Mendel Gdański - Maria Konopnicka - ebook + audiobook

Mendel Gdański ebook

Maria Konopnicka

0,0
3,41 zł

lub
Opis

Od wczoraj jakiś niepokój panuje w uliczce. Stary Mendel dziwi się i częściej niż zwykle nakłada krótką fajkę, patrząc w okno. Tych ludzi nie widział on tu jeszcze. Gdzie idą? Po co przystają z robotnikami, śpieszącymi do kopania fundamentów pod nowy dom niciarza Greulicha? Skąd się tu wzięły te obszarpane wyrostki? Dlaczego patrzą tak po sieniach? Skąd mają pieniądze, że idą w pięciu do szynku? (Fragment)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 38




Mendel ‌Gdański

* * * ‌

Maria Konopnicka

Strona ‌redakcyjna

ISBN: ‌978-83-7991-344-2Licencja: Domena publicznaŹródło: Fundacja ‌Nowoczesna PolskaJęzyk ‌i pisownia mogą ‌być miejscami archaiczne.Opracowanie tej ‌wersji ‌elektronicznej: ‌© Masterlab 2015MASTERLABBiałobrzegi, ‌Polskawww.masterlab.pl

Maria Konopnicka

Mendel ‌Gdański

Nowela

 

Mendel ‌Gdański

Od ‌wczoraj ‌jakiś niepokój panuje w ‌uliczce. ‌Stary Mendel ‌dziwi ‌się i częściej niż ‌zwykle nakłada krótką fajkę, ‌patrząc w ‌okno. Tych ‌ludzi ‌nie widział ‌on ‌tu jeszcze. Gdzie ‌idą? Po co ‌przystają z ‌robotnikami, śpieszącymi do kopania ‌fundamentów pod ‌nowy dom niciarza ‌Greulicha? Skąd ‌się ‌tu wzięły te obszarpane ‌wyrostki? Dlaczego ‌patrzą ‌tak ‌po sieniach? Skąd mają ‌pieniądze, że idą w ‌pięciu do ‌szynku?

Stary Mendel kręci ‌głową, smokcząc mały, ‌silnie wygięty ‌wiśniowy cybuszek. On zna ‌tak ‌dobrze ‌tę uliczkę ‌cichą. Jej ‌fizjonomję, jej ruch, ‌jej ‌głosy, jej tętno.

Wie, ‌kiedy, zza którego węgła ‌wyjrzy w dzień ‌pogodny słońce; ile dzieci ‌przebiegnie rankiem, drepcąc ‌do ‌ochronki, do szkoły; ile ‌zwiędłych dziewcząt w ciemnych ‌chustkach, z ‌małymi blaszeczkami ‌w ręku, ‌przejdzie, po ‌trzy, po cztery, do ‌fabryki cygar na robotę; ‌ile kobiet ‌przystanie z koszami ‌na ‌starym, wytartym ‌chodniku, pokazując sobie ‌zakupione jarzyny, skarżąc ‌się na ‌drogość ‌jaj, mięsa ‌i masła; ‌ilu wyrobników ‌przecłapie środkiem bruku, ‌ciężkim chodem nóg obutych w trepy, niosąc pod pachą węzełki, a w ręku cebrzyki, kielnie, liny, siekiery, piły. Ba, on i to nawet wie może, ile wróbli gnieździ się w gzymsach starego browaru, który panuje nad uliczką wysokim, poczerniałym kominem — w gałęziach chorowitej, rosnącej przy nim topoli, która nie ma ani siły do życia, ani ochoty do śmierci, i stoi tak czarniawa, przez pół uschnięta, z pniem spustoszonym, z którego na wiosnę wynika nieco bladej zieloności. On, może nawet nie patrząc w okno, samym uchem tylko rozpoznałby, czy Paweł, stróż, zamiata ulicę nową swoją, czy też starą miotłą.

I jak tego wszystkiego nie ma Mendel Gdański wiedzieć, kiedy już od lat dwudziestu i siedmiu w tej samej izbie, pod tym samym oknem swój warsztat introligatorski ma i tak już przeszło ćwierć wieku przy nim w fartuchu swoim skórzanym stoi, a podczas kiedy sucha, żylasta, a dziś już nieco drżąca ręka dociska drewnianą śrubę prasy, oczy jego spod brwi gęstych, nawisłych, siwych, patrzą w tę uliczkę, która jest wśród wielkiego miasta jakby odrębnym, zamkniętym w sobie światem.

Świata tego drobne tajemnice zna Mendel na wylot. Wie, kiedy się powiększa a kiedy zmniejsza kaszel starego archiwisty, który mu przynosi do oprawy grube, pełne kurzu foliały zatęchłych papierów, wie, jak pachnie pomada małego dependenta, któremu zszywa akta pana mecenasa; wie, kiedy przyjdzie Joasia od pani radczyni z żądaniem, aby jej za „śkło pięknie wsadził” laurkę z powinszowaniem, na której złocisty anioł odkrywa się i pokazuje kawalera z bukietem róż w ręku; wie, kiedy nie je obiadu student, mieszkający na strychu, wie, z której strony nadbiegnie zdyszana pensjonarka, żądając, aby jej „niebiesko i ze złotymi sznurkami” oprawił przepisane na listowym papierze poezje Czesława i Gawalewicza.

On wszystko wie. Wszystko, co można widzieć na lewo i na prawo siwym, bystrym okiem, co można na prawo i na lewo usłyszeć uchem i co przemyśleć można długimi godzinami, stukając jak dzięcioł młotkiem introligatorskim, równając i obcinając wielkie arkusze papieru, warząc klej, mieszając farby.

I jego też znają tu wszyscy. Obcy człowiek rzadko zajrzy; każdy jakby swój, jakby domowy.

Stary, łysy zegarmistrz z przeciwka, przez otwarte okno krzyczy mu latem „dzień dobry” i pyta o Bismarcka; suchotniczy powroźnik zaczepia o jego klamkę swoje długie, konopne sznurki, które, dysząc, kręci w wąskiej, wpół widnej sionce kamieniczki; chudy student z facjatki, z nogami jak cyrklowe nożyce, wsadza zmierzchem w jego drzwi głowę na długiej, cienkiej szyi i pożycza od niego łojówkę, którą „zaraz odda, tylko jeszcze z godzinkę popisze…” Straganiarka poda mu czasem przez okno rzodkiew czarną, w zamian za kolorowe skrawki papieru, z których sobie jej chłopaki sporządzają latawce, słynne na całą ulicę; synek gospodarza całymi godzinami przesiedzi u niego, czekając na wolną chwilę, w której Mendel da mu tektury do podklejania wyciętych z arkusza żołnierzy, a tymczasem dziwuje się wielkim uszom nożyc, waży w ręku młotek, wtykając nos w garnczek z klajstrem, próbując go niemal. Wszystko to tworzy jakąś atmosferę wzajemnej życzliwości. Staremu Mendlowi dobrze w niej być musi. Mimo sześćdziesięciu i siedmiu lat, rześki jest jeszcze w sobie. Spokój i powaga maluje się na jego typowej, zawiędłej w trudach twarzy.

Włosy jego są mocno siwe; a długa broda zupełnie siwa. Pierś zaklęsła pod pikowanym kaftanem często zadychuje się wprawdzie, a grzbiet zgarbiony nigdy jakoś nie chce rozprostować, ale tym nie ma się co trapić, póki nogi i oczy starczą, póki i w ręku siła jest. Kiedy mu duszność dech zapiera, a w zgiętym grzbiecie ból jakiś krzyże łamie, stary Mendel nakłada w małą fajeczkę tytoń z poczerniałego, związanego sznurkiem pęcherza i, kurząc ją, wypoczywa chwilę. Tytoń, którego używa, nie jest zbyt wyborny, ale daje taki piękny, siny dymek i tak Mendlowi smakuje. Siny ten dymek ma i to jeszcze w sobie szczególnego, że widać w nim różne rzeczy oddalone i takie, które już dawno minęły.