Mars albo nieskończoność światów - Bohdan Szymczak - ebook + książka

Mars albo nieskończoność światów ebook

Bohdan Szymczak

0,0
25,00 zł

lub
Opis

Młoda archeolog znajduje zagadkowy artefakt, którego istnieniu zaprzecza oficjalna nauka. Tajemnicę fotografii z przeszłości może rozwiązać tylko podróż w czasie. Na Ziemię przybywają kosmici. Czy okażą się szansą dla Ziemian, czy śmiertelnym zagrożeniem? Groźny wirus wywołuje pandemię zagrażającą istnieniu ludzkości, a ludzie nie mają świadomości, że w niezauważalny sposób stają się wymierającym gatunkiem. Koniec świata zbliża się nieubłaganie i jedynie na Marsie życie trwa niezakłócone w świecie doskonałym – najlepszym z możliwych.

Zagadki, tajemnice i refleksje nad rzeczywistością, a na końcu recepta na świat idealny dla każdego...

Kolejna książka autora Pustej Ziemi i Logiki Uniwersum podejmuje w nowatorski sposób klasyczne tematy fantastyki naukowej. Odkryjemy w niej zarówno tajemnice zaginionych cywilizacji, które stworzył inny gatunek niż człowiek, jak i poznamy możliwe konsekwencje kontaktu z kosmitami. Tytułowy Mars odsłoni przed czytelnikiem niezwykły obraz, który powołała do istnienia wyobraźnia autora zainspirowana fotografiami, przesyłanymi z tej planety przez sondy kosmiczne.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 422

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Od autora

Złoty Wiek literatury science fiction to okres, w którym twórczość literacką tego gatunku można rozumieć jako reakcję pisarzy na gwałtowny rozwój nauki i techniki u schyłku XIX wieku. Ten czas niezwykłego rozkwitu fantastyki naukowej trwał do drugiej połowy XX wieku. Nauka dostarczała pożywki dla płodnych umysłów tych, którzy nie znajdowali ostatecznej odpowiedzi na kluczowe pytania nurtujące ludzkość. I chociaż można zamknąć wszystkie problemy w jednym pytaniu „o życie, Wszechświat i całą resztę”, to niestety, odpowiedź „42” była jedynie humorystycznym zabiegiem literackim Douglasa Adamsa.

Wielcy przedstawiciele literatury tego okresu usiłowali wyprzedzić swoją fantazją wszystko to, co było dopiero przedmiotem badań naukowych lub miało ziścić się w przyszłości drogą postępu technicznego. Dodajmy do tego odwieczne poszukiwanie recepty na szczęście ludzkości, na idealny system społeczny oraz tęsknotę za odkrywaniem nowego świata w sytuacji, gdy własna planeta stała się znana i coraz bardziej ciasna, a otrzymamy z dużą dokładnością charakterystykę Złotego Wieku.

W jakim stopniu ich wizje zostały zweryfikowane przez czas możemy w wielu przypadkach dziś stwierdzić osobiście. Czasem uśmiechniemy się z pobłażaniem, czytając opis rakiety, przypominającej miejscami bardziej transatlantyk niż pojazd kosmiczny lub poczujemy rozczarowanie, gdy w miejscu opisywanych kanałów na Marsie i dżungli na Wenus widzimy tylko martwe i puste globy, których fotografie przysyłają dziś sondy kosmiczne. Niemniej jednak, znajdziemy wiele takich pozycji literackich, które nawet po upływie lat budzą w nas refleksje albo geniuszem wizji futurologicznych, albo podejściem do tematu wciąż aktualnego, a potraktowanego warsztatem science fiction, jedynie jako formą wyrazu.

Od Herberta George Wellsa do Stanisława Lema rozciągają się niezmierzone przestrzenie fantastyki, dające wciąż pole do zadumy i refleksji.

Czy dziś nie ma już miejsca na literaturę tego rodzaju?

Czy znamy odpowiedź na pytanie o istnienie Atlantydy, czy temat podróży w czasie można uznać za całkiem wyeksploatowany? Czy wobec jak najbardziej prawdopodobnej wizyty kosmitów na Ziemi potrafimy odpowiedzieć, jak będzie wyglądał ten kontakt? Kto przybędzie i w jakim celu? A może, czego dowodzą badacze UFO, kosmici są cały czas wśród nas? Jaka jest natura Wszechświata, która chociaż coraz bardziej poznawana, pozostaje wciąż nieodkryta do końca przez fizyków? Jaka będzie przyszłość ludzkości i czy można stworzyć utopię – społeczeństwo doskonałe?

Na wszystkie te pytania, moim zdaniem, wciąż brak odpowiedzi, a skoro tak, to jest sposobność, by użyć wyobraźni i opisać to, co wciąż jest nieznane a przy okazji, korzystając z niezwykle pojemnej formuły gatunku, mieć pretekst, by podzielić się refleksjami na tematy, które nurtują chyba wszystkich...

Nie ulega bowiem wątpliwości, że pisząc o kosmitach i obcych światach, nasze myśli pozostają wciąż w kręgu ludzkich problemów – tu na Ziemi. A to, że utopijny i doskonały świat nie znajduje się na naszym globie, ale na odległym Marsie jest jedynie efektem pesymistycznej oceny otaczającej nas rzeczywistości.

Bohdan Szymczak

Opowiem ci o Atlantydzie

Przez lata odmawiano Ci inteligencji,

traktowano jako

prymitywne ogniwo pośrednie w łańcuchu ewolucji.

Nawet klimat nie dał Ci szansy

Byś rozwinął swój potencjał –

nasz wygasły Kuzynie.

 

I. Znalezisko

Łódź spokojnie unosiła się na powierzchni wody, wprawiana jedynie w lekkie kołysanie przez siedzących na jej pokładzie płetwonurków. Wszyscy zdążyli już zdjąć z siebie sprzęt do nurkowania, który teraz piętrzył się nierównym stosem na dnie łodzi. Siedzący na samej rufie mężczyzna po raz kolejny spojrzał na zegarek, a później wbił wzrok w toń wody, próbując dostrzec w głębi zarys ludzkiej postaci.

Ponownie rzucił okiem na zegarek i nie ukrywając zdenerwowania, wydał szybkie polecenie:

– John i Will, weźcie butle z zapasu i skaczemy. To już za długo trwa. Patricia powinna już tu być dobry kwadrans temu.

Sam sięgnął po akwalung, ale nie zdążył go nałożyć, gdy rozległ się głośny plusk i nieopodal łodzi wypłynęła na powierzchnię dziewczyna. Wypluła ustnik aparatu oddechowego i zawołała:

– Hej! Jestem tutaj, już płynę do was!

Zaczęła zbliżać się do łodzi, jednak nienaturalna powolność jej ruchów spowodowała, że zdenerwowanie kierownika wyprawy zamiast wybuchnąć gniewem, zamieniło się w troskliwy niepokój. Przysunął się bliżej do samej burty, by w razie potrzeby pomóc dziewczynie dostać się do środka.

– Trisha, co się stało? – zawołał, kiedy ostatnia członkini załogi dopłynęła do łodzi. – Jesteś ranna?

– Wszystko w porządku, Ben. Popatrz, co znalazłam. – Głos Trishy był tryumfujący. Jedną ręką złapała się burty łodzi, a drugą przyciągnęła bliżej siatkę, pokazując znajdujący się w niej duży okrągły przedmiot. – To chyba jakiś rodzaj urny popielnicowej. Weź ostrożnie i pomóż mi wejść.

Gdy tylko Trisha znalazła się na łodzi i Ben upewnił się, że koleżance nic złego się nie stało, znów poczuł przypływ silnej irytacji. Podniesionym głosem zaczął pouczać:

– Za długo byłaś pod wodą. Ile razy powtarzam, że tam na dole nie ma żartów. Procedury muszą być przestrzegane. Chcesz, bym zakazał ci dalszego nurkowania?

– Ben, nie gniewaj się – odparła i zaczęła wyjaśniać: – To naprawdę wyjątkowa sytuacja. Odkryłam coś niezwykłego. To będzie nasz wielki sukces – dodała natychmiast, chcąc podkreślić swoją przynależność do całego zespołu badawczego.

Dziewczyna uśmiechnęła się nieco uwodzicielsko, ale widząc wciąż chmurną twarz kierownika, poważnym głosem dodała:

– Nie mogłam zmarnować takiej szansy, ale wierz mi, cały czas kontrolowałam sytuację. Przecież znasz mnie i wiesz, że nie jestem skłonna do niepotrzebnego podejmowania ryzyka.

Zauważyła, że jej słowa udobruchały Bena, więc by ostatecznie zamknąć temat dodała:

– I… obiecuję, to był ostatni raz.

– No dobrze – odparł – ale niech to będzie naprawdę ten ostatni raz. Płyniemy do obozu!

– Poczekaj. – Trisha złapała go rękę, mówiąc:

– Trzeba oznaczyć to miejsce, tam na dnie są ślady jakichś budowli. Znalazłam regularnie rozmieszczone głazy, a przy jednym z nich wykopałam to coś. Mam przeczucie, że okaże się czymś naprawdę znaczącym.

Ben uważnie przyjrzał się przedmiotowi wydobytemu z dna. Przypominał okrągłą, chociaż dość nieregularną w obrysie, misę z równie niedokładnie wykonaną pokrywą. Wprawnym okiem doświadczonego archeologa dostrzegł archaiczny wygląd przedmiotu, ale gruba warstwa osadów i tkwiące na powierzchni muszle małży uniemożliwiały dokładniejsze określenie jego przeznaczenia. Z wielką ostrożnością umieścił znalezisko w skrzynce i stwierdził:

– Masz rację. Może to nie jest odkrycie na miarę Troi, ale kto wie... Nie ulega wątpliwości, że ten przedmiot jest bardzo stary.

– Jeżeli to popielnica i w środku znajdują się resztki kości, to da się oznaczyć radiowęglowo wiek znaleziska – zauważyła i dodała: – Już nie mogę doczekać się chwili, gdy zajrzymy do środka.

Trisha usiadła w łodzi zadowolona, że Ben nie wyciągnie wobec niej żadnych konsekwencji, choć miała świadomość, że tym razem wystawiła jego cierpliwość na trudną próbę. Już raz dostała ostrzeżenie i tygodniowy zakaz nurkowania. Od tamtej pory nie zamierzała więcej łamać reguł, ale tym razem uznała sytuację za wyjątkową. Była doskonałym nurkiem, dzięki czemu będąc świeżo upieczoną absolwentką archeologii, zdołała dołączyć do uniwersyteckiej grupy badawczej, która w okresie wakacji prowadziła poszukiwania na dnie Morza Północnego.

Niecierpliwie czekała, aż łódź dobije do przystani. Znalezisko natychmiast trafiło na stół. Cała ekipa poszukiwawcza zgromadziła się wokół i z ciekawością przyglądała się, jak jeden z doświadczonych archeologów delikatnie czyści urnę, a później z największą ostrożnością podnosi pokrywę. Serce zabiło jej mocniej, gdy okazało się, że wewnątrz naczynia znajdują się jakieś przedmioty.

Jednak zamiast kawałków zwęglonego drewna i kości archeolog wyjął najpierw podłużny przedmiot, przypominający prymitywną rzeźbę wykonaną z kości, a później dwa bardzo skorodowane przedmioty, wyglądające na wykonane z metalu. Kiedy jako ostatnie na stół powędrowały dwie okrągłe twarde bryłki, wokół zgromadzili się już wszyscy. Szczególnie te ostatnie artefakty wzbudziły sensację, tym bardziej że kiepski stan uniemożliwiał zidentyfikowanie ich przeznaczenia.

Wobec takiego stanu rzeczy kierownik zespołu badawczego podjął decyzję o zabezpieczeniu znaleziska i powiadomieniu przełożonych. Po krótkiej naradzie zdecydowano o szybkim przewiezieniu wszystkich odkrytych przedmiotów na uniwersytet, gdzie w warunkach laboratoryjnych można było przeprowadzić szczegółowe badania.

Już następnego dnia do obozu archeologów dotarł doktor Alex Wilkins, przysłany specjalnie po znalezisko.

– Pozwól, że przedstawię ci naszą bohaterkę, to ona wygrzebała z dna tę urnę. – Kierownik naukowy ekspedycji, dokonał formalnej prezentacji, a zwracając się do dziewczyny dodał:

– Alex jest asystentem profesora McDonnella i to on zabierze znalezisko.

W trójkę podeszli do stołu, na którym stała urna, a obok niej nieduża drewniana skrzynka. Kierownik zaczął objaśniać:

– Urna jest bardzo nietypowa, właściwie mało przypomina typową urnę popielnicową. To bardziej rodzaj płaskiej miski lub garnka z pokrywą. To najbardziej prymitywna ceramika, jaką widziałem, wykonana ręcznie bez użycia koła garncarskiego, w dodatku kiepsko i nierównomiernie wypalona. Aż dziw, że przetrwała w wodzie tyle czasu. Już ona sama jest rewelacją, ale prawdziwą sensacją jest jej zawartość i nie mam na myśli tej prostej rzeźby wykonanej prawdopodobnie z ciosu mamuta, ale te przedmioty, dwa z nich są zrobione z metalu, wygląda to na miedź albo jakiś jej stop, może brąz albo mosiądz. Są mocno skorodowane i bez dobrego sprzętu laboratoryjnego nie ma sensu ich badać.

Alex pochylił się, przeglądając z uwagą zawartość skrzynki. Jeden z przedmiotów musiał być kiedyś podłużną tuleją, rodzajem lekko zwężającej się rury, mającej z jednego końca średnicę około czterech centymetrów. Drugi przedmiot stanowiła okrągła bryła metalu, o średnicy około dwudziestu centymetrów, przypominająca płaski dysk. Jego jedna strona była gładka, za to na drugiej zachowały się ślady, wskazujące na istnienie tam części ruchomych. Dobrze zachowała się cienka, poprowadzona wzdłuż średnicy, poprzeczka.

– A to, co? – wykrzyknął zdumiony Alex, biorąc do ręki okrągły, przeźroczysty przedmiot. Drugi, podobny, ale o mniejszej średnicy leżał obok. Podniósł go do oka i spojrzał pod światło. Później uniósł go nad drugą ręką, obserwując uważnie przez niego obraz. Spojrzał pytającym wzrokiem na kierownika zespołu i zasugerował:

– Przecież to musi być szklana soczewka!

– I to jest właśnie ta sensacja – potwierdził kierownik, mówiąc dalej: – Metalurgia w czasach mamutów to przecież absurd, a optyka nie mieści się wprost w głowie. Trzeba to dokładnie zbadać i datować. Mam przeczucie, że szykuje się małe trzęsienie ziemi.

Wskazał ręką na stojącą obok dziewczynę i powiedział, akcentując dobitnie słowa:

– To jej zasługa, sama odkryła i wydobyła urnę z dna. Pominął milczeniem pozostałe okoliczności towarzyszące znalezisku, pamiętając, że sam ponosi główną odpowiedzialność za bezpieczeństwo ekipy.

Alex wyciągnął rękę do dziewczyny i trzymając ją dłuższą chwilę w uścisku, powiedział:

– Gratuluję, szczerze gratuluję. Takie odkrycia nie zdarzają się codziennie.

Spojrzał jeszcze raz na stół i starając się, by w jego głosie nie zabrzmiał fałszywy ton przesady, zawyrokował:

– Będziesz sławna, Trisha, bez wątpienia – a mówiąc bardziej do siebie niż do otaczających go osób, dodał: – Ciekawe, co na to powie profesor?

Ostrożnie zapakował znalezisko do samochodu, ale zwlekał jeszcze jakiś czas z odjazdem, słuchając opowiadań o poszukiwaniach. Odjeżdżając powoli, do końca obserwował w lusterku zgrabną sylwetkę dziewczyny, a wspomnienie jej wyrazistych, zielonych oczu towarzyszyło mu do końca podróży.

II. Tajemnicze artefakty

Z siłą tajfunu Trisha wpadła do sekretariatu Instytutu, pytając podniesionym głosem:

– Gdzie jest profesor McDonnell? Muszę natychmiast się z nim widzieć!

Cała jej postawa wyrażała gniew i oburzenie. Wyglądała jak huragan, który zmiecie na swojej drodze wszystko, co stanie mu naprzeciw.

– Nie ma go teraz w Instytucie. – Sekretarka była wyraźnie zaskoczona sytuacją, do której nie przywykła w tym spokojnym miejscu. – Przyjdzie dopiero jutro, ale rano ma zajęcia ze studentami, więc będzie dostępny najwcześniej po południu.

– Co się stało? – W drzwiach sekretariatu stanął Alex, przywołany głośnymi odgłosami, które dotarły aż do jego pokoju.

– To się stało! – Trisha rzuciła na stół trzymany w ręku najnowszy numer „Nature”.

– Chodź ze mną, porozmawiamy. – Zabrał czasopismo i niemal siłą wypchnął dziewczynę z sekretariatu.

– Panno Lizzie – zwrócił się do sekretarki – ja zajmę się tą sprawą, nie trzeba fatygować profesora. Proszę wybaczyć to zamieszanie.

Zaprowadził dziewczynę do swojego pokoju, a kiedy usiadła przy stole, podał jej szklankę wody, mówiąc:

– No tak, domyślam się, że przeczytałaś artykuł profesora. Czy to cię tak wzburzyło?

Trisha nie tknęła wody, tylko otworzyła czasopismo na stronie rozpoczynającej się artykułem zatytułowanym: Odkrycia archeologiczne na stanowisku Doggerland, a potem wskazując oskarżycielsko palcem, na co istotniejsze fragmenty, wyrzuciła z siebie jednym tchem:

– O czym on pisze? Ślady osady, groty oszczepów, kości zwierząt... O, jest nawet coś o prymitywnej ceramice... A gdzie jej zawartość? Nie mówiąc, że nawet nie napomknął o mnie. A miało to być przełomowe odkrycie...

Przerwała gwałtownie, a w jej oczach pojawiły się łzy.

Alex milczał. Przez dłuższą chwilę rozważał coś w myślach, wreszcie podjął decyzję. Energicznie wstał i podszedł do stojącego pod ścianą regału. Wyjął z szafki płaskie, kwadratowe pudełko i podszedł z nim do biurka. Otworzył leżącą na nim torbę na laptopa, wyjął z niej komputer, a na jego miejscu umieścił pudełko. Zarzucił torbę na ramię i zwrócił się do dziewczyny:

– No dobrze... Zrobię to dla ciebie... Przejdźmy się na dół.

Trisha bez słowa wstała, dając znak, że jest gotowa do wyjścia.

Zjechali windą do podziemi. Alex zbliżył swój identyfikator do czytnika przy drzwiach i wprowadził kod.

– Idź za mną – powiedział, zagłębiając się w labirynt przesuwnych regałów, wypełniających całą przestrzeń wielkiego pomieszczenia. Wreszcie znalazł ten właściwy. Pokręcił korbą rozsuwając wysokie, sięgające sufitu regały, wszedł pomiędzy nie i wysunął jedną z setek identycznych szuflad. Wewnątrz znajdowały się wszystkie przedmioty z urny. Chociaż bardzo zniszczone przez czas i wodę, po oczyszczeniu i konserwacji ukazywały niewidoczne wcześniej szczegóły.

– To jest luneta – zaczął objaśniać Alex. – Tubus był z miedzianej blachy i składał się z dwóch rur, jedna, o mniejszej średnicy, przesuwała się wewnątrz drugiej po precyzyjnym gwincie. Każda z soczewek była osadzona na jednym z końców. Zbadaliśmy je, są dokładnie obrobione i dają ostry obraz o powiększeniu około osiem razy. A teraz popatrz na ten dysk, to solidny stop, rodzaj brązu. Niestety korozja zniszczyła mechanizm, tak, dobrze słyszysz, mechanizm. Dopiero tomografia komputerowa pokazała jego budowę. Ten dysk składał się z dwóch tarcz, osadzonych na jednej osi. Tarcza zewnętrzna była nieruchoma, zaś ta druga, mniejsza, obracała się wewnątrz niej. Tarcze stykały się ze sobą krawędziami, na których była naniesiona podziałka. Dodatkowo, ze środka dysku wystawała oś, na której, jak przypuszczam, znajdowały się ruchome wskazówki. Zachowała się jedynie nieruchoma poprzeczka. Domyślasz się już, co to jest?

– Czyżby coś w rodzaju mechanizmu z Antykithyry? – zasugerowała Trisha.

Alex odebrał artefakt z rąk dziewczyny i ostrożnie umieścił go na miejscu. Wyjął z torby zabrane z pokoju pudełko i pokazał jej zawartość. Wewnątrz znajdowało się podobne, ale nowe i sprawne urządzenie. Podał je Trishy, mówiąc:

– To dokładna replika. Wykonałem ją na drukarce 3D. Działa tak, jak oryginał.

Pokazał, jak wewnętrzna tarcza obraca się na osi, przesuwana małym kółkiem zębatym, umocowanym do nieruchomej poprzeczki. Dopiero na replice można było dostrzec, że tarcza ma na obwodzie naciętą drobną zębatkę, dzięki czemu jej ruch był niezwykle płynny i precyzyjny. Alex zwrócił dziewczynie uwagę, że kółka zębate były dwa, po jednym na każdym końcu poprzeczki. Dzięki temu tarczę można było przesuwać zarówno lewą, jak i prawą ręką. Były też dwie wskazówki osadzone centralnie na osi, szersze u podstawy i zakończone cienkim szpicem. Krawędzie styku obu tarcz miały wyryte drobną podziałkę, nad którą znajdowały się nieznane symbole.

– Te wskazówki to oczywiście licentia poetica – objaśnił Alex. – Nie zachowały się na tyle, by móc je wiernie odtworzyć, ale mamy całkowitą pewność, że istniały. Tak prawdopodobnie wyglądały. Czy teraz rozpoznajesz to urządzenie?

Trisha długo i uważnie oglądała pokazany jej przedmiot. Poruszała tarczą i wskazówkami, w końcu oddała go, mówiąc:

– Nie wiem, co to może być. Mechanizm z Antykithyry był dużo bardziej skomplikowany. Tu są tylko dwie tarcze, a tam był cały zespół kół zębatych i przekładni. Może to jakaś jego prostsza wersja?

– My też tak wstępnie zakładaliśmy. Dlatego początkowo pokazywaliśmy urządzenie astronomom, ale dopiero jeden, już mocno wiekowy inżynier, odkrył jego prawdziwe przeznaczenie. To jest kołowy suwak logarytmiczny. Teraz już mało kto słyszał o suwaku, ale jeszcze w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku, było to podstawowe narzędzie każdego inżyniera. Potem wyparły go całkiem kalkulatory. Ten ma osiemnaście centymetrów średnicy i jak mówił ten inżynier, umożliwiał wykonywanie obliczeń mnożenia i dzielenia z dużą precyzją. Wspominał coś o czterech cyfrach znaczących.

– A więc to tylko kalkulator do mnożenia i dzielenia – podsumowała nieco rozczarowana Trisha.

– Widzę, że nie doceniasz własnego znaleziska – skomentował kąśliwie Alex. – No cóż ani ty, ani ja nie jesteśmy matematykami, ani nawet inżynierami – zażartował, ale zaraz poważnie wyjaśnił:

– Ten inżynier uświadomił mi prawdziwą wagę znaleziska. To jest dużo bardziej skomplikowane od mechanizmu z Antykithyry. Tamten, to majstersztyk mechaniki precyzyjnej, za pomocą której odwzorowano ruchy ciał niebieskich. To tutaj jest dowodem na znajomość matematyki. Twórcy tego suwaka znali funkcje logarytmiczne i ich praktyczne zastosowanie. To wiedza, którą my odkryliśmy dopiero w siedemnastym wieku.

– Muszę się wybrać do jakiegoś muzeum i zobaczyć te suwaki – zadeklarowała Trisha, wyjaśniając: – Teraz jestem naprawdę zaintrygowana.

– Nie dziwię ci się – skomentował Alex. – Ja już to zrobiłem. Większość suwaków w naszym wykonaniu była podłużna. Kształtem przypominały linijkę z wysuwaną środkową częścią. Im był dłuższy, tym dokładniejszy. Najpopularniejsze miały dwadzieścia pięć centymetrów długości, a tak zwane kieszonkowe, dwanaście i pół. Ten znaleziony przez ciebie – wskazał ręką na wciąż wysuniętą szufladę – gdyby go rozwinąć, miałby długość ponad pół metra. Dlatego jest taki dokładny.

– Ile to ma lat?

– Oznaczyliśmy metodą radiowęglową tę kościaną rzeźbę, która była w urnie.

Alex zawiesił głos, by zwiększyć dramaturgię, po czym powiedział:

– Mniej więcej jedenaście tysięcy lat.

– I taka sensacja leży na dnie szuflady? O co tu chodzi? – Trisha była kompletnie zdezorientowana. Otworzyła „Nature” na stronie z artykułem i patrzyła na niego, jakby chciała się przekonać, że niczego nie przeoczyła, że naprawdę nie ma w nim ani słowa o sensacyjnym odkryciu.

Alex pewnym ruchem zamknął szufladę i zasunął regał.

– Chodźmy stąd i nie mów nikomu, co widziałaś i co ode mnie usłyszałaś – powiedział, wyprowadzając dziewczynę na zewnątrz.

– Niczego mi jeszcze nie powiedziałeś – zaprotestowała –chyba należy mi się wyjaśnienie. Mam jednak iść do profesora, czy też od razu pisać sprostowanie do „Nature”?

– Trisha, nie denerwuj się. – Archeolog uspokajał dziewczynę. – Obiecałem ci wyjaśnienie i je dostaniesz, ale nie tu, nie w tym miejscu. Przyjdź dziś o siódmej do Kameralnej, wiesz gdzie to jest?

– Wiem. Przyjdę na pewno.

III. Zakazana archeologia

Przed wejściem do kawiarni Alex spojrzał przez szybę do środka. Choć do siódmej brakowało jeszcze kilku minut, Trisha siedziała już przy stoliku. Twarz miała skierowaną do wejścia, obserwując wchodzących ludzi. Zauważył, że zmieniła fryzurę. Rano w Instytucie jej ciemne włosy były „oficjalnie” upięte do góry, a teraz rozpuszczone spływały gęstą falą na ramiona. Dłuższą chwilę podziwiał jej profil.

– Jest ładna, inteligentna a do tego świetnie nurkuje – pomyślał. – Po prostu ideał.

Od czasu pierwszego spotkania, kiedy przyjechał po znalezisko, Trisha często zajmowała jego myśli. Wiedział, że po wakacjach spotka ją na uczelni i nawet zaczął robić plany na tę okoliczność, ale zarazem jego wewnętrzny, krytyczny głos studził z powodzeniem zapał, udowadniając, że jego szanse u tak atrakcyjnej dziewczyny są raczej mizerne.

Alex był typem prawdziwego, zapalonego naukowca. Już podczas studiów, gdy inni imprezowali na całego, on przesiadywał długie godziny w bibliotece. Wcześnie zaangażował się w prace studenckiego koła naukowego, gdzie zetknął się z profesorem McDonnellem, który docenił jego zdolności i chętnie wspierał go w dalszej karierze naukowej.

Alex nigdy nie stronił od towarzystwa, ale jego styl życia na tyle różnił się od tego wyznawanego przez większość studentów, że chociaż nigdy nie zamierzał zostać singlem, to po błyskawicznie obronionym doktoracie stwierdził z przerażeniem, że jest sam i w dodatku nie ma najmniejszego pomysłu, jak znaleźć sobie towarzyszkę życia. A do tego wszystkiego, jego wymagania były całkiem nieadekwatne do możliwości. To wszystko wprawiało go często w ponury nastrój, o którym starał się zapomnieć, pogrążając w otchłaniach pracy naukowej.

Dzisiejsze poranne, zupełnie niespodziewane spotkanie zaskoczyło go całkowicie, ale jednocześnie stworzyło być może jedyną szansę na podjęcie próby zbliżenia się do Trishy.

– Kto wie – rozważał – może to jakieś szczęśliwe zrządzenie losu zetknęło nasze drogi. Może to właśnie jest ta szansa, na którą czekałem. Może...

Wciąż stał przed oknem i próbował, z właściwym sobie naukowym podejściem, określić swoje szanse. Po krótkim przeanalizowaniu wszystkich argumentów za i przeciw uczciwie przyznał:

– To niemożliwe, żeby taka dziewczyna kiedykolwiek umówiła się ze mną na randkę.

Westchnął zrezygnowany i z poczuciem niewykonalności zadania, wszedł wreszcie do środka.

Kelnerka zjawiła się natychmiast, gdy usiadł przy stoliku. Zapaliła świecę i przyjęła zamówienie na dwa drinki.

Alex próbował rozpocząć wstępną pogawędkę, nawiązując do ich pierwszego spotkania. Pytał o wrażenia Trishy z podwodnych poszukiwań, sam wspomniał nieco o własnych badaniach, ale rozmowa zauważalnie nie „kleiła się". Trisha odpowiadała uprzejmie ale zdawkowo, sama nie podtrzymywała tematu, dając wyraźnie do zrozumienia, że jest tu tylko z powodu porannych zajść na uczelni i kiedy tylko jej ciekawość zostanie zaspokojona, zakończy to spotkanie.

Utwierdziło to młodego archeologa w przekonaniu, że jego rozmyślania przed wejściem do kawiarni były poprawne, ale czując się zobowiązany poranną deklaracją, postanowił po prostu przedstawić dziewczynie sprawy tak, jak one wyglądają, nie oczekując nic więcej w zamian.

– Słyszałaś o zakazanej archeologii? – Alex przeszedł od razu do rzeczy i nie czekając na odpowiedź, kontynuował: – Są znaleziska, które nie mieszczą się w ramach powszechnie obowiązującej wiedzy albo mówiąc inaczej oficjalnej nauki głównego nurtu. Odkrycia śladów ludzkich stóp w pliocenie czy też zaawansowanych narzędzi krzemiennych, znajdowanych w warstwach starszych o ponad sto tysięcy lat od powszechnie przyjętego czasu ich wytwarzania, zawsze budziły zakłopotanie archeologów. Dla takich przypadków przyjmowano każde wytłumaczenie, byle tylko było zgodne z obowiązującymi kanonami. Te przypadki były przynajmniej badane i opisywane, gorzej ze znaleziskami, dla których racjonalnego wytłumaczenia nie znaleziono. Takie artefakty nie są badane przez oficjalną naukę, gorzej, są całkowicie ignorowane i w rezultacie ulegają najczęściej zagubieniu lub zniszczeniu. W rezultacie informacja o nich pochodzi zwykle z drugiej lub trzeciej ręki. Sprawę jak zawsze komplikują fałszerstwa i mistyfikacje. Nauka będąca z jednej strony źródłem postępu, z drugiej jest straszliwie konserwatywna. Jest niezwykle trudno przebić się przez utarte poglądy i trzeba mieć nie tylko niepodważalne dowody, ale również dużo odwagi. Twoje odkrycie nie pasuje do współczesnej wiedzy i dlatego nie zostanie ujawnione. Jedenaście tysięcy lat temu – to był koniec ostatniego zlodowacenia, czasy poprzedzające o kilka tysięcy lat rozwój kultur starożytnych. Szczytem technologii były narzędzia kamienne, a ty chcesz światu pokazać przedmioty, do wytworzenia których potrzebna jest metalurgia przynajmniej epoki brązu. Nawet to gliniane naczynie wydaje się za stare, przynajmniej o trzy tysiące lat. Chcesz zaszokować świat informacją, że człowiek pierwotny znał funkcję logarytmiczną i prawa optyki, że szlifował szklane soczewki? Przecież to są wynalazki, które zostały pokazane światu dopiero w siedemnastym wieku. Żaden przedstawiciel współczesnej nauki ci nie uwierzy. Wiesz, jak profesor zaklasyfikował to znalezisko?

– No właśnie, co on z tym zrobił?

– Uznał to za osiemnastowieczny artefakt. Jak powiedział, przedmioty muszą pochodzić z przepływającego nad tym miejscem okrętu.

– To ciekawe, jak trafiły do wnętrza urny. Przecież ona miała pokrywę!

– Nikt w to nie uwierzy.

– Przecież mam świadków. Wiele osób widziało, jak były wyjmowane z wnętrza.

– A czy ktoś był przy tobie wtedy, gdy ją znalazłaś?

– Nie, wtedy byłam już sama w wodzie.

– Możesz mi to dokładniej opowiedzieć? – zapytał Alex.

Trisha kiwnęła głową i przez chwilę przypominała sobie tamte wydarzenia. Zaczęła opowiadać:

– Pływaliśmy parami. To ze względów bezpieczeństwa. Była taka żelazna zasada, żeby wzajemnie się obserwować na wypadek jakichś problemów. Z wodą nie ma żartów, więc wszyscy przestrzegali tych reguł. No, przynajmniej z grubsza – dodała z zagadkową miną, której znaczenie tylko ona rozumiała. Nie wyjaśniła jednak, co miała na myśli, tylko kontynuowała:

– Kończył się nam czas, więc dałam ręką znak, że wypływamy na powierzchnię. Mój partner potwierdził sygnał i od razu skierował się ku górze. Ja również miałam taki zamiar, kiedy kątem oka zobaczyłam te głazy na dnie. Zaciekawiły mnie, gdyż dostrzegłam, że leżą w nienaturalnie regularny sposób. Przerwałam wynurzanie i podpłynęłam do nich. To był krąg ułożony z kamieni, mający jakieś trzy, może cztery metry średnicy. Spod jednego z nich wystawał fragment urny. Sporo się natrudziłam, żeby ją wyciągnąć i wypłynęłam już na resztkach powietrza.

– A czy nurkowaliście tam później?

– Tak, przez kilka dni przeszukiwaliśmy cały ten obszar, ale nic nadzwyczajnego już nie znaleźliśmy.

– Sama widzisz... Prędzej ci wmówią oszustwo. Zaraz znajdą się tacy, co udowodnią, że to ty włożyłaś te przedmioty pod wodą. Znasz ten stereotyp, młoda, początkująca archeolog, która chce zabłysnąć na wstępie. Spróbujesz nagłośnić sprawę, to zniszczą cię, jeszcze zanim zaczniesz karierę.

– Poczekaj – zaprotestowała gwałtownie Trisha. – Przecież przy otwieraniu urny była obecna niemal cała ekipa. To naczynie było pokryte osadami w takim stopniu, że trudno było nawet określić, gdzie pokrywa łączy się z resztą. Dopiero po oczyszczeniu dało się ją podnieść. Było wielu świadków, są zdjęcia... Profesor musi o tym wiedzieć! Ja muszę mu to powiedzieć! – dodała takim tonem, jakby zamierzała natychmiast wyjść i jechać do niego.

– Spokojnie, nie denerwuj się. – Alex starał się, by jego głos brzmiał przekonująco. – Pozwól, że wszystko ci po kolei wyjaśnię. Ale najpierw zamówimy coś jeszcze.

Nie dała się namówić na kolejnego drinka, więc zamówił kawę i nie czekając aż kelnerka ją przyniesie, metodycznie zaczął tłumaczyć:

– Profesor nic nie zrobi. Zapewniam cię. Nie sądzisz chyba, że naukowiec jego klasy nie orientuje się, co znalazłaś. Wręcz przeciwnie, jest w pełni świadomy wagi odkrycia, ale też nic nie jest w stanie zrobić. I na dodatek nie chce. W jakimś stopniu to on już tylko odcina kupony od swojego wcześniejszego dorobku i firmuje swoim nazwiskiem artykuły, które ja mu piszę. Nie dziw się i nie potępiaj, to normalna praktyka w nauce. Chcesz w tym siedzieć, to musisz o tym wiedzieć. Poza tym, nie widzę w tym nic złego. My, młodzi naukowcy, korzystamy z jego prestiżu i powoli budujemy własną pozycję, a jego doświadczenie nam w tym pomaga.

– Jeżeli jest tak, jak mówisz – przerwała wywód Alexa – jeśli profesor ma tak silną pozycję, to bez obaw mógłby upublicznić to znalezisko.

– Nikt w nauce nie ma pozycji nienaruszalnej i stałej –stwierdził z naciskiem Alex. – Profesor też ma nie mniej sławnych oponentów, którzy tylko czekają, aż mu się noga powinie. Jemu nie potrzeba wikłać się w sprawy, które są mocno kontrowersyjne. Co innego gdybyście znaleźli tam kilka takich urn, a jeszcze parę zostałoby dla innych ekip. O, wtedy firmowałby całe to odkrycie, a ty miałabyś widoki na szybką i błyskotliwą karierę.

– A ty? Ty też uważasz to za oszustwo?

Spojrzała mu prosto w oczy, chcąc odgadnąć jego prawdziwe myśli. Nie odwrócił oczu i szczerze przyznał:

– Nie, ja ci wierzę, ale ja jeszcze nic nie znaczę w tym świecie. Dopiero co obroniłem doktorat. Nie mam szans w konfrontacji z tym całym „zatęchłym” światem nauki. Jak widziałaś, schowałem dobrze twój skarb i będę go dalej pilnował. Teraz walczę o grant na dalsze badania Doggerlandu. Jeżeli znów znajdziemy coś wyjątkowego, to dopiero wtedy nadarzy się sposobność, by ujawnić światu również twoje znalezisko i bądź pewna, że zrobię wszystko, by twój udział w tym odkryciu stał się powszechnie znany. To mogę ci obiecać.

Trisha milczała. Zrozumiała, że wszelkie wcześniejsze nadzieje, jakie miała jeszcze rano, legły w gruzach. Czuła tylko żal i bezsilność wobec świata, z którym nie miała szans się zmierzyć. Podjęcie przez nią jakichkolwiek kroków stało się oczywistym bezsensem.

Alex zauważył zmianę jej nastroju, z bojowego, którym emanowała jeszcze przed chwilą, do postawy smutnej rezygnacji. Aby ją pocieszyć, wyjął egzemplarz „Nature” i otworzył go na stronie, gdzie znajdował się wydrukowany artykuł, od którego wszystko zaczęło się dzisiejszego ranka. Wskazał palcem miejsce pod nagłówkiem i zapytał:

– Widzisz tu swoje nazwisko? – A widząc potakujący gest głową, wyjaśnił: – W rzeczywistości profesor cię chroni. Co prawda to on wyciął ten cały fragment z artykułu, który napisałaś, ale nie zapomniał umieścić cię na liście współautorów. Pomyśl, dopiero zaczęłaś studia doktoranckie, a już masz publikację w „Nature”. To się bardzo liczy. Profesor cię docenia. Mówił mi, że masz ten niewytłumaczalny archeologiczny zmysł, pozwalający dostrzec to, co umyka uwadze innych. Dostrzegł twoje zdolności. Masz szansę trafić do jego zespołu. Bądź cierpliwa, a zdobędziesz i sławę – dodał nieco pompatycznie, czując wszak, że chyba zagalopował się za daleko.

Trisha w milczeniu przemyśliwała jego słowa, podczas gdy on powoli popijał kawę. Myśl, że jedyna szansa na pogłębienie znajomości z dziewczyną właśnie ginie, sprawiała, że zaczął popadać w przygnębienie. Jej bliska obecność powodowała, że zaczął rozumieć, iż jego stosunek do niej nie jest przelotnym zainteresowaniem, to było już coś poważniejszego i, co gorsza, skazanego na niepowodzenie.

– Mniejsza o sławę – przerwała wreszcie milczenie – ale jak wytłumaczyć to znalezisko? Faktycznie nie pasuje do czasu i miejsca, w którym je znalazłam. Urna nie została zatopiona. Tam, pod wodą widziałam to wyraźnie, a następnego dnia wróciłam jeszcze raz do tego miejsca. Ten krąg kamienny mógł być częścią fundamentu chaty, a może raczej podstawą szałasu. Znalazłam tę urnę, gdyż moją uwagę przyciągnął leżący tam duży płaski kamień, który mógł pełnić funkcję półki albo siedzenia i to właśnie pod niego była wsunięta ta urna.

Sięgnęła do torebki i wyjęła z niej długopis. Na serwetce naszkicowała obraz zapamiętany podczas nurkowania. Alex przyglądał się rysunkowi, podczas gdy ona stwierdziła:

– Ten obszar został zatopiony w ostatniej fazie topnienia lodowców, mniej więcej dziewięć, dziesięć tysięcy lat temu, a później znalazł się na dnie morza, na głębokości niedostępnej dla nurków niemających akwalungu. Niemożliwe jest więc, żeby ktoś kilka tysięcy lat później wziął te urządzenia i wraz ze starą kością wrzucił do morza. W dodatku w takim dziwnym naczyniu. Tego jestem pewna.

– Gdybyś te przedmioty znalazła w egipskiej piramidzie albo gdzieś w starożytnej Grecji, to byłaby to sensacja na miarę odkrycia mechanizmu z Antykithyry lub maszyn Herona z Aleksandrii. Takie urządzenia byłyby teoretycznie możliwe do skonstruowania w starożytności, przecież nie wiemy, ile starożytnych wynalazków zaginęło na przestrzeni dziejów. Ale jedenaście tysięcy lat...

Trisha spojrzała na zegarek, dając wyraźny sygnał, że spotkanie dobiega końca i wtedy Alex uświadomił sobie, że więcej nie spotkają się już w takich okolicznościach, że pozostaną najwyżej przypadkowe albo służbowe kontakty w Instytucie. Czując przypływ paniki, w geście płynącej z serca rozpaczy, zaproponował:

– Zamówmy jeszcze po drinku. Ja wiem, skąd wzięły się te przedmioty w urnie...

Jakaś przekonująca nuta musiała zabrzmieć w jego słowach, bo nie zaprotestowała, gdy zamawiał kolejnego drinka, a później zaczął snuć swoją opowieść. Rozpoczął słowami:

– Opowiem ci o Atlantydzie...

IV. Mur

Wysoki mur z wielkich precyzyjnie dopasowanych do siebie sześciennych bloków kamiennych oddzielał morze od szerokiego, wyrównanego i pustego pasa ziemi, przechodzącego dalej w wielką płaską równinę. Przylegający pas ziemi znaczyły ślady rzadko używanych dróg, które w wielu miejscach zarastała trawa. Cały ten obszar nosił znamiona ciągłej walki człowieka z roślinnością, która próbowała zająć miejsca nieużywane na co dzień przez ludzi. Trawa i wyrastające gdzieniegdzie niewysokie krzewy porastały tę przestrzeń, która ukształtowana ludzką ręką, odmawiała roślinom prawa do życia. Stojące wzdłuż muru w równych rzędach jednakowe piramidy schodkowe nie pozostawiały wątpliwości co do przeznaczenia tego miejsca. Widać było, że przestrzeń między nimi była w zamierzony sposób regularnie oczyszczana, zaś liczne ślady ognisk wskazywały miejsca, gdzie były palone wycinane krzaki.

Piramidy były stosunkowo niskie, za to zbudowane na szerokich podstawach. Z daleka sprawiały wrażenie ułożonych na sobie warstwami sześciennych klocków. Każda kolejna warstwa była przesunięta do środka o jeden rząd, tworząc widoczny schodkowy obrys. Szczyty piramid były płaskie – tworzyły dużą powierzchnię, sprawiając wrażenie, jakby budowniczowie zmienili zdanie w trakcie budowy i przerwali prace, nie doprowadzając ich do samego końca. To wrażenie pogłębiał jeszcze fakt, że poza jednakowymi, kamiennymi sześcianami nie widać było w piramidach żadnych innych elementów ani konstrukcyjnych, ani wykończeniowych.

Mur odgradzający morze od lądu był szeroki u podstawy i stopniowo zwężał się wraz z każdą warstwą kamieni, wyglądając jak monumentalnej szerokości schody, ciągnące się aż do granicy pola widzenia. Al wspiął się na sam szczyt, po czym wyjął z torby kamienny ciężarek, zawieszony na długim sznurku. Przyklęknął na murze i spuścił go do poziomu, do którego sięgało morze. Drugi koniec sznura przełożył przez szczelinę wyciętą w ciosie mastodonta. Zablokował sznur w miejscu, gdzie znajdował się szczyt muru. Teraz policzył węzły rozmieszczone w równych odległościach od ciężarka, a długość ostatniego odcinka między węzłami odczytał z podziałki wyrytej na kości.

– Woda ciągle się podnosi – mruknął do siebie, po czym na drewnianej tabliczce, pokrytej woskiem zapisał odczytaną długość sznura.

Schował do torby wszystkie przedmioty, po czym zaczął iść po szczycie muru do kolejnego punktu pomiarowego. Jego twarz wyrażała zaniepokojenie i troskę. Minęło wiele tysięcy lat odkąd jego lud został zmuszony do opuszczenia niegościnnej ziemi zachodniej Europy i przybył na tę urodzajną i ciepłą wyspę. Tu znaleźli schronienie i od pokoleń żyli w dostatku do chwili, gdy wieki temu znów musieli rozpocząć walkę o życie. Nie z lodem i mrozem, ale innym, równie strasznym żywiołem – wodą.

– Czekaj, czekaj. – Trisha przerwała, ledwo co rozpoczętą opowieść. – Chyba jednak coś ci się pomyliło. Jak rozumiem, opowiadasz historię, która działa się jedenaście tysięcy lat temu w okresie, gdy wciąż topiły się lodowce, utworzone podczas ostatniego glacjału. Ale przodkowie bohatera nie mogli opuścić zachodniej Europy tysiące lat wcześniej, gdyż ludzie nie zamieszkiwali w tym okresie tych terenów. Jeśli już podjąłeś się trudu tej opowieści, to niech przynajmniej trzyma się ona faktów. Chyba że kwestionujesz fakty – dodała nieco złośliwie, pomna wcześniejszej rozmowy.

– Wszystko się zgadza – odpowiedział spokojnie Alex. – Po prostu nie zauważyłaś jeszcze, że to nie jest opowieść o ludziach, a przynajmniej nie o ludziach naszego gatunku. Dziś na ziemi żyje tylko jeden gatunek człowieka, ale wcześniej było ich więcej. Jeszcze dwadzieścia kilka, trzydzieści tysięcy lat temu, żył na Ziemi drugi, nie mniej rozwinięty, gatunek ludzki...

– A więc opowiadasz o neandertalczyku. – Domyśliła się dziewczyna. – No, to robi się coraz ciekawiej. Zamieniam się w słuch.

Al przeszedł kilkadziesiąt metrów, gdy drogę zagrodziła mu przechodząca przez mur kamienna rynna, którą woda płynęła z powrotem do morza. Zatrzymał się i uważnie obejrzał instalację. Pomimo starannego dopasowania bloków niewielka ilość wody cały czas przesączała się powoli przez mur, pod ciśnieniem wzrastającym wraz z podnoszącym się poziomem morza.

Bywało też, że po gwałtownych ulewach duże masy wody opadały na równinę i nie były w stanie pomieścić się w sieci kanałów. Nadmiar deszczówki był, co prawda, odprowadzany osobnymi korytami do zbiorników retencyjnych, ale i one miały ograniczoną pojemność. Kiedy wypełniały się całkowicie, woda przelewała się do kanałów, którymi była odprowadzania pod mur. Dlatego wzdłuż niego wykopany był szeroki kanał, zbierający zarówno nadmiar wody deszczowej, jak i tę morską, przesączającą się przez zaporę.

W regularnych odstępach kanał poszerzał się, tworząc rozległe, ale niezbyt głębokie baseny zbiorcze. Przy każdym stała wysoka kamienna wieża, u szczytu której zamocowane było czteroramienne skrzydło wiatraka. Wciąż wiejący na wybrzeżu wiatr poruszał nim i dalej poprzez mechanizm przekładni obracał długą, grubą rurą, wewnątrz której zamontowana była śruba, której obroty podnosiły wodę z powierzchni aż na wysokość szczytu muru. Tam wpadała do leja zakończonego rynną i swobodnie wypływała nią na zewnątrz.

Al zszedł na dół, by dokonać inspekcji urządzenia. Dokładnie obejrzał wszystkie przekładnie. Zauważył, że zęby jednej z nich noszą ślady zbyt dużego zużycia. Zapisał numer wieży i zrobił krótką notatkę, opisującą to, co zauważył. Nie znajdując dalszych uszkodzeń, wspiął się na mur i poszedł dalej wykonywać swoją pracę.

Szedł cały czas po szczycie zapory, schodząc jedynie w miejscach, gdzie znajdowały się instalacje pompujące wodę. Mijał kolejne wiatraki, rozmieszczane w coraz większych odległościach od siebie, jako że przesiąki stawały się mniejsze. Odpowiadało za to ukształtowanie terenu, które zmieniało się – stopniowo płaska równina podniosła się do góry, przechodząc w skaliste wzgórza, skąpo porośnięte trawą i niewielkimi krzakami. Zapora była coraz niższa, aż wreszcie całkiem się skończyła.

Al dokładnie zlustrował miejsce, gdzie mur stykał się z wykutą w skale pionową płaszczyzną. Sprawdził tabliczkę, a upewniwszy się, że nie opuścił żadnego pomiaru, spokojnie usiadł pod murem. Słońce chyliło się już ku zachodowi, ale do zmierzchu pozostały na pewno ponad dwie godziny. Poczuł głód, więc wyjął z torby okrągły placek i począł się posilać. Kiedy kończył jeść, usłyszał tętent końskich kopyt, a po chwili pod mur podjechał lekki, dwukołowy pojazd, zaprzężony w dwa konie. Pojazd był nisko osadzony na osi i miał tylko jedną półkolistą burtę, osłaniającą go z przodu i z boków. Do samej krawędzi zamocowane były uchwyty dla powożącego i pasażera. Stojący w wozie woźnica poczekał, aż Al wsiądzie, a kiedy stanął on z boku i złapał się wysokiej krawędzi pojazdu, założył z tyłu szeroki, skórzany pas, zabezpieczający przed wypadnięciem. Potem zaciął konie batem i pojazd popędził galopem w stronę, z której przybył.

Jechali drogą prowadzącą wzdłuż piramid od strony wyspy. Trakt był równy, szeroki i nosił ślady częstego użytkowania. W pewnym momencie na jego przedłużeniu pojawił się rząd wysokich, pokrytych wykutymi inskrypcjami, kamiennych obelisków. Aby je wyminąć, droga skręciła nieco w bok, ale zaraz powróciła do dawnego kierunku, równoległego do wielkiego muru.

Na wysokości obelisków pojazd zwolnił, a później skręcił ostro w lewo w odchodzącą prostopadle drogę, prowadzącą w stronę pól uprawnych, poprzecinanych licznymi kanałami nawadniającymi. Woźnica pogonił konie i znów gnali szybko przed siebie. Koła zabębniły krótko na moście przerzuconym w poprzek szerokiego kanału, odprowadzającego wodę ze zbiornika retencyjnego w kierunku muru. Al klepnął woźnicę po ramieniu, wskazując mu ręką śluzę. Mężczyzna kierujący końmi zmienił kierunek i wolno podjechał do zbiornika.

Al na krótko wysiadł z pojazdu. Szybkim krokiem podszedł do krawędzi zbiornika. Upewnił się, że zastawa jest w dobrym stanie, a poziom wody niski. Na wszelki wypadek spisał z wodomierza wskazanie i wrócił do rydwanu.

Znów ruszyli galopem.

Wjechali na szeroką drogę zbudowaną na groblach, przecinających pola, które ciągnęły się po płaskiej równinie aż po horyzont. Droga była równa, wyłożona starannie obrobioną kostką kamienną. Pojazd przyspieszył, a odgłos kół dudniących na kamiennym podłożu poniósł się daleko w nieruchomym powietrzu kończącego się dnia. Konie wciąż biegły równym rytmem, zwalniając jedynie na ostrzejszych zakrętach. W takich chwilach pojazdem zarzucało i obydwaj mężczyźni musieli mocno trzymać się uchwytów, by nie wypaść na zewnątrz.

Przez dłuższy czas jechali brzegiem prostego, szerokiego kanału, będącego jednym z głównych źródeł wody używanej do nawadniania. Kanał ciągnął się aż do granicy pola widzenia, a w regularnych odstępach odchodziły od niego węższe odnogi, równomiernie rozprowadzające wodę do pól.

Zmierzchało już, gdy zobaczyli przed sobą pierwsze zabudowania miasta. Pojazd wjechał pomiędzy domy. Woźnica przyhamował konie, które z galopu przeszły w niespieszny kłus. Teraz poruszali się powoli, aż dotarli do końca drogi, którą zamykał kamienny mur, będący miniaturą tego nad morzem.

Identyczna schodkowa konstrukcja, wykonana była z bloków mniejszych co najmniej o połowę od tamtych i wznosiła się zaledwie na trzy metry w górę. W połowie długości muru znajdowała się szeroka przerwa, stanowiąca bramę wjazdową. Od góry przykryta była jednym wielkim, prostopadłościennym blokiem kamiennym, zdobionym rzeźbionym ornamentem z symbolem Gildii Budowniczych. Pojazd wjechał przez bramę na dziedziniec ograniczony z trzech stron ścianami piętrowego, trójskrzydłowego domu. Budynek łączył się z frontowym murem, tworząc jedną zwartą całość z dużym dziedzińcem pośrodku.

Al początkowo skierował swoje kroki do prawego skrzydła budynku, gdzie mieszkał, ale nagle zmienił zdanie i pomimo zmęczenia po całym dniu wędrówki udał się na wprost do najbardziej okazałej części domu. Nie tylko niepokojące oznaki z inspekcji muru skłoniły go do tego, ale przede wszystkim nadzieja, że jeszcze dziś zobaczy Pat, najstarszą córkę Wielkiego Mistrza Gildii Budowniczych.

– Mistrzu, nie jest dobrze – odezwał się od progu, wyjmując z torby zapisaną tabliczkę.

– Pokaż mi pomiary – polecił gospodarz i odwracając głowę do wnętrza domu, zawołał: – Pat, przynieś lampę i coś do jedzenia dla Ala.

Po chwili do pomieszczenia weszła młoda dziewczyna. Na widok Ala jej twarz rozpromieniła się w uśmiechu. Postawiła palącą się lampę na stole, a zaraz potem przyniosła pieczone mięso, chleb i wino. Usiadła z boku, przysłuchując się rozmowie ojca z jego najlepszym uczniem.

– Masz rację, nie jest dobrze – odezwał się Mistrz po przejrzeniu wszystkich notatek. Sięgnął po leżący na półce okrągły suwak logarytmiczny i zaczął szybko kręcić dyskiem. Przysunął się bliżej lampy, ale jej światło okazało się za słabe dla jego starzejącego się już wzroku.

Zamruczał pod nosem ze złością, wspominając coś o starości i wyszedł na chwilę z pomieszczenia. Wrócił z niedużą lupą, zamocowaną w miedzianej oprawie, zakończonej kilkunastocentymetrową dźwignią. Jej koniec nałożył na oś dysku, dzięki czemu lupa znalazła się na wprost podziałki suwaka. Zadowolony, że teraz bez problemu może odczytać wskazania przyrządu, przystąpił do obliczeń. Wyniki zapisywał na arkuszu papirusu, a kiedy skończył obliczenia, jeszcze raz przejrzał je uważnie, dokonując szacunkowych sprawdzeń w pamięci.

– Trzeba wszystko dobrze przemyśleć, musimy być pewni – powiedział i dobitnie zaznaczył: – Nie możemy siać paniki.

– Dokończ jedzenie – zwrócił się do ucznia. – Ja muszę to spokojnie przeanalizować.

Znów wyszedł na krótko, a kiedy wrócił w jego ręku znajdowały się zwoje starych papirusów. Rozwinął jeden z nich i zaczął przeglądać równo zapisane kolumny tekstu i liczb. Coś notował na arkuszu ze swoimi obliczeniami, a potem znów sięgał po kolejny zwój.

Al siedział przy stole i niespiesznie jadł przyniesione mu jedzenie. Nie odrywał wzroku od siedzącej w kącie dziewczyny. Odkąd pamiętał, zawsze tam siadywała i zawsze z niezwykłą uwagą obserwowała zajęcia ojca. Wtedy, tamtego dnia, który na zawsze pozostał w jego pamięci, też ujrzał ją tam po raz pierwszy.

– Ile to już lat minęło? – Zadumał się. – Wydaje się, że to było wczoraj, a przecież, gdy pojawił się w domu Mistrza, był jeszcze dzieckiem – najwyżej dwunastoletnim chłopcem.

Al pochodził z północy, rejonu, gdzie kończyła się wielka równina, a zaczynała kraina łagodnie pofalowanych wzgórz, przechodzących stopniowo w coraz ostrzejsze skały, zwiastujące bliskość gór. Mieszkańcy jego wioski od pokoleń zajmowali się hodowlą glyptodonów.

Te wielkie i ciężkie zwierzęta nosiły na grzbiecie i głowie potężny pancerz, który stanowił niezwykle skuteczną ochronę przed drapieżnikami. Jednocześnie sprawiał, że te wielkie ssaki były ociężałe i powolne, a przez to mało agresywne. Glyptodonów nigdy nie dało się w pełni udomowić, ale mimo to pozwalały się oswajać, dzięki czemu była możliwa ich hodowla. Żywiły się pokarmem roślinnym, którego było pod dostatkiem na wzgórzach porośniętych trawą, krzakami i rzadkimi drzewami. Zwierzęta te były silne, ale niezdarne – wystarczyło więc jedynie zbudować z dużych głazów nawet dość niskie ogrodzenie, a nie były w stanie go pokonać.

Początkowo Atlantydzi zapędzali dzikie glyptodony w naturalne pułapki, jakimi były liczne wąwozy pomiędzy wzgórzami. Wyjście z nich zagradzali stosem kamiennych głazów, a kiedy zwierzęta znalazły się w środku, w podobny sposób zastawiali wejście, zamykając w ten sposób możliwe drogi ucieczki. Żywe zwierzęta trzymali w takiej naturalnej zagrodzie długi czas, dostarczając im jedynie pożywienie. Później udoskonalili hodowlę, odkrywając, że bardziej opłaca się uwięzić te zwierzęta na naturalnym pastwisku, niż codziennie dostarczać im duże ilości pokarmu. Tak powstały pierwsze kamienne zagrody, które z czasem pokryły wszystkie okoliczne wzgórza, tworząc widoczny z oddali labirynt murów i łączących je przejść.

Glyptodony przebywały w takiej zagrodzie do czasu, aż wyjadły większość roślinności. Wtedy przeganiano je do sąsiedniej, pozostawiając dotychczas zamieszkałą pustą do czasu, aż roślinność ponownie odrosła. Wtedy znów wprowadzano do niej zwierzęta.

Pomimo że te wielkie ssaki same dbały o siebie, pracy przy nich nigdy nie brakowało. Ciągle trzeba było naprawiać ogrodzenia lub budować nowe, a co najważniejsze, przemieszczać glyptodony na czas do nowych siedlisk.

Atlantydzi lubili ich mięso, ale przede wszystkim cenili ogromny mocny pancerz, z którego wyrabiali wiele użytecznych przedmiotów. Hodowla okazała się dobrym źródłem utrzymania dla całej wioski i po latach doświadczeń została doprowadzona przez mieszkańców do perfekcji. Każde pokolenie przekazywało wiedzę i umiejętności swoim następcom, a oni udoskonalając je coraz bardziej, zamienili w końcu całą okolicę w ogromne pastwisko.

W takim środowisku przyszedł na świat Al. Jak jego ojciec, a wcześniej dziadek, pradziadek i jeszcze dawniejsi przodkowie, miał spędzić życie wśród glyptodonów. Nie był to zły los, biorąc pod uwagę, że codzienne zajęcia nie były szczególnie uciążliwe, zaś efektem było życie na całkiem dobrym poziomie. Jego rodzinie nie zbywało na niczym, a do codziennej pracy nie trudno było przywyknąć.

Jednak glyptodony mało interesowały Ala, który wyróżniał się pośród rówieśników wielką ciekawością świata. Wciąż zadawał dorosłym pytania, na które oni nie znali odpowiedzi, a nieprzeciętna inteligencja chłopca częstokroć wprawiała ich w zakłopotanie.

W pobliżu znajdowało się miasto – siedziba nomarchy okręgu i duży ośrodek kultu Boga Słońca. Mieszkańcy wioski często udawali się tam, by sprzedać swoje produkty – mięso i wyroby z pancerza glyptodonów. Al zawsze, kiedy mógł, zabierał się z nimi, ale zamiast towarzyszyć im podczas handlu, wymykał się samotnie do miasta. Któregoś dnia zaszedł do świątyni Boga Słońca. Nieco zalękniony wszedł do środka, przyciągnięty widokiem wielkich malowideł pokrywających ściany budowli. Ujrzał wizerunek tarczy słonecznej, otoczonej punkcikami gwiazd i niezrozumiałymi dla niego symbolami.

Kiedy tak stał pochłonięty podziwianiem malowideł, podszedł do niego stary kapłan i nieco żartobliwym tonem zapytał:

– Czyżbyś miał jakąś sprawę do Boga?

– Nie – odparł odważnie chłopiec – ale chciałbym wiedzieć, co oznaczają te znaki.

Tak właśnie zaczęła się przyjaźń małego chłopca i starego kapłana, imieniem Uz. Al coraz częściej wymykał się samotnie z domu do miasta i przychodził do świątyni. Prosił kapłanów, by opowiadali mu, co znaczą widoczne na ścianach znaki, zadawał im masę pytań, na które oni, w odróżnieniu od mieszkańców wioski, znali odpowiedzi. W podzięce za wiedzę, którą go karmili, starał się choć trochę pomóc im w codziennej świątynnej służbie. Każdą okazję wykorzystywał, by dowiedzieć się czegoś o świecie przekonany, że tylko kapłani są w posiadaniu wiedzy niedostępnej przeciętnym ludziom.

Pewnego dnia do jego domu przyszedł kapłan Uz. Rodzice Ala przyjęli go z pełnym szacunkiem, zdziwieni wizytą tak dostojnego gościa. Długo rozmawiali ze starym kapłanem, a na koniec chłopiec wrócił z nim do świątyni. Jego radość była bezgraniczna. Już nie musiał obawiać się towarzystwa opancerzonych ssaków do końca swoich dni. Przyszłość widział w różowych barwach. Miał zostać kapłanem, posiąść wiedzę i służyć Bogu Słońca.

Teraz rozpoczął już regularną naukę. Szybko nauczył się pisma i sztuki liczenia, zdobywał wiedzę o świecie, która pozostawała zamknięta w murach świątynnych od niepamiętnych czasów.

Stary kapłan Uz polubił chłopca o otwartym, bystrym umyśle, opiekował się nim i traktował go jak własnego syna. Cieszył się z postępów Ala, który niczym gąbka chłonął wszelką wiedzę.

Tak minęło kilka lat i podobnie jak wcześniej, gdy Uz odkrył uzdolnionego chłopca, tak teraz zauważył, że studiowanie świętych zwojów i sprawowanie służby świątynnej raczej go nużyło, niż interesowało. Al wciąż chciał wiedzieć więcej i rwał się do działania, a tego nie dawało się pogodzić z monotonnym i spokojnym życiem kapłana. Po sześciu latach pobytu w świątyni Uz wziął chłopca na rozmowę.

– Minęło już sześć lat, odkąd przyszedłeś do świątyni – rozpoczął stary kapłan – ale to nie będzie podsumowanie twoich osiągnięć. Chcę z tobą porozmawiać o przyszłości. Nauczyłeś się więcej niż inni, ale widzę, że rola kapłana nie jest ci pisana. Ty masz charakter niespokojny, chcesz wiedzieć coraz więcej, ale odczuwasz też potrzebę działania. Do świątyni przywiodła cię ciekawość i ona daje ci póki co spełnienie. Ale to teraz. A później? Kiedy zostaniesz kapłanem, te mury – Uz zatoczył ręką koło, pokazując wysokie kamienne ogrodzenie, okalające świątynię i mówił dalej: – Te mury mogą stać się dla ciebie więzieniem takim, jakim byłyby zagrody glyptodonów. To dobre miejsce dla ludzi mojego pokroju i najlepszy azyl na starość. Patrzę na ciebie i dostrzegam, że w głębi serca już teraz przeczuwasz to wszystko, o czym mówię.

Al spuścił wzrok, jakby bał się, że mądry kapłan wyczyta w jego oczach potwierdzenie swoich słów, ale Uz tylko uśmiechnął się i zapytał:

– Jak myślisz, kto jest najważniejszy na wyspie?

– Król – odpowiedział bez chwili wahania chłopiec.

– Nie – spokojnie stwierdził kapłan i wyjaśnił: – Król jedynie sprawuje najwyższą władzę. On i nomarchowie dbają o przestrzeganie porządku, praw, o dobrobyt ludzi. To ważne, ale nie najważniejsze. Pomyśl i spróbuj jeszcze raz odpowiedzieć.

Teraz Al zastanawiał się dłuższy czas. W końcu udzielił odpowiedzi:

– Jeżeli nie król, to kapłani.

– Znów nie masz racji – ocenił Uz i rozwinął swoją myśl: – My, kapłani, jesteśmy mądrością Atlantydy, kultywujemy wiedzę, przechowujemy prawa i pomagamy ludziom rozmawiać z bogami. Ale ani król, ani my nie zapewniamy wyspie bezpieczeństwa. Czy pamiętasz, jak opowiadałem ci historię naszego ludu, o tym, jak ciężkie było życie w Starym Kraju, jak opuściliśmy go, szukając lepszego miejsca do życia?

Al potakująco skinął głową. Opowieści o zamierzchłych czasach były żywe wśród mieszkańców i słyszał je nie tylko od kapłana, ale również w swojej wiosce, gdy wieczorami mieszkańcy zbierali się i słuchali opowieści starych ludzi. Nie przerywał jednak kapłanowi, który mówił dalej:

– Po latach tułaczki znaleźliśmy wreszcie tę wyspę, która tak gościnnie nas przyjęła. Od tamtych, tak odległych czasów żyjemy tu w harmonii i pokoju. Nawet konflikty, które były udziałem naszych przodków, poszły już w niepamięć. Każdy mieszkaniec Atlantydy robi dla dobra wyspy to, co do niego należy. Mamy tylko jeden poważny problem i tylko jedno niebezpieczeństwo nam zagraża. Dlatego król szczególną troską otacza tych, od których pracy i mądrości zależy nasz los. To Gildia Budowniczych jest gwarantem naszego bezpieczeństwa i naszej przyszłości. Dlatego oni są tak naprawdę najważniejsi.

Kapłan położył rękę na ramieniu chłopca i rzekł:

– Ty jesteś zdolny i mądry, dlatego wśród tych ludzi jest twoje miejsce. Dostaniesz ode mnie list do Wielkiego Mistrza Gildii Budowniczych i udasz się do niego. Mam nadzieję, że przyjmie cię na naukę, choć u niego zostają tylko najlepsi z najlepszych.

– A co będzie ze mną, jeśli mnie odprawi? – zapytał z niepokojem Al i widmo życia w towarzystwie glyptodonów stanęło mu przed oczyma.

– Wtedy wrócisz do mnie, będę cię uczył dalej. – Kapłan uspokoił go, mówiąc dalej: – Jeśli zechcesz, zostaniesz w świątyni, by służyć Słońcu, ale jeśli uznasz, że rola kapłana nie jest tym, co chciałbyś robić przez resztę życia, pomogę ci znaleźć inne zajęcie. Z twoimi zdolnościami i umiejętnościami bez trudu przyjmą cię na dworze nomarchy, a kto wie, może nawet samego króla. Wszędzie potrzebni są mądrzy ludzie.

Al pochylił nisko głowę, okazując w ten sposób szacunek i wdzięczność staremu kapłanowi. Ten krótko przygarnął go do piersi i rzekł:

– Przygotuj się do drogi. Powinieneś wyruszyć już jutro.

Następnego dnia chłopiec wstał o świcie i poszedł do świątyni. Ostatni raz asystował staremu kapłanowi przy obrzędzie powitania Słońca. Uz kończąc poranne modlitwy, złożył dodatkową ofiarę, by wyjednać u Boga przychylność dla swojego wychowanka.

Wreszcie nadeszła pora pożegnania. Kapłan udzielił chłopcu jeszcze ostatnich rad na drogę, a później nie kryjąc wzruszenia, powiedział:

– Będę za tobą tęsknił, więc i ty nie zapomnij starego sługi Słońca. Daj mi natychmiast znać, jeśli Wielki Mistrz cię przyjmie i, jeśli się da, zaglądaj tu czasami – dodał, dając do zrozumienia, że przyszłość chłopca uznaje już za pewną.

Al ostatni raz uściskał kapłana, wcale nie wstydząc się łez, które niespodziewanie popłynęły z jego oczu. Uz także rąbkiem szaty ocierał oczy, patrząc jeszcze długo, jak chłopiec powoli niknie w oddali.

Al zdawał sobie sprawę, że jeśli zostanie w Gildii, nie prędko zdoła wrócić w swoje rodzinne strony. Dlatego pierwsze kroki skierował w stronę swojej wioski, gdzie ostatnimi laty był rzadkim gościem. Za to rodzina odwiedzała go często w świątyni przy okazji każdego pobytu w mieście.

Matkę i siostrę zastał przy chacie, zajęte codziennymi pracami domowymi. Długo tłumaczył, że idzie po lepszą przyszłość dla siebie oraz by służyć im wszystkim. Dopiero gdy naginając nieco fakty, zakomunikował, że to świątynna wyrocznia nakazała mu tę podróż, matka uspokoiła się, a ostatecznie stwierdziła, że ludzki los i tak jest w rękach bogów, więc trzeba go przyjąć z pokorą.

Zaraz też udała się do spiżarni, skąd zabrała najlepszy kawal wędzonego mięsa glyptodona i wraz ze świeżo upieczonym chlebem zapakowała chłopcu na drogę. Kiedy Al odszedł, natychmiast podeszła do domowego ołtarzyka złożyć rodzinnym bóstwom ofiarę i prosić je oraz przodków o opiekę nad synem.

Al poszedł jeszcze pożegnać się z ojcem, który jak zwykle był gdzieś na pastwiskach glyptodonów. Towarzyszyła mu siostra, która, kiedy odeszli już daleko od domu, wyjaśniła bratu:

– To trudne przeżycie dla mamy. Cały czas żyła nadzieją, że zostaniesz kapłanem, a w przyszłości może nawet samym arcykapłanem Boga Słońca. Ona wierzy, że to przyniosłoby nam pomyślność i zagwarantowało przychylność bogów.

– Bogowie mają swoje sprawy – skomentował Al. – My nie jesteśmy w stanie ani ich pojąć, ani zrozumieć. Czcimy ich i składamy im ofiary, ale bez żadnej gwarancji, że przyniesie to dla nas spodziewany efekt. Nawet wyrocznia, co rozmawia z bogami, dostaje od nich tak niejasne odpowiedzi, że doprawdy sam nie wiem, co o nich sądzić.

– Ty wiesz to najlepiej – podsumowała jego słowa siostra, a później oświadczyła: – Ufam staremu Uzowi, jeśli on tak zadecydował, to z pewnością się nie myli.

– Tylko nie zapomnijcie o nim – poprosił chłopiec i dodał: – Obiecałem, że będę do niego pisał, więc tą drogą również dla was będę przysyłał wiadomości.

Rodzeństwo szło dalej wąską ścieżką wydeptaną przez niezliczone lata przez mieszkańców wioski, którzy tędy dostawali się na wzgórza, gdzie żyły glyptodony. Dróżka wiła się najpierw pod górę, a później przebiegała grzbietami pagórków. Po przejściu kolejnego ujrzeli na stoku grupkę mężczyzn ustawiających piętrowo duże głazy w miejscu, gdzie w ogrodzeniu widniała spora przerwa. Kiedy podeszli bliżej, Al zobaczył, że grunt był w tym miejscu rozmyty przez wodę, która zapewne po ostatnim deszczu spłynęła silnym strumieniem, i to on spowodował osunięcie kamieni.

Na widok nadchodzącego rodzeństwa mężczyźni przerwali pracę ciekawi powodów odwiedzin Ala. Kiedy wyjawił im zmiany, jaki czekały go w życiu, usłyszał same słowa pochwały i gratulacje, zaś jeden z mężczyzn powiedział:

– Czeka się doskonała przyszłość. Jeżeli zostaniesz mistrzem Gildii Budowniczych, staniesz się naprawdę ważną osobistością. Dobrze będzie ci się żyło.

– O ile tylko nie przyjdzie wielka woda – zauważył inny – bo wtedy nikt na wyspie nie będzie miał łatwego życia.

– To prawda – potwierdził ojciec Ala. – Opowiadał mi mój ojciec, że tak było za czasów jego dziadka. Ciężkie to były czasy... Oby nas to ominęło.

Zapadła cisza. Wszyscy znali te opowieści o czasach trudnych, gdy każdy mieszkaniec wyspy musiał stanąć do walki o przetrwanie i wszyscy wiedzieli, że spokój, który później nastał, nie był im dany na zawsze.

– Staraj się Al – powiedział na koniec jego ojciec. – Kto wie, może to właśnie ty będziesz musiał podjąć w przyszłości to wyzwanie. Los nas wszystkich będzie zależał od tego, czego się nauczysz.

Al pożegnał się ze wszystkimi bliskimi i samotnie odszedł w kierunku głównego traktu. Jeszcze długo wędrował przez wzgórza i tylko raz zatrzymał się przy jednym ogrodzeniu, by po raz ostatni popatrzeć na gliptodonty. Nie wiedział czemu, ale wydały mu się dziwnie archaiczne, jakby nie pasowały do świata w którym żył. Rzucił im ostatnie spojrzenie i wyruszył dalej na spotkanie swojej przyszłości.

Podróż była długa i męcząca. Większość drogi Al pokonywał pieszo, wędrując traktami łączącymi poszczególne miasta. Atlantyda była podzielona na dziesięć okręgów, którymi rządzili nomarchowie, mający swoje siedziby w największych miastach. Komunikację pomiędzy nimi a stolicą, gdzie rezydował król, ułatwiała sieć dobrze utrzymanych dróg. By sprawnie zarządzać, oraz szybko przesyłać informacje, wzdłuż traktów komunikacyjnych rozlokowano w jednakowych odstępach, co kilkanaście kilometrów, stacje pocztowe. W każdej z nich czuwali posłańcy, mający do dyspozycji po dwa szybkie rydwany. Wiadomości przekazywano od stacji do stacji, posłaniec pędził, najszybciej jak mógł z wiadomością, oddawał przesyłkę kolejnemu, a potem powoli, by nie męczyć koni, wracał do własnej siedziby.

Dość często Al spotykał pędzących z hałasem posłańców. Wtedy usuwał się z drogi, podobnie jak inni podróżni, gdyż wiadomość od króla lub któregoś z nomarchów miała zawsze absolutny priorytet. Ale kiedy posłańcy wracali, często zabierali go do pojazdu, podwożąc do swojej stacji.

Chłopiec wciąż był ubrany