Miłość jest nieprzyjemna. Listy ze wspólnego życia - Władysław Broniewski, Janina Broniewska - ebook
Opis

Pełna nieznanych informacji, fascynujących zwrotów akcji historia zamknięta w listach Władysława i Janiny Broniewskich ujawnia nowe oblicze romantycznego poety, mężczyzny tradycjonalisty, który nie potrafi zaakceptować feministycznych pasji niezależnej żony.

 

Broniewscy poznali się w 1925 roku w mieszkaniu, które Janina wraz z przyjaciółką, Haliną Koszutską, wynajmowały na ulicy Pięknej w Warszawie, na jednym ze spotkań lewicującej młodzieży. Początek znajomości jest jednocześnie początkiem korespondencji, która ujawnia wszystkie etapy ich związku: czas narzeczeństwa, wahań, wyznań, pierwsze listy małżeńskie, próby porozumienia, poważny kryzys, jakim był związek poety z Ireną Hellman, aż wreszcie ostatni etap-przyjaźń i bliskość, która wypełniła ich życie do końca.

 

Miłość jest nieprzyjemna zawiera listy Władysława Broniewskiego, pochodzące ze zbiorów Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, i nieudostępnione do tej pory nigdy do wglądu listy Janiny Broniewskiej z archiwum prywatnego Ewy Zawistowskiej, wnuczki Broniewskich.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 790

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


zakupiono w sklepie:

Legimi

identyfikator transakcji:

4326278

znak wodny:

Janina i Władysław Broniewscy

„Miłość jest nieprzyjemna…” Listy ze wspólnego życia

Warszawa 2014

Copyright © by Ewa Zawistowska, 2014

Copyright © for the foreword and commentary by Wioletta Bojda, 2014

Copyright © for this edition by Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2014

Recenzenci

prof. dr hab. Marek Bieńczyk, prof. dr hab. Aleksander Nawarecki

Wydanie pierwsze

ISBN 978-83-65369-02-4

Wydawnictwo Krytyki Politycznej

Warszawa 2014

W pierwszych słowach…

Czyż mogło się obejść bez listów? Listów krążących między nami, nawet gdy oboje jesteśmy w tym samym mieście? I te pierwsze pochodzą z lata 1925.

Leżą dziś przede mną kruche i pożółkłe, z wyciśniętymi na nich gdzieniegdzie gwoździkami buciorów, nawet żoliborskim piaskiem, naniesionym przez szabrowników. (…) Ale można z nich tamten czas odległy przywodzić sobie na pamięć, martwe przywracać życiu. Martwe? A może to wszystko, co w życiu już za nami, wcale nie jest martwe?

(Janina Broniewska, Dziesięć serc czerwiennych)

…pomyśl tylko: moje i Twoje kilka tysięcy listów…

(Władysław Broniewski, list z 25 kwietnia 1927 roku)

***

Na początku było miło… Dopiero później coś drgnęło, w zapisanej gęsto w czerwcu 1925 roku, naprędce wyrwanej z zeszytu kartce papieru w kratkę, tym swoistym bilansie uczuć, przekazanym adresatowi w czasie jednego ze spotkań na Pięknej. A później już dziesiątki kolejnych uściślających listów, setki słów, które toczyły się między sobą swobodnie i na niebiesko barwiły biel papieru, wyzwalając zdania spod dyktatu marginesu czy kończącej się strony… Zawsze w kwietniu, lipcu i sierpniu, a później w grudniu, kiedy się rozstawali na kolejne święta czy wakacje, przypadało szczególne natężenie wymienianych codziennie epistoł, komponowanych w zależności od nastroju, aury, stanu emocji, potrzeby chwili, wspomnienia, myśli.

Retorykę pierwszych wyznań doskonale ilustrują wystudiowane gesty zatrzymane na letnich zdjęciach znad Prosny. Głowa Broniewskiego na kolanach Janiny, jej wstydliwa ucieczka wzrokiem, słowa zasłaniające doznania, wyliczone efektownie, zbliżające wszakże, ale zgodnie z konwencją międzywojennego romansu, kiedy to pełna wahań bohaterka poddawała się z wolna urokowi brawurowych stylizacji staropolskich amanta, okraszając odpowiedzi na jego listy fragmentami o zamku i rycerzu…

Gra uników w magnetyzm serc.

Coś się jednak za tymi słowami już działo, choć wymykało… Ale czasem zostawało, jak ta chwila-epifania w liście około 22 sierpnia 1925 roku pisanym ołówkiem przez Broniewskiego, czekającego na spotkanie z Janiną… „Twoja miłość jest mi potrzebna jak powietrze, w którym jedynie mogę oddychać”… Czy przeczytała? Raczej nie, bo zapisane maczkiem strony, bez tej pierwszej z imieniem adresatki, zachowały się przecież w jego dokumentach z obcą dłonią skreślonym napisem — „List do NN”. NN… A jednak wszystko już było określone, związane z konkretną twarzą, głosem, spojrzeniem…

I napisał atramentem: „wiem jedno: chcę być z Tobą!”.

Wszystko się zatem zmieniało w rytm płynącego czasu, w takt wspólnych dni… Kochali się, więc i nagłówki ku sobie się skłaniały w kolejnych odsłonach — „Januś najdroższa”, „Władeczku”, słowa wzajemnie się wywoływały, przyciągały odpowiedzi… „Niecierpliwiłem się, że poczta tak długo nie nadchodzi, a w nocy śniłaś mi się”… „Wczoraj Ci nie pisałam, bo i od Ciebie nie było listu”… Sentymentalne kwestie, wymieniane niczym karty flirtu towarzyskiego… Janina pierwsza to zauważyła i podsumowała: „Zaczynają się lukrowato-sacharynowate przesyłki, zwane czułościami”…

Jak urozmaicić? Kłócili się zawzięcie, godzili zaś malowniczo — „jeszcze jestem troszeczkę «cięty» na Ciebie”, „Draniszcze drogie”, „nieznośna dziewczyno”, „Moje Ty szczęście parszywe, a przecież najdroższe”, „Moje Ty kochanie serdeczne”, „Potworze”… I znów krzyczeli… „Władziu najdroższy — przecie to człowieka może nagła krew zalać”… Emocje, namiętności, nuda, zwątpienie… Spraw było wiele, bo życie nie skąpiło im doświadczeń, więc i choroby, i mnóstwo ludzi wokół, bliskich i dalekich, ale wpływających na ich trwanie, był też kryzys twórczy i bezradność całkowita, pustka, ale też narodziny upragnionego dziecka, poczucie pełni, wreszcie zdrada, przebaczenie… Na kolejnych kartach coraz wymyślniejszych papeterii, gęsto usianych literami, podejmują karkołomne próby szukania wspólnej przestrzeni. Przestrzeni, która przynieść ma ten najbardziej pożądany stan — „spokój serca”. Tylko że listom trudno się czasem spotkać, przychodzą z opóźnieniem, nie trafiają w nastroje, mijają się. Ale też bywa inaczej — przenoszą ich w stany euforii, jakiej nie doświadczają w realnym życiu, zaspokajają tęsknoty, budzą wyblakłe marzenia.

Wyobraźnia…

„Kocham Tatusia, a bardzo przez list, a inaczej jak?”, zastanowi się parę lat później ich córka Anka…

No właśnie — jak inaczej? Codzienność ich wyniszcza, wciąż zatem kolejne epistoły powstają, długie, coraz dłuższe… I krążą. Tam i z powrotem, na linii Kalisz — Warszawa, Warszawa — Zakopane, Warszawa — Wilno, Bydgoszcz — Kalisz, Warszawa — Moskwa, Warszawa — Barłomino, Ałma Ata — Czapajewsk, Moskwa — Tel Awiw, Łódź — Warszawa, adresami na kopertach wytyczają coraz bardziej niemożliwe do przebycia trasy miłosnej kartografii.

Bo piszą tam, gdzie są — na poczcie, w lesie, w łóżku, w redakcji, każde miejsce jest dobre dla zagadania ciszy, dla jeszcze jednej próby znalezienia… Bliskości? I zapełniają papierowe strony intymnego życia kolejnymi słowami… Dla kogo? Jeszcze ciągle dla siebie?? Opisy „na stojączkę” komponowane przy urzędowym okienku, w których Broniewski zdaje dokładne sprawozdania z kolejnych etapów dnia ze stanem finansów na realnym minusie i domniemanym plusie, Janina kwituje szczerym wyznaniem: „strasznie mnie to rozśmieszyło, te dane personalne i ze Stachem czytałam, czy nie będzie dalej np. w Ziemiańskiej widziałem X, Y, Z itd.”.

Ale dla kogo ona kreśli drobiazgowe autoanalizy okazjonalne uczuć, dzieli włos, jeśli nie na czworo, to przynajmniej dziesięciokrotnie…? Stawia pytania niemal na krawędzi, posuwa się coraz dalej, choć wie, że adresat wymyka się nadmiarowi jej liter, uchyla, nie wszystkie chce przyjmować… Tłumaczy — „pogrążona jestem w atramentowej melancholii”… A on? Od niechcenia, acz z przekąsem zgrabnym: „Czasem udają Ci się doskonałe introspekcje”, nicuje słowa, oddala, chwali literackość, która pozwala mu list odsączyć z intymności, a kiedy i to nie pomaga, zaczyna się bronić jeszcze bardziej zdecydowanie przed mackami zdań nasączonych świadomością, której nie chciał. Nie mógł, nie potrafił przyjąć, więc narzekał: „nie umiesz się pohamować”, no i… nie zawsze czytał do końca. Ona…

Dalej pisze i walczy. Czasem sama ze sobą, bo emocje, którym podlega, wcale nie są miłe, łatwe i przyjemne, a jednak przygląda się im w rozmaitych sytuacjach. Wtedy chyba coś zauważa, bo zmienia podpis… Początkowe imię, zastąpione skrótem „Ja.”, z czasem traci kropkę. Czy to już właśnie to? Wyznaczyła w tej miłości własne granice? Poznała siebie?

A on…???

Zniknęli, ale ocalały przecież ślady ich zmagań z życiem, tej swoistej kroniki wypadków miłosnych, świadectwa istnienia — listy. Ich historia jest równie skomplikowana. Zwykle po przeczytaniu trafiały do dwóch biurek. Janina gromadziła je w chronologicznych zbiorkach równo przewiązywanych wstążeczkami. Broniewski w rogu każdej koperty ołówkiem zapisywał numer jak księgowy bez dyplomu, ale z powołaniem. Problem pojawiał się tylko wtedy, kiedy numerki zaczynały się mylić albo… niedatowany list z jednej koperty trafiał do innej… Zresztą koperty też gubił. Mimo to — segregował z uporem. Może była w tym pokusa porządku w nieskoordynowanym życiu?

Adresy na kopertach utrwaliły ślady ich przedwojennych przystani. Listy narzeczeńskie Janina wysyłała na Hipoteczną 3, gdzie Broniewski mieszkał wraz z matką i siostrami, małżeńskie na Sandomierską 17, bo właśnie tam osiedli zaraz po ślubie i trwali aż do stycznia 1930, kiedy to losy — a właściwie brak cierpliwości kamienicznika, który odmówił kolejnej prolongaty czynszu — rzuciły ich na Radną 11, a później, wiosną 1932 roku, na Łomnicką 1 m. 2. I tu nastąpił pierwszy rozłam, „rozmieszkanie”, jak mawiali, więc Broniewski zaczął wysyłać listy do Kalisza, bo Janina wyjechała do swojej matki. Ostatecznie kryzys zażegnało nowe mieszkanie znalezione na Leszczyńskiej, choć po paru miesiącach Janina wróciła na Łomnicką, tym razem pod numer trzeci, a Broniewski wynajął kawalerkę na Nowowiejskiej. Zlikwidował ją jednak, gdy w marcu wyjeżdżał do ZSRR, więc biurko zaniósł do Janiny na Łomnicką, a trzy miesiące później postawił obok niego walizkę… Stabilne „zmieszkanie” nastąpiło jednak dopiero na Sułkowskiego, gdzie zatrzymali się na ostatnie wspólne trzy lata. Po rozstaniu w 1938 roku Janina zamieszkała w domu na Czarnieckiego wraz z córką i nowym partnerem Romualdem Gadomskim, a jako że jedno z mieszkań było wolne, wprowadził się do niego Broniewski już z Marią Zarębińską i jej córką Majką.

We wrześniu 1939 roku, kiedy zaczęły się bombardowania w Warszawie, poeta wyjechał, by dołączyć do swojej jednostki, nie udało się, więc zatrzymał się we Lwowie. Maria przeniosła jego biurko wraz z dokumentami na Dziennikarską, do mieszkania swojego ojca, sama zaś dołączyła do ukochanego. Janina przeprowadziła się do domu byłej żony Jana Brzechwy, Karoliny Lesman. Na początku października spaliła większość swoich dokumentów, tylko listy matki i męża, zdjęcia z minionej gwałtownie przeszłości zamknęła w kufrze i wyniosła na strych. Wyjechała do Białegostoku.

Zimą 1944 roku to właśnie ona jako pierwsza wróciła do Warszawy. Kufer nie przetrwał bombardowania. Janina ze śniegu zbierała rozpływające się atramentowe słowa, strzępki listów Broniewskiego.

Poszła też do mieszkania ojca Marii, zabezpieczyła archiwum Broniewskiego, a w każdym razie wszystkie dokumenty, które nie padły łupem szabrowników w pokoju, w którym pałętały się setki ludzi, przypadkowych, penetrujących nie swoje światy…

I oddała nieco później właścicielowi. Zatrzymała jedynie własne listy. Te, które przetrwały. Bo część niewątpliwie została zniszczona. Brak tych wrześniowych z 1926 roku, kiedy po kilku dniach razem spędzonych nad morzem, postanowili być razem. Zachował się tylko ślad radości, która wypełniała Broniewskiego po ich lekturze. Co się z nimi stało? Dlaczego nie zostały podobnie do innych przewiązane wstążeczką? A może były przechowywane osobno przez poetę-romantyka? Nie zachowało się też wiele pojedynczych listów, „białych plam” w kolejnych dysputach. I mało jest śladów z drugiej połowy lat trzydziestych… Nie pisali już tak dużo? Możliwe, ale… raczej ktoś zdeptał.

A te, które przetrwały? Listy Broniewskiego trafiły zgodnie z wolą Janiny do Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie, jej listy trwały długie lata w nowym już biurku na Lenartowicza, gdzie po wojnie mieszkała, a później spakowane w dwie drewniane skrzynie, obok innych dokumentów, rozpoczęły kolejną podróż, równie bogatą w zdarzenia i zawirowania losu, by ostatecznie znaleźć się w prywatnym archiwum Ewy Zawistowskiej.

Oparły się czasowi, przestrzeni, ludziom…

I zatrzymały historię jednej miłości.

W słowach.

Wioletta Bojda

Listy

1925

Kalisz, dn. 7.IV [19]25 r.

Władku!

Oj-oj-oj! Okropność! Dobrze mi i źle jednocześnie. Stanowczo wolę dom niż Piękną1, ale siedzi tu człek sam, jako ten przysłowiowy „palec boży” pogrążony w plotkach i intrygach między PPS-em i PNS-em2.

Wcale nie wątpię, że po naszym, a ściśle mówiąc, po moim powrocie pozostanie z Ciebie cień Twego cienia (oczywiście przyczyny tej przemiany są aż nadto jasne, podobnie jak… moja zarozumiałość).

Teraz jednakże żyjesz — więc ratuj mnie z tych odmętów i pisz, pisz, pisz.

Matka miała widzieć się z chorym3 wczoraj, jeśli jest co nowego, to przezwycięż zazdrość, dobrze?

Tymczasem — pogrążona jestem w atramentowej melancholii, a nie chcąc, aby i Tobie ten nastrój się udzielił — kończę.

Ja

z pl. Konstytucji 1.

Kalisz, dn. 14.IV [19]25

…..!

Słuszne, a więc i święte oburzenie odebrało mi umiejętność pisania. Dzisiaj wprawdzie jestem jeszcze bardzo osłabiona (tak, Nikczemniku) i drżącą ręką te oto słowa kreślę.

Jak śmiesz tak bezwstydnie przyznawać się (i to wobec mnie) do uczuć niskich, brudnych i grzesznych?! Więcej sprośności nie zauważyłam, prawdopodobnie wskutek naiwności i niesłychanej czystości myśli i uczuć.

Nie powinieneś dziwić się temu średniowiecznemu tonowi, jaki przebija z pierwszej strony mego listu. Miałam bowiem odczyt na temat „Religia a walka o wyzwolenie proletariatu” w miejscowym PNS (najradykalniejsza instytucja w mieście Kaliszu). W takiej roli na pewno „wyblakły flukcie wielkich miast” nie umiesz mnie sobie wyobrazić. Oczywiście ta strona mej „jaźni”, którą poznałeś na Pięknej, przemawia raczej za tym, że daleko odpowiedniejszą rolą dla mnie byłaby… eh! Tego lepiej nie kończyć, bo jeśli tak nie przypuszczałeś, podsuwałabym Ci sama dziwne myśli. „Zgadałam” się okropnie poprzez godzinę i trzy kwadranse (nie licząc godzinnej dyskusji). Mam wielkie z tej racji zadowolenie moralne (jak każda zresztą kobieta).

W ogóle jestem trochę wściekła, a ściślej mówiąc, sama nie wiem, czego chcę.

Tak mnie już nuży ten brak samodzielności! Chciałabym być zupełnie, zupełnie niezależna od domu, chociaż mi tutaj bardzo dobrze. „Zaszyć” się w taki kąt zupełnie własny! Jest to zarazem czymś przeciwnym małżeństwu (odczuwam możliwość podejrzeń, że Ci się „przymawiam”).

Takie fantazje bywają zazwyczaj dla mnie niebezpieczne. W podobny sposób zrezygnowałam z matury, a nawet z… małżeństwa, a teraz to pewnie skończy się na posadzie nauczycielskiej w jakimś Pacanowie4. Pisz i pocieszaj mnie, jak możesz. Zaczynają się we mnie budzić staropanieńskie nawyki.

Jaśka

[czerwiec 1925]

1 Niewątpliwie stosunek nasz stracił ten lekki i niefrasobliwy charakter. Zdaję sobie sprawę z odpowiedzialności mojego postępowania, bo nie jesteś w moich oczach człowiekiem, którym się można bawić.

Jestem o Ciebie niespokojna, a nawet… boję się Ciebie. Masz w sobie upór i tę „dorosłość”, a ja nie wiem, jak się z tym obchodzić należy, wiem tylko, że — poważnie.

2 Męczy mnie to, że masz tyle przykrości z uczucia, które Ci raczej szczęście dać powinno. Szczerze chciałabym Cię kochać tak jak Ty mnie, tymczasem mam dla Ciebie zbyt wiele przywiązania, zaufania i podziwu, by zrywać z Tobą stosunki. Odpowiedzi nie znam — więc Ci jej dać nie mogę. Brak mi do kochania Ciebie tego, co mam dla Anka5, a nie kocham go tak, jakbym chciała, bo nie mam dla niego tego, co mam dla Ciebie. Nie widzę innego wyjścia jak właśnie pozostawienie tego czasowi. Śmieszny nie jesteś ani trochę, bo masz na to zbyt wiele ambicji i taktu. Kładę ten rozpaczliwy sąd o sobie na karb przeczulenia.

Nie ma już drogi powrotnej do tych dawnych niefrasobliwych czasów — trzeba stać w miejscu, by nie uderzyć głową o mur, który się może sam zwalić.

Kalisz, dn. 22.VI [19]25 r.

Władku!

Postępujesz oczywiście tak, jak uważasz, że będzie najlepiej. Zazwyczaj autorytetów nie uznaję, tym razem ulegam, ale do pewnego stopnia — musisz (musisz, rozumiesz?) pisać. Zresztą, po co to wszystko?! Po co, na co?! Dlaczego nie może nadal tak pozostać, jak było? I tak w życiu tak mało jest dobrych przeżyć — a Ty wyrzekasz się nawet tego, no… i mnie ich pozbawiasz. W zasadzie ten list nie ma za pół grosza sensu i taktu (nic dziwnego, bo ja go piszę), ale nie rozpatruj go z tej strony. Nie chcesz półuczuć, półśrodków — dobrze to o Tobie świadczy, ale choć przez chwilę wyjdź z siebie, zmień się we mnie i poradź mi, co mam zrobić z tym całym kapitałem uczuciowym, który umieściłam na Twej hipotece?

Eh! To Wasze, pełne gestu, męskie postępowanie — takie bezwzględne, bezkompromisowe i tak się z niczym nieliczące.

Ja.

Kalisz — 4.VII [19]25

Władku!

Dziękuję za „Wiadomości”6.

Nie mam wprawdzie akademickiego, oficerskiego czy szlacheckiego honoru — tylko zwykłą ludzką ambicję, więc:

Inka7 jest moją przyjaciółką. Jednakże w roli pośrednika w tej sprawie była niepotrzebna. Pozbawiłeś mnie prawa obrony — mój średniowieczny Inkwizytorze. Mogłeś z powodzeniem sformułować wszystkie zarzuty — mogłabym wtedy również coś niecoś powiedzieć. „Wydziedziczyłeś” mnie, oddaliłeś, „rzuciłeś klątwę” — spalże więc jeszcze na stosie, rozrzuć popioły. Tymczasem — prosisz mnie o listy. Czy naprawdę tak przepadasz za natrętnymi muchami? A może to specjalny rodzaj męskiej konsekwencji, na czym (rzecz jasna) moja prowincjonalna inteligencja wcale się „wyrozumieć” nie może.

Zresztą mniejsza o intencje i tak ich nie zrozumiem.

Bardzo jesteś w sobie zakochany, lecz i ja mam dużo miłości własnej — więc pisywać bez odpowiedzi nie będę. Czy naprawdę na ten list pierwszy odpisać nie mogłeś?

Kiedy mam do Ciebie tyle żalu — że już nic nie chcę! Za co tak mnie odpychasz, co Ci złego świadomie zrobiłam? (Oczywiście i to pytanie pozostanie zwrotem retorycznym).

Zresztą, jakim prawem? Sam te sprawy tak lekko z początku traktowałeś (przypomnij sobie, coś mówił w czasie pierwszej wizyty w redakcji), a ja ich nigdy nie lekceważę — nigdy, rozumiesz?

Ja.

6.VII [19]25

Władku!

Wyciągam do Ciebie ręce na zgodę — uściśnij je mocno. No — już dobrze, zupełnie dobrze?

Pisz więc dużo i często o sobie i o czym chcesz.

Coś w tym Twoim liście było, co mną wstrząsnęło jak „seans Guzika”. Nie było to specjalnie żadne zdanie czy wyraz — tylko coś nieuchwytnego, co mi odpisać od razu nie pozwoliło, bo bałam się sama już nie wiem — Ciebie czy siebie.

Niechże tak będzie, jak było — pozwól się kochać tak, jak w tej chwili mogę i umiem najszczerzej — co będzie później, to będzie.

Nie przypuszczasz nawet, jak nam Ciebie brak. „Nam”, tzn. Ince, Ziutkowi, Zygmuntowi8 i mnie. Inka niczego nie przekręciła, to wszystko, co mówiła, bardzo było do Ciebie podobne.

To, co Ci odtworzyłam, było przepuszczone już przez pryzmat mego rozżalonego „widzimisię”. Mam tutaj tyle „swoich spraw” (tych „teczkowych”, które Cię tak korcą, bo i lubisz je jednocześnie). Całego Jana Krzysztofa9 przed sobą, trochę słońca, trochę deszczu (na zmianę), brak listów i dużo dobrej woli we wszystkich kierunkach, jeszcze więcej planów niedorzecznych — więc jakoś sobie żyję.

Przypuszczam, że Platon poprawił mi opinię w Twych oczach, a co za tym idzie — będziesz się do mnie w takich sprawach z większą ufnością odnosił.

Sławek to jest bidulek, bo może się to wszystko smutnie skończyć. Napiszemy do Matki, bo nas o to prosiła.

A tymczasem kończę — jutro napiszę więcej — a w ogóle to mi się zdaje, że między nami nic złego nie było, tylko na pewien czas wyjechałeś do Australii — a teraz nareszcie powróciłeś, no i… dobrze mi z tym. Przecinki postaw sam10 i… no, już nic.

Jaśka

8.VII [19]25

Władku!

Tak mi się jakoś nazbierało sentymentu w Twoją stronę, że znowuż piszę. Sama jestem tu jak pies. Czasem się jakiś adorator przyplącze, a dla świętego spokoju to z domu nie wychodzę, żeby się nie spotkać z takim nudziarzem (podobne to do mnie, co?). Ale jednak świętą prawdę piszę, bo te bałwanięta to nijako przy Was (ze Stolicy) wyglądają, nijako. Ina siedzi na swej „posesji”11, a że deszcz pada, to mi się za miasto do niej ruszać nie chce. Wynajduję więc roboty „domowe” (w stylu malowania na porcelanie), ale diabli mnie już gdzieś ponoszą, tak sobie, bez kierunku. Chodzą mi po biurku przeraźliwe białe słonie, pieją koguty z „Liskowa”12, opadają róże i okropnie mi się z tym wszystkim nudzi. Jakby to było dobrze, żeby człowiek zawsze wiedział, czego chce, a jak już wie, to żeby się dłużej nie wahał.

Przeciwniku poduszek, przyćmionego światła! Gdybyś teraz tu u mnie siedział (tak! na tych właśnie poduszkach), to przestałbyś może zrzędzić na półświatkowe nastroje, a mnie nie pożerałaby tak gwałtownie nuda.

„Nudząca się kobieta” — czyż to nie „demoniczne”?

Wstyd i hańba! Biorę się więc do czegośkolwiek — a Ty pisz, o ile Ci moje, Twoje i całych pokoleń życie miłe.

Pa —Jaśka

11.VII [19]25

Władku — Trochę mnie w tej chwili pasja ponosi, taka sobie „partyjna” pasyjka. Dla odpoczynku po tych sprawach, dla odwrócenia myśli od nich — piszę do Ciebie.

List Twój mam, ale należy mi się jeszcze jeden. Trudno tych spraw po kupiecku nie traktować, kiedy listy są u nas (na prowincji) w tak poważnej cenie.

Sam zapewne nie przypuszcza[sz] (co Ci się zresztą chwali jako oznaka skromności), jak mnie Twoje „literackie sprawy”13 żywo obchodzą. Po prostu dlatego, że Ciebie dotyczą, no i… że sam podmiot nie jest mi obojętny, tak jak np. matematyka czy coś w tym guście.

Pisz więc, jak możesz najwięcej.

Sny. Kolory sukien — eh! Wszystko bezbarwne, nijakie.

Władek — czy naprawdę zależy Ci na tym, by nie być przeklinanym do dziesiątego pokolenia wstecz i naprzód?!

Jeśli tak — to wiedz — że nie wolno, tak, n-i-e w-o-l-n-o Ci gdzie indziej się przewietrzać jak tylko w naszym nadprośniańskim grodzie. Rozumiesz?

Numer mego mieszkania jest „3”.

Dom stoi na rogu pl. Konstytucji i ul. Parkowej. Hotel w pobliżu jest „Francuski”14 — gemacht15? Więc kiedy „to” nastąpi”?!?!

Czekamy —

Jaśka

Pozdrów ode mnie Guzika, jeśliś to niecne kłamstwo odwołał tak, że Cię ta rola nie skompromituje.

Tylko, moi Drodzy, nie zalewajcie się zbytnio, bo to grozi na starość artretyzmem, a wtedy biada „Waszym żonom”+). Naparzanie rumianków, zrzędzenia starych, połamanych mężów… brrrrrr…

J.

+) zawsze mnie kwestia kobieca interesowała, więc nie dopatruj się w tym głębszych podstępów.

Kalisz, dn. 13.VII [19]25

Władku — Żyjesz?!

Wszystko jedno zresztą. Niemiecka systematyczność16 nakazuje mi odpisać na ten porządny (z formy i treści) list.

Przypuszczam, że zobaczymy się w środku przyszłego tygodnia. Henio17 ściągnie może na niedzielę, a chcemy się każdym z Was „delektować”, że tak powiem… detalicznie.

Chwilami — to chce mi się wyć z nudów, ale podam to uskuteczniać mej pseudowilczycy, a sama wpadam w objęcia starego jak świat Morfeusza.

Listy są miarą czasu, bo na wskazówkach farnego zegara18 siadają kawki, więc czas miasta od nich zależy. Zapewne widziałeś już Sławka, bo 11 bm. miał być wolny.

Tak mnie korci wpaść na jeden dzień do Warszawy, że okropność. Mam do załatwienia trochę spraw w szkole, ale trzeba to będzie załatwić „ekonomiczniej”, więc pośrednio.

Przyjazd Twój jest dla mnie obecnie już zdecydowany. Apelacja do wyższych instancji wykluczona.

Ina orientuje się w obecnej sytuacji, więc pisz do niej i bądź jak najswobodniejszy.

Przy okazji polecam Twej łaskawej pamięci Książęcą 15 (o ile względy natury materialnej nie stoją na przeszkodzie temu szczytnemu posłannictwu, jakim jest popieranie swojskiego przemysłu).

Napisz dzień i godzinę przyjazdu, coś-nie-coś o Sławku, a dużo o sobie. Co do mojego stylu — to bardzo się dziwię Grydzowi (temu zakochanemu w cudnej żonie)19, że takiego wynalazł sobie zastępcę.

Wprawdzie w szkole byłam jedną z lepszych polonistek, ale to źle świadczy o poziomie szkoły, no i demaskuje belfra, bo choć był to jegomość starszy — serce miał jako wosk na wdzięki niewieście, a nie wiem czemu — moje w szczególności.

Ciekawa jestem okropnie artykułu tego „hakatysty”20.

Tymczasem — pa

Jaśka

Kalisz, dn. 15.VII [1925]

Władku!

Przede wszystkim seria pytań:

1 Czy Sławek wie o Twoim stosunku do mnie21?

2 Jeśli tak, to jak się do tego odniósł?

3 Jak się obecnie do mnie odnosi?

4 Czy mówiłeś mu o „gorzkich żalach”, jakich byłeś, o Nieszczęsny, świadkiem w czasie jego pobytu „tam”?

Listu od niego nie mam. Pierwsza pisać nie mogę, bo nie znam odpowiedzi na powyższe, „dręczące” mnie pytania, a z człowiekiem „nerwowo chorym” trzeba się ostrożnie obchodzić.

Projekt Twego przyjazdu został przyjęty przez aklamację całego Kalisza.

Właściwie to trochę już mi ciężko.

Sama nie wiem, czego chcę, a jeśli przypadkowo wiem — to jak na złość nie mam tego. Denerwuję się tym, że tak nic nie robię, a tyle bym chciała zrobić. Jest to więc jakieś „przymusowe próżniactwo”.

Rozpaczam nad tym, że nie umiem z wdziękiem próżnować i nawet w tym doszukiwać się głębszego znaczenia. Nie ma we mnie ani odrobiny „ptaka niebieskiego”, a są cnoty atawistyczne po jakiejś tam gute Hausfrau22, co była moją prababką. A tak tego nie cierpię!

Co robić? Poradź, Zbawco, Desko Ratunku i co chcesz jeszcze.

Ciągle żyję w oczekiwaniu czegoś, co dopiero ma nadejść, a tymczasem już miesiąc tutaj siedzę i tylko drugi mi pozostał do wyjazdu.

Zupełnie nie wiem, jak będzie wyglądało moje życie w roku przyszłym.

Wszystko razem jest nudne i niepokojące jednocześnie, zwłaszcza że pozwalam sobie na takie nastroje i jeszcze Ci o nich piszę. Co tam! Jutro przejdzie!

Tymczasem bądź zdrów —

Jaśka

19.VII [19]25 r.

Władku! Czego Ty właściwie chcesz? Mam nie pisywać? Bo jeśli te listy mają wpływ ujemny na stan Twoich nerwów — upoważniam Cię do palenia ich przed przeczytaniem, lecz żadna siła najwyższa nie zmusi mnie do tego, żebym w ogóle pisywać przestała. Taka to już gadatliwa natura kobieca.

Mój Drogi! Na psychiatrę nie nadajesz się. Zrezygnuj z tego stanowiska. Czy naprawdę przypuszczasz, że osoba, tak jak ja narwana, mogłaby przez długi, bo roczny okres czasu maskować wobec ludzi, tak jak Ty mi bliskich, właściwy swój stan wewnętrzny?

Jakąś „jednoaktówkę” czasem odegram z przyjemnością, ale na takiego tasiemca rocznego nie piszę się — trudno.

Każdemu zdarzy się, że wstanie rano „lewą nogą” lub dobrze się nie wyśpi i tak od samego świtu zacznie nad sobą ubolewać, popłakiwać, jaki to on, niebożę, samotny (zwłaszcza ja, co?), nieszczęśliwy (właśnie…), skrzywdzony itp. To, co mu się wczoraj wydawało pomarańczowe, dziś jest melancholijnie szare. Ale jak się gruntownie wyśpi na drugi dzień, to ma uciechę nie lada, jak sobie wczorajsze „gorzkie żale” przypomni.

Znudzenie? Bujda! Tyle mnie rzeczy „nęci” i ciekawi, na tylu rzeczach i osobach mi zależy, tyle mam radości życia i mimo wszystko tak mi dobrze!

Prócz tego zdaję sobie sprawę z tego, co jest mną, a kiedy pozuję. Tylko czasem poza więcej mi się od rzeczywistości „widzi” — toteż jej nie odrzucam. Tak. Ale o jakim to prostym i szczerym wyjściu mówisz? Co jest między nami nieprostego i nieszczerego? No, w tym miejscu to ja zacznę się martwić i… zrzędzić… Cały mój list zrozumiałeś „na wspak”, nawet ze Sławkiem.

(Napisał już opryszek jeden!).

Władek! Otrząśnijże się, Człowieku!

Co Cię znowuż naszło? Wiesz, zrobiłbyś mi prawdziwą przykrość, gdybyś Kalisz ominął tylko z tej racji, że brak Ci „chęci”. Na końcu jeszcze, jak zwykle, oświadczę Ci się. Otóż tyle mam dla Ciebie tego czegoś, czego określić nie umiem i nie wiem zupełnie, jakie to konkretnie kontakty przyjmie.

Taki jakiś chaos uczuć, z którego może się wszechświat wyłonić. Na razie nic nie wiem. Co z Twoją prawicą23? Zupełnie już normalna?

Pójdziemy się na Pólko (3 km od Kalisza; tak się zwie ten „kurort” rodziny Koszutskich) prażyć na słońcu i studzić w rzece, dobrze? Właściwie to może „nieskromnie”, ale już nawet tam zostało zupełnie przyjęte24. Z tej też racji opalona jestem okropnie (rzecz jasna, że zbrzydłam) — przyjedź sprawdzić, a tymczasem pisz.

Jaśka

21.VII [19]25

Władku! Niewymownie mi przykro, że postscriptum oddzielone zostało od listu przestrzenią dwudniową, a ja, człowiek porządny, już Ci odpisałam do przyjaciela25, tak, ażeby list ten tam Cię już powitał. Zapewne nic straconego, tylko że przyjazd Twój do Kalisza o tydzień się opóźni.

Myślę o Tobie aż nazbyt często. Widzisz — mam chorobliwie rozwiniętą wyobraźnię i zawsze coś sobie układam, co może światła dziennego nie zobaczy. Bardzo to miłe zajęcie, bo choć wtedy jestem panią swego losu, a kowalem własnego szczęścia. Chciałabym Ci jeszcze o tym i o owym napisać, ale wychodzę do Klubu26 — więc pa —

Jaśka.

Byłabym bardzo mile zdziwiona, gdyby zaszedł ten niezwykły wypadek, tj. gdybyś Ty zaczął do mnie pisywać nie tylko w odpowiedzi na moje listy, ale tak sobie, do tego samego mnie upoważniając.

J.

Warszawa, 24 lipca 1925

Mnie wielce miłościwa Jejmość Panno Dobrodziejko!

Myślałem był wiele ostatniemi czasy o rodzie białogłowskim i wżdy sądziłem więcej rankorów27 serdecznych a inszej udręki od nich mieć, niźli radości a szczyrego miłowania. Bywało, nieraz już chciałem się wyrywania dębów z korzeniem jąć jako ów Rolandus28, rycerz mężny, a dla białych głów wielce nieszczęsny. To jeno miałem na pamięci, iżbyś mnie, moja Panno Miłościwa, temci wietszem lekce ważeniem nie obdarzyła i za mente captus29 alibo zgoła furyata poczytać nie chciała. Umyśliłem przeto w miejsce czynów szalonych a nieprzystojnych, statecznych słów kilkoro o białych głowach i miłowaniu skryślić, i Tobie, Miłościwa Panno, nie mitygując30 się przesłać.

Pewna rzecz jest, iż w które serce raz iskierka miłości upadnie, już tam sprosna myśl, bojaźń, nikczemność nie może popasać31, albowiem kto miłuje, stara się uprzejmie, aby go było przecz miłować i strzeże tego pilnie, żeby za czym nietrefnym nie przyszedł we złe mnimanie tam, gdzie o dobre najwięcej stoi, za nic u niego niebezpieczeństwo wszelakie, chromota, śmierć owa, nie masz tak srogiej rzeczy, której by się nierad na każdą godzinę poważył, aby to jedno dał znać, iż godzien jest onej, o którą się stara, miłości.

Słyszałem też to, będąc we Włoszech32, iż białegłowy w Iszpańjej siła do tego pomogły, iż królestwo Granatskie wyjęte jest z murzyńskich ręku, albowiem kiedykolwiek przeciwko nieprzyjacielowi iszpańskie wojsko ciągnęło, jeżdżała królowa Izabella ze wszytkim fraucymerem33 aż blizko miejsca potkania. To przez ten czas, ktokolwiek z rycerstwa miłował, był pilen panny, bawił się rozmową w drodze tak długo, aż do uźrzenia na oko nieprzyjaciela przyszło, a tam pożegnawszy każdy swą pannę, przed niemi tuż potkał się z oną niepodobną śmiałością, której mu miłość dodawała34.

A i ktoby się muzyki, ktoby się tańcu uczył, by nie dla upodobania białymgłowam? ktoby wirsz abo rym pisał, by nie dlatego, iżby affekt swój, który za łaską abo niełaską białejgłowy uroście, nim wyraził? Siła poet greckich i łacińskich nie mielibyśmy byli, by byli poetowie wysoce sobie białychgłów nie ważyli.

Owo Ci, Miłościwa Panno, przysięgam, a sercem się świadczę, iż cokolwiek bym dziś poczynał mieczem abo piorem umaczanem w inkauście, kwoli Tobie i Twojej tym wietszej czci poczętem będzie.

A teraz — hop! na koguta Twardowskiego i już 350 lat przeskoczyłem. Boję się tylko, czy do tego miejsca doczytasz, bo może to i nudna ta staropolszczyzna.

List ten piszę rano. Na próżno dziś wyglądałem listonosza, listu od Ciebie nie było. Ale za wiele mi się zachciewa: wczoraj przecież miałem dwa listy — z Czernikowa Zenek natychmiast mi odesłał35. Wczoraj coś się we mnie na lepsze odwróciło. Może będę mógł zacząć pracować.

Co dzień prawie widuję „Guzika” i Sławka. Z Guzikiem włóczymy się razem, prowadząc przewlekłe dyskusje „zasadnicze”. Sławek drażni mnie trochę swoim niepowściągliwym ironizmem w stosunku do wszystkiego, co nie jest z tej samej beczki co on. Dziś idę na premierę Idioty Dostojewskiego w „Szkarłatnej Masce”36. Może i Guzika zabiorę. Jeszcze tylko dwa — trzy dni tej, naprzykrzonej cokolwiek, Warszawy. Nie gniewasz się na mnie, Jasiek? Zdaje mi się, że ja okropne głupstwa powypisywałem w tym onegdajszym liście. Całuję Twoje ręce mocno

Twój Wł.

Warszawa, 26 lipca 1925

Jaśko kochana!

Piszę do Ciebie w nocy z soboty na niedzielę. Spać nie mogę, włóczę się po mieszkaniu, pokładam na różnych meblach i ciągle, ciągle myślę o Tobie. Nie mogę czytać nic z tego, co „powinienem”37 — dlatego sięgnąłem do biblioteki po Żeromskiego Zamieć38, żeby jeszcze, któryś tam raz, przeczytać. Nie tylko przeczytać: przeżyć. Mam takich kilku pisarzy, których mogę czytać dziesiątki razy i zawsze mi się zdaje, jakby mi ktoś wziął serce w rękę i zaciskał aż do bólu, aż do łez i do rozkoszy w tych łzach. Nie znaczy to, żebym przy czytaniu robił ze siebie sikawkę sentymentalną, to tylko w krtani coś się zbiera i, zdaje się, lada chwila, wybuchnie.

Ach, bardzo mało mnie obchodzą najbardziej „cenne książki”, pisane przez licho wie jak mądrych ludzi, jeżeli nie ma tam tego „czegoś” dławiącego w krtani i najprawdziwszego w świecie. I wiem — pisać można tylko o żywym, wyszarpanym ze siebie kawałami życiu, pisać trzeba prawdę i to całą prawdę. W ten tylko sposób można stworzyć wielką sztukę, wielką poezję — wszystko inne to tylko marna „literatura”.

Chodziłem z tym Ryszardem Nienaskim po Paryżu; po tych ulicach, których nazwy, a często i wygląd tak dobrze jeszcze pamiętam, podpatrywałem z nim razem biedną, śliczną Xeniusię Granowską, jak szła w całej swojej śliczności ulicami Paryża. Zdawało mi się, że ich oboje (który to już raz?) tak dobrze, tak w zupełności rozumiem. Bo i cóż w tej ich historii jest istotne i najważniejsze? Nienaski ma do zrobienia w życiu różne „wielkie rzeczy” (te „wielkie rzeczy” to X, pod które każdy może swoje własne wartości podstawić), a równocześnie kocha kobietę, która mu się wymyka, którą mu coś odbiera. Dla Xeni tą „wielką rzeczą” jest miłość do Nienaskiego, a przeciwwagę stanowią różne jej podejrzane zachcianki życiowo-paryskie. U Nienaskiego — konflikt altruizmu społecznego z uczuciem osobistym: skala szersza; u Xeni — konflikt uczucia z egoizmem, skala węższa. A co mu nie pozwoliło strzelić sobie w łeb, tak jak miał na to ochotę na owej plaży, dokąd uciekł po „zdemaskowaniu” Xeni u Maxime’a — to właśnie poczucie jakiegoś nakazu wewnętrznego, odpowiedzialności za owe niespełnione jeszcze „wielkie rzeczy”; które przecież — mimo wszystko — są najważniejsze. To jest bardzo prawdziwe i wzniosłe („wzniosłe” — bez śmiesznego i ironicznego znaczenia, przydanego temu słowu przez gwarę warszawsko-inteligencką) — kwestia tylko, jakie wartości podstawia się pod owe rzeczy najważniejsze. Podobny moment jest i w ostatniej powieści Erenburga Rwacz39, którą niedawno czytałem.

Ale dlaczego ja Ci to wszystko wypisuję? Ta przypadkowa nocna lektura powiedziała mi wiele o Tobie i o mnie. Naturalnie ze zmianą proporcji: nie mam pretensji porównywać siebie z Nienaskim, którego dziesiątej części zapewne nie jestem wart. Zresztą nie chodzi o rywalizację z bohaterem powieściowym. Ty również inna jesteś niż Xenia. I inna jest cała skala konfliktów. A jednak, a jednak jest tu coś podobnego do mojej sytuacji, jest coś, co mi pozwala tak bardzo dobrze rozumieć Nienaskiego i Xenię. Co to takiego? Czy wiesz?

Rozpisałem się tak szeroko o tej powieści, bo, pamiętam, kiedyś idąc z Tobą Marszałkowską, rozmawiałem o niej i powiedziałaś, że ta książka Ciebie, tak samo jak mnie, głęboko wzrusza i obchodzi. A rozmowa na ten temat zaczęła się stąd, żeś sobie tego wieczoru usta lekko, lekko… Już takie mam szpiegowskie oko.

Teraz leżę na swojej nieuniknionej kanapie i piszę ten list ołówkiem (w obecnej chwili przepisałem na czysto — to postscriptum). Świt. Z Bielańskiej słyszę nocny tramwaj. Znowu wstaje dzień o niebie bezchmurnym, gorący, duszny. Ale teraz chłodno i spokojnie.

Dlaczego ja ciągle myślę o Tobie? Przed chwilą przeczytałem na nowo wszystkie Twoje listy. Jest ich dziewięć, łącznie z tą kartką pisaną na Pięknej40. Tę kartkę właśnie najciężej mi było czytać. A później, czytając wszystkie listy po kolei, myślałem — jak wiele jednak ja tu włożyłem siebie. Przeżywałem je na nowo, przypominałem, jak czytałem z gniewem i żalem, jak gryzłem się w sposób nierozumny i dziecinny, to znów, jak budziły one we mnie szaloną radość, również nie bardzo uzasadnioną i dziecinną.

Ach, nic już na ten temat nie wyfilozofuję! Wiem jedno: chcę być z Tobą — a to pobożne życzenie nic tu przecież nie wyjaśnia. W ogóle, być może, iż jestem na granicy jakiejś potwornie śmiesznej zarozumiałości.

Już kończę, Jasiulu najdroższa. Odpiszesz mi chyba do Czernikowa, bo jutro już spodziewam się wyjechać. Dziś (niedziela) powinien Grydz przyjechać i skończy się ten nad wyraz ciężki dla mnie okres tego lata. Miewam momenty zupełnego zwątpienia w siebie. Trzeba się przed tym ratować. Przed samym wyjazdem jeszcze napiszę. A teraz całuję tylko Twoje śliczne ręce, bo nic więcej w tym zakończeniu nie śmiem wymienić.

Bardzo Twój Wł.

26.VII [19]25

Władku!

Nie bardzo wiem, gdzie Cię obecnie po świecie szukać41, jedno nareszcie mogę stwierdzić, że za jaki tydzień Ty będziesz wiedział, gdzie mnie znaleźć. Napisz nam dokładnie dzień przyjazdu i godzinę. Tak mi naprawdę na tym zależy!

Trochę jestem oszołomiona perspektywą zupełnie wolnego dnia. Wprawdzie zaczął się on od trzeciej po południu — jednakże żadne „teczkowe” sprawy dzisiaj się już w nim nie mieszczą.

Myślałam nad Twoimi dwoma listami. Zabawne? I jeden, i drugi trafił na mój odpowiedni nastrój.

Wiesz, Władek, tak mi „odpowiadasz” wewnętrznie i tak się przy Tobie dobrze czuję, że przyjedź jak najprędzej. Bardzo to bezczelne, że się tak z Tobą „spoufalam”, toteż dodaję nie mniej szczerze, że tym lepiej mi, ponieważ wyczuwam ten Twój „opiekuńczy” stosunek do mnie. Ee… do niczego to niepodobne, to, co Ci wypisuję, wolę już takie rzeczy mówić albo po prostu tylko w sobie czuć.

Do zobaczenia!

Jaśka

27.VII [19]25

Władku!

Dostaniesz dwa moje listy jednocześnie. Wiesz, wobec tego, że tak się forsownie karmisz lekturą moich listów, jestem poważnie o Ciebie niespokojna. Dajże, Władek, spokój. Te listy, tak zresztą jak i ich autorka, są tak denerwująco niezrównoważone, jaskrawe, krzykliwe, no, czy ja wiem, jakie jeszcze! Ale mnie lubisz, prawda?

Siedzisz już pewnie w Czernikowie zatraconym i przeglądasz rozkład pociągów do Kalisza. To, to przynajmniej i miła, i godziwa rozrywka!

Jestem trochę śpiąca i litery tak mi się wikłają, ale zarazem nie pochwalam Twego „markowania” po nocy. (Tam jeszcze, w domu). Pilnuj się, mówię Ci, i radzę, bo jak się do Ciebie wezmę, to będzie źle! Prócz tego, a w związku z Twym stylowym listem, biorę Cię, Mój Rycerzu, w swoje służby i będziesz musiał mnie słuchać. Pożegnaj jeszcze błogie, ale bezpowrotne (z tej racji) chwile lenistwa i apatii!

Aha! Jeszcze coś. Jeśli myślisz, że Twoja królewna czy dama serca po prostu i w rzeczywistości w zamku mieszka — biada Ci! Rozczarujesz się, mimo to przyjedź koniecznie, bo chcę Cię widzieć, że okropność.

Pa —

Jaśka

[ok. 30.VII 1925]

Władku! Poczciwiej i mądrzej, choćbyś myślał rok, zrobić nie mogłeś42. Czekam o jedenastej (ale bez dystyngowanego spóźnienia). Mieszkanie 3.

Do zobaczenia!

Jaśka.

[ok. 30.VII 1925]

??? Śpisz czy kpisz?

Czekamy na dole43.

1.VIII [19]25

Władku!

Wprawdzie niepotrzebnie już do Ciebie z listem się wybieram, ale już tak się samo to złożyło. Dobrze z Tobą było! Nie mogłeś to jeszcze trochę pozostać (tj. nie 20 minut, ale z dzień jeden)? Już mi nie blaguj, że się tak dobrze czułeś, bo wcale nie wierzę.

Taki jesteś kochany, dobry, tylko czasem poderwany. Pisz, Władek — dobrze? Nie wiem, czy się znowuż co nie przemieniło, a zwłaszcza że śpiąca jestem okropnie, więc kończę —

Jaśka.

3.VIII [19]25

Kiedy tak, to się nie bawię! Prócz tego ze stacji — ani jednego listu. Czekaj! Jak Kuba bogu — tak Kubie bóg. Amen.

J.

4.VIII [19]25

Władku! Świat się kończy, a właściwie moich dwadzieścia wiosen. Opadły nas z Matką smutne rozmyślania, tych lat poniewierki, głupich radości, a długich smutków tyle już było, że i dzień dzisiejszy nie jest wielkim efektem44.

Otóż wyobraź sobie mój stan uczuciowy czy raczej psychiczny. Załatwiłam już wszelkie formalności niezbędne — w pojęciu warszawskiego inspektora szkolnego — pozostała mi wizyta lekarska, celem wydania świadectwa „przydatności do zawodu nauczycielskiego pod względem fizycznym” (a to tytuł, co?). I… okazuje się, że po latach wielu — mam chore serce i to tak, że grozi „dyskwalifikacja”. W domu zapanował dziki popłoch. Zaciągnęli mnie do starego „nadwornego” lekarza, okazała się blaga, to jest tylko zwykła „nerwica” serca, ale świadectwo mnie kompromituje. Tyle to jeszcze będzie dochodzeń, prześwietlań i może być fiasko, jak się pech na mnie zaweźmie. A co ja pocznę bez szkoły powszechnej?!

I oto — poświęciłam tym sprawom całe dwie strony jak chora na otłuszczenie serca Żydówka, jadąca do Baden-Baden.

Lecz i z tego się pewien morał wywodzi, że… masz się ze mną delikatnie obchodzić i zwalczać w sobie zapędy „sadyzmu psychologicznego” (!).

Taka jestem chwilami tą szarpaniną z sobą i warunkami zmęczona, że chciałabym przybić nareszcie do jakiej „zacisznej przystani”, ale wstyd mi tych sybarycko-filisterskich skłonności i od początku zaczynam.

Daj sobie, Wład, spokój z tą walką z wiatrakami — nie dasz rady. Zresztą po kupiecku zsumuj rubrykę zła i dobra z tej racji i napisz mi.

Ja mam szczery zamiar codziennie pisywać — zgodzisz się na to?

A teraz — no, bądź mi zdrów — zobaczymy się przecież wkrótce, bo i Ciebie mi diablo brak.

Jaśka

5.VIII [19]25

Władku! Taka byłam wczoraj roztrzepana, że tylko częściowo odpisałam na Twój list. Wiesz, to trochę kłopotliwe położenie… jakże ja mogę czegokolwiek „żądać” od Ciebie? Jakim prawem? Zwłaszcza w formie dowodu prawdziwości tego, co mi mówisz. Ee… chcieć, to bym dużo chciała! Ale po co? Wierzę Ci i bez tego i mam być zupełnie szczera? Wiesz — coś mi z tym dobrze, że wierzysz w swoje „zwycięstwo”.

Naprawdę i ja chciałabym tego, trzeba tylko w sobie pokonać te różne inne rzeczy i zbadać je, czy się naprawdę pokonać dadzą, co jest trwalsze — to czy tamto?

Bo widzisz — taka omyłka może się bardzo mścić, prawda?

Co do „nierozumności” tej historii, to myślę, że jednak są rzeczy bardziej nierozumne, a jednak są.

Pisz do mnie częściej. Tak mi teraz ciężko, bo nie wiem, co ze mną będzie — czy w ogóle przyjadę na ten rok do Warszawy, a w domu trzeba będzie stoczyć bitwę z racji tych sercowych dolegliwości.

Nie opuszczaj mnie, „Ucieczko Strapionych”, i pisz, pisz, pisz…

Jaśka

8.VIII [19]25

Władku! Przypadkowo odkryłam ten zapóźniony list z 4 bm. pod teczką. Mam więc lektury sporo (na powitanie w Warszawie). Coś Ty się tak mnie uczepił? Żeby to jeszcze mnie, ale z „przyległościami”. Kpisz, czy o drogę pytasz? Takie głupie listy… Aha, pewnie zbierasz je do tego końcowego działu w „Wiadomościach Literackich”45. (Wola Twoja czy właściwie „ciało astralne” przesyła mi nadal pismo — dziękuję). Ta polemika ostra Daszyńskiego z „prusakiem” za grosz sensu nie ma46. Na sprawy PPS szkoda tam miejsca. Atak był dobry. Obrona miejscami tylko dowcipna, ale poza tym… brrr.

Wybacz mi niedyskretne pytanie — ale w takim stosunku jesteś do Redakcji obecnie. Co to za „urząd” członek redakcji47?

Pisz, pisz, pisz, przemiła „gaduło”.

Ja

11.VIII [1925]

Wielce memu sercu miły — Władku!

Nie wiem, czy te listy w ogóle się Ciebie doczekają. Chce mi się jednak w tej chwili pisać, bo… mam dobrą stalówkę i „chwilę”.

Mój Kubo! Pan Bóg Cię wysłuchał, ale nie chce Cię, Człecze, mimo wszystko grzeszny — psuć i demoralizować (do reszty) zbyt łatwym życiem. Listów pięciu Ci nie przyślę, ale trzy, a najwyżej cztery. Już My, Panowie „Bodzy”, taki zwyczaj mamy od 5000 lat, czyli od początku tego świata.

Ciągle sobie skomlę, bo mnie serce boli i dosłownie, i w przenośni też. Tak to już na tym świecie parszywym jest, że często-gęsto trzeba wszystko z kamienia wyciosywać, kiedy innych „kije golą”, a mnie „brzytwą nie chcą”48. Mniejsza z tym zajęciem fryzjerskim. Apopleksji dostanę, jak tak ciągle będę do tych Inspektoratów Szkolnych chodzić i pisać, jakby mi łaskę robili, że za lichą pensję porządnie pracować im będę (z… zasady wszystko „porządnie” robię). W ogóle to porywam się z „motyką na słońce” — Szkołę Zdobniczą muszę skończyć, choćby się Muzeum spaliło, a jak posady nie dostanę, ale lekcji będę miała za mało, to do prania i mycia podłóg się zgodzę49. Tymczasem pisz i wyrabiaj mi protekcję między znajomymi — że znasz solidną praczkę (mam taką sprawność harcerską) i pielęgniarkę niemowląt (taką sprawność też mi ZHP zaliczył), kropka*.

Jaśka

Marcin Luter pozdrawia Cię i radzi przejście na łono — tego najprawdziwszego kościoła50.

Dn. 13.VIII [1925]

Władku!

Właśnie łamię sobie teraz głowę nad tym, czy już jesteś w Warszawie, czy nie. Byłaby to zasadniczo bardzo miła „łamigłówka”, gdyby nie następujące okoliczności: (ciesz się, Potworze!) jestem niewyspana i ja — śpioch zawodowy, dowiedziałam się, co to „bezsenność”. A wszystko to — przez Ciebie (!).

Wyobraź sobie, obudziłam się dzisiaj w nocy zupełnie zabeczana, bo… Twoja Matka51 przysłała mi depeszę, żeś umarł (!!!) i mam przyjechać na pogrzeb. Strasznie (razem z Iną) lamentowałyśmy i… jedziemy — a co potem było — to Ci (jeśli mimo to żyjesz) opowiem 22 bm.

A kiedy się przebudziłam (zgrozo! w samym środku nocy), to mnie takie dziwaczne myśli opadły, że nie wiedziałam, co jest snem, a co rzeczywistością. A teraz łażę jak mucha i mimo zdecydowanego materializmu jestem czegoś o Ciebie niespokojna, zwłaszcza że od dwóch dni nie mam listu ani karty.

Władeczku! Czy naprawdę muszę Ci jeszcze w sposób elementarny i poglądowy objaśniać, że mnie tak bardzo, bardzo obchodzisz, że chwilami to stoję prawdziwie niezdecydowana, czy czasem, czasem… no nie!

Jeśli to ma mieć jakąś wartość, to trzeba, by to „czasem” — stało się „zawsze” i to nie na tydzień, ale na okres „nieco” dłuższy. I dlatego muszę podlegać własnej obserwacji, a Ty musisz mnie nadal tak kochać — dobrze? Pisz —

Jaśka

16.VIII [19]25 r.

Władku! Udzielam Ci, wobec Twych pobożnych zamiarów zostania „porządnym człowiekiem” (nareszcie, bo i czas najwyższy) — bezwyznaniowego błogosławieństwa.

A teraz — zacznę Ci się rozwodzić nad osobą, dosyć marną, z której nic poczciwego albo zgoła samo „nic” będzie. Serce mi się zepsuło i nie ma na to doraźnej pomocy.

Co do samodzielności, to gdybym nawet, no… przypuśćmy (na tym świecie wszystko możliwe), okropnie, ale to tak na „fest” w Tobie się zakochała… to nie wyszłabym za Ciebie, gdybyś mi nie zagwarantował takiej to autonomii: 1. praca zarobkowa, 2. praca „klasowa”, 3. nieprowadzenie gospodarstwa „jednostkowego”, tj. zbombardowanie tego świata od „spiżarni do kuchni” (a tymczasem muszę jakoś pracować — bo tego wymaga ode mnie wszystko, co jest mną, tj. tzw. „zasady”, „zdolności” itp.).

Tak. Staram [się] Cię przygotować do warunków, które Ci mogę podyktować. Może Cię to zrazi — lepszy więc odwrót zawczasu.

Ale żarty na stronę! Taki jesteś dobry, że aż nie wiem, co z tym robić…

O wyjeździe po mnie nie ma mowy, a to ze względów natury zasadniczej: Człowieku, nie kop pod sobą grobu, a więc nie rozpieszczaj mnie, bo sobie ze mną rady nie dasz, na jakiej byśmy „stopie” nie przebywali w ciągu tego roku. To po pierwsze, a po drugie, nie wiem dokładnie dnia ani godziny przyjazdu. 22 bm. na „p” zobaczymy się52. O mieszkanie stara mi się Henio, ale oczywiście i tutaj zrobię to „sama”. Każdy jest taki swoimi sprawami zajęty, że nie miałabym „sumienia” jeszcze moimi troskami go obarczać. Bądźże i Ty już tym „porządnym” człowiekiem i naprawdę nie martw się o mnie, bo nic z tego dobrego nie wyniknie. I tak już „lgnę” do Ciebie do nieprzyzwoitości — czy chcesz więc wyraźnego zgorszenia publicznego?!

Ale wywieram na Ciebie stanowczo zgubny wpływ. Uprawiasz już hazard na moją intencję — brzydko, brzydko, brzydko.

Jak się to życie ułoży? Chwilami, to… już kapituluję, tj. chciałabym rozpocząć osiadłe, spokojne życie — ale moja feministyczno-wojownicza ambicja nie pozwala mi na to. Jestem dzisiaj naładowana refleksjami „społecznymi”. Wiem, że tego we mnie nie lubisz, czasem tylko z grzeczności tolerujesz, ale… dużo dałbyś za to, żeby mnie można pomieścić w formie takiej sobie normalnej „Kobity”. Diabeł ze mnie jest, to trudno, i rozwydrzoną, staropanieńską zostanę społecznicą. Kiedy, naprawdę — takie mi niezbędne są do życia te wszystkie sprawy. Przez tę pracę w klubie robotniczym strasznie „sklasowiałam” i… i… wiem, że Cię ten list rozdrażni, i… że mnie „znienawidzisz”. Władek! Ja już taka jestem i musisz mnie brać taką, jak właśnie jestem.

Przecież te wszystkie niedorzeczności na mnie się składają. Przejdzie mi to „z wiekiem”. Co z nami będzie?

Ja wiem, że i tam niedługo coś się zmieni. Bądź cierpliwy i nie złość się na mnie, choćbym na to naprawdę zasługiwała. Rozdrażniona jestem tymi ostatnimi sercowymi historiami (w przenośni i bez), muszę mieć teraz naprawdę dużo spokoju, bo inaczej nie pociągnę długo, rzucę wszystko i do matki wrócę. Każdy ma „nerwy”, „załamania”, „żale i pretensje” (to wszystko nie do Ciebie się odnosi) i ile to trzeba zdolności dyplomatycznych, żeby nie dawać do tego powodu.

Bardzo dziś głupio piszę, ale bo tak mi jakoś dziwnie, aż się tam we mnie zmienia, a ja staram się tego zupełnie nie zauważać.

Żebyś Ty mógł i chciał być moim takim przyjacielem „mimo wszystko”! Tak Ci ufam i lubię ten Twój „opiekuńczy” stosunek do mnie. Bądź dla mnie wyrozumiały, bo mi już chwilami naprawdę bardzo ciężko, tylko się tak sama zakłamuję, że to wszystko musi pójść bezwzględnie, wyrozumowanie i tak, jak tego różne „zasady” wymagają, różne plany i trzeźwe postanowienia. A chociaż wszystko w gruzy się rozsypuje — od nowa zaczynam.

Władek! Czy to szczery był moment, wtedy na Pólku, kiedy tak spokojnie i przeraźliwie „obiektywnie” radziłeś mi i słuchałeś moich najszczerszych wynurzeń? Wiesz, że tej chwili to Ci nigdy, nigdy nie zapomnę! Ileś Ty mi tym dobrego zrobił, to sam nie wiesz i… ile jeszcze mógłbyś — gdybyś był tak nadal „opanowany”, czy po prostu egoizmu pozbawiony. Takie chwile to mnie na „amen” do Ciebie przywiązują. Naprawdę nie mogę wypisywać Ci tego wszystkiego, co mi przez głowę po Twoim wyjeździe przeszło, bo musiałabym być za to „odpowiedzialna”, a chcę nareszcie znowuż być wolna, wolna, wolna… Tak. Bądź więc tylko nadal taki dobry — to wszystko, o co Cię śmiem prosić.

Na ten list już nie odpisuj, tylko mi coś-nie-coś powiedz już w Warszawie. Za wszystko Ci dziękuję —

Jaśka.

[ok. 22.VIII 1925]

<……………………..>

Te cechy Twego charakteru narzuciły mi myśli, raczej nie myśli, lecz uczuciową ich formę, o znalezieniu oparcia (tak!) w Tobie. To, co mi nieraz mówiłaś o opiekuńczym charakterze mojego stosunku do Ciebie, było właściwie odwrotnością istotnego stanu rzeczy: to ja chciałem byś się mną zaopiekowała. Rzecz prosta, opieka oznacza tutaj wpływanie drogą uczuciową na wolę. Tego rodzaju opieka możliwa jest tylko wobec wiary w jakieś określone możliwości danego człowieka, a realizowana być może tylko w atmosferze absolutnego zaufania przez oddziaływanie w kierunku wyzwolenia tych możliwości. Dlaczego ubrdałem sobie, że Ty właśnie masz się zająć tymi moimi „możliwościami”? — nie wiem. Po prostu pokochałem Cię. A to oślepia. Chciałem, żebyś mnie rozumiała lepiej niż ja sam siebie rozumiem. Chciałem i chcę przede wszystkim, żebyś mnie kochała… Twoja miłość jest mi potrzebna jak powietrze, w którym jedynie mogę oddychać, wydaje mi się, że mając tę miłość, wzniósłbym się na jakieś bez tego nieosiągalne wysokości, nie mając — spadłbym poniżej samego siebie. Zapewne, że są rzeczy ważniejsze: ludzkość, walka, jaką się prowadzi, praca… Ale jakie jest rozumowanie człowieka znajdującego się w płonącym domu? Tym płonącym domem byłby dla mnie brak Twojej miłości.

Tu muszę się jeszcze raz zastrzec, że wszystko to wypisuję Ci nie w celu wywarcia presji na Tobie lub użalania się — chodzi mi tylko o szczerość aż do ostatecznych konsekwencji.

Doszedłem do przekonania, chociaż właściwiej by to należało nazwać przeczuciem, że to, co Cię łączy ze mną, to nie jest miłość. Albo „jeszcze nie miłość”, albo w ogóle coś, co nigdy miłością nie będzie. Chodzi mi o ten pierwotny, dziki prawie, zaborczy stosunek dwojga. Brak tego jakby podziemnego kontaktu łączącego ludzi w sposób niezrozumiały. Brak tego oddania bez zastrzeżeń, beznadziejnego, jedynie prawdziwego. Przy tym nie rozumiesz mnie tak, jakbym chciał. Już samo to, że żartobliwie wprawdzie, ale stawiasz mi „warunki” w razie „gdyby…” — i to takie, które przy minimalnej znajomości mnie, niewarte są wspomnienia. W gruncie rzeczy uważasz mnie za oportunistę i związek ze mną przedstawia się Twojej wyobraźni jako rezygnacja z części swych życiowo-etycznych pojęć. Te Twoje niedopatrzenia sprawiły mi większą niż przypuszczasz przykrość. Bo spostrzegłem wówczas, że jednak to wszystko, co mną szarpie, to wszystko, co jest we mnie najważniejsze, jest dla Ciebie jakąś skomplikowaną maszynerią, której działania nie można całkowicie ogarnąć, czymś, co może zajmować, podobać się lub nie, ale nie jest, jak dotąd, czymś, co by mogło stanowić naszą wspólną, nieuniknioną własność. Wszystko to jest Ci w gruncie rzeczy dość dalekie i dość obce.

Poza tym — kochasz innych. Nie wiem, jaką miarą mógłbym tamto uczucie mierzyć, ale wiem, och tak, wyraźnie je w Tobie dostrzegam. Teraz nawet kryjesz się z tym przede mną.

Chyba Ci nie pokażę tego listu. Trzeba jeszcze czekać. Te słowa piszę o trzeciej po przeczytaniu tego wszystkiego, com napisał, czekając na Twoje zapowiedziane przyjście53.

3.IX 1925 r.

Władku!

Niechże Cię nie dziwi, że tak późno odpisuję. Dopiero teraz jestem na „własnych śmieciach” i w posiadaniu atramentu, ale to nie tylko dlatego. Wiesz — dziwny był ten list. Tyle we mnie wzbudził niesmaku i szczerego, takiego „naszego prowincjonalnego” oburzenia54.

Czemu wymieniłeś tę złotą monetę miłości na srebro przyjaźni i pospolite miedziaki powierzchownych miłostek (nie wiem, czy tylko ze… „względów higienicznych”55…)?

Tak się tymi miedziakami szczerze brzydzę! Jak można?! I właśnie Ty, po głupiemu wyidealizowany, Ty — przeciwstawienie pospolitej „męskości” (z tymi środkami higienicznymi…), Władek — czyś Ty prawdę pisał? Znasz przecież mój stosunek do tych spraw (pamiętasz tę dyskusję na Pięknej i moje „feministyczne” stanowisko?). Takiś mi był bliski, swój, a sama myśl o tym oddala mnie od Ciebie i odpycha.

Gdyby wchodziła w grę miłość czy bodaj coś żywiołowego, szał jakiś, ale wyrozumowane… lekarstwo na miłość czy tylko dla zdrowia! Ohydne i koniec —

W zasadzie nie mam prawa Ci o tym pisać, jednakże upoważniłeś mnie do tego, prosząc o wypowiedzenie tego, na co się nie zgodzę w związku z Twoim listem.

Wolałabym… pomówić z Tobą — nie mam o to pretensji, że jako człowiek, a nie posąg z marmuru (może z plasteliny), zmieniasz swoje postępowanie tak szybko, że chwilami tracę orientację i nie wiem, czego mam się trzymać. Tak. Tyle mam różnych refleksji i pytań, że odkładam to i określenie naszego stosunku na następny raz — zadzwonię do Ciebie… lecz jeden warunek… jeśliś już w posiadaniu tych miedziaków — to powiedz mi szczerze, bo… naprawdę nie będę już mogła z Tobą w ogóle mówić. Chyba po dłuższym czasie, chociaż — bądźże konsekwentny:

jeśli może zastąpić mnie każda inna kobieta — rozbijże i tę srebrną monetę na niklowe pieniążki i rozdaj… licznym przyjaciołom i wtedy już dla mnie nie zostanie nic.

Wiesz, Władek — naprawdę boli mnie to — tak ceniłam tę Twoją miłość i… tak mi byłeś bliski, bliski, że chwilami, ot — sam wiesz najlepiej — czemuś tak zrobił?

J.

[ok. 4.IX 1925]

<……………………..>

Jeżeli Ci to napisałem, to nie jako „plan działania” czy też odtrutkę na uczucie. Jest to tylko wyciągnięcie dalszych konsekwencji z nieszczęścia, jakim jest nieodwzajemnione uczucie. Co do mnie, to istnienie tego rodzaju związków przewiduję nieprędko. Jestem typem wybitnie monogamicznym: jednorazowo w uczuciowy stosunek do kobiety (a więc do Ciebie) wkładam wszystko, i tzw. zmysły, i tzw. duszę. Na inny przedmiot uczucia nie ma we mnie miejsca. Możesz więc być co do tego teraz i jeszcze czas dłuższy spokojna. Dziwi mnie jednak to, co napisałaś: gdyby tak było, nie mogłabyś się ze mną widywać. Więc naprawdę ten celibat jest czymś tak ważnym? Aż do wstrętu? Ja te rzeczy inaczej odczuwam. Miłość nie może być prokuratorem. Kocha się nie za to a za to, nie pod jakimiś warunkami, tylko po prostu się kocha. Może to być bolesne, że osoba kochana nie jest taką, jaką byśmy ją chcieli widzieć, że ma takie a takie wady, czy też brak jej takich czy innych zalet — ale tego, co najważniejsze, tj. miłości to nie zmienia. A Ty omalże nie rzuciłaś na mnie anatemy dla przyczyn niegodnych wspomnienia i, zresztą, nieistniejących.

Jaśko, jeżeli nie możesz mnie kochać, chcę żebyś mnie przynajmniej rozumiała: dlaczego tak, a nie inaczej postępuję, dlaczego nie prowadzę żadnej gry i szczery jestem aż do naiwności. Złotej monety, o której piszesz, nie rozmienię na drobne, raczej rzucę ją do wody, a może i mnie samego ona tam pociągnie. Ciężko mi tak, ale przecież nie jestem żebrakiem…

Całuję Twoje ręce Wł.

26.X [19]25 r.

Przypuszczam, że tego listu najmniej się spodziewałeś. Piszę w szkole, autentycznym chińskim tuszem i niech Ci to na razie wystarczy.

Wiesz, dziwnie mi jakoś po tej ostatniej rozmowie. Mam poczucie Twojej krzywdy i jakiegoś fatalnego nieporozumienia.

Czytam te Trzy salwy56 od końca i początku i myślę, że nie możesz pozostać pod tym ostatnim wrażeniem. Chciej mnie zrozumieć. W zestawieniu z tamtymi dwoma… jeszcze więcej w Ciebie wierzę, tj. w to, co w Tobie jest najistotniejszego, czego zmarnować Ci nie wolno, a co… w tej ciągłej szarpaninie i w tym trybie życia musi się spaczyć. Taka jestem o Ciebie dlatego niespokojna, tak bym chciała coś zmienić, coś Ci pomóc, a wszystko się na złe obraca i mam pełną świadomość własnej bezsilności. Nie widzę żadnego wyjścia z tego błędnego koła — jest jedno jedyne, lecz wiesz, że… obecnie niewykonalne.

Tak się ogromnie zmieniłeś od tej Pięknej ulicy57! Nie umiem tej zmiany w słowach sformułować… może dotychczas przywykliśmy przestawać z sobą we troje, tj. z Inką.

To obecne sam-na-sam pogrąża Cię tylko w tym, o czym mogłeś przy niej zapominać. Czy ja wiem zresztą, czy to właśnie to? Teraz znowuż myślę, że ten odruch fałszywie zrozumiesz, że się zwracam do Ciebie nie jako do Ciebie, lecz tego, co Cię otacza. Przecież właśnie to jest istotną Twoją treścią, a choćby nawet nie było, wiesz, jak mi jesteś Ty, właśnie Ty — bliski…

Tak. Ale wrócę do punktu wyjścia. Powiedziałeś, że lekceważę Twą pracę, że Cię nie rozumiem. Czy… myślisz, że chciałabym odnosić się do Ciebie, jak ta gęś do pracy Martina Edena58? Czy myślisz, że pod tą pracą rozumiem pracę zarobkową? Zrozum mnie! Chcę, żeby Cię coś wyrwało z tego okropnego stanu apatii czy jak go tam określić! Chcę, żeby coś Tobą wstrząsnęło, coś Cię naprawdę zajęło — może teren społeczny, może zrealizowanie tego, o czym piszesz najsilniej i najszczerzej z nich. W nich jest więcej nienawiści, więcej negacji i pewna dogmatyczna ciasnota. Widzisz — nie dzwonię do Ciebie i nie mówię Ci tego, bo mi to łatwiej napisać i nie drażnię Ciebie tymi skokami w rozmowie, tymi bezsensownymi odchyleniami i tym, że nigdy powiedzieć tego nie umiem, co jest mną naprawdę. Mówiłeś Ince, że inaczej piszę i inaczej mówię. Zastanawiam się nad tym i dochodzę do przekonania, że prawdziwszym odbiciem rzeczywistości jest właśnie to, co piszę.

To i chyba na razie wystarczy, ale nie myśl o mnie źle i choć ten list może jest bardzo głupi i tak bardzo bez sensu — ja Ci to musiałam napisać.

Ja.

Kalisz, dn. 19.XII [19]25

Władeczku! Jestem żywa, cała i przytomna, a przy tym słowna, więc o cierpliwość Cię poproszę.

Ojej, te punkty wyjścia w błędnym kole! I po co, i na co? Kiedy i te długie listy, i omawianie tych rzeczy na nic się nie przyda. Taki już ze mnie Tomasz niewierny, że nic a nic tym okadzaniom i wyświęcaniom nie wierzę, tylko na boską opatrzność się zdaję i bieg wypadków. Ty się ode mnie sam, z własnej woli nie odsuniesz (z góry Ci klęskę przepowiadam) i ja też nie. Musi nas od [s]iebie oddzielić coś silniejszego od naszej (a w danym wypadku ściślej: od Twojej) woli — a więc tylko ten bieg wypadków (może „wpadunek” jaki, może trąd, a może zła teściowa, jakbyś się nagle ożenił…). Mam wrażenie, że ze stanu cichej a ubocznej obserwacji, rozmyślań i pracy próbnej w różnych PNS-ach wejdę nareszcie w to czynne życie i… „czarną robotę”59. Trochę więc jeszcze cierpliwości, bo przybywa możliwość… pozbycia się mnie i mego widoku. Ale i tym razem możesz mieć „pecha”, że jak na złość tak się nie stanie… więc lepiej powrócić do Twego listu.

O jakiej Ty radości mówisz? „Minimalna radość życia” — gdzież się ten materiał nabywa, jeśli go człowiek w sobie samym od urodzenia nie nosi?

Czyż to można jakimkolwiek „kosztem osiągnąć”?

Odpisz mi na to koniecznie, jak to rozumiesz i co masz na myśli, i… czy „teoretyczne” wywikłanie się z tego chaosu ma jakąkolwiek… wartość?

„Ty wiesz, że Cię kocham”. Śmiem twierdzić, że nie bardzo wiem. Może operujemy różnymi pojęciami, tego samego wyrazu używając? Bo i czyż to jest „pewna” miłość, jeśli odarta z tego… specyficznego uroku nieodwzajemnionego uczucia. Może Ci zacząć ciążyć pospolitością i sytym zadowoleniem człowieka, który już posiadł to, co długo i z trudem zdobywał i po to… by się przekonać, że gra nie była warta świeczki.

Ty mnie nie kochasz i choć to się wydać może paradoksem: kochasz raczej samo uczucie, sam ten stan, w jakim się znajdujesz. Ja zaś gram rolę pośledniejszą — obiektu, na którym się to skupia.

Bo i rozpatrzmy Twój stosunek pod czy ponad tym uczuciem (wybacz w tym miejscu analizę godną prosektorium) do mnie. To wszystko, co na mnie się składa w większej części jest Ci obce, niemiłe i denerwujące. To, co mnie pochłania (z konieczności czy szczerego przekonania), wydaje Ci się śmiesznym, gospodarsko-skrzętnym krzątaniem się koło zdobycia przyszłości materialnej jako… celu.

Tu tkwi błąd. To są tylko środki, bez których nie mogę zacząć żyć zupełnie pełnym i bujnym życiem, tj. nie mogę zrealizować tego, co jest we mnie najistotniejszego, tego instynktu organizacyjnego i społecznego. Teraz mam właśnie dlatego pewien urok (nie wartość), że mnie nie masz codziennej, zwykłej, że to jest takie właśnie denerwujące jak niespełnione pragnienie. A sam zdajesz sobie sprawę, że ten misternie wznoszony gmach uczucia runie, czy może wolno będzie się rozsypywał, z chwilą, gdyby to przybrało formy rzeczy osiągniętej.

Tak. Ta szczerość obustronna komplikuje sytuację. Zresztą nie tylko to. Czemu się trzymam kurczowo tego Twego uczucia? Jesteś mi bliski, o tym wiesz, lecz to za mało, a obecnie zupełnie nie wierzę już w to, w co tak bardzo wierzyłam w… wakacje, że mógłbyś mnie kochać na stałe i spokojnie, i tak już na zawsze, i… ja Ciebie też. To nie były drobiazgi, te ostatnie nasze rozmowy. „Zdemaskowałeś” się bezwiednie. To nie była chwilowa reakcja na mój atak, to był Twój stały stosunek do moich spraw „teczkowych”. Mimo wszystko szukasz we mnie kobiety silnej raczej przez swoją słabość, a to, co we mnie spotykasz, jest Ci wrogie — zamiast Cię w tym kierunku pchać — budzi krańcową reakcję. Nieporozumienie poważne. Bo ta kobiecość jest we mnie najzewnętrzniejszą warstwą.

Więc i… czego się męczysz? Zdaj sobie sprawę, że mnie nie kochasz — a raczej Cię drażnię, bo w tym uczuciu nie ma zadatku na nic trwałego, na wspólne życie, bo nie ma między nami porozumienia.

I teraz zdaję sobie z tego jasno sprawę… i ustępuję. Tak. Bardzo trafnie określiłeś mój dotychczasowy stosunek do Twego uczucia. I ja je kochałam, i jak skąpiec broniłam skarbu… dziś skarb nie rokuje długiego trwania — wypuszczam go z rąk. Tyś nie mój człowiek.

Ale nie rozumiem czemu… nalegasz na moje ustalenie w kierunku Anka. Skąd wiesz, że ta forma naszego stosunku nie jest najwłaściwszą i najmożliwszą, i najwierniejszym odbiciem naszych uczuć?

Czyż nie wystarczy, że mówię Ci o samym fakcie, po cóż mam Cię wtajemniczać w szczegóły i czy naprawdę nie możesz tego zrozumieć, że to byłoby dziką jakąś samoudręką?

Chcesz wiedzieć, jak bardzo go kocham?

Bez drobnomieszczańskich zastrzeżeń, lecz to nie jest celem mego życia ani nawet jego ośrodkiem. Skąd możesz sądzić o formie czy treści mego uczucia? Zwierzeń Ci oszczędzam i nikomu ich w ogóle nie udzielam.

Przypuszczam, że ten człowiek pozostanie mi bliski, gdyby mnie przesta[ł] obchodzić jako mężczyzna. Za wiele mnie z nim łączy właśnie tych spraw, które nas dzielą. Lecz wiem również i to, że jeśli przestaniesz mnie kochać — nic nas łączyć nie będzie, bo jestem Ci poza tym obca i mimo to… nie trzymam Cię nadal przy sobie i najmniejszego odruchu w tym kierunku nie zrobię. Uczucie Twoje nie było mi więc tak drogie przez… próżność. Był w tym sentyment, który nie podpada pod ustalone szablony dozwolonych i wyłącznych miłości.

Pewnie to pospolita erotomania. Pozwalam Ci to dowolnie określać. Jeszcze jedna zmiana. Wobec tego, że zdałeś sobie sprawę z niestałości swego uczucia — pomogę Ci. Ten list jest ostatnim, tak bezwzględnie szczerym listem. Od tej chwili zaczynam stosować odpowiednią „taktykę” — zgodną [z] Twoimi rozumowymi życzeniami. Jak będzie zatem wyglądał nasz przetworzony stosunek — od Ciebie zależy.

Jest w tym liście trochę sprzeczności — wynika to stąd, że pisząc krystalizuję pewne, dotychczas podświadome, stany uczuciowe. Przypuszczam, że mimo to jakoś do ładu z tym dojdziesz, zresztą i tak niewielka strata. Zwłaszcza że i Twój list jest nieskończony.

Ja.

23.XII [19]25

Władeczku! A zatem jeszcze jedno sążniste podanie do łaskawego a poważnego rozpatrzenia (choć raz… bez uprzedzeń, dobrze?).

Właściwie… to napisałam na „gorąco” jeden list, ale było tam dużo złośliwości i mógłbyś go zupełnie nieodpowiednio zrozumieć, zwłaszcza że Twój list wcale na tak płytką reakcję nie zasługuje.

Nie bardzo zrozumieć mogę, jak tak jednego dnia, ni stąd, ni zowąd doszedłeś do wniosku: „Miłość się skończyła”. Są tylko dwie możliwości: albo jej nigdy nie było, albo wniosek ten jest owocem dłuższych fermentów. A przecież jeszcze ostatnio… no, mniejsza z tym! To już Twoja rzecz. Jeśli Ci z tym dobrze — szczerze będę rada. Ale… i z nami już koniec, tak beznadziejnie i bezapelacyjnie. Nielogiczny jesteś. Cały list miał na celu dowieść mi, że jestem Ci obca i że Cię nic a nic nie rozumiem. Co więc zostało? Przyjaźń? Jakaż to przyjaźń, jeśli tyle piszesz o rozczarowaniu, niezrozumieniu, „samoistnej obojętności”, „wrogości”… Oj, Władek, Władek… wszystko mogłabym Ci darować, ale tego… to już nie.

Więc to tak mnie znałeś? Tak mi wierzyłeś?

Próżność więc tylko mnie przy Tobie trzymała?

I ja… mogłam Ci zawierzyć… tak niewiele do tego brakowało.

Dziwisz się, że do Twej twórczości tak się nie mogłam odnieść, jak ten z Będzina60? Trudno, on Cię sądzi tylko na podstawie tego, co piszesz, a mnie wpuściłeś poza kulisy Twej twórczości. Tyś mi był bliski jako człowiek i zbyt wiele o Tobie wiedziałam, by mi wystarczył stosunek do „poety”. Zresztą kto wie, jaki by był charakter jego listu, tego listu człowieka z „czarnej roboty”… gdyby to słyszał, czym mnie ostatnio raczyłeś.

Zdawałam sobie sprawę, że to z Twej strony uczuciowa reakcja, ale wolałabym byś to przekomarzanie rozumowo pokonał. Można było z Tobą ostatnio mówić?!

A skąd Ty możesz wiedzieć, czym były dla mnie Twoje niepowodzenia i tryumfy? Pytałeś kiedy o to? Zastanowiłeś się kiedy nad tym, że to wcale niełatwo taką rzecz okazać, by nie stała się powierzchownym i mdłym cielęcym zachwytem? Co ja Ci będę o tym mówiła! Może się tam jako kiedy dowiesz… Czy to, choć w setnej części, wiesz — czym dla mnie byłeś w najcięższych chwilach, wtedy na Pięknej? Nie? Ciebie to nie obchodziło, jak i nie obchodziło Cię nic z moich „niekobiecych” spraw. Dowodzisz mi bardzo logicznie przez całych dziewięć stron, by… w darze na dziesiątej… zapewnić, że mimo że mnie już nie kochasz… jestem Ci bliska. Nie chcę tego ochłapu… Tak. Strzegłam Twej miłości jak lichwiarz skarbu, ale dziś to już i tłumaczyć Ci nie będę dlaczego. Przeszedłeś koło mnie i… nie znasz mnie zupełnie. Więc po co Ci ta zbędna już wiadomość? Nie będę Ci skarżyła [się], żeś mnie „nie docenił”, miejże tę satysfakcję, że Cię listem skrzywdziłam i nie trudź się pytaniem, czyś i Ty mnie poważniej nie skrzywdził.

Cóż Ci taka zahukana gąska, co w darze od „pana a władcy” gotowy (a może i „na wyrost”) światopogląd dostała61 — więcej powiedzieć może? Mój Drogi — w ogóle mam „instrukcje z góry” nawet na terenie najbardziej osobistych stosunków…

Kiedy nawet miałam pewne wątpliwości co do Twego trybu życia w związku z pracą i wyjawiłam Ci je szczerze, toś ładnie się ze mną obszedł.

A jeszcze jeden