Miasteczko. Tak blisko - Agnieszka Olejnik - ebook

Miasteczko. Tak blisko ebook

Agnieszka Olejnik

4,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

16 osób interesuje się tą książką

Opis

Czarne to nie tylko miasteczko. Czarne bywają też myśli, sprawy i tajemnice...

Po latach na emigracji Cezary wraca do rodzinnego miasta. Nie spodziewa się, że trafi w samo centrum dramatycznych wydarzeń: w rzeczce przepływającej przez Czarne odkryto ciało bez dłoni i języka. Mieścina huczy od plotek i domysłów. Cezary zaprzyjaźnia się z prowadzącym śledztwo komisarzem Wiktorem Gryką. Wkrótce podejmuje pracę w szkole. Stina, jedna z uczennic, sprawia poważne problemy wychowawcze. Kiedy na mokradłach za miastem zostaje znalezione kolejne ciało, sprawa Stiny staje się zagadką nie tylko pedagogiczną, lecz także kryminalną. Nikt się nie spodziewa, że rozwiązanie jest tak blisko…

Męska przyjaźń, psia wierność, nowa miłość, niepokojący klimat małego miasteczka, a do tego tajemnicze zbrodnie – czy można sobie wyobrazić bardziej odurzający koktajl?

„Tak blisko” zabierze czytelnika w podróż przez plątaninę ludzkich emocji, lęków, słabości i tajemnic. To opowieść o tym, że nigdy nie jest za późno, aby zacząć od początku, chyba że… w dniu twojego powrotu do rodzinnego miasteczka zostaną znalezione zwłoki, a ty za bardzo wczujesz się w rolę detektywa amatora. Bardzo dobrze się to czyta!

MAGDALENA MAJCHER autorka powieści obyczajowych, kryminalnych i true crime

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 441

Data ważności licencji: 1/30/2031

Oceny
4,0 (3 oceny)
1
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Migaffka

Nie oderwiesz się od lektury

Świetny miks gatunkowy obyczajowo-kryminalny
00



Zapraszamy na www.publicat.pl

Projekt serii i okładkiNATALIA TWARDY

Fotografia na okładceysbrandcosijn/Adobe Stock Roman/Adobe Stock britaseifert/Adobe Stock Olga/Adobe Stock

Koordynacja projektuALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC

Opieka redakcyjnaANNA JACKOWSKA

RedakcjaURSZULA ŚMIETANA

KorektaIWONA HUCHLA

Redakcja technicznaLOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN

Polish edition © Agnieszka Olejnik, Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne) All rights reserved.

Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.

Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.

ISBN 978-83-271-7113-9

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

PUBLICAT S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Powietrze zdawało się gęstnieć. Nagrzane lipcowym słońcem ulice oddawały ciepło, nad asfaltem tworzyły się miraże luster. Gdzieś z oddali dochodził zawodzący jęk ambulansu, przywołując najgorsze skojarzenia.

Wysiadłem z autobusu i od razu potknąłem się na chodniku, którego nierówne płytki pamiętały jeszcze czasy PRL. Kierowca wystawił z bagażnika moją walizkę, a ja odciągnąłem ją kilka metrów, po czym zaczerpnąłem głęboki haust powietrza. Pachniało znajomo, miejskim brudem, wilgocią i chaszczami porastającymi brzegi rzeki.

Niewiele się tu zmieniło, choć wydawało się to niemożliwe, skoro ja sam byłem kimś zupełnie innym niż długowłosy hippis w okularach lenonkach, wytartych dżinsach i flanelowej koszuli, który dwie dekady temu wyruszył stąd na podbój świata. A jednak mimo tylu zmian, tylu zawirowań, mniejszych lub większych kolizji czy nawet katastrof w orbicie moich spraw – tutaj czas się zatrzymał. Rozpoznawałem każdy budynek, odnosiłem wrażenie, że nawet autobusy są te same, poskrzypujące żałośnie na wybojach placu manewrowego. Jakby w jakiej takiej sprawności utrzymywał je już tylko staroświecki honor.

Opuściłem teren dworca (o ile można tak szumnie nazwać trzy stanowiska z przekrzywionymi tabliczkami), minąłem gmach straży pożarnej i turkocząc kółkami walizki po nierównym trotuarze, ruszyłem w stronę hotelu o nazwie Trio. Darzyłem to miejsce sentymentem – na dole znajdowała się restauracja, w której jako dziewiętnastolatek opijałem z kumplami zdaną maturę. Potem, już po zarobieniu pierwszych pieniędzy, zaprosiłem tam moją ówczesną dziewczynę. Kasia jej było na imię. Miała dołeczki w policzkach i nad pośladkami, w miejscu, gdzie kończą się plecy. Miłe wspomnienia.

Zdziwiło mnie, jak wszędzie jest blisko – pod moją nieobecność przestrzeń się skurczyła i odnosiłem wrażenie, jakbym chodził teraz po miniaturce Czarnego. Żółta wieża zamku mignęła mi kilkakrotnie między drzewami oplecionymi bluszczem, potem zobaczyłem ceglaną Basztę Pachołków. W miejscu, gdzie kiedyś miejscowe elegantki kupowały sobie garsonki, teraz znajdowała się apteka. Na ten sklep mówiło się „trumna”, może z powodu ciemnego muru pruskiego – zamiast białych ścian miał ponure brunatne cegły, poprzecinane czarnymi kreskami starego drewna.

Skręciłem w prawo i przeszedłem przez ulicę, przepuszczając policyjny radiowóz, który – chociaż nie jechał na sygnale – najwyraźniej spieszył się tak bardzo, że nie mógł sobie pozwolić na przestrzeganie przepisów. Znalazłem się przy markecie, który w latach licealnych nazywaliśmy „stodołą”. Teraz mieścił się tam dyskont znanej sieci. Wkrótce byłem już przy hotelu. On też okazał się mniejszy niż w moich wspomnieniach.

Miałem wściekłą ochotę na kawę, bo po długiej podróży czułem się jak przeciśnięty przez praskę. Wszedłem więc najpierw do restauracji. W środku niemiłosiernie śmierdziało tłuszczem do smażenia. Na szczęście obsługa była sympatyczna, a kawa przyzwoita, toteż postanowiłem nie zwracać uwagi na brak porządnej wentylacji.

Poza mną w lokalu siedział jeszcze tylko jeden klient – facet niewiele starszy ode mnie, w każdym razie o ile udało mi się to trafnie ocenić, bo nigdy nie byłem w tym dobry. Nieco brzuchaty, z łysinką, a to zawsze postarza. Miałem to szczęście, że po ojcu odziedziczyłem gęstą czuprynę, teraz już odrobinę posrebrzoną na skroniach, ale przy blond włosach nie było to widoczne. Ilekroć Joan chciała się ze mną podroczyć, powtarzała, że zakochała się we mnie wyłącznie ze względu na te moje loki.

Stop! Nie myśleć o Joan – upomniałem siebie w duchu. Przyjechałem tu przecież właśnie po to, żeby pozbyć się świeżych wspomnień, a w zamian wrócić do tych dawniejszych, odkopać je, poukładać i spróbować na ich fundamencie zbudować coś nowego. Coś na resztę życia.

No więc w głębi sali usadowił się ten brzuchaty z łysinką. Jego twarz wydawała mi się znajoma, ale to w sumie nic dziwnego; gdy się wraca do rodzinnego miasta, wszystkie twarze, głosy i zapachy mogą się takie wydawać. Niekoniecznie byliśmy kumplami, bo wówczas bym go rozpoznał – raczej mijałem go ileś tam razy w sklepach albo w szkole, a teraz mój umysł usiłował wyodrębnić to wspomnienie spośród setek innych. Dałem sobie spokój; uznałem, że jeśli to ktoś ważny, prędzej czy później sobie przypomnę. Moją uwagę przykuła natomiast rozmowa, którą prowadził przez telefon. Nie zamierzałem podsłuchiwać, po prostu mówił głośno, jakby był sam w lokalu.

– Potrzebuję czegoś więcej – wycedził. – To za mało, słyszysz? Bez dłoni, taaa, jasne. Nie, za mało, potrzebuję więcej – powtórzył. – Coś pełnokrwistego, rozumiesz, ludzie chcą mięcha. Skontaktuj mnie z tym twoim informatorem, już ja z niego wyciągnę, co trzeba.

A zatem miejscowy dziennikarz, pomyślałem obojętnie. Ciekawe, o czym mowa. Zapewne o jakimś lokalnym artyście, który tworząc, używa stóp zamiast dłoni.

Wreszcie facet się rozłączył i zapanowała błoga cisza. Dopiłem kawę, senność minęła. Czułem lekkie ssanie w żołądku, ale na razie nie chciałem nic jeść; czułem się nieświeżo. Zapłaciłem i udałem się do części hotelowej, gdzie nadmiernie ugrzeczniona recepcjonistka, trzepocząca gigantycznymi rzęsami, wręczyła mi klucz do pokoju numer osiem.

Najpierw wszedłem pod prysznic, żeby zmyć z siebie charakterystyczny zapach, którym zdążyłem przesiąknąć w podróży. Potem, uznawszy, że bagaże nie uciekną i równie dobrze mogę rozpakować je nazajutrz, wybrałem się na krótki spacer. Po tylu godzinach spędzonych w pozycji siedzącej potrzebowałem odrobiny ruchu.

Hotel Trio położony był przy rzeczce, wzdłuż której wiodła dawna niemiecka promenada spacerowa prowadząca do starego parku. Z miejscem tym łączyło się mnóstwo wspomnień. Pierwszy papieros, wagary, nawet pierwszy pocałunek i dotykanie dziewczęcych piersi przez bluzkę – wszystko to wydarzyło się właśnie tam.

Szedłem niespiesznie, delektując się łagodnym ciepłem letniego popołudnia. Nad moją głową szumiały platany, w wodzie pluskały się kaczki. Minąłem usadowione naprzeciwko siebie szkoły, do których niegdyś chodziłem: liceum i podstawówkę, potem budynek dawnej mleczarni, i wreszcie znalazłem się wśród zarośli. Przez te dwadzieścia lat mojej nieobecności park zdążył zdziczeć i porosnąć gęstymi chaszczami. Najwyraźniej miasto nie dbało o to miejsce. Wiedziałem, że za Niemca znajdowały się tu amfiteatr, kawiarnia, strzelnica... Teraz z wysokiej trawy wyzierały resztki cegieł. Dobrze chociaż, że przy alejkach ustawiono ławki.

Zboczyłem z głównej drogi i zagłębiłem się w boczną ścieżkę. Nie miałem obaw, że się zgubię. Park nie był duży i nawet błądząc, łatwo dotarłbym do jego krańców: z jednej strony do osiedla przy ulicy Norwida, z drugiej do szosy na Zieloną Górę, a na przeciwległym krańcu wyszedłbym na pola i podmokłe łąki, za którymi zaczynały się zabudowania wiejskie.

Nagle za ścianą zarośli usłyszałem podniesione głosy. Chyba nie była to kłótnia, ale w rozmowie wyraźnie pobrzmiewała nuta zdenerwowania, może coś w rodzaju popłochu. Z daleka nie rozróżniałem słów, wystarczała sama intonacja.

Znieruchomiałem. W pierwszym odruchu chciałem zawrócić, lecz przyszło mi do głowy, że ktoś, kto się boi, może potrzebować pomocy. Nie chciałem jednak stać się intruzem, który przeszkodzi kochankom lub przyjaciołom w jakiejś rozstrzygającej wymianie zdań.

Starając się zachowywać jak najciszej, postąpiłem jeszcze parę metrów, po czym powoli, ostrożnie rozgarnąłem gałęzie. Moim oczom ukazały się najpierw ciemne nogawki spodni człowieka stojącego na brzegu, potem leniwy nurt płytkiej w tym miejscu rzeczki, a wreszcie, gdy odchyliłem zarośla jeszcze trochę i wychyliłem się do przodu, ujrzałem duży kształt leżący na dnie, na łasze piaskowej. Minęło kilka sekund, zanim do mnie dotarło, że patrzę na ludzkie ciało, a ludzie stojący przy brzegu – teraz dostrzegłem kolejnych – są funkcjonariuszami policji. Jeden z nich krzyczał coś do słuchawki telefonu. Byłem w takim szoku, że nie rozumiałem, co mówi.

Wciąż poruszając się najwolniej, jak potrafiłem, wycofałem się, po czym prawie biegiem wróciłem na skraj parku. Nie mogłem złapać tchu. Do hotelu wszedłem na zupełnie miękkich nogach.

Minęła dobra godzina, zanim doszedłem do siebie. Leżąc na łóżku z zamkniętymi oczami, usiłowałem odegnać spod powiek obraz zwłok, który wciąż do mnie powracał. Co gorsza, miałem paskudne wrażenie, że z ciałem leżącym na dnie rzeki było coś nie w porządku. Nie wiedziałem tylko co. Nie pamiętałem go wyraźnie, prawdopodobnie w szoku nie zarejestrowałem szczegółów.

Wreszcie, chcąc skierować myśli ku czemuś innemu, sięgnąłem po telefon. Wybrałem numer Pawła.

– Co tam? – zapytał wesoło, zamiast przywitać się jak człowiek. – Gdzie jesteś?

– W łóżku.

Przez chwilę w słuchawce panowała cisza.

– Ale że jak? – zapytał po kilku sekundach, a w jego głosie wychwyciłem ostrożność. – To jednak zeszliście się z Joan?

No tak, nie miał pojęcia o jej śmierci, a ja nie miałem teraz siły, by mu wszystko opowiadać. Jeszcze przyjdzie na to czas.

– Nie, jestem w łóżku hotelowym. Sam.

– Gdzie?

– W Czarnem. Przyjechałem, wykąpałem się i odpoczywam po podróży.

– A, to świetnie! – Ucieszył się. – To jak, wpadasz na kolację? Wysyłam ci adres i za pół godziny chcemy cię tu widzieć. Taksówki stoją tam gdzie dawniej, pod bankiem. A z powrotem załatwimy podwózkę z sąsiadem.

Czemu nie, pomyślałem. Zwłoki w rzece to nie moja sprawa, ale nie przestanę o nich myśleć, jeśli spędzę ten wieczór w hotelu. Tym, czego potrzebowałem, było towarzystwo i namiastka normalności.

– Za kwadrans będę – potwierdziłem.

– Super. Przy okazji pogadamy o prozie życia. Bo ja ci tu nakręciłem robotę w szkole.

– Jaką znów robotę? Mówiłem ci, że sam sobie czegoś...

– Sam! – Prychnął lekceważąco. – Tobie się wydaje, że to takie proste? Czaruś, to nie Londyn, tu nie masz za dużego wyboru! Bierz, co ci oferują! Szkoła nie da ci może kokosów, ale przecież popołudniami możesz udzielać korepetycji. Na początek ci wystarczy, a kiedy okrzepniesz, rozejrzysz się po rynku pracy i coś postanowisz.

Cały Paweł, praktyczny do bólu. W naszej szczeniackiej paczce kumpli był zawsze tym najrozsądniejszym, najpewniej stąpającym po ziemi. Może dlatego teraz miał dom z ogrodem, rodzinę i świetnie prosperującą firmę produkującą opakowania z lakierowanego kartonu, a ja zostałem sam, z niczym. No okej, nie z niczym, skoro na moim koncie widniała suma z odpowiednią liczbą zer, tyle że nie posiadałem tego, co się naprawdę liczyło. Przede wszystkim nie miałem się gdzie podziać.

***

Kiedy byłem młodszy, brak mieszkania postrzegałem w kategoriach przygody. Nie mieć nic, nigdzie nie zarzucać kotwicy – to wydawało się łatwe, jawiło się niczym brama do wolności. Wszystko mogę, nic nie muszę, świat stoi przede mną otworem. I naprawdę stał. Ale później zaczęło się to, co ludzie nazywają dorosłym życiem: koniec hippisowania, szukanie pracy, a potem kolejnej, lepszej, większego mieszkania, wygodniejszego łóżka, solidniejszego stołu do jadalni. Następnie kredyt, kolejna praca i dojazdy do niej, gromadzenie pieniędzy już nie po to, żeby się dobrze bawić, lecz żeby kupić auto, lodówkę, pralkę, telewizor, kosiarkę do wypielęgnowanego trawnika... Goniliśmy za czymś, braliśmy udział w cholernym wyścigu, nie wiedząc dokładnie, gdzie i czy w ogóle jest jakaś meta. Ja fantazjowałem o wydaniu sagi w stylu Wiedźmina, a Joan o lepszym życiu, co się w jakiś sposób łączyło, lecz nie byłem pewien w jaki – zapewne gdzieś w tle były marzenia o wyższym statusie, o przyjaciołach z wyższych sfer; to dla niej, jako rasowej Brytyjki, zawsze było dość istotne.

Aż wreszcie po kilkunastu latach tej gonitwy, tego dziwnego pospiesznego życia, odkryliśmy, że nie mamy ze sobą o czym rozmawiać. Urlopy spędzaliśmy zawsze w Grecji, która jak na nasze portfele była tania, i zawsze we czwórkę, z Betsy i Michaelem, przyjaciółmi Joan. Tym razem nie mogli się z nami wybrać na Rodos, bo Betsy leżała w szpitalu z nogą złamaną w dwóch miejscach. Pojechaliśmy więc sami. I to była totalna katastrofa. Okazało się, że śmiertelnie się ze sobą nudzimy. Joan zaczęła się upijać, wygadywała głupoty, tańczyła z jakimiś napalonymi turystami z Niemiec. Ja chodziłem sam na plażę i godzinami gapiłem się w niebo, żeby uchwycić spadającą gwiazdę, choć już nie miałem marzeń, które mógłbym wypowiedzieć, ilekroć mi się udało.

Tak wyglądał początek końca. Nic spektakularnego, po prostu cisza i nuda. Kochałem Joan od pierwszego dnia, kiedy weszła do knajpy, w której zahaczyłem się do pracy tuż po przyjeździe do Londynu – aż do tego cholernego Rodos. A w każdym razie tak mi się wydawało. Rzecz w tym, że kiedy wsiadaliśmy do samolotu powrotnego, opaleni i ciężsi o kilka kilogramów przez obżarstwo zwane all inclusive, wiedziałem z całą pewnością, że nie kocham już kobiety, która siedzi obok mnie i przegląda katalog sprzedaży pokładowej, bo chce sobie kupić kolejne perfumy. Nie kocham jej i nawet nie lubię.

Oczywiście nie poddałem się bez walki, ona też nie, choć jej miłość także się wypaliła. Zapisaliśmy się na terapię dla par. Cóż, nie powiem, żeby okazała się pomocna. Czego dowiedziałem się podczas jej trwania? Właściwie o sobie – niewiele. Sądziłem, że usłyszę, jakie popełniam błędy i jak to wszystko naprawić, co zrobić, żeby znów zatrybiło, żebyśmy się na nowo odnaleźli. Zamiast tego padły słowa, które stały się gwoździem do trumny naszego związku. Joan wyznała, że dwukrotnie była w ciąży i miała dwie aborcje. Bo nie chciała urodzić. Bo tak. Albo raczej – bo nie.

Nie w tym rzecz, że byłem przeciwnikiem aborcji albo że tak bardzo chciałem mieć dzieci. Tak naprawdę nie wiedziałem, czy jestem przeciwnikiem i czy bym chciał. O potomstwie rozmawialiśmy jedynie raz, na początku – i zgodnie stwierdziliśmy, że nie interesuje nas życie rodzinne w tym tradycyjnym wydaniu, nie czujemy instynktu rodzicielskiego. Tyle że mieliśmy wtedy dwadzieścia parę lat. Sami byliśmy jeszcze dzieciakami. To się mogło zmienić. Chyba nawet powinno.

Problem polegał na tym, że według mnie Joan powinna była wziąć pod uwagę moje zdanie. To były nasze dzieci i miałem prawo o nich współdecydować. Bo może akurat chciałbym mieć dziecko i je wychowywać, nawet jako samotny ojciec. Kiedy jej to powiedziałem, wpadła we wściekłość.

– Mówimy o moim ciele! – krzyczała. – Moja macica to mój wybór! Ja musiałabym dźwigać brzuch ciężki jak arbuz i potem wić się z bólu podczas porodu albo dać się rozciąć, żeby to ze mnie wyciągnęli! Ja! Moje ciało zmieniłoby się na zawsze, nie twoje! Ty byś tylko siedział obok, trzymał mnie za rękę i patrzył tymi swoimi niebieskimi oczkami, zapewne pełnymi łez ze wzruszenia. W dupie mam twoje wzruszenie!

– To były nasze dzieci, nie tylko twoje – powtórzyłem z uporem.

– Nie żadne dzieci, lecz zarodki – odparła z zimną furią. – Takie coś jak u kurczaków. Rozbij sobie jajko i popatrz, jak wygląda zarodek. I spróbuj poczuć ojcowską miłość do tej krwawej kropki, do cholery.

Nie miałem pojęcia, ile tygodni miały jej ciąże, kiedy dokonała aborcji, ale coś mi mówiło, że to życie, które się w niej rozwijało, było większe niż plamka na żółtku. A poza tym, do diabła, naprawdę nie o to chodziło. Tyle że nie umiałem sformułować argumentu, bo był on czysto emocjonalny. Nie szło o zarodek, płód czy jak to nazwać. Szło o nas i o to, co było między nami. Albo raczej – czego nie było.

Nie rozstaliśmy się z dnia na dzień. Całe to odchodzenie od siebie trwało jeszcze bardzo długo. Na przemian kłótnie i ciche dni, jej płacz, moje trzaskanie drzwiami, chyba głównie z bezsilności i rozczarowania. Może ona czuła to samo? Może zawiodłem ją tak, jak ona mnie? Nie umiałem znaleźć odpowiedzi. Wiedziałem jedynie, że nie czuję już ani odrobiny tego, co kiedyś, nie byłem w stanie wykrzesać z siebie czułości, nie chciałem jej przytulić, kiedy płakała, ani pocałować, gdy piła wino i miała czerwone usta. Nie miałem ochoty jej dotykać ani się z nią kochać, patrzeć na nią ani słuchać jej głosu. Wkurzały mnie dźwięki, jakie wydawała jej szczoteczka do zębów albo suszarka do włosów. Pewnie ją tak samo drażniło brzęczenie mojej golarki albo stukanie w klawiaturę. Wcale bym się nie zdziwił, gdybyśmy któregoś dnia zaczęli się okładać pięściami – jeśli udało się tego uniknąć, to chyba głównie dlatego, że mieszkaliśmy w dwupoziomowym apartamencie.

No więc odchodzenie trwało długo. Kto wie, może nawet ostatecznie zostalibyśmy w tym chorym układzie z czystej wygody, żeby nie musieć sprzedawać mieszkania i dzielić się tak zwanym majątkiem – gdyby nie to, że oprócz gwoździa do trumny, jakim było wyznanie o aborcjach, pojawił się także młotek, który na amen zabił wieko. Mianowicie podczas którejś kłótni, gdy wróciliśmy do bolesnego tematu, Joan wykrzyczała mi: „A niby skąd ta pewność, że to ty byłeś ojcem?!”.

Po czymś takim nie miałem już żadnych wątpliwości, że nic nas nie łączy. Miałem ochotę spakować się, wyjść, trzasnąć drzwiami i nigdy więcej nie wrócić. A jednak okazało się, że to nie takie łatwe. Musiałem się przecież gdzieś podziać. Nie da się tak zwyczajnie opuścić miejsca, które nazywało się domem – w każdym razie ja nie potrafiłem. Nagle to wszystko wydało mi się bardzo drogie i bliskie, każdy głupi obrazek zawieszony na ścianie, każda półka i szafka, którą skręcałem lub zawieszałem, jakby w tych przedmiotach tkwiła cząstka mnie i jakby wyprowadzka miała zadać mi rany w sensie fizycznym.

Zadawałem sobie pytanie, dokąd mam się udać, gdzie mogę zamieszkać – ja, wieczny rolling stone, kamień, który nigdy nie zdołał porosnąć mchem, człowiek bez korzeni. Wczesne dzieciństwo spędziłem w Zielonej Górze, do podstawówki i liceum chodziłem w Czarnem, potem był okres studiów w Poznaniu, a zaraz po obronie magisterki wyjechałem na Wyspy. Tam także się błąkałem, mieszkałem w kilku miejscach: począwszy od Edynburga, przez Leeds i Manchester, ostatecznie zarzuciłem kotwicę w Londynie, naiwnie wierząc, że to już na stałe.

Domu rodzinnego nie miałem od dawna. Moi rodzice rozwiedli się dość wcześnie, mama nie żyła od czternastu lat, ojciec mieszkał za granicą; nie utrzymywałem z nim kontaktu. Innej rodziny właściwie nie miałem; gdzieś tam było wujostwo i kuzynostwo, lecz nie stanowiliśmy familii tego typu, co to spotyka się na weselach i chrzcinach, wręcz przeciwnie: ostatnio widziałem ich wszystkich na pogrzebie mamy, na który swoją drogą ledwie zdążyłem, bo mój samolot miał opóźnienie.

Kto wie, co bym zrobił, co postanowił, gdyby nie przypadek. A było nim spotkanie Pawła i Cecylii, przyjaciół ze szczenięcych lat, którzy wybrali się na majówkę do Londynu.

Kiedy ich zobaczyłem, akurat wychodzili od Madame Tussaud’s. Cesia miała o coś pretensje, jej wyraz twarzy można by zamieścić w słowniku obrazkowym jako ilustrację hasła „foch” – ten charakterystyczny grymas ust, te zmarszczone brwi... Poznałbym ją na końcu świata, choć przecież pod wieloma względami się zmieniła: inne uczesanie, tleniony blond włosów, no i kilka kilogramów więcej. A jednak – wciąż ta sama Ceśka. Koleżanka z liceum.

Poczułem się wtedy jak pijany. Jakby mi się zachwiał świat. Nic tu do siebie nie pasowało. Cecylia, mówiąca coś po polsku do mojego najlepszego kumpla, ruch uliczny na Marylebone Road, cały ten zgiełk, mój codzienny pośpiech, stacja metra Baker Street, figura Sherlocka z fajeczką – i oni, te ich polskie twarze, które na moment cofnęły mnie w czasie o dwadzieścia lat.

Stanąłem jak wryty. Jeszcze nie dowierzałem.

– Cezary? Czarek! – zapiał Paweł. – Cecylka, zobacz, Czarek! Ja nie mogę! A właśnie wczoraj o tobie rozmawialiśmy, że gdzieś tu mieszkasz, ale na pewno cię nie spotkamy, no bo gdzież tam, niemożliwe, wielkie miasto, taki moloch, tylu ludzi, tłok, a gdzieś w tym tłoku ty! Kopę lat, brachu!

Posypały się te wszystkie głupie zapewnienia: nic się nie zmieniłeś, mieliśmy się odezwać, ale wiesz, jakoś tak zeszło...! Wiadomo, szara rzeczywistość trzyma za mordę i nie odpuszcza nawet na moment...

Okazało się, że wynajęli sobie mieszkanko niedaleko, przy Robert’s Street, że to pierwszy ich wyjazd bez dzieci, że są spragnieni wrażeń, że chętnie wybraliby się gdzieś na drinka. Umówiliśmy się na wieczór w Pubie Crown & Anchor i to właśnie tam, po kilku piwach, kiedy już opowiedziałem im o konającym w ostatnich drgawkach związku z moją brytyjską żoną, przyszła im do głowy szalona myśl, że mógłbym wrócić do Polski.

– Człowieku, z twoim angielskim bez trudu znajdziesz pracę! – przekonywał mnie Paweł, już nieco przesadnie wymawiając spółgłoski.

– Ale od czegoś trzeba zacząć, nie? – spytałem z powątpiewaniem. – I na dodatek w Czarnem? Gdzie bym się zahaczył? Dom po matce sprzedany, nie miałbym gdzie mieszkać. Nie dorobiłem się fortuny. Gdyby nie kredyt i ciułanie przez lata, nawet mieszkania byśmy nie kupili. Tutaj generalnie trudno się dorobić, wbrew temu, co się wydaje większości naszych rodaków. Nawet gdy sprzedamy z Joan mieszkanie i podzielimy się kasą, wcale nie stanę się jakimś wielkim bogaczem.

– Daj spokój, kto mówi o fortunie! Zresztą jak znam życie, to, co tutaj nazwiesz niewielką sumką, w Polsce może się okazać całkiem zacną forsą. Ale nie o to przecież chodzi. Brachu, pieniądze to nie wszystko! Trzeba się gdzieś zestarzeć w spokoju. Znaleźć sobie jakąś społeczność, swoich ludzi, rozumiesz? Należeć do nich, być częścią większej całości. Inaczej po prostu zwariujesz, zdziwaczejesz, zaczniesz gromadzić śmieci albo karmić bezdomne koty, a na koniec umrzesz samotnie i sąsiedzi znajdą cię dopiero wtedy, gdy zacznie śmierdzieć.

Cóż, nie byłem pewien, czy czuję potrzebę przynależności do grupy. Nie przeszkadzało mi to, że w Londynie nie mam kontaktu z rodakami, w zasadzie nie nawiązałem bliższej relacji z nikim poza Joan i jej przyjaciółmi, ale nigdy nie było mi z tym źle. A jednak podczas tamtej zakrapianej rozmowy z Pawłem i Cecylią głupio uwierzyłem, że moje życie w cudowny sposób się odmieni, wszystkie tęsknoty ucichną, a rany na duszy się zabliźnią – gdy tylko znajdę się wśród swoich.

– Moja siostra pracuje w nieruchomościach – zapewniała mnie Cesia, która sączyła słodkie drinki i pewnie dlatego ululała się na perłowo. – Poszuka ci mieszkanka. W Czarnem albo ostatecznie w Żarach, gdzieś blisko, w rodzinnych stronach. Czarek, nad czym ty się w ogóle zastanawiasz? Co cię tu trzyma?

Musiałem przyznać, że nic. Kompletnie nic. Nie mogłem znaleźć żadnego argumentu przemawiającego za pozostaniem na Wyspach. I tak oto, po pijaku i na wariata, podjąłem decyzję: doprowadzam do końca sprawy rozwodowe i podział majątku, sprzedaję to, czego nie mogę ze sobą zabrać – i przyjeżdżam do Polski. Wracam na stare śmieci.

Właśnie wtedy do gry wkroczył los, ten stary figlarz. Zanim zdążyliśmy z Joan sfinalizować sprawę rozwodu, zanim jeszcze w ogóle któreś z nas złożyło pozew – wydarzyła się tragedia.

W oficjalnym komunikacie wydanym przez Metropolitan Police nie brzmiało to jakoś spektakularnie. Tuż przed godziną 09:00 czasu GMT czerwony londyński doubledecker o numerze 13 uderzył w wiatę przystankową przy jednym z najbardziej ruchliwych węzłów komunikacyjnych stolicy, Terminus Place... I tak dalej.

W wyniku wypadku śmierć poniosła jedna osoba czekająca na przystanku. Tą osobą była moja – wciąż jeszcze – żona, Joan Osinski.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki