Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Polska „na wczoraj” potrzebuje kompleksowej strategii wskazującej kierunki w polityce zagranicznej i w sferze bezpieczeństwa. Książka Międzymorze prof. Tomasza Grosse to ważny głos w dyskusji nad taką strategią. - Jacek Bartosiak. Strategy&Future
Książka Tomasza Grzegorza Grosse to obowiązkowa lektura dla każdego, kto chce rozumieć decyzje państwa i ich konsekwencje. Pokazuje, jak myśleć długofalowo o pozycji Polski w świecie. - Leszek Skiba. Instytut Sobieskiego
Dla Polaków, sąsiadujących od stuleci z Rosją i Niemcami geografia ma szczególne znaczenie. Usytuowanie geograficzne oznacza dla nas fundamentalny wybór – między byciem zdominowanym, albo zabezpieczeniem wolności. Po transformacji ustrojowej z roku 1989 naszym celem było jak najszybsze włączenie się Polski do struktur zachodnich: UE oraz NATO. Wejście do nich stanowiło zwieńczenie marzeń i aspiracji elit, które poczuły się zwolnione z obowiązku aktywności, bo strategiczne cele zostały osiągnięte. Nie przewidywano wykorzystywania tych organizacji dla realizacji dalekosiężnej strategii Rzeczpospolitej.
Geoekonomiato wykorzystanie instrumentów gospodarczych do celów geopolitycznych, a więc do realizowania strategii w polityce zagranicznej. Fundamentem dla skutecznej geoekonomii jest silne państwo.
Geokulturato wykorzystanie zasobów kulturowych do celów geopolitycznych. Choć doświadczenia minionych wieków wyraźnie wskazują na zagrożenia płynące z imperializmu Moskwy i Berlina, nasze elity z niechęcią odnosiły się do myślenia strategicznego w kategoriach interesów wspólnoty politycznej.
Z punktu widzenia geografii, Międzymorze jest niezbędne dla zachowania suwerenności Rzeczypospolitej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 312
Projekt okładki i stron tytułowych
Fahrenheit 451
Ilustracje na okładce – front
© KimSunHo/Freepik
Projekt layoutu, skład i łamanie wersji do druku
TEKST Projekt
Redakcja i korekta
Barbara Manińska
Dyrektor wydawniczy
Maciej Marchewicz
ISBN 978-83-68123-68-5
© Copyright by Tomasz Grzegorz Grosse
© Copyright for Zona Zero,
Warszawa 2026
Jakiekolwiek nieautoryzowane wykorzystanie tej publikacji do szkolenia generatywnych technologii sztucznej inteligencji (AI, SI) jest wyraźnie zabronione z wyłączeniem praw autora, współautora oraz wydawcy. Wydawca korzysta również ze swoich praw na mocy artykułu 4(3) Dyrektywy o jednolitym rynku cyfrowym 2019/790 i jednoznacznie wyłącza tę publikację z wyjątku dotyczącego eksploracji tekstu i danych.
Wydawca
Zona Zero Sp. z o.o.
ul. Łopuszańska 32
02-220 Warszawa
tel. 22 836 54 44, 22 877 37 35
faks 22 877 37 34
e-mail: [email protected]
Przygotowanie wersji elektronicznej
Autor wyraża wdzięczność Uniwersytetowi Karola w Pradze za możliwość przeprowadzenia badań prowadzących do napisania tej monografii.
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Wprowadzenie
GEOPOLITYKA
1. Zmiany geopolityczne i strategia
Destabilizacja systemu międzynarodowego
Analiza geopolityczna
Doktryna Monroego w strategii USA
Koncepcja Rimlandu
Strategia USA wobec Europy
Podsumowanie
Przypisy
Spis treści
Cover
Title Page
Copyright Page
Siły nie da się osiągnąć bez zamożności, a zamożności nie da się zagwarantować bez siły.
Zheng Guanying1
Więcej lękam się naszych własnych błędów niż planów nieprzyjacielskich.
Tukidydes2
Celem książki jest omówienie polskich dylematów strategicznych w odniesieniu do trzech perspektyw analitycznych: geopolityki, geoekonomii i geokultury. W tle moich rozważań jest Międzymorze – koncepcja Józefa Piłsudskiego3 zbudowania federacji w Europie Środkowej i Wschodniej4, przede wszystkim w odniesieniu do Polski, Litwy, Białorusi i Ukrainy5. Później Marszałek rozmyślał także o pogłębionej współpracy z państwami Europy Środkowej i nadbałtyckimi. Międzymorze jest bowiem ujmowane szeroko, nie tylko jako terytorium Pierwszej Rzeczypospolitej, ale również jako obszar pomiędzy trzema morzami: Bałtykiem, Adriatykiem i Morzem Czarnym. Rozważaniom na temat polskiej strategii w odniesieniu do tego regionu będę poświęcał kolejne rozdziały.
Geopolityka klasyczna to połączenie geografii z polityką, choć w praktyce oznacza strategię w polityce zagranicznej, uwzględniającą uwarunkowania geograficzne. Dla Polaków geografia ma szczególne znaczenie. Sąsiadują bowiem z dwiema potęgami – Rosją i Niemcami – które niejednokrotnie miały w historii tendencje imperialne. Dla obu tych państw panowanie w Europie Środkowej i Wschodniej było kluczem do sukcesu, a więc do dalszej ekspansji i statusu potęgi już nie tylko regionalnej, ale także światowej. Polacy i inne narody Europy Środkowej wielokrotnie w historii były przedmiotem zaborów, całkowitej lub częściowej utraty niepodległości. Dlatego usytuowanie geograficzne oznacza dla nas fundamentalny wybór – między byciem zdominowanym (lub obszarem nieustającej rywalizacji między Moskwą a Berlinem) albo koniecznością zabezpieczenia swojej wolności. Dla zachowania suwerenności – z punktu widzenia geografii – niezbędne jest właśnie Międzymorze. Tylko pogłębiona integracja regionalna w tej części Europy stwarza bowiem warunki dla podmiotowości wszystkim państwom położonym między trzema morzami.
Podstawowe znaczenie dla realizacji takiej współpracy ma Polska, przekonanie elit i społeczeństwa o potrzebie podjęcia takiej właśnie strategii. Do tego niezbędne są też sojusze, zwłaszcza z Ukrainą, w przyszłości z Białorusią, następnie z innymi państwami Europy Środkowej. Pierwszym zaczynem dla takiego współdziałania jest Grupa Wyszehradzka, a także Inicjatywa Trójmorza. Niemniej, na samym początku, to Polacy muszą sami chcieć takiej integracji. Następnie powinni wypracować odpowiednie instrumenty do jej realizacji – w pierwszym rzędzie strategię geopolityczną, geoekonomiczną i geokulturową. Niezbędne jest też silne państwo, administracja, dyplomacja i nowoczesna, prężna gospodarka. Wreszcie konieczny jest potencjał wojskowy i przemysł zbrojeniowy, które będą nie tylko ochroną przed zewnętrznym imperializmem, ale także gwarancją dla innych państw Międzymorza, że mogą realnie liczyć na polskie wsparcie dla ich bezpieczeństwa.
Innymi słowy, Polska potrzebuje wielkiej strategii, czyli dalekosiężnego dokumentu państwowego, który będzie wskazywał podstawowe kierunki w polityce zagranicznej, w sferze bezpieczeństwa, rozwoju gospodarki i społeczeństwa. Po transformacji ustrojowej z roku 1989 mieliśmy tylko zarys takiej strategii. Jej celem było jak najszybsze włączenie się do struktur zachodnich: Wspólnot Europejskich (później przemianowanych na Unię Europejską) oraz NATO. Jednocześnie polskie elity skupiły się na ścisłych relacjach sojuszniczych z Waszyngtonem i Berlinem. Wejście do obu tych organizacji międzynarodowych było zwieńczeniem marzeń i aspiracji. Miało zapewnić dobrobyt i bezpieczeństwo. Polskie elity poczuły się zwolnione z obowiązku czujności, a nawet aktywności, bo strategiczne cele zostały osiągnięte. Co więcej, delegowały szereg interesów narodowych na te organizacje i wiodące w nich zachodnie państwa sojusznicze. Celem ostatecznym było więc przykładowo samo członkostwo w Unii Europejskiej (UE), a nie wykorzystywanie tej organizacji dla realizacji dalekosiężnej strategii. Przykładem takiego nastawienia może być polsko-szwedzka inicjatywa Partnerstwa Wschodniego. Powstała ona pod auspicjami UE w 2009 roku i zamiast stać się narzędziem polskiej strategii w polityce wschodniej, służyła delegowaniu odpowiedzialności za tę politykę na Brukselę i w dużej mierze także na Berlin. Doprowadziło to do stopniowego zmniejszania aktywności polskiej dyplomacji na tym arcyważnym dla Polski strategicznym kierunku. Było to poważne zaniedbanie geopolityczne. Wynikało w gruncie rzeczy z bardzo niedojrzałej strategii w polityce zagranicznej, której jedynym celem było członkostwo w UE i NATO. Wówczas nastąpił „koniec historii”, jak można sparafrazować słynny termin Francisa Fukuyamy6. Dowodzi to poważnego deficytu myślenia strategicznego.
Pasywność geopolityczna nie pozwalała dostrzec, przynajmniej niektórym politykom, że relacje transatlantyckie kruszeją, a Zachodnia Europa dąży od dziesięcioleci do „strategicznej autonomii”, przede wszystkim od Stanów Zjednoczonych. Zanim Amerykanie na dobre zaczęli wycofywać się z Europy, jak również geoekonomicznie rywalizować z UE, francuski prezydent Emmanuel Macron informował o „śmierci mózgowej” NATO (w 2019 roku). Miało to skupić wysiłki na rzecz europejskiego bezpieczeństwa wokół Europy Zachodniej, przede wszystkim na kolejnych instrumentach kształtowanych w UE. Odbywało się to kosztem polskiego bezpieczeństwa, bo faktycznie „wypychało” Amerykanów z Europy. Przesuwało to również ciężar geopolityczny całego kontynentu na zachód, do dwóch biegunów usytuowanych w stolicach największych państw członkowskich: Berlina i Paryża. Trzecim biegunem stawała się Bruksela, która absorbowała coraz więcej kompetencji w zakresie bezpieczeństwa i obrony.
Duża część polskich elit nie dostrzegła również tego, że wraz ze zjednoczeniem Niemiec (1990) znacząco zwiększyła się siła tego państwa w geopolityce europejskiej. Unia walutowa wprowadzana w XXI wieku jeszcze bardziej pogłębiła dysproporcję sił między Republiką Federalną Niemiec (RFN) a Francją i jej tradycyjnymi sojusznikami z Europy Południowej. Z kolei poszerzenie Unii Europejskiej na wschód z lat 2004–2007 było silnym wsparciem dla Niemiec, które bardzo szybko uzależniły Europę Środkową ekonomicznie i zdominowały politycznie. Była to mistrzowska realizacja celów geoekonomicznych wobec tego regionu przez RFN. Przekreśliła ona w zasadzie szanse powstania Międzymorza. Tylko niektórzy politycy i eksperci zdali sobie z tego sprawę. Inni byli wręcz z tego powodu zadowoleni. Frontalnie odrzucali koncepcję integracji Europy Środkowej, podobnie jak pasowali w odniesieniu do aktywnej polityki wschodniej. „Polityka jagiellońska” – synonim aktywnej polityki polskiej w Europie Środkowej i Wschodniej – została po raz pierwszy zanegowana przez polskiego ministra spraw zagranicznych bodaj w roku 20097.
W klasycznej myśli geopolitycznej niemal jednocześnie mówi się o dwóch bardzo istotnych aspektach strategicznych: gospodarce i kulturze. Termin geopolityka został wymyślony przez szwedzkiego naukowca Johana Rudolfa Kjelléna pod koniec XIX wieku. Warto przypomnieć, że w tym samym czasie mówił on o geoekonomii i geokulturze8. Definicja geoekonomii zwykle sprowadza się do wykorzystywania instrumentów gospodarczych do celów geopolitycznych, a więc do realizowania strategii w polityce zagranicznej9. Fundamentem dla skutecznej geoekonomii jest… silne państwo10. To ono odpowiada za rozwój krajowej gospodarki, jej potencjału technologicznego, innowacyjnego i produkcyjnego, a następnie za wykorzystywanie tego potencjału gospodarczego w celach geopolitycznych. Dobrobyt państwa, czyli rozwój gospodarczy lub akumulacja kapitału (finansowego, technologicznego, produkcyjnego i ludzkiego) są najważniejszymi źródłami siły państwa w relacjach międzynarodowych. Niektórzy ekonomiści wskazują jako wiodący spośród wszystkich innych czynników – wzrost produktywności, zwłaszcza wtedy, kiedy jest on bardziej dynamiczny niż u konkurentów geopolitycznych. Przekonani o tym byli klasycy zachodniej myśli ekonomicznej na czele z Adamem Smithem, Alexandrem Hamiltonem i Friedrichem Listem11.
Chiński uczony i strateg Zheng Guanying, żyjący mniej więcej w tym samym czasie, co wspomniani wcześniej myśliciele Zachodu, twierdził, że „siły nie da się osiągnąć bez zamożności, a zamożności nie da się zagwarantować bez siły”12. Innymi słowy, to siła geopolityczna jest gwarantem rozwoju gospodarczego, szczególnie w wymianie handlowej z partnerami zagranicznymi. Jednocześnie potencjał gospodarczy daje siłę państwu. Wspomniany myśliciel już w XIX wieku wskazywał na to, że Chiny muszą uzyskać odpowiedni potencjał do prowadzenia wojen handlowych z innymi państwami. Ponadto radził, aby Chiny zdobywały swoją pozycję geopolityczną raczej za pomocą bogactwa i poprzez rosnący eksport, aniżeli siłą. Inny klasyczny myśliciel chiński Sun Yat-sen podkreślał, że kluczem do potęgi geopolitycznej będzie industrializacja i rozwój gospodarczy13. W niniejszej książce będę analizował bliżej rywalizację geoekonomiczną Stanów Zjednoczonych z Chinami, niemniej już teraz warto zwrócić uwagę na fundamenty potęgi geopolitycznej w oczach klasycznych myślicieli zachodnich i chińskich. Jest to siła narodowej gospodarki oraz państwa. Tymczasem po transformacji ustrojowej w Polsce mieliśmy słabe państwo – jak to ujął jeden z polityków: „państwo teoretyczne”14. Z kolei gospodarka była zależna, przynajmniej w opinii badaczy zachodnioeuropejskich15. Większość polskich ekonomistów uważała, że rozwijamy się znakomicie, zwłaszcza po akcesji do UE.
W kontekście badań geoekonomicznych nad Europą Środkową często przywołuje się klasyczną pracę Alberta Hirschmana. Przedstawia on metodykę działania Niemiec w okresie międzywojennym, która zmierzała do uzależnienia gospodarek mniejszych państw Europy Środkowej i Bałkanów, a więc Międzymorza. To, co dla Niemiec było tylko ułamkiem ich wymiany handlowej, dla mniejszych państw było silną zależnością. Miało to niekorzystne konsekwencje gospodarcze, takie jak deficyt handlowy oraz mało opłacalna struktura eksportu surowców lub produktów spożywczych w zamian za import niemieckich towarów przemysłowych. Asymetryczna wymiana gospodarcza prowadziła do zależności geopolitycznej. Takie relacje geoekonomiczne występowały w wypadku partnerów handlowych Rzeszy Niemieckiej nie tylko w Europie Środkowej, ale również – ku niezadowoleniu strategów amerykańskich – w Ameryce Łacińskiej16. Dokładnie te same zjawiska, które Hirschman obserwował w pierwszej połowie XX wieku, inni naukowcy dostrzegali w relacjach Niemiec z Europą Środkową w wieku XXI. Duża część elit politycznych w Polsce odwracała się do tych faktów plecami, bagatelizując płynące z tej zależności konsekwencje geoekonomiczne.
Podobnie jak w sferze geopolitycznej trudno również w ogóle mówić o polskiej strategii geoekonomicznej. Elity polityczne zadowalały się dobrobytem wynikającym z dostępu do rynku wewnętrznego UE, inwestycji zagranicznych i funduszy unijnych pobudzających koniunkturę i rozwój infrastrukturalny. Jednak już własność środków produkcji mało kogo interesowała. Tym mniej ważne były działania mające ukierunkować produkcję w strategicznych kierunkach, istotnych przykładowo dla polskiego bezpieczeństwa, najlepiej w oparciu o krajowe technologie i własność. O próbie wykorzystania narodowej gospodarki do celów geopolitycznych w zasadzie nie było mowy. Tak było w wypadku przemysłu zbrojeniowego, traktowanego przez dłuższy czas po transformacji ustrojowej po macoszemu przez elity polityczne. To samo w dużym stopniu można powiedzieć o przemyśle wydobywczym i systemie energetycznym, także telekomunikacji, bankowości i innych strategicznych sektorach. Były one najczęściej ochoczo prywatyzowane, nie wyłączając rzecz jasna kapitału niemieckiego i rosyjskiego. Były też poddawane regulacjom Unii Europejskiej, które nie tylko forsowały ich prywatyzację, ale niekiedy prowadziły także do poważnego ryzyka dla bezpieczeństwa narodowego. Tak było przy okazji transformacji energetycznej i klimatycznej promowanej przez UE.
Z kolei geokultura jest definiowana jako wykorzystywanie szeroko rozumianych zasobów kulturowych do celów geopolitycznych17. Wspomniany termin ma dwa główne odniesienia. Po pierwsze, jako kulturowa baza dla myśli strategicznej i działań geopolitycznych. W takim ujęciu liczy się wielowiekowa kultura polityczna, tradycja postrzegania stosunków międzynarodowych, historycznych „przyjaciół” i „wrogów” geostrategicznych itd. Choć doświadczenia minionych wieków wyraźnie wskazują na zagrożenia płynące z imperializmu Moskwy i Berlina, to były one po transformacji ustrojowej reinterpretowane przez pryzmat kultury politycznej. Ta zaś przedkładała poszukiwanie patrona w relacjach międzynarodowych, jak również interesy partykularne ponad dobro wspólne. Z niechęcią odnosiła się zarówno do budowy silnego państwa, jak również myślenia strategicznego w kategoriach interesów wspólnoty politycznej. Na to nałożyło się zachłyśnięcie wzorcami i narracjami płynącymi z Zachodu, w tym liberalnym przekonaniem o „końcu historii”, a więc o triumfie demokratycznego świata liberalnego nad geopolityką i jakimikolwiek zagrożeniami. Członkostwo w UE i NATO czyniło nas niejako automatycznie bezpiecznymi i niefrasobliwymi w stosunku do tradycyjnych zagrożeń.
Drugim odniesieniem terminu geokultura jest taktyczne wykorzystywanie instrumentarium kulturowego, w tym środowiska medialnego, debaty intelektualnej i strategicznej, edukacji oraz nauki – do celów geopolitycznych. W założeniu takie narzędzia powinny mobilizować własne społeczeństwo i opinię międzynarodową na rzecz polskich celów strategicznych, a jednocześnie demobilizować i rozbijać narracje zagranicznych oponentów lub wrogów. Polskie elity rzadko kiedy sięgały po narzędzia geokultury w takim ujęciu. Ograniczały się do bardzo zaciętej walki medialnej i wyborczej, skupiając się na doraźnych celach partyjnych, związanych z procesem elekcyjnym. Myśl geopolityczna lub kwestie dotyczące polityki zagranicznej były tutaj wykorzystywane niejednokrotnie do realizacji celów wyborczych, a nie na przykład dla mobilizacji społeczeństwa na rzecz realizacji wielkiej strategii. Tym samym racja stanu i interes państwa podlegały erozji w wyniku silnych emocji i polaryzacji polityki wyborczej. Krajowe elity były też bezbronne wobec zewnętrznych ataków geokulturowych, a więc agresywnej narracji, która miała deprecjonować polskie władze i tym samym osłabić możliwości realizowania działań w polityce zagranicznej. Przykładem takiej sytuacji były zarzuty dotyczące łamania przez polski rząd praworządności i tzw. wartości europejskich, które wysuwały instytucje unijne przy wsparciu państw członkowskich z Europy Zachodniej (w latach 2016–2023)18. Niezależnie od meritum sprawy prowadziło to do obniżenia rangi i możliwości oddziaływania przez polskich dyplomatów na partnerów zagranicznych. Warto zwrócić uwagę na to, że wspomnianą narrację stygmatyzującą polskie władze poparła wówczas krajowa opozycja, a nawet domagała się wprowadzenia sankcji unijnych na Rzeczpospolitą. Tak jak wspomniałem, było to działanie osłabiające możliwości prowadzenia skutecznej polityki polskiego państwa na arenie międzynarodowej, choć było zgodne z kulturą polityczną Polaków przynajmniej od końca XVIII wieku.
Te wszystkie trzy perspektywy naukowe, czyli geopolityka, geoekonomia i geokultura, dają w moim przekonaniu narzędzia do analizy polskiej strategii wobec Międzymorza. Potwierdzają potrzebę realizacji tej koncepcji w praktyce, jak również ukazują największe bariery dla jej wprowadzania w życie. Do najważniejszych należy słabość państwa, brak wielkiej strategii i dysfunkcje kultury politycznej. Być może moje przemyślenia staną się inspiracją dla przełamywania trudności i dalszej operacjonalizacji polskiej strategii w wymiarze geopolitycznym, geoekonomicznym i geokulturowym.
Kto panuje w Europie Środkowo-Wschodniej, rządzi Heartlandem,Kto panuje w Heartlandzie, rządzi Eurazją,Kto panuje Eurazją, rządzi światem.
Halford J. Mackinder19
Największym osiągnięciem jest pokonanie wroga bez podejmowania bitwy.
Sun Zi20
Wszystkim rządzi niedająca się przewidzieć przyszłość.
Tukidydes21
Robert Gilpin22 – wybitny politolog amerykański – uważa, że system międzynarodowy odzwierciedla leżący u jego podstaw rozkład sił (ang. power) państw. Z czasem, niejako nieuchronnie, ten rozkład sił ulega zmianom. Jedne państwa słabną i biednieją, a inne stają się bogatsze i potężniejsze. To prowadzi do konfliktów i pęknięć w systemie, także na płaszczyźnie wartości i idei. Zwieńczeniem tego procesu jest wojna hegemoniczna, a więc prowadzona o prymat między największymi rywalami. Po jej zakończeniu powstaje nowy system, znacznie bardziej stabilny, bo odpowiadający nowemu rozkładowi sił. Nowy hegemon lub grupa państw zwycięskich w tym konflikcie określa warunki funkcjonowania systemu międzynarodowego, czyli jego instytucje, normy prawne oraz wiodące idee legitymizacyjne, a więc takie, które czynią nowy porządek prawomocnym.
Stabilność systemu międzynarodowego opiera się zatem na sile dominującego mocarstwa lub grupy mocarstw, które dążą do równowagi sił (wzajemnej równowagi między największymi państwami), co niekiedy jest określane jako „koncert mocarstw”. Dlatego większość naukowców za stabilny uważa ład hegemoniczny lub porządek opierający się na równowadze sił. Co więcej, tak ustanowiony porządek międzynarodowy generuje idee i wartości, mające legitymizować system, a więc przyczyniać się do jego jeszcze większej stabilności. Jednak podstawą trwałości danego porządku jest siła i zrównoważenie systemu, a sfera ideologii jest tego pochodną, zgodnie z maksymą, że „historię piszą zwycięzcy”.
W XXI wieku system międzynarodowy stał się wyjątkowo niestabilny. Przede wszystkim dlatego, że osłabł dotychczasowy hegemon, czyli Stany Zjednoczone Ameryki (USA). Niektórzy specjaliści nawet wątpią, czy Waszyngton utrzymuje jeszcze prymat, a więc sprawczość w porządku międzynarodowym23. Dowodem na to jest wycofywanie się USA z Europy i delegowanie bezpieczeństwa na samych Europejczyków, co jest określane jako przechodzenie do strategii offshore balancing24. Wynika to ze słabnącego potencjału USA, które nie są już w stanie angażować się na większą skalę jednocześnie w Europie, Azji i na półkuli zachodniej. Innym przykładem są najpierw trudności powstrzymania agresywnych działań Moskwy na Ukrainie, a następnie kłopoty doprowadzenia obu stron konfliktu do zakończenia wojny. To już nie tylko dowód słabości, ale wręcz utraty prymatu. Moskwa nie została ukarana, a nawet powstrzymana, choć naruszyła system bezpieczeństwa w Europie w największym stopniu od czasu zakończenia II wojny światowej. Na to wszystko nałożyła się destruktywna polityka Donalda Trumpa, który w niedługim czasie po objęciu władzy w 2025 roku podważył system międzynarodowy i jego wartości, które były budowane przez samych Amerykanów, poczynając od lat czterdziestych XX wieku. Dodatkowym elementem słabnięcia dotąd dominujących państw zachodnich są strukturalne problemy UE oraz coraz liczniejsze pęknięcia między sojusznikami po obu stronach Oceanu Atlantyckiego.
Słabość Zachodu postanowiła wykorzystać Moskwa, atakując Ukrainę. Okazało się, że Rosja nie poniosła tam sromotnej klęski, ale prowadziła – choć z trudem – ekspansję terytorialną, unikając zachodnich sankcji i rozbudowując potencjał militarny nawet do większych rozmiarów niż przed rokiem 2022. W ten sposób nie została pokonana, a wręcz przeciwnie, zagraża coraz bardziej UE i NATO. Zamrożenie wojny na Ukrainie, nie mówiąc o trwałym pokoju, jest faktycznie możliwe tylko na warunkach Moskwy, co w zasadzie potwierdził w swej polityce Donald Trump25. Oczekiwał on bowiem ustępstw przede wszystkim od Kijowa. Trudno o większy dowód zaniku amerykańskiego prymatu. Bezpośrednim tego skutkiem jest radykalne pogorszenie bezpieczeństwa UE. Dowodzi to znaczącej nierównowagi systemu regionalnego w Europie, a więc jest przykładem niestabilności ładu międzynarodowego.
Jednak znacznie większym wyzwaniem dla amerykańskiej dominacji w skali globalnej, a więc już nie tylko tej regionalnej, czyli europejskiej, są Chiny. Stany Zjednoczone mają w dalszym ciągu PKB w ujęciu nominalnym znacząco większe od Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL) (31 bln dol. w stosunku do 19,4 bln dol. w roku 2025) i wyższą kapitalizację rynku finansowego (95 bln dol. do 65 bln dol.). Niemniej Pekin stopniowo zwiększa potęgę gospodarczą, a pod pewnymi względami nawet przewyższa Waszyngton. Najbardziej o tym świadczy akumulacja kapitału. Chińska Republika Ludowa dzięki zgromadzonym zasobom finansowym (3,2 tryliona dolarów w 2025 r. i przy zadłużeniu zewnętrznym w wysokości 2,4 tryliona dolarów pod koniec 2024 r.)26 stała się faktycznie centrum nowego porządku geoekonomicznego na świecie, czyli nowej wersji globalizacji. Ma to swoje konsekwencje geopolityczne i właśnie dlatego Pekin stanowi największe wyzwanie dla słabnącego prymatu USA. Dodajmy, że pod koniec 2025 roku Stany Zjednoczone odnotowały dług w wysokości aż 38,5 tryliona dolarów przy rezerwach walutowych wynoszących zaledwie 35,2 miliarda dolarów27. Właśnie dlatego podmywanie przez Trumpa roli dolara jako głównej waluty w obrocie międzynarodowym jest dla Waszyngtonu śmiertelnie niebezpieczne. Oprócz tego Chiny mają znacznie bardziej rozwiniętą od USA bazę przemysłową, dorównują Amerykanom technologicznie (a w niektórych dziedzinach mają nawet przewagę), mają też znacznie większą odporność od USA na wypadek wojny handlowej. A nawet w wypadku takiej wojny ze Stanami Zjednoczonymi - mają przewagi i zależności, które mogą doprowadzić Amerykanów do poważnych kłopotów. Wypada wspomnieć tutaj o kontroli łańcuchów dostaw, strategicznych surowców i produkcji wielu dóbr przemysłowych niezbędnych dla amerykańskiego konsumenta, a nawet zamówień rządowych.
Z tych wszystkich względów Trump przegrał pierwsze duże starcie geoekonomiczne z Pekinem na początku swojej drugiej kadencji w 2025 roku. W kwietniu ogłosił „dzień wyzwolenia Ameryki”, czyli nałożył w skali masowej cła na partnerów gospodarczych, w tym wielu sojuszników. Wkrótce musiał jednak wycofać się z tej decyzji, czyli radykalnie obniżyć karne cła oraz wprowadzić mnóstwo wyjątków od własnych sankcji28. Zmusiła go do tego reakcja rynków finansowych, możliwość masowego wycofywania się inwestorów z inwestycji dolarowych, a tym samym widmo gigantycznych problemów budżetowych i gospodarczych w USA. Skłonili go do tego przedstawiciele firm amerykańskich, na czele z Elonem Muskiem, który prowadzi rozległe biznesy w Chinach. Później decyzję Trumpa zakwestionował Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych. „Mleko zostało jednak rozlane”, czyli wiele wskazuje na to, że rozpoczął się odwrót od waluty amerykańskiej jako głównej waluty w obiegu międzynarodowym. To wszystko dobitnie świadczy o strukturalnej słabości USA, powiększonej jeszcze przez samego Donalda Trumpa.
Jeśli te wszystkie tendencje się utrzymają, to Chiny staną się na trwałe centrum światowego ładu ekonomicznego, czyli nowej globalizacji. Stara jej wersja zaś, znana jako globalizacja amerykańska, przejdzie zapewne do historii. Zniszczyć ją może do końca nie kto inny, jak czterdziesty siódmy prezydent USA. Zapewne Stany Zjednoczone będą prowadziły w dalszym ciągu politykę ograniczeń nakładanych na ChRL, co będzie odbierane w Pekinie jako przejaw wrogości. Jednak kontynuowanie dotychczasowej strategii przez Donalda Trumpa w ramach jego wojny handlowej – nie prowadzi najwyraźniej do spektakularnego zwycięstwa. Raczej do poważnych trudności dla gospodarki amerykańskiej oraz kryzysu systemu gospodarczego w skali światowej.
To rzecz jasna zwiększa asymetrię całego systemu w skali globalnej na korzyść Pekinu. Jest też źródłem niestabilności dotychczasowego ładu zdominowanego przez USA (i ich interesy geopolityczne oraz gospodarcze). Dodatkowo erozję tego amerykańskiego systemu międzynarodowego pogłębia delegitymizacja wartości i idei liberalnych, do tej pory promowanych przez Zachód. Są one otwarcie kontestowane przez głównych rywali amerykańskiego przywództwa, czyli przez Moskwę i Pekin, przynajmniej w sferze wartości politycznych i promowania demokracji jako uniwersalnego ustroju politycznego. Wspomniane wartości, zwłaszcza w ich wydaniu progresywno-liberalnym, są też kwestionowane w centrum geopolitycznym, czyli przez samego Donalda Trumpa, jak również w Unii Europejskiej. To pokazuje skalę destabilizacji porządku międzynarodowego ustanowionego po II wojnie światowej i – wydawać by się mogło – wzmocnionego po zakończeniu zimnej wojny. Według Francisa Fukuyamy, miał to być „koniec historii”29, czyli triumf ładu liberalnego zdominowanego przez USA. Tymczasem okazał się wstępem do radykalnej destabilizacji, która już teraz jest związana z największym od czasów II wojny światowej konfliktem w Europie. Jest to zapowiedź eskalacji napięć w systemie międzynarodowym, łącznie z perspektywą wojny hegemonicznej.
Należy zgodzić się z Henrym Kissingerem30, że obecnie nie mamy do czynienia z porządkiem wielobiegunowym, ale z systemem głęboko niezrównoważonym i niestabilnym. Niewielkie są też szanse na to, że ład światowy wróci do równowagi w oparciu o wielobiegunowość, czego oczekuje UE, a przynajmniej duża część elit w Europie Zachodniej.
Podstawowym wyzwaniem w skali globalnej jest rosnąca nierównowaga między USA i Chinami. Pekin staje się w coraz większym stopniu centrum światowej wymiany gospodarczej, czyli globalizacji, a taktyka wojen handlowych toczona przez USA od pierwszej prezydentury Trumpa, czyli od 2018 roku, a następnie kontynuowana przez Joe Bidena, zasadniczo się nie powiodła. Nie zatrzymała bowiem wzrostu centralnej roli Chin w systemie gospodarczym, określanym jako globalizacja. Nie powiodła się również próba decouplingu, czyli odcięcia Chin od zachodnich rynków zbytu, technologii i kapitału. Pekin nauczył się radzić sobie z tego typu wrogimi działaniami. Przede wszystkim pobudził popyt wewnętrzny, rozwinął jeszcze bardziej rynki zbytu w państwach spoza szeroko definiowanego Zachodu, silniej zaczął kontrolować łańcuchy produkcji i uzależnił państwa zachodnie od wielu surowców, towarów lub choćby podzespołów. Rozwinął też własne zdolności technologiczne i innowacyjne. Zgromadził potężne zasoby kapitałowe oraz zwiększył możliwości pozyskiwania kapitału zewnętrznego, m.in. poprzez stopniowe umiędzynarodowienie renminbi. Co istotne, potrafił skutecznie omijać sankcje amerykańskie, w tym utrzymując dostęp do amerykańskiego rynku zbytu poprzez intensywną kooperację z Kanadą i Meksykiem.
Zgodnie z długofalową strategią Chiny dążą do wypchnięcia USA z własnego regionu. Nie akceptują tego, że amerykańska flota kontroluje główne szlaki komunikacyjne, zwłaszcza u wybrzeży chińskich. Gospodarka ChRL opiera się w dużym stopniu na handlu, nawet bardziej od gospodarki amerykańskiej (konsumpcja wewnętrzna w USA stanowi prawie 70 proc. gospodarki, podczas gdy w Chinach około 39 proc. w 2025 r.). Ponadto wolumen chińskiego eksportu jest wyższy od amerykańskiego (3,6 bln dol. w stosunku do 3,2 bln dol. w roku 2025). Trudno zatem się dziwić, że kontrola szlaków handlowych jest dla Pekinu sprawą wielkiej wagi. Co więcej, ChRL szykuje się do dominacji w skali globalnej – nie tylko gospodarczej, co już w dużym stopniu ma miejsce obecnie, ale także geopolitycznej. Jest to zgodne z chińską sentencją, że „skoro nie może być dwóch słońc na niebie, tak nie może być dwóch równorzędnych cesarzy”. Tradycja chińska to rządy Pekinu „nad wszystkim, co jest pod niebem”. Jest to wizja porządku hierarchicznego z centrum w Chinach, czyli Państwie Środka. Inne podmioty, nawet mocarstwa, mają w tej wizji ładu międzynarodowego pozycję podrzędną, co faktycznie zakłada chińską dominację zarówno regionalną, jak i światową.
Trudno uznać, aby elity amerykańskie były gotowe oddać prymat Chińczykom i dobrowolnie przesunąć się na pozycję drugorzędną. Przede wszystkim, z psychologicznego punktu widzenia, trudno będzie im się pogodzić z utratą prymatu, a więc pozycji hegemonicznej w systemie międzynarodowym. Piastowali ją wszakże przynajmniej przez ostatnie 70 lat. Amerykanie są przyzwyczajeni do przywództwa, do misyjnej roli krzewiącej idee i wartości w skali światowej, do prymatu dolara i siły amerykańskich rynków finansowych. Zgodnie z własną kulturą polityczną często sięgają po instrumenty militarne w celu przywrócenia równowagi systemowej albo przynajmniej potwierdzenia własnej hegemonii.
Ameryka coraz wyraźniej traci dominację w sferze gospodarczej. Trudno jej będzie utrzymać kontrolę polityczną nad potężnymi, lecz skłonnymi do destabilizacji, rynkami finansowymi. Będzie też zapewne traciła uprzywilejowaną rolę dolara w gospodarce światowej, co tylko przypieczętuje utratę centralnej roli w ramach globalizacji. Ameryce pozostaną nadal potężne instrumenty wojskowe. Budżet militarny Waszyngtonu w roku 2025 wyniósł 850 mld dol., w porównaniu do 250 mld dol. ChRL. Jednak czy Stany Zjednoczone będą skłonne do bezpośredniej konfrontacji militarnej z Chinami, aby odwrócić negatywne dla USA procesy zmian w ładzie międzynarodowym? Czy zaryzykują wojnę, a tym samym wpadną w „pułapkę Tukidydesa”31? Nazwa tego zjawiska wywodzi się z czasów wojny peloponeskiej (431–404 p.n.e.), kiedy w wyniku obaw przed rosnącą siłą Aten – Sparta rozpoczęła długoletni konflikt militarny. „Otóż za najistotniejszy powód [wojny], chociaż przemilczany, uważam wzrost potęgi ateńskiej i strach, jaki to wzbudziło u Lacedemończyków”32.
Podsumowując, centrum globalnej gospodarki przesuwa się do Chin, a dotychczasowa strategia powstrzymania tego procesu przez USA zasadniczo się nie powiodła. Zamiast tego działania Trumpa nawet przyspieszyły to zjawisko. Powinniśmy spodziewać się więc wstrząsów gospodarczych, bo nie sądzę, aby Ameryka porzuciła rywalizację geoekonomiczną. Z kolei prymat Waszyngtonu w sferze geopolitycznej został podważony przede wszystkim przez Władimira Putina. Wiele wskazuje na to, że Trumpowi będzie trudno zakończyć ten konflikt, a jeśli już, to zapewne na warunkach Putina i w sposób tymczasowy. Dlatego należy się spodziewać, że Amerykanie będą chcieli udowodnić światu, iż jednak zachowali sprawczość geopolityczną. Dowodem na to były rozliczne działania Trumpa podejmowane na półkuli zachodniej oraz na Bliskim Wschodzie.
Dla stabilizacji systemu międzynarodowego kluczowe znaczenie ma rozstrzygnięcie napięć na linii Waszyngton–Pekin. Bez tego próżno szukać zrównoważenia ładu światowego. Rozwiązaniem narastających napięć jest dobrowolne zrzeczenie się prymatu przez Amerykanów albo konfrontacja z ChRL, nie wyłączając rozwiązań militarnych. Potencjalnie trzecim scenariuszem jest zamrożenie konfliktu, tak jak to miało miejsce w czasach zimnej wojny i przeniesienie rywalizacji na tzw. wojny zastępcze (ang. proxy war). Do czasu rozstrzygnięcia tego głównego sporu geopolitycznego należy spodziewać się narastającego chaosu w systemie międzynarodowym. Przejawem tego będą m.in. wojny regionalne. W interesie Chin będzie bowiem podważanie sprawczości amerykańskiej, jak również angażowanie potencjału USA w konflikty w różnych miejscach globu, traktowanych właśnie jako wojny zastępcze, a więc bez bezpośredniej konfrontacji między Pekinem a Waszyngtonem. Jest to strategia na wyczerpanie rywala i jego sojuszników, przykładowo w Europie. Jednocześnie gra na czas, która jest korzystna przede wszystkim dla rosnącego w siłę i międzynarodowe wpływy Pekinu. Przedłużająca się wojna na Ukrainie jest więc zgodna z interesami Chin. Dlatego Moskwa była wspierana przez ChRL i jej sojuszników. Demonstrowanie bezsilności lub słabości wiodącego dotąd mocarstwa, jego wiarołomności wobec sojuszników, tak jak ma to miejsce w wypadku Ukrainy lub wschodniej flanki NATO – ma na celu zasianie wątpliwości wobec wiarygodności i sprawczości USA. Dlatego Pekin wykorzystywał działania Trumpa (podważające globalizację, wycofanie z Europy oraz jego szorstkie relacje z sojusznikami) do krytykowania Waszyngtonu. Oskarżał USA o destabilizację ładu międzynarodowego. Próbował również przeciągnąć na swoją stronę dotychczasowych amerykańskich partnerów i sojuszników. Wchodził coraz głębiej w strefę wpływów USA, przede wszystkim w Ameryce Łacińskiej, ale również w Europie.
Scenariusz eskalacji wojen regionalnych dotyczy wielu obszarów globu, poczynając od Europy, przez Bliski Wschód, Półwysep Koreański, Azję Południową itd. Wojny te będą narastały lub traciły impet, ale będą przejawem utrzymującej się niestabilności systemu międzynarodowego. Regionalne potęgi poszukują w takiej sytuacji możliwości poszerzenia własnej strefy wpływów – bo jest po temu okazja. Dotyczy to nie tylko Rosji, ale również Izraela, Iranu, Turcji, Korei Południowej itd. Nie ma wszakże „globalnego policjanta”. Co więcej, najwięksi gracze są zajęci rywalizacją o prymat w skali światowej. Dlatego rozstrzygnięcie tego głównego sporu między USA a ChRL przyniesie zapewne uspokojenie konfliktów regionalnych, w tym również tego w Europie.
Elity rosyjskie mają swoje cele imperialne, które pragną realizować, korzystając ze słabości Zachodu. Póki co, jak wspomniałem, takie działania są w interesie Chin. Dlatego wspierają one Moskwę, dostarczając jej surowce i komponenty niezbędne do produkcji uzbrojenia. Pozwalają też na zaciąg chińskiego rekruta, a także na obecność koreańskich żołnierzy na linii frontu. Chińscy sojusznicy, tacy jak Iran czy Korea Północna, od dawna intensywnie wspierają wysiłek wojenny Moskwy. Jak się wydaje, Pekin ma znacznie większe możliwości od USA wpływania na zachowanie Rosji w tym konflikcie, a tym samym na wymuszenie jego zakończenia. Może wykorzystać te wpływy, a więc dążyć do uspokojenia sytuacji w Europie, kiedy nie będzie już musiał prowadzić systemowej rywalizacji z USA i jego sojusznikami, albo wówczas, kiedy przewagi uzyskiwane przez Moskwę w Europie nie będą zgodne z interesami Chin.
Na zakończenie tej części analizy należy zająć się Europą. Wspólnoty Europejskie, a następnie Unia Europejska były owocem prymatu USA po II wojnie światowej. Przede wszystkim dzięki wsparciu Waszyngtonu dla powojennej odbudowy Starego Kontynentu oraz jego integracji polityczno-gospodarczej. Europa mogła się integrować dzięki amerykańskiemu parasolowi nuklearnemu, a więc stabilizowaniu sytuacji w zakresie bezpieczeństwa przez Waszyngton. Dlatego wycofanie się USA z Europy – zgodnie ze strategią offshore balancing – jest wielkim uszczerbkiem dla stabilności systemu bezpieczeństwa na Starym Kontynencie. Dążenie do autonomii strategicznej przez Zachodnią Europę jest w tej sytuacji próbą ratowania nie tylko własnego bezpieczeństwa, ale również integracji politycznej, która może lec w gruzach w sytuacji destabilizacji geopolitycznej. Próba ratowania projektu integracyjnego w Europie może jednak być trudna.
System kontynentalnej stabilizacji geopolitycznej był osiągany od XVII wieku w oparciu o trzy czynniki. Po pierwsze, w odniesieniu do zasad pokoju westfalskiego (1648), czyli poszanowania suwerenności państwowej oraz nieingerowania w wewnętrzne sprawy polityczne, zwłaszcza kwestie ideologiczne. Po drugie, praktyka stosowania systemu westfalskiego w wieku XVII, a następnie stabilizacji systemu po kongresie wiedeńskim (1814–1815) – opierała się na równowadze sił między największymi państwami, co niekiedy jest określane jako „koncert mocarstw”. Po trzecie, poczynając od wieku XVIII ważnym elementem stabilizacji systemu była dominacja zewnętrznego hegemona w systemie kontynentalnym, najpierw Zjednoczonego Królestwa, a następnie USA. W wieku XXI wszystkie te trzy zasady porządku europejskiego zostały poważnie naruszone33.
Przede wszystkim słabnie prymat globalny Stanów Zjednoczonych, a jednocześnie wspomniane mocarstwo wycofuje się ze spraw europejskich. Już to musi zachwiać systemem geopolitycznym na Starym Kontynencie. Jakby tego było mało, po ataku Moskwy na Ukrainę doszło do zaburzenia równowagi strategicznej w Europie. Nie ma również zachowanej równowagi sił wewnątrz samej Unii Europejskiej. Dominują tu Niemcy, które przestały być równoważone przez Francję i jej sojuszników z południowej Europy. Europa Środkowa stawała się coraz bardziej zależna od Niemiec, przede wszystkim w wymiarze ekonomicznym, ale po roku 2023 coraz częściej też politycznym. Ponadto, unia walutowa wprowadzona w Europie z początkiem XXI wieku pogłębiła dysproporcje między Niemcami (oraz państwami „bogatej Północy”, do której zaliczano m.in. Niderlandy) a Francją i jej tradycyjnymi sojusznikami z Europy Południowej. To zwiększało potęgę Berlina i zaburzało równowagę sił wewnątrz UE.
Dodatkowo, Unia Europejska odchodziła od zasad westfalskich. Były one dotąd nie tylko warunkiem stabilności systemowej na Starym Kontynencie, ale z czasem stały się głównymi wartościami legitymizującymi relacje międzynarodowe w skali globalnej. Tymczasem Unia odrzuciła westfalską koncepcję respektowania suwerenności państw członkowskich, jak również ingerowała w wewnętrzną politykę w tych państwach. Najbardziej jaskrawym przejawem złamania zasad westfalskich jest odgórne narzucanie przez Brukselę ideologii unijnej, łącznie z tzw. wartościami europejskimi, bez poszanowania narodowej kultury politycznej i lokalnej demokracji34. Dlatego działania Brukseli, wspierane w dużym stopniu przez elity francuskie i niemieckie, są krytykowane i kontestowane. Tak się dzieje w szczególności w państwach Europy Środkowej, które stosunkowo niedawno odzyskały suwerenność, czyli wyzwoliły się spod kolonialnej zwierzchności Moskwy. Dlatego są one wyjątkowo silnie przywiązane do zasad westfalskich.
Jakby tego było mało następował jeszcze jeden ważny proces destabilizacji ładu międzynarodowego. Europa Zachodnia przestawała pełnić funkcję centrum procesów gospodarczych. Stawała się coraz bardziej rynkiem zbytu i obszarem peryferyjnym w ramach globalizacji skoncentrowanej w nowym światowym rdzeniu, czyli w Chinach. Wyrazem tej tendencji była zmniejszająca się konkurencyjność gospodarcza UE, jej malejąca innowacyjność i słabnący przemysł35. Coraz większa była też nadwyżka handlowa Chin w wymianie z UE. Zgodnie z danymi Eurostatu, w roku 2024 wyniosła ona 304,5 mld euro36. Unia Europejska stawała się w coraz większym stopniu zależna od importu towarów i surowców chińskich oraz od inwestycji pochodzących z ChRL. Wzmacniało to globalną potęgę Pekinu, a jednocześnie deklasowało Europę Zachodnią. Tym samym dodatkowo zaburzało równowagę sił w Europie.
Europa Zachodnia pełni w dalszym ciągu funkcję centralną wobec wewnątrzunijnych peryferii, takich jak Europa Środkowa. Jednocześnie sama Europa Zachodnia ulega degradacji do roli peryferii względem nowego centrum, przesuwającego się coraz wyraźniej w stronę Azji. Ta dwoistość funkcji jest w teorii stosunków międzynarodowych określana mianem półperyferii37. W nawiązaniu do cytowanej już książki Alberta Hirschmana38, można skonstatować, że Europa Środkowa jest zależna geoekonomicznie od Niemiec, Niemcy zaś są coraz bardziej zależni geoekonomicznie od Chin.
Rzecz jasna Europa Zachodnia starała się bronić przed deklasacją, a jednocześnie silniej kontrolować i dyscyplinować własne peryferie z Europy Środkowej oraz Południowej. Dlatego elity zachodnioeuropejskie podejmowały próby konsolidacji władzy w UE. Dążyły do wzmocnienia centralizacji zarządzania oraz usprawnienia procesów decyzyjnych w Unii, które jednocześnie miały uprzywilejowywać największe państwa członkowskie, na czele z Niemcami i Francją. Konsolidację władzy uzupełnia próba wzmocnienia akumulacji kapitału w Europie Zachodniej – w dużej mierze kosztem obszarów peryferyjnych, ich interesów ekonomicznych oraz bezpieczeństwa. To zapowiada możliwość wystąpienia silnych napięć wewnętrznych w UE, łącznie z pojawieniem się tendencji dezintegracyjnych. Stawia to unijne „reformy” pod wielkim znakiem zapytania.
Trudno się dziwić państwom, mającym status wewnętrznych peryferii unijnych, że będą protestowały wobec niekorzystnych dla nich zmian traktatowych w UE. Jednocześnie elity Europy Zachodniej starają się skupić władzę w ramach unijnego centrum, aby ratować własną pozycję w systemie międzynarodowym. Zamiast jednak rozwiązywać najważniejsze dysfunkcje systemu gospodarczego, odpowiadające m.in. za słabnącą konkurencyjność UE na arenie międzynarodowej – próbują poprawić sytuację centrum w dużym stopniu na koszt peryferii. Nic na to nie wskazuje, aby mogły skutecznie rozwiązać problemy europejskiego bezpieczeństwa po wycofaniu się USA ze Starego Kontynentu. To postawi wschodnie peryferie unijne w szczególnie trudnym położeniu. Bez wystarczającego wsparcia ze strony unijnego centrum w zakresie geopolitycznym, za to przy zwiększającej się kontroli sprawowanej przez to centrum oraz przy wzrastających kosztach wynikających z integracji europejskiej.
Analizując destabilizację ładu międzynarodowego, warto przypomnieć o dwóch głównych nurtach teoretycznych w stosunkach międzynarodowych – realizmie i szkole liberalnej39. Ten pierwszy kładzie nacisk na anarchię w relacjach międzynarodowych, co oznacza, że mocarstwa dążą do realizacji własnych interesów, nie bacząc na prawo i zasady. Dla szkoły liberalnej instytucje, prawo i organizacje międzynarodowe są głównymi stabilizatorami ładu międzynarodowego i to one, jak również dominujące wartości polityczne, ograniczają anarchiczność stosunków międzynarodowych. W trzeciej dekadzie XXI wieku coraz bardziej było widać, że do głosu dochodziła „naga siła” w relacjach międzynarodowych, a mocarstwa coraz mniej przejmowały się prawem i instytucjami. Przypomina to sytuację opisaną przez Halforda Mackindera z okresu międzywojennego, kiedy „żaden świstek papieru”, czyli prawo międzynarodowe, traktaty lub nawet Liga Narodów – nie mogły zapobiec wybuchowi kolejnej wojny światowej40. Także obecnie, tak jak to było w wypadku Ligi Narodów – organizacje międzynarodowe, w tym Unia Europejska, chwieją się w posadach, a liberalne wartości przestają być wspierane nawet przez niektóre państwa Zachodu, na czele ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki pod rządami Donalda Trumpa. Liberalna koncepcja, że współzależność gospodarcza może być źródłem stabilizacji międzynarodowej, zawiodła w dobie toczonych wojen handlowych oraz wykorzystywania geoekonomii do kształtowania zależności gospodarczej i wywierania presji geopolitycznej.
W ten sposób destabilizacja geopolityczna powoduje, że zyskuje realistyczna anarchia, a założenia szkoły liberalnej będą traciły na znaczeniu, przynajmniej w perspektywie kilkunastu kolejnych lat. Dopóki nie odbuduje się nowy porządek geopolityczny na świecie. Innymi słowy, najpierw musi ustabilizować się ład międzynarodowy, a dopiero później będą odbudowywane lub tworzone na nowo organizacje, instytucje i prawo między narodami. Dla podejścia realistycznego nie jest to nic nowego ani zaskakującego. Zasadniczo teoretycy tego nurtu uznają, że anarchiczność stosunków międzynarodowych jest cechą permanentną, a nie tylko towarzyszącą zmianie ładu światowego. Tak na przykład myślał Nicholas John Spykman, który dodawał, że państwa nieustannie walczą ze sobą o władzę, czyniąc to na różne sposoby, nie tylko wojskowe. Rywalizacja toczy się też na polu gospodarczym, propagandowym lub ideologicznym41.
O powrocie do łask geopolityki najlepiej świadczą dwa amerykańskie dokumenty strategiczne analizowane w tym rozdziale. Dlatego warto odwołać się do klasycznej myśli geopolitycznej, która – tak jak szkoła realistyczna – zyskuje, jak widać, na znaczeniu. Pisząc „klasyczna” powinienem odnieść się najpierw do Tukidydesa, który dwadzieścia pięć wieków temu wprowadził podział na potęgi morskie i lądowe. Przegrana Aten w wojnie peloponeskiej wynikała z nadmiernego imperializmu – dziś powiedzielibyśmy imperialnego rozciągnięcia (ang. imperial overstretch), czyli nieudanej próby podbicia Sycylii. Inną przyczyną było wyjście potęgi lądowej na morza, a więc rozwinięcie przez Spartę i jej sojuszników potencjału morskiego. Te dwa czynniki mają fundamentalne znaczenie dla oceny sytuacji geostrategicznej w XXI wieku. USA borykają się z problemem zbyt wielkiego rozciągnięcia sił w stosunku do własnych możliwości, Chiny zaś z mocarstwa lądowego stają się potęgą morską. Dodać można, że kolejnym czynnikiem upadku Aten był sojusz zawarty przez Lacedemończyków z nie tak dawnym wrogiem Hellenów, czyli z Persją. Ateńczycy również zabiegali o względy króla Dariusza i jego pieniądze oraz okręty. Przypomina to nieco próby Trumpa złamania współpracy chińsko-rosyjskiej i przeciągnięcia Moskwy na własną stronę. Pokazuje też, że w chwili destabilizacji geopolitycznej oraz przedłużającej się rywalizacji nie ma sentymentów, ani kierowania się historycznymi urazami, wartościami, wspólnotą cywilizacyjną itp. Dla zbliżenia z Persją Ateny były w stanie nawet zrezygnować z demokracji i promować ustrój oligarchiczny u siebie i sojuszników.
Choć na kartach tej książki będę jeszcze odwoływał się do spostrzeżeń Tukidydesa, to myśląc o klasykach geopolityki, sięgam po dzieła naukowców głównie z pierwszej połowy XX wieku. Po pierwsze, przywołuję Halforda Johna Mackindera (1861–1947) i jego koncepcję Heartlandu, czyli (w pewnym uproszczeniu) centralnej część Eurazji42. Ten oxfordzki uczony uważał, że dominacja nad tym obszarem zapewnia władzę nad całym światem, a więc hegemonię. W szczególności stanowi zagrożenie dla mocarstw morskich. Zasoby Heartlandu umożliwiają bowiem potędze lądowej zbudowanie silnej floty, która stanie się niezbędna dla dalszej ekspansji geoekonomicznej tej potęgi. Takie mocarstwo naturalnie dąży „do ekspansji na peryferyjne ziemie Eurazji, co pozwoli mu wykorzystać ogromne zasoby kontynentalne do budowy floty, a wówczas pojawi się na horyzoncie imperium światowe”43. Jak z tego wynika, perspektywa brytyjskiego naukowca była bezpośrednio związana z interesami jego ojczyzny. Później jego rozważania zostały zaadaptowane przez strategów amerykańskich, a więc przedstawicieli innego mocarstwa dominującego na morskich szlakach komunikacyjnych. Omawiana koncepcja wskazuje na potrzebę powstrzymywania potęg kontynentalnych (czyli lądowych) dążących do dominacji. W czasach Mackindera dotyczyło to przede wszystkim Niemiec, a następnie Rosji (wówczas Związku Sowieckiego).
Sposobem osiągania równowagi było ograniczanie imperialnych zapędów tych dwóch potęg. Mackinder proponował m.in., aby zbudować silny bufor w Europie Środkowo-Wschodniej. Miał to być „pas prawdziwie niepodległych państw pomiędzy Niemcami a Rosją”, ściśle ze sobą współpracujących i jednocześnie wspieranych przez zewnętrzne potęgi morskie44 (dawniej była to głównie Wielka Brytania, obecnie USA). Koncepcja utworzenia federacji wolnych państw w Międzymorzu została nieco wcześniej sformułowana przez Józefa Piłsudskiego45. W 2015 roku przybrała nawet kształt instytucjonalny, jako Inicjatywa Trójmorza. Ta dalekosiężna myśl strategiczna mogła być odpowiedzią na imperializm niemiecki (przyczyna I i II wojny światowej) oraz później na imperializm Moskwy (przyczyna zimnej wojny, a następnie agresji Federacji Rosyjskiej na Gruzję w 2008 r. i Ukrainę w 2014 r.). Mackinder dodawał, że bez buforu między Niemcami i Rosją nie będzie trwałej stabilizacji w Europie. „Każda linia okopów pomiędzy niemieckimi potęgami a Rosją (…) pozostawiłaby Niemca i Słowianina w nieustannej rywalizacji”46. Następnie dodawał, że naturalną tendencją ekspansji geopolitycznej Berlina jest kierunek wschodni, podczas gdy Moskwy zachodni47. Obie potęgi imperialne rywalizują bowiem o Europę Środkową i Wschodnią, a tym samym o dominację w Eurazji.
Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że strategia wschodnia Niemiec przynajmniej od początku XX wieku dążyła do osiągnięcia dwóch jednoczesnych celów. Z jednej strony chodziło o budowanie Mitteleuropy, a więc dominacji politycznej, regulacyjnej, ekonomicznej oraz kulturowej w Europie Środkowej. Taką strategię geoekonomiczną i geokulturową48 nakreślił m.in. Friedrich Naumann w 1915 roku49. Trzonem Mitteleuropy miały być Niemcy i Austro-Węgry, lecz koncepcja zakładała ekspansję (w tym militarną) na południe i wschód, obejmując m.in. terytoria dawnej Rzeczypospolitej, Bałkany, Bułgarię, Rumunię, a nawet Turcję. W ten sposób Mitteleuropa wypełniłaby przestrzeń między Bałtykiem, Adriatykiem i Morzem Czarnym. Podobną koncepcję panregionu centralnego sformułował później Karl Haushofer50. W obu wypadkach dominującą pozycję w Europie Środkowej miała pełnić Rzesza Niemiecka, a w projekcie Haushofera miała z czasem zdobyć hegemonię ogólnoeuropejską. Idea Mitteleuropy została w pewnym stopniu zrealizowana dopiero po zjednoczeniu Niemiec (1990) i po wschodnim poszerzeniu UE (w latach 2004–2007). Europa Środkowa stała się wówczas ściśle związana geoekonomicznie z Republiką Federalną Niemiec, a także podlegała regulacjom i wartościom UE.
Z drugiej strony, strategia wschodnia Niemiec starała się nie antagonizować Moskwy, a nawet budować z nią powiązania geoekonomiczne, zgodnie z dewizą Wandel durch Handel51. W latach siedemdziesiątych minionego wieku niemiecka Ostpolitik miała zacieśniać relacje gospodarcze, zwłaszcza w zakresie energetyki, chronić Niemcy Zachodnie przed sowiecką agresją militarną, wreszcie budować niezależność w relacjach z Amerykanami. Dokładnie taka sama polityka była kontynuowana po zjednoczeniu Niemiec, m.in. poprzez budowę Gazociągu Północnego (Nord Stream). Ten „most geoekonomiczny” miał zwiększać przewagi Niemiec w UE, „wiązać” ekonomicznie (a zatem również politycznie) Moskwę z Berlinem, wreszcie „wypychać” USA ze Starego Kontynentu. Ostatecznie jednak wspomniany „most” się załamał w wyniku agresji Moskwy na Ukrainę (2022). Można też uznać, że przyczyną rozpadu relacji niemiecko-rosyjskich w tym okresie była rywalizacja obu stron o Europę Środkowo-Wschodnią (w tym o Ukrainę). Potwierdzałoby to tylko teorię Mackindera52. Także zgodnie ze słowami Naumanna dominacja w Mitteleuropie będzie zawsze dla Berlina ważniejsza od sojuszu z Moskwą53.
Koncepcja buforu rozdzielającego Rosję od Niemiec, w gruncie rzeczy, nawiązuje do pustki geopolitycznej, która wynikła z rozbiorów Pierwszej Rzeczypospolitej. Zanim do tego doszło, to właśnie Rzeczpospolita Obojga Narodów pełniła funkcję uniemożliwiającą wzrost Prus, jak również była tamą dla ekspansji Moskwy (Sankt Petersburga) w kierunku zachodnim. Warto w tym miejscu przypomnieć sytuację geopolityczną z końca XVIII wieku, kiedy mocarstwo morskie, czyli Wielka Brytania, zastanawiało się nad poskromieniem ekspansji Cesarstwa Rosyjskiego na południe. Odbywało się to kosztem terytorium Imperium Osmańskiego, a więc groziło dojściem Rosjan do Morza Czarnego i zwiększeniem ich roli geopolitycznej na Morzu Śródziemnym. Elity brytyjskie zdawały sobie sprawę z tego, że rosnąca potęga Katarzyny II może zagrozić interesom Londynu na morskich liniach komunikacyjnych i w brytyjskich koloniach usytuowanych na południu Eurazji. Dlatego premier William Pitt młodszy zarysował odważny plan zbudowania sojuszu Wielkiej Brytanii, Prus, Holandii, docelowo również Szwecji, Polski i Turcji oraz zaatakowania Rosji z północy, kiedy większość jej wojsk wykrwawiała się na południu. Jednocześnie po spodziewanym zwycięstwie na polu walki Londyn planował wzmocnić Rzeczpospolitą, przede wszystkim przenosząc strumień brytyjskiego importu surowców i żywności z Rosji na państwo polsko-litewskie. W ten sposób pobita Katarzyna II byłaby dodatkowo osłabiana geoekonomicznie. Można uznać, że brytyjski premier nakreślił w XVIII wieku zamysł strategiczny, do którego w wieku XX wrócił Mackinder. Gdyby plan wojny z 1791 roku doszedł do skutku, nie doszłoby do drugiego i trzeciego rozbioru Rzeczypospolitej. Potęga Sankt Petersburga byłaby wstrzymana. Prusy miałyby w dalszym ciągu potężną barierę dla wzrostu w postaci wzmocnionej Rzeczypospolitej. Dalekosiężny zamiar brytyjskiego premiera uniemożliwił rosyjski wywiad, skutecznie infiltrując świat polityki nad Tamizą. W trosce o spójność własnego gabinetu William Pitt młodszy zarzucił więc plan osłabienia Imperium Rosyjskiego54.
Na zakończenie tych refleksji należy dodać, że polityka brytyjska w ciągu wielu dziesięcioleci XIX wieku akceptowała wzmacnianie Prus jako buforu rozdzielającego imperializm francuski od moskiewskiego55 i zakończyła się katastrofą dwóch konfliktów systemowych w XX wieku. Próba zbudowania zastępczego – w zamian za nieistniejącą Rzeczpospolitą – buforu w Europie Środkowej doprowadziła do imperializmu niemieckiego w skali globalnej. Natomiast odrodzenie Polski było możliwe dopiero wtedy, gdy wszyscy trzej zaborcy zostali pokonani w I wojnie światowej, przede wszystkim zaś Niemcy i Rosja.
Istnieje jeszcze jeden sposób ochrony przed imperializmem, a mianowicie fragmentacja, czyli podział dążących do dominacji państw. W wypadku Niemiec został on wprowadzony po II wojnie światowej – na część zachodnią (RFN) oraz wschodnią (NRD). Z kolei fragmentacja Związku Sowieckiego (ZSRS) nastąpiła po roku 1990. Powstały niezależne państwa, takie jak Ukraina, Białoruś, Kazachstan, państwa bałtyckie itd., ale niezależność odzyskała również Europa Środkowa, m.in. Polska.
Innymi słowy, sposobem ustanowienia stabilizacji geopolitycznej w Eurazji jest połączenie fragmentacji z integracją, co możemy nazwać „ograniczoną fragmentacją”. Dążące do hegemonii państwa powinny zostać podzielone, a jednocześnie należy tworzyć zintegrowane bufory między nimi, takie jak Międzymorze (lub Trójmorze). W ten sposób osiąga się równowagę sił w Eurazji, a więc stabilizację geopolityczną.
Kolejną ważną koncepcję geopolityczną przedstawił Nicholas Spykman (1893–1943). Dowodzi ona, że to nie Heartland, lecz tzw. Rimland ma kluczowe znaczenie strategiczne. Myśl Spykmana dotyczyła obszarów na obrzeżach Eurazji, poczynając od Europy Zachodniej, przez Bliski Wschód, Azję Południową na czele z Indiami, dalej Chiny oraz Japonię. Kontrola nad tą częścią Eurazji i otaczającymi ją akwenami ma fundamentalne znaczenie dla powstrzymywania mocarstwa dominującego w Heartlandzie (wkrótce został nim ZSRS). Ponadto z Rimlandu wywodziło się wiele potęg imperialnych destabilizujących sytuację geopolityczną, takich jak Francja, Niemcy i Japonia. Dlatego Spykman parafrazował słynną sentencję Mackindera: „kto kontroluje Rimland ten panuje w Eurazji, a kto panuje w Eurazji ten kontroluje los całego świata”. Wykładowca Uniwersytetu Yale zalecał w związku z tym władzom USA prowadzenie polityki równowagi sił w Rimlandzie, a więc jednocześnie w Europie i w Azji, a także panowanie nad otaczającymi je morzami i oceanami, które nazywał „wielką autostradą morską świata”56. Zasadnicze znaczenie w koncepcji Spykmana miała kontrola morskich szlaków komunikacyjnych, handlowych i wojskowych. Ważne były też bazy wojskowe umożliwiające projekcję siły na tych akwenach, usytuowane na obrzeżach Rimlandu. Istotne znaczenie miała obecność USA w Europie Zachodniej, jako bastionie przed ekspansją ZSRS w czasie zimnej wojny, jak również amerykańskie wpływy na Bliskim Wschodzie, w Indiach, na Filipinach, Tajwanie, w Japonii i Australii, które zapewniały łatwiejszą kontrolę nad południowymi akwenami Eurazji. Należy podkreślić, że zdaniem Spykmana obecność wojsk USA na Starym Kontynencie była nieodzowna do stabilizacji geostrategicznej. Najlepiej amerykańską strategię okresu zimnowojennego nakreślił jej architekt George Kennan, twierdząc, że „powstrzymanie radzieckiej potęgi wymagało otoczenia jej przez zjednoczone i silne podmioty”57.
Spykman był przeciwnikiem zbudowania silnej federacji w Europie, obejmującej swym zasięgiem niemal cały kontynent. Uznawał bowiem, że takie państwo federacyjne będzie nie tylko ograniczało interesy Waszyngtonu, ale co gorsza, wzmocni na koniec pozycję Niemiec. Popierał natomiast ideę budowania federacji w Europie Środkowej, między Bałtykiem a Morzem Śródziemnym58, co przypominało pomysł Piłsudskiego oraz Mackindera, dotyczący integracji Międzymorza.
Na koniec przywołajmy doktrynę Monroego, która została wprowadzona przez USA ponad dwieście lat temu, ale jest znowu aktualna w sytuacji destabilizacji ładu międzynarodowego. Odwołuje się ona do idei wyłącznych stref wpływów mocarstw, a więc jest na wskroś geopolityczna. Nawiązuje do doktryny panregionów, w ramach których państwa dominujące podporządkowują własnych sąsiadów, ograniczając ich suwerenność i eksploatując ich zasoby ekonomiczne59. W roku 1823 prezydent Stanów Zjednoczonych James Monroe ogłosił amerykańską strefę wpływów na półkuli zachodniej, gdzie nie będą miały dostępu inne mocarstwa, wówczas europejskie. Obecnie dotyczy to przede wszystkim rugowania przez USA wpływów chińskich i rosyjskich z Ameryki Łacińskiej. Doktryna obrony amerykańskich wpływów na półkuli zachodniej była również bliska myśli strategicznej Spykmana. Uznawał on jednak, że prawdziwą obroną tych interesów będzie aktywna polityka w Eurazji, a więc przeciwdziałanie regionalnej hegemonii w tej części świata oraz pielęgnowanie sojuszy, zarówno w Europie, jak i w Azji60.
W dalszej części tego rozdziału będę analizował zmiany systemu międzynarodowego zachodzące w trzeciej dekadzie XXI wieku w odniesieniu do dwóch strategii USA – Narodowej Strategii Bezpieczeństwa oraz Strategii Obrony Narodowej, jak również w nawiązaniu do wyżej przytoczonych koncepcji geopolitycznych. Wychodzę z założenia, że poznanie perspektywy strategicznej wiodącego mocarstwa w skali globalnej, a jednocześnie głównego państwa Zachodu, ma niebagatelne znaczenie dla kształtowania dynamiki ładu międzynarodowego. Na podstawie analizy wiodących dokumentów strategii amerykańskiej w polityce zagranicznej, jak również w oparciu o główne zasady wynikające z analizowanych koncepcji geopolitycznych zostaną przedstawione scenariusze możliwych zmian geopolitycznych w Europie i na świecie.
Do dziewiętnastowiecznej doktryny Monroego odniosła się wprost Narodowa Strategia Bezpieczeństwa USA61, ogłoszona w listopadzie 2025 roku przez Donalda Trumpa. „Po latach zaniedbań Stany Zjednoczone ponownie potwierdzą i będą egzekwować Doktrynę Monroego, aby przywrócić amerykańską dominację w półkuli zachodniej oraz chronić nasze terytorium i dostęp do kluczowych geograficznie obszarów regionu. Nie dopuścimy, by mocarstwa spoza półkuli rozmieszczały w niej siły zbrojne lub inne groźne zdolności, bądź przejmowały własność lub kontrolę nad strategicznie istotnymi aktywami. (…) Stany Zjednoczone muszą być mocarstwem dominującym w półkuli zachodniej – jest to warunek naszego bezpieczeństwa i dobrobytu oraz podstawa zdolności asertywnego działania tam, gdzie jest to potrzebne. Warunki naszych sojuszy i pomocy będą zależały od wycofywania wpływów wrogich mocarstw – od kontroli nad instalacjami wojskowymi, portami i kluczową infrastrukturą po nabywanie strategicznych aktywów szeroko rozumianych”62.
Do doktryny Monroeego odniosła się także inna strategia amerykańska: Strategia Obrony Narodowej63, ogłoszona w styczniu 2026 roku. W obu dokumentach półkula zachodnia stała się głównym priorytetem amerykańskich strategii w obszarze bezpieczeństwa, traktowana na równi z obroną własnego terytorium USA. Co interesujące, Amerykanie przywiązują dużą wagę do kontrolowania strategicznych obszarów żeglugi morskiej i oceanicznej, takich jak Kanał Panamski i Zatoka Amerykańska (dawniej Meksykańska), co nie powinno dziwić w odniesieniu do mocarstwa morskiego. Na równi z nimi wymieniono w Strategii Obrony Narodowej Grenlandię, mającą bez wątpienia znaczenie dla kontroli strategicznych tras komunikacji morskiej, ale również istotnej jako baza wojskowa i obszar inwestycji w newralgiczne surowce.
Porwanie prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro na początku stycznia 2026 roku przez siły specjalne USA dobrze wpisuje się w przytoczone powyżej słowa obu strategii. W ten sposób Waszyngton w praktyce wypycha chińskie i rosyjskie wpływy geoekonomiczne z regionu. Jednocześnie zamierza zainstalować amerykańskie korporacje w Wenezueli, a tym samym przejąć kontrolę nad jej bogatymi złożami surowców. Eksploatacja tych złóż mogłaby przynieść nie tylko korzyści gospodarce USA. Zmniejszenie światowych cen ropy naftowej byłoby korzystne dla interesów geopolitycznych Waszyngtonu, przykładowo osłabiając możliwości finansowania przez Moskwę wojny na Ukrainie. Przedstawiciele administracji Trumpa zapowiadali też, że w następnej kolejności będą zajmowali się rugowaniem obcych wpływów (i przywracaniem wpływów amerykańskich) na Kubie, w Kolumbii, a nawet w Meksyku.
Powrót do doktryny Monroego w polityce Waszyngtonu może być jednak niełatwy. Wiele państw Ameryki Łacińskiej bardzo źle odebrało działania Waszyngtonu wobec Wenezueli, które w oczywisty sposób łamały prawo międzynarodowe i suwerenność tego państwa. W konsekwencji wzmocnił się i tak już wcześniej silny sentyment antyamerykański w omawianym regionie, a w szczególności niechęć do Donalda Trumpa. Być może jednym z nielicznych wyjątków była tutaj Argentyna, zarządzana przez bliskiego ideologicznie Trumpowi prezydenta Javiera Mileia. Niemniej nawet dość bliskie Ameryce wcześniej państwa, np. Meksyk i Kanada, które łączył z USA w przeszłości traktat o wolnym handlu (NAFTA), później przemianowany na USMCA (Umowa Stany Zjednoczone-Meksyk-Kanada) – były poważnie zaniepokojone polityką Trumpa. Dotyczyło to nie tylko jego działań wobec Wenezueli, ale również agresywnej polityki celnej USA, która niweczyła wcześniejsze dobre relacje handlowe. Ponadto, dużą niechęć Kanadyjczyków wzbudziły ponawiane przez Trumpa propozycje przyłączenia ich kraju do Stanów Zjednoczonych. W roku 2026 Trump zagroził Kanadzie nałożeniem 100-procentowych taryf odwetowych, jeśli nie wycofa się ona z umowy handlowej z Pekinem, która ułatwiała dostęp do tego państwa produktów przemysłowych (w tym samochodów elektrycznych), a tym samym dostęp do rynku USA64. To wszystko pokazuje, że republikańska administracja pod rządami Trumpa z jednej strony agresywnie przystępowała do realizacji doktryny Monroego i zwiększała korzyści gospodarki amerykańskiej. Z drugiej strony nadwerężała regionalne sojusze i zaniedbywała legitymizację amerykańskiego przywództwa na półkuli zachodniej.
Słabnięcie więzi sojuszniczych oraz narracja Donalda Trumpa – która odwoływała się przecież jednostronnie do amerykańskich interesów, jawnie lekceważyła prawo międzynarodowe oraz suwerenność i interesy mniejszych państw – mogą obrócić się przeciwko amerykańskim celom w Ameryce Północnej i Łacińskiej (jak również w innych regionach65). Te wszystkie problemy będą rzecz jasna wykorzystywali przeciwnicy geopolityczni Ameryki, na czele z Chinami i Rosją. Co więcej, w sferę wyłącznych wpływów amerykańskich weszła również UE, poprzez podpisanie w 2026 roku umowy o wolnym handlu z państwami Mercosur. Donald Trump może odebrać tę umowę nie tylko na płaszczyźnie współpracy gospodarczej, ale także geoekonomicznej, co byłoby wyzwaniem z punktu widzenia celów Narodowej Strategii Bezpieczeństwa.
W koncepcji Spykmana podstawowe znaczenie ma utrzymanie kontroli przez USA nad głównymi morskimi arteriami komunikacyjnymi otaczającymi Eurazję. Najważniejsze są akweny południowe. W Strategii Obrony Narodowej rząd USA wyraźnie zmierza do deeskalacji napięcia z ChRL oraz unikania konfliktów (dlatego w dokumencie nie pojawia się wprost Tajwan). Jednocześnie Waszyngton zamierza utrzymać przeciwwagi lub równowagę sił (ang. balance of power) wobec Chin, powstrzymywać to państwo przed dominacją regionalną, a także bronić tzw. pierwszego łańcucha wysp66, stosując strategię „odstraszania przez niedopuszczenie” (ang. deterrence by denial)67. Strategia USA na akwenach Indo-Pacyfiku ma w większym stopniu opierać się na sojusznikach i ich wysiłku zbrojnym68. Niemniej głównym celem jest niedopuszczenie do sytuacji, że USA przestaną kontrolować akweny południowe wokół Eurazji, zwłaszcza Morze Południowochińskie. Już Spykman prognozował, że Chiny staną się kiedyś największą potęgą Azji, a jednocześnie podejmą próbę przejęcia kontroli nad otaczającymi je morzami. Zdaniem uczonego zagroziłoby to na koniec panowaniu Waszyngtonu na półkuli zachodniej69. Trudno się dziwić, że Indo-Pacyfik pozostaje w dalszym ciągu kluczowym regionem zainteresowania strategicznego, wymienianym na drugim miejscu po panowaniu na półkuli zachodniej.
Wody wokół Eurazji są kontrolowane w dużym stopniu przez Waszyngton, niemniej Chiny konsekwentnie budują potencjał umożliwiający złamanie tej przewagi i wypchnięcie amerykańskiej floty poza najbardziej strategiczne morza otaczające ChRL. Jest to zgodne z poglądami Mackindera. Twierdził on, że mocarstwo lądowe, które nadrabia dystans wobec wiodącej potęgi morskiej przez budowanie potęgi gospodarczej metodami kapitalizmu państwowego – musi w pewnym momencie zbudować potężną flotę, aby przejąć kontrolę nad morskimi szlakami komunikacyjnymi i w ten sposób chronić swój eksport przemysłowy, a także import surowców oraz żywności70. Zgodnie z tymi założeniami geoekonomicznymi, Pekin w coraz większym stopniu stawał się potęgą morską, a nie tylko lądową. Decydowały o tym jego szybko rozwijające się siły zbrojne (np. dysponuje już trzema lotniskowcami i planuje zbudowanie przynajmniej kolejnych sześciu do 2035 r.), coraz liczniejsze bazy morskie na całym szlaku wokół Rimlandu, jak również sztuczne wyspy budowane na archipelagu Wysp Paracelskich, jak i Spratly71. Ma to dużą wagę dla wypchnięcia USA poza tzw. pierwszy łańcuch wysp. Przejęcie przez ChRL Tajwanu, co może nastąpić zarówno w sposób pokojowy albo też w wyniku podboju militarnego, ugruntuje wpływy Pekinu na morzach otaczających to państwo. Prawdopodobnie ułatwi wypchnięcie floty USA poza pierwszy łańcuch wysp, choć Amerykanie będą mieli nadal bazy wojskowe na Filipinach. Gdyby ten scenariusz się powiódł, to otworzyłoby drogę Chinom na Pacyfik. Byłoby to zgodne z oczekiwaniami jednego z chińskich admirałów, który stwierdził, że Amerykanie powinni być zawróceni aż do linii Hawajów72. To rzecz jasna pozbawiłoby USA możliwości kontrolowania akwenów otaczających Eurazję, a także zagroziło amerykańskim sojusznikom, czyli Filipinom, Japonii, Australii, a także „neutralnym” Indiom. Chiny rozbudowują również lądowe szlaki komunikacyjne, czyli inicjatywę „Jednego Pasa i Jednej Drogi”, co ma uniezależnić to państwo od południowych szlaków morskich, jak również coraz ściślej otaczać geopolitycznie Indie. Ponadto, Pekin intensywnie przygotowuje się do otwarcia nowego, północnego szlaku komunikacyjnego przez Ocean Arktyczny.
Z tego punktu widzenia tak ważna dla Amerykanów jest Grenlandia, która, jak wspomniano, należy do najwyższych priorytetów na półkuli zachodniej. Jest ona zwieńczeniem szlaku transportowego przez Ocean Północny, który nabiera coraz większego znaczenia wojskowego i handlowego. Grenlandia ma jednocześnie strategiczne znaczenie dla zabezpieczenia komunikacji przez Ocean Atlantycki, a więc między USA a Europą. Ponadto, dysponuje ważnymi zasobami, w tym metalami ziem rzadkich, a więc ułatwia przełamanie monopolu chińskiego nad tymi surowcami. To wszystko powodowało zainteresowanie Donalda Trumpa przejęciem kontroli nad tą wyspą, obszarem autonomicznym Danii.
Dążenie do panowania na morzach i kontrolowanie „morskich autostrad” przez Amerykę wynika w dużym stopniu z rozważań teoretycznych nestora geopolityki amerykańskiej Alfreda Thayera Mahana. Podobnie jak Spykman uznawał on za niezbędną aktywność Waszyngtonu poza półkulą zachodnią jako metodę obrony amerykańskich interesów. „Każdemu zagrożeniu o charakterze militarnym, na jakie wystawiona jest Ameryka, można się najlepiej przeciwstawić poza obszarem własnego terytorium – na morzu. Gotowość do wojny morskiej – gotowość do obrony przed atakiem z morza i do ofensywy morskiej – jest gotowością na wszystko, co może się wydarzyć”73. Mahan dowodził, że potęga gospodarcza musi mieć silną flotę, która zabezpieczy jej interesy handlowe (dziś powiedzielibyśmy – geoekonomiczne). Jednocześnie, kontrolując oceany, można zamknąć szlaki handlowe dla przeciwników geopolitycznych, a w czasie wojny odciąć wroga od zaopatrzenia i wyczerpać siły gospodarcze, a tym samym militarne74. Głównym rywalem dla mocarstwa morskiego nie są nawet potęgi lądowe, ale przede wszystkim inne morskie, a zwłaszcza takie, które wzrastając dynamicznie, starają się uzupełnić potencjał kontynentalny o możliwości kontrolowania morskich linii komunikacyjnych. Dokładnie taka sytuacja ma miejsce w odniesieniu do rosnącej potęgi Chin. Z tego wynika szczególne zainteresowanie Ameryki Pekinem – jego dynamiką rozwoju i wkraczaniem na oceany. Dlatego Trump dążył do wygaszenia innych konfliktów regionalnych, aby skupić się na Indo-Pacyfiku. Co więcej, skłaniał Rosję do porzucenia kooperacji z Chinami i starał się przeciągnąć ją na swoją stronę.
Ważnym wymiarem konfrontacji sino-amerykańskiej była geoekonomia. Mackinder twierdził, że „gdziekolwiek przemysł jest tak rozwinięty w jednym państwie, że jest w stanie zadowolić się wyłącznie rynkiem światowym dla swoich produktów, tam bilans ekonomiczny innych krajów zwykle jest zakłócony”75. Trudno tych słów, wypowiedzianych na początku XX wieku pod adresem Niemiec, nie odnieść obecnie do kumulacji procesów produkcyjnych w skali globalnej w ChRL i deindustrializacji USA. Jak podkreśla Narodowa Strategia Bezpieczeństwa „to, co zaczęło się jako relacja między dojrzałą, zamożną gospodarką a jednym z najbiedniejszych krajów świata, przekształciło się w relację między niemal równorzędnymi graczami”76. Winę za to ponoszą kolejne administracje amerykańskie, które stały się „ochoczymi współautorami chińskiej strategii”77 i pozwoliły na to, aby Chińczycy wykorzystali system amerykańskiej globalizacji jednostronnie na swoją korzyść, natomiast kosztem interesów geoekonomicznych USA. „Chiny stały się bogate i potężne i wykorzystały swoje bogactwo oraz siłę z wielką korzyścią dla siebie”78.
W strategii opisano nieskuteczność dotychczasowej polityki amerykańskiej, w tym sankcyjnej. „Chiny dostosowały się do zmiany amerykańskiej polityki celnej, zapoczątkowanej w 2017 r., m.in. poprzez wzmocnienie swojej kontroli nad łańcuchami dostaw, szczególnie w krajach o niskich i średnich dochodach – należących do najważniejszych przyszłych pól rywalizacji gospodarczej. Chiński eksport do krajów o niskich dochodach podwoił się w latach 2020–2024. Stany Zjednoczone importują towary chińskie pośrednio – przez pośredników i chińskie fabryki ulokowane w kilkunastu krajach, w tym w Meksyku. Obecnie eksport Chin do krajów o niskich dochodach jest prawie czterokrotnie większy niż ich eksport do Stanów Zjednoczonych. Gdy prezydent Trump obejmował urząd w 2017 roku, eksport Chin do USA wynosił 4 proc. ich PKB, dziś spadł do nieco ponad 2 proc. Mimo to Chiny wciąż sprzedają towary na rynek amerykański przez inne państwa pośredniczące”79. To dlatego władze USA z niechęcią przyjęły liberalizację handlu między Kanadą a ChRL.
Innymi słowy, polityka celna prowadzona przez Trumpa, Joe Bidena i znowu Trumpa – okazała się zawodna. Jak się wydaje, wyrządza ona więcej szkody samym Amerykanom i ich relacjom sojuszniczym aniżeli Państwu Środka. Gospodarka ChRL cały czas dogania USA, pomimo tego, że chińska marża z eksportu jest znacząco niższa od amerykańskiej (około 5 proc. w wypadku ChRL wobec około 20 proc. USA). Nie udało się również odciąć Chin od amerykańskiego kapitału, szerzej od rynków finansowych, jak również najbardziej zaawansowanych technologii80. ChRL dysponuje coraz bardziej zaawansowaną własną myślą techniczną, którą z powodzeniem wykorzystuje na potrzeby nowoczesnych przemysłów, jak również sił zbrojnych. W produkcji najbardziej zaawansowanych półprzewodników ustępuje Zachodowi najwyżej o kilka lat i szybko nadrabia dystans81. Jak wcześniej wspomniałem, Chiny opanowały wiele kluczowych łańcuchów produkcyjnych i dysponują kilkakrotnie większym niż USA potencjałem przemysłowym. Ma to decydujące znaczenie w wypadku konfrontacji militarnej. Pekin ma nawet przewagę nad USA w wojnie handlowej, gdyż posiada niemal monopol w zakresie strategicznych surowców, jakimi są metale ziem rzadkich. To pozwala na poważne wyhamowanie zdolności w nowoczesnych gałęziach produkcyjnych na Zachodzie (nie tylko w USA), a także w przemyśle zbrojeniowym. Ponadto, Państwo Środka może dość łatwo odciąć przemysł farmakologiczny w USA od surowców. Chińczycy mogą także utrudnić życie amerykańskim farmerom, na przykład ograniczając import produkowanej przez nich soi. To może uderzyć w interesy polityczne administracji republikańskiej.
Podsumowując, ChRL jest postrzegana przez Amerykanów jako największa – przynajmniej od XIX wieku – potęga zagrażająca interesom globalnej pozycji USA. Co więcej, jest to mocarstwo, którego potęga geoekonomiczna nieustannie rośnie82. Waszyngton zdaje się przegrywać wojnę gospodarczą z Chinami83, a chęć jej zaostrzenia może się odbić bardziej na interesach amerykańskich przedsiębiorstw i konsumentów, aniżeli na gospodarce ChRL. Chiny z powodzeniem wdrażają bowiem od wielu lat strategię maksymalnego uniezależnienia się od Zachodu (zwłaszcza od USA), a jednocześnie zwiększania zależności gospodarek państw zachodnich od Pekinu.
Jeśli USA utracą panowanie na Indo-Pacyfiku, może spełnić się proroctwo króla Archidamosa wobec Lacedemończyków: „Jeżeli nie zapanujemy na morzu albo nie odetniemy im [Ateńczykom] źródeł dochodów, z których utrzymują flotę, będziemy raczej stroną przegrywającą”84. Idąc tym tropem możemy uznać, że stawką w konflikcie sino-amerykańskim jest panowanie na morzu i ograniczanie źródeł dochodów dla rywala. Stany Zjednoczone z każdym dniem tracą możliwości skutecznej obrony Tajwanu, a także mogą zostać odcięte od mórz otaczających Chiny (zwłaszcza Morza Południowochińskiego). Mogłoby to prowadzić do wypchnięcia USA dalej na Pacyfik, być morze nawet poza tzw. drugi łańcuch wysp85, co bezpośrednio zagroziłoby Filipinom, Japonii i Australii. Przed Amerykanami stanie zapewne wcześniej lub później strategiczna decyzja, czy bronić militarnie swojej pozycji na akwenach wokół Eurazji, czy też się wycofać, ewentualnie zawrzeć jakąś umowę o podziale stref wpływów z Chińczykami. Dlatego oczywiste będzie coraz bardziej stanowcze zabieganie przez Waszyngton o kontrolę nad Grenlandią i północnym szlakiem morskim.
Wycofanie się USA lub ich wypchnięcie z operowania na południowych morzach wokół Chin oznacza poważne niebezpieczeństwo dla azjatyckich sojuszników Waszyngtonu. W takim wypadku musieliby oni podjąć decyzję albo o uznaniu regionalnej hegemonii Państwa Środka, albo o zwiększeniu konsolidacji sojuszniczej. Ten drugi scenariusz otwierałby drogę do konfrontacji geoekonomicznej lub nawet militarnej, choć potencjalnie możliwa jest próba zbudowania stabilnej przeciwwagi dla Pekinu w tej części Rimlandu (w oparciu o koalicję Indii, Korei Południowej, Filipin, Japonii, Australii i USA). Z kolei dominacja Chin w regionie, a tym samym coraz silniejsze znaczenie tego państwa w Eurazji, musi wywołać konflikt z Moskwą. Jest on wręcz nieuchronny w sytuacji, kiedy Rosja pokusiłaby się o ekspansję w kierunku zachodnim, a więc rozpoczęła podbój Europy Środkowej. W takim scenariuszu nastąpiłaby dalsza fragmentacja, czyli rozpad Rosji. Wielce prawdopodobne byłoby zakończenie zależności Białorusi od Moskwy, jak również próba ze strony Turcji odepchnięcia Rosji znad Morza Czarnego i zdobycia przez Ankarę dominującej pozycji na Kaukazie. Wojna chińsko-rosyjska byłaby też okazją do przywrócenia przez Waszyngton pełnej kontroli nad akwenami południowymi wokół Eurazji.
Na zakończenie należy poświęcić parę słów innej ważnej części Rimlandu, jaką jest Bliski Wschód. Utrzymanie Pax Americana w tym regionie jest podyktowane przede wszystkim chęcią kontroli szlaków morskich wokół Eurazji, jak również strategicznych surowców. Amerykanie chcieliby jak najszybciej odbudować stabilność tego regionu, a następnie skupić siły na innych priorytetach. W tym celu zamierzają „wzmocnić regionalnych sojuszników i partnerów, aby wzięli na siebie główną odpowiedzialność za odstraszanie i obronę przed Iranem” i jego siatką organizacji zbrojnych, zwłaszcza „poprzez zdecydowane wspieranie wysiłków Izraela w zakresie samoobrony”. Jest to strategia zakotwiczenia własnych wpływów w regionie w dużym stopniu na Jerozolimie, co więcej, strategia stabilizacji geopolitycznej Bliskiego Wschodu właśnie w oparciu o potęgę Izraela. Dlatego USA będą nadal wywierały presję sankcyjną na Teheran. W marcu 2026 roku Stany Zjednoczone i Izrael ponownie zaatakowały Iran (wcześniej uderzyły w 2025 roku) – tym razem zmierzając do obalenia reżimu ajatollahów. Dążyły również do „pogłębiania współpracy z partnerami z Zatoki Perskiej oraz umożliwienia integracji między Izraelem a innymi partnerami z Zatoki Perskiej”86. Nawiązują w ten sposób do wcześniejszej polityki Donalda Trumpa w zakresie rozwoju Porozumienia Abrahamowego (z 2020 r.). W Strategii Obrony Narodowej przyznano się do nieskuteczności dotychczasowych działań podejmowanych przeciwko Iranowi, a zarazem podkreślono konieczność ich kontynuowania. Wskazano także na najważniejszego partnera w regionie, a zarazem „modelowego sojusznika”, jakim jest Izrael.
Stawka wojny z Iranem jest ogromna. Jeżeli interwencja zbrojna zakończy się klęską wojskową i zmianą reżimu politycznego w Teheranie, to istnieje możliwość stabilizacji regionu zgodnie z interesami USA i Izraela, a na niekorzyść Chin i Rosji. Konsekwentne wypieranie wpływów rosyjskich z Bliskiego Wschodu (najpierw z Syrii, później z Iranu), jak również z Kaukazu i Azji Środkowej – zwiększy zależność Moskwy od Chin i utrudni równoważenie tej zależności w oparciu o wpływy w wymienionych regionach. Może to skłaniać Rosję do rekompensowania tych słabości przez dalszą ekspansję w Europie. Innym scenariuszem byłoby przymuszenie Moskwy do porozumienia z USA. W najgorszym dla Trumpa scenariuszu reżim ajatollahów przetrwa, sprawczość USA zostanie ponownie wystawiona na próbę, niestabilność Bliskiego Wschodu się pogłębi, a koszty dla Ameryki i całego Zachodu wzrosną.
Ważną częścią Rimlandu w okresie zimnowojennym była Europa Zachodnia, czego dowodziła silna obecność wojskowa USA w tym regionie. W Narodowej Strategii Bezpieczeństwa tej części świata poświęcono wiele uwagi. Celem tej strategii jest „promowanie europejskiej wielkości”87. Stary Kontynent ma też ogromne znaczenie w myśli strategicznej Mackindera.
Ten wykładowca Uniwersytetu Oksfordzkiego napisał, że „potęga morska w dużej mierze jest zależna od produktywności własnej bazy”88. Jest to bodaj jego najważniejsza zasada geoekonomiczna. W jego przekonaniu produktywność gospodarcza jest kluczowym zasobem tzw. siły żywej – niezbędnej do projekcji siły na zewnątrz89. Oprócz tego duże znaczenie mają zasoby demograficzne, kulturowe i organizacja państwa. Jest to faktycznie połączenie w jedno sił geoekonomicznych z geokulturowymi. W obu analizowanych dokumentach strategicznych Waszyngtonu wiele miejsca poświęcono odbudowie bazy przemysłowej i technologicznej w USA90, co jako żywo przypomina koncepcję „siły żywej” Mackindera. Ponadto Amerykanie boleją nad zmniejszającym się potencjałem gospodarczym i geopolitycznym Unii Europejskiej. Uznają, że problemem jest nie tylko jej słabnąca konkurencyjność gospodarcza, ale również coraz mniejsze zdolności obronne, co utrudnia przejęcie większej odpowiedzialności za własne bezpieczeństwo przez Europejczyków. Amerykańskie uwagi dotyczące Europy wyraźnie odnoszą się do koncepcji Mackindera, który jako element siły żywej traktował zasoby demograficzne i ich zaangażowanie na rzecz dobra wspólnego.
W Strategii Bezpieczeństwa napisano: „ten gospodarczy spadek blednie jednak wobec realnej i znacznie poważniejszej perspektywy cywilizacyjnego wymazania. Większe problemy, z którymi mierzy się Europa, obejmują działania Unii Europejskiej i innych instytucji ponadnarodowych, które podważają wolność polityczną i suwerenność, prowadzą politykę migracyjną przekształcającą kontynent i rodzącą napięcia, cenzurę wolności słowa i tłumienie opozycji politycznej, następuje też dramatyczny spadek dzietności oraz utrata narodowych tożsamości i poczucia własnej wartości. Jeśli obecne trendy się utrzymają, kontynent będzie nie do poznania w ciągu 20 lat lub wcześniej. W związku z tym wcale nie jest oczywiste, czy niektóre państwa europejskie będą dysponowały gospodarkami i siłami zbrojnymi wystarczająco silnymi, by pozostać wiarygodnymi sojusznikami”91.
Amerykańska krytyka dotyczy zarówno błędnych polityk unijnych, przede wszystkim migracyjnej i klimatycznej, jak również niewłaściwych tendencji ustrojowych, czyli centralizacji (federalizacji). Ograniczają one demokrację, suwerenność narodową, zmniejszają możliwości pielęgnowania patriotyzmu oraz mobilizacji społecznej na rzecz bezpieczeństwa. Administracja amerykańska zarzuca wprost, że wszystkie te działania obniżają potencjał gospodarczy i obronny, zwłaszcza w Europie Zachodniej.
Dotychczasowa polityka Trumpa lekceważyła sojusze92 i narrację legitymizującą jego działania na arenie międzynarodowej. Dezaprobata USA dla spraw wewnątrzeuropejskich została bardzo źle przyjęta w Europie Zachodniej, przede wszystkim w Brukseli, Berlinie i w Paryżu. Europa Zachodnia negatywnie reagowała na wszelką krytykę o charakterze ideologicznym, płynącą z administracji Trumpa. Do tego dochodziło szereg transatlantyckich konfliktów gospodarczych, spór o Grenlandię, o podejście Trumpa do wojny na Ukrainie i sposób wycofywania się Amerykanów z odpowiedzialności za europejskie bezpieczeństwo, wreszcie o przestrzeganie prawa międzynarodowego przez USA. Amerykanie chcieli współpracować z Europejczykami m.in. w zakresie rozwoju przemysłu zbrojnego93
