Miasteczko - Paulina Świst,Piotr C. - ebook + audiobook

Miasteczko ebook i audiobook

Paulina Świst, Piotr C.

4,9
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów w stałej cenie, by naprzemiennie czytać i słuchać. Tak, jak lubisz.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.

Dowiedz się więcej.

241 osób interesuje się tą książką

Opis

Trzymająca w napięciu od pierwszej do ostatniej strony, zabawna, intrygująca i zaskakująca powieść autorstwa dwojga najbardziej tajemniczych postaci polskiej literatury.

Piotr i Paulina nieszczególnie za sobą przepadają. Szczerze mówiąc, najchętniej całkiem by o sobie zapomnieli. Pewnie dlatego że byli małżeństwem. Wyszło na to, że miłość ich rozdzieliła; czy jest coś, co może ich znowu połączyć?

Jasne, że tak. Spadek.

Wuj Pauliny zapisuje im w testamencie halę produkcyjna ukrytą w samym sercu bieszczadzkich lasów i całkiem przyzwoity dom. Na miejscu odkrywają, że w domu mieszka niespodziewany lokator i że hala bynajmniej nie świeci pustkami. Wiesław, lokalny „biznesmen” o nienagannych manierach i mentalności gangstera, prowadzi w niej mocno nielegalną działalność.

Co począć z tym fantem?

Spławić Wiesława? Może być ciężko. Wejść do interesu? Trochę ryzykowne. Wziąć nogi za pas i zapomnieć o sprawie? Odrobinę za późno. Jakoś się z tych kłopotów wykaraskać, zachowując życie, zdrowie i chociaż resztki zdrowego rozsądku?

Tak by było najlepiej. Tylko jak to, do cholery, zrobić?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 247

Rok wydania: 2025

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 39 min

Rok wydania: 2025

Lektor: Laura BreszkaMatusz Drozda

Oceny
4,9 (38 ocen)
34
4
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
eroticbookslover
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

No powiem Wam, że to co tu się dzieje, to jest prawdziwa jazda bez trzymanki. Fabuła. Teksty. Humor. Sarkazm. Bandziory. Paragrafy, no i oczywiście stosunki międzyludzkie, a raczej między P. a P., które wiszą w powietrzu przez całą książkę, a które, prawdopodobnie nie mają prawa się wydarzyć, a to wszystko okraszone niesamowitymi tekstami, prosto z osobistych doświadczeń Śwista i całkiem nowe, ale rewelacyjnie uzupełniające teksty Piotra C., którego jeszcze nie czytałam, ale oglądałam Netflixa, to coś tam trochę wiem :-). No i bohaterowie drugoplanowi G. i G., którzy mnie osobiście bardzo zaintrygowali. Czytajcie! Słuchajcie! Polecam!
10
Paaulinaa88

Nie oderwiesz się od lektury

❤️😍❤️😍❤️😍❤️😍❤️😍
00
Sylwiab

Nie oderwiesz się od lektury

Do przeczytania na jednym wdechu. Mam nadzieje iz bedzie ciag dalszy bo tak bez zakonczenia.
00
moro444

Dobrze spędzony czas

Książka po prostu ok. Lekka i przyjemna ale brakowało mi czegoś co by bardziej trzymalo w napięciu. Inne ksiązki Pauliny potrafiłam przeczytać w jeden wieczór, nie moglam się doczekać jak się wszystko rozwinie. Tutaj czegoś mi zabrakło.
00
AnikaAnika

Nie oderwiesz się od lektury

swietna ja zawsze 😎
00



Projekt okładki: Piotr Wszędyrówny

Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Barbara Milanowska, Renata Jaśtak

Zdjęcie na okładce: © gremlin/iStock

© by Paulina Świst i Piotr C.

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2025

ISBN 978-83-287-3516-3

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2025

–fragment–

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

PROLOG

4 lata wcześniej

Ziga pamiętał, jakby to było wczoraj. Rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty szósty. Wybuchła elektrownia w Czarnobylu, szlag trafił prom kosmiczny Challenger, Polska na mundialu dostała w jednej ósmej finału łomot od Brazylii, przegrywając pamiętnie cztery do zera, a on na kacu stał w kościele. Zupełnie tak jak dziś. Wtedy jednak zamiast tłustej koperty trzymał mały becik, który załatwił od kolegi sztygara za trzy kartki na wódkę i sztangę czerwonych carmenów1. Wówczas nigdzie nie można było tego kupić. W sensie becika. Chociaż wódki i carmenów też nie za bardzo.

W beciku darła mordę malutka czarnowłosa dziewczynka. Jego córka chrzestna. Lata później okazało się, że nawet gdyby była rodzona, nie mogłaby być bardziej do niego podobna.

Potem był w kościele na jej roczku. Wtedy dla odmiany nawet nie miauknęła – była najgrzeczniejszym dzieciakiem w kościele. A to dlatego, że całą mszę trzymał ją na rękach, a ona była bardzo zajęta. Czym? Drapaniem jego twarzy. Do krwi. Uśmiechała się przy tym tak uroczo, że nie miał serca kazać jej przestać.

Nadal nie mógł uwierzyć, że ta piękna kobieta, która właśnie stoi przed ołtarzem, to ten uroczy gówniak, który skradł jego serce w momencie, gdy ją zobaczył. Kiedy ona tak dorosła?

Przeniósł wzrok na stojącego obok niej faceta. Wyższy od niej o pół głowy, dobrze zbudowany, żaden wymoczek. Niby warszawiak, a jakby normalny. Ziga spodziewał się, że będzie jak odświeżacz do kibla, a patrz, Teresko, nie sra wyżej, niż dupę ma, nie stęka, nie jęczy, nie wywyższa się, a jak ktoś mu poleje gorzoły, to grzecznie podziękuje. A wczoraj sam drewno do kominka porąbał.

Nie to, co ten tuman – popatrzył niechętnie na Miszkę, który siedział właśnie w trzeciej ławce, w błyszczącym jak psie jaja garniturze. Minę za to miał jak srający kot na pustyni. Czyli dość durną. Niby od nas, a jakiś podmieniony. Jak nic podciep2 – pomyślał Ziga. Dobrze, że Paula za niego nie wyszła. Ziga jej mówił, że Michał jest miękkim robiony.

A ten Piotrek wygląda na normalnego chłopa. Ziga poczuł, jakby ktoś zdjął mu z głowy odpowiedzialność za Paulinę. Może spać spokojnie. Poradzą sobie.

– Ja, Piotr, biorę ciebie, Paulino, za żonę i ślubuję ci: miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci – usłyszał pewny głos.

Nawet warszawski akcent Piotrka przestał już Zigę irytować.

Tak, Ziga był przekonany, że jego ukochana Paulinka podjęła dobrą decyzję.

PAULINA

„Piotr to chuj, na którego nie warto zwracać uwagi, ale jestem zazdrosna o to, że z nim spałaś”.

Takiej treści wiadomość wyświetlił mój telefon. Uniosłam brwi do połowy czoła, a potem weszłam na profil nieznanej mi kobiety. Weronika. Blondynka. Bardzo ładne zdjęcia… Ze wszystkich sił starała się na nich wyglądać na wyluzowaną, fajną dziewczynę. Na szczęście nie ze mną te numery, Brunner. Opętaną wariatkę poznam zawsze… Zwłaszcza gdy o dwudziestej drugiej wysyła mi takie wiadomości na firmowy Instagram. Choć to była tylko drobna wskazówka. Pojebanie czaiło się w jej oczach.

„Yyyyyyy?” – odpisałam, zniżając się do jej poziomu.

„Sry” – odczytałam po chwili.

O, ty pindo, nie wiesz, z kim tańczysz! „Ale to nie do mnie tak, do mnie nie” – rzuciłam tonem Daria ze Ślepnąc od świateł – mojego ulubionego serialu z genialną rolą Jana Frycza.

W pierwszej chwili chciałam z laską pojechać jak z furą gnoju, ale w drugiej… zrobiło mi się jej żal… Dlatego powstrzymałam pumę, która właśnie szczerzyła zęby i syczała w mojej głowie.

Każda kobieta przynajmniej raz w życiu zrobiła z siebie idiotkę przez faceta. A kto, jak kto, ale Piotrek potrafił doprowadzać ludzi do naprawdę skrajnych emocji. Szewskiej pasji. Kurwicy. Ale też szczęścia, radości, zachwytu i sytuacji, gdy chwilę wcześniej się uśmiechałaś, a minutę później opierałaś się o ścianę z wypiętym tyłkiem. Co sprawiało, że (niestety) zakochać się w nim nie było trudno… Założę się, że nawinął tej pannie taki makaron na uszy, że z koleżankami wybrała już suknię ślubną, salę, zawiązała kokardki na wódce i nieustannie kminiła, jak usadzi przy stole ciocię Zdzisię i wujka Bronka, skoro nie rozmawiają ze sobą od piętnastu lat.

Przy czym byłam pewna, że Piotrek nie obiecał jej ślubu i nie powiedział jej, że zakochał się od pierwszego wejrzenia.

Po prostu znalazł w niej ze dwie fajne cechy, a potem… pięknie jej o nich opowiadał, dając jej poczucie totalnej wyjątkowości. A ona dokleiła sobie resztę historii, nie podejrzewając nawet w swojej pięknej, choć pustawej główce, że w tym samym czasie on pisze jeszcze z piętnastoma pannami, u których podziwia kolejnych trzydzieści równie wyjątkowych cech.

Do teorii nie pasował mi tylko jeden fragment „jestem zazdrosna, że z nim spałaś”. Czyli ona z nim NIE spała… Żałuj, gadzino. Wśród morza parszywych cech to akurat był jeden z niewielu jego talentów.

Okej. Potrafi jeszcze podłączyć zmywarkę i zrobić podpałkę do grilla. Obronić cię przed całym światem, kiedy ktoś chce zrobić ci krzywdę. A potem może właśnie dlatego jesteś aż tak bardzo bezbronna, kiedy krzywdę robi ci on.

I bronić się musisz zacząć sama.

Dobra, dość – otrząsnęłam się. Wróćmy do tematu, który nie boli, a jedynie irytuje. O proszę! Spojrzałam na zdjęcie w galerii Weroniki, które podpisałabym: „Jest mi zimno, nie mam swetra, moja warga ma pół metra”.

Dupy. Tępe dupy, których najwyraźniej potrzebuje do życia. Bardziej niż, kurwa, mnie. Bo w to, że nie przewidział konsekwencji swoich durnych działań, nie mogłam uwierzyć. Przecież nie był aż tak głupi…

Podeszłam do lodówki i wyjęłam z niej piwo, a potem opadłam na fotel. JEGO fotel. Kiedyś. Chyba muszę go w cholerę wyrzucić. Za bardzo kojarzył się z przeszłością.

– Dlaczego z nim nie spała? – zapytałam głośno sama siebie, otwierając browara.

„Wiesz, że twój ukochany zabrał moje majtki?” – oznajmiła dumnie blonda na ekranie, tak jakby miała podsłuch w moim domu. „Nie irytuje cię to? Jakie to uczucie wiedzieć, że o mnie marzy? Że ma przy sobie moją bieliznę?”

No stara baba, a jednak jebnięta. Naprawdę nic nie rozumie. Może powinnam jej powiedzieć, że nie zabrał mi majtek, ale od momentu, kiedy poznaliśmy się na służbowej kolacji, nie potrafiliśmy się rozstać ani na chwilę przez pierwsze czterdzieści osiem godzin. Że co parę minut zdarzało nam się krzyczeć równo: „Niesamowite, też tak mam!”. Że słuchaliśmy podobnej muzyki, mieliśmy pokrewne zainteresowania i takie samo, zbyt grube, poczucie humoru. Że w końcu, kiedy skończył się prywatny bankiet, wylądowaliśmy w apartamencie prezydenckim w Marriotcie, na który wtedy żadnego z nas nie było stać, ale w pandemii to był jedyny otwarty hotel i tylko ten pokój był wolny. Że nie zabrał mi majtek, za to pieprzył się ze mną i kochał na zmianę przez cały weekend. Wychodził z łóżka tylko po to, żeby odebrać od obsługi hotelowej żarcie i zamówiony alkohol. Że rozmawialiśmy godzinami o wszystkim, co tylko przyszło nam do głowy, sześć razy się pokłóciliśmy, siedem pogodziliśmy. I wiedziałam, że trafiłam na faceta, o którym nigdy nie będę w stanie zapomnieć. Ale dlaczego miałabym o tym mówić jakiejś idiotce, która skargi, że Piotrek nie raczył jej przelecieć, wysyła na profil kancelarii?

To były moje wspomnienia. Piękne, mimo tego, co potem odwalił. Nie będę ich dzielić z laską, której łeb, gdyby ją w niego walnąć, zadźwięczałby tak jak garnek do żuru uderzony wielką chochlą.

I właśnie wtedy mnie olśniło. Nie spał z nią, bo skroił się, że panna ma nierówno pod sufitem, będzie robiła dziwne akcje… i odpuścił w porę. Jak już wspomniałam, nie był głupi. Gdyby był, nie sprawowałby zaszczytnej funkcji, jaką kiedyś pełnił.

Kim był Piotr i jaka to zaszczytna funkcja?

Był moim mężem. Był. Nie jest.

Znajdę w sobie zatem odrobinę litości dla blondi, albowiem wszystkie jesteśmy kretynkami.

„Wytrzeźwiej :*” – zaproponowałam Weronice, przesyłając jej wraz z tą dobrą radą buziaczka.

W sumie było mi jej nieco szkoda… Sama wielokrotnie wylewałam po pijaku swoje żale. Niestety już w wieku siedemnastu lat nauczyłam się, że nic tak nie pogarsza kaca, jak wysyłane na bani, w środku nocy żałosne smęty. Dlatego zamiast wysyłać, zaczęłam spisywać je sobie w notatniku… Rano wstawałam, czytałam to gówno i… dziękowałam Bogu, że opracowałam tak dobry patent. Inaczej chyba spłonęłabym ze wstydu.

Dzięki temu Piotrek nie miał bladego pojęcia, jak bardzo cierpiałam po rozwodzie. Chociaż tyle. Przynajmniej duma mi została. Nie proś, nie błagaj, zaciśnij zęby, wytrzymaj, powtórz…

„Trzeźwam…” – odczytałam po chwili. „No może nie do końca, bo inaczej bym tego nie napisała…”

Uśmiechnęłam się z pobłażaniem. Kategoria: Wielcy Odkrywcy, Weroniczka bierze na siebie. Jak kiedyś postanowię zmienić profil zawodowy i rzucić prawo w pizdu, to zostanę wróżką. Urodą pasowałam do stereotypu. Wystarczy, że kupię sobie chustkę, szklaną kulę, dużo świeczek z Rituala i będę przepowiadała przyszłość. By mieć pewność, że wyżyję z tego biznesu, sprofiluję się na nowe kukuryny mojego byłego męża. Znaleźć je będzie niezwykle łatwo – albo przyjdą same, jak Wera, albo po prostu zaloguję się na fora „dla biuściastych kobiet”… Jeśli to dalej istnieje, to Piotrek z pewnością jest tam adminem.

„Moje uczucia wahają się między zazdrością a obojętnością” – odczytałam najnowsze przemyślenia Weroniki.

Ryknęłam śmiechem tak, że prawie spadłam z tego pieprzonego fotela.

Rzeczywiście, obojętna. Jak odczyn ścieków w Wiśle.

„Śpij słodko :*” – dopisała.

Oczami wyobraźni zobaczyłam, jak leży z winem w łóżku i cieszy się, że bardzo zjebała mi wieczór. I że bawi ją, że pewnie mi smutno. No cóż, nie wyszło. Smutno mi już było kiedyś. Zatem nie poprawisz sobie humoru moim kosztem, gadzino.

„Zwłaszcza ta obojętność jest widoczna :*” – odpisałam.

Poczekałam, aż odczyta, i jak tylko zobaczyłam trzy migające kropki świadczące o tym, że tworzy jakąś ripostę – zablokowałam ją.

Tia, wiem. Wredny patent. Ale to nie ja zaczęłam.

– I kto teraz ma zjebany wieczór, Wera? – zapytałam w przestrzeń.

PIOTR

– Piotrek! Ruszaj ten leniwy zad! Jezu, ja musiałam mieć co najmniej wylew, że zadałam się z gorolem! Wstawaj, ty tani warszawski lowelasie od siedmiu boleści, bo ci pomogę z prysznicem – dodała złowrogo.

Powoli otworzyłem zapuchnięte prawe oko. Nade mną stał demon zemsty w czystej postaci.

Czarny. Czarne włosy spływały mu na ramiona, tworząc wokół twarzy coś na kształt mrocznej aury. Oczy miał wielkie i głębokie, jakby płonął w nich ogień piekielny, prosto ze śląskich kopalń i hut. Wydobywanie węgla się już nie opłaca.

W tym roku na utrzymanie jednego górniczego etatu wydamy pół miliona złotych. Polska zdecydowała o wygaszeniu sektora górniczego w latach dziewięćdziesiątych. A później już tylko robiła górników w ciula.

Demon był w białej kusej kiecce, do której potrzebne były długie nogi i wielkie cycki.

Przyznaję, moja eksżona posiadała jedno i drugie.

Mięśnie miałem dziwnie spięte, kręgosłup sztywny jak zjazd księgowych. Głowa pulsowała. Ale dlaczego? – użaliłem się sam nad sobą. Przecież wczoraj wcale nie piłem zbyt dużo! U progu czterdziestki osiągnąłem dojrzałość. Budziłem się i już wszystko mnie bolało.

– Tylko nie tani – zaprotestowałem słabo.

Wiedziałem, że nie żartuje, zwłaszcza że w ręku już trzymała wazon z kwiatami, który jeszcze przed momentem znajdował się na stole konferencyjnym. Paulina miała zasady.

Reguła numer 501: w kancelarii cały rok mają stać świeże kwiaty.

– Nie złościmy się. Panujemy nad sobą. Agresywność zero – dodałem, jak mi się wydawało, uspokajająco.

W czasach, kiedy jeszcze byliśmy razem, mieliśmy dwa sposoby na rozwiązywanie kłótni.

Pierwszy – kładziemy się na podłodze i rozmawiamy. Nie możesz wkurzać się na kogoś, z kim leżysz razem na podłodze. Drugi – leży tylko jedna osoba. Druga skacze.

Oba działały świetnie. Do czasu.

Obu mi brakowało. Czasami. Tylko kretyn myśli, że z kobietą, którą się kochało, można się rozstać. Pozostanie zawsze w twoim życiu. Tylko w innej roli.

– Dlaczego ZNOWU śpisz w kancelarii? – Głos Pauliny był gęsty, niski, z lekką chrypką.

Akcent padł na „znowu”.

– Mówiłem ci milion razy, że czekam, aż mi blok wykończą – wycedziłem.

Kiedy Paula wykopała mnie z naszego mieszkania, przez trzy miesiące łudziłem się, że to uda się jeszcze wyprostować.

Ale nie.

Reguła Pauliny numer 502: ostatnia szansa nie bez powodu nazywa się ostatnią.

Kiedy zrozumiałem, że nic z tego, wprowadziłem się do kumpla i kupiłem sobie schowek na szczotki w Porcie Praskim, za to za miliony.

Deweloper miał, jak to w tej branży bywa, lekuchne opóźnienie. Nie wiem, czy mu zabrakło betoniarek, czy wywrotek. Miał skończyć w listopadzie. Był lipiec. Następnego roku.

A do kumpla właśnie wprowadziła się dziewczyna. Pogratulowałem szczerze i zostałem z gołą pytą w garści.

– Miałeś coś wynająć – burknęła.

Trzeba wstać, kurwa mać.

– Miałem, miałem, dużo rzeczy „miałem”, ty wiesz, jak trudno jest teraz coś wynająć w tym mieście za racjonalne pieniądze? Za byle klitę chcą pięć tysięcy. A tak z kanapy mam bliżej do pracy. Chyba że pozwolisz mi się wprowadzić na kilka tygodni, co? Zajmę gościnny, nikomu nie będę przeszkadzał. – Łypnąłem na nią z nadzieją.

– Bóg cię opuścił? – Moja eksżona spojrzała na mnie z politowaniem.

– Brakuje mi mojego fotela.

– To już nie jest twój fotel – prychnęła. – Dlaczego śpisz w konferencyjnym?

– Bo w moim pokoju kanapa jest z taniego skaju i lepi mi się do dupy. Zwłaszcza w taki upał.

– Sam ją wybrałeś.

– Kazałaś mi oszczędzać.

Odrzuciłem prześcieradło. Trzymałem je w szafie zaraz przy komentarzu do VAT, który był grubości dwóch cegieł szamotowych. I równie ciężki. Po czym wstałem, nie przejmując się tym, że jestem kompletnie nagi. Poczułem na sobie jej bezczelne spojrzenie.

– Musisz? Jestem trzeźwa, więc się nie skuszę.

– Nie ma tam nic, czego jeszcze nie widziałaś. Poza tym spanie w bokserkach jest niezdrowe – odpyskowałem.

Przeciągnąłem się niczym goryl, któremu ktoś wsadził w tyłek końcówkę od myjki ciśnieniowej.

Paulina otworzyła okno, żeby wywietrzyć w pokoju.

Spojrzałem na zegarek. JPRDL. Szósta pięćdziesiąt. Rano. Jawne okrucieństwo. Powieki ciążyły mi jak dwie gilotyny.

Kawy.

Potrzebuję wiadra kawy. I jakiegoś śniadania, które wyjątkowo nie będzie hot dogiem z Żabki.

– A w temacie pijanych desperatek… Czy ty możesz zacząć robić tym swoim tlenionym flądrom jakiś test na IQ? – zapytała złośliwie. – Nie mówię, że masz wybierać tylko te, których wyniki są na poziomie Mensy, ale jakbyś leciał powyżej wartości siedemdziesiąt jeden, to już moje życie byłoby łatwiejsze.

Która? W głowie zrobiłem sobie szybkiego gugla. Wynik wyszukiwania był jednak dość prosty.

– Widzę, że poznałaś Weronikę. Od razu czułem, że się polubicie… – powiedziałem z udawaną obojętnością.

– Bardzo. Dlatego możesz ją poinformować, że nie jesteś już żonaty. Na pewno przyjmie to z radością.

– Z przykrością, pani mecenas, stwierdzam, że nie.

– Bo? – zapytała spokojnie.

Zbyt spokojnie. W myślach pewnie robiła mi straszne rzeczy.

– To banalnie proste – prychnąłem, szukając w leżącej pod palmą otwartej walizce nienoszonych jeszcze bokserek. – Wtedy nie chcą wychodzić za mąż.

Znalazłem granatowe od Ralpha Laurena. Powąchałem. Czyste.

Paulina patrzyła na mnie jak na żuka gnojowego. Z ciekawością zabarwioną obrzydzeniem. Tak jakby się zastanawiała, czy naprawdę jestem taki głupi, czy tylko udaję.

– Gówno, a nie, że nie chcą wychodzić za mąż. Uważają, że jestem im przeszkodą na drodze do szczęścia. Ale co ty, nieszczęsny menelu, możesz wiedzieć o uczuciach…

Zignorowałem oczywistą prowokację.

– Jedno mnie tylko dręczy… Czemu z nią nie spałeś? – Zarechotała złośliwie. – Czyżby jakieś problemy? Przy rozwodzie rzuciłam wprawdzie klątwę, żeby przestał ci stawać, ale nie wierzyłam, że mam aż taką moc!

Związek z Pauliną zdecydowanie za często przypominał nieustanne odbijanie piłeczki. Piłki. I lecących w twoim kierunku pocisków z granatnika. Facet czasami musi odpocząć. Po prostu.

Mężczyzna rozpaczliwie szuka spokoju. Chce mieć choć jedno miejsce na świecie, gdzie może złożyć broń. Mężczyzna także tęskni za kobietą, która jest dla niego odpoczynkiem. Przy której może zrzucić zbroję. Paulina cały czas kazała mi swoją czyścić.

– Nie miałem zamiaru z nią spać – zełgałem gładko.

– To po co ją poderwałeś?

– Ja nie podrywam kobiet – oznajmiłem dumnie.

– Od kiedy?

Spojrzałem w jej ciemne oczy.

– Od dawna wychodzę z założenia, że nie chcę kogoś, kto mnie nie chce. Czekam więc, aż zgłoszą się same.

PAULINA

Są dwa rodzaje rozstań. Rozstanie, kiedy nie możesz już patrzeć na swojego faceta i nie chcesz mieć z nim nic wspólnego. To proste. Zrobiłam tak ze dwa razy w życiu i nigdy więcej nie obejrzałam się za siebie. I rozstanie w wyniku dumy. Kiedy powiesz, że to ostatnia szansa. A gdy bezmyślny dzban, którego nazywasz swoim mężem, bezrefleksyjnie tę szansę zmarnuje – musisz wziąć za te słowa odpowiedzialność. Żeby móc potem patrzeć w lustro.

Nas oczywiście dotyczyło to drugie. Dlatego było o wiele trudniej.

– I zgłaszają się same. Szkoda, że do mnie. – Nie mogłam się powstrzymać. – Ogarnij to. Bo z następną pojadę tak, że kasy ci nie wystarczy, żeby jej zapłacić za psychoterapię. A dopiero potem wezmę się za ciebie. – Uśmiechnęłam się słodko. – Na deser. Jak masz kryzys wieku średniego, to może kup sobie motor?

Mimo woli obserwowałam, jak wciąga gacie na ten seksowny tyłek. Mam słabość do wysportowanych facetów. Z mózgiem i potencjałem. I nieodwracalnie zjebanych. To źródło wszystkich problemów w moim życiu.

– Motocykl, nie motor. I bardzo śmieszne. Chcę napić się kawy. Potem biznesy – mruknął i ruszył w kierunku kuchni.

Odliczyłam spokojnie od dwudziestu w dół i dopiero kiedy miałam pewność, że nie wyleję mu na łeb wody z wazonu, ruszyłam za nim. Czemu z perspektywy fotela w domu to wszystko wydawało się proste? A kiedy go widziałam, przestawało takie być? Miałam ochotę go dojeżdżać, wkurzać, prowokować.

Wzięłam głęboki wdech…

Dlaczego to zjebałeś, głąbie? I czemu teraz się dziwisz? – pomyślałam po raz tysięczny.

– Piotrze, za dziesięć minut przyjdzie tu wykonawca testamentu – rzuciłam urzędowym tonem, który zdziwił mnie samą. – Dobrze wiesz, jaki był Ziga… Wujek Zygmunt – poprawiłam.

Zachował kamienną twarz.

Prawie.

Bo ja wiedziałam, że zmiękł. Żony wiedzą takie rzeczy. Nawet jeśli są eks.

– Dobrym człowiekiem był – powiedział powoli. – Niech mu ziemia lekką będzie, a ja mu jeszcze butelczynę samogonu na grób wyleję.

Piotrek spojrzał na ekspres do kawy, który właśnie mu zaproponował, żeby go odkamienić. Widziałam, jak lekko zacisnął szczęki. To prawda, że ekspres zawsze formułował takie żądania, kiedy podchodził do niego Piotrek, a kiedy ja – nigdy. Fajny ekspres, karmiczny. Nęka tych złych.

– Nie znał się na ludziach – rzuciłam złośliwie.

To nie była prawda. Mój ojciec chrzestny Ziga na ludziach akurat się znał i był… wielkim fanem Piotrka. Uwielbiał go i uważał, że jak na gorola jest bardzo fajnym gościem. Opowiadał mu historie z „dołu”. Piotrek mawiał, że przypominają mu opowieści z wojska.

Kopalnia w latach siedemdziesiątych to była arena walki o przetrwanie, jeśli chodzi o stosunki międzyludzkie. Ziga przez dwadzieścia pięć lat był sztygarem. Odszedł z pracy pierwszego dnia po uzyskaniu praw do wcześniejszej emerytury i nigdy nie wrócił.

Górnicy dzielą się na dwa typy: tych, którzy kochają swoją robotę, i tych, którzy jej nienawidzą.

Ziga nigdy nie chciał robić na grubie. Ale w jego czasach tylko tam dało się godnie zarobić. I mieć wstęp do górniczego sklepu, w którym na książeczkę „G” można było dostać pralkę, futro, narty i kafelki. Wtedy zwykli obywatele mieli tylko ocet.

Dlatego olał studia, mimo że pierwszy w rodzinie się na nie dostał. Ludzie spoza Śląska zwykle tego nie rozumieli. Piotrek rozumiał.

Poza tym obaj byli zabawni, złośliwi i z dowcipem równie subtelnym jak machnięcie kilofem. Rechotali czasami jak dwa trolle pod mostem, zazwyczaj w towarzystwie jakiejś gorzoły, od której niechybnie normalni ludzie natychmiast by oślepli.

Ziga nie mógł się pogodzić z tym, że się rozwiedliśmy. Iście po śląsku jednak nie komunikował tego wprost. Mówił po prostu: „Tyś jest hetera”, co znaczyło ni mniej, ni więcej, że wredna ze mnie sucz. Ale gdy pytałam, do czego pije, zbywał mnie machnięciem ręki. Wiedział, że nie warto wchodzić ze mną w tę dyskusję. Boże, jak bardzo mi go brakowało…

Piotr uniósł brew i spojrzał na mnie tymi niebieskimi ślepiami. „That Arizona sky, burning in your eyes”3. Na szczęście już się uodporniłam na to spojrzenie. Tak przyjmijmy.

– Polerowałaś dziś język na ostrzałce? – zapytał uprzejmie. – Dlaczego typ przychodzi tutaj? Reszta rodziny też wpadnie?

Zabrał się do odkamieniania ekspresu, więc najwyraźniej nic sobie nie robił z tego, że obcy ludzie zobaczą go za chwilę w samych bokserkach.

– Nie – skwitowałam krótko. – Tylko my jesteśmy w testamencie.

– A wiesz to skąd? – Wlał płyn do ekspresu.

A potem znieruchomiał… Najwyraźniej zrozumiał. Odwrócił się w moją stronę i w jego oczach zobaczyłam żądzę mordu.

– PAULINO!

Oho, zawsze mówił do mnie w wołaczu, kiedy naprawdę wyjebywało mu kory.

– Tak, Piotrze? – Spojrzałam na niego niewinnie.

Powstrzymałam się przed zatrzepotaniem rzęsami. Przyznaję, z trudem, ale się powstrzymałam.

– Kto jest wykonawcą tego testamentu? Tylko mi nie mów, że ten dzban rozgarnięty jak kupa liści, syn wiatru i kurzu, nieprawe dziecko multipli i barana, tępy jak stado pędzących imadeł??

Tak. Ziga uczynił wykonawcą testamentu, którego jedynymi beneficjentami byliśmy ja i Piotrek, mojego byłego. Michała. Faceta, z którym byłam przed tym, jak poznałam Piotrka. Którego ojciec kumplował się z moim ojcem i z Zigą. Trzej muszkieterowie. Do browaru i ryb. Powiedzieć, że Ziga był złośliwy, to jak nic nie powiedzieć. I bardzo dobrze znał mojego męża.

Piotrek nabrał powietrza w płuca, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć – rozległ się dzwonek do drzwi.

MICHAŁ

Michał Zawirski, lat trzydzieści osiem, stał pod drzwiami kancelarii P&P niczym kołek w płocie i czuł, że zaczyna się lekko pocić, mimo że rano wziął długi i zimny prysznic.

Tego dnia założył swój najlepszy garnitur i białą, szytą na miarę koszulę z włoskim kołnierzykiem. Do tego skórzane buty od Yanko i porządna aktówka z Vitkaca. Spryskał się obficie Dior Sauvage, o którym niektórzy mówili, że to zapach młodego kurwiarza, manipulanta i kłamcy, ale pachniał ładnie i to się tutaj liczyło. Poza tym większość ludzi nie ma gustu, więc nie ma sensu przejmować się ich opiniami.

Dobrze wiedział, że podoba się kobietom.

Mniej – dlaczego się im podoba.

Może przyciągało je to, że ma ponad metr osiemdziesiąt wzrostu (konkretnie całe sto osiemdziesiąt dwa centymetry)?

Może jego uśmiech, który, jak słyszał wielokrotnie, przypominał uśmiech tego aktora – Macieja Zakościelnego?

Może jego czarna beta? Idealne auto dla młodego Azora. Oczy jak dwa kawałki węgla?

A może jego sposób bycia? Opanowany i jednocześnie pewny siebie?

Wiedział dobrze, że kobieta musi czuć przewagę mężczyzny. I co tu kryć, od czasu do czasu trzeba ją wziąć siłą, trzymając mocno za szyję.

Ale z drugiej strony – zasępił się – któż może wiedzieć, co właściwie mają na myśli kobiety. One myślą nie faktami, a emocjami. I weź to zrozum, człowieku.

Za dwie godziny miał ważne spotkanie ze swoim kluczowym klientem, które miało rozstrzygnąć o jego premii w tym roku.

Michał Zawirski jednak denerwował się z całkowicie innego powodu. Miał zobaczyć swoją eks. Paulinę. Denerwował się i właściwie nie wiedział nawet dlaczego.

Czym Paulina go tak opętała? – zastanawiał się przez moment.

Owszem, nie była tak ładna jak choćby Kasia, dwudziestosiedmioletnia posągowa blondynka, z którą umawiał się od pewnego czasu. Paulina miała jednak większe problemy w życiu niż potencjalny cellulit na dupie, regularne wycieczki latem do Juraty i zimą nad Phuket, żeby tę dupę opalić. Paulina rozumiała, czym jest spalony, jak zajebistym przyjmującym w drużynie siatkarzy jest Wilfredo León, i mimo że nie miała powiększanych ust, zajebiście ciągnęła.

Ba, odróżniała Henry’ego Millera od Arthura Millera, a Moneta od Maneta, a nawet on sam miał z tym problemy. Arthur to był chyba ten ziomeczek od Marilyn Monroe.

Była…

INNA.

Jakoś utkwiła mu między żebrami i nie chciała wyjść.

Okres ich krótkiego umawiania się wspominał z żalem. Dała mu to, czego potrzebował. Łóżko, zrozumienie i kumplostwo.

Po dwóch latach związku wydawało mu się jednak, że za wcześnie jest na wiązanie się na poważnie. Powiedział jej, że nie jest pewny swych uczuć, a ona odpowiedziała krótko: „Nie ma zatem tematu”.

I co? Ledwo się rozstali, a już zaczął za nią tęsknić. Pomyślał, że weźmie ją na przetrzymanie, i dał sobie trzy miesiące, zanim znów się odezwie i sprawdzi, czy zmiękła… Tylko że w tym czasie ona znalazła sobie tego prawniczynę z miną obolałego basseta, na dodatek złośliwego chama.

Dobrze, że się szybko na nim poznała i kopnęła go w dupę.

Michał Zawirski westchnął ciężko.

Po czym nacisnął dzwonek.

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

PRZYPISY

1   Papierosy marki Carmen. [wróć]

2   Pradawny śląski demon, odpowiednik boginki, bogunki lub mamuny podmieniający niemowlęta, bądź śląska nazwa odmieńca, podrzutka. [wróć]

3   Lady Gaga, Always Remember Us This Way. [wróć]