Mieszko. W ogniu pomsty - Daniel Komorowski - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Mieszko. W ogniu pomsty ebook i audiobook

Daniel Komorowski

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

14 osób interesuje się tą książką

Opis

MIESZKO PO WYJŚCIU Z CIENIA I POWROCIE DO KSIĘSTWA W BLASKU CHWAŁY, WYRUSZYŁ NA KRWAWY SZLAK, BY ROZPRAWIĆ SIĘ Z BUNTOWNIKAMI. WYPRAWA WCIĄŻ TRWA, A NA HORYZONCIE JAWI SIĘ POMSTA.

I TO NIEJEDNA...

Mieszko w swym niespokojnym i bogatym życiu wielu dorobił się wrogów. Wielu spośród nich już nie żyje, ale zdarzają się wyjątki. Do nich dołączają zaś nowi, sprawiając, że na krwawym szlaku purpura nie chce przestać się lać, a śmierć piszczy wręcz z rozkoszy, obejmując swymi zachłannymi ramionami kolejne istnienia.

Długo jeszcze to potrwa? Czy Mieszka czeka spokój, do którego dąży wyprawą skierowaną przeciwko buntownikom?

Jasno określone plany mają jeden cel. Umocnić księstwo.

Niestety nie każdy je podziela, a dzierżąc w sercach urazy, rany niemożliwe do zagojenia, pomsta jest koniecznością, którą odwleka tylko czas.

Nieoczekiwany sojusznik na wyprawie pełnej zdumień sprawi niebagatelną niespodziankę. Ale to samo z wielkim przyjacielem, który od lat ukrywa swoje prawdziwe względem Mieszka zamiary.

Jaki wpływ na losy księstwa mogą mieć niebezpieczne ambicje osób bliskich otoczeniu Mieszka?

Jak Piast zareaguje na wieść o tragedii?

Czy chaos w końcu przeminie?

HISTORIA OBFITUJĄCA W BITWY I KRWAWE STARCIA, KTÓRA POKAŻE DO CZEGO PROWADZI NIEPOWSTRZYMANA POTRZEBA ODWETU. OPOWIEŚĆ O POMŚCIE, KTÓRA NISZCZY.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 428

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 5 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Tomasz Ignaczak

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Słowo od Autora

Przed Wami już czwarty tom historii o Mieszku, serii, która odkąd tylko zacząłem nad nią pracować, stała się moim oczkiem w głowie. Pisanie wszystkich książek sprawia mi przyjemność, ale Mieszko niósł ze sobą jakąś dodatkową wartość. Najpewniej chodziło o to, o czym zawsze opowiadam, czyli o poczuciu patriotycznego obowiązku, który pchnął mnie do podjęcia się tego tematu, pokazania, że na rodzimym podwórku także mamy postaci historyczne, o których warto pisać.

Od postawienia pierwszych znaków, napisania pierwszych słów minęło już kilka lat, a Wy jesteście tutaj ze mną i właśnie czytacie kolejną część tej jakże ważnej dla mnie serii. Jest mi niezmiernie miło z tego powodu i dziękuję, że jesteście.

Przed zaproszeniem Was do lektury, tradycyjnie już uczulam Was na realia powstawania książki. O Mieszku istnieje bardzo mało źródeł historycznych, z których wiele wzajemnie się wyklucza, co niezwykle utrudniało niekiedy – wydawać by się mogło – najprostsze etapy pracy. Najprostsze jednak tylko na pierwszy rzut oka. Dlatego jak zawsze proszę o wyrozumiałość, jeśli w jakichś kwestiach moje wizje na temat przeszłości okażą się odmienne od Waszych. Cieszcie się lekturą, cieszcie się przygodami Mieszka i całej reszty. Jeśli będziecie czerpać z nich radość chociaż w jednej dziesiątej tego, co ja podczas pisania, to jestem spokojny o Wasz pozytywny odbiór. Nie przedłużając, gorąco zapraszam do czytania.

 

Mocy wrażeń!

Prolog

Pomsta siłą, pomsta przeznaczeniem.

Zapomnieć? To jak walczyć z cieniem.

Rzecz nieunikniona, konieczna, nagląca.

Rzecz, potrzeba prym w życiu wiodąca.

 

Zapomnieć? Odpuścić? Nie każdy potrafi.

Darować winy? Nie każdy zdolny, by uradzić.

Targa ciałem, rwie od środka, myślami kieruje.

Parzy w żyłach, zaciska serce. Człeka rujnuje.

 

Co jest do pomszczenia, pomszczone zostać musi.

Nie minie, nie zniknie. Bez ustanku krzyczy, kusi.

Pcha do działania, pcha do tego, co zrobić należy.

Pcha do czynów niekiedy srogich, że włos się jeży.

 

Siła jest to mocarna, nie do powstrzymania.

Zatruwa, włada. Bez szansy dla pojednania.

Kto wrogiem, ten musi dostać, co mu zasłużone.

Pomsta. Ból i cierpienie w karze wymierzone.

 

Blizn pomsta nie zaleczy. Potężna, ale nie zagoi.

Bólu i straty nie wypełni. Jeno złości popuści, ukoi.

Co stracone, zabrane, to nie wróci już nigdy.

Bez znaczenia jak srogo ukarano za przewiny.

 

Krew przelana niczego nie naprawi.

Śmierć zadana niczego nie ułatwi.

Zamęt posiany jeno wszystko niszczy.

Pomsty potrzeba z niczym się nie liczy.

 

Pomsta potęgą. Ona się nie targuje.

Pomsta władcą. Ona warunki dyktuje.

Pomsta żywiołem. O wszystkim decyduje.

Pomsta życiem, bowiem dla niej wielu żyje.

 

Kto jej szuka, ten zawsze w końcu znajdzie.

Kto zaczął z nią igrać, ten nie przestanie.

Kto do niej dąży, zawsze w końcu ją dogoni.

Lecz nie zawsze dostanie to za czym gonił...

1.

Ładny to był dzień. Z samego rana przyjemne ciepłe promienie słońca otulały miło swoimi objęciami. Delikatny wiaterek orzeźwiał po nocy, a śpiewające ptaki swymi wesołymi trelami umilały poranek.

Trudno się nie uśmiechnąć. Trudno nie doszukiwać się w dobrym zaczątku dnia pomyślnej wróżby na jego dalszą część. Jak tu nie patrzeć pomyślnie na to, co może przynieść, dostarczyć?

Można…

Można, jeśli człek domyśla się, co ów dzień zapewni… Może nie dokładnie, wszak to jest niemożliwością, ale pomysły, domysły zawsze można snuć. W tym zaś przypadku nader konkretne, nienapawające najlepszymi odczuciami. Tak to już jest, gdy cel podróży do przyjemnych nie należy, a co gorsza, pobudza instynkty. Podejrzliwość... Wzmożona czujność. Taki to jednak żywot, że czasem trzeba robić rzeczy mniej miłe sercu. A że zgodził się pomóc, tak teraz wypełniał powierzone mu obowiązki. Akurat ta podróż nie była w nich ściśle zawarta, ale robił, co uważał, że zrobione zostać powinno.

Idąc tym tokiem, odbył już kilka wizyt, z których każda bez wyjątku przebiegła bez żadnych komplikacji, co więcej – w jak najlepszej atmosferze. Dobrze go witano i goszczono, potem nawet żal czuł wobec swych gospodarzy, gdy już ich opuszczał, udając się w dalszą drogę. Obiecywał jednak kiedyś powrócić, lecz o większe sprecyzowanie nie dał się skusić. Życie bowiem to niepewna ścieżka. Nigdy nie wiadomo, co człeka może na niej czekać. Czasem lepiej nie planować nic z wielkim wyprzedzeniem, bowiem jeśli bogowie tak postanowią, to nawet następnego dnia można nie ujrzeć…

Bogudan, dawny piastun kniazia Mieszka, a obecnie jego namiestnik na czas wyprawy przeciwbuntowniczej, przeciągnął się. Gdy gruchnęło mu w kościach, syknął przez zaciśnięte zęby z chwilowego bólu, lecz jakże zawsze kojącego. Zgoła przeciwnie niż jedna prawda, którą powiedział do siebie pod nosem:

– Starzeje się człek…

– Do mnie coś rzekłeś, panie? – Bogudan usłyszał pytanie skierowane doń spod pobliskiego drzewa. Zdamir, jeden z wojów z jego obstawy nachylał się nad tobołami, grzebiąc w nich, najpewniej czegoś szukając. Młody, bo ledwie przekroczył dwie dziesiątki lat, o włosach niczym dojrzałe łany zbóż. Niewysoki lecz postawny i zawsze wygadany. Do tego pichcił cudnie, że jak tylko dano mu czas, to zaraz coś dobrego gotowało się w garnku. Takiego mieć kompana podróży to najczystszy skarb.

– Narzekam sobie aby – odpowiedział mu krótko namiestnik, po czym przeciągnął się raz jeszcze, lecz tym razem obyło się już bez krzyków narzekającego kręgosłupa.

Wojownik skinął głową.

– Zaraz będzie strawa. Gotujemy potrawkę – zakomunikował, a to było Bogudanowi jak miód na uszy.

Zagwizdał zadowolony.

– Człek myśli, że jak w podróży będzie, to brzucha straci, a wy mnie tu utuczyć chcecie. Jak tak dalej pójdzie, to na konia będziecie mnie musieli podsadzać – żartował ze swej straszliwej niedoli, z którą musiał się bez końca zmagać. Jakże to się nad nim okrutnie pastwiono…

– I na to się coś poradzi! – zaśmiał się Zdamir wylewnie i zaraz udał się do ogniska, od którego dolatywały przyjemne zapachy. Piastun pokręcił tylko głową. Zacną dobrał sobie kompanię. Szkoda tylko, że nie wracają do Gniezna, a jadą, dokąd jadą.

Podszedł bliżej.

– Przygotujcie tego więcej.

– A to czemu? Aż tak zgłodnieliście po nocy? – zapytał drugi z obstawy, Radost. Niósł kilka drew. Długie ciemne włosy opadały mu na plecy. Czasem przewiązywał je rzemieniem, lecz obecnie powiewały ździebko na delikatnym wietrze.

Bogudan potrząsnął głową zaprzeczając, nim udzielił odpowiedzi:

– O to chodzi, coby najeść się tutaj, bo nie zdziwiłbym się, gdyby nas w Rogoźnie chcieli otruć – wyjaśnił w pełni szczerze. Obydwaj: Radost i Zdamir spojrzeli na niego z lekką obawą, choć bez zdziwienia. Rozumieli w czym rzecz, nie musiał im więc tłumaczyć tego bardziej.

– Gdybyśmy tylko mogli zmieścić cały gar – westchnął Zdamir, poklepawszy się po brzuchu. Radost dodał od siebie:

– Spróbować można.

– A zanim dojedziemy, to pękniemy – podjął kniaziowy namiestnik z niespodziewaną do tych słów, otwartością, zadowoleniem. Zaraz jednak wszystko wyjaśnił: – Śmierć to przynajmniej szybsza niż jak zjemy, co nie powinniśmy. – Popatrzył na wojów, machnął ręką. – Nie bójcie nic, tak sobie tylko mówię, byle więcej. Gniemir jest, jaki jest, ale nie jest głupcem, otruć nas nie otruje. Nie posunąłby się do tego, a i niewiele by mu to dało.

– To kniazia nienawidzi – dopowiedział Radost na poparcie jego słów. Bogudanowi nie w smak to było, wszak zasugerowane zostało zatrucie Mieszka, ale wojownik aby stwierdził fakt, nic więcej, prawdę dobrze wszystkim znaną.

Potaknął głową, westchnął jakby zmęczony.

– To co? Jemy? Zdałoby się w końcu ruszać. Im prędzej dojedziemy do Rogoźna, tym prędzej je opuścimy. Chcę już mieć rozmowę z Gniemirem za sobą.

Zdamir nachylił się nad potrawką, przemieszał drewnianą chochlą. Zaciągnął się nosem.

– Już zaraz, panie. Już dochodzi.

***

Wszystko kiedyś się kończy, a jeszcze szybciej, jeśli jest to coś dobrego, jak Zdamirowa strawa. Kompania pochłonęła ją, co z początku wydawało się im zadaniem trudnym, ale w końcu zabrało się do niej trzech dorosłych mężów a nie mikrych podrostków, co to jak staną za matczyną kiecą, to ich nie widać.

Nasyceni co niemiara, choć milsza byłaby im drzemka pod drzewem z promykami słońca muskającymi lica, zwinęli niewielkie obozowisko i ruszyli dalej do celu, który choć chcieliby pominąć, zapomnieć o nim, tak chęć owa pozostawała jeno w sferze pragnień. Niechętnie ruszyli w dalszą drogę.

Gniemir, pomyślał Bogudan. Zawsze coś wymyślę… Po kiego się doń pcham? Może i ręki na nas nie podniesie, nie poweźmie się na nasze życie, ale i tak czuję jakobym igrał z ogniem, kusił dolę, żeby mi co rzuciła niedobrego. Jako taki spokój mamy, jeśli wyprawy Mieszkowej nie licząc, to zamiast cieszyć się tym, szukam szczęścia… Ale co to za gadanie w ogóle? Co? Siedzieć miałbym na starym tyłku? Już wolę go odciskać w siodle niż na stołku. A tym bardziej, jeśli Mieszkowi mogę tym dopomóc. Rozprawi się z buntownikami, to jak powróci, niech ma spokój i pokój nie tylko utrzymany, ale i umocniony. Przyjął po prawdzie przysięgi żupanów po ceremonii wyniesienia na kniazia, nawet Gniemira, której nikt się nie spodziewał, ale nie zaszkodzi dodatkowo rozmówić się z każdym, a że namiestnikiem mnie uczynił, to pasuje jak ulał. Do tej pory z każdym się dogadałem, upewniłem, że dobre żywią względem nowego kniazia zamiary, ale zostało jeszcze kilku. Nieszczęsny Gniemir następny. Może i klęknął przed Mieszkiem, ale… mniejszych od niego wrogów świat widział, którzy łamali przysięgi. Ba! Przyjaciel potrafi zdradzić przyjaciela, to czego spodziewać się można po takim człeku? Człeku, któremu… Mieszko zabił syna? Lata mijają, ale taka rana się nie goi. Na moje nie zagoi się nigdy.

2.

Dałby sobie rękę uciąć, że jak tylko ujrzeli wały Rogoźna, tak zaraz powietrze zgęstniało, a chociaż z nieba wciąż uśmiechało się do nich słońce, to odtąd jakby… ponuro. Niebo było jasne, żadnej mowy o jakowymś zarwaniu pogody. Po prostu coś wisiało w powietrzu. Może Mieszko przelewa krew na wyprawie, ale to mnie przyjdzie zmierzyć się z wężem, przeszło Bogudanowi po głowie. Wężem, który kłamie i brewka mu nawet nie drgnie. Jeśli skrywa względem Mieszka jakieś zamiary, to muszę je odkryć. Nawet jeśli nie zostaną wypowiedziane wprost, to muszę je usłyszeć.

Zjechali ze wzniesienia, im bliżej się znajdowali, tym wyraźniej dostrzegali wały, ruch na nich panujący, rozwartą bramę, przez którą dostawali się i wydostawali ludzie. Wkrótce oni mieli ją pokonać.

– Jakie przeczucia, panie? – zagadnął namiestnika Zdamir. Bogudan nawet nie zdał sobie sprawy z tego, że wzruszył ramionami.

– Co ma być, to będzie – odparł, nie odrywając wzroku od celu rosnącego z każdym końskim krokiem. – Wjedziemy, przywitamy się. Rozmówię się z Gniemirem, poobserwuję go, jak się zachowuje.

– Nawet jeśli coś planuje, to przecież nic nie zdradzi – dołączył do rozmowy Radost.

– Nie musi zrobić tego słowem. – Bogudan zwrócił głowę ku wojowi. Palcami wskazał na własne oczy. – Spojrzenie. Ono czasem więcej mówi od słów. Trzeba tylko uważnie patrzeć.

– Jak z dziewoją – odparł Radost i wtem zdał sobie sprawę, że uwaga nie bardzo jest na miejscu, a rozmowa z namiestnikiem to nie najlepsza okazja do takich wtrąceń. Ten jednak chciał wiedzieć w czym rzecz, bo nie zrozumiał porównania.

– Co z dziewoją? – zapytał, a gdy pytanie padło, tak skrzywił się sam do siebie, że nie pojął tego zaraz na początku. Radost jednak zabrał się do tłumaczenia, bo choć rzecz może nie na miejscu, to skoro namiestnik pyta, należy posłusznie odpowiedzieć:

– No jak dziewoja się uśmiechnie, to wiedzieć trzeba, czy chętna, czy może tylko podpuszcza i się podśmiewa, a my wydurniamy aby licząc, że co z tego będzie.

– Toś z porównaniem do Gniemira się popisał. – Zdamir zaśmiał się z kompana. – Tylko, żebyś go tam nie starał się zaciągnąć w jakiś kąt, bo wtedy dopiero będzie…

Radost także się zaśmiał, lecz wymuszenie.

– Ale zabawnyś, boki zrywać…

– Radost dobrze prawi. – Ich wymianę zdań przerwał Bogudan. – Dokładnie jest jak porównał, jeno z dziewoją o zbliżenie zgoła odmiennej natury się rozchodzi. Tego z Gniemirem wolałbym uniknąć, ponieważ księstwu kolejne walki nie są potrzebne. Wystarczy przelanej już krwi. W jedności siła. Walcząc pomiędzy sobą, osłabiamy księstwo a wrogów za granicami nie brak.

Pokiwali głowami w zadumie. Już wkrótce dotarli do bramy Rogoźna.

– Ktoście? – powitało ich niechętne, oschłe nieco pytanie jednego z rosłych, barczystych strażników, jakby bez mała wyciosanych.

– To… – Radost niepocieszony tonem tamtego chciał już tytułem dowódcy stłamsić nieco wielkoluda. Nie godzi się tak witać zastępcy kniazia, ale ten wszedł mu w słowo, nie chcąc wdawać się w tego typu przepychanki.

– Jam jest Bogudan, namiestnik Mieszka. Przybywam z Gniezna do żupana Gniemira – przedstawił spokojnie zarówno siebie, jak i cel wizyty. – Prowadź do niego – dodał łagodnie, choć rozkazującym tonem.

Radost już zamierzał coś dopowiedzieć, ale nie przystoi wtrącać się dowódcy. Niemniej spodziewał się takowej konieczności, bowiem strażnicy nie wyglądali mu na takich, co rozwiązują prośby polubownie, a wręcz przeciwnie i lubią nadużywać władzy. Od nich wszak zależy czy ktoś może wjechać do grodu, czy nie, więc jeśli uprą się z jakiegoś powodu, lub też bez żadnego, gdyż tak również można, to trudno ich przekonać.

O dziwo, ów problem się tutaj nie pojawił… Strażnik, który się do nich odezwał kiwnął głową do kogoś wewnątrz, a sam rzekł:

– On was zaprowadzi.

Wojowie z obstawy Bogudana wymienili zdziwione spojrzenia. Obydwa mówiły: „Czy nie za łatwo poszło?”. Namiestnik zdawszy sobie sprawę z ich wątpliwości, powiedział:

– Nie doszukujcie się tu nie wiadomo czego.

– Ale tak po prostu nas zaprowadzą?

– A czegoś się spodziewał? Że ubiją nas w bramie?

– No nie, ale…

– Dajcie już spokój, ale oczy miejcie szeroko otwarte – dodał ciszej, żeby słyszeli go tylko oni i nikt więcej, po czym powoli pojechali za prowadzącym. Zaraz Gniemir, potem Godzisław i z powrotem do Gniezna, podsumował w głowie Bogudan najbliższe plany. Oby tylko bez żadnych niespodzianek, zarówno tutaj, jak i tam, a zadowolonym będę człekiem.

3.

Strach. Bardzo dawał jej się we znaki, odkąd tylko zdała sobie z tego sprawę. Bogna zniknęła. Po prostu. Zapadła się pod ziemię, rozpłynęła w powietrzu. Nigdzie śladu po niej, nikt nie wie, gdzie mogła się podziać. Nikt nie widział, gdzie mogła się udać. Może coś jej się stało?

Stało. To Lutka brała akurat za pewnik i właśnie ten pewnik tak bardzo napawał ją strachem. Nie miała niemalże żadnych wątpliwości, że zniknięcie przyjaciółki nie oznacza nic dobrego. To żaden przypadek. To… katastrofa.

Szukała jej, ale nie tylko ona. Wojowie, służba… Dotarli do handlarza, u którego zakupiła drewniane figurki. Człek zapamiętał ją, ale po wizycie na jego straganie Bogna rozmawiała z kniazinią Ludmiłą, która to przyznała. Widziały się we dworze, spędziły ze sobą co nie bądź czasu, ale… Żaden to trop, bo i Lutka rozmawiała z nią bliżej wieczornej pory, a także… i w dniach następnych. Nadzieja więc, że handlarz okaże się przydatny, rozpłynęła się bardzo szybko. I niestety, ale była po prawdzie jedyną i ostatnią, bowiem inne tropy nie były tak obiecujące i prędko się wyczerpały. Bogny zaś jak nie było, tak nie ma.

Lutka najgorsze żywiła obawy, a opinia krążyła, że Bogna mogła uciec. Ona w to jednak nie wierzyła. Nie wierzyła nawet przez chwilę, choćby i najkrótszą. Poznała przyjaciółkę na tyle, by wiedzieć, że nie wyobraża sobie innego życia. Miałaby uciec od Mieszka, którego tak wielce miłuje? Dawać temu wiarę mógł jeno ktoś, komu była całkiem obca, ale nie ona, nie Lutosława. Co więcej, ona, niestety, domyślała się tego, co mogło się wydarzyć. Kiedy zaś owa myśl pojawiała jej się w głowie, starała się za wszelką cenę jej pozbyć, odrzucić, otrząsnąć z niej, tak wielce ją martwiła. Dużo by oddała, żeby nie okazała się prawdą, ale im dłużej się z tym zmagała, tym bardziej utwierdzała w przekonaniu, że właśnie to się stało.

Że…

Targnęła głową. Mimo coraz większej pewności, wciąż zdarzało się jej z tym walczyć. Jakby liczyła, że wypieraniem sprawi, iż to okaże się nieprawdą, ułudą.

Oszukiwała samą siebie, starała wmówić sobie coś, co nie mogło mieć miejsca. Im wcześniej to zaakceptuje, tym… lepiej. Ale lepiej dla kogo? Na pewno nie dla niej… Jeżeli prawda ujrzy światło dzienne, wtedy cały jej świat runie w jednej chwili. Nie dość, że Czcibor jej nienawidzi, to wtedy… aż wolała nie myśleć, co nastąpi. Prosiła bogów o pomoc, ale zarazem nie wierzyła, że pomogą, wstawią się, zainterweniują. Była przekonana, że już na cokolwiek jest za późno. Tak jak w przypadku Gosławy, dawnej kochanicy Czcibora. Stanęła na drodze człekowi, co było najgorszą z możliwości. Stanęła nieświadomie i zginęła. Teraz to samo spotkało Bognę…

Z Lutkowych oczu pociekły łzy. Ojcze, czemuś to zrobił? Czemuś skrzywdził Bognę?

Sama nie była pewna, co przeraża ją bardziej? Sam czyn, a bardziej rozkaz, jaki komuś wydał? Czy to, co ich spotka z ręki Mieszka, gdy tylko się dowie?

Bała się zapytać ojca. Nie mówiła mu, że wie, że się domyśla. Bała się nie tylko jego porywczości, zdolności do takich czynów, ale i że także ją może skrzywdzić… Tak. Mściwoj był gotów do wszystkiego byle osiągnąć swoje cele. Tyleż nasłuchała się jeno knowań, tyleż intryg poznała. Gdyby tylko uznał, że mu zagraża… Gdyby tylko uznał, że może mu zaszkodzić…

Czy by się chociaż zawahał?

To wszystko: ten lęk, obawy, myśli o Bognie… niszczyło ją od środka, maltretowało wręcz. Straciła przyjaciółkę, naiwnie szukała jej, licząc jeszcze naiwniej, że jednak się odnajdzie i wszystko się ułoży…

A powinna powiedzieć: „dość”. Postawić się najpierw samej sobie, a potem ojcu i powiadomić o wszystkim… No właśnie… Kogo? Bogudana nie ma, Mieszko, Czcibor na wyprawie. Komu mogła zaufać, do kogo pójść?

Ale o czym ja, głupia, myślę? Nawet, gdybym miała do kogo, to tchórzem jestem. Tchórzem największym w świecie i najgorszą przyjaciółką… Wstyd mi. Bogna na moim miejscu zrobiłaby, co należy.

Ale nie jestem nią, choćbym bardzo tego chciała…

Przepraszam cię, Bogna. Tak bardzo cię przepraszam.

4.

Gromki śmiech przeszył okolicę. Radosny, poniekąd nagły i stąd też właśnie tak donośny. Należał do Siemirada, który jak już się śmiał, to na całego i bez żadnych ograniczeń. Tym bardziej w sytuacjach, gdy nie miał wyboru…

Siedzieli razem ze skaldem, Norwegiem Kvedulfem przy ognisku. Siemirad zawsze chciał się sprawdzić w jego profesji, ale nigdy jakoś nie zabrał się do tego jak należy. Chociaż odwagi nigdy mu nie brakowało, to tyczyło się to najtrudniejszych zadań, stawania w szranki z wrogiem, czy przed dziewojami w celu zdobycia ichniejszych względów, wdzięków. Ale do pieśni? To już zupełnie co innego. No jakoś brakowało mu tej śmiałości i jak już, to tylko w głowie układał czasem słowa, ale nigdy nie dzielił się nimi na głos. Nigdy jakoś nie zastanawiał się czy to kwestia wstydu, czy może obawy przed tym, jak zostaną przyjęte, czy z ochotą, czy może wszyscy go wyśmieją? Nie spróbował i już, poniekąd aż do teraz, gdy usiedli razem obok siebie z człekiem tak wielce uznanym w tworzeniu pieśni i temu podobnych.

W pewnym momencie, gdy Siemirad wyśmiał się z jego kilku żartobliwych strof, rzucił doń pomysłem:

– Coś o dziewojach byś ułożył nam zacnego.

– O dziewojach? A już myślałem, że coś pochwalnego dla siebie będziesz chciał.

– A na co mi taka pieśń? Każdy dobrze wie, jakim wielkim jestem wojem. Po cóż o tym pieśni tworzyć? – odparł iście skromnie w żartobliwym tonie.

– Tak, tak. Wybacz, o wielki. To co? O dziewojach?

– Żebyś wiedział. O ich wdziękach, chętnych ciałach, gorących sercach. O tym, co dotykiem są w stanie z człekiem uczynić. O uśmiechach, którymi najtwardsze serca potrafią skruszyć. O… – przerwał dostrzegając, jak skald mu się przypatruje. – Coś nie tak?

– Właśnie jak najbardziej tak – odparł przewrotnie. – Tyś tu widzę masz gotową pieśń o dziewojach.

Siemirad ściągnął brwi.

– Jakże gotową? Wymieniłem aby, co mógłbyś w niej zawrzeć.

– To niech będzie, że pół roboty za tobą. Teraz ułożyć to aby sprawnie, zmyślnie, dodać to i owo i pieśń gotowa.

– Nie, nie. – Siemirad pokręcił głową. – Twoja to robota, ja się do tego nie nadaję. – Starał się zbyć skalda, jego pomysł, ale ten nie ustępował. Co więcej, posunął się do małego podstępu. Podstępu bądź co bądź nieskrytego, a otwartego zarówno w treści, jak i w uczynku:

– Tak wielki woj, a stworzenia pieśni się lęka?

Siemirad zrazu zdał sobie sprawę z małej prowokacji, wszak nie było to trudne, ale docenił próbę. Nawet sprawnie podjął też pewną decyzję i w żadnym razie nie powodowaną próbą wejścia mu na ambicję. Po prostu uznał, że co mu szkodzi?

– Niech będzie. Ułóżmy ją razem. A przynajmniej zacznijmy, póki jeszcze mamy postój.

– Do dzieła! – zawołał Kvedulf zadowolony i jak tylko zaczęli, gromkie śmiechy nie miały końca. – Co na otwarcie? Pierwsza strofa jest najważniejsza. Musi zaciekawić, sprawić, że słuchający będą chcieli poznać drugą.

– Zawsze myślałem, że ważniejsza jest druga. Ta z rymem – przyznał szczerze Siemirad.

Skald skinął głową na potwierdzenie.

– Ona też ważna, lecz w drugiej kolejności. Jakże nie będzie dobrego rymu, to słuchacze nie będą zainteresowani trzecią.

Zaśmiali się obydwaj.

– Co rymuje się z dziewoje? – Siemirad zapytał doświadczonego w składaniu strof druha. Ten wymienił kilka propozycji bez żadnego zastanowienia:

– Dwoje, troje. Moje, twoje. To takie najprostsze. Wymieniać dalej?

Zadowolony uśmiech kompana wystarczył mu za odpowiedź, chociaż ten i tak jej udzielił:

– Nie trzeba, tych wystarczy.

– Już coś masz?

– Ano mam, słuchaj i podziwiaj – zapowiedział dumnie. Rozejrzał się, czy aby nie mają nieproszonych słuchaczy i wygłosił dwie ledwie co ułożone strofy:

 

Dziewoje, dziewoje, nasze piękne dziewoje.

Jakże bliskie waszym wdziękom jest serce moje.

 

Kvedulf… zachłysnął się powietrzem, tak zdumiało go to, co właśnie usłyszał. Wielu spodziewał się rzeczy, dopuszczał możliwość, że Siemirad sobie poradzi, ale nie że aż tak zacnie. Potrafi zaskoczyć, oj potrafi.

– Co z tobą? – zagadnął zmieszany reakcją skalda. – Język połknąłeś czy co?

– Żebyś wiedział. A strofy przednie, koniecznie układajmy dalej.

Lico Mieszkowego druha przyoblekło się w uśmiech zdradzający wszem i wobec pewność siebie. Tę jakże dlań charakterystyczną.

– Przyznaj, wątpiłeś we mnie? – Popatrzył na kompana, ale nie oczekiwał odpowiedzi. Sam jej udzielił: – Nie dziwota, ale zdolny ze mnie człek, tyle ci rzec mogę. Wiele ukrywam talentów, a to jeden z nich.

– Skromnyś jak zwykle – zaśmiał się Kvedulf.

– Skromność to wada, przyjacielu. A ja wad nie mam – odparł, zawsze doskonale, jak to on, wiedząc, co powiedzieć, by jego było na wierzchu. Skald tylko pokręcił głową. Chociaż to on był tutaj władcą słów, to chyba niekoniecznie w pojedynku z tym człekiem.

– Co dalej?

– Może o uczuciu? – zaproponował Siemirad, szukając już w myślach pomysłu.

– Może o uwielbieniu wdzięków, o których było wcześniej? – przedłożył z kolei Norweg.

– I oddaniu. Ale podaj mi rymy do „zowie”.

– Zowie? – Kvedulf potrzebował wyjaśnień. – O mowie rzeczesz? O nazywaniu?

– A znasz inne znaczenia?

Skald zaprzeczył i wymienił kilka możliwości:

– Mowie, chowie, łowię. – Na dźwięk ostatniego, usta Siemirada wygięły się w grymasie. Na szczęście to nie był koniec. – Powie, dowie…

– Wystarczy. Mam! – zakomunikował i już zaraz wybrzmiało:

 

Uczuciem, uwielbieniem moje oddanie się zowie.

Kto was spróbuje, pojmie i o waszej mocy się dowie.

 

Siemirad ciekaw oceny, spojrzał pytająco na towarzysza. Ten miał do powiedzenia tylko kilka słów, ale za to jakże pełnych uznania:

– Marnujesz się jako woj, marnujesz. – Klepnął go po plecach i zaraz potem usłyszeli głos Mieszka idącego obozem:

– Ruszamy – zakomunikował Piast, co przyjęli z wyraźnym żalem, zwłaszcza spełniający się właśnie w tworzeniu Siemirad, który westchnął przeciągle, a przy tym bardzo wymownie.

– Akurat teraz…

– Nie narzekaj – odpowiedział mu Kvedulf. – Zaraz nawet podziękujesz – dodał intrygując kompana. – Nie ma to jak układać pieśń w drodze. Sam zobaczysz.

5.

Nie czuł się tutaj swobodnie. Świadomość, że znajduje się w grodzisku człeka, który przy pierwszej lepszej okazji, gdyby tylko mógł, poderżnąłby gardziel jego wychowankowi, robiła swoje. Nie potrafił traktować tej wizyty jak poprzednie u innych żupanów. Tę tutaj traktował… osobiście, bowiem Gniemir przyczynił się do wygnania Mieszka przez Siemomysła przed laty. Była to kara za jego czyn, ale kara wedle Bogudanowego mniemania zbyt wysoka, lecz ówczesny kniaź pod wpływem nacisków żupana zadecydował tak, a nie inaczej. Różne można mieć baczenie na tę rzecz. Wyrok może surowy, ale chodziły słuchy, że Siemomysł chciał w ten sposób Mieszka chronić.

I skazał go na banicję… Na samą myśl piastunem trzęsło. Wygnać wtedy młodziana, skazać na życie z daleka od domu, bliskich…

Ale Mieszko podołał. Mało tego, wyszedł z tego wyzwania zwycięsko, bowiem powrócił jako wielki i szanowany konung. Pokazał siłę, odwrócił złą dolę i został kniaziem. A ludowi udowodnił, rozprawieniem się zaraz na początku ze Strogomirem, że księstwo pod jego wodzą czeka wiele dobrego, a z pewnością dużo triumfów.

Czy i z Gniemirem przyjdzie mu się zmierzyć?

Ten czekał na Bogudana w sali biesiadnej. Piastun u swoich boków miał kompanów podróży, żupan… swoje dwie żony. Starszą Przybysławę, której niegdyś piękne kasztanowe włosy przyprószyła już siwizna oraz młodszą Niestankę, młodszą od pierwszej o ponad połowę. Jak tylko przyprowadzono ich do sali biesiadnej i Gniemir z namiestnikiem uścisnęli sobie prawice, to zaraz potem przedstawił je gościom.

– Ładno, prawda? – Wskazał na ciemnowłosą Niestankę o licu iście tajemniczym, które miało w sobie coś… uwodzicielskiego, od czego trudno było Bogudanowi oderwać wzrok, ale że nie wypada tak wgapiać się w żonę gospodarza, tak postanowił mieć się na baczności.

– Obydwu żon można ci pozazdrościć, Gniemirze – odpowiedział, z szacunkiem odnosząc się zarówno wobec żupana, jak i obydwu jego kobiet. On jednak prychnął jakby z niezadowoleniem.

– Oj, dajże spokój z ładnymi słówkami. Masz oczy, może i tyś nie najmłodszy, ale jasno widać, że Niestanka to pięknota.

Piastun nie chciał drążyć, zagłębiać się w to, więc tylko skinął głową w nadziei, że to wystarczy.

Wystarczyło.

– Co cię do mnie sprowadza… namiestniku? – zagadnął Gniemir z naciskiem na miano. – Mieszko na wyprawie. Wysłał cię do mnie nim wyruszył, byś upewnił się co do mej przysięgi? Przy świadkach złożona, czyż nie?

– Nikt mnie nie przysyłał. Sam odwiedzam żupanów.

– A więc sam chcesz się upewnić, czy wszyscy pozostaną wierni twemu wychowankowi. – Bogudanowi nie umknęła delikatna, ledwo zauważalna szorstkość, zarówno teraz jak i w poprzedniej wypowiedzi żupana, gdy ten wspominał o Mieszku. Przynajmniej starał się ukryć wrogość i nie pluł jadem otwarcie, a to już coś.

– Czy to źle? – odparł piastun.

– W żadnym razie. Dobra postawa. Robisz, co do ciebie należy. Szkoda tylko, że nie posłałeś kogoś przodem, kazałbym przygotować ucztę, gościem wszak jesteś nie byle jakim, ugościlibyśmy cię więc godnie.

– Nie ma takiej potrzeby, Gniemirze. Poza tym odżywiony jestem aż za dobrze. Ten tutaj… – wskazał na Zdamira – …pichci mi zacnie całą drogę, że ślinka cieknie na samą myśl o strawie, a jak jeszcze zapachy się rozejdą, to strach się bać.

– Powinszować w takim razie, ale prawo gościny prawem jest świętym. Zasiądźmy do stołu, a moja służba raz dwa zrobi, by było jak być powinno.

Piastun nie oponował i już zaraz zajęli miejsca. Bogudana posadzono nie jak to zwykle bywało, u boku żupana, a naprzeciwko niego po drugiej stronie pustego na razie stołu. Ten, chociaż szerokawy, to w razie czego swobodnie mogli stuknąć się kielichami czy rozmawiać. Gorzej, jeśli zasiedliby w przeciwnych końcach, u szczytów stołu, ale na takie dziwactwo Gniemir się nie zdecydował. Namiestnika najwyraźniej chciał mieć tuż przed sobą.

– Jak minęła wam podróż? – zapytał gospodarz... serdecznie. Bogudan zupełnie nie takiego spodziewał się zachowania. Po innych żupanach tak, ale nie po Gniemirze.

– Obyła się bez problemów. Z jednego grodu do drugiego, szybko i sprawnie.

– Dużo jeszcze do objechania?

– Po Wieleniu planuję wracać.

– Czyli Godzisław.

– Prawda. Potem prosto do Gniezna, bo i nie chciałbym pozostawać poza nim zbyt długo.

Gniemirowi wydało się to ciekawe.

– Obawiasz się czegoś? Raczej buntowników już nie uświadczysz. Mieszko – Bogudan w żupanowym głosie po raz kolejny usłyszał tę szorstkość, co wcześniej – jeśli jeszcze ich wszystkich nie wybił, to pewnikiem niedługo skończy. Chyba wyczerpie to wrogów wewnętrznych naszego kniazia, czyż nie? – zapytał tak neutralnym tonem, że namiestnik niemalże osłupiał. Jakby żupan pytał o pogodę czy samopoczucie, a nie wrogów, którym… sam przecież jest, mimo niby złożonej przysięgi. Widocznie jednak postanowił sobie z tego żartować. A to nie był dobry znak.

Ich spojrzenia spotkały się, starły się ze sobą w niemym pojedynku. W powietrzu zawisła cisza, napięcie gęstniało z każdą chwilą coraz bardziej. Obydwaj: Bogudan i Gniemir nie odwracali od siebie wzroku, czasem jeno któryś mrugnął, ale jakby i w tym konkurowali, kto uczyni to mniejszą liczbę razy.

– Coś nie tak, namiestniku? – Ciszę przerwał gospodarz. Lewy kącik ust drgnął mu delikatnie ku górze. – Spochmurniałeś coś.

– Wydaje ci się, żupanie.

– Nie sądzę. Ale tego przecież się spodziewałeś, czyż nie? Niepewności, niepokoju, a nie żartów jak w innych grodach, które odwiedziłeś.

Bogudan nie odpowiedział. Zadał własne pytanie:

– Wybaczysz mu kiedyś? – Nie musiał precyzować. Każdy doskonale zdawał sobie sprawę, o kim rzecze piastun.

Tym razem to Gniemir spochmurniał i to nad wyraz widocznie. Mięśnie twarzy napięły mu się, szczęka uwydatniła przy przełknięciu śliny, drgnęły żyłki na skroniach. Gdy zaś odparł, nie było śladu po dotychczasowym serdecznym tonie:

– Nie. Nie wybaczę i mniemam, że to rozumiesz. – Odpowiedź nikogo nie zdziwiła. Bardziej ta, która padła z ust Bogudana:

– Rozumiem. W pełni – odparł, po czym zaraz przypomniał: – Ale złożyłeś przysięgę.

– Bo nie w głowie mi wojna z… Mieszkiem. – Szorstkość stała się wyraźniejsza. Tym razem to już był chrobot, jakby Gniemir przesunął po podłodze ciężkim łańcuchem. – Wtedy nie dość, że syna mi zabił, jeszcze ja pożegnałbym się z życiem. Mogę go nienawidzić, z czym nie zamierzam się kryć, ale znam swoje możliwości. Jeśli więc przybyłeś zapytać czy będę posłuszny, to tak, będę. Zadowolonyś?

Bogudan chwilę ważył w głowie słowa, które tu padły. Żupan brzmiał niezmiernie szczerze, ale czy jego obietnica może się spełnić? Schowa dumę, zapomni o niej i będzie posłusznym znienawidzonemu tak bardzo człekowi? Czy to w ogóle możliwe?

– Powinienem.

– Powinieneś – potwierdził Gniemir. – Tym bardziej, że mam powód, by nie szukać zwady.

Piastun nie miał najmniejszego pojęcia, czego się spodziewać. Nie domyślał się tego nawet wówczas, gdy żupan zwrócił się do żony:

– Wstań.

Niestanka posłuchała od razu. Wtedy położył dłoń na jej brzuchu i wszystko stało się jasne.

– Jak bogowie pozwolą, narodzi mi się drugi syn. Nie szukam w nim pocieszenia, bo straty pierworodnego nie sposób wypełnić, zapomnieć, ale nie mogę pozwolić, coby drugi nie miał ojca. Czy to wystarczy ci za dowód?

Bogudan skinął na potwierdzenie.

– Szczerze gratuluję, Gniemirze. Cieszy mnie ta nowina. – Namiestnik uśmiechnął się do jego żony. Ta usiadła z powrotem na miejscu.

Może na próżno dopatrywałem się w nim wroga?, przeszło piastunowi przez głowę. Wkrótce służba zaczęła wnosić strawę i już niedługo zaczęła się biesiada. Nie wracali już do tematu zagrażania Mieszkowi, bądź też nie.

6.

Jest sam. A sam przynajmniej być musi, dlatego uważa. Z najwyższą ostrożnością opuścił izbę, wydostał się na zewnątrz. Minął wartownika, ale on był jednym z mu sprzyjających. O nic więc nie pytał, niczego nie chciał wiedzieć. Słowem: nie wtrącał się w sprawy, które wyciągały jego pana o tej późnej porze. Jakby wcale go nie widział.

Mściwoj wyminął go jak gdyby nigdy nic i zniknął, na zewnątrz oddając się objęciom wieczorowej pory. Ruch był niewielki. Z rzadka ktoś przemknął, lecz nikt się nim nie interesował. Poza tym kaptur zaciągnięty na głowę we współpracy z ciemnością strzegł jego twarzy. Do tego także on sam prędko opuścił plac, wchodząc w uliczki, pośród których był już niemal całkowicie bezpieczny. Co innego, gdyby ktoś z nagła wyszedł, lecz zachowywał wzmożoną do granic czujność, więc liczył, że w razie czego zdoła się ukryć, uskoczyć.

Skręcił w prawo, potem prosto. Rozejrzał się dla bezpieczeństwa, odbił nieco w lewo… Znowu się obejrzał. Krok za krokiem zmierzał do miejsca, które odwiedzał już niejednokrotnie. To w nim przeważnie się spotykali, żeby uniknąć wykrycia, jakichkolwiek, choćby i najmniejszych, podejrzeń. Nie stać go było na ponoszenie ryzyka, wręcz nie mógł tego już robić, ponieważ podjął go już wystarczająco dużo. Teraz więc, im bezpieczniej i spokojniej, tym lepiej. Za dużo się działo, za dużo osób węszy, szuka. A jeszcze przecież Męcimir jest gdzieś tam i stara się wypełnić ich plan. Ich wielki plan. Cała w nim nadzieja. Jeśli się powiedzie, już nigdy nie będzie musiał niczego ukrywać.

Aż odetchnął tą myślą. Chłodne powietrze przyjemnie musnęło go po gardle.

Ujrzał chatę. Tę docelową. Wewnątrz paliła się pochodnia.

Mściwoj przystanął w miejscu, żeby jeszcze się rozejrzeć. Nikt za nim nie szedł, upewniał się w tym od groma razy, ale nie zaszkodziło zerknąć raz jeszcze, sprawdzić, czy w okolicy nie znajduje się jakiś przypadkowy przechodzień.

Nie było nikogo, a przynajmniej Mściwoj nikogo nie dostrzegł.

Upewniony podszedł do chaty i po prostu wszedł do środka. Żadnego pukania, żadnych innych zbędnych czynności. Ujrzał mocno zbudowanego, wysokiego człeka. Zbira, jak się takich nazywa, lecz jego to zbir, z którym nader dobrze mu się współpracuje już od jakiegoś czasu. Różnakie zlecał roboty jemu i jego bandzie, a ci zawsze spisywali się bez zastrzeżeń, a nawet zasługiwali na pochwały, czy też dodatki uznaniowe w postaci kilku monet więcej na jeszcze lepszą współpracę w przyszłości i większe oddanie jego osobie, wierność.

– Sam jesteś? – zapytał zbira. Chociaż w niewielkiej izbie ze skromnym wyposażeniem w postaci stołu i krzeseł nie było nikogo, to chata miała jeszcze jedno pomieszczenie.

– Sam.

Mściwoj usiadł bez słowa na jednym z miejsc, nogi krzesła zachrobotały o podłogę.

– Posprzątaliście? – zapytał.

– Tak, dokładnie.

– Nie mam się czego obawiać?

– Nie, panie – zapewnił jego człek do zadań wymagających „dyskrecji”, siadając naprzeciwko. – Czy kiedykolwiek zawiedliśmy?

– Nigdy, dlatego wolę się upewnić, żeby w końcu to się nie zdarzyło. Nie stać mnie na to, rozumiesz?

– Całkowicie, ale bez obaw. Nikt nic nie widział, a kobieta, która zwabiła nam wtedy Bognę też nikomu nic nie powie.

– Pozbyliście się ciała?

– Tak jak poleciłeś, panie.

– Dobrze, dobrze. – Mściwoj zadumał się. Wyraźnie coś chodziło mu po głowie, zmagał się z jakąś myślą, lecz coś powstrzymywało go przed podzieleniem się nią. Chodziło o następstwa? To do czego może doprowadzić?

A jakże.

– Zagraża ci, panie, ktoś jeszcze? – zainteresował się zbir. – Możemy się nim zająć. Choćby jutro.

Nie wątpię, pomyślał Mściwoj. Jego lico przeciął krótki uśmiech. Grymas zdenerwowania.

– Tym razem obędzie się – odpowiedział, lecz jakoś bez większego przekonania. Jego rozmówca dojrzał w tym szansę. Oparł ręce na stole, złączył dłonie, nachylił się zachęcająco, by następnie rzec ze spokojem:

– Wystarczy, panie, że powiesz imię. O resztę się nie martw.

Mściwoj spojrzał na niego i… zrobił to. Powiedział imię zagrażającej mu osoby, lecz zrobił to tylko w myślach, nie na głos.

Lutka, moja córka…

7.

Nie odzywała się za wiele. Każda próba, każde słowo wiązało się z ryzykiem, że nie wytrzyma i zaniesie się płaczem. Ten zaś spowoduje niepotrzebne pytania. Nie mogła rzucać się w oczy, musiała zachowywać się…

Jak?

Zaginęła jej przyjaciółka. Czy właśnie nie powinna otwarcie rozpaczać? Co tu ukrywać? To przecież nie wzbudzi podejrzeń ojca, ale z drugiej strony może go rozdrażnić, a tego bardzo nie chciała. To zbyt niebezpieczny człek, a ona teraz jest tutaj w Gnieźnie całkiem sama. Służka Bronka jej nie uratuje.

Ta właśnie rozczesuje jej włosy. Lutka miała zaraz położyć się spać i dzieli ją od tego tylko ta codzienna czynność wraz z rozebraniem się.

– Znajdzie się – usłyszała w pewnym momencie za sobą. Lutka momentalnie poczuła łzy napływające jej do oczu. Jakże łatwo się wzruszała… Ale przy Bronce nie musi tego ukrywać, prawdę o ojcu tak, ale nie to.

– A jeśli nie? – zapytała trzęsącym się głosem. Łzy pociekły mocniej, intensywniej. Musiała obetrzeć jej dłonią.

– Trzeba być dobrej nadziei, pani.

– Łatwo powiedzieć – burknęła niechętnie. Służka skuliła się nieco w sobie od owego chwilowego objawu wrogości.

– Tak, pani. Wybacz – przeprosiła szybko, zabierając się do rozsupłania ostatniego warkocza.

– Nie… To ja przepraszam, nie powiedziałaś nic złego. Po prostu… Po prostu tak bardzo boję się o Bognę.

Bronka nie miała pewności, czy może sobie pozwolić na pewne słowa, w zasadzie to na powtórzenie tego, co krąży po grodzie i jej pani już nieraz to słyszała, ale może jest w tym prawda? Może, jeśli usłyszy to jeszcze raz, to przestanie się tak martwić, albo będzie martwić się trochę mniej?

Uznawszy, że warto spróbować, rzekła:

– Może to prawda, co się mówi? – Sama nie wiedziała, czy w to wierzy.

– Ucieczka?

– Tak, pani – potwierdziła od razu. – Może już wcześniej nosiła się z tym zamiarem, a teraz, gdy kniaź wyruszył walczyć, ona…

– Nie – przerwała jej Lutka. – Nie, to nie tak. Nie Bogna. Nie uwierzę w to. To… – zawiesiła głos zdawszy sobie sprawę, że być może zajmowanie tak twardego, zdecydowanego stanowiska jest nierozważne. Tylko prosi się o pytanie, co w takim razie podejrzewa, że mogło się wydarzyć?

Lepiej zakończyć ten temat tu i teraz. Natychmiast.

– Położę się, jestem zmęczona.

– Tak, tak… Już kończę.

Już wkrótce drzwi do Lutkowej izby zostały zamknięte z drugiej strony. Córka Mściwoja została sama, a wtedy ponownie zaniosła się płaczem. Nie musiała obawiać się o pytania, o nic. Była tylko ona i niekończące się łzy wyciskane z niej strachem. Strachem o to, co się stało i co jeszcze może się wydarzyć…

8.

Ranek należał do, o dziwo, niezbyt ciężkich. Sporo przechylili kielichów miodu podczas wczorajszej biesiady, ale szczęściem zaprawieni są w takich bojach i powstawali bez bólu głowy czy innych takich.

Uczta przebiegła w nader dobrej atmosferze. Aż dziw, ale szczere wyjaśnienia Gniemira iście zdziałały cuda. Wyznanie o spodziewanym dziecku, a modlił się do bogów, żeby okazało się synem, załagodziło nieco ichniejsze relacje, a potem im dłużej w noc, tym było jeszcze lepiej. Minęła w bardzo dobrej komitywie i aż Bogudanowi było żal, że Gniemira nie będzie stać na to w odniesieniu do samego Mieszka. Niemniej całkowicie to rozumiał. Podejrzewał, że na jego miejscu także nie byłoby go stać na żadne uprzejmości i żeby nie ryzykować wojną, trzymałby się od Piasta jak najdalej. Tak jak czynił to właśnie żupan. Złożył przysięgę, co zaiste wielkim musiało być dla niego wysiłkiem i poświęceniem, lecz uczynił to i wrócił do Rogoźna, by spokojnie czekać na szczęśliwe narodziny pociechy, potomka, który wiele w jego życiu może zmienić na lepsze.

– Żyjemy – zagadnął do niego Radost, gdy tylko powstawali. Spali razem we trzech w jednej izbie, Bogudan odmówił większych wygód, tyle miało mu w zupełności wystarczyć. Poza tym planował odjechać zaraz na drugi dzień.

– Tak. – Piastun bez problemu zrozumiał, do czego nawiązuje wojownik. – Nie potruli nas, zadowolonyś?

– I to jak! – zawołał tamten ucieszony. – Bardziej być nie mogę.

– Ale mógłbyś być – wtrącił się ostatni z nich, Zdamir. Przetarł oczy i ziewnął przeciągle aż na koniec nim zatrzęsło, po czym dokończył myśl: – Gdyby ta jedna dziewoja z wczoraj ci nie uciekła, jakżeś za bardzo się do niej zalecał.

– A co miałem się nie zalecać, jak taka ładno była?

– Wystraszyłeś biedulkę aby i tyle z tego pożytku.

Radost prychnął pobłażliwie.

– Zazdrosnyś, bo na ciebie nawet nie spojrzała, ot co!

– Zazdrosny mam być o spojrzenie? – Zdamir nie dowierzał. – Proszę cię, daj spokój. – Machnął ręką, nie chcąc dyskutować z tak mocarnym argumentem. Zwrócił się do dowódcy: – Jakże taki Gniemir wczoraj dobry się okazał, to może sprezentowałby nam na drogę beczułkę tego zacnego miodu, którym nas raczył? Raz dwa zahaczymy o Wieleń, a potem powrót zleci jak z bicza strzelił.

Rozbawiony Bogudan pokręcił głową.

– Nie wystarczy ci, co żeś na biesiadzie wyżłopał? W drodze masz być przytomny. To wy macie strzec mnie, a nie ja was, nie zapominaj o tym.

– Warto było spróbować – odparł Zdamir, udając niepocieszonego. – Czyli strawa i w drogę?

– W drogę. Do Godzisława i z powrotem.

– A reszta żupanów kiedy?

– Pomyślę o tym w Gnieźnie. Na razie nie zawracam sobie tym głowy. Niedobrze planować drugą wyprawę, gdy pierwsza jeszcze niedokończona. Nie kuśmy doli.

– A co się nam stać może, jakeśmy żywi w Rogoźnie? – Radost delikatnie powiedziawszy nie podzielał ostrożności namiestnika. – Skoro tutaj nic nam się nie przytrafiło, a prawie że braliśmy to za pewnik, to…

– To lepiej, żeby i w dalszej drodze nie przydarzyło się nic niespodziewanego – wszedł mu w zdanie Bogudan i wojownik musiał przyznać, że coś w tym było. Skoro w jedną stronę mogła ich spotkać przyjemna niespodzianka w postaci zacnego przyjęcia i biesiady, to czemu miałoby tym razem nie potoczyć się w drugą stronę?

Oby nie, pomyślał. Oby nie.

Gniemir ugościł ich wczorajszego dnia, ale i z rana nie zamierzał ich puścić ot tak. Bogudan zapowiedział, że z chęcią przyjmą coś na drogę, ale żupan stanowczo odmówił. W pierwszej chwili pomyśleli, że oto powróciła jego prawdziwa twarz, gdy rzekł dość ostro:

– Nawet mowy nie ma! – prawie krzyknął, a do przekroczenia owej granicy brakowało doprawdy niewiele. Zaraz jednak pośpieszył z wyjaśnieniem. – Za nic nie odjedziecie bez porannej strawy. Służba już szykuje, więc nie zasłaniajcie się czasem albo co. Zostajecie. Inaczej was nie wypuszczę. – Zagroził żartem, co w okolicznościach jakie spodziewali się tutaj zastać, zabrzmiałoby nader… wiarygodnie.

Piastun nie stawiał się, nie starał się jakoś przemóc Gniemirowych nacisków.

– Dobrze, zostaniemy i uczynimy to z radością. – Jakże relacje połączyły ich dobre, to i warto było je takimi utrzymać.

I znowu zasiedli do stołu. I znowu zapełniali żołądki, swoją drogą wciąż pełne po wczorajszym. A tu trzeba lada moment wsiąść na koń i ruszyć w drogę, jechać z poczuciem ciężkości, ociężałości i ogólnej chęci, by po prostu położyć się i pospać. Odpocząć po tych bogatych w tłuste mięsiwa posiłkach. Jeno z trunkami zamierzali się wstrzymać, wszak przed nimi spory kawałek do pokonania.

– Na nas pora – zadecydował w pewnym momencie Bogudan, uderzając o kolana na poparcie swych słów. Wystarczy tego dobrego. – Tak nas gościsz godnie, zacnie, że zaraz skłonnym pomyśleć, że chcesz nas zatrzymać u siebie na stałe.

– Wkupując się w wasze łaski poprzez żołądek, namiestniku? – Żupan udał zastanowienie. – Każdy sposób dobry, jeśli skuteczny, czyż nie?

– Ja mogę zostać! – zaśmiał się Radost. – Jeśli codziennie ma tak być, to czemu nie?

– Rzeczesz, jakbyś głodem przymierał. – Bogudan wywrócił oczyma. Obrzucił go wymownym spojrzeniem. – A na takiego nie wyglądasz.

Zaśmiali się tym razem wszyscy. Niebawem z jeszcze mniejszą ochotą opuszczali wkrótce dwór Gniemira. Konie napojone i przyszykowane do drogi, już na nich czekały. Namiestnik pożegnał się z żupanem, uścisnęli się, poklepali po plecach niemalże po przyjacielsku. Po krótkiej wymianie uprzejmości przyjezdni wsiedli na wierzchowce.

– Pozdrówcie ode mnie Godzisława – poprosił Gniemir. – Od razu też uprzedzę, że u niego biesiady skromniejsze.

– Może to i dobrze! – stwierdził Mieszkowy piastun. – A pozdrowić, pozdrowię, a jakże!

– Posłać kogoś przodem, żeby uprzedził go o waszym przybyciu?

– Nie trzeba, ale dzięki ci za propozycję i raz jeszcze za gościnę. Bywaj, Gniemirze! Ponownie gratuluję ciąży twej nowej żony. Wielce mnie ta wieść ucieszyła.

– Dzięki ci, Bogudanie. Bywajcie! Bezpiecznej drogi.

Pojechali. Odprowadzani licznymi spojrzeniami opuścili grodzisko, a gdy tylko zniknęli za bramą, żupan natychmiast odwrócił się i poszedł do dworu. Tuż za drzwiami czekała nań żona. Starsza. Przybysława.

– Odjechali? – zapytała.

Potaknął głową.

– Już tęsknisz?

– Nie kpij, mężu. Rzeknij mi lepiej, czy nie zmieniłeś planów?

Ściągnął brwi.

– A czemuż to miałbym je zmienić? – Nie miał wątpliwości, że mówią o tym samym. Od wielu lat właśnie tego tyczyła się większość ich rozmów.

– Tak z nimi towarzyszyłeś, że gotowam pomyśleć, iż nowych przyjaciół znalazłeś. – Jej słowa ociekały szyderstwem, niezadowoleniem. Przyganą nawet. – Jakby Mieszko przybył tu razem z nimi, tak samo byś się z nim obściskiwał? – Ledwie skończyła, a nie mogła nabrać powietrza. Nie przez jakowyś atak kaszlu czy coś podobnego, a przez dłoń męża, która wystrzeliła z nagła i niespodzianie, by chwycić ją za gardło i mocno zacisnąć. Przybysława wybałuszyła oczy, charcząc.

– Nie drażnij mnie, kobieto. Nie drażnij, bo nie ręczę za siebie! – wysyczał jej prosto w twarz, plując na nią drobinkami śliny. Znała go takiego. Znała go takiego bardzo dobrze, aż zanadto, lecz dawno nie pokazywał tej strony. Tym bardziej poza izbą, gdzie mogli zobaczyć ich inni, ale to było teraz jej najmniejszym zmartwieniem. Powietrza… Potrzebowała powietrza.

Dłońmi uchwyconymi jego pięści zaciśniętej na swojej szyi starała się rozerwać ucisk. Ucisk mocarny, przeciwko któremu nie miała większych szans, mimo usilnych prób. Czuła jakby starała się rozerwać rękoma głaz.

Na szczęście ulga nadeszła. Gniemir puścił ją sam z siebie, widocznie uznawszy, że tyle wystarczy.

Przybysława osunęła się na podłogę, chwytając powietrze dużymi haustami. Po twarzy ściekały jej grube łzy.

Mąż nachylił się do niej. Nie dotykał jej już, tylko gromił spojrzeniem oczu wypełnionych nienawiścią. Uczuciem kierowanym jednak nie do niej, a do człeka, którego nienawidzili wspólnie i równie mocno.

– Nie – syknął złowrogo. – Nie zmieniłem planów i za nic nie zmienię. A złożoną ci obietnicę wypełnię.

Przybysława przełknęła ciężko grubą gulę jaka zebrała jej się w ustach. Pokiwała głową nerwowo, szybko, krótkimi ruchami. Może nie powinna prowokować Gniemira, ale przynajmniej miała pewność, że nie zapomniał.

9.

Mieszko sunął na Piorunie ku najbliższemu celowi. Łęcin, grodzisko władane przez Gorazda, pierworodnego Uniegosta, który był głupcem, jak każdy inny z buntowników, a może nawet i większym. Zamiast pojednać się, gdy przybył do Siercza, to razem z Liszką wciągnęli go w pułapkę. Wszystko, żeby go zabić, obalić. Wszystko w beznadziejnej walce, której wygrać nie mogli. Na co liczyli? Co im przyświecało? Aż tacy byli zaślepieni? Ilu przez nich poległo? Ilu ludzi zginęło, mimo że mogli żyć? Mieszko chciał tylko pokoju. Wyciągnął ku nim rękę, którą należało tylko uścisnąć, a oni zamiast tego rzucili się na nią…

Oni, a wcześniej Przybywuj z Łęczycy. Wszyscy pokazali, że czasem nie warto dawać szansy, ponieważ nie każdy to doceni. Jak będzie w Łęcinie? Tutaj Mieszko nawet się nie łudził, że obejdzie się bez rozlewu krwi. Tym bardziej, jeśli wieści z Siercza dotrą przed jego armią. Wtedy czeka ich jeno walka i kolejne stosy trupów… Takie marnotrawstwo. Ileż księstwo traciło na wewnętrznych walkach… Zamiast rosnąć w siłę, wykrwawiało się, a przed nimi jeszcze przecież wyprawa na Rozprzę, na trzon buntu, jego serce. Gród rodu Strogomira. Dopiero tam czekają ich zacięte walki.

Nie chciał tego, ale zrobi co konieczne, by na powrót zjednoczyć księstwo. Na chwilę obecną najważniejsze było uporanie się z problemami w Łęcinie i osiągnięcie tego z jak najmniejszymi stratami, ponieważ w Rozprzy potrzebował wszelkich sił, każdy pojedynczy wojownik będzie istotny. Im zaś znaczniejszą armię przywiedzie pod tamtejsze wały, tym pewniejsze zwycięstwo, a przy tym i mniejsze tam straty.

Dwie bitwy i z powrotem, pomyślał. Z powrotem do Gniezna i Bogny… No chyba, że w Łęcinie czeka mnie wielka niespodzianka i cudem jakimś olbrzymim obędzie się bez walk. Westchnął ciężko. Jaka szkoda, że nie ma co na to liczyć…

– Mieszko! Mieszko! Mój ty drogi koleżko! – Z nagła wyrwał go z rozmyślań Siemiradowy głos. Druh podjechał doń od lewej strony najwyraźniej z jakimś zagadnieniem. Ale to jego… zawołanie. No zadziwiło Piasta pokaźnie.

– A tobie co? Koleżko...? – zapytał spod przymrużonych powiek, dumając na co się tutaj zanosi.

– Nie narzekaj. Powiedz lepiej, co się rymuje z… – Nie dokończył, gdyż Mieszko mu przerwał.

– A ty znowu z tym…

– Co w tym złego? Kvedulfowi nie narzekasz, jak przy ogniu nam czas umila pieśniami. Pomóż, a niedługo będziemy mieć kolejną. Tylko lepszą, bo moją – dodał, tradycyjnie już nader skromnie.

Kniaź wypuścił z ust powietrze, jakby godząc się z nieuniknionym.

– W czym rzecz? – zapytał.

– Rymy do pragnienia – oznajmił rzeczowo przyjaciel.

– Wspomnienie? – zasugerował Mieszko, na co Siemirad zrazu pokręcił głową.

– Za proste. Też mi pierwsze przyszło do głowy.

– To nie wiem… Brzmienie? Może szalenie?

Siemierad zastanowił się nad ostatnią propozycją. Poruszał ustami, gdy pod nosem powtarzał sobie wcześniej ułożone słowa i zestawiał je z nowymi.

– Mam! – zakomunikował dumnie.

– Z tym ode mnie? – Piasta połechtał mały sukces. Cieszył się, że mógł pomóc, lecz radość nie trwała długo, brutalnie odebrana, wręcz wyrwana mu okrutnie przez druha.

– Nie – odarł go ze złudzeń. – Mnie coś przyszło do głowy.

– Powiesz, co?

– Teraz takiś chętny na moją pieśń? A wcześniej narzekałeś.

– Nie przesadzaj, Siemirad. Powiedz, coś wymyślił, a nie sam zrzędzisz. – Przyjaciel usłyszawszy te słowa, wzruszył ramionami, jakby nie miał nic do stracenia. Bo i nie miał, więc się zgodził.

– Pieśń nie jest gotowa, więc tylko dwa zdania. Słuchaj i podziwiaj.

– Spróbuję – obiecał Mieszko nie wiedząc, czego się spodziewać. Do tej pory Siemirad strzegł swego powstającego dzieła jak oka w głowie i postępami dzielił się tylko z Kvedulfem. Raz tylko wcześniej przybył po pomoc z rymem, obecnie po raz drugi, lecz nigdy dotąd nie podzielił się efektami swego nowego zajęcia i Piast szczerze był ciekaw.

 

Uśmiechy wasze są niczym słońca promienie.

Wprawić potrafią me serce w szybsze drżenie.

 

Zawisła między nimi cisza. Siemirad nie wytrzymał.

– Rzekniesz coś?

– A rzeknę, co mam nie rzec – odparł Mieszko, z premedytacją przeciągając rzeczony moment. Czasem dobrze popastwić się nad druhem. – Myślę, przyjacielu, i to szczerze z serca ci powiem, żeś się chyba z powołaniem minął. Mieczem machasz tak sobie, słowem znacznie ci to lepiej wychodzi.

Pochwała fragmentu pieśni straciła na znaczeniu w obliczu wcześniejszej krytyki. Siemirad mimo pełnej świadomości, że Mieszko żartuje z niego, już miał zamiar się odciąć, gdy uprzedził go… Piorun. Koń zarżał bowiem, jakby się śmiał.

– A ty co? – zwrócił się doń początkujący skald. – Z pieśni się śmiejesz, czy z mojego wojowania? Gadaj, bo ci spleśniałego owsa dam do żarcia.

– Spokój! – wtrącił się Mieszko. – Ja ci tu dam Piorunowi grozić. A pieśń zapowiada się zacna. – Sprawnie wrócił do głównego tematu. – Oby tak dalej.

Kąciki Siemiradowych ust uniosły się. Mieszko zaś odwrócił się, jakby coś sobie uświadomił. Odszukał wzrokiem Czcibora.

***

Podjechał do brata. Młodszy z Piastów jechał koń w koń z Małogostem, swoją prawą ręką, człekiem, któremu zawdzięczał życie. Rozmawiali o czymś, lecz na widok przybyłego natychmiast przerwali rozmowę. Na pierwszy rzut oka mogło to wyglądać, jakby starali się coś ukryć, lecz Mieszko daleki był od takich podejrzeń, a także nie zamierzał dopytywać, o czym mówili. Obojętne mu to było. Interesowało go coś innego. Ktoś inny.

Podjechał od strony Czcibora. Zarówno on jak i Małogost powiedli ku nim spojrzeniami, lecz zanim którykolwiek przemówił, kniaź zapytał:

– Co wiesz… wiecie o tym synu Uniegosta?

– Tyle o ile, bracie. Do niedawna w Łęcinie rządził właśnie Uniegost, a Gorazd był szykowany na następcę, ale niczym się nie wyróżniał, jeśli o to pytasz.

Mieszko przyjął tę informację mruknięciem. Po chwili podjął dalej:

– Ambitny to człek? Może sprawić kłopoty, czy raczej bardziej byłby skłonny do rozmów, gdybyśmy nie ubili mu ojca?

– Dawnom go nie widział. Mało co też o nim słychać. – Czcibor spojrzał znacząco na Małogosta. Ten wykrzywił usta w grymasie niewiedzy.

– Na moje na spokojnego wygląda, ale z takimi czasem najgorzej, jak poczują władzę. A jeszcze jak pomsta im dojdzie, to w różnaki może się to potoczyć sposób.

– Liczysz uniknąć walk? – Młodszy z Piastów zwrócił się do starszego.

– Tak jak w Łęczycy i Sierczu, ale podejrzewam, że identycznie to się zakończy… – stwierdził z żalem.

– Może wzgląd na dawne czasy coś tutaj wskóra? – Pytanie Czcibora skupiło na nim zdziwione braterskie spojrzenie. Ściągnięte brwi, bruzda na czole, przekrzywiona ździebko głowa. Jeśli minione słowa miały mu coś powiedzieć, to tak się nie stało.

– O czym rzeczesz? – Wniósł o sprecyzowanie. Potrzebował czegoś więcej, a najlepiej znacznie więcej.

– No Gorazd. Bawiliśmy się z nim kiedyś, nie pamiętasz?

Mieszko potrząsnął przecząco głową. Ciągle nic, ale to nic mu to nie mówiło.

– W ogóle, lecz rozumiem, że powinno i to sporo?

– Żebyś wiedział – przyznał brat i od razu przeszedł do dalszych wyjaśnień: – Zawitaliśmy kiedyś z naszym ojcem do Łęcin. Prokuja zostawił, a nam chciał pokazać jak wygląda objazd po grodach. Od młodych lat chciał nas przyuczać, co i jak przygotować na późniejsze życie, obowiązki.

– To pamiętam, ale Gorazda… – Wygiął usta, nie mogąc sobie przypomnieć, choć bardzo się starał. Niestety poległ – jego zupełnie nie.

– A walkę z psami pamiętasz?

Spojrzenie Mieszka momentalnie uległo zmianie. Wyostrzyło się. Wyraźnie nabrało zrozumienia.

– Walkę z psami? – zagadnął z kolei Małogost, niejako zamieniając się z kniaziem miejscami, ponieważ teraz to on wołał o szczegóły. – Gorazd spuścił na was psy? – Starał się odgadnąć, lecz Czcibor zaprzeczył ruchem głowy, po czym opowiedział:

* KIEDYŚ *

Kniaź Siemomysł dotrzymywał towarzystwa żupanowi Uniegostowi. Obydwaj bawili się w najlepsze, raz po raz zanosząc się istnym rechotem, gdy opowiadali sobie zbereźne historie, w których to odnajdywali przyjemność. Z czasem nawet wojowie obecni na sali biesiadnej dzielili się jakimiś swoimi, czy to przeżytymi osobiście, czy też zasłyszanymi historiami, nieważne. Liczyło się, że wszyscy mieli ubaw po pachy.

Co innego taki Mieszko i Czcibor, potomkowie Piasta, czy też pierworodny żupana – Gorazd. Może i rozumieli co nie bądź z wybrzmiewających bez końca opowiastek, niektórych rzeczy się domyślali, ale w żadnym razie nie podzielali aż takiego żywego rozbawienia, które było widoczne u starszych. Dlatego z dziką wręcz radością i satysfakcją wymknęli się zarówno z wypełnionej gwarem sali biesiadnej, jak i z dworu.

Propozycja padła od Gorazda, którego ledwie co zdążyli dzisiaj poznać, i to padła bez słów, bowiem kiwnął do nich głową, wskazując na tylne drzwi od sali, którymi co rusz wchodziły i wychodziły służki ze strawą czy napitkami. Znak dał im dyskretny, uważał, coby ojciec niczego nie zauważył, lecz po prawdzie zadaniem to trudnym nie było, gdy Uniegost zajmował się gościem.

Mieszko z Czciborem nie zastanawiali się długo. Spojrzeli po sobie i także bez słów, wszak te były niepotrzebne, podjęli decyzję.

Już po chwili byli wraz z żupanowym synem na zewnątrz. Już zaraz biegali z drewnianymi mieczami Gorazda, bawiąc się w wojowników i zbirów. Z początku wybierali, kto jest kim, ale z czasem tak bardzo oddani zabawie i dokazywaniu, zapominali o przyjętych zasadach i walczyli każdy z każdym.

Śmiechu mieli co niemiara. A i nie przeszkadzało im w tym, jak któryś został trafiony, skaleczenia czy przyszłe sińce nie miały dla nich żadnego znaczenia. Jeśli zaś któryś oberwał zbyt mocno, to potem starał się ze zdwojoną wręcz siłą.

I tak upływał im przyjemnie czas, póki zmęczenie ich, nader zresztą wytrzymałych, ciał przyszłych wojowników nie zasugerowało potrzeby odpoczynku. Usiedli pod pierwszą lepszą chatą, akurat tam gdzie doprowadził ich w danym momencie ferwor walki. Mieczyki rzucili obok siebie, z rękoma wspartymi na podciągniętych kolanach, chwytali łapczywie powietrze. Zaczerwienione lica, połyskujące spojrzenia tryskały wręcz zadowoleniem.

– Kiedyś będziesz kniaziem? – zapytał w pewnym momencie Gorazd, zwracając się do starszego z towarzyszów zabawy. Mieszko odpowiedział z dumą w głosie:

– Będę. Tak jak ojciec.

– Weźmiesz mnie ze sobą na wyprawę? Chcę walczyć jak tu z wami. Ojciec mój jak gdzieś rusza w bój, to każe mi siedzieć w grodzie. Nie chcę tak. Ty jako kniaź nie będziesz musiał słuchać nikogo. Jak powiesz, że jadę z tobą, to mi nie zabroni.

– Piastun zawsze mi powtarza, że na wszystko nadchodzi pora – odpowiedział Mieszko, chcąc zabrzmieć dorośle, lecz Gorazd nie zrozumiał, jaki to ma związek.

– Czyli zgadzasz się, czy nie?

– A co mam się nie zgodzić? – zawołał przyszły władca z wielką siłą. – Dużo będzie za mnie wypraw, każdy wojownik się przyda.

I więcej Gorazd nie potrzebował.

Sporo minęło im czasu na rozmowie, gdy we trzech snuli wielkie plany. Mieszko jako kniaź, pozostali jako jego dowódcy. Wspólnie mieli zatrząść sąsiednimi ziemiami, sprawić, że wrogowie będą uciekać na samo brzmienie ich imion. Lecz to dalekie plany. Na razie powinni się zbierać i wracać do dworu. Być może nie zauważono ich nieobecności, wszak nikt ich nie szukał, ale jakoś się tym nie przejmowali. Jednak w drodze powrotnej spotkała ich niemiła niespodzianka. Zostali zaatakowani. Wszystko wydarzyło się na krótko po tym, jak Czcibor dojrzał czołgającego się pod zwalonymi dechami małego pieska o szarej sierści. Nie zastanawiając się nad niczym, od razu doskoczył do niego i wyciągnął chucherko.

– Utknąłeś, mały? – zapytał z troską w głosie. Zaraz podbiegli kompani i zwierzak z miejsca skradł ich uwagę. Głaskali go, tarmosili za uszami, a ten powarkiwał z uciechą. Uciechą, której zdecydowanie brakowało psu, który pojawił się niemal znikąd kawałek od nich. Pojawił się i co więcej, po groźnym zawarczeniu zgoła odmiennym od tego wydobywające się z gardła pieska, ruszył na nich.

Twarze młodzianów napięły się w wyrazie zdumienia, trochę strachu, lecz żaden nie znieruchomiał. Mieszko z Gorazdem wyszli do przodu, odgradzając Czcibora od szarżującego czworonoga. Nie miał jak się bronić, gdy trzymał małego. Oni z mieczami wyciągniętymi przed siebie, jak to nieraz obserwowali u wprawiających się wojów, byli gotowi do starcia.

Pierwszy oddał cios Gorazd. Pies dobiegł do nich i zacisnął ostre zębiska na jego drewnianym ostrzu. Syn żupana szarpał za rękojeść, chcąc oswobodzić broń, a Mieszko bił się z myślami, czy uderzyć. Raczej powinien, ale nigdy nie uderzył żadnego zwierzęcia. Ten ich zaatakował, ale… Ale w obronie małego.

– Czcibor, odłóż go! – polecił prędko bratu. – Już!

Młodszy z Piastów usłuchał od razu. Odstawił szarą kulkę na ziemię. Jego rodzic dojrzawszy to, wypuścił z pyska miecz, wahał się, co zrobić dalej. Warczał i szczekał na zmianę.

Gorazd nie zwykł marnować takich okazji. Sieknął z góry, lecz nie trafił. Pies uskoczył do tyłu, po czym skoczył znowu, lecz tym razem w jego kierunku. Rozległ się krzyk. To Gorazd. Na jego prawym nadgarstku zacisnęła się z potężną siłą szczęka warczącego przeciwnika. Spod niej skapywała jucha ranionego.

Wtedy Mieszko już nie czekał. Smagnął psa w bok i ten od razu puścił wrzeszczącego młodziana. Czcibor odciągnął go na bok, a Mieszko odgrodził ich od kolejnego ataku. Do żadnego już jednak nie doszło.

Oddalili się, a Gorazd już zaraz został opatrzony, po uprzedniej ostrej reprymendzie, że ich wyjście mogło zakończyć się w znacznie gorszy sposób i to nie tylko dla niego. Nieprzyjemne słowa padały w obecności wielu świadków, tudzież ranny palił się ze wstydu, a także coraz większej złości. Złości zarówno wobec ojca, jak i psiska, któremu powinni spuścić zgoła większy łomot. Żałował, że Mieszko nie uderzył go wcześniej, może wtedy by go stłukli i żadne ugryzienie i ojcowe besztanie nie miałyby miejsca…

– To nie wina Gorazda. – Przyszły kniaź stanął w jego obronie w którymś momencie, czym wzbudził jego wdzięczność. Szkoda tylko, że ojcowie tego nie słuchali, a reprymenda trwała dalej, nawet nazajutrz, gdy goście opuścili Łęcin i rodzic wyrzucał mu, co by to było, gdyby pies poszarpał któregoś z synów Siemomysła, a szczególnie przyszłego kniazia...

* OBECNIE *

– No tak… Gorazd – stwierdził z namysłem kniaź. – Nie wiem jak mogłem zapomnieć… – Mieszko nie dowierzał, gdy wszystko się wyjaśniło, a wspomnienia uderzyły w niego jakby mowa była o wydarzeniach z wczoraj, a nie sprzed laty.

– Minęło trochę czasu.

– Może i tak, ale… Sam nie wiem. Powinienem pamiętać – upierał się starszy z Piastów, nie do końca przekonany argumentem brata. Po prostu czuł się z tym nieswojo, dziwnie.

– Byliśmy w Łęcinie zaledwie raz. Młodzi. Dużo się działo.

– Ojciec był wtedy zły jak wracaliśmy. – Powrócił doń obraz Siemomysła, gdy opuścili wtedy gród Uniegosta. Kierowali się do Gniezna, a on mało co się odzywał, czego nie potrafili wtedy zrozumieć. Może i Gorazd został ugryziony, ale poradzili sobie. Odgonili psa.

– Był zły, że tobie mogło się coś stać – sprecyzował Czcibor. On właśnie tak to zapamiętał.

Mieszko obrzucił go znaczącym spojrzeniem.

– Nam, bracie. Bał się o nas, nie tylko o mnie.

Czcibor nie zamierzał się sprzeczać. Wrócił do tematu nowego żupana:

– Od tamtego czasu widziałem Gorazda może z raz, ale nie kojarzę, byśmy chociaż rozmawiali. Czas pokaże, kim się stał, ale wtedy z psem bez strachu stanął mu na drodze. Nas lepiej żeby się bał. Wtedy może ostrożniej podejdzie do wydania nam walki.

– Ostrożnie nie musi wcale oznaczać, że nam jej nie wypowie – odparł Mieszko wyraźnie do czegoś zmierzając. – Jeśli już, to bardziej, że lepiej przemyśli przyszłe starcie, a to nic dobrego. Lepszy wróg nieprzygotowany niż taki, co dokładnie wie, co czynić.

10.

Był spokojnym człekiem. Może nie z natury, ale potrafił zapanować nad porywczością i dawać jej ujście tylko wtedy, kiedy świadomie się na to zdecydował. Nigdy nie pozwalał jej nad sobą zapanować, przejąć kontroli. Nie. To on tutaj rządził.

Jego opanowaniem zachwiały wielce niepokojące wieści. Zachwiały i prowokowały trzymaną w powrozach porywczość, by dała o sobie znać i to najlepiej gwałtownie. Tak najlepiej, najprzyjemniej. Bardzo go to kusiło, nęciło. Czas, w którym dawał upust złości, pozwalał wściekłości wypełnić jego serce, żyły. Lubił wtedy czuć w sobie ich ogień, jakby wrzał od wewnątrz.

Tylko, że jak już sobie na to pozwolił, to wtedy trudno było mu powrócić...

– Armia? – zapytał dla pewności, chociaż wyraźnie zrozumiał zwiadowcę, nie było mowy o przesłyszeniu się.

– Tak, panie. Wielkie siły prowadzi kniaź Mieszko. Suną wprost z Siercza. – Zwięzłe streszczenie wiadomości nader bogatą i rozbudowaną niosło w sobie informację. Gorazd pojął ją natychmiast.

– Czyli Siercz padł – stwierdził rzeczowo, nie zdradzając większych, gwałtowniejszych emocji. Ale wszystko przed nim. Dopiero oswajał się z niepomyślnymi wieściami, układał sobie wszystko w głowie. Złość zaś będzie miał okazję wylać już za jakiś czas.

– Tego nie wiemy, panie. Ponoć nikt stamtąd nie przybył. Ale od razu mogę jechać i się wywiedzieć.

– To myślisz, że po co Piasty na nas jadą? Na pogawędkę? – warknął Gorazd rozzłoszczony. – Nie osłabiaj mnie, dobrze ci radzę.

Zwiadowca zgiął się nieco w karku z zamiarem milczenia. Lepiej nie prowokować pana.

– Co zamierzasz? – wtem ozwał się trzeci głos. Zbylut, piastun Gorazda, jego doradca i prawa ręka, najbardziej zaufany człek zaraz po nim samym.

Piastun stał obok swego wychowanka, wygodnie siedzącego na żupanowskim tronie ojca. Zwiadowca stał przed nimi i czekał na swoją kolej, żeby przemówić ponownie, bądź za pozwoleniem odejść. Na każdą z możliwości zamierzał jednak cierpliwie czekać, wyrywanie się i możliwe rozzłoszczenie pana nie było mu w głowie.

Gorazd zadumał się, lecz tylko na chwilę. Jemu droga jawiła się tylko jedna i nie miał się nad czym zastanawiać.

– Jak to co? – mruknął jakby niezadowolony, że musi dzielić się takimi oczywistościami, rzeczami, które powinny być jasne same przez się. – Bitwa. Co innego? Poza tym nie jesteśmy sami – mówił o wsparciu, jakie wezwał od okolicznych zaprzyjaźnionych grodów właśnie na taki wypadek. Spodziewano się tutaj Piastów, a kiedy w końcu przybyli, w Łęcinie stacjonowały już bardzo liczne siły.

– Ale to bitwa z Mieszkiem, Goraździe – oznajmił Zbylut, jakby chcąc przypomnieć wychowankowi, z kim przyszłoby mu się zmierzyć. Słowa te wyraźnie rozgniewały pierworodnego Uniegosta.

– Co, że Mieszko?! Co? – uniósł się wyprowadzony z równowagi. – Nie musisz mi powtarzać, kim się stał, jaka sława ciągnie się za jego drugim imieniem. Doskonale też pamiętam, że ma przyjaciela w duńskim królu i że rozniósł siły Strogomira pod Gnieznem. – Zawiesił głos na zaczerpnięcie oddechu. – Ale co z tego? Co mi po tym? To, że jest, kim jest, znaczy, że mam przed nim klękać i błagać, coby przychylnym spojrzał na mnie okiem? To chcesz powiedzieć? Korzyć mam się przed nim i błagać, żeby nie zgniótł mnie jak innych? – Gorazd prychnął pod nosem kpiarsko. – Kto jak kto, ale ty, piastunie, znasz mnie najlepiej. Powinieneś dobrze wiedzieć, że nie ugnę się choćby i trzech Mieszków stanęło u bram Łęcina. Niech przybywa, powitam go godnie za ojca i brata. Żelazem to uczynię, a pożegnam jego krwią i ogniem na stosach pogrzebowych.

– Nie mamy pewności, że oni nie żyją, Goraździe. – Zbylut starał się być głosem rozsądku w tej rozmowie. A wychowanka, tak, znał na wskroś, tudzież miał świadomość, że ów rozsądek wielce jest potrzebny. Zwłaszcza że do głosu dochodziły gniew i pomsta. – Co, jeśli Siercz rzeczywiście upadł, ale Uniegost z Nieborem są żywi i pojmani? Co wtedy? Chcesz ryzykować, że Mieszko ich straci?

– Nie poddam się, jeśli do tego zmierzasz. Nie poddam się za nic – postawił sprawę jasno i stanowczo, a Zbylut wiedział, że jeśli Gorazd już tak zadecydował, to nie przekona go za żadne skarby świata.

Niedobrze, pomyślał, lecz nie składał broni. Wychowanek był uparty, a obaj nie potrafili się poddawać.

– Może chociaż… – Nie dokończył, gdyż Gorazd bezceremonialnie mu przerwał, obrzucając go nieprzyjemnym spojrzeniem. Mieszały się w nim złość, z poirytowaniem i… zdecydowaniem.

– Jeśli chcesz mnie przekonywać, bym nie walczył to, z łaski swojej, daruj sobie i nie traćmy czasu. Wiem, co robić.

– Nie to jest moim zamiarem. Chciałem tylko zasugerować, żeby wysłać posłańca i jeśli nie zaproponować Mieszkowi rozmowy, to chociaż dowiedzieć się, co spotkało twego ojca i brata. Tylko tyle.

– Rozmowy, powiadasz, piastunie? – podjął wychowanek już co nieco spokojniej. – Czy negocjacje?

– Jak zwał, tak zwał. A pewnikiem nikomu nie zaszkodzą. Wiedzy zaś nigdy za wiele, chyba się zgodzisz? – Spojrzał wymownie na Gorazda. Ten nie odpowiedział od razu, miał się nad czym zastanowić.

Redakcja

Janusz Sigismund

 

Korekta

Bożena Sigismund

 

Skład i łamanie

Agnieszka Kielak

 

Projekt graficzny okładki

Dawid Boldys

 

© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026

© Copyright by Daniel Komorowski, Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

ISBN: 9788384301463

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

 

 

WYDAWCA

Agencja Wydawniczo-Reklamowa

Skarpa Warszawska Sp. z o.o.

ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2

00-036 Warszawa

tel. 22 416 15 81

[email protected]

www.skarpawarszawska.pl

@skarpawarszawska

 

Przygotowanie wersji elektronicznejEpubeum

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Słowo od Autora

Prolog

1.

2.

3.

4.

5.

6.

7.

8.

9.

10.

Strona redakcyjna

Punkty orientacyjne

Spis treści