Tytuł dostępny bezpłatnie w ofercie wypożyczalni Depozytu Bibliotecznego.
Autobiograficzna opowieść o egzotycznej przygodzie, wielkiej miłości i smaku życia z dala od cywilizacji. Autorka od dzieciństwa chciała odbyć podróż do Afryki, ale w ojczystych Niemczech zakochała się i urodziła dzieci. Szukając zapomnienia po nagłej śmierci męża, wyjechała do Kenii, gdzie mieszka już dwadzieścia lat. Poznała tam wojownika z plemienia Samburu, zakochała się i osiadła z nim na odludnej i dzikiej północy kraju.
Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego.
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.
Książka dostępna w zasobach:
Książnica Stargardzka
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 504
Rok wydania: 2008
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
... jako dziecko marzyłam o tym, żeby zostać misjonarką w Kongo.
I tak pod koniec lat osiemdziesiątych wybrałam się z dziećmi do Afryki, lecz nie do wymarzonego Konga, bo tam było zbyt niebezpiecznie, ale do bardziej przyjaznej Kenii.
W niej zrodziło się nowe marzenie, które stało się rzeczywistością: zdobyłam serce pięknego wojownika z plemienia Samburu, zostałam jego żoną i do dziś żyję razem z nim w odludnej i dość dzikiej północnej części Kenii.
Wiedziemy szczęśliwe życie, które - choć pełne wyrzeczeń i niebezpieczeństw, podporządkowane nieokiełznanej naturze, obcym tradycjom i mistyce – nigdy nie stanie się monotonne. Życie, które jest miłością i przygodą.
Christina Hachfeld-Tapukai
Miłość lwicy
Z niemieckiego przełożyłaElżbieta Ptaszyńska-Sadowska
Tytuł oryginałuMIT DER LIEBE EINER LÖWIN
Redaktor prowadzącyMonika Koch
RedakcjaBeata Kołodziejska
Redakcja technicznaMałgorzata Juźwik
Korekta
Jadwiga Przeczek
Olimpia Sieradzka
Copyright © 2004 by Verlagsgruppe Lübbe GmbH & Co. KG, Bergisch GladbachCopyright © for the Polish translation by Bertelsmann Media sp. z o.o., Warszawa 2008
Świat KsiążkiWarszawa 2008Bertelsmann Media sp. z o.o.2-786 Warszawa, ul. Rosoła 10
SkładAkces, Warszawa
Druk i oprawaGGP Media GmbH, Pössneck
ISBN 978-83-247-0794-2
Nr 6086
Afryka pojawiała się w moich marzeniach już bardzo wcześnie, głównie za sprawą zdjęć i relacji poświęconych misjom w czasopismach, które prenumerowali moi rodzice. Nic więc dziwnego, że jako dziecko marzyłam o tym, żeby zostać misjonarką w Kongo.
Marzenia przebrzmiały wyparte przez rzeczywistość – szkołę, studia, pracę i szczęśliwe małżeństwo, z którego na świat przyszło dwóch wspaniałych synów. Po wczesnej i nagłej śmierci mojego męża sny dzieciństwa nagle powróciły, najpierw nieśmiało, potem z coraz większą gwałtownością, domagając się spełnienia.
I tak pod koniec lat osiemdziesiątych wybrałam się z dziećmi do Afryki, lecz nie do wymarzonego Konga, bo tam było zbyt niebezpiecznie, ale do bardziej przyjaznej Kenii.
Tam zrodziło się nowe marzenie, które stało się rzeczywistością: zdobyłam serce pięknego wojownika z plemienia Samburu, zostałam jego żoną i do dziś żyję razem z nim w odludnej i dość dzikiej północnej części Kenii, z dala od cywilizacji.
Wiedziemy szczęśliwe życie, które choć pełne wyrzeczeń i niebezpieczeństw, podporządkowane nieokiełznanej naturze, obcym tradycjom i mistyce, nigdy nie stanie się monotonne. Zycie, które jest miłością i często przygodą.
Odświętnymi przerwami w mojej obecnej egzystencji są podróże do Niemiec. Odbywam je po to, aby spotkać się z rodziną i przyjaciółmi, a przede wszystkim z ukochanymi synami. Miłe urozmaicenie przynoszą także tygodnie, podczas których muzykuję w pięknych hotelach na wybrzeżu w okolicach Mombasy. Zarobione w ten sposób pieniądze pozwalają nam przeżyć długie okresy suszy, kiedy zapasy żywności kurczą się niemal do zera.
Mimo wyrzeczenia się wielu przyjemności jest to piękne, warte doświadczenia życie – spełniony sen.
Siedzę pod akacją przed naszą niewielką chatą z bali, niedaleko Maralal w prowincji Samburu, w północnej części kenijskiego płaskowyżu. Po raz pierwszy od dłuższego czasu znowu jestem syta, a moje myśli szybują daleko wstecz – do czasu, gdy wszystko się zaczęło.
Jeszcze raz przeżywam te emocjonujące, piękne i niekiedy groźne przygody. Wspominam godziny szczęścia i cierpienia, myślę o spotkaniach z wyjątkowymi ludźmi i o niezwykłych zdarzeniach, które zaważyły na moim dalszym życiu.
Moja historia zrodziła się z nieokreślonej tęsknoty za miłością, spełnieniem i harmonią, jaka drzemie w każdym z nas, a także z pytania o to, jaka jestem naprawdę.
Tęsknota potrafi zawieść nas nierzadko na osobliwe ścieżki, którymi podążamy, chcąc nie chcąc, lub całkiem świadomie, jeśli mamy dość odwagi.
Moja tęsknota za podróżami do Afryki przybrała egzotyczną postać i pozwoliła mi znaleźć odpowiedź na pytanie, jaka jestem. Przerodziła się w historię wielkiej miłości, intrygującą i daleką od powszedniości. Rozpoczęła się w Kenii pod koniec lat osiemdziesiątych i trwa do dzisiaj.
Jej początek był taki, jak wielu innych urlopowych wypraw: wybrałam się w podróż, uległam fascynacji nieznanym miejscem, odległym krajem, poznałam mężczyznę...
Ale tylko do tej chwili ta historia nie różni się od mnóstwa innych. Potem staje się wyjątkowa. Chcę ją opowiedzieć, ponieważ wiem, że dzięki niej mogę skorygować wiele fałszywych osądów. Ponadto bardzo ważna jest dla mnie wola i umiejętność rozumienia kultur oraz ludzi. Zwłaszcza teraz, gdy coraz większej wagi nabiera problem wspólnego egzystowania narodów w pokoju. Przecież z natury wszyscy jesteśmy jednakowi i równi, nawet jeśli różnimy się kolorem skóry, językiem, poglądami, religią czy warunkami życia. Media i środki transportu przybliżają dziś do siebie nawet najbardziej oddalone zakątki świata i ich mieszkańców. W tym powinniśmy dostrzec szansę na budowę trwałych więzi między narodami, z którymi dzielimy naszą planetę. Wszak nikt nas nie pytał, gdzie chcemy przyjść na świat.
Wielkość człowieka polega – jak myślę – na wzajemnej akceptacji, szacunku i tolerancji.
W wieczornym słońcu czerwono lśni
ciepła ziemia Samburu.
Wzgórza Karisia rysują się niebieskim łukiem
pod sklepieniem żółtego nieba.
Stąpam lekko po mojej drodze,
mijam zebry i żyrafy.
Nim zaczną śpiewać cykady,
wrócę do domu, do ciebie i naszych zwierząt.
Przede mną znowu rozpościera się morze. Siedzę na murku przy plaży należącej do hotelu Neptun Beach i przypominam sobie ważniejsze etapy mojej podróży z Lekaitikiem w głąb kraju. Zaczęła się ciekawie i obiecująco, a zakończyła rozczarowaniem za sprawą wywołanego przeze mnie zwrotu w naszych relacjach.
Ponownemu spotkaniu z drogim mi kenijskim przyjacielem towarzyszyło wiele nadziei i oczekiwań – gdyby się spełniły, zostałabym z nim. Lekaitik dużo dla mnie znaczył.
Poznaliśmy się podczas mojej pierwszej podróży do Kenii, w którą wybrałam się z synami po nagłej śmierci męża. Spotkałam go, dumnego wojownika plemienia Samburu z dalekiej północy, na wieczorze folklorystycznym w Watamu nad Oceanem Indyjskim. Sprzedawał wyroby rękodzielnicze swojego regionu. Moi synowie nie mogli oderwać oczu od niewielkiego noża w skórzanej pochwie bogato zdobionej drobnymi koralikami. Nawet nie zauważyliśmy, gdy zwyczajowa wymiana zdań między sprzedającym a kupującym przekształciła się w dłuższą rozmowę.
Ta pierwsza konfrontacja z całkowicie obcą kulturą wywołała we mnie absolutną fascynację. Najpierw wymieniliśmy się informacjami i adresami, a już niebawem byliśmy sobą prawdziwie oczarowani, mimo że porozumiewanie się po angielsku sprawiało Lekaitikowi spore trudności.
Po powrocie do Niemiec wiele czasu poświęciłam poznawaniu Kenii, zaczęłam nawet uczyć się suahili. Chciałam tam pojechać ponownie, i to wyłącznie z powodu egzotycznego wojownika.
Zaproszona przez Lekaitika, dwa razy odwiedziłam jego rodzinną wioskę położoną romantycznie w dzikiej górskiej okolicy. Wybrałam się tam bez synów, którym ta wyprawa w nieznane wydawała się zbyt ryzykowna.
Tymczasem teraz, w czasie trzeciej wizyty, Lekaitik wyznał mi, że zamierza się ożenić z kobietą z plemienia Samburu, a potem także ze mną, biorąc mnie jako drugą żonę. Powiedział, że jego rodzina i narzeczona wyrazili już na to zgodę, co przepełniało go wielkim szczęściem.
Byłam zbyt zaskoczona, aby zareagować rozsądnie. Tego rodzaju oczekiwanie zdecydowanie przerastało granice mojej tolerancji. Wprawdzie zamierzałam porozmawiać z nim o naszych relacjach, ale nawet w najśmielszych snach nie domyśliłabym się, że chce przeznaczyć mnie na swoją drugą żonę. Wiedziałam, że uznaje mnie za przyjaciółkę, ja zaś nie raz zastanawiałam się nad tym, czy nie byłabym gotowa być dla niego nawet kimś więcej.
Cała sytuacja nagle uległa zmianie, gdy dowiedziałam się, że istnieje już jedna narzeczona. Chociaż zdawałam sobie sprawę, że wybór Lekaitika i otwarte przyznanie się do mnie to wielkie wyróżnienie, czułam się bardzo dotknięta.
Próbowałam wziąć sobie do serca wyjaśnienia Simona, najlepszego przyjaciela Lekaitika, który mówił po angielsku i często pośredniczył między nami. Wciąż jednak dochodziłam do wniosku, że nie umiałabym świadomie dzielić się mężczyzną z inną kobietą. Z całą pewnością nie chciałam być żoną numer dwa. Nie umiałabym funkcjonować w małżeństwie we troje, bo było to sprzeczne z moim chrześcijańsko-konserwatywnym wychowaniem, a także z zakorzenionym wyobrażeniem moralności, prawa i niesprawiedliwości, które jednak jakiś czas potem – choć wtedy wydawało się to niemożliwe – odrzuciłam bez wahania.
Simon zadawał sobie wiele trudu, aby podważyć mój europejski sposób myślenia. Udało mu się jedynie wprawić mnie w zakłopotanie.
Lecz dzięki jego wyjaśnieniom zdołałam przynajmniej zrozumieć motywy postępowania Lekaitika. Chciał ożenić się z kobietą Samburu, którą przeznaczyła mu rada starszych, mająca rozstrzygający głos w każdej wiosce tego plemienia, aby rozwiązać problem opieki dla swojej rodziny. Lekaitik nie miał już ojca i ciążył na nim obowiązek troszczenia się o czwórkę młodszego rodzeństwa i chorowitą matkę. Tymczasem jako wojownikowi nie uchodziło mu zajmować się codziennymi sprawami domowymi. Powinności te miała przejąć jego przyszła żona.
Obcej i białej kobiecie prawdopodobnie nikt – poza Lekaitikiem – nie ufał na tyle, aby powierzyć jej tego rodzaju obowiązki. Poza tym wtedy zadanie to z całą pewnością przerastało moje możliwości.
Przypomniałam sobie pełną szczęścia twarz Lekaitika sprzed kilku dni i z trudem wydukane przez niego słowa: „Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham”, gdy na targu w Maralal kupiłam mu młodego byka w piaskowym kolorze. Był to ślubny i zarazem pożegnalny prezent ode mnie. Właśnie w ten sposób żegnałam się z pięknym czasem, w którym moje serce tłukło się między Afryką i Europą, kiedy po raz pierwszy od śmierci męża znowu zaczęłam snuć plany, dopuszczać zmiany we własnym życiu, a nawet świadomie je wprowadzać i znajdować odwagę, aby wstępować na nowe nieznane ścieżki.
Nie żałuję czasu spędzonego z Lekaitikiem. Dzięki niemu zyskałam wrażliwość na sprawy innych narodów, ciekawość innych kultur i zrozumienie dla nich.
Od chwili spotkania tego pięknego wojownika Samburu czułam się tak, jakbym wzniosła się z głębokiej ciemnej doliny na zalaną światłem wyżynę. Już nie byłam wdową pogrążoną w żałobie, lecz kobietą zbyt młodą, aby żyć w samotności i nie marzyć o przygodach, których chciałam zaznać, oraz o krajach, które pragnęłam zobaczyć.
Jedno wiedziałam na pewno, najzwyczajniej to czułam – moje dalsze życie będzie związane z Afryką.
Byłam nią zauroczona w sposób trudny do wyjaśnienia. Mogę serce płonęło nieustannym ogniem dla tego pełnego tajemnic kontynentu, a wszystkie myśli i uczucia poddały się jego czarowi, od którego nie umiałam się uwolnić.
Wiele osób odwiedzających Afrykę nie potrafi oprzeć się przymusowi ciągłego powracania tu lub wręcz pozostania na stałe. Jest coś niezwykłego w tej sile, jaka miota człowiekiem i nie daje mu spokoju, dopóki jego stopy ponownie nie dotkną Czarnego Lądu.
Co zmusza nas do tych nieuchronnych powrotów? Czy jest to nieokiełznana pierwotność tamtejszej natury, tęsknota za przygodą i wolnością, czy może pragnienie przybliżenia się do tego, co nieznane?
Afryka kryje w sobie jakąś głęboką tajemnicę. Jest w niej coś, czego brak innym lądom. Kluczem do tej zagadki wydaje się ona sama.
Może w tym fenomenie nie chodzi o nic innego, jak tylko o poszukiwanie genezy wszelkiego istnienia, o nieuchronne przybliżanie się do początków ludzkości, powrót do miejsca, gdzie zaczęło bić ludzkie serce. A może o odkrycie raju, w którym tyle uległo zatraceniu – ale nie raju obfitości, lecz czystości, nieskazitelności.
Byłam przekonana, że Afryka ma w sobie coś niepowtarzalnego, ma czarowną moc możliwą do wykrycia tylko przez ludzi wrażliwych. To kontynent cudowny w dosłownym znaczeniu!
Czułam się źle, że musiałam zrezygnować z Lekaitika. Pomyślałam o marzeniach, jakie snułam, gdy jego listy pisane ręką Simona rozjaśniały mi w Niemczech szare zimowe niebo. Za każdym razem wśród tych słów w podnieceniu szukałam sformułowań, które dawały mi nadzieję.
Mimo tej trudnej sytuacji bardzo chciałam, abyśmy pozostali przyjaciółmi. Powiedziałam mu to.
– Pakiteng – odparł, potakując głową.
Znaczenie tego słowa poznałam jednak dopiero dużo, dużo później.
W weekend spodziewałam się moich synów, którzy chcieli spędzić ze mną wakacje w Kenii. Przed południem usiadłam w cieniu w hotelowym ogrodzie, żeby zaplanować atrakcje na czas ich pobytu.
Gdy tuż obok mnie rozległ się rowerowy dzwonek, aż podskoczyłam na fotelu. Jeden z pracowników obsługi hotelowej trzymał w górze drewnianą tabliczkę z cyfrą wypisaną białą kredą i dzwonił bez przerwy, aby zwrócić uwagę gości. Dopiero po chwili zorientowałam się, że cyfra na tabliczce to numer mojego pokoju.
– Come to the reception, please – poprosił, kiedy podeszłam.
Zdziwiona podążyłam za nim. Czyżby chodziło o moich synów? Nie przyjadą, spóźnią się czy może będą wcześniej?
– Your husband is waiting – poinformowała mnie młoda kobieta w recepcji.
Mąż? Jaki mąż? Przecież nie mam męża. Może to Lekaitik? Z niedowierzaniem popatrzyłam na Afrykankę o wymyślnej fryzurze z tysiąca warkoczyków, ona zaś ruchem głowy wskazała na drzwi wejściowe.
Dopiero wtedy go dostrzegłam.
Lpetati stał niemal w teatralnej pozie przy wejściu, między dwiema drewnianymi figurami Masajów naturalnej wielkości. Tak samo wysoki, tak samo czarny i tak samo pełen godności jak one – tyle że żywy i oszałamiająco piękny: postawny, o długich nogach, z nagim torsem i o uwodzicielsko gładkiej, aksamitnie brązowej skórze. Na wąskich biodrach miał przewiązane bawełniane chusty, czerwoną i jasnoniebieską. Szyję, czoło, uszy i kończyny zdobiły kolorowe skórzane bransoletki, sznury koralików i wisiorki.
Na policzkach i szyi widniały namalowane wzory w kolorze ochry. Sztucznie przedłużone aż do talii włosy były ufarbowane na rudo i opadały na plecy w niezliczonych cieniutko poskręcanych kosmykach. Co to był za widok!
Tego pięknego wojownika Samburu o imieniu Lpetati spotkałam kilka razy już wcześniej – należał przecież do otoczenia Lekaitika. Raz czy dwa nawet z nim rozmawiałam. Poza imponującym wyglądem, zwrócił moją uwagę także swym wyjątkowo pogodnym usposobieniem. Byłam jednak zbyt skupiona na Lekaitiku, aby zajmować się innymi mężczyznami. Lecz w tamtej chwili widok Lpetatiego odebrał mi mowę, oczarował i spowodował szybsze bicie serca. Po prostu nie byłam w stanie zachowywać się swobodnie.
Po kilku chwilach wzmagających wzajemny niepokój, podczas których również on lustrował mnie z góry na dół, przemówił.
– Chciałbym z tobą porozmawiać, jeśli to możliwe – powiedział w suahili, uśmiechając się nieznacznie, niemal z zawstydzeniem.
Skinęłam głową z aprobatą. Powoli przeszliśmy przez duży parking przed hotelem w stronę olbrzymiego bambusa i zatrzymaliśmy się w jego cieniu. W rabatkach różowych kwiatów szalały trzy śliczne czarne kotki.
Co takiego mógł mieć ze mną do omówienia Lpetati, że aż musiał przyjść do hotelu i podać się za mojego męża?
Spojrzałam na niego pytająco:
– Husband?
Roześmiał się, ukazując zdrowe, niezwykle białe zęby.
– A co miałem powiedzieć? Chciałem z tobą koniecznie porozmawiać i pomyślałem sobie, że jeśli przedstawię się jako twój mąż, to mnie nie odprawią.
Jeden z kotów zaczął ogryzać moje sandały, wzięłam go więc na ręce.
– Paka ndogo ni nzuri sana, ten mały kotek jest bardzo ładny – stwierdził Lpetati, głaszcząc go po czarnym grzbiecie.
Jego twarz była blisko mojej, a gdy nasze palce spotkały się wśród sierści mruczącego zwierzęcia, ostrożnie położył swoją dłoń na mojej i lekko ją ścisnął.
– Właśnie dlatego przyszedłem.
Serce zaczęło mi nagle bić mocniej, zaschło mi w gardle. Czułam, jak jego chłodne palce delikatnie przesuwają się po moich. Nie cofnęłam dłoni, ponieważ chciałam, aby to piękne uczucie, które mnie nagle ogarnęło, trwało dłużej. Byłam bardzo podniecona i bezradna.
Lpetati przyglądał mi się wnikliwie. Ścisnął moją dłoń jeszcze mocniej, a potem puścił.
– Lekaitik mówił ci pewnie przed waszą podróżą do Maralal, że zamierza się ożenić. Dla nas, Samburu, to nic nadzwyczajnego, kiedy mężczyzna ma dwie albo trzy żony, ale wazungu, biali, tego nie rozumieją.
Kot ziewnął, a Lpetati znowu pogłaskał mnie po ręce. Jego dotyk był zimny i zarazem osobliwie palący, sprawiał mi coraz większą przyjemność.
Nad naszymi głowami kilka kotów skoczyło na palmy w sąsiednim ogrodzie. Przyglądaliśmy się z rozbawieniem ich figlom wśród liści.
Lpetati stał tak blisko, że czułam jego oddech. Ogarniało mnie coraz większe podniecenie. Co się ze mną działo? Co rodziło się we mnie? Skąd ta obezwładniająca bezradność, to żarliwe pragnienie, aby czas się zatrzymał?
– Pozwól mi zostać twoim mężem – powiedział nagle Lpetati.
W pierwszej chwili w ogóle go nie zrozumiałam i wydałam z siebie tylko przeciągłe: „Oooo!”. Po prostu absurdalne: „Oooo”, które na dodatek zabrzmiało trochę ochryple.
– Kocham cię od dawna – kontynuował. – Teraz już mogę ci to powiedzieć, bo nie będziesz drugą żoną Lekaitika. Chcę zostać twoim mężem. Chcę się ożenić tylko z tobą.
Czułam, że robię się cała czerwona. Stałam jak skamieniała. Czy na pewno dobrze zrozumiałam tego egzotycznego wojownika? Oszołomienie nie pozwalało mi zebrać myśli.
Lpetati sięgnął do brązowego woreczka ze skóry, wiszącego na czerwonym sznurze przy jego talii, wyjął z niego skórzaną bransoletę ozdobioną czerwonymi, żółtymi, białymi i czarnymi koralikami oraz taki sam naszyjnik. Położył mi jedno i drugie na rękach, na których wciąż trzymałam kota.
– Zgódź się, żebym został twoim mężem, proszę – słyszałam z mglistej dali. – Zastanów się, wrócę dziś wieczorem albo jutro rano.
Dotknął mojej dłoni w pieszczotliwym geście, po czym odwrócił się i wyprostowany ruszył w kierunku szlabanu przy wjeździe do hotelu.
Patrzyłam za nim oniemiała i bezsilna. „Smukła postać w czerwonej szacie”. Dotychczas pod tym określeniem kryła się dla mnie postać Lekaitika. Czy teraz mogła zmienić imię i nazywać się Lpetati?
Długo stałam bez ruchu, kot zasnął na moich rękach. Przytuliłam twarz do niego, ściskając w dłoni chłodne plastikowe koraliki, które pachniały Lpetatim. Miałam wrażenie, że wypalają mi skórę. Czułam coraz większy wewnętrzny chaos.
I wtedy w mojej głowie – rytmicznie i wyraźnie – zaczęło powracać niczym wybijane młotkiem ciągle to samo zdanie: „Zgódź się, żebym został twoim mężem. Zgódź się, żebym został twoim mężem”.
Upłynęło sporo czasu, zanim zdołałam ruszyć się z miejsca i przejść obok recepcji do swojego pokoju. Oblałam twarz wodą i stanęłam przy oknie. Na czubku potężnego drzewa mango dwie czaple kołysały się w powiewach wiatru znad morza. Obserwowałam je przez chwilę, potem wzięłam do ręki gitarę i zaczęłam coś brzdąkać. Ale zaraz ją odłożyłam, żeby przejrzeć oferty safari, na które chciałam wybrać się z synami. Jednak cały czas czułam wewnętrzny niepokój, niepozwalający mi skupić się na czymkolwiek.
Przyglądałam się uważnie naszyjnikowi i bransolecie. „Chcę zostać twoim mężem. Chcę się ożenić z tobą”. Słowa Lpetatiego zawładnęły mną całkowicie. Zdanie: „Zgódź się, żebym został twoim mężem” nie opuściło mnie przez resztę dnia, słyszałam je podczas spaceru po plaży, pijąc herbatę w hotelowym ogrodzie, pływając w morzu.
Lpetati był wszechobecny, wręcz czułam go obok siebie. Nie mogłam uwolnić się od jego wzroku, a wypowiedziane przez niego słowa zapadły na dobre w mojej głowie i sercu. „Kocham cię od dawna. Chcę się ożenić z tobą”.
Po kolacji zostałam na tarasie, gdzie grał jakiś zespół. Wiatr znad morza wprawiał w lekki ruch powietrze, frangipani pachniały odurzająco, a pełna magii afrykańska aura sprawiła, że ogarnęła mnie nieokreślona tęsknota za miłością. Pragnęłam znaleźć się w męskich ramionach, marzyłam o mężczyźnie, któremu mogłabym się oddać.
Nocne powietrze potęgowało jeszcze moje sercowe rozterki. Wszystko przypominało scenerię kiczowatej powieści – podmuchy wiatru, zapach, muzyka i niezliczone gwiazdy zawieszone na niebie ponad równikiem.
Nagle poczułam, że Lpetati jest w pobliżu. Niemal przewróciłam fotel, zrywając się na równe nogi. Pobiegłam przez hall do wejścia. Nie wiem, skąd wzięła się we mnie ta pewność, co kazało mi ruszyć w tamtą stronę, ale Lpetati rzeczywiście tam był!
Szeroki uśmiech rozjaśnił jego twarz, gdy zauważył, że mam na sobie podarowane przez niego naszyjnik i bransoletę. Wziął mnie za rękę i wyjaśnił, że założenie tych szczególnych ozdób oznacza w takim przypadku odpowiedź twierdzącą na najważniejsze pytanie między kobietą i mężczyzną.
Poszliśmy na plażę przed hotelem. Brązowa dłoń ujęła moją rękę. Była smukła i chłodna, jaśniejsza od wewnątrz. Czułam się przepełniona bliskością człowieka z dalekiego kraju, w którym się znajdowałam, przepełniona nieznanym mi zapachem i przyjaznym uśmiechem.
Moje długie blond włosy, rozwiane bryzą znad Oceanu Indyjskiego, niemal musnęły jego ciemną twarz. Lpetati lekko przechylił głowę w moją stronę, jakby chciał z lubością poddać się tej delikatnej pieszczocie.
Afrykańska noc otuliła nas jak miękkie, miłe w dotyku sukno, wywołując mocniejsze bicie serca i przyjemne drżenie, niewolne od napięcia i lękliwego oczekiwania.
Z hotelu dochodziły dźwięki piosenki Lala salama, którą zespół muzyczny żegnał się tego wieczoru z gośćmi.
Lpetati podniósł się z wilgotnego piasku, na którym siedzieliśmy, ciągnąc mnie za rękę.
– Przyjdę jutro rano, twoją odpowiedź już znam.
Rzuciwszy pełne czułości spojrzenie i niepozbawione nadziei słowa tutaonama kesho, zobaczymy się jutro, odszedł.
Wydarzyło się coś niezwykłego, wiedziałam to i czułam, dlatego na wszelki wypadek odnotowałam ten osobliwy dzień w swoim małym czerwonym notesiku jako „Rozmowę z Lpetatim”. Poniżej napisałam imię „Lpetati” z dwoma znakami zapytania i jednym wykrzyknikiem, a jeszcze dalej: „Co za dziwny 11 listopada”.
W nocy długo nie mogłam zasnąć. Myślałam o minionym wieczorze, o Lpetatim, ale także o Lekaitiku. Myśli nie dawały mi spokoju, musiałam jakoś pozbyć się swoich wątpliwości, zlekceważyć je. Dobre wychowanie i mieszczańskie nawyki wyraźnie przeszkadzały, a w każdym razie nie sprzyjały decyzjom na tym obcym terenie, na który zapuściłam się tak nierozważnie i pochopnie, kierowana ciekawością, tęsknotą, radością i apetytem na życie.
Wraz z nastaniem słonecznego poranka rozpogodziło się także moje wnętrze. Pozbyłam się skrupułów i pełna euforii mogłam odsunąć na bok wszystkie niewygodne myśli, jakie dręczyły mnie w nocy.
Miałam wrażenie, jakbym przez noc stała się kimś innym. Czułam się wolna, w pewnym sensie wybawiona - tylko od czego? Przepełniała mnie nieokiełznana energia, niepohamowana radość i chęć do życia. Śpiewałam, grałam na gitarze, a potem przebrałam się w kanga, typowy afrykański strój, i zaczęłam przyjmować zuchwałe pozy przed lustrem. Gdy założyłam ozdoby z koralików podarowane przez Lpetatiego, poczułam miły dreszcz na całym ciele. Plastikowe koraliki zdawały się przepełniać mnie niezwykłą siłą.
Wokół mnie działo się coś, czego nie potrafiłam pochwycić, co jednak było osiągalne, wystarczyło tylko sięgnąć ręką. Moje Ja rozpływało się w tropikalnej jasności i feerii barw, potem wracało, by przepełnić mnie błogością.
Gdy weszłam do przytulnej jadalni z przylegającą do niej werandą, panował hałas i zamieszanie wywołane przez kilka koczkodanów. Upatrzyły sobie wielkie tace z owocami i cukiernice, z których zgrabnie zdejmowały przykrycia i bez ceregieli sięgały do środka ku uciesze gości i utrapieniu personelu.
Jeden z kelnerów machnął energicznie ścierką w stronę zwierząt, te zaś rozwścieczone próbowały jej dosięgnąć, odsłaniając przy tym mocne zęby, aby już po chwili przenieść się wśród wrzasku na czubki najbliższych drzew. W jadalni czuć było powiew świeżej bryzy, pachniało morzem i wilgotną ziemią – akurat podlewano trawnik i kwiaty.
Po śniadaniu czekałam na Lpetatiego, wyglądałam go swoimi wszystkimi zmysłami. Czekałam na mężczyznę, którego tak naprawdę nie znałam i który – choć też nic o mnie nie wiedział – koniecznie chciał mieć mnie za żonę, i to nie drugą. Co za podniecająca myśl, wyjść za mąż za wojownika Samburu. Czy tego chciałam? Naprawdę tego chciałam? Ja? Za afrykańskiego wojownika?
Jak wyglądałoby takie małżeństwo tutaj, gdzie wszystko opiera się na tradycji? Czy pasowałabym do tego? Czy zostałabym zaakceptowana? W wyobraźni przeniosłam się jako kobieta Samburu do buszu. Przez kilka chwil w tych nierealnych myślach robiłam nawet dobre wrażenie, ale bardzo szybko wróciłam do rzeczywistości. Jednak ta osobliwa tęsknota nie ustąpiła. Podstępnie wgryzała się we mnie, podpowiadając raz po raz, abym poświęciła uwagę wyznaniu Lpetatiego.
Gdy weszłam do hallu, już z daleka zauważyłam jego czerwoną chustę wokół bioder. On sam z powodu bardzo ciemnej skóry był prawie niewidoczny w cieniu hotelowego wnętrza. Obserwowałam przez chwilę, jak cierpliwie czeka, swobodny, o dumnej postawie, a im dłużej przyglądałam się temu egzotycznemu mężczyźnie, tym bardziej stawałam się niespokojna, aż wreszcie z podniecenia zrobiło mi się niedobrze. Miałam ściśnięte gardło, nie mogłam oddychać, serce waliło mi jak młot.
Ponieważ Lpetati mnie nie zauważył, przemknęłam do windy i stanęłam nieruchomo przed jej drzwiami. Policzyłam do pięćdziesięciu, najpierw szybko, potem jeszcze raz powoli i wróciłam do hallu. Dlaczego zachowywałam się tak dziecinnie? Czy przeczuwałam, że na tym spotkaniu zapadnie decyzja, od której nie będzie odwrotu? Czy bałam się tego kroku, który miał zmienić wszystko? Czułam doniosłe znaczenie świadomego spotkania z Lpetatim i zdawałam sobie sprawę z niezwykłego charakteru tego, co działo się z nami od wczorajszego wieczoru.
Jeśli do niego podejdę, będzie to początek czegoś trudnego do przewidzenia, czegoś, co wiązać się będzie bezwarunkowo i wyłącznie z Lpetatim i ze mną.
Pobiegłam przez hall, na końcu którego czekał Lpetati. Wyprostował się i przywitał mnie promiennym uśmiechem. W jego ciemnych oczach były ciepło i czułość. Znowu poczułam się oczarowana i zniewolona jego urokiem i bliskością. Bezwiednie podałam mu rękę na powitanie.
– Może wyjdziemy na zewnątrz napić się czegoś? Unakubali, masz ochotę? – usłyszałam jakby z oddali swój głos, który przestał być mi posłuszny.
– Sana, ahsante, bardzo dziękuję – odpowiedział, nie spuszczając ze mnie wzroku.
Przeszliśmy przez wysoki, przyjemnie chłodny hall i już po chwili znaleźliśmy się w oślepiającym świetle słońca. Pod przewiewnym daszkiem baru nad basenem sączyliśmy imbirową lemoniadę.
– Jestem bardzo szczęśliwy, bo czuję, że powiesz mi „tak”. Powinnaś zostać moją żoną i być tylko dla mnie. Ożenię się z tobą.
– Wydaje mi się, że... jestem starsza od ciebie – wyjąkałam trochę zmieszana i w tym samym momencie uznałam swoje słowa za niezbyt rozsądne.
Lpetati zignorował moje zastrzeżenie.
– Ale ja chcę ciebie, wewe tu. Nakutaka wewe, nakupenda sana. Kitu kingine si muhimu. Chcę tylko ciebie, bardzo cię kocham i nic poza tym się nie liczy.
Miałam całkowitą pustkę w głowie. Najchętniej zsunęłabym się z barowego stołka, uciekła i schowała w jakiejś dziurze w ziemi, żeby stać się niewidzialna.
Na ramieniu poczułam chłodną dłoń Lpetatiego.
– Chcę ciebie – powtórzył – pragnę cię tak bardzo, że aż czuję ból. Nigdy jeszcze nie doświadczyłem czegoś takiego. Nie mogę zrozumieć, co ze mną zrobiłaś, ale wiem, że muszę cię mieć za żonę. Zapomnisz o Lekaitiku, bo ja zajmę jego miejsce.
Najpierw niepewnie i nieśmiało, a potem z coraz większym zapamiętaniem zaczęłam głaskać jego dłoń, która wciąż spoczywała na moim ramieniu. Nagle zapragnęłam dotykać i pieścić palcami jego piękną brunatną skórę nie tylko na dłoni. Przestałam cokolwiek rozumieć i z niemałym trudem opanowałam się, aby pozostać przy barze. Popłoch i oszołomienie rosły we mnie z każdą chwilą, ponieważ oto pojawiło się coś, czym nie byłam w stanie pokierować.
– Chcę być blisko ciebie – usłyszałam szept Lpetatiego. Spojrzałam w jego ciemne oczy ocienione długimi rzęsami. – Tak blisko, że już bliżej nie można. Dzisiaj w nocy. Jeśli też tego chcesz, czekaj na mnie wieczorem!
Jeszcze raz ścisnął mnie za ramię, zsunął się ze stołka i skierował do wyjścia. Jak w transie ruszyłam za nim. Tuż przed drzwiami zatrzymał się, roześmiał i stojąc przede mną, okręcił się wokół własnej osi.
– Czy potrafisz oprzeć się temu, co widzisz?
Był świadom swego oddziaływania na kobiety i dość pewny siebie albo po prostu tylko szczery i całkowicie pozbawiony fałszywej skromności.
Odurzona i zupełnie zaskoczona wróciłam do hotelowego hallu. Patrzyłam na okno wystawowe niewielkiego butiku, niczego nie widząc. Podniecona i szczęśliwa wyszłam na plażę i ruszyłam wzdłuż brzegu. Popołudnie mijało niespiesznie, a każda kolejna godzina malowała morze i plażę innymi kolorami. Wypłynęłam dosyć daleko w morze, potem usiadłam w cieniu wysokich palm. Czułam się niespokojna i pełna wewnętrznego napięcia. Co chwila spoglądałam na zegarek. Przyłapałam się na tym, że nie mogę doczekać się wieczora, pragnąc równocześnie, aby nadszedł jak najpóźniej.
Wiedziałam, że Lpetati – choć pięknie to opisał – w gruncie rzeczy chce spędzić ze mną noc. Zrobiło mi się nieznośnie gorąco, poczułam, że się rumienię i nie miałam odwagi nawet wyobrazić sobie, jak to będzie, gdy spotkam go wieczorem i zostanę z nim sama. Czułam ogromny niepokój. Jak on to określił? „Pragnę cię tak bardzo, że aż czuję ból”.
Tak, to rzeczywiście bolało. Bardzo. Był to ból, który się rozprzestrzeniał i narastał, pochłaniając wszystkie inne doznania. Istniała tylko ta tęsknota, to wewnętrzne pragnienie spełnienia.
Palmy na wietrze, kochany,
szumią tak głośno.
Czuję twe spojrzenie,
twoje dłonie tak delikatne.
Trochę się boję, kochany,
dnia i tej nocy,
głosów w ciemności,
dnia, który się zbudzi.
Jestem twoja, kochany,
w marzeniu i czasie,
w biegu gwiazd,
na zawsze.
Nadeszła ta noc. Noc między niebem a ziemią, wśród zapachu kwiatów frangipani. Noc skąpana w świetle księżyca i jego cieniach, pełna słodkich, obcych słów, nowych pieszczot, wypowiadanych szeptem wyznań i obietnic. Noc pełnej szczęśliwości.
Intensywne światło dnia nie zdołało przytłumić doznań minionej nocy. – Moja kochana żono – mówił do mnie Lpetati. Już zapomniałam, jak pieszczotliwie mogły brzmieć takie słowa, zwłaszcza w obcym języku.
Gdy tak leżałam obok niego, rozmarzona i szczęśliwa, on delikatnie trącił mnie w bok.
– Powiedz do mnie „mój kochany mężu”! – poprosił. Ciepło i radość, którymi emanował, sprawiały, że łatwo było go pokochać.
Tego ranka nie miałam wiele czasu, aby zastanawiać się nad konsekwencjami minionej nocy. Wiedziałam jedno – życie jest piękne! Lpetati udowodnił mi to aż nadto wyraźnie i od tej chwili nic już nie będzie takie jak wcześniej.
– Pojedz ze mną do Maralal – zaproponował. – Chciałbym, żebyś poznała moją rodzinę, a ona ciebie. Dwaj z moich braci są w Mtwapa. Możesz ich spotkać dzisiaj albo jutro, jak wolisz.
– Kiedy jedziesz do domu?
– Ale nie sam. Pojedziesz ze mną. Choćby zaraz, dzisiaj wieczorem.
– Spodziewam się moich synów. No właśnie, chyba nie wiesz, że mam dwóch synów. Są już dosyć duzi.
– Wiem. Mówił mi Lekaitik. Być matką to coś dobrego. Chętnie się z nimi spotkam, jeśli to możliwe. Pewnie są tak samo ładni jak ty.
– Na pewno ich poznasz. Zatrzymają się w tym hotelu, ale potem wybieramy się na safari.
Lpetati westchnął.
– Więc kiedy pojedziesz ze mną do Maralal? To ważne, żeby poznała cię moja rodzina i żebyś zobaczyła moją wieś. Kiedy będziemy mogli się tam wybrać?
– Gdy przyjadę następnym razem do Kenii.
Był zawiedziony.
– Czyli kiedy?
– Tak szybko, jak tylko będę mogła. Może w styczniu.
Nagle zrobiło mi się przykro, że muszę opuścić Lpetatiego, a także Kenię. W ciągu jednej nocy tak wiele się wydarzyło i tyle zmieniło. Nie do końca jeszcze to pojmowałam. Przyjechałam do Afryki, aby spędzić urlop i odwiedzić z moim przyjacielem Lekaitikiem jego rodzinną wieś na północy kraju. Bardzo się cieszyłam z tej podróży i sporo sobie po niej obiecywałam, między innymi pogłębienie naszej znajomości. Potem jednak musiałam poradzić sobie z zaskakującą prawdą i podjąć trudną dla mnie decyzję o rozstaniu z Lekaitikiem.
Wtedy, gdy czułam się całkowicie rozbita z powodu Lekaitika i gorączkowo poszukiwałam nowej tożsamości, pojawił się promienny Lpetati, który wyznał i ofiarował mi swoją miłość oraz pragnął wziąć mnie za żonę. Wkrótce spędziłam z nim noc, która wywróciła moje życie do góry nogami. Był to niesamowity urlop!
– Pierwszy raz zobaczyłem cię w Malindi – powiedział Lpetati, wyrywając mnie z zamyślenia. – I od razu poczułem ukłucie tutaj – wskazał na swoje serce. – Ty widziałaś tylko Lekaitika, a ja musiałem uszanować jego prawo do ciebie. Mimo to wciąż próbowałem nawiązać z tobą rozmowę. Nie zauważyłaś tego? Zapisywałem się na pokazy taneczne w tych samych hotelach co on, żeby tylko cię zobaczyć. Wszędzie, gdzie byliście wy, byłem też ja – w Kilifi, Watamu, Malindi, Mombasie, wszędzie. Od razu wiedziałem, że jesteś dla mnie stworzona. Dobry Boże, jak ja zazdrościłem Lekaitikowi. Jako swojego brata, nie mogłem go jednak skompromitować.
– Jako brata?
– Tak. On jest korroro, tak jak ja. Prawie wszyscy wojownicy, którzy mieszkają teraz w Mtwapa, są korroro i w tym samym wieku co ja.
– Co to znaczy korroro?
– To nazwa wojowników mojego pokolenia. Po określonym czasie zostają wtajemniczeni nowi wojownicy. Jest ich wielu, a każda nowa grupa wojowników otrzymuje swoją nazwę. Jestem korroro i wszyscy wojownicy wtajemniczeni w tym samym czasie są także korroro i tym samym moimi braćmi. Wyjaśnię ci to dokładniej, kiedy będziemy w domu. Jeżeli, oczywiście, cię to interesuje.
– Interesuje mnie wszystko, co dotyczy ciebie, was. Chciałabym wiedzieć jak najwięcej. Jak to właściwie jest z tym podziałem na pokolenia?
Nie potrafiłam ocenić wieku Lpetatiego, podobnie jak wcześniej Lekaitika. Dlatego byłam ciekawa. Obaj musieli być co najmniej siedem lub osiem, a może nawet dziesięć lat młodsi ode mnie.
– Jedno pokolenie wojowników obejmuje najczęściej piętnaście lat. Na początku tego okresu, ale także później, wtajemnicza się nowych wojowników. Wszyscy oni należą do jednej grupy wiekowej. Wojownicy mają różne stopnie, które uzyskują w specjalnych ceremoniach. Dlatego do tej samej grupy może należeć jeszcze całkiem młody wojownik i stojący na jej czele senior.
Lpetati z dumą i przejęciem wyjaśniał dalej, a ja nie zawsze mogłam nadążyć za jego wywodami. Oto otwierał się przede mną nowy, obcy świat, w obliczu którego kwestia wieku nie była najważniejsza. O wiele bardziej interesowało mnie teraz fascynujące życie tego mężczyzny z plemienia Samburu.
– Rozmawiałem z Lekaitikiem – powiedział Lpetati – bo wiedziałem, że zamierza się ożenić. Mówiłem mu, żeby najpierw porozmawiał z tobą, ale on uważał, że ty wszystko zrozumiesz, i się pomylił. Ja chcę ożenić się tylko z tobą i z nikim innym.
Pocałowałam go w ramię.
– Co powie na to twoja rodzina? Przecież oni nic o mnie nie wiedzą. Myślisz, że możesz tak po prostu zawieźć mnie do nich i oznajmić, że chcesz się ze mną ożenić?
– Nie do końca. Moja rodzina powinna cię najpierw poznać. Pokochają cię, jestem tego pewien. Potem porozmawiam z rodzicami i dziadkami, z mistrzem ceremonii, l’oiboni, i z najstarszymi plemienia. Oni wszyscy muszą wyrazić zgodę na nasz ślub.
– I myślisz, że to zrobią?
– Jeśli Ngai, nasz bóg, tego zechce, oni też nie będą mieli nic przeciwko temu.
– Jak u was wygląda ślub?
– Zgodnie z odwieczną tradycją ślub to wiele różnych ceremonii. Jeszcze o tym porozmawiamy. Może w twoim przypadku trzeba będzie niektóre obrzędy trochę zmienić, bo nie jesteś z plemienia Samburu. Bardzo ważni są twoi rodzice. No i... pewnie będziesz droga.
– Co takiego? Droga?
– Twoi rodzice będą na pewno chcieli wiele darów za ciebie. Krowy, kozy i owce.
– Moja matka nie żyje. A ile krów i innych ofiar będzie za mnie żądał ojciec – tego nie wiem – podjęłam temat.
Bawiła mnie ta rozmowa, bo nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, jakie to wszystko ma znaczenie dla Lpetatiego.
– A co trzeba będzie zmienić? – chciałam wiedzieć.
Odwrócił się w moją stronę.
– O co chodzi?
– Chociaż miałaś już męża, nie jesteś obrzezana. Widziałem.
– Obrzezana? Co masz na myśli? – zapytałam, niczego nie rozumiejąc. (W latach osiemdziesiątych w Europie niewiele wiedziano o rytuale obrzezania u dziewcząt. Nie umiałam wytłumaczyć sobie jego słów).
– Nie wiesz?
– Nie. – Czułam się nieswojo, nagle odezwał się we mnie nieokreślony lęk.
– No, tutaj – powiedział Lpetati, wskazując palcem między nogi.
Spojrzałam na niego zupełnie zdezorientowana.
– Jak to? Ja? Kobieta?
Zauważyłam, oczywiście, że on jest obrzezany. Wiedziałam, że ten obyczaj dotyczy mężczyzn, ale co miałby oznaczać w przypadku kobiet? Byłam pewna, że w anatomii kobiety nie ma niczego, co należałoby zmieniać. Nasza rozmowa wydawała mi się coraz bardziej niesamowita, coraz silniej zaczynałam odczuwać mroczne tchnienie Czarnego Lądu wokół siebie, tajemniczy, nieznany świat, uosobiony w tym momencie w postaci pięknego wojownika dumnego afrykańskiego plemienia, który leżał nagi obok mnie i mówił w obcym języku o nieznanym mi życiu.
– Na czym polega obrzezanie u dziewczyny? – zapytałam z niepokojem.
Lpetati wykonał pieszczotliwy gest.
– Odcina się kawałek i wtedy dziewczyna staje się kobietą, i może wyjść za mąż.
Trudno było mi się opanować.
– Ale co się odcina?
Popatrzył na mnie, potem zerknął na moje uda, wreszcie skierował wzrok na sufit.
– To, co u ciebie wystaje.
– Boże, nie. Po co? – zrobiło mi się niedobrze. Nie wierzyłam własnym uszom.
– Desturi, obyczaj – skomentował lapidarnie Lpetati.
Zirytowana spojrzałam na swe łono.
– Nigdy nie pozwolę, żeby mi coś wycinano lub przycinano, a już na pewno nie w tym miejscu! Nigdy! To przecież absurdalne! – oburzyłam się.
Lpetati przyglądał mi się z poważną miną i chyba z lekką dezaprobatą.
– Ale to nie jest konieczne. Wiem, jaka jesteś, i mnie to nie przeszkadza.
– Serdeczne dzięki!
– Naprawdę, ol tau, podobasz mi się taka, jaka jesteś. Dla mnie to jest nawet ładne – uśmiechnął się. – Może nie dla mojej rodziny, ale nie bój się, ja to załatwię. Powiemy po prostu, że jesteś obrzezana. Każdy w to uwierzy, jeśli usłyszy, że miałaś już męża. A to, że masz dwoje dzieci, bardzo im się spodoba. Tak zrobimy.
Zupełnie mi się to nie podobało.
– Twoja rodzina powinna wiedzieć, że nie jestem obrzezana. Możesz im powiedzieć, że w moim kraju nie robi się takich rzeczy. Zrozumieją to czy będą robić trudności?
– Nie wiem. Obrzezanie to jeden z najważniejszych rytuałów. A rytuały są po to, aby je szanować.
– No to się nie pobierajmy.
Lpetati zerwał się przerażony.
– Ożenię się z tobą, e sanja ai, będziemy mężem i żoną. Porozmawiam z rodzicami i radą plemienia. Gdy już cię poznają i dowiedzą się, że chcę cię za żonę, dadzą swoje pozwolenie. Dlatego chciałbym, żebyśmy jak najszybciej pojechali do Maralal.To bardzo ważne, mpenzi, kochanie.
Objął mnie serdecznym, ciepłym spojrzeniem, po czym znowu położył się tuż obok. Przez jego twarz przemknął lekko zawstydzony uśmiech.
– Wiesz, dzisiaj pierwszy raz spałem z nieobrzezaną białą kobietą. Nie umiałem sobie wyobrazić, jak to będzie, ale teraz wiem, że to może być piękne. Chciałbym, żeby zawsze tak było i żebyś robiła ze mną takie rzeczy jak dzisiaj w nocy. Gdzie się tego nauczyłaś?
– To po prostu miłość. Chcę, żebyś był ze mną szczęśliwy.
Lpetati był niedoświadczonym, ale bardzo czułym kochankiem. Na niektóre pieszczoty reagował zaskoczeniem lub wręcz niedowierzaniem, bądź też na pozór ich nie zauważał, aby jednak po chwili odważnie na nie odpowiedzieć. Wykazywał przy tym ogromną wrażliwość i jakby w kontraście do jego zewnętrznego wizerunku wojownika był delikatnym mężczyzną, który obdarzył mnie ciepłem i nieśmiałymi, podpowiedzianymi mu przez intuicję pieszczotami.
Radość z odkrywania siebie nawzajem i obustronne głębokie spełnienie sprawiły, że nasza pierwsza noc stała się niepowtarzalnym przeżyciem. Nie musieliśmy sobie niczego udowadniać, niczego przed sobą zatajać, upiększać. Wystarczyło, że byliśmy sobą, zatopieni w falującym morzu błogości.
Po prostu było mi dobrze z Lpetatim. Już i tak niemałe uczucie do niego stawało się coraz silniejsze, im bliżej go poznawałam. Jednakże z mieszanymi odczuciami podchodziłam do tego, co w związku ze ślubem mogło czekać zarówno mnie, jak i nas oboje.
Zdawałam sobie sprawę, że konflikty między nami są nieuniknione. Tak przecież bywa w przypadku związku dwojga ludzi wywodzących się z odmiennych kręgów kulturowych, już choćby z powodu dzielących ich różnic. Jednak mogły one mieć też działanie pozytywne. Wszystko będzie zależało wyłącznie od nas. Oboje będziemy musieli nauczyć się przełamywać bariery i znajdować kompromisy, aby nie rozdzieliły nas nasze poglądy i doznania. Przed nami rozpościerało się rozległe pole, na którym wyrastały głębokie uczucia, ale kiełkowała także niewiedza, niezrozumienie i obcość.
Czy mój piękny wojownik na pewno wiedział, na co się decyduje? Czy przy pierwszych nieporozumieniach, jakie się między nami pojawią, nadal będzie mnie tak mocno pragnął, jak zapewniał?
Najważniejszy wkład do wzajemnego porozumienia wniosłam ja w postaci znajomości języka, którego nauczyłam się dzięki Lekaitikowi. Mogliśmy więc rozmawiać z Lpetatim o wszystkim, choć dla niego suahili też był obcym językiem. Nauczył się go już jako starszy chłopiec podczas nieregularnej nauki w szkole, a potem udoskonalił posługiwanie się nim na wybrzeżu. Jego językiem ojczystym był kisamburu, wywodzący się z języków maa Masajów i kiedyś niemal z nim identyczny. Dopiero z czasem wzbogacił się o własne formy. Oba zaliczane są do języków kuszyckich, których źródło stanowi język chamicki ludów znad górnego Nilu. Oprócz kilku podręczników dla misjonarzy i pracowników organizacji humanitarnych nie ma żadnych świadectw pisanych w tych językach, brak też jednolitej wymowy.
Tak czy inaczej, między nami nie istniała bariera językowa, i to było najważniejsze.
– Jak to dobrze, że możemy ze sobą rozmawiać. Czy w twojej rodzinie dużo osób mówi w suahili?
– O tak, będziesz miała z kim porozmawiać. Na pewno się ucieszą.
– Jesteś pewien, że twoi ziomkowie zgodzą się na mnie, nieobrzezaną cudzoziemkę?
– Możliwe, że będę musiał ich przekonywać. Ale w Maralal są wojownicy, którzy przyjaźnią się z europejskimi kobietami lub z białymi małżeństwami. Pewnie zauważyłaś to też w Mtwapa. Poza tym wazungu dają zawsze dużo pieniędzy i dlatego wojownicy często nie mówią „nie”, jeśli oprócz żony ze swojego plemienia mogą jeszcze mieć drugą, białą. Ale bywają z nimi kłopoty. One są inne. Dlatego takie związki zwykle nie trwają długo, bo nikt nie jest szczęśliwy. Wazungu nie wiedzą, jak my tutaj żyjemy, co jest właściwe, a co nie, jak należy postępować. Nie wiedzą nic o Samburu, o naszej kulturze i rozmawiają z nami jedynie po angielsku. Poza tym chcą rzeczy, które nie są dla nas dobre. Być może moja rodzina będzie miała wątpliwości, ale ja wiem, że nie mamy się czego bać. Czuję to. Kiedyś Samburu wiązali się wyłącznie ze sobą, co najwyżej z Masajami, lecz teraz jest inaczej.
– Z tego wynika, że to wcale nie będzie proste zadanie dla ciebie. Musimy być bardzo silni i nawzajem się wspierać.
– Będę silny jak lew.
– Będziesz wyjątkowym lwem, bo moim, moim simba.
Lpetati poczuł się połechtany.
W tym momencie głośno zaburczało mi w brzuchu i roześmialiśmy się oboje. Dosyć długo leżeliśmy tak obok siebie i rozmawialiśmy, co uznałam za dobry znak. Zupełnie zapomnieliśmy o śniadaniu. W małym pensjonacie, w którym wylądowaliśmy ubiegłego wieczoru, szukając spokojnego schronienia, nie było restauracji.
– Możemy pojechać do mnie do hotelu i zjeść razem. Mamy jeszcze trochę czasu.
Lpetati zgodził się bez wahania. Wzięliśmy więc razem prysznic – po kilku ukradkowych spojrzeniach Lpetati wzniósł oczy ku sufitowi i namydlił się niemal z nabożeństwem, przybierając uduchowiony wyraz twarzy.
Gdy wytarł się do sucha, zaczął nakładać na siebie swoje ozdoby, co zabrało mu sporo czasu. Z zainteresowaniem przyglądał się, jak robię sobie kreski na powiekach i maluję usta, a potem poprosił, aby mógł uczesać moje długie włosy, dla których nie krył podziwu.
Już przy drzwiach zatrzymał mnie na chwilę.
– Ngoja, poczekaj.
Zdjął szeroki naszyjnik, który niczym golf przylegał mu ściśle do szyi, a jego żółte, czerwone, czarne i białe koraliki wskazywały na przynależność do grupy wojowników.
– Podnieś włosy – poprosił, po czym nałożył mi swój naszyjnik, jeszcze ciepły od jego skóry. – To jest najważniejszy element ze wszystkich ozdób wojownika. Powinnaś go nosić, bo bardzo dużo dla mnie znaczysz. Musisz o tym wiedzieć i zawsze pamiętać, że teraz jestem twoim mężem.
Wzruszona stałam przed nim, czując na karku jego palce wiążące supełki. W tym momencie zdałam sobie wyraźnie sprawę, że ten podarunek przypieczętował niewypowiedzianą głośno obietnicę. Miałam na sobie już trzy ozdoby od niego – wszystkie o dużym znaczeniu symbolicznym.
– Nketok – powiedział do mnie. – Nketok ai.
– Co to znaczy?
– Moja żona.
– A jak ja powinnam zwracać się do ciebie w twoim języku?
– Lpayan, Ipayan lai.
W hotelu Neptun Beach wszyscy byli bardzo mili dla Lpetatiego. Po paru słowach wyjaśnienia pozwolono nam zająć miejsce w jadalni. Koczkodany znowu rozrabiały, a ich figle kilkakrotnie wywołały gromki śmiech Lpetatiego.
Pełen oczekiwania stanął ze mną przy bufecie. Jak mi wyznał po cichu, większości z tego, co nałożył sobie na talerz, nigdy nie widział.
– Biorę to, co ty i co ładnie wygląda – wyjaśnił.
Obfite śniadanie sprawiło przyjemność nam obojgu, mnie zaś w szczególności, ponieważ nie musiałam kryć się z naszą bliskością. To miłe uczucie, gdy w renomowanym hotelu można siedzieć spokojnie ze swoim przyszłym mężem.
Poranne słońce oświetlało twarz Lpetatiego, gdy pierwszy raz w swoim życiu próbował żółtego sera, a zaraz potem salami. Za nami kołysały się gałęzie drzewa mango, a znad oddalonego zaledwie o kilka metrów oceanu dochodził intensywny zapach bryzy. Upajałam się szalonymi, pięknymi myślami.
– Wciąż nie mogę tego wszystkiego pojąć – powiedziałam.
Lpetati spojrzał na mnie swymi ciemnymi, dużymi oczami w kształcie migdałów.
– Tak miało być, po prostu. To przeznaczenie. Tutaj, w Afryce, wierzymy, że każdemu pisany jest określony los. I nikt przed nim nie ucieknie. Każdy robi tylko to, co powinien, aby to, co mu pisane, się spełniło. Wszystko jest określone z góry.
Przez chwilę zastanowiłam się nad tym, co usłyszałam, i uznałam, że takie wyobrażenie świata jest dosyć wygodne: pokrzepia w ciężkich chwilach, usprawiedliwia popełnione błędy, wzmacnia w sytuacjach dobrych lub mniej pomyślnych.
Przy takim podejściu żyje się na pewno spokojniej i być może to właśnie jemu większość Afrykańczyków zawdzięcza niespotykane opanowanie, które zawsze podziwiałam. Przekonanie, że wszystko od dawna jest określone, powstrzymywało ludzi przed żmudnym dreptaniem w konkretnym kierunku ku jakiemuś celowi. Być może wyjaśniało także afrykańską mentalność.
Cieszyłam się, że przy okazji mogłam tak wiele dowiedzieć się i nauczyć o egzotycznym sposobie życia. Co też jeszcze mi się przydarzy! Rozmowy, podczas których wyraźnie dało się zauważyć, jak bardzo nasze światy się różnią, wręcz mnie podniecały. Bezwarunkowo zaakceptowałam moją miłość do Lpetatiego, która rozgorzała tak nieoczekiwanie i gwałtownie.
Po śmierci męża przez długi czas nie istniało dla mnie coś takiego, jak prawdziwe uczucie do mężczyzny. Poczucie szczęścia dawali mi moi synowie, pozostała rodzina i praca w redakcji dużej gazety, a liczne zainteresowania i hobby zapełniały wolny czas. Potem zaczęły się podróże do Afryki. W Kenii w moje życie wkroczył Lekaitik i obudził nowe doznania oraz pragnienia. A teraz, dzięki Lpetatiemu, czułam się wprost nieprzytomna ze szczęścia.
Gdy po śniadaniu siedzieliśmy jeszcze przy stoliku, Lpetati zaczął podziwiać mój zegarek.
– Jest bardzo ładny. Nigdy nie miałem zegarka, ale umiem odczytywać czas. U nas, w domu, wystarczy do tego słońce i księżyc. Poza tym czas nie jest dla nas ważny, inaczej niż tu, w Mombasie. U nas nikt nie pracuje według zegarka.
Tego także nie wiedziałam.
– Nie chciałbyś mieć takiego zegarka? Może przywiozę ci z Niemiec? Kiedy masz urodziny?
– Nie wiem. Nie potrafię ci też powiedzieć, ile dokładnie mam lat. Chyba dwadzieścia dziewięć. Czy to ważne?
– Nie.
Przypomniałam sobie rozmowę z Simonem. Przyjaciel Lekaitika wyjaśniał mi kiedyś, że w Kenii nie ma zwyczaju urzędowego rejestrowania narodzin i zgonów. W gruncie rzeczy nie jest znana choćby przybliżona liczba wszystkich mieszkańców. Z tego powodu także nie jest możliwe stworzenie systemu pomocy społecznej, wprowadzenie podatków, sensowne planowanie instytucji państwowych, zarejestrowanie dzieci objętych obowiązkiem szkolnym, bezrobotnych lub uprawnionych do głosowania, a także stwierdzenie, ilu członków liczy każde z ponad czterdziestu plemion.
Niemal na każdym kroku poznawałam wiele interesujących i niewiarygodnych historii, które mówiły mi mnóstwo o tym przepięknym i tajemniczym kraju oraz o jego mieszkańcach. Być może również Lpetatiego nigdy nie poznam do końca, zależało mi jednak na tym, aby nauczyć się chociaż go rozumieć. Spotkanie go na swojej drodze uważałam za zrządzenie losu i wiedziałam, że on myśli podobnie. Nie wątpiłam nawet przez chwilę w szczerość i uczucie Lpetatiego, bo na każdym kroku udowadniały je małe gesty i drobne pieszczoty. Czasami wręcz zapominał o swojej dumie i oddawał mi się cały.
O jednym przekonałam się bardzo szybko: duma afrykańskich mężczyzn była o wiele bardziej wyrazista niż duma Europejczyków. W większości kenijskich szczepów już małym chłopcom wpajano zupełnie inną postawę wobec kobiet niż w Niemczech. Egzystencja mężczyzny miała niejako wyższy wymiar, co wyjaśniało wyraźnie widoczne cechy poddańcze w zachowaniu wielu kenijskich kobiet. Lecz to właśnie one wyróżniały się szczególną siłą, energią i umiejętnością borykania się z niełatwym dniem powszednim. Bez tych silnych istot życie w Afryce po prostu nie mogłoby się toczyć.
W programie rozrywkowym oferowanym w weekend przez hotel znajdowały się tańce Masajów. Grupa smukłych wojowników Samburu w czerwonych chustach, w której byli Lpetati i Lekaitik, pojawiła się na hotelowym tarasie. Śpiewy nienaturalnie wysokim, a już po chwili głębokim, gardłowym głosem, urywane wyrzucanie powietrza z krtani w niektórych pieśniach, lekkie kroki i pełne gracji ruchy tym razem fascynowały mnie wyjątkowo. Po występie Lpetati i Lekaitik podeszli do mojego stolika.
Czułam satysfakcję, ale także pewne poruszenie, widząc ich razem obok siebie: drogiego przyjaciela z dawnych czasów w Watamu i swojego przyszłego męża – wprawdzie nie w przyjaźni, ale przynajmniej w pozornej zgodzie.
– Słyszałeś, jaką podjęliśmy decyzję z Lpetatim? – spytałam Lekaitika, choć niemało mnie to kosztowało.
– Tak – odpowiedział bez wahania, a po krótkiej pauzie dodał cicho: – Jestem zaskoczony i bardzo zasmucony z tego powodu.
Spojrzałam w jego ciemne oczy, które tak często mnie prześladowały i tak długo stanowiły uosobienie Afryki.
– Bardzo cię lubię, naprawdę. Dobrze o tym wiesz i Lpetati też to wie. Twoja przyjaźń dużo dla mnie znaczy. Ale mogę wyjść za mąż tylko za mężczyznę, który jeszcze nie ma żony.
Zmarszczone czoło Lpetatiego wygładziło się, gdy mocniej ścisnęłam go za rękę.
Następnego dnia wstałam wcześnie i od samego rana kręciłam się przy wejściu do hotelu. Wreszcie przyjechał autobus przywożący gości z lotniska. Wysiedli z niego moi synowie. Dźwigali ogromną torbę podróżną w niebieskie wzory. Byli weseli i pogodni.
Czułam się szczęśliwa, że moje dzieci, które lubiły Kenię niemal jak ja, mogły dołączyć do mnie, i cieszyłam się na beztroskie, piękne wakacje. Zwłaszcza trzydniowe safari, przeżycie wyjątkowego rodzaju, miało pozostać dla nas niezapomnianym wspomnieniem.
Dla Lpetatiego – o którym na razie tylko napomknęłam synom – zarezerwowałam cały dzień. Pojawił się wczesnym rankiem i zjadł z nami obfite śniadanie. Moi chłopcy od razu zaakceptowali tego wesołego, egzotycznego wojownika i popisywali się znajomością angielskiego.
Gdy znowu zostaliśmy tylko we dwoje, niemal przez cały dzień rozmawialiśmy o Maralal i ślubie. Lpetati chciał jak najszybciej przedstawić mnie rodzinie. Mnie zaś bardzo pochlebiało jego nieskrywane zainteresowanie moją osobą, zachwyt moim wyglądem, moimi poglądami oraz niezłomne pragnienie, aby ożenić się ze mną.
Podczas gdy ja przez następne dni zastanawiałam się coraz więcej i intensywniej nad możliwością poślubienia wojownika Samburu, Lpetati wprost bombardował mnie prośbami i propozycjami dotyczącymi złożenia wizyty u niego w domu. Wreszcie – tuż przed odlotem do Niemiec – uległam jego namowom. Nie wiedząc do końca, czy uda mi się czasowo i finansowo pogodzić ten wypad na północ z pozostałymi planami, znalazłam się u boku Lpetatiego przy okienku na dworcu w Mombasie, gdzie kupiliśmy dwa bilety na autobus do Nairobi. Promieniejąc szczęściem, mój przyszły mąż zawiązał je w róg swojej czerwonej chusty.
Gdyby nie to, że znajdowaliśmy się na ruchliwej i pełnej ludzi Abdel-Nasser Road, na pewno padlibyśmy sobie w ramiona. W tych okolicznościach jednak musieliśmy respektować kenijskie, niemal graniczące z pruderią zasady wychowania, które nie uznawały okazywania uczuć w miejscach publicznych. Natomiast dozwolone było trzymanie się par za ręce, co znacznie częściej zdarzało się wśród mężczyzn.
Szczęśliwa i pełna oddania szłam w milczeniu u jego boku w drodze do hotelu. Nagle zdałam sobie sprawę, że moje miejsce jest właśnie przy nim, i odczułam jeszcze większą radość z czekającej mnie wyprawy. i
Spakowałam do plecaka kilka przewiewnych ciuszków na upał, coś cieplejszego na zimne noce i porządne buty na wyboiste drogi. Wzięłam też gitarę, o co prosił mnie Lpetati.
Moi synowie uważali cale to przedsięwzięcie za „trochę nierozważne” i „dosyć ryzykowne”. Musiałam im obiecać, że będę uważać.
Wczesnym wieczorem, punktualnie o umówionej godzinie, Lpetati stał przy wejściu do hotelu, jak zawsze owinięty w czerwoną i niebieską chustę. Na stopach miał białe skarpetki frotte z czerwono-niebieskim szlaczkiem – jedyne ustępstwo z jego strony na rzecz czekającej nas podróży. W ręce trzymał ciemną torbę podróżną.
Na dworcu autobusowym w Mombasie panował trudny do opisania chaos. Było głośno i tłoczno, wszyscy przekrzykiwali się nawzajem. Jakiś psychicznie chory mężczyzna piszczał do każdego wysokim falsetem: „Do widzenia”, admirał Armii Zbawienia zbierał pieniądze, niezliczeni handlarze głośno zachwalali swoje towary. Chodnik był oblężony przez podróżnych i cały zastawiony najrozmaitszymi pakunkami. Kobiety siedziały na wysłużonych oponach samochodowych, blokując przejście, przy krawężniku piętrzyły się wypchane worki jutowe, a obok leżały stosy orzechów kokosowych i główek kapusty.
Tuż przed odjazdem, któremu towarzyszyło dzikie wycie klaksonu, Lpetati ukrył swoje długie włosy pod chustką w czerwono-żółte wzory, którą zawiązał na czole i na karku.
Autobus ruszył w ciemną noc, trzęsąc się i podskakując, a my wraz z nim, pogodzeni z losem. Szyby w oknach trzeszczały i klekotały, raz po raz obijaliśmy się o siebie z powodu wybojów. Patrzyłam na ciemne niebo i myślałam o swoich synach, których zostawiłam. Wszystko, co się teraz ze mną działo, było trochę zwariowane, a może nawet ryzykowne, mimo to wydawało mi się właściwe i bardzo ważne. Intuicja nakazywała mi odbycie tej podróży do północnej Kenii, nie miałam co do tego żadnych wątpliwości, podejrzeń ani obaw.
Mniej więcej w połowie drogi, około pierwszej w nocy, kierowca zjechał na ogromny parking, na którym stało sporo innych autobusów i ciężarówek. Wypiliśmy herbatę i skorzystaliśmy z niewiarygodnie zapuszczonej toalety; musiałam wręcz brodzić przez kałuże uryny. Przed barem, na zimnej zaśmieconej ziemi, siedziała niewidoma kobieta z czymś w rodzaju grzechotki w ręku i monotonnie zawodziła. Jaskrawe światło neonowej lampy powodowało, że wyglądała jak upiór.
Jej pieśń poruszyła mnie w jakiś osobliwy sposób i nie dawała spokoju, nawet gdy ruszyliśmy dalej na północny zachód. Zrobiło się chłodno. Naciągnęłam na siebie sweter, a Lpetatiemu dałam wiatrówkę. Ponieważ było mu zimno także w nogi, które miał zupełnie gołe, wyjęłam z plecaka różowy dres. Lpetati zachwycił się jego kolorem, gdy tylko zdołał go rozpoznać w świetle nadjeżdżającego z naprzeciwka samochodu. Roześmiał się uszczęśliwiony i zadowolony ze swojego wyglądu. Był to rzeczywiście powalający widok: pół wojownik, pół sportowiec.
Do spowitego mgłą Nairobi dotarliśmy przed świtem. Podobnie jak większość pasażerów, poczekaliśmy w autobusie, aż wzejdzie słońce i na ulicach zrobi się bezpieczniej. Żaden z podróżnych nie miał odwagi wysiąść, chyba że ktoś po niego przyjechał lub mógł pozwolić sobie na taksówkę. Okolica, w której zatrzymywały się dalekobieżne autobusy, uchodziła za niebezpieczną. Już wcześniej zdążyłam nasłuchać się upiornych opowieści o napadach, zuchwałych rabunkach, a nawet o odrąbywaniu dłoni, jeśli ktoś miał biżuterię na palcach.
Przy pierwszych promieniach słońca, które oblały odrapane frontony okolicznych domów łagodnym światłem, podążyliśmy ostrożnie w stronę zaniedbanego placu zastawionego zbiorczymi taksówkami, matatu, jadącymi w kierunku Nakuru, Kisii, Eldoret, Gilgil lub Nyahururu. Znajdowaliśmy się w naprawdę przygnębiającej, wyjątkowo nędznej dzielnicy miasta.
W bladym świetle słońca przecięliśmy ziemie plemienia Kikuju usiane żyznymi polami i sadami, soczystymi łąkami i zagajnikami. Tu krajobraz przypominał raczej niemieckie Mittelgebirge, a nie okolice równika, który przekroczyliśmy niedługo potem, tuż przed Nyahururu. Przydrożni handlarze sprzedawali kapustę, marchew, ziemniaki i rabarbar, żółte i ciemnoczerwone śliwki, pomarańcze, a także jasne i brązowe skóry owcze – wszystko kunsztownie poukładane na straganach według kolorów. Od czasu do czasu Lpetati odpowiadał na któreś z moich niekończących się pytań, ale ogólnie sprawiał wrażenie bardzo śpiącego.
Nad Rift Valley zawisły ciemne chmury i snop promieni słonecznych oblał tę wprost czarowną scenerię nierzeczywistym światłem. Przez moment widać było jeziora Naivasha i Nakuru. Nasz kierowca narzucił szalone tempo, co nie sprzyjało mojemu samopoczuciu. Mimo drobnego deszczu pnie akacji połyskiwały soczystą żółcią, liście delikatną zielenią, ja zaś poczułam nieprzepartą ochotę, aby razem z Lpetatim przemierzyć wzdłuż i wszerz ten las nad Naivasha. Gdy z drogi szybkiego ruchu skręciliśmy w kierunku Gilgil, na horyzoncie zaczęły się pojawiać na zmianę pasma gór i ściana buszu, a ogromne baobaby, parasolowate akacje i potężne euforbie wytyczały szpalerem oba krańce wąskiej, wyboistej drogi.
Po kilku godzinach dotarliśmy do Nyahururu, gdzie czekała nas jeszcze jedna przesiadka. Dotychczas widziałam w Kenii niewiele miejsc, w których byłoby tak głośno i gwarnie, jak na tym końcowym przystanku naszej matatu. Musieliśmy przebijać się przez zwartą masę ludzi. Wszędzie stały autobusy, niezliczone matatu z uruchomionymi silnikami, a kierowcy bezustannie naciskali klaksony. Z radioodbiorników i odtwarzaczy dochodziło głuche dudnienie, sprzedawcy usiłowali przekrzyczeć kaznodziejów i chór Armii Zbawienia, który starał się przebić przez cały ten jazgot. Co chwila ktoś podtykał nam pod nos skarpetki, jajka na twardo, błyszczące zegarki, kolorowe grzebienie, świecące naszyjniki, nożyczki, kasety z muzyką, cukierki, pomarańcze, ciastka, chusteczki lub gazety, próbując namówić nas do kupna, co okazało się prawdziwą próbą dla moich nerwów.
Kiedy więc znaleźliśmy się w małym busiku do Maralal – ledwie zipiącym błękitnym pojeździe o różowych siedzeniach – poczułam się trochę lepiej. Lecz do jego odjazdu musieliśmy jeszcze przez dwie godziny, znosić ten uciążliwy hałas i dochodzące zewsząd zapachy. Gdy busik wreszcie ruszył, mieliśmy nadzieję, że dotrzemy do celu naszej podróży – Kisimy – przed zapadnięciem ciemności. Ta nazwa nic mi nie mówiła, ponieważ zarówno Lpetati, jak i inni wojownicy zawsze wymieniali tylko Maralal, gdy wspominali o rodzinnej miejscowości, która – jak się miało okazać – leżała jeszcze kilka godzin marszu w głąb buszu.
Do Rumuruti jechaliśmy w miarę równą asfaltowaną drogą, potem jednak znaleźliśmy się na kamienistej, pełnej wybojów, nierówności i kałuż dróżce, która prowadziła przez środek rozległej sawanny. Nadal miałam w pamięci jazdę z Rumuruti do Maralal z Lekaitikiem, usadowiona wysoko na zdezelowanej ciężarówce-monstrum, która z powodu przedziurawionej opony nie dowiozła nas daleko. Wtedy ta miejscowość wydała mi się o wiele bardziej ponura niż teraz, mimo że deszczowe chmury wisiały ciężko nad drzewami pieprzowymi, zieleniącymi się w centrum wioski.
W Rumuruti autobusy zatrzymywały się specjalnie po to, aby podróżni mogli zaopatrzyć się w miraa, środek odurzający i podniecający, który był tu ponoć wyjątkowo dobrej jakości, choć nie pochodził z tego regionu. Pełen rozmachu handel tym specyfikiem wprawił mnie w niemałe zdumienie, zwłaszcza że przy wjeździe do miejscowości zauważyłam tablicę z napisem „The Kenya Police”. Być może sprzedaż miraa i jej konsumpcja nie były zabronione. W całej Afryce Wschodniej żuto miraa zupełnie jawnie. Liście bananowca wiszące przy kioskach i niewielkich straganach sygnalizowały wtajemniczonym: Tu można nabyć miraa,
W czasie krótkiego postoju Lpetati, wzorem innych pasażerów autobusu, również kupił kilka pęczków miraa zawiązanych w liście bananowca. Najpierw jednak z wyraźną znajomością rzeczy sprawdził miejsca przycięcia małych gałązek. Był bardzo wybredny i z całą pewnością wiedział, czego szuka. Miraa to młode, soczyste pędy krzewu Catha eduli, w Oriencie znanego jako kat.
W kilka godzin później wiodłam wzrokiem za oddalającym się błękitnym autobusem, jego pasażerowie zaś oglądali się za mną. Byliśmy w Kisima – jednej z najbardziej przygnębiających miejscowości, jakie kiedykolwiek widziałam. Parę domów o płaskich dachach i prymitywnej konstrukcji i niczego wokoło, co mogłoby zwrócić uwagę lub rozjaśnić spojrzenie. Widać było jedynie szeroką drogę, na której końcu, mniej więcej po dwustu metrach, kończyła się Kisima. Deszczowe chmury sprawiały, że wszystko wyglądało jeszcze bardziej ponuro, a błoto i kałuże nie pozwalały nawet na chwilę odstawić naszych ciężkich toreb i plecaka.
Lpetati od razu skierował się do jednego z dwóch miejscowych sklepów, obok których znajdowało się kilka punktów sprzedaży miraa. Kupiliśmy dla jego rodziny kilka kilogramów mąki kukurydzianej, liście herbaty, cukier, tłuszcz, ryż, tabakę do żucia i mydło do prania. Większości z tych towarów nie było w ilościach, jakich chcieliśmy, a z powodu braku torebek kazaliśmy wsypać ryż do ręcznika, który wyciągnęłam z plecaka i starannie zawiązałam na supły na obu końcach. Następnie Lpetati spytał o jeden z dwóch samochodów dostępnych w Kisima. Jak się okazało, pierwszy był popsuty, drugi zaś miał „w każdej chwili” wrócić z Suguta.
W salce dla gości na zapleczu na tyłach większego sklepu piliśmy z Lpetatim czai, wyśmienicie smakującą kenijską herbatę z mlekiem, nalewaną z ogromnego termosu, która miała naprawdę dobroczynne działanie. Byliśmy zmęczeni, obolali i poobijani po długiej jeździe wyboistą drogą i chwialiśmy się jak na statku.
– Nie moglibyśmy się tu zatrzymać? Jak daleko jest do twojej wsi? – zapytałam.
– Lepiej, żebyśmy pojechali do domu. Mamy przecież mało czasu, bo wkrótce musisz wracać.
Tymczasem w pomieszczeniu tłoczyło się coraz więcej ciekawskich, przyglądających mi się bez skrępowania. Paru znajomych Lpetatiego przysiadło się do nas i zaczęło rozmawiać z nim z ożywieniem. Można było odnieść wrażenie, że wszyscy oni są nam wdzięczni za odrobinę urozmaicenia.
Na zewnątrz zapadał zmrok. Przelotny deszcz monotonnym szumem na kilka chwil odwrócił uwagę zgromadzonych. Bardzo chciałam ruszyć dalej, bo zasypiałam już na siedząco. Wreszcie usłyszeliśmy odgłos nadjeżdżającego samochodu. Lpetati wyszedł na dwór, ja za nim. Gdy auto się zatrzymało, kierowca spadł z siedzenia. Wymamrotał pod nosem coś w rodzaju „malaria”, ja jednak miałam wrażenie, że był pijany. Lpetati próbował z nim porozmawiać, ale bez powodzenia.
Gdy tak staliśmy bezradnie, wciąż otoczeni wianuszkiem ciekawskich, podszedł do nas szczupły chłopak w czerwonej wiatrówce i zwrócił się do Lpetatiego. Po chwili Lpetati wręczył chłopcu cztery banknoty pięćdziesięcioszylingowe, a potem przydźwigał zza sklepu torby, zakupy, moją gitarę oraz plecak i wszystko to upchnął na mokrej platformie oblepionego błotem pickupa.
– To ten kierowca nas jednak zawiezie? - zapytałam zdziwiona.
– On nas zawiezie - odparł Lpetati.
Spojrzałam osłupiała na chłopaka.
– On? To przecież jeszcze dziecko! Ile ma lat?
– Może z dziewięć albo nawet jedenaście. Czy to ważne? Najważniejsze, że umie prowadzić.
Nie potrafiłam nic powiedzieć.
– Niech pani wsiada – odezwał się mały swoim chłopięcym głosikiem.
Wahałam się.
– Ja będę prowadzić – oznajmiłam. – Muszę tylko oswoić się z samochodem.
– Ona się boi – powiedział mały do Lpetatiego. – Niepotrzebnie.
Wsiadłam niechętnie. Tymczasem zrobiło się zupełnie ciemno. Z zapalonymi reflektorami ruszyliśmy na przełaj, płosząc po drodze zebry i kudu, a nawet lwicę, na której widok serce niemal zamarło mi w piersi. Kępy traw były twarde, a grube korzenie znacznie utrudniały kierowanie samochodem.
– Mieszkamy tam, u podnóża tej góry, mlima ile – wyjaśnił po chwili Lpetati. Wskazał na lewo, ale naokoło były same góry, wysokie i czarne, które niemal nie odróżniały się od równie ciemnego nieba.
W którymś momencie, już niedaleko wioski Lpetatiego, samochód utknął w dziurze. Pomogliśmy chłopakowi wypchnąć pojazd z dołka, ale ustawiczne próby uruchomienia silnika wyładowały akumulator i zużyły resztę benzyny.
– Pójdziemy dalej piechotą - zdecydował Lpetati. – Oddaj nam pięćdziesiąt szylingów.
Chłopak z ociąganiem zaczął szukać w kieszeniach spodni.
– Tutaj włożyłeś pieniądze – podpowiedział mu Lpetati, wskazując na kieszeń na piersi w zasmolonej kurtce.
Nasz mały kierowca z wyraźną niechęcią oddał żądany banknot, któremu przyjrzał się jeszcze w świetle reflektorów. Ja bym mu go darowała, ale nie chciałam się wtrącać.
Zarzuciliśmy na ramiona nasze bagaże, a wszystkie torebki ze sklepu zawinęliśmy w chustę – prezent dla matki Lpetatiego – i zawiązaliśmy tak, żeby móc nieść ją wspólnie za oba końce. Z tyłu, za nami, usłyszeliśmy warkot silnika. W tej samej chwili zobaczyliśmy światła prześlizgujące się między zaroślami i drzewami, a potem wszystko ucichło.
– Spójrz, tam mieszkamy – powiedział Lpetati, wskazując na ciemność.
Musiał mieć sokoli wzrok, bo ja niczego nie mogłam dojrzeć. Z wielkim trudem przeszliśmy na drugą stronę rowu, który wypełnił się już wodą, a jego brzegi zrobiły się śliskie. Na dodatek deszcz nagle zaczął mocniej padać. Bałam się o moją gitarę, choć podobno futerał był nieprzemakalny.
– Cukier się rozpuści, ryż i herbata namokną – powiedziałam.
– Zaraz będziemy na miejscu – odparł mój towarzysz. Ale nim skończył, nagle zastygł w bezruchu i zatrzymał mnie ruchem ręki.
– Pssst – syknął, a potem bąknął coś w rodzaju: – Ngai, ngai.
– Co to? – zapytałam, wystraszona jego zachowaniem.
– Słonie – wyjaśnił szeptem – tam, dalej, dużo słoni. Aouwene, chodź tutaj. – Zarzucił na ramię pakunek z torebkami i wziął mnie za rękę. – Tam, na górę. – Wskazał na zbocze góry.
Strugi deszczu spływały nam po twarzach, woda skapywała z włosów. Już dawno nie czułam się tak bezbronna.
– Słonie – powtórzyłam za nim zrezygnowana. – Czy one są niebezpieczne? Przecież są roślinożerne.
Nie widziałam jego twarzy, ale w głosie wyraźnie wyczułam irytację.
– Och, wy mzungu – rzucił. Dotychczas nigdy nie nazwał mnie „białą”. – Słonie mogą nas zabić.
Zaczęłam pilnie nasłuchiwać. Pierwszy raz zrozumiałam, w co się wpakowałam.
Z bijącym sercem posuwałam się za moim morani, w którego pobliżu czułam się bezpieczniejsza. Był przecież dzieckiem natury, znał jej pułapki i wiedział, jak należy je omijać. Ale tak czy inaczej: najpierw ta lwica, teraz słonie. Naprawdę zaczęłam się denerwować.
Gdy wdrapaliśmy się wreszcie na górę, nie mogłam złapać tchu, deszcz dawał mi się coraz bardziej we znaki, podobnie jak zimny nocny wiatr, ciężar naszych bagaży, miejscami kamieniste, a miejscami lepkie od błota podłoże. Z powodu słoni musieliśmy nadłożyć sporo drogi i zrobiło się już bardzo późno.
– Tu w pobliżu jest manyatta.
– Co to jest?
– Dom, który służy do specjalnych ceremonii. Moglibyśmy w nim zostać do rana, ale nie można wykluczyć, że śpią w nim moran, wtedy będziemy musieli iść dalej. Twój Simba też czasami się tam zatrzymuje.
Ujrzałam podłużną, płaską budowlę, nie wyższą od nas. Po kilku chwilach siedzieliśmy już w dużym ciemnym pomieszczeniu, do którego wkradało się zimno, a w niektórych miejscach przez dach lał się deszcz. Wpatrując się w ciemność i po omacku szukając miejsca, przycupnęliśmy obok siebie. Gitarę, plecak i torbę odstawiliśmy na bok. Obiecałam sobie, że następnym razem zabiorę latarkę albo nawet dwie i coś od deszczu. Było mi niemiłosiernie zimno, nawet Lpetati od czasu do czasu bąkał pod nosem: kerobi, zimno. Gdy objął mnie ramieniem, z wdzięcznością się do niego przytuliłam.
Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie przybycie do jego wioski. Gorący dzień, paru członków rodziny, trochę serdeczności, jakiś zaciszny kącik dla zaczerpnięcia oddechu po wyczerpującej podróży i długim marszu w deszczu. Zamiast tego siedzieliśmy skuleni, dygocząc z zimna i przysypiając ze zmęczenia w kompletnych ciemnościach w jakiejś chacie bez ognia, w której mieszał się zapach kóz, wygasłego ogniska i mokrego ubrania. Wreszcie, mimo straszliwego zimna – choć byliśmy tak blisko równika – udało mi się zasnąć.
Kiedy obudziłam się rano, w pierwszej chwili nie wiedziałam, gdzie jestem. Rozejrzałam się wokoło i stwierdziłam, że znajduję się sama w dużej, na wpół ciemnej chacie. Przerażona zerwałam się na równe nogi. Na dworze było jasno. Zniknął mój plecak, torba i gitara. Gdzie na litość boską podział się Lpetati? A co z naszymi rzeczami? Kiedy usłyszałam odgłos kroków, wystraszona wycofałam się w najciemniejszy kąt długiej manyatta, potykając się o stos mokrego drewna do paleniska. Upadlam na ziemię, a wzbity w górę pył pokrył moje ręce, twarz i mokre ubranie warstwą czerwonobrązowego kleistego brudu.
– Mpenzi?– To głos Lpetatiego. – Chodź, w domu jest ciepło. Jest czai i wszyscy na ciebie czekają. To już niedaleko, si simbali.
Spojrzałam na zegarek. Dochodziła szósta.
Powietrze wypełniał śpiew ptaków, wspaniale pachniało mokrą trawą i jakimiś ziołami, dał się też wyczuć zapach krów i kóz oraz wyraźny swąd palonego drewna. Lpetati ciągnął mnie za sobą. Było mi dobrze – trzymałam jego dłoń i wiedziałam, że od tej chwili wszędzie ochoczo pójdę za nim. Podczas tego naszego safari moje uczucie do niego przybrało na sile, a on sam stał mi się jeszcze bliższy – mimo obcości i odmienności wokoło. Pragnienie, aby żyć z nim właśnie tutaj, było coraz mocniejsze.
Przed nami wyrósł długi płot wysokości człowieka, z gałęzi kolczastych akacji, a na otoczonym nim rozległym placu dostrzegłam kilka chat. Niskie, owalne budowle były zrobione z gałęzi, ziemi i krowich odchodów. Między nimi znajdowała się duża zagroda dla krów i po jednej małej dla owiec i kóz. Kiedy usłyszałam głosy, serce zabiło mi mocniej.
Lpetati odwrócił się do mnie.
– Karibu sana, witaj serdecznie – mówiąc te słowa, otarł mi dłonią twarz z kurzu.
Czułam się niepocieszona, że już za chwilę stanę przed rodziną Lpetatiego niewyspana i brudna, podczas gdy wiadomo, że pierwsze wrażenie często ma rozstrzygające znaczenie. Brodziliśmy przez morze rozmoczonego krowiego łajna, aż wreszcie on pochylił się przed niskimi drzwiami z surowych desek, przez które mimo najszczerszych chęci nie dało się przejść z wyprostowanymi plecami. Ciągnął mnie za sobą wzdłuż ciemnej sieni i ostrożnie puścił dopiero na lekkim podwyższeniu, miejscu do spania dla mężczyzn.
– Karibu kwetu, witaj u nas – powiedział. – To jest dom mojej matki. Karibu sana, mpenzi yangu, gorąco witam, moja kochana.
W niewielkim zagłębieniu między trzema kamieniami trzaskał jasny ogień. Od razu poczułam się lepiej, mimo że dym znad paleniska dawał się mocno we znaki. Kaszlałam i prychałam, a z oczu lały mi się łzy.
– Hodi – usłyszałam przy drzwiach głos kobiety, która w ten sposób pytała, czy można wejść. – Hodi.
W chwilę potem ujrzałam pełne ciekawości, przyjazne twarze, których przybywało z każdą chwilą.
Przez trzy otwory wielkości męskiej dłoni znajdujące się w zaokrąglonych ścianach padało na nas trochę światła. Lpetati, bardzo radosny, oznajmił mi, że zaraz wróci i żebym się nie bała.
– To wszystko rodzina.
Czułam się zdenerwowana i niepewna pod ostrzałem tylu obcych spojrzeń.
– Supa, sopa, jambo – mimo to śmiało pozdrawiałam ciekawskich.
Tu i ówdzie dostrzegłam szeroki, bezgłośny, ale szczery uśmiech. Nagle poczułam, że muszę natychmiast do toalety – moment chyba najmniej odpowiedni, bo nie wiedziałam ani gdzie jej szukać, ani kogo zapytać. Mimo to postanowiłam kogoś zagadnąć, jeśli już nie będę mogła wytrzymać.
Starsza kobieta o wystających kościach policzkowych postawiła wysoki garnek na kamieniach paleniska, zamieszała liście herbaty w wodzie z mlekiem, po czym wsypała do środka przeraźliwie dużo cukru z jednej z torebek, które kupiliśmy w Kisima. Wyczyściła w dłoniach poobijany emaliowany kubek, wlała do niego trochę parującego płynu i wyciągnęła rękę w moją stronę.
– Tamata, pij - powiedziała z serdecznym uśmiechem. – Karibu czai, zapraszam na herbatę.
Gdy odpowiedziałam: „hashe oleng, bardzo dziękuję”, atmosfera wyraźnie się rozluźniła, zrobiło się głośniej, niektórzy podeszli bliżej. Nadal jednak wszyscy przyglądali mi się bezceremonialnie, jakby każdy łyk herbaty chcieli wypić razem ze mną. Ostatecznie przyszli tu po to, żeby zobaczyć i przywitać mzunga, którą Lpetati przywiózł z Mombasy i która wyglądała zupełnie inaczej niż oni. Akurat w chwili, gdy nie mogłam już wytrzymać i zamierzałam zapytać o choo, wrócił Lpetati – wyglądał po prostu zachwycająco. Różowy dres, który mu już podarowałam, zastąpił różową chustą – nguo, i czerwoną shuka – chustą z grubszego materiału. Na głowie, szyi, tułowiu, w talii, na ramionach i na nogach miał skórzane rzemyki wysadzane kolorowymi koralikami.
