Mars. Bezlitosna siła. Tom 4 - Agnieszka Lingas-Łoniewska - ebook
NOWOŚĆ

Mars. Bezlitosna siła. Tom 4 ebook

Agnieszka Lingas-Łoniewska

4,6

148 osób interesuje się tą książką

Opis

Agnieszka Lingas-Łoniewska kończy swoją bestsellerową serię w porywającym stylu – ta książka to emocjonalny nokaut!

Mars to ostatni tom uwielbianej serii Bezlitosna siła, opowiadającej o mężczyznach uprawiających walki MMA – każdy z nich ma za sobą mroczną przeszłość, która go prześladuje. To także historie kobiet, które doświadczyły przemocy, a pomoc znajdują w fundacji FemiHelp, wspierającej ofiary agresji ze strony mężczyzn.

Jego życiem rządzą nienawiść i szaleństwo. Kiedy na ringu staje się niepokonanym Marsem, oddaje się im całkowicie. I tylko ona budzi w nim odmienne, bardziej tkliwe uczucia.

Ale powiedzmy sobie szczerze: doktor Liwia Marczyk gra w zupełnie innej lidze.

Są jak ogień i woda. I przyciągają się z siłą żywiołów.

On woli nie ryzykować – nie teraz, kiedy przed nim poważne zadanie. Nic nie powinno go rozpraszać.

Ona nie chce być naiwna. Już raz się sparzyła i do tej pory płaci za to wysoką cenę.

Kiedy jednak w grę wchodzi prawdziwa miłość, Mars i Liwia będą musieli się zastanowić nad swoimi wyborami. Czy odważą się postawić wszystko na jedną kartę?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 212

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tylko z aniołem przejdziesz przez piekło.

(autor nieznany)

Prolog

Zło jest wszędzie, w każdym aspekcie mojego życia.

Chociaż starałem się je zwalczyć, to ono ciągle bierze mnie we władanie.

Po raz ostatni dam mu się pochłonąć, bo tylko wtedy stawię czoło diabłom, które od lat ze mną pogrywają. Ten ostatni raz. A potem zniknę, bo i tak nic mnie już nie czeka.

Mars

Rozdział 1

Machine Gun Kelly, Habit

Stałem przed lustrem i zapinałem białą elegancką koszulę, do której kupiłem zajebiste złote spinki. Do tego materiałowe spodnie, moje ukochane skórzane wysokie buty i marynarka od Hilfigera. Lubiłem taki styl, od tyłu wyglądałem jak elegancki dżentelmen, z przodu, z moimi dziarami, jak koleś, któremu lepiej zejść z drogi. Włosy trochę mi odrosły, więc na razie ich nie farbowałem, były ciemnobrązowe, postawione na jeża. Zadzwoniła komórka. Konrad.

– Co tam? – zapytałem.

– Stary, przyjedziesz po nas? Bo wczoraj, jak się umawialiśmy, byłeś taki zalany, że w sumie nie wiem, czy cokolwiek pamiętasz.

– Ja byłem zalany? Ej, to nie ja tańczyłem na barze.

– No nie, ty tańczyłeś na rurze – powiedział ze śmiechem. – Nieźle ci szło, nawet bym ci zapłacił.

– Zawsze wiedziałem, że coś do mnie czujesz, Saturn.

– No jasne, miłość aż po grób. Jedziesz czy nie?

– Spokojnie, Konradziu, już wychodzę. Ode mnie do ciebie blisko, zabieraj makową panienkę, za trzynaście minut będę.

– Dobra, puść sygnał.

– Jasne. – Rozłączyłem się.

Mieszkałem na Przedmieściu Oławskim, czyli w tak zwanym Trójkącie Bermudzkim, Konrad w Śródmieściu, była sobota, więc jeździło się bez korków. Wsiadłem do mojego mustanga z 1969 roku, włączyłem muzę i dałem w palnik. Wiedziałem, że czeka mnie ciężka przeprawa. Jeśli ona tam będzie… W zasadzie wiedziałem, że będzie. Ale jeżeli przyjdzie z tym doktorkiem… Musiałem uważać. Mocno się pilnować. Nie lubiłem okazywać uczuć, żartami i głupimi odzywkami zakrywałem to, co tak naprawdę we mnie siedziało, co czułem, czego pragnąłem. Wiedziałem, że Konrad już dawno mnie przejrzał, ale zostawiał wszystko dla siebie. Patryk był moim bratem i kochałem go jak brata. Ale to Konrad okazał się prawdziwym przyjacielem. I to dzięki niemu dowiedziałem się pewnych rzeczy. Które teraz nie chciały opuścić mojej głowy. Wiedziałem, że na pewno tego tak nie zostawię. Ale na razie mój brat się żenił, miesiąc wcześniej został ojcem małej Patrycji, a ja wujkiem. I to było, kurwa, magiczne.

Ślub – naprawdę ekstra – odbył się w hali, świadkowaliśmy wszyscy trzej, czyli Kastor, Saturn i ja. Anita, Inez i Liwia stały z drugiej strony. Ze wszystkich sił starałem się nie patrzeć na tę rudowłosą kobietę. Miała na sobie szarozieloną sukienkę do kolan, taką zachowawczą, a ja oczami wyobraźni widziałem, jak rozrywam tę szmatkę na pełnych piersiach ślicznej pani psycholog, a jej cycki wpadają wprost do moich ust. Często miałem takie myśli, najczęściej podczas zabaw z innymi laskami, kiedy ich twarze zlewały się w jedno, a ja potrzebowałem podniety. Wtedy wystarczyło, że zamknąłem oczy i zobaczyłem rudowłosą doktor Liwię. Samotne prysznice też nie były takie złe, kiedy Liwia pojawiała się w moich myślach…

Po ślubie odbyło się przyjęcie, a na nim dobre żarcie, kupa alkoholu, więc postanowiłem się zabawić i nie patrzeć, jak Liwia tańczy z doktorkiem. Nie miałem nic do niego. Zapewne był spoko, w końcu potrafił kroić ludzi. Kurwa, ja w sumie też, tylko moi mogliby tego nie przeżyć. Nie mogłem się do niego porównywać. Koleś był lekarzem, skończył studia, ja miałem tylko maturę i dwa lata studiów na architekturze. Kiedyś chciałem projektować mosty. Ciekawe, jak miałem to zrobić, skoro od gimnazjum woziłem się po mieście, mój stary wprowadzał mnie w biznes klubowy, a zaraz potem zacząłem trenować MMA i walczyć. Później uwolniłem się od tego dupka, ale wiedziałem, że to jeszcze nie koniec rozgrywki pomiędzy nami. Czasami żałowałem, cholernie żałowałem, że moje życie tak się potoczyło. Jeszcze wcześniej, gdy ona była przy mnie, miałem kogoś, komu mogłem się zwierzyć ze swoich marzeń. Ale teraz zostałem sam z tą całą nienawiścią i szaleństwem w moim porąbanym łbie. A przecież nie byłem głupi, tylko… popierdolony. Przez przeszłość, świat, w którym się wychowałem, i osobiste wybory. Coraz częściej nachodziły mnie takie myśli, zwłaszcza gdy spotykałem się z Liwią. Ta babka zapadła mi w głowę od pierwszej chwili, kiedy zobaczyłem ją w PantaRhei kilka miesięcy temu, gdy przyszedłem pogadać z Polluksem zaraz po naszej walce. Ale co z tego, skoro traktowała mnie jak kolesia z sianem zamiast mózgu. Wiem, w zasadzie taki się jej pokazywałem…

Leciał jakiś wolny kawałek, Liwia tańczyła przytulańca z doktorkiem, a ja miałem do wyboru: albo zajebać mu z główki, albo wziąć butelkę whiskey i pójść do zaśnieżonego ogrodu. Wybrałem to drugie.

– Gdzie lecisz, stary? – Konrad złapał mnie, kiedy zgarniałem flaszkę ze stolika.

– Idę się przewietrzyć – mruknąłem.

– Tylko nie zaśnij gdzieś. Jutro mamy imprezkę dla dzieciaków.

– Spoko, najwyżej zgarniecie mnie na bok razem ze śniegiem.

– W sumie. – Konrad mrugnął do mnie, złapał za rękę swoją Inez ubraną w coś cholernie żarówiastego i poszli tańczyć.

Lubiłem ich i cieszyłem się, że im się ułożyło, a w marcu mieli brać ślub. Wszyscy się wiązali z fajnymi kobietami, a ja byłem sam. I musiałem jeszcze kogoś zabić. Same atrakcje, zwłaszcza dla kobiety takiej jak Liwia…

Wyszedłem na dwór, był lekki mróz, ale nie czułem zimna. Pociągnąłem łyk alkoholu i zapaliłem papierosa. Schowałem się w małej altance, w której w lecie organizowano grille. Zamknąłem oczy i powoli wypuszczałem dym. W pewnym momencie usłyszałem kaszel. Otworzyłem oczy, przy schodach prowadzących do hali stała Liwia otulona płaszczem, paliła papierosa i tupała nogami. Rozglądała się, czy nikt jej nie widzi. Z tego co pamiętałem, była przeciwniczką palenia, wiele razy opieprzała Inez za jej pociąg do fajek. Wychyliłem się i niezbyt głośno zawołałem:

– Jeśli nie chcesz, żeby ktoś cię nakrył, schowaj się tutaj.

Liwia drgnęła, bo zapewne przypuszczała, że jest sama. Na palcach, żeby nie pomoczyć wysokich szpilek, wbiegła do altanki. Spojrzała na mnie, a gdy zobaczyłem jej zielone oczy, zakręciło mi się w głowie. A może to tylko przez whiskey?

– A ty czemu się tu chowasz? – Wypuściła dym, robiąc z ust dzióbek, a moja chora wyobraźnia znowu podpowiedziała mi obrazy, za które zapewne Liwia walnęłaby mi z piąchy w twarz.

– Musiałem się napić.

– Na tym zimnie?

– Wiesz, jak się pije, to wcale nie jest zimno. Poza tym musiałem chwilę pomyśleć. Czasami to robię, chociaż w sumie rzadko, bo wiesz, czuję wtedy taki dziwny ból gdzieś tutaj… – Dotknąłem nastroszonych włosów.

– No tak, czasami warto pomyśleć – odpowiedziała cicho.

Była jakaś nieobecna.

Postanowiłem przestać robić z siebie idiotę, podałem jej butelkę, przez chwilę na mnie patrzyła, ale wzięła flaszkę i przechyliła.

– Ale mocne… – Skrzywiła się.

Postawiła butelkę na półce za sobą.

– Dlaczego kryjesz się z fajką? Tak w ogóle to nie wiedziałem, że jarasz.

– Czasami tak. A chowam się, bo nikt nie wie, że palę. A palę, bo muszę pomyśleć. Tak to się wszystko zamyka.

– Coś cię trapi. – Podszedłem bliżej.

Liwia uniosła dłoń i poprawiła rude pukle, a do mnie doleciał jej zapach. Nie mogłem tego ignorować. Byłem trochę zalany, ale nadal kurewsko na nią napalony. Zafascynowany. Zainteresowany. Mógłbym wymieniać te cholerne przymiotniki do rana. Po prostu chciałem jej. W każdym aspekcie. I strasznie mnie wkurwiało, że nie mogę jej mieć.

Patrzyłem na nią intensywnie i chyba zorientowała się, że stoję zbyt blisko. Sięgnąłem ręką, bo chciałem wziąć butelkę z półki za jej plecami. A wtedy ona wykonała ten gest. Przymknęła lekko oczy. Kurwa, nie mogłem tego z niczym pomylić. Delikatnie zabrałem z jej rąk papierosa, włożyłem sobie do ust i się zaciągnąłem. Drugą ręką dotknąłem jej dłoni i lekko gładziłem. Pochyliłem się i zacząłem wdmuchiwać dym do jej ust, które dla mnie otworzyła. Widziałem, jak jej źrenice się rozszerzają. I w tym momencie zrozumiałem, że to nie jest pomyłka, przypadek. Działałem na nią. Nie, kurwa, jak młodszy brat. Tylko jak facet.

Uśmiechnąłem się. Nadal gładziłem jej nadgarstek. Moje ciało drżało, naprężone i pragnące poczuć jej miękką skórę. Nie zrobiłem jednak nic głupiego. Przysunąłem się bliżej, czułem jej zapach pomieszany z alkoholem i dymem papierosowym, spojrzałem jej w oczy, które wpatrywały się we mnie z wielką uwagą, i szepnąłem z uśmiechem:

– Widzisz, to prawie tak, jakbym był w tobie.

Nie mogłem powiedzieć czegoś bardziej idiotycznego! Odsunęła się, spojrzała na mnie jak na idiotę i przewróciła oczami.

– Nawet nie można w spokoju zapalić – fuknęła.

Jej słowa bardzo mnie dotknęły, ale nie chciałem tego sam przed sobą przyznać. Patrzyła na mnie zniecierpliwiona, jakby chciała jak najszybciej zostać sama. Uśmiechnąłem się bezczelnie, zabrałem butelkę i mrugnąłem do niej.

– Możesz palić do woli, a jak już będziesz napalona, twój facet na pewno sobie z tym poradzi – powiedziałem z krzywym uśmiechem, przytknąłem palce do czoła w geście pożegnania i wyszedłem z altanki.

Byłem naprawdę popieprzony. Ta babka cholernie mi się podobała, ale chyba nadszedł czas, żeby uświadomić sobie jedną zasadniczą rzecz: doktor Liwia grała w innej lidze. Musiałem to w końcu przyjąć do wiadomości. I po prostu odpuścić, bo czekało mnie zbyt poważne zadanie, żebym mógł się teraz rozpraszać i zbyt dużo główkować.

***

Ślub Martyny i Patryka był taki jak oni. Namiętny, wesoły i pełen szaleństwa. Rodzice Martyny zajmowali się miesięczną Patrycją, Patryk zdawał się całować ślady stóp zostawianych przez swoją świeżo poślubioną żonę, a panna młoda promieniała. Cieszyłam się, że moja przyjaciółka znalazła faceta, dla którego była niezbędna do życia niczym tlen. Przeszła długą drogę, ale cholernie silna z niej babka i wierzyłam, że szybko przepracuje całą swoją chorą przeszłość i pójdzie dalej. Gdy ją poznałam, od razu wiedziałam też, że razem zdziałamy wiele, i się nie pomyliłam. Rzadko kiedy mylę się w ocenie innych ludzi. Nie tylko dlatego, że jestem psychologiem klinicznym, ale przede wszystkim mam nosa do ludzi. Tak to można określić. Natomiast nie działało to z automatu, bo czasami zdarzały się osoby, które były dla mnie trudne do zdefiniowania. Na pewno zaliczał się do nich Darek Darylski. Ten facet był taki niejednoznaczny, że już kilka razy pomyliłam się w ocenie jego pobudek, sposobu myślenia, postępowania. Rzucał się ze skrajności w skrajność i takie też były moje oceny jego osobowości. Znaliśmy się od kilku miesięcy i już kilkanaście razy sprawiał, że zaczynałam się czuć tak, jakby grunt gwałtownie usuwał mi się spod nóg. Nie byłam gotowa na takie zawirowania, unikałam gwałtownych emocji. Już kiedyś doprowadziły mnie na skraj rozpaczy, więc nie zamierzałam dopuścić ponownie do takiej sytuacji.

– Wszystko w porządku? – Mariusz, mój towarzysz, pochylił się ku mnie, kiedy bawiłam się kieliszkiem po winie i wpatrywałam w wysokiego wytatuowanego mężczyznę, który rozmawiał z Martyną i Patrykiem i z czegoś się śmiał.

Zawsze zwracał na siebie uwagę, nie tylko posturą i tatuażami. Był bardzo wysoki, jak cała czwórka z PantaRhei, jak ich nazywano. Szerokie ramiona, umięśnione ręce, ciemnobrązowe oczy, gęste brązowe włosy. O ile nie były zafarbowane na jakiś inny kolor, oczywiście. No i te tatuaże. Całe ramiona miał wytatuowane w różne wzory, na szyi widniał napis Win or die*, a przy uchu inicjały DD, co mnie trochę bawiło, bo było narcystyczne. No i tatuaże na głowie, które zobaczyłam, gdy przyszedł kiedyś na imprezę do nowego domu Martyny i Patryka z wygolonymi bokami. Miał tam wydziaraną planetę Mars. Wiedziałam, że właśnie taki ma pseudonim, nieraz byłam świadkiem jego walk. Wyglądał trochę przerażająco, jak dla mnie był zbyt intensywny. A gdy patrzył na mnie, a robił to często, czułam się niekomfortowo. Jego ciemne oczy niemal wbijały się we mnie, pełne usta często rozciągały się w niegrzecznym uśmiechu, mówił zawsze coś idiotycznego i wtedy myślałam, że choć jest młodszy o sześć lat, to zachowuje się, jakby ta różnica wynosiła co najmniej dwanaście. Ale czasami, w krótkich przebłyskach, spoglądał na mnie poważnym, wręcz refleksyjnym wzrokiem, rzucał jakąś uwagę, słowo, zdanie, które z kolei pokazywały, że mądry z niego gość, i wówczas czułam ogromny dysonans, bo nie wiedziałam, co mam o nim myśleć. I zdawałam sobie sprawę, że moje dotychczasowe zdanie na jego temat było błędne. Zła diagnoza, doktor Marczyk. Łapałam się na tym, że zbyt często o nim myślę. Co mnie strasznie wkurzało.

– Liwia? – Mariusz nadal się we mnie wpatrywał.

Uśmiechnęłam się i odstawiłam pusty kieliszek.

– Wszystko gra – rzuciłam. – Zatańczymy?

– Oczywiście. – Też się uśmiechnął i złapał mnie za rękę.

Spotykaliśmy się od sierpnia. Poznaliśmy się na konferencji, potem on zaczął pracować w prywatnej klinice, w której miałam dyżury kilka godzin w tygodniu. Zaprosił mnie na kawę i pomyślałam: „Czemu nie?”. Wydawał się fajny, miał poczucie humoru, dobrze wyglądał. A ja tak dawno z nikim nie byłam. Po czterech randkach poszliśmy do łóżka – nie mogłam narzekać. Nie czułam się zakochana, nie było porywów serca. Już dawno przekonałam się, że to bardzo niebezpieczne i naiwne, lepiej zdać się na zdrowy rozsądek, wszelkie stany emocjonalne zamazują to, co ważne, i nie pozwalają spojrzeć na kogoś bez tej całej otoczki niby wielkiej miłości. Nie chciałam być naiwna.

Mariusz poprowadził mnie w stronę parkietu i zaczęliśmy wolno kołysać się w rytm spokojnej piosenki. Oparłam brodę o ramię mojego partnera i przymknęłam oczy. Gdy je otworzyłam, zobaczyłam szalone, gorące spojrzenie pewnych ciemnobrązowych tęczówek. Ich właściciel zgarnął ze stołu butelkę whiskey i poszedł w stronę wyjścia. Ponownie zamknęłam oczy, wiedząc, że nie mogę tego brać do siebie, że za dużo kombinuję i zbyt wiele czasu poświęcam na myślenie o tym facecie, który pochodzi z innej planety. Dosłownie.

Nieco później Mariusz poszedł coś zjeść, a ja zarzuciłam płaszcz i wyszłam na papierosa. Nikt nie wiedział, że palę, tak naprawdę robiłam to tylko wówczas, gdy się zdenerwowałam albo gdy się czymś martwiłam. A co czułam teraz? Sama nie wiedziałam.

Gdybym wiedziała, że na dworze spotkam Darka, na pewno bym tam nie poszła. Ale poszłam. I gdy zawołał mnie do altanki, zrobiłam kolejny krok. Nie chciałam, a jednak. Przyciągał mnie, był jak magnes, jak siła, przed którą nie można uciec. I zrobiłam coś, za co powinnam siebie sama opieprzyć. Pokazałam mu, że chciałabym, żeby mnie pocałował. Kiedy się nade mną pochylił, coś we mnie drgnęło, coś mnie zdusiło, nigdy w życiu nie czułam czegoś takiego. Przymknęłam oczy, a on sięgał tylko po butelkę. A potem… gdy dmuchnął mi w usta dymem i powiedział te bezczelne słowa, i zaraz odwrócił się, i poszedł, stałam tam przez chwilę i wyzywałam się w myślach od idiotek. Naprawdę, pani psycholog, brawa dla pani!

Kolejny tydzień przyniósł mi ogrom pracy, miałam spotkania ze stałymi pacjentkami, a także rozmowy z nowymi dziewczynami, które zamieszkały w naszym Domu dla Mam. Szykowałam się też do udziału w konferencji w Krakowie, która była poświęcona przemocy psychicznej w stałych związkach. Miałam tam prelekcję, jechałam na dwa dni i było to dla mnie bardzo ważne. Praca to mój drugi dom, a właściwie pierwszy. Już dawno zdecydowałam się pomagać zagubionym duszom, bo kiedyś też taka byłam, a gdy wtedy potrzebowałam pomocy, zostałam sama. I wiedziałam, jak czasami trudno się podnieść i znaleźć rozwiązanie. Przyjaźniłam się z Martyną, a teraz także z Inez i Anitą. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia i to był ten czas, kiedy wszyscy żyli prezentami, spotkaniami rodzinnymi, atmosferą radości i spokoju. Ja święta spędzałam sama albo szłam do fundacji.

Teraz skończyłam spotkania, wypełniłam dokumentację i siedziałam w recepcji, rozmawiając z Inez. Podjechała czarna beemka i wiedziałam, że to Martyna, która jeździła autem Patryka.

– Hej, kochane – przywitała się ze mną i z Inez. – Wpadłam na chwilę, muszę coś zabrać z gabinetu. – Spojrzała na mnie. – Masz chwilkę?

– Jasne. – Poszłyśmy do jej pokoju. – Jak mała?

– Dobrze. Jest z Patrykiem w klubie.

– On ją zabiera ze sobą do pracy? – zapytałam zdziwiona.

– Jak muszę coś zrobić, to zostają w domu albo jeżdżą razem do klubu. Dobrze, że jeszcze nie wynajął agencji ochrony dla niej. Ale czuję, że to niebawem nastąpi.

– Norma, jeśli chodzi o twojego męża. – Puściłam do niej oczko.

Uśmiechnęła się.

– I jak się czujesz jako Martyna Rotter? – zapytałam.

Spojrzała na mnie roziskrzonym wzrokiem.

– On wie, że nie cierpię tych wszystkich atawistyczno-szowinistycznych sygnałów posiadania, ale potrafi dziesięć razy wyciągać nasz papier z urzędu stanu cywilnego i głośno czytać: Martyna Rotter. Chodzi za mną i się cieszy.

– Kocha cię – powiedziałam z nutką szczerej, ale zdrowej zazdrości.

– Wiem.

– Poskromiłaś diabła.

– Jego nie da się poskromić – zachichotała. – Ale czasami daje się trochę… złagodzić.

Uśmiechnęłam się.

– Coś tak czuję, że lubisz tę jego dziką naturę.

Patrzyła na mnie wesoło.

– Słuchaj, mam dla ciebie propozycję – zmieniła temat. – Zapraszamy cię na Wigilię. A w sylwestra jedziemy całą paczką do domu w Głuszycy. Zrobimy ognisko, tańce, przywitamy Nowy Rok. Oczywiście, jeśli nie masz innych planów.

– Mariusz chciał mnie zabrać do swojego brata na domówkę – przypomniałam sobie. – Ale sama nie wiem…

– To przyjedź z nim. Zapraszam was oboje.

Poczułam się niepewnie. Rzadko mi się to zdarzało. Raczej twardo stąpałam po ziemi, bo kiedyś znalazłam się na krawędzi i od tamtej pory obiecywałam sobie, że już nigdy do tego nie dopuszczę. Tymczasem przez jednego faceta od kilku miesięcy czułam się właśnie tak, jakbym stąpała po bardzo cienkim lodzie.

– A kto u was będzie? – Zmarszczyłam brwi.

Martyna westchnęła.

– Stały skład. – Wpatrywała się we mnie z uwagą. – Plus moja siostra z mężem. Poznałaś ją.

– Dam ci znać – wymówiłam się.

– Ale na Wigilię przyjdziesz? – nalegała.

– Tak, przyjdę. – Uśmiechnęłam się, a ona mnie uściskała.

Wiedziała, że kolejne święta spędzę sama. Martyna miała teraz rodzinę, wspaniałego faceta, który całował ślady jej stóp. Ja nie oczekiwałam takich dzikich namiętności, szczerze mówiąc, nie wierzyłam w nie. Chyba bezpieczniejsze jest to, co pewne i stabilne.

– A u ciebie jak? Spokój? – Przyjaciółka spojrzała na mnie z uwagą.

– Tak. Na razie. Wiesz, do następnego razu. Ona znowu zadzwoni z płaczem, ja rzucę się do pomocy, a na drugi dzień wyśle mi wiadomość, że nic się nie dzieje.

– Nie wiem, co ci doradzić. Ciśnie się na usta wiele niecenzuralnych słów.

– Czasami mam ochotę zmienić numer – wyznałam. – To jest takie typowe. Sama wiesz.

Pokiwała smutno głową.

Wiedziałam, że czasami trudno odciąć się od przeszłości, ale niekiedy warto wybaczyć. Sama przepracowywałam takie rzeczy z moimi pacjentkami. Ale to nie znaczy, że miałam to stosować do siebie. Lecz nigdy nie odwróciłam się od kobiety, która potrzebowała pomocy. Pod warunkiem, że jej chciała.

Za tydzień, tuż przed świętami, jechałam do Krakowa, potem Wigilia u przyjaciół, a później… sylwester. Może wezmę Mariusza i to z nim pocałuję się o północy? I może w ten sposób rozpocznę nowy rok i nowy etap w życiu? Może…

Nadchodził weekend i poczułam, że chcę się zrelaksować. Nie wiedziałam, czy w podziemiu są walki, ale jeśli miały być, to nie chciałam patrzeć, jak on znowu komuś obija twarz. Dlatego umówiłam się na piwo z Inez. Konrad też miał wpaść, bardzo ich oboje lubiłam, więc cieszyłam się na ten piątkowy wieczór. Zamierzałam potańczyć, napić się i przez chwilę po prostu nie myśleć o niczym.

***

– Poczytam ci, chcesz? – Patrzyła na mnie z nadzieją.

– Muszę jechać.

– Ale ja umiem.

– Wiem, maluchu.

– Nie jestem maluchem. Mam tyle lat co ty. – Skrzywiła się.

– Sięgasz mi do ramienia. Maluchu.

– Ale jestem starsza!

– Ha, ha, ha, rzeczywiście. – Zmierzwiłem jej gęste brązowe włosy. – Przyjadę jak najszybciej i wtedy mi poczytasz, dobrze? – dodałem poważnie.

Jej ufne brązowe oczy wpatrywały się w moje. Wierzyła mi i wierzyła we mnie, a ja tak często ją okłamywałem.

– Dobrze. Będę czekać. – Pokiwała głową i się uśmiechnęła. Ścisnęła mocno moją rękę. – Kocham cię.

– Ja ciebie też, maluchu.

* Wygraj lub zgiń (ang.)

Rozdział 2

Linkin Park, Talking to Myself

Jak zawsze, wieczór spędzałem w podziemiu. Do południa pilnowałem dostaw w klubie i w hali, wziąłem na siebie część obowiązków Patryka, bo odkąd urodziła się Patrycja, mój brat spełniał się jako ojciec i mąż. Wcześniej dotarł z małą do klubu, ja akurat przyjechałem poćwiczyć. To, co ujrzałem w jego gabinecie, rozbawiło mnie, ale i trochę wzruszyło. Patryk, wielki jak góra, trzymał w swojej ciemnej łapie małe zawiniątko i… śpiewał. Cholera, to mnie rozwaliło. Mała zasnęła, a on powoli umieścił ją w foteliku samochodowym, który pełnił także funkcję nosidełka, i spojrzał na mnie swoim czarnym wzrokiem.

– Jak masz powiedzieć coś głupiego, to lepiej się najpierw zastanów – warknął.

– Nie, no skąd. Ale wiesz… śliczny masz głosik, bracie.

– Powiedziałbym ci, co masz zrobić sobie sam, ale nie przeklinam przy córce.

– A czy ona nie jest za mała, by cokolwiek rozumieć? – Usiadłem na skórzanej sofie i sięgnąłem po wodę.

– Naprawdę żałuję, że nie mam dzisiaj czasu, żeby cię trenować. Moja córka wszystko rozumie. I nie waż się przy niej przeklinać, wujciu Darciu.

– Przyjąłem – powiedziałem karnie.

– Muszę jechać, moja żona ma dzisiaj wychodne. A właśnie, jak skończysz, to rzuć okiem, co tam u dziewczyn. Martyna będzie tutaj z Inez i Liwią.

– A Konrad też będzie?

– Tak.

– Okej, zajrzę do nich. – Spojrzałem na brata. Byłem już poważny. – A jak nasza sprawa?

– Szykuje się temat. Tak, jak sobie życzyłeś.

– Okej. Zatem czekam. – Patrzyłem mu w oczy.

– Nie czekaj. Ćwicz.

Pokiwałem głową.

Rozpocząłem od biegania, potem skakanka, pompki, gruszka-refleksówka. Gdy kończyłem, przyjechał Konrad.

– Już po? – zapytał. – Jeśli poczekasz, aż się rozgrzeję, to posparingujemy.

– To dawaj, dziewczyno, mam ochotę na kontakt. – Klepnąłem go w ramię.

– Dla ciebie wszystko, kochanie.

Kiedy przyjaciel się rozgrzewał, ja poćwiczyłem z workiem bokserskim i z każdym uderzeniem myślałem o tym, że dzisiaj znowu ją zobaczę. Zastanawiałem się, czy to jest dobry pomysł. Wreszcie Konrad wszedł na ring i oderwał mnie od tych myśli. Zaczęliśmy, jak zawsze, od ciosów i blokad, potem moje ulubione kopniaki z półobrotu i na końcu parter. Potem odpoczywaliśmy na macie, a Albert przyszedł zrobić nam te syfiaste koktajle według receptury Polluksa.

– Rozmawiałeś z Patrykiem? – zapytał Konrad.

– Tak, wszystko idzie według planu.

Konrad potarł swoje przydługie brązowe włosy.

– Wiesz, co bym zrobił już teraz?

Patrzyłem przez chwilę na przyjaciela.

– Jeśli chcesz tam iść i zatańczyć, powiedz tylko kiedy. Ja nie mam sentymentów, stary – zapewniłem.

– Okej, będę pamiętał. – Wyciągnął do mnie pięść, uderzyłem w nią swoją. Zerknął na zegar zawieszony nad wejściem. – Idziemy? Dziewczyny pewnie już są.

– Dołączę do was. – Mrugnąłem.

Przez chwilę mierzył mnie spojrzeniem, ale nic nie powiedział.

Pozbieraliśmy nasze rzeczy i poszliśmy do szatni i pod prysznice. Może zimna woda skutecznie oczyści moją głowę z obrazów, w których rudowłosa kobieta gra główną i to bardzo niegrzeczną rolę.

***

Postanowiłam całkowicie się wyluzować. Miałam trzydzieści pięć lat, byłam wolna, niezależna, a w mojej głowie kłębiło się ostatnio zbyt dużo głupich myśli. Dlatego nadszedł czas na to, żeby się od nich uwolnić, chociaż na tę jedną noc. Zamówiłyśmy z Inez barmany. Martyna nie piła, bo karmiła małą. Najpierw zjadłyśmy coś na mieście, a teraz siedziałyśmy w PantaRhei, rozmawiałyśmy, śmiałyśmy się i czułam się dobrze. Z przyjaciółkami i na znajomym terenie.

– Kiedy jedziesz do Krakowa? – Martyna spojrzała na mnie.

– Za tydzień. W piątek, a wracam w sobotę.

– Patryk ma spotkanie w piątek w Krakowie z jakimś kolesiem od nagłośnienia. Powiedział, że możesz się z nim zabrać. W sobotę wrócicie.

– O! – Ucieszyłam się. – No to świetnie.

– Jedzie jeszcze Darek, jak coś, bo to jego kolega. Studiowali razem.

Powoli przyswajałam informacje. Nie miałam pojęcia, że on studiował.

– Okej, no problem – powiedziałam głośno, choć nie byłam pewna, czy to prawda.

– Dobra, dziewczyny, mam dzisiaj wychodne, chcę potańczyć! – Martyna klasnęła w dłonie i spojrzała na nas z wyczekiwaniem.

– Matce się nie odmawia. – Inez puściła oko i ruszyłyśmy na parkiet.

Dobrze było poszaleć i się wyluzować. Odpoczywałam, pływając, więc starałam się codziennie rano jeździć na basen. Podobnie działał na mnie taniec. Proste przyjemności. O których tak często zapominamy.

Kiedy byłyśmy już zmęczone, wróciłyśmy do loży, w której czekał już Konrad. Obserwował nas niczym jastrząb, nie odrywając wzroku od swojej Inez.

– Cześć, landrynko – powiedział, kiedy dotarłyśmy do stolika.

Pochylił się i pocałował ją w usta.

– Sparingowaliście? Masz jeszcze mokre włosy. – Inez dotknęła jego czupryny.

– Tak, Darek zaraz przyjdzie.

Zagryzłam wargę. Kiedy ujrzałam Konrada samego, poczułam zawód, ale i ulgę. Teraz ogarnęło mnie poczucie niepokoju. Aby je zabić, zostawiłam przyjaciół i poszłam do baru. Albert spojrzał na mnie i się uśmiechnął.

– Co pani sobie życzy, pani doktor?

– Dwa shoty.

– Ciężki tydzień?

– Chyba cały rok. – Westchnęłam.

– Jest piątkowy wieczór, piękne dziewczyny nie mogą się smucić. – Albert mrugnął do mnie i postawił przede mną dwa kieliszki. – To zbrodnia.

– Właśnie po to tu jestem. Żeby się nie smucić.

– A ja spełnię wszystkie twoje zachcianki.

Albert zawsze ze mną flirtował, jak z większością dziewczyn przy barze, dlatego miał takie powodzenie, co oczywiście wpływało na jego dochody. Lubiłam go, w jego towarzystwie nie czułam żadnej presji. Wypiłam dwa szoty i poprosiłam jeszcze o wodę.

– Proszę, pani doktor. Kiedy poczujesz się źle, przychodź, coś wymyślimy.

Spróbowałam się uśmiechnąć.

Wtedy poczułam jakieś dziwne mrowienie na plecach i nie musiałam się nawet odwracać, żeby wiedzieć, kto za mną stoi.

– Albert, ty chyba masz za dużo czasu. – Niski głos wybrzmiał mi nad uchem, dotarł do mnie zapach żelu pod prysznic i piżmowych perfum, które dobrze znałam.

Zacisnęłam zęby, a w dole brzucha poczułam skurcz. Kurwa, tego nie mogłam pomylić z niczym innym.

– Dbam o najlepsze dziewczyny w tym klubie. – Albert mrugnął do mnie.

– O tę zadbam sam.

– Jasne, stary. – Barman roześmiał się i poszedł obsługiwać dziewczyny, które przywoływały go głośno z drugiego końca baru.

– Dobrze się bawisz? – zapytałam i spojrzałam na Darka, który oparł się o bar tuż obok mnie.

W sumie to był błąd, bo po pierwsze, stał za blisko, po drugie, pachniał obłędnie, po trzecie, wyglądał tak, że zaschło mi w gardle. Miał na sobie koszulę z podwiniętymi rękawami, wypuszczoną na ciemne obcisłe dżinsy, z których paska zwisał gruby srebrny łańcuch i znikał w przedniej kieszeni. Spojrzałam na twarz tego faceta. Włosy miał postawione, wpatrywał się we mnie ciemnymi oczami i od tego spojrzenia zakręciło mi się w głowie.

– A ty? – spytał spokojnie, wciąż mierząc mnie wzrokiem.

Wzruszyłam ramionami.

– Jak zawsze tutaj.

Zmarszczył brwi.

– Wszystko dobrze?

– Czy ja wiem? Chyba potrzebny był mi piątkowy reset.

– Za dużo obowiązków? Trudnych spraw?

– Za dużo wszystkiego. – Westchnęłam.

– A gdzie twój chłopak? – Jego ton zabrzmiał teraz ostro.

– To nie jest… – Machnęłam ręką. – Mariusz do wieczora ma pacjentów.