich i powstania „Solidarności” było niewątpliwe osłabienie cenzury. Dzięki temu w 1981 roku III Program Polskiego Radia mógł nadać cykl moich sześćdziesięciu siedmiu audycji „Dni walczącej stolicy. Kronika Powstania Warszawskiego”, wysłuchany przez setki tysięcy odbiorców. Czyli znów krok dalej. Potem zaś przekazałem taśmy Radiu Wolna Europa, które emitowało „Dni walczącej stolicy...” od końca lipca do pierwszych dni października 1984 roku.
Czy działał pan wedle jakiegoś planu? Wiem, że to pytanie naiwne, ale nie sposób go nie zadać po przeczytaniu artykułu Twoja rola w pracy społeczno-politycznej opublikowanego przez pana w konspiracyjnej „Prawdzie Młodych” w listopadzie 1943 roku. Miał pan wtedy 21 lat.
„...Zwalczaj atomizację naszego społeczeństwa. Zrozum sam i wpajaj w innych przekonanie, że Polska to nie kilkadziesiąt milionów «sobiepanów», ale wielki Naród, mający wspólne cele i wspólne obowiązki wobec historii, że dolą i niedolą jesteśmy związani na śmierć i życie, że zbrodnią jest reagować na nieszczęście dopiero wtedy, gdy się samemu zostanie zagrożonym.
Zwalczaj fałszywe społecznictwo, manię wiecowania, dysput, rozszczepiania włosa na czworo, «liberum veto». Nie poddawaj się wilkom w owczej skórze: chorym psychicznie histerykom, «wodzom». Broń w życiu społecznym praw rozumu, z zasady bądź nieufny wobec wszelkich prądów antyintelektualnych, nie daj się porwać mętnym teoriom metafizycznym «madę (przeważnie) in Germany», w filozoficznej kuchni niemieckiej wypiekanym...
Bądź czynnikiem zgody, czynnikiem dobrze pojętego kompromisu. Całkowitej nieustępliwości, izolacjonizmu, niechęci do współpracy i porozumienia z przeciwnikiem nie uważaj za cnotę stałości. Dopatruj się w tym raczej ciasnoty umysłowej i zbadaj, czy nie kryje się tam na dnie zła wola. Ale nim tej pewności nie nabierzesz – nie rzucaj oskarżeń na wiatr, bo postąpisz niegodziwie, będziesz śmieszny i mały.
Dbaj o czystą atmosferę i o «fair play». Wzbudzaj u siebie i u innych obrzydzenie do podstępu dywersji, machiawelizmu i szantażu.
Pamiętaj, że jest piękną polską tradycją przed wszelkimi obradami, ważnymi decyzjami wzywać pomocy Ducha Świętego. Kultywuj tę tradycję. Jeśli nie możesz do tego skłonić zgromadzenia, mów chociaż sam w sobie: «Veni Creator Spiritus» – «Przyjdź Duchu Święty, przyjdź, oświeć mnie, żeby moje myśli, moje słowa, moje rany były z pożytkiem dla Ojczyzny. Zęby mojego sądu nie zaćmił gniew, zacietrzewienie, upór, prywata ani pycha».
...Nie potępiaj i nie gloryfikuj pochopnie ludzi. Staraj się wpływać, aby ośrodki dyspozycyjne dostawały się tylko ludziom rozumnym i uczciwym. Zdobywaj kwalifikacje polityczne i żądaj legitymowania się nimi od tych, którzy pragną czynnie działać. Pamiętaj, że co innego jest widzieć po chrześcijańsku w człowieku brata, a co innego powierzać mu bez zastanowienia ster ważnych spraw.
Pracuj nad wprowadzeniem do polityki zasad moralności: głoś, że nie tylko «racja stanu» decyduje o dopuszczalności czynu, że są jeszcze zasady etyczne. Tylko wtedy nabierze nasza historia prawdziwego rozmachu, gdy wyzbędziemy się przekonania, że małoduszna przebiegłość może zastąpić brak istotnych wartości, że blichtr i pozór pokryje jakoś coś niewypracowanego, nieprzemyślanego, niepełnego.
Bądź pionierem uczciwości i konsekwencji”.
Nawiasem mówiąc, tekst napisany sześćdziesiąt cztery lata temu, w czasie okupacji hitlerowskiej, jest boleśnie aktualny w wolnej Polsce 2007 roku...
Autorowi – przyjemnie, obywatelowi – gorzko... Mógłbym się dziś pocieszać swoim doświadczeniem i wiedzą historyczną, mógłbym powtarzać, że widziałem w życiu rzeczy i straszniejsze, i głupsze niż te, na które dziś patrzę. No, widziałem, no, przeżyłem, ale to wcale nie znaczy, że godzę się na powielanie idiotyzmów w mojej ojczyźnie... Ale pan pytał o plan. To nie jest właściwe słowo. U podstaw wszelkiego planowania leży przekonanie o wysokim prawdopodobieństwie osiągnięcia zamiaru. Budowniczy domu ma projekt, zebrane materiały, pieniądze, murarzy oraz – to ważne – pewność, że miejscu, które wybrał na budowę, nie grozi żaden kataklizm. Z życiem jest trochę inaczej. Niekiedy zupełnie inaczej.
W dzieciństwie chciał pan zostać geografem-podróżnikiem „na ile pozwoliłyby na to warunki materialne”.
Sny chłopca, który z lektur wysnuł marzenia o wielkiej przygodzie. Proszę pamiętać, że na ówczesnych mapach istniały jeszcze białe plamy. Kto mógł sobie wtedy wyobrazić, że nadejdzie czas, w którym satelity sfotografują każdy centymetr kwadratowy naszego globu? Przed maturą, a zdawałem ją w maju 1939 roku, rozważałem ewentualność wstąpienia do zakonu jezuitów. Poradził mi wtedy superior o. Edward Kosibowicz, bym najpierw poszedł do wojska, poznał życie, a po zwycięskiej wojnie z Hitlerem wrócił do niego... Wybuchła wojna, przeżyłem oblężenie Warszawy, przeżyłem Auschwitz... Opatrzność? Los? Ojciec Edward Kosibowicz został zamordowany przez oficera SS w drugim dniu Powstania Warszawskiego... Są takie kraje, w których planowanie kariery życiowej ma sens. Myślę, że dziś takim krajem jest też Polska, członek Unii Europejskiej i NATO... Ale moja młodość przypadła na inne czasy. Toteż nie mówmy o planie.
Artykuł napisany przeze mnie do „Prawdy Młodych” był spisem zasad, których – jak wtedy uważałem – trzeba się mocno trzymać, bo lepszych nie ma. Widzi pan, to jest tak: zdarza się, że normalny, porządny człowiek poddany przemocy, człowiek śmiertelnie zagrożony – zdaje się na swą inteligencję i zaczyna szukać jakiegoś ratującego go wariantu działania. Za nic w świecie nie chciałby o sobie pomyśleć, że zdradza wyznawane zasady. Za nic w świecie nie chciałby stracić do siebie szacunku. Porządny człowiek. Więc zaczyna myśleć o usprawiedliwiającym wariancie. Oprawca chce całą rękę? Nie, dumnie odmawiam! Dam mu tylko palec, a w zamian coś uratuję! A jeśli coś uratuję, to jestem usprawiedliwiony! I to jest właśnie wariant. Wielka pokusa, przed którą trzeba się bronić.
Może byłem za mało pomysłowy, za mało inteligentny, a może miałem w życiu szczęście – nie widziałem wariantów. Co nie znaczy, że w trudnych sytuacjach nie stosowałem forteli.
Czy pamięta pan okoliczności powstania tego tekstu?
Miałem dwadzieścia jeden lat. Działałem w katolickim Froncie Odrodzenia Polski. Działałem w Radzie Pomocy Żydom. Byłem zastępcą kierownika komórki więziennej oraz zastępcą kierownika referatu żydowskiego w Departamencie Spraw Wewnętrznych Delegatury Rządu RP na Kraj. Równocześnie pracowałem w Biurze Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej. Studiowałem polonistykę na tajnym Uniwersytecie Warszawskim. Usiłowałem uporać się z koszmarami po Auschwitz... Bo, widzi pan, dwudziestojednoletni Bartoszewski miał przed oczyma osiemnastoletniego Bartoszewskiego stojącego przez kilkadziesiąt godzin na apelu karnym w obozie oświęcimskim. Deszcz, głód, chłód, strach. Pięć tysięcy więźniów. Niektórzy tracą siłę. Padają. Nikt ich nie ratuje, bo gdyby ktoś się schylił, podał pomocną rękę, po chwili sam padłby pod razami pałek kapo. Ten apel 28 października opisał potem – na podstawie relacji – Jerzy Andrzejewski. Na moich oczach w ciągu niespełna dwóch dni zginęło ponad sto osób. Ale miałem też w pamięci chwile, kiedy ratowali mnie więźniowie, ludzie, których nie znałem... Gdyby nie oni, umarłbym 12 grudnia 1940 roku... Przeżyłem. Ale żebym mógł ogarnąć duchowo ciężar doświadczenia, które na mnie spadło, musiał upłynąć jakiś czas.
Latem 1942 roku odbyłem spowiedź u księdza Jana Ziei. Mówiłem już o tym w innych wywiadach, ale myślę, że to warto powtarzać. Otóż ksiądz Zieja uświadomił mi, że skoro przeżyłem i jestem na wolności, to mam nad innymi przewagę wiedzy o złu, a jednocześnie dana mi została możliwość bycia świadkiem prawdy. „Bóg chciał, żebyś przeżył, nie po to byś się nad sobą litował – mówił do mnie – ale żebyś upewnił się, że musi istnieć dobro. Są wokół nas ludzie cierpiący bardziej niż ty. Pomóż im. Otwórz oczy. Czy wiesz, co dzieje się w getcie?”. A właśnie wtedy, latem 1942 roku, rozpoczęła się likwidacja getta warszawskiego. Stąd w tekście, o którym mówimy, wzięły się słowa, że „zbrodnią jest reagować na nieszczęście dopiero wtedy, gdy się samemu zostanie zagrożonym”.
Po wielu, wielu latach przeczytałem wiersz niemieckiego pastora Martina Niemöllera, radykalnego narodowego konserwatysty, zrazu antysemity, zwolennika NSDAP, potem współtwórcy antynazistowskiego Kościoła Wyznającego, w latach 1937–1945 więźnia obozów koncentracyjnych w Sachsenhausen i Dachau, który doszedł – jak mi się zdaje – do podobnych wniosków:
Gdy nazi przyszli po komunistów, nie odezwałem się, bo nie byłem komunistą.
Potem przyszła kolej na Żydów, i znowu się nie odezwałem, bo nie byłem Żydem.
Potem przyszli po związkowców, i znowu się nie odezwałem – bo nie należałem do związków zawodowych.
Potem przyszli po katolików i nie protestowałem, bo byłem protestantem.
Wreszcie przyszli po mnie – i nie było już nikogo, kto wstawiłby się za mną.
(Ais die Nazis die Kommunisten holten, habe ich geschwiegen;
ich war ja kein Kommunist...)
Jak pan się czuł z takim doświadczeniem i z taką wiedzą wśród rówieśników, studentów tajnego uniwersytetu?
Inteligentni, utalentowani młodzi ludzie, od których byłem starszy o całe życie... Nie mogli zrozumieć moich lęków. Nie byli w stanie. To zresztą nie jest wyłącznie sprawa wieku. Przecież o tym, co widziałem w obozie, nie mówiłem nawet rodzicom.
W środowiskach konspiracyjnych, w których działałem, byłem najmłodszy. A w gruncie rzeczy tak było i wcześniej. W wyniku decyzji mojej matki nie chodziłem do szkoły powszechnej. Uczyli mnie korepetytorzy. W 1930 roku zdałem egzamin do Gimnazjum Katolickiego im. św. Stanisława Kostki i rozpocząłem naukę w klasie, w której większość uczniów była starsza ode mnie o rok lub dwa lata. Taka różnica nie odgrywa żadnej roli, gdy ma się lat czterdzieści lub pięćdziesiąt. Inaczej, gdy idzie o nastolatków. Jako najmłodszy w klasie, na dodatek słabszy fizycznie, musiałem stanąć do „walki o przetrwanie”. Musiałem udowodnić samemu sobie i kolegom, że – najprościej – jestem kimś, czyniąc to w sposób otwarty i przyjazny.
Podciągał się pan.
Zaciekle.
No i tak się złożyło, że gdy koledzy najchętniej sięgali po Koziołka Matołka czy Awantury i wybryki małej małpki Fiki-Miki, ja czytywałem Żeromskiego i laureatów Nagrody Nobla. To nie znaczy, że nie zaglądałem do książeczek Makuszyńskiego. Zaglądałem. Ale wybiegałem daleko przed program szkolny. Nie będąc prymusem, należałem do intelektualnej czołówki klasowej, co zostało zauważone przez nauczycieli. Rozmawiali ze mną, traktowali życzliwie. A mnie to naprawdę imponowało, bo byli światli i mądrzy. Większość z nich nie przeżyła okupacji. A z jednym z nich, matematykiem Witoldem Sosnowskim, ciągnąłem walec drogowy w Auschwitz.
Moją działalność w konspiracji poprzedziła długa rozmowa z Frankiem, starszym ode mnie o dobrych parę lat, uważnym, doświadczonym. Wtedy nie wiedziałem, że Franek to Jan Kozielewski, czyli Jan Karski – pracownik przedwojennego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, oficer rezerwy, emisariusz z Londynu pracujący wówczas w Biurze Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej. Potem spotkanie z panią Weroniką – Zofią Kossak i współpraca z nią we Froncie Odrodzenia Polski i Radzie Pomocy Żydom. Zofia Kossak, wybitna pisarka katolicka, autorka między innymi Krzyżowców i Bez oręża, liczyła sobie wtedy pięćdziesiąt cztery lata. Współtwórczyni „Żegoty”, Wanda Krahelska-Filipowicz, brała udział w 1906 roku w zamachu na generała-gubernatora Skałona. To była dla mnie historia! Wiceprzewodniczący „Żegoty”, Leon Feiner, działacz Bundu, człowiek wielkich zasług i cnót miał – gdy go poznałem – ponad pięćdziesiąt lat. W Armii Krajowej moją przysięgę przyjmował „Piotr” – Eugeniusz Czarnowski, przed wojną działacz Klubów Demokratycznych, organizator konspiracji w 1939 roku, potem – jeden z Szesnastu, starszy ode mnie o osiemnaście lat. Bogna Domańska z domu Górska, kierowniczka sekretariatów komórki więziennej i referatu żydowskiego w Departamecie Spraw Wewnętrznych Delegatury Rządu – o lat dziewiętnaście. Mój bezpośredni przełożony w Referacie P-5 Wydziału „P” BIP (był to wydział badający postawy polityczne społeczeństwa metodami „białego wywiadu”), dr Kazimierz Ostrowski, działał przed wojną w Związku Polskiej Młodzieży Demokratycznej i pracował jako adwokat. Pod koniec 1944 roku moim przełożonym w „Biuletynie Informacyjnym” był profesor Kazimierz Kumaniecki, znakomity filolog klasyczny. Byłoby rzeczą dziwną, gdybym przy takich ludziach nie stawiał sobie wysokich wymagań. Oni zaś odpłacali mi przyjaznym uznaniem.
Mistrzowie?
Tak to niekiedy nazywam. Mistrzowie, którzy umieli docenić mój wysiłek. W ich pochwałach znajdowałem potwierdzenie słuszności mojego wyboru. Próżność? Przecież nie naśladowałem św. Franciszka z Asyżu, nie wyrzekłem się wszystkiego dla miłości Boga. Uważałem Go za dobrego, miłosiernego, opiekuńczego Pana ludzi, ale nie byłem na tyle Mu oddany, żeby zrezygnować z prostych satysfakcji, zadowolenia, dumy.
Ciekawe, że w podobnej sytuacji znalazłem się w więzieniu. Owszem, byli tam chłopcy młodsi ode mnie, którzy ukończywszy szkołę powszechną, dziś mówi się – szkołę podstawową, motywowani uczciwie, szlachetnie, potem wpadli w młyny wojny, podziemia i różne w związku z tym opresje. Był młodszy ode mnie o sześć lat Janusz Krasiński, który po Powstaniu przeszedł przez niemieckie obozy koncentracyjne, wrócił do kraju, został aresztowany i skazany na piętnaście lat więzienia. Ale większość mego codziennego towarzystwa składała się z przedwojennych urzędników, adwokatów, nauczycieli, oficerów, działaczy stronnictw politycznych od Polskiej Partii Socjalistycznej przez piłsudczyków, ludowców, konserwatystów, endeków aż po Obóz Narodowo-Radykalny. Pełny wachlarz! Był pułkownik Wacław Kostek-Biernacki, legionista, peowiak, który odegrał niedobrą rolę w sprawie brzeskiej w 1930 roku, potem zaś kierował organizacją i nadzorem obozu w Berezie Kartuskiej. Był pułkownik Jan Zientarski, dowódca samodzielnego okręgu Radom-Kielce Armii Krajowej. Siedziałem z Władysławem Tarnawskim, profesorem Uniwersytetu Jana Kazimierza i Uniwersytetu Jagiellońskiego, znakomitym anglistą, tłumaczem Szekspira, i z księdzem Janem Stępniem, przez czas jakiś prezesem podziemnego Stronnictwa Narodowego, który po wyjściu z więzień dziwną koleją rzeczy został bez zgody kardynała Wyszyńskiego rektorem Akademii Teologicznej w Warszawie. Siedziałem z adwokatami Witoldem Bayerem, Witoldem Lis-Olszewskim, Julianem Sendkiem, Kazimierzem Glińskim, działaczami prawicy... Wszyscy starsi ode mnie, godni uwagi i szacunku towarzysze niedoli, choć nie wszystkich nazwałbym mistrzami.
I znów się pan podciągał?
W inny sposób.
A dokładniej?
Pierwszy raz zamknęli mnie 15 listopada 1946 roku. Przez przypadek znalazłem się w „kociołku” zastawionym przez Urząd Bezpieczeństwa. Przewieziono mnie do aresztu na Koszykowej, potem osadzono w więzieniu na ul. Rakowieckiej. Wyszedłem stamtąd w kwietniu 1948 roku. Wróciłem na studia, zacząłem pisać recenzje dla „Czytelnika”, potem dla „Nowych Książek”. Po raz wtóry aresztowano mnie 14 grudnia 1949 roku. Rozprawa sądowa odbyła się w więzieniu wiosną 1952 roku. Świadkiem oskarżenia była kobieta związana z wywiadem czy też kontrwywiadem AK, która uparcie twierdziła, że działałem w jej siatce wywiadowczej w Delegaturze Sił Zbrojnych na Kraj. Kłamała. Zostałem skazany za „szpiegostwo” na osiem lat więzienia, bez zaliczenia poprzedniej odsiadki. To nie był bardzo duży wyrok. Siedziałem z ludźmi skazanymi na śmierć, dożywocie, piętnaście lat... Ale artykuł, z którego zostałem osądzony, wykluczał skrócenie kary. I wtedy powiedziałem sobie tak: to jest twój świat, innego mieć nie będziesz przez długie lata, a skoro tak...
A skoro tak?
Proszę pamiętać, że wiedziałem więcej niż moi sąsiedzi z cel, dowódcy oddziałów partyzanckich, uczestnicy akcji dywersyjnych czy działacze polityczni. Znałem metody gestapo, a nie było powodu, by sądzić, że w UB będzie lepiej. Może inaczej? Byłem wolny od grzechu naiwności. Wyzbyłem się go, działając w „Żegocie”, bo pomoc udzielana skazanym na zagładę Żydom wiązała się ze znacznym ryzykiem trafienia na donosiciela, „szmalcownika” czy konfidenta gestapo... Miałem sporą wiedzę o zachowaniach ludzi poddawanych okrutnym przesłuchaniom. Od jesieni 1942 roku pracowałem przecież w tak zwanej komórce więziennej, a więc w kontrwywiadzie więziennym Departamentu Spraw Wewnętrznych Delegatury Rządu. Przez moje ręce przechodziły dziesiątki meldunków z więzień i grypsów. Moim zadaniem była analiza tych dokumentów. Bezstronna, dociekliwa analiza. A nie było łatwo pojąć, jak udręczony jest człowiek, którego sprawą się zajmuję, jak bardzo chciałby uwolnić się od bólu, od strachu, i co w związku z tym zrobi... I co my powinniśmy zrobić. Poznałem przypadki bezgranicznego heroizmu... Moja najbliższa, najserdeczniejsza koleżanka i sąsiadka – mieszkaliśmy tuż obok – Hanka Czaki została aresztowana 5 stycznia 1944 roku z mikrofilmami przygotowanymi do wysyłki. Przypadek czy zdrada? Do dziś nie wiem. Niczego nie można wykluczyć. Była kierowniczką sekretariatu majora Jerzego Makowieckiego, szefa Wydziału Informacji BIP Komendy Głównej AK. Słaba fizycznie, zagrożona gruźlicą. Przewieziono ją do siedziby gestapo. Biło ją czterech mężczyzn. Nie powiedziała ani słowa. Dzień później przetransportowano ją na noszach do Pawiaka. Tam nawiązała z nią kontakt strażniczka więzienna działająca w naszej komórce. Hanka informowała, że trzeba natychmiast opróżnić skrytkę podłogową w jej mieszkaniu, bo są tam materiały obciążające szereg osób. Wziąłem udział w tej operacji. Dowiedziawszy się, że skrytka została zlikwidowana, Hanka zaznała uspokojenia. Zadanie zostało wykonane. Była świadoma, że jej szanse przeżycia są znikome. Niczego z niej nie wydobyli. Stracono ją 11 lutego 1944 roku. Ale zdarzały się i inne przypadki. Ludzie są różni i różne bywają okoliczności...
Tak więc wolny od grzechu naiwności – byłem świadom, że stałem się przedmiotem zainteresowania wroga, ze wszystkimi tego niebezpiecznymi konsekwencjami. Powiedziałem więc sobie: to jest twój świat, innego mieć nie będziesz, a skoro tak, to musisz w nim przetrwać, nie czyniąc niczego, co obrzydziłoby ci samego siebie. Takie jest zadanie nadrzędne. Z niego zaś wynikają wnioski praktyczne.
Jakie?
Pierwszy: zbadaj, w jakim środowisku się znalazłeś! Zadanie trudne, przypominające zabawę w ciuciubabkę. Byliśmy skutecznie odcięci od świata zewnętrznego. Informacje o wydarzeniach politycznych czy militarnych decydujących o kondycji bloku sowieckiego docierały ze znacznym opóźnieniem albo wcale. Nie wiedzieliśmy przez dłuższy czas o wojnie koreańskiej, a przecież ten konflikt, geograficznie odległy, przekładał się wprost na praktykę PZPR, nie wiedzieliśmy o nowych „czystkach” dokonujących się w partiach komunistycznych, nie wiedzieliśmy o „sprawie lekarzy”, o faktach mających pośredni lub bezpośredni wpływ na postawę naszych prześladowców. Tak więc pomocną wiedzę ogólną trzeba było składać ze strzępów... Wiedziałem, to oczywiste, że przesłuchujący mnie oficer UB czy prokurator jest moim wrogiem. Ale taki podział na prześladowców i prześladowanych nie był wystarczający. I tu wniosek drugi – zawierający się w pytaniu: czy wiem, kim jest człowiek śpiący na sąsiedniej pryczy? Na ile mogę mu wierzyć?
Siedziałem nie z abstraktami, lecz z żywymi ludźmi różniącymi się wszystkim: poziomem moralnym, obyczajami, wykształceniem, poglądami politycznymi. Zbrodniarze hitlerowscy i ich pomocnicy, „polityczni” i zawodowi kryminaliści, a też i tacy, którzy wskutek obrotu okupacyjnych losów uwikłali się w przestępstwa, uwikłali się, a może zostali uwikłani – nie mnie sądzić. Jedni byli zrównoważeni, inni – zdesperowani, jeszcze inni na pograniczu choroby psychicznej lub pogrążeni w szaleństwie. Zdrowy rozsądek i doświadczenie podpowiadały, że każdy z nich może być świadomym lub nieświadomym informatorem władz więziennych.
Nie ufał im pan?
Całkowity brak zaufania kojarzy mi się do dziś z manią prześladowczą. To groźne schorzenie duszy, szkodliwe w każdych warunkach, zarówno w więzieniu jak i na wolności. Znałem ludzi, którzy podejrzliwość uczynili fundamentem swego działania. Uważałem, że taka postawa ułatwia manipulacje UB, a potem SB! Obsesyjna nieufność, łatwość miotania oskarżeń, skłonność do plotkowania są zarzewiem konfliktu, a przecież UB zależało na wzniecaniu antagonizmów między nami, zgodnie z zasadą „dziel i rządź”. Oni chcieli nas sprowadzić do poziomu istot odgrywających role w darwinowskim teatrze. Po dziesiątkach lat od tamtych wydarzeń czytam moje „teczki” z Instytutu Pamięci Narodowej... Miałem rację! A przyznam, że wcale mnie to nie cieszy, bo podatnymi na tego rodzaju prowokacje i perfidne działania inspirujące aparatu bezpieczeństwa okazywali się niekiedy ludzie znacznych zasług z czasów okupacji...
Mój wybór był inny. Skoro jestem między ludźmi, to muszę wypracować jakąś zasadę współżycia, współpracy, elementarnej solidarności. Nie ma ludzi „w ogóle”! Każdy z nich ma swoje doświadczenie, swoją pamięć, swój lęk i ból. Wniosek: szukaj płaszczyzn współdziałania i – gdy to możliwe – współdziałaj, nie ufaj zaś, gdy to konieczne!
Tą zasadą kierowałem się też, chyba z dobrymi rezultatami, w „półwolności” po 1956 roku, w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, współpracując konspiracyjnie z Radiem Wolna Europa, a jednocześnie działając legalnie w Pen Clubie, a także w wolnej Polsce, gdy przyszło mi kierować ambasadą RP w Austrii, potem zaś Ministerstwem Spraw Zagranicznych.
Jakie wymagania stawiał pan samemu sobie?
Współdziałanie – to już mówiłem. I samokontrola... Stawianie zadań. Składanie sobie sprawozdań okresowych. Czy popełniłem jakiś błąd w rozmowie z X czy Y? Przestrzeń celi zachęca do mówienia... To naturalna chęć wygadania się. O swoich przygodach, zasługach i sukcesach. O tym, kogo się zna i kogo się podziwia lub nienawidzi. Często znika w tych rozmowach granica intymności. A przecież wystarczy jedno nieostrożne słowo, ba! niekiedy wystarczy pozornie niewinna aluzja dotycząca kontaktów, przyjaźni... W śledztwie po pierwszym aresztowaniu, a więc w latach 1946–1948, wypytywano mnie o Kazimierza Ostrowskiego. Nie mogłem zaprzeczyć, że go znam. Wiedzieli, że był moim przełożonym w Wydziale Informacji BIP Komendy Głównej AK. Też trudno zaprzeczyć. A co więcej? Odpowiadałem, że mało o nim wiem, bo przecież warunki konspiracji nie zachęcają do wylewności. Widać moja odpowiedź im nie wystarczyła, bo do pytań o Ostrowskiego powracali wielokrotnie, przy rozmaitych okazjach. Dobrze, że nie mieli wariografu... Nie trzeba było wielkiego wysiłku, by się dowiedzieć, że Kazimierz Ostrowski, syn przedwojennego wiceprezydenta Krakowa, bratanek artysty rzeźbiarza Stanisława Ostrowskiego, przed wojną działacz Związku Polskiej Młodzieży Demokratycznej, adwokat, który bronił między innymi komunistów, ścigany przez gestapo współtwórca konspiracyjnego Związku Odbudowy Rzeczypospolitej, oficer Komendy Głównej AK obecnie staje w sądach wojskowych jako obrońca ludzi z podziemia i jest człowiekiem zaufania Kurii krakowskiej. Łakomy kąsek dla bezpieki, która nigdy nie doszła, że po upadku Powstania Ostrowski działał w „Nic”. Wiedziałem, jak w „Nie” był usytuowany i co robił. A przynależność do organizacji, której celem była walka o niepodległość po zajęciu terytorium Polski przez Armię Czerwoną, zapewne zaprowadziłaby go do więzienia. Znałem dobrze jego rodzinę, szeroki krąg jego przyjaciół, znajomych. Wiedziałem, że muszę go chronić. On był przekonany, że będę milczał. Ja uważałem, że ma pełne prawo do tego przekonania.
Słyszałem, że czas uwięzienia nazywa pan „okresem szkolenia wewnątrzzakładowego”...
Tak sobie niekiedy żartuję. Zostałem nauczony i czegoś się nauczyłem. Zostałem nauczony, że wszystko jest możliwe. Nauczyłem się zaś, że jest tylko jedna miara wartości człowieka.
Co to znaczy?
Że wszystko jest możliwe? Już wyjaśniam. W latach 1949–1952, a może dokładniej do wiosny 1953 roku, terror stalinowski osiągał apogeum. Aresztowania, procesy, egzekucje. To miało bezpośrednie przełożenie na czujność naszych nadzorców, funkcjonariuszy UB i strażników więziennych. Byliśmy całkowicie odcięci od tego, co dzieje się za murami. Wiedzieliśmy natomiast o egzekucjach wykonywanych tuż obok. A jeśli przyjdą po nas? Nie mogą przyjść! A niby dlaczego nie? W takich warunkach wyobraźnia zaczyna pracować ze zdwojoną siłą. Każę gorączkowo rozpatrywać wszystkie możliwe warianty rozwoju sytuacji, ale cóż tu można rozpatrywać, jeśli brakuje wiedzy pewnej, opartej na faktach? Trzeba zdać się na instynkt, intuicję – i nie przywiązywać się do dokonanych wcześniej ustaleń. Patrząc z perspektywy 1952 roku, nie mogłem przypuszczać, że dwa lata później będę robił, jako zecer w więziennej drukarni, korekty nowych instrukcji MBP, w których zakazywano stosowania przemocy fizycznej w stosunku do więźniów. A patrząc z perspektywy moich urodzin, w 1954 roku nie mogłem przypuszczać, że za pół roku wyjdę z więzienia. Na odwrót. Zdecydowana większość pracujących w drukarni miała wyroki od piętnastu lat do dożywocia. To zrozumiałe, bo wykonywaliśmy dokumenty ścisłego zarachowania, tajne instrukcje. Takich ludzi nie wypuszcza się na wolność! Coś jednak trzeba robić. Wraz z szefem więźniów w drukarni, znanym poznańskim księgarzem Franciszkiem Zyndą i moim przyjacielem Franciszkiem Stemlerem z Departamentu Spraw Wewnętrznych Delegatury Rządu postanowiliśmy opanować drukarnię. Nie mówię o oporze czynnym, bo o takim nie ma mowy w warunkach więziennych, ale o przejęciu rządu dusz, tak jak to robili więźniowie polityczni w Dachau czy Buchenwaldzie. Ale konfidenci nie próżnowali... Dwadzieścia siedem lat później, w 1980 roku, jeden z tych donosicieli pojawił się w kręgu Andrzeja Micewskiego, który za zgodą prymasa przystąpił do organizowania pisma Solidarności Wiejskiej. Ostrzegłem.
Miał pan stuprocentową pewność?
Ostrzegłem.
Bo wszystko jest możliwe?
Jego donosy zachowały się w dokumentacji Oddziału Specjalnego, która dziś spoczywa w IPN... No właśnie, mówmy o mierze wartości człowieka. Z góry uprzedzam, że to nie jest odkrywcze, ale ponieważ zostało poddane weryfikacji trwającej kilkadziesiąt lat i okazało się dla mnie ważne, więc warto powtórzyć. Nie pochodzenie narodowe czy społeczne, nie poglądy polityczne, nie wyznawana religia czy ideologia świadczą o ludzkiej przyzwoitości. O przyzwoitości świadczy to, że człowiek za nic w świecie nie przyłoży ręki do krzywdy bliźniego i będzie starał się mu pomóc w takiej mierze, w jakiej pozwalają na to okoliczności. Bycie przyzwoitym nie zawsze jest opłacalne. Warto być przyzwoitym!
Z taką wiedzą wyszedłem z więzienia. Czy bez niej, czy bez poprzedzających ją doświadczeń, byłbym kimś lepszym? Nie wiem. Byłbym inny. Może lepszy, może gorszy, kto wie?
Jest natomiast pewne, że starałem się trzymać tych zasad przez następne dziesięciolecia, pisząc książki i artykuły, pracując w „Tygodniku Powszechnym”, dostarczając informacje rozgłośni polskiej Radia Wolna Europa, kierowanej przez Jana Nowaka-Jeziorańskiego i Tadeusza Żenczykowskiego, których znałem z Powstania.
W październiku 1970 roku, po trwającej ponad dobę rewizji w moim domu, prokuratura postawiła mi zarzut kierowania siatką wywiadowczą Wolnej Europy na Polskę. Dziś wiem, że oskarżenie zostało zbudowane na raportach tajnego współpracownika działającego w kręgu mego przyjaciela, mecenasa Witolda Lisa-Olszewskiego. Do tego dołożono zeznania pani E.D., osoby uczciwej i zasłużonej, oraz pewnego młodego naukowca, który dał się podejść agentowi celnemu i naiwnie otworzył przed nim duszę.
Wykładałem na KUL, działałem w Pen Clubie, w Towarzystwie Kursów Naukowych, Polskim Porozumieniu Niepodległościowym. Wybuchła „Solidarność”, potem ogłoszono „stan wojenny”. Zostałem internowany. Po zwolnieniu otrzymałem zaproszenie do Wissenschaftskolleg zu Berlin – Institute for Advanced Study. W 1983 roku Ministerstwo Nauki i Oświaty Bawarii powołało mnie na stanowisko profesora na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Ludwiga-Maksymiliana w Monachium. Potem wróciłem na rok do KUL, by po zakończeniu roku akademickiego 1984/85 definitywnie rozstać się z tą uczelnią. Na zaproszenie rektora Nicolausa von Lobkowitza przyjąłem profesurę gościnną na uniwersytecie w Eichstätt, jedynym w Niemczech uniwersytecie katolickim. W latach akademickich 1986–1988 znów pracowałem na uniwersytecie monachijskim. Od wiosny 1988 roku do jesieni 1989 roku wykładałem na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu w Augsburgu. Obrady Okrągłego Stołu obserwowałem z oddalenia. Jesienią 1989 roku roku objąłem profesurę w Instytucie Nauki o Mediach na Uniwersytecie Ludwiga-Maksymilliana. Na Wielkanoc 1990 roku przyjechałem do Polski, by spotkać się z przyjaciółmi – Janem Józefem Lipskim, Jerzym Turowiczem, Krzysztofem Kozłowskim. Za radą żony odwiedziłem premiera Tadeusza Mazowieckiego, który popijając herbatę powiedział mi, tak jakby mimochodem, że mam objąć ambasadę Rzeczypospolitej w Wiedniu. Wróciłem do Monachium, gdzie prowadziłem zajęcia ze studentami w semestrze letnim, do 31 lipca, następnego zaś dnia pojechałem do Wiednia.
Miał pan wówczas...
Sześćdziesiąt osiem lat... Parę miesięcy do formalnego uzyskania uniwersyteckich uprawnień emerytalnych w Niemczech... Ale co tu myśleć o emeryturze! Mogę zrobić coś dobrego dla Polski. Poczułem niebywały przypływ energii. Gdyby ktoś wywróżył mi taki zwrot losu pięć, dziesięć, piętnaście lat wcześniej, tobym popatrzył nań jak na wariata. Pięć lat później otrzymałem propozycję objęcia MSZ...
Był pan zaskoczony?
Przejęty. I przyjemnie zdziwiony. W czasie urlopu w St. Gilgen koło Salzburga rozmawiałem o tym z Helmutem Kohlem, który zdziwiony nie był: – No cóż, Adenauer też miał siedemdziesiąt trzy lata, kiedy zaczynał. Odpowiadam: – Ale to był Adenauer! A Kohl: – A ty jesteś Bartoszewski!...
Wiosną 1995 roku prezydent Lech Wałęsa powołał mnie na stanowisko ministra spraw zagranicznych. Do dymisji podałem się 21 listopada tegoż roku, wraz z zakończeniem kadencji prezydenckiej 22 grudnia. W wyborach do Senatu RP we wrześniu 1997 roku otrzymałem w okręgu wyborczym Warszawa czterysta siedemdziesiąt tysięcy głosów. W 2000 roku objąłem stanowisko ministra spraw zagranicznych w rządzie Jerzego Buzka. Miałem swój udział w korzystnym usytuowaniu Polski w postanowieniach traktatu nicejskiego i w umiejscowieniu Rzeczypospolitej w strukturach NATO. Dlatego uważam, że życie w ostatniej fazie – nie przesądzając jak długiej – szczodrze mnie nagrodziło. Może to rodzaj zadośćuczynienia za liczne trudności, które przyszło mi pokonywać w latach poprzednich? W każdym razie czas, nazywany przez niektórych okresem III Rzeczypospolitej, przyniósł mi wiele satysfakcji osobistych i obywatelskich. A że moje spojrzenie na ten okres nie jest pozbawione także krytycyzmu... Tylko człowiek niedoważony może uważać, że on sam i jego kraj uzyskają pełnię szczęścia, bo tak by się chciało...
Pan wciąż biegnie...
Taki jestem.
Skąd pan czerpie siłę?
Skąd czerpię siłę? Może stąd, że okupacja, obóz, więzienia nie sprzyjały wyładowaniu młodzieńczej energii. Gdybym był frontowym żołnierzem... Gdybym, gdybym... Powiedziałbym, że pierwsze trzydzieści cztery lata życia spędziłem na półobrotach, choć moi przełożeni i przyjaciele z konspiracji uważali, że te półobroty były wielce energiczne... Kiedyś wydawało mi się, że robię tyle, ile można. Dziś uważam, że w wielu sprawach mogłem zrobić więcej.
Nie wiem. Nie wiem, dlaczego doznaję wyróżnienia łaski Bożej... Pytany przez czytelników, jak się mam, odpowiadam, że mam się dobrze – moi wrogowie na nic lepszego nie zasłużyli. To żart, ale nie tylko żart. Zbieg okoliczności, los, opatrzność, wola Boża – zależy, jak kto ocenia – ja to wiążę z wolą Bożą, bo przecież nie jest to przeciw niej – dały mi w podeszłym wieku możność działania i przeżywania satysfakcji przekraczających oczekiwania. Każdy to lubi. Tylko obłudnik powie, że nie lubi mieć satysfakcji.
Bo niby dlaczego miałbym unikać zadowolenia z dobrze wykonanych zadań? A jaki jest sprawdzian dobra? Odzew moich przyjaciół, współpracowników, uczniów, czytelników, słuchaczy... To z pewnością jedno ze źródeł energii.
Pewien lekarz, młody, mógłby być moim synem, powiedział mi w trakcie badań, że widzi we mnie fenomen genetyczny. Nie wiem, czy ten pan doktor był znawcą genetyki, jakie miał doświadczenie i czy należy pochopnie zgodzić się z jego diagnozą. No, ale miło usłyszeć... Każdy woli być genetycznie mocny, bo z taką świadomością unika się wielu kłopotów w życiu.
Nie wiem, jaki pisany jest mi ciąg dalszy, ale wiem, że póki starczy mi świadomości mózgowej, która szumnie nazywa się intelektualną, będę działał. Piórem, głosem, wzrokiem, gestem. Będę pisał i wykładał, a że w moim wieku nie mogę regularnie pracować na uczelni, będę zwracał się do tych, którzy chcą czuć się współwychowywanymi i przyjmować trafiające im do przekonania racje. Będę robił to, co robiłem dotychczas, marząc, wzdychając do sił nadprzyrodzonych, bym mógł paść w biegu. Być czynnym do końca, spłacać dług, ogromny dług, bo długie życie z pewnością nie jest zasługą żyjącego. Pytany – odpowiadam: długie życie może być także winą, i to poważną, jeśli żyje się głupio.
Praca, praca, praca...
Z CZASEM, GDY PAŃSTWO POLSKIE ZACZĘŁO SIĘ WYBIJAĆ NA NIEPODLEGŁOŚĆ, UZNAŁEM, ŻE JAKO BYŁY FUNKCJONARIUSZ PAŃSTWA PODZIEMNEGO JESTEM ZOBOWIĄZANY DO STOSOWNYCH DZIAŁAŃ. MAMY PAŃSTWO SUWERENNE. DEMOKRATYCZNE – I NARAŻONE NA ROZMAITE NIEBEZPIECZEŃSTWA.
Co pan teraz robi?
Jestem od 1990 roku przewodniczącym Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej, od 2001 przewodniczę Radzie Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa oraz Radzie Powierniczej Zamku Królewskiego w Warszawie. Jestem prezesem Polskiego Pen Clubu. Jestem też członkiem Rady Kuratorów Zakładu Narodowego im. Ossolińskich. W 2006 roku zrezygnowałem z przewodniczenia Radzie Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. Do maja 2007 byłem formalnie sekretarzem Kapituły Orderu Orła Białego, choć praktycznie tym nieobciążony od grudnia 2005 roku, bo zebrań Kapituły nie było. Uczestniczę jako ekspert i konsultant w różnego rodzaju gremiach. Piszę. Wykładam.
To pracochłonne?
Owszem.
Ale pan nie narzeka?
Ja naprawdę mam życzliwy stosunek do świata. Żona zarzuca mi niekiedy nadmierny optymizm, bo lekceważę sytuacje trapiące, dokuczliwe, macham ręką, przechodzę mimo – mając w pamięci to, co przeżyłem. Wtedy żona złości się troszkę i mówi, że nie można wszystkiego porównywać z obozem oświęcimskim, bo w ten sposób usprawiedliwiam różne współczesne idiotyzmy i podłości. Żona ma rację, ale tak to już jest...
Nigdy się pan nie zniechęca?
Nie umiem. Nie chcę.
A ataki na pana? Ten list kilku osób z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego kwestionujący przyznanie panu przez biskupa Essen nagrody im. Heinricha Braunsa w 1996 roku, albo ostatnio elukubracje jakiejś recenzentki śledczej, która jęła dowodzić, że Bartoszewski plącze się w zeznaniach, bo raz mówi, że maturę pisał z języka polskiego, a innym razem z niemieckiego, czyli, że coś tu podejrzanego...?
Ta pani nie wie, że humanistyczny egzamin maturalny przed wojną polegał na pisaniu prac z dwóch przedmiotów. Z języka polskiego wybrałem temat „Idea miłości ojczyzny w poezji Adama Mickiewicza” (potem okazało się, że to samo pisał Lem), z języka niemieckiego zająłem się komedią Lessinga Minna von Barnhelm, opowiadającą o losach ludzi szlachetnych, a z ustnego egzaminu z polskiego zostałem zwolniony, bo miałem ocenę celującą... A co do innych ataków? Ze zajadłe? W Koszalinie umieszczono mnie na afiszu zawierającym listę Żydów, których trzeba wygnać z Polski, pewien senator napisał, że z Auschwitz zwolniło mnie gestapo, abym pracował dla Niemców. Podłe? Podle! Pocieszam się myślą, że jeśli Bóg dopuścił, aby wśród dwunastu apostołów był Judasz, czyli osiem procent tego grona, to widocznie i wśród współczesnych może być osiem procent łajdaków.
Nie kusi pana myśl o odpoczynku?
Jestem sprawny do pracy i obrony!
Kiedy młodzi ludzie zdobywali odznakę „Sprawny do pracy i obrony”, pan siedział w więzieniu.
Żart, który sobie powtarzam od czasu do czasu...
Czy pan jest państwowcem?
A wie pan, że dopiero ostatnio przyszło mi to do głowy. Gdyby ktoś mnie tak zapytał przed wojną, tobym pewnie nie zrozumiał, o co idzie, bo dla mnie suwerenna Rzeczpospolita była czymś oczywistym. Moim miejscem naturalnym... no, na poziomie odruchu bezwarunkowego... W czasie drugiej wojny światowej zacząłem być państwowcem, bo tak jak wszyscy świadomi obywatele chciałem odbudowy suwerennego państwa polskiego, bez względu na to, czy będą nim rządzić narodowcy, ludowcy, socjaldemokraci czy piłsudczycy. Polskę Ludową uważałem za rodzaj mniej suwerennego Królestwa Kongresowego, a więc za twór satelicki, ale z niszami swobód kulturalnych, naukowych, oświatowych. Zakładałem, że jeśli ciśnienie z moskiewskiej centrali nie będzie zbyt wielkie, to trzeba te nisze porządnie zagospodarowywać dla utwierdzenia podmiotowości moich współobywateli. PRL nie była państwem suwerennym, ale też nie była częścią Związku Sowieckiego jak Litwa, Łotwa i Estonia... O tych różnicach trzeba pamiętać. Z czasem natomiast, gdy państwo polskie zaczęło się wybijać na niepodległość i suwerenność, a był to proces, który obejmuje i 4 czerwca 1989 roku, i utworzenie rządu Tadeusza Mazowieckiego, i pierwsze naprawdę wolne wybory, i wycofanie Armii Czerwonej z naszego terytorium, uznałem, że jako były funkcjonariusz państwa podziemnego jestem zobowiązany do stosownych działań. Mamy państwo naprawdę suwerenne, demokratyczne – i narażone na rozmaite niebezpieczeństwa. Powinienem im przeciwdziałać w miarę moich możliwości. A proszę pamiętać, że byłem po siedmioletnim, aktywnym pobycie w Europie Zachodniej. Jako mieszkaniec wielkiego Monachium, średniego Augsburga i maleńkiego
Eichstatt obserwowałem działanie struktur samorządowych i partii politycznych na rozmaitych poziomach. Uczyłem się praktykowania demokracji, a to nie jest nauka łatwa i dająca gwarancje sukcesu. Z perspektywy ambasady w Wiedniu wydawało się, że siły postkomunistyczne nie znajdą poważnego poparcia wśród polskich wyborców. Tak się jednak stało w wyborach w 1993 roku. Dla mnie dotkliwy cios. Byłem, co prawda, ambasadorem Lecha Wałęsy, ale zarazem musiałem odtąd reprezentować rząd, z którym trudno mi się było identyfikować – który wszakże został wyłoniony w wyniku legalnych, uczciwych wyborów. Reprezentowałem więc państwo jako lojalny jego przedstawiciel, nie rezygnując ze swych poglądów ideowych. Ten fakt był postrzegany przez moich zachodnich rozmówców jako dowód przyswojenia przez Polskę zasad demokracji.
Co panem kieruje? Poczucie misji?
To nie jest właściwe słowo.
Służba?
Bliżej. Powiedzmy, że to zadanie życiowe, które wybiega poza czynności czysto zawodowe. Zadanie, które wymaga stałej świadomości tego, co się robi. Wymaga samokontroli, dyscypliny, pamięci o kierunku działania. Służba? Najpierw wymuszona przez okoliczności ode mnie niezależne, wojnę, okupację. A potem? Szukałem sposobu życia. Wybrałem zasady, od których ani nie umiem się uwolnić, ani nie chcę. To taka prosta linia w losie pełnym nagłych zwrotów i zmian.
Od sześćdziesiątego ósmego do osiemdziesiątego roku życia zajmowałem się polityką zagraniczną Rzeczypospolitej jako ambasador, przewodniczący senackiej Komisji Spraw Zagranicznych i Integracji Europejskiej, dwakroć jako minister, a to jest służba publiczna absorbująca bez reszty, od rana do nocy, gdy trzeba i w nocy, w ciągłych podróżach. W październiku 2001 roku podałem się do dymisji wraz z rządem Jerzego Buzka, stając się przełożonym samego siebie, bardzo wymagającym, niekiedy bezlitosnym. Byłem gotów do działania, okazało się zaś, że moja gotowość spotyka się z zainteresowaniem, z odzewem. Zaproszenia na odczyty, wykłady, seminaria w kraju i za granicą. Praca społeczna w Międzynarodowej Radzie Oświęcimskiej i w innych instytucjach, o których wspomniałem. Wstaję, myję się, jem śniadanie i sprawdzam w notatniku, jakie zadania mam dziś wykonać. Jest ich dużo, a w gruncie rzeczy wszystkie związane są z jedną sprawą: pamięcią o przeszłości i myślą o zobowiązaniach, jakie z niej wynikają czy też powinny wynikać na przyszłość. I wychodzę do pracy.
I tak pan dobiegł do osiemdziesiątych piątych urodzin, których uroczyste obchody trwały, jeśli dobrze liczę, pół roku.
Pięć miesięcy. Zaczęli te obchody moi przyjaciele z Krakowa, z „Tygodnika Powszechnego”, w którym pracowałem od 1957 roku do listopada 2007 roku, z Klubu Inteligencji Katolickiej i z Wyższej Szkoły Europejskiej im. księdza Józefa Tischnera. „Tygodnik Powszechny” wydał poświęcony mi dodatek wraz z filmem Bartoszewski w reżyserii Jerzego Ridana i Jerzego Kowyni, zaś w auli Wyższej Szkoły Europejskiej odbyła się debata „Być Polakiem, być Europejczykiem”, w której głos zabrali arcybiskup Józef Życiński, Wiesław Chrzanowski, ksiądz Adam Boniecki. W auli panował tłok. Mnóstwo młodzieży. Bardzo to było przejmujące. Bo Kraków. Bo moi starzy przyjaciele. Bo młodzież.
Na zakończenie debaty usłyszałem pańskie słowa:
„Na różnych spotkaniach ludzie często przekręcali tytuł mojej książki Warto być przyzwoitym, mówiąc: «Pan twierdzi, że opłaca się być przyzwoitym, a to nieprawda». Otóż ja nigdy nie twierdziłem, że być przyzwoitym się opłaca. Często się w ogóle nie opłaca, ale warto, a to słowo ma zupełnie inny rodowód. «Opłacalność» pochodzi od płacy, «warto» – od wartości. A to nie musi się z sobą pokrywać. Czy opłaca się długa piesza wędrówka z plecakiem? Wcale. Ale może warto, może to miłe, może pozostawia urocze wrażenie, może kojarzy z sobą grupę koleżanek i kolegów... Pomiędzy «warto» a «opłaca się» może ziać przepaść. Nie musi, lecz może. Nie ma natomiast teorii, która by dowodziła, że warto być nieprzyzwoitym, i nie ma takiej praktyki, żeby stary człowiek mówił
