Marianna Orańska. Królewna, skandalistka, wizjonerka - Iwona Kienzler - ebook
NOWOŚĆ

Marianna Orańska. Królewna, skandalistka, wizjonerka ebook

Kienzler Iwona

0,0

12 osób interesuje się tą książką

Opis

Marianna Orańska – córka Wilhelma I Orańskiego, pierwszego koronowanego władcy Zjednoczonego Królestwa Niderlandów – prowadziła niezwykłe życie. Jej historia to materiał na pasjonujący film.

Wychowana w przepychu dworów Hagi i Berlina, szybko poznała cenę królewskiego pochodzenia. Zmuszona do małżeństwa, doświadczyła upokorzeń i zdrady. Wbrew konwenansom miała odwagę zawalczyć o własne szczęście i prawo do miłości. Jej wybory wywołały skandal i przyniosły bolesne straty, ale zyskała niezależność, jakiej nie miało wiele kobiet epoki. 

Pomimo odrzucenia przez rodzinę i wykluczenia z towarzystwa, na Dolnym Śląsku stała się mecenasem sztuki i dobrodziejką regionu. Za dzieło jej życia uważany jest Pałac w Kamieńcu Ząbkowickim – spektakularna rezydencja dziś odwiedzana przez licznych turystów z Polski i zagranicy.

„Marianna Orańska” Iwony Kienzler, autorki bestsellerowych biografii, to książka o kobiecie wyprzedzającej swoją epokę – silnej, niezależnej i bezkompromisowej w obronie prawa do decydowania o własnym losie.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 346

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2026

Konsultacja: Sylwia Łapka-Gołębiowska

Redaktorka prowadząca: Ewa Kubiak

Redakcja: Katarzyna Kośmicka

Korekta: Magdalena Jabłonowska, Katarzyna Kośmicka

Projekt okładki: Magdalena Wójcik-Zienkiewicz

Retusz zdjęcia okładkowego: Katarzyna Stachacz

Redakcja techniczna: Kaja Mikoszewska

Zdjęcia na okładce i źródła ilustracji: Wikimedia Commons

Zdjęcie autorki: © Maciej Zienkiewicz Photography

Producenci wydawniczy: Magdalena Wójcik-Zienkiewicz, Wojciech Jannasz

Wydawca: Marek Jannasz

Lira Publishing Sp. z o.o.

al. J.Ch. Szucha 11 lok. 30, 00-580 Warszawa

www.wydawnictwolira.pl

Wydanie pierwsze

Warszawa 2026

ISBN 978-83-68817-36-2

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Wstęp

Marianna Orańska kojarzy się z przepięknym Pałacem w Kamieńcu Ząbkowickim, który — po latach zapomnienia i zaniedbania — za sprawą władz gminy stopniowo odzyskuje niegdysiejszą świetność. Jest to budowla unikalna w skali Europy, doskonały przykład niezmiernie popularnej i modnej w XIX stuleciu architektury neogotyckiej, perła architektoniczna regionu. Ale nie tylko pałac przyciąga do Kamieńca turystów z całego świata; otaczający go park, z wielowiekowym drzewostanem, ciekawą roślinnością i elementami architektury parkowej, w tym ze spektakularnymi rzeźbami i fontannami, tryskającymi wodą na wysokość kilkudziesięciu metrów, także jest wart odwiedzenia. Podobnie jak znajdujące się na jego terenie starannie odbudowane Mauzoleum Hohenzollernów — co prawda nie ma już w nim prochów członków owego rodu, ale za to można tam spotkać „ducha” syna Marianny, Albrechta; przywołano go do życia za pomocą nowoczesnej technologii pozwalającej na stworzenie trójwymiarowych obrazów — holografii.

Co ciekawe, chociaż dla wielu współczesnych Pałac w Kamieńcu Ząbkowickim stanowi dzieło życia Marianny Orańskiej, ona sama nigdy tam nie zamieszkała. Owszem, sfinansowała budowę, a nawet miała udział w projektowaniu, i to spory — na jej życzenie niemiecki architekt Karl Friedriech Schinkel zmienił pierwotny projekt, a potem prowadził pracę pod jej dyktando. Okazuje się bowiem, iż ta wszechstronnie uzdolniona kobieta samodzielnie opanowała podstawy architektury, w dodatku na tyle dobrze, że projektowała niektóre elementy wznoszonego pałacu. Bezpośrednio po zakończeniu budowy Marianna sprezentowała ów efektowny obiekt synowi (którego doczekała się z małżeństwa z księciem pruskim Albrechtem). Formalnie nigdy zatem nie była gospodynią pałacu; pomieszkiwała tam jedynie przy okazji odwiedzin u syna oraz synowej i zajmowała wówczas apartamenty gościnne, do których wchodziła schodami prowadzącymi przez… okno. Wszystko z powodu restrykcji dworu pruskiego, które spadły na nią po rozwodzie z pruskim księciem, a przede wszystkim na skutek jej skandalicznego — przynajmniej zdaniem Hohenzollernów i jej własnych krewnych — prowadzenia się.

Tymczasem Marianna Orańska zapisała się w historii regionu nie tylko jako fundatorka zachwycającej kamienieckiej rezydencji, ale także jako prawdziwa bizneswoman, która walnie przyczyniła się do rozkwitu tych ziem. Ta bogata arystokratka budowała fabryki, drogi, kopalnie i zawsze, kiedy na swoich ziemiach decydowała się na inwestycje, wprowadzała ład i dobrobyt, bo tak samo jak o własny interes troszczyła się o dobro swoich poddanych. Nie tylko pomnażała majątek odziedziczony po matce, pruskiej księżniczce, ale także fundowała szkoły, sierocińce, szpitale, a nawet przytułki dla starców, co przyniosło jej z czasem przydomki „dobrej pani” czy „matki ubogich i sierot”. Nie zapominała też o artystach, bo jako wytrawna kolekcjonerka sztuki sponsorowała wielu z nich, przede wszystkim tych niderlandzkich, co nie dziwi, bowiem należała do tamtejszej rodziny królewskiej. Jej ojciec — Wilhelm I Orański — to pierwszy w dziejach koronowany władca Królestwa Niderlandów, a obecnie panujący król Niderlandów Wilhelm-Aleksander jest z nią spokrewniony przez swoją matkę, byłą królową Beatrycze.

Przy okazji warto dodać, że tytuły „królewny” i „królewicza” istnieją wyłącznie w nomenklaturze polskiej; nie mają odpowiednika w innych językach, w których córki oraz synów zarówno książąt, jak i koronowanych królów nazywa się po prostu „księżniczkami” i „książętami”. Bywa również, że wobec tych ostatnich używa się określenia „księżniczki i książęta krwi”, natomiast córki cesarskich władców z dynastii habsburskiej nazywane są „arcyksiężniczkami”, a ich synowie — „arcyksiążętami”. Na pruskim dworze z kolei książęta zajmujący pierwsze miejsce w kolejce do tronu nosili tytuł „kronprinza”, czyli księcia koronnego, podobnie jak w państwach skandynawskich, gdzie przysługiwało im miano „kronprins”. Co ciekawe, obecnie także istnieją monarchie, w których następcy tronu noszą tytuł „księcia koronnego” i — oprócz wspomnianych państw skandynawskich — tak właśnie tłumaczymy tytuł następcy tronu w Królestwie Arabii Saudyjskiej, Królestwie Tajlandii, emiracie Kuwejtu, sułtanacie Brunei oraz w Japonii. Z kolei księżniczki, które — tak jak to jest w przypadku Wiktorii Bernadotte, córki króla Szwecji — w przyszłości zasiądą na tronie, noszą tytuł „księżniczki koronnej”, aczkolwiek wedle tradycyjnej polskiej terminologii wszystkie córki panującego króla lub królowej powinniśmy nazywać „królewnami”. Podobny tytuł przysługiwałby także księżniczce Annie, jedynej córce zmarłej w 2022 roku królowej Elżbiety II, a przecież nikt nie nazywa jej „królewną”, podobnie jak nikt nie używa tytułu „królewicz” wobec braci Anny ani nawet wobec synów Karola III. Tymczasem Mariannę Orańską zawsze i wszędzie nazywamy królewną, mimo że jej tytuł w języku niderlandzkim brzmi po prostu „prinses der Nederlanden”, co można przetłumaczyć zarówno jako „księżniczka Niderlandów”, jak i jako „królewna Niderlandów”. Zatem wbrew informacjom zawartym w wielu opracowaniach, zwłaszcza internetowych, nazywanie jej księżniczką nie jest błędem, ale zgodnie z utrwalonym zwyczajem w niniejszej publikacji będziemy określać ją mianem królewny. Według zaleceń Komisji Standaryzacji Nazw Geograficznych poza Granicami Rzeczypospolitej Polskiej pełna, a zarazem oficjalna nazwa jej ojczyzny, państwa, w którym z woli poddanych władał jej ojciec Wilhelm I Orański, brzmi: Królestwo Niderlandów, w wersji skróconej — Holandia. Sami Holendrzy natomiast w 2019 roku zdecydowali o rezygnacji z anglojęzycznego określania swojego państwa jako „Holland” na rzecz „The Netherlands”, ale zmiana ta ma charakter wewnętrzny — nie pociągnęła za sobą konieczności wprowadzenia jej do innych języków. Używanie skróconej nazwy Holandia w stosunku do ojczystego kraju Marianny Orańskiej nie jest zatem błędem, ale w niniejszej publikacji będziemy przywoływać nazwę pełną — Królestwo Niderlandów.

Marianna została królewną dopiero w 1815 roku, bo właśnie wówczas jej ojciec objął tron Królestwa Niderlandów, które do 1806 roku — kiedy z woli cesarza Napoleona I władzę przejął tam jego brat Ludwik Bonaparte — było republiką. Jak na królewnę przystało, dziewczynka dorastała otoczona luksusem i miłością; kochali ją zarówno rodzice, jak i poddani jej ojca. Kiedy jednak dorosła, bardzo szybko przekonała się, że przynależność do rodziny królewskiej ma również ciemne strony: nie pozwolono jej poślubić mężczyzny, którego pokochała pierwszą, jeszcze niezupełnie dojrzałą miłością, a potem wydano ją za krewnego ze strony matki, członka domu Hohenzollernów — Albrechta. Wprawdzie naiwna dziewczyna, jaką była wówczas Marianna, z pokorą przyjęła motywowaną względami dynastycznymi decyzję rodziców, a nawet pokochała de facto narzuconego jej małżonka, ale w tym związku i tak nie znalazła szczęścia. Po tym jak Albrecht, któremu w międzyczasie urodziła kilkoro dzieci, zaczął ją systematycznie zdradzać, nie przyjęła roli pokornej partnerki, w milczeniu znoszącej mężowskie skoki w bok, mimo że tego właśnie oczekiwano od zdradzanych kobiet. Nie dość, że zażądała rozwodu, to jeszcze uznała, że skoro jej małżonek znajduje szczęście u boku innych, ona także ma prawo szukać miłości. I rzeczywiście znalazła ją w osobie jednego ze służących na jej dworze — swego rodaka Johannesa van Rossuma.

Nie była jedyną damą z wyższych sfer, która — rozczarowana nieudanym małżeństwem — znalazła sobie kochanka, ale jedną z nielicznych, które poważyły się żyć ze swoim partnerem jak z mężem. W dodatku nie dość, że jej wybranek był, przynajmniej w oczach Hohenzollernów i niderlandzkiej rodziny królewskiej, człowiekiem z gminu, to jeszcze pozostawał żonaty, chociaż podobnie jak Marianna od lat tkwił w nieszczęśliwym związku. Postępowanie królewny wywołało wielki, wręcz międzynarodowy skandal i powszechne oburzenie w kręgach arystokratycznych, które przybrało na sile, kiedy kobieta znalazła się w stanie błogosławionym. Nie była jedyną mężatką ani panną z wyższych sfer, której przydarzyło się takie „nieszczęście”: niechciane ciąże i będące ich owocem nieślubne dzieci skomplikowały życie niejednej ówczesnej damie. Wśród elit obowiązywała niepisana zasada, zgodnie z którą dziecko, jawny dowód małżeńskiej niewierności, należało oddać na wychowanie jakiejś rodzinie o niższym statusie społecznym; wypłacano tym ludziom stosowną, jednorazową, raczej sowitą, wypłatę i… zapominano o sprawie.

Marianna natomiast zatrzymała przy sobie dziecko i postanowiła je wychowywać wspólnie z partnerem. Za swoją decyzję zapłaciła wysoką cenę: dostała nakaz wyjazdu z Prus, jak również zakaz przebywania w granicach państwa dłużej niż dwadzieścia cztery godziny. A przecież na terenie tego państwa znajdowały się zarówno jej włości, jak i wznoszony przez lata Pałac w Kamieńcu Ząbkowickim, którego budowy musiała doglądać. Przedsiębiorcza dama poradziła sobie z tym wyśmienicie: nabyła niewielki majątek po austriackiej stronie i codziennie jeździła do Kamieńca, by wieczorem tego samego dnia opuścić terytorium Prus. Znacznie bardziej bolała ją jednak decyzja jej własnego brata, który po śmierci ojca objął tron niderlandzki; oburzony jej zachowaniem Wilhelm II zabronił siostrze wstępu na dwór, a jej synowi, którego doczekała się z van Rossumem, zakazał nawet wjazdu do stołecznej Hagi. Na domiar złego straciła prawa do dzieci, które urodziła Albrechtowi, co zrujnowało wzajemne relacje między nią a trojgiem jej potomstwa. Szczęście w nieszczęściu Marianna była niezależna finansowo, dlatego mogła żyć na własnych zasadach.

Dołączyła tym samym do grona kobiet, które nie godziły się z pozycją płci pięknej w społeczeństwie, narzuconej przez tradycję i ówczesną obyczajowość. Przedstawicielki rodzaju żeńskiego uważano wówczas nie tylko za słabsze fizycznie od mężczyzn, z czym ostatecznie można było się zgodzić, ale także za ułomne intelektualnie, a co za tym idzie — niezdolne ani do nauki, ani do utrzymania się. Co więcej, jeżeli wierzyć autorom ówczesnych poradników, nie były one w stanie zadbać nawet o własną reputację! Jako zależnych od męskich członków rodziny — najpierw od ojca, potem od męża, a w końcu od synów — niemal bezustanne ich pilnowano; przychodziło im spełniać wysokie normy moralne, które jednak nie obowiązywały mężczyzn. Podczas gdy rolą kobiet pozostawało dbanie o ognisko domowe, a przede wszystkim o dzieci, ich mężowie, bracia i dorośli synowie mieli przyzwolenie na znacznie bardziej swobodne obyczaje. Przez palce patrzono na ich wypady do domów uciech, uwodzenie nadobnych aktorek i urodziwych służących, nawet jeżeli w domu czekały na nich wierne żony. Kobiety, które — jak słynna francuska pisarka i skandalistka Aurore Dudevant, szerzej znana pod pseudonimem literackim George Sand — łamały obyczajowe normy i nie stosowały się do konwenansów, budziły powszechne oburzenie, przemieszane z podziwem, i należały do rzadkości. I właśnie dlatego postępowanie Marianny bulwersowało opinię publiczną, chociaż z całą pewnością nie można jej porównywać do francuskiej pisarki. Sand często nosiła męskie stroje, ćmiła cygara i zmieniała kochanków jak rękawiczki (nie stroniła przy tym od młodszych mężczyzn), Marianna zaś pozostawała wierna Rossumowi; gdy przygląda się jej portretom, odnosi się wrażenie, że została umieszczona na nich jakaś nobliwa mieszczka, a nie skandalistka budząca zgorszenie na europejskich dworach.

Być może na nieszablonowe postępowanie niderlandzkiej królewny wpływ miała epoka, w której przyszło jej żyć; był to bowiem okres, gdy do głosu dochodziły ruchy wolnościowe — to czas powstań narodowych w rodzaju polskiego listopadowego zrywu czy wreszcie Wiosny Ludów, która w latach 1848–1849 ogarnęła Europę. Marianna bowiem nade wszystko umiłowała wolność, chociaż los był wobec niej wyjątkowo okrutny: w 1861 roku niespodziewanie zmarł, w wieku zaledwie dwunastu lat, jej syn, owoc związku z Rossumem, a dwanaście lat później na zawsze odszedł jej ukochany. Na domiar złego rada Kościoła w Erbach — który królewna wybudowała specjalnie po to, by pochować tam syna, a potem spocząć obok wraz z jego ojcem — nie wydała pozwolenia na pochówek Rossuma w świątyni. Straciwszy miłość życia, Marianna do końca swoich dni nosiła żałobę, a pociechę znajdowała w religii i w działalności charytatywnej, której oddawała się niemal do samej śmierci.

Niniejsza publikacja stanowi próbę przybliżenia skomplikowanych losów Marianny Orańskiej — kobiety niezwykłej, wyprzedzającej swoją epokę. Portretuje również czasy, w których przyszło jej żyć i działać.

Miniatura Marianny Orańskiej (1846 r.), pędzla Jana Philipa Koelmana

Rozdział 1Niderlandzka królewna

Niderlandy i stadhouderzy, czyli szczypta historii

Bohaterka naszej opowieści, znana w historiografii jako Marianna Orańska, urodziła się 9 maja 1810 roku w Berlinie i chociaż dziś zwiemy ją królewną, to gdy przychodziła na świat, nie miała prawa do tego tytułu i nikomu nie przebiegłoby nawet przez myśl, by tak się do niej zwracać ani o niej w ten sposób mówić — ale niezwykły kaprys losu sprawił, że zaledwie pięć lat później jej rodzina dołączyła do królewskich klanów Europy, ona sama zaś stała się córką króla. Aby wyjaśnić, jak do tego doszło, musimy na chwilę porzucić losy Marianny i pochylić się nad dziejami Niderlandów, jej ojczyzny.

Jak wiadomo, nazwa ta odnosi się do krainy historycznej: nizinnych obszarów u ujścia trzech rzek — Mozy, Renu i Skaldy — do Morza Północnego, ale z czasem zaczęto tak nazywać również Ardeny oraz sąsiednie wyżyny, które współcześnie znajdują się na terenie Belgii, Holandii i Luksemburga. W V wieku Niderlandy stanowiły część państwa Franków, ale po rozpadzie imperium Karola Wielkiego zostały podzielone na autonomiczne księstwa i hrabstwa wchodzące w skład Świętego Cesarstwa Rzymskiego, aczkolwiek ich mieszkańcy nie uznawali żadnego zwierzchnictwa. W XV stuleciu ziemie te zostały zjednoczone i przeszły pod panowanie książąt Burgundii, by w 1482 roku, po śmierci księżnej Marii Burgundzkiej, na mocy układów w Arras, dostali je Habsburgowie. W dobie reformacji w Niderlandach zarysował się wyraźny podział na katolickie południe, obejmujące tereny dzisiejszej Belgii oraz protestancką północ, czyli współczesną Holandię. Tymczasem władający tym obszarem hiszpańscy Habsburgowie, którzy jak wiadomo, byli nie tylko katolikami, ale wręcz opowiadali się za kontrreformacją, nie godzili się na taki stan rzeczy. Filip II, panujący w latach 1556–1598, sprowadził na te tereny jezuitów, co jeszcze zaostrzyło sytuację. Konflikt w Niderlandach pozostawał zatem kwestią czasu, a u jego podłoża leżały nie tylko sprawy religijne — w XVI wieku w skład tej krainy wchodziło siedemnaście bogatych prowincji, przy czym źródło bogactwa terenów północnych stanowiły handel, żegluga i rybołówstwo, podczas gdy prowincje południowe czerpały niemałe zyski z rozwoju rzemiosła i handlu; większość pieniędzy, w formie podatków, trafiała jednak wprost do skarbca hiszpańskich Habsburgów

W 1556 roku rzeczywiście doszło do wywołanych przez kalwinistów zamieszek przeciwko brutalnym rządom księcia Alby, czyli Ferdynanda Álvareza de Toledo, ówczesnego namiestnika Niderlandów. Na czele opozycji stanął hrabia Nassau i książę Oranii Wilhelm I, przodek królewny Marianny, bez wątpienia najwybitniejszy przedstawiciel rodu Oranje-Nassau, w Polsce zwanego również Orańsko-Nassauskim (w literaturze przedmiotu spotyka się również wersję francuską — Orange-Nassau). Korzenie rodziny sięgają 1515 roku, kiedy niemiecki książę Henryk III, wywodzący się z rodziny Nassau-Breda, pojął za żonę Claudię Châlon-Orange. Para doczekała się syna René — pierwszego hrabiego Nassau i księcia Oranje (fr. Orange), któremu przyszło zginąć na polu walki w 1544 roku. Ponieważ nie zdążył spłodzić potomka, należące do niego posiadłości przeszły na własność jego kuzyna — Wilhelma z linii Nassau-Dillenburg, który przejął również nazwisko Oranje, a zapoczątkowana przez niego dynastia nazywa się Oranje-Nassau.

Z kolei nazwisko i nazwa księstwa pochodzi od miasta Orange — znajdującego się nieopodal koryta Rodanu, na terenie współczesnej Francji — którego początki sięgają czasów starożytnych. Jak czytamy w publikacji Miłość i dramaty królewny Marianny pióra profesora Krzysztofa R. Mazurskiego, „posiadacze tego lennego terytorium, ciągnącego się z południa, od koryta Renu, na północ, stopniowo zyskiwali w arystokratycznej hierarchii. W drugiej połowie XVIII w. nosili już tytuł książęcy (Fürst), a na początku następnego stulecia księcia wyższego stopnia, Herzoga (w dawniejszych czasach przysługiwał on samodzielnym władcom)”1. Nazwisko Oranje wywodzące się od wspomnianego miasta po niderlandzku oznacza również „pomarańczowy”, dlatego to właśnie ten kolor po dziś dzień jest narodowym kolorem Holandii.

Bez wątpienia najwybitniejszym, a co za tym idzie — najbardziej znanym przedstawicielem rodu był wspomniany wcześniej przywódca protestanckiej opozycji, żyjący w latach 1533–1584 Wilhelm I Orański. To właśnie jego działalność i sukcesy militarne doprowadziły do istotnego przełomu na drodze Niderlandów do niepodległości. Ten burzliwy okres w dziejach królestwa został opisany w jednej z wersji legendy o złośliwym psotniku Dylu Sowizdrzale, a konkretnie w powieści belgijskiego pisarza Charles’a de Costera z 1868 roku Legenda jako też bohaterskie wesołe i sławne przygody Dyla Sowizdrzała i Jagnuszka Poczciwca w krajach flamandzkich i gdzie indziej. Z kolei samemu Wilhelmowi poświęcił swój dramat Egmont wybitny poeta doby romantyzmu Johann Wolfgang Goethe.

W styczniu 1579 roku prowincje północne, gdzie przeważającą większość stanowili kalwiniści, zawarły unię w Utrechcie, a przy tej okazji ogłosiły wolność religijną oraz wyzwolenie spod władzy hiszpańskich Habsburgów. W tym samym roku prowincje południowe, w których przeważał katolicyzm, zawarły inną unię, tym razem w Arras, by uznać zwierzchność hiszpańskiego generała-gubernatora Aleksandra Farnesego, księcia Parmy. Trzy lata później siedem protestanckich prowincji północnych Niderlandów, a konkretnie Holandia, Zelandia, Utrecht, Groningen, Geldria, Overijssel i Fryzja, proklamowało detronizację króla Filipa II Habsburga i powołało do życia Republikę Siedmiu Zjednoczonych Prowincji, w historiografii zwanych też Republiką Zjednoczonych Prowincji Niderlandzkich lub po prostu Republiką Zjednoczonych Prowincji. Symbol tego wydarzenia po dziś dzień znajduje się na herbie Holandii2 — widniejący w centrum lew w koronie trzyma w jednej łapie miecz, a w drugiej pęk siedmiu strzał symbolizujących właśnie owe siedem zjednoczonych prowincji. Unia w Utrechcie nie zakończyła jednak zmagań o niezależność, bowiem wojna z Hiszpanią, ze względu na czas trwania zwana wojną osiemdziesięcioletnią, ciągnęła się z większymi lub mniejszymi przerwami aż do 1648 roku, kiedy zwaśnione strony podpisały pokój; Hiszpania zaś ostatecznie uznała niepodległość Niderlandów.

Tocząca się wojna nie oznaczała jednak pogorszenia sytuacji gospodarczej. Wręcz przeciwnie: praktycznie do końca XVII stulecia trwał niezwykły okres prosperity Republiki Zjednoczonych Prowincji, państwa, które było ewenementem na mapie ówczesnej Europy — podczas gdy we wszystkich krajach panowali koronowani władcy, ustrój Niderlandów można było określić mianem protestanckiej republiki mieszczańskiej. Republika bardzo szybko stała się również światową potęgą morską i kolonialną, do której należały liczne posiadłości zamorskie w południowej Azji oraz na terenie Ameryki Południowej. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy był fakt, że mieszkańcy kraju w przeważającej większości wyznawali kalwinizm — jak wiadomo, jest to wspólnota sankcjonująca bogacenie się i popierająca demokrację, co miało niebagatelny wpływ na gospodarkę i społeczeństwo Niderlandów. Obok kalwinizmu na sytuację w republice wpływały też inne czynniki: wdrożenie nowoczesnego systemu finansowego czy rozwój wyspecjalizowanych gałęzi gospodarczych, takich jak szlifowanie diamentów, wyrób luster i soczewek czy wreszcie hodowla tulipanów. Do tej wyliczanki należy dołożyć liczne kontakty handlowe z innymi krajami, kolonie zamorskie i potężną flotę handlową, jak również dochodowe rybołówstwo. Wszystko to sprawiło, że ten niewielki, bo liczący tylko dwa miliony ludności, kraj stał się bogaty, mimo że nie posiadał żadnych bogactw mineralnych. Na tle ówczesnej Europy wyróżniał się zamożnym społeczeństwem — wspaniałymi bogatymi miastami, których mieszkańcy zasiedlali wygodne i komfortowo wyposażone domy. A ponieważ bogactwo sprzyjało wykształceniu, obywatele tego państwa byli bodaj najlepiej wyedukowanymi mieszkańcami Starego Kontynentu; poziom analfabetyzmu był znacznie niższy niż w innych krajach, co niewątpliwie stanowiło efekt prężnej działalności szkół otwieranych przy kalwińskich zborach, gdzie uczyć się mógł każdy, niezależnie od pozycji społecznej. Poza tym na terenie kraju funkcjonowało aż sześć uniwersytetów o wysokim poziomie kształcenia, z czego cztery uczelnie istnieją po dziś dzień. Dzięki doskonale rozwiniętemu przemysłowi drukarskiemu w ówczesnej Holandii wydawano najwięcej książek w całej Europie. Co ciekawe, był to jedyny kraj europejski, w którym posiadanie dzieł sztuki, i to wysokiej klasy, nie pozostawało wyłącznie domeną bogatych elit. W owych czasach Holendrzy kupowali obrazy… na targach, gdzie sprzedawcy handlowali nimi tuż obok stoisk z warzywami, mięsem i rybami, lub na aukcjach, z których największa odbywała się w Amsterdamie, w jednej z tamtejszych oberż o nazwie Oudezijde. A było czym się pochwalić, bo w owych czasach żyli i tworzyli najwybitniejsi niderlandzcy malarze, na czele z Rembrandtem i Vermeerem.

Na czele poszczególnych jednostek Republiki Zjednoczonych Prowincji Niderlandzkich stali namiestnicy, nazywani stadhouderami (termin zaczerpnięty z języka niemieckiego). Urząd ten został wprowadzony już w XV stuleciu przez jednego z burgundzkich książąt — Filipa Dobrego, który mianował swojego szambelana Jana III van Lannoya namiestnikiem hrabstw Holandii, Zelandii i Fryzji. Pierwotnie był to po prostu szlachcic reprezentujący władcę w jednej prowincji bądź w kilku z nich, posiadający władzę wykonawczą oraz wojskową, gdyż piastował funkcję naczelnego wodza sił zbrojnych. Teoretycznie każda prowincja powinna mieć własnego stadhoudera, ale w praktyce ta sama osoba sprawowała urząd w kilku miejscach, co umożliwiało namiestnikom sprawowanie władzy w całych Niderlandach, zwłaszcza że początkowo zakres obowiązków stadhoudera nie był ściśle określony. Dopiero w XVI stuleciu cesarz Karol V Habsburg, zaniepokojony rosnącym znaczeniem osób zajmujących ten urząd, zdecydował się wydać rozporządzenie zawierające pełen zestaw ściśle określonych obowiązków.

Od czasów Wilhelma I Orańskiego stanowisko to tradycyjnie powierzano członkom rodu Oranje-Nassau. Niemal wszyscy przedstawiciele tej wpływowej rodziny mieli jednak znacznie większe ambicje i starali się przekształcić urząd w dziedziczną monarchię. Nie zdołali tego osiągnąć, bo chociaż tradycyjnie urząd stadhoudera przechodził z ojca na jego najstarszego syna, to jednak silne tradycje parlamentarne, ukształtowane przez wielowiekowe istnienie stanów prowincjonalnych i będących centralnym urzędem państwa stanów generalnych, skutecznie ukrócały te zapędy. Ponadto rosnące w siłę mieszczaństwo chciało mieć wpływ na rządzenie państwem, co w przypadku ustanowienia monarchii raczej byłoby niemożliwe. W dodatku brak formalnego określenia rzeczywistego zakresu władzy stadhoudera sprawił, iż często podważano sens istnienia takiego urzędu — zwłaszcza że w historii Niderlandów zdarzały się nawet okresy bez namiestnika, kiedy pełnię władzy przejmowały tzw. stany prowincjonalne i stany generalne. Takie „beznamiestnikowskie” okresy przypadły na lata 1650–1672, 1702–1747 oraz 1751–1766. Zawsze okazywało się jednak, iż państwo potrzebuje silnego, wspólnego przywódcy, i naród przywracał urząd, by powierzyć go, tak jak było to wcześniej, przedstawicielom rodu Oranje-Nassau. Chociaż stadhouderzy formalnie nie byli udzielnymi władcami, dla wielu rodzina, której członkowie sprawowali ten urząd, stała się uosobieniem iście monarszej świetności. I to nie tylko w kraju, gdyż bywało, iż stadhouderzy brali sobie za żony kobiety wywodzące się z książęcych rodów Europy. Przecież już dwie z czterech kolejnych żon Wilhelma I Orańskiego — Anna Saska i Karolina (Charlotte de Burbon) — były córkami udzielnych władców. Ojciec pierwszej z wymienionych to elektor saski Maurycy, zaś druga to córka księcia Montpensier, Ludwika II. Z kolei prawnuk Wilhelma ożenił się z Marią Henriettą Stuart, najstarszą córką Karola I Stuarta, zasiadającego na tronie Anglii w latach 1525–1649.

W końcu ktoś z członków rodu Oranje-Nassau zdołał zwieńczyć swe skronie koroną królewską, przy czym nie była to korona Niderlandów, ale… Anglii. Mowa o Wilhelmie III Orańskim, synu wspomnianej Marii Henrietty i Wilhelma II Orańskiego. Tak się bowiem złożyło, iż w 1688 roku, za sprawą tak zwanej chwalebnej rewolucji, po obaleniu katolickiego króla Jakuba II Stuarta Anglicy zaoferowali koronę sprawującemu wówczas urząd stadhoudera Wilhelmowi. Pozostawało nie bez znaczenia, iż był on nie tylko synem członkini dynastii Stuartów, ale również mężem jednej z córek obalonego monarchy — Marii Stuart. Z punktu widzenia Niderlandów jawiło się to jako bardzo korzystne posunięcie, wojska angielskie wspomogły bowiem Republikę w walce z Francją, która pod rządami Ludwika XIV zaczęła przejawiać tendencje imperialistyczne, a to wiązało się z realnym zagrożeniem niepodległości państwa.

Osiemnasty wiek przyniósł kres potęgi Republiki Zjednoczonych Prowincji. Trudno jest wskazać jedną przyczynę takiego stanu rzeczy. Bez wątpienia wpływ na to miała wzmagająca się konkurencja na światowych rynkach ze strony rosnącej w siłę i dysponującej coraz większą flotą Anglii, jak również kurczące się rynki zbytu, czego następstwem był upadek przemysłu czy rybołówstwa. Kolejny cios to utrata sporej części niderlandzkich kolonii na rzecz Wielkiej Brytanii.

O ile Republika nie była już potęgą, to paradoksalnie pozycja rodu Oranje-Nassau jeszcze bardziej się wzmocniła. Dwudziestego piątego marca 1734 roku w kaplicy francuskiej Pałacu św. Jakuba w Londynie Wilhelm IV Orański, pradziadek bohaterki niniejszej publikacji, poślubił córkę ówczesnego króla Anglii Jerzego II — Annę Hanowerską. Bez wątpienia wzmocniło to jego pozycję i przyczyniło się do mianowania go stadhouderem po ostatnim w dziejach Republiki okresie bez władzy namiestnika. Nie bez znaczenia była zagrażająca Niderlandom wojna z Francją — przerażona wizją krwawego konfliktu ludność głośno domagała się powołania jednego silnego przywódcy, a upatrywano go właśnie w osobie Wilhelma, którego 2 maja 1747 roku ustanowiono kapitanem generalnym, admirałem generalnym oraz stadhouderem wszystkich prowincji. Kiedy 11 maja 1747 roku świeżo upieczony stadhouder triumfalnie wkraczał do Amsterdamu, był witany z niekłamanym entuzjazmem przez wszystkich mieszkańców miasta, jego władze oraz duchowieństwo. Ulice przystrojono na pomarańczowo, ludność nosiła ozdoby w tym kolorze, co więcej — nawet bydło prowadzone na rzeź miało pomarańczowe wstążki. Ale to nie wszystkie hołdy, jakie zbierał pradziadek Marianny — w listopadzie tego samego roku stany generalne ustanowiły urząd dziedzicznego stadhoudera, przy czym mogły go dziedziczyć potomkowie namiestnika płci obojga, nie tylko synowie. Sam Wilhelm przeniósł się ostatecznie do Hagi, by zamieszkać w tamtejszym Pałacu Huis ten Bosch, stanowiącym odtąd jego główną siedzibę i zarazem centrum administracyjne państwa. Tam też w 1748 roku przyszedł na świat jego syn — Wilhelm Batavus, późniejszy dziadek Marianny Orańskiej.

Narodziny dziedzica i następcy Wilhelma IV zbiegły się jednak z poważnymi niepokojami społecznymi, które do historii przeszły jako powstanie dzierżawców podatków (niderl. Pachtersoproer) i które objęły niemal wszystkie miasta w państwie. Buntownicy domagali się oczyszczenia miejskich urzędów z korupcji, a przy okazji również przyznania większej władzy stadhouderowi. Wilhelm zdołał spełnić żądania powstańców; ich przedstawicieli przyjął nawet w swoim haskim pałacu, po czym usunął najbardziej kontrowersyjnych burmistrzów i członków rad miejskich; ku niekłamanemu rozczarowaniu społeczeństwa z czasem wielu z nich powróciło jednak na swoje wcześniejsze stanowiska, co odbiło się negatywnie na popularności stadhoudera. Niepowodzeniem zakończyły się podejmowane przez władcę próby ożywienia gospodarki pogrążających się w głębokim kryzysie Niderlandów. W ostatnim okresie swoich rządów Wilhelm, który niemal od dzieciństwa zmagał się z różnego rodzaju dolegliwościami, popadł w apatię i polityczne znużenie, co z pewnością stanowiło następstwo pogarszającego się stanu zdrowia namiestnika. Książę zmarł 22 października 1751 roku w Hadze; pozostawił małoletniego następcę, zaledwie trzyletniego Wilhelma Batavusa, ale oczywiście ze względu na wiek nie mógł on przejąć urzędu. Ustanowiono zatem regencję pod przewodnictwem owdowiałej Anny Hanowerskiej, która starała się kontynuować politykę zmarłego męża. Niestety również ona była słabego zdrowia i w 1759 roku zmarła. Wówczas regencja przeszła w ręce jej teściowej, a zarazem babki małoletniego stadhoudera — Marii Ludwiki z Hesji-Kassel. Kobieta bardzo szybko znalazła uznanie w oczach obywateli, którzy nadali jej dość sympatyczne miano cioci Maryjki (niderl. Marijke Meu). Historycy natomiast zgodnie przyznają, że trwająca do 1765 roku regencja Marii Ludwiki zapewniła państwu stabilność w tym niełatwym okresie jego historii. Zapewne jej rządy trwałyby nieco dłużej, gdyby 9 kwietnia 1765 roku nie zamknęła oczu na zawsze. Wówczas zastąpiła ją jej własna wnuczka, a zarazem starsza siostra Wilhelma — Karolina. Władała Niderlandami niespełna rok, do czasu gdy na urzędzie stadhoudera oficjalnie zasiadł osiemnastoletni wówczas Wilhelm V Orański. Młodzieniec został doskonale przygotowany do roli władcy, był bowiem absolwentem Uniwersytetu we Franeker i Uniwersytetu w Utrechcie, władał kilkoma językami, jak również interesował się historią. Jednemu ze swoich profesorów powiedział nawet, że szczegółowo zgłębił dzieje swojej rodziny, by kiedy już zostanie stadhouderem, nie popełniać błędów przodków. Miał jednak pecha, bo obejmował urząd w czasach, kiedy kraj pogrążył się w coraz większym kryzysie ekonomicznym i związanym z tym niepokojem społecznym. Na domiar złego zaangażowanie w trwające w latach 1780–1784 wojny morskie z Wielką Brytanią, które dla niderlandzkiej floty były ciągiem upokarzających porażek, uważano za główną przyczynę upadku potęgi państwa. I obwiniano o to właśnie stadhoudera.

Na domiar złego Wilhelm V był pierwszym władcą w historii Niderlandów, przeciwko któremu wszczęto prawdziwą nagonkę medialną: teksty bezpardonowo krytykujące prowadzoną przez niego politykę, również w formie pamfletów, drukowano w gazetach, w formie odezw czy publikacji książkowych. Bez wątpienia przełomowe znaczenie miał rok 1781, kiedy ukazał się anonimowy pamflet Do ludu Niderlandów, będący de facto politycznym manifestem. Jego autor, najprawdopodobniej arystokrata ze Zwolle Joan Derk van der Capellen tot den Pol podkreślał równość wszystkich obywateli wobec prawa i kwestionował przy tej okazji zasadność istnienia urzędu stadhoudera. Mało tego, pamflet był wymierzony przeciwko Wilhelmowi V, gdyż zwracał uwagę nie tylko na jego nieudolne rządy i wyraźne ciągoty monarchistyczne, ale także na niemoralne prowadzenie się: liczne przygody z kobietami oraz słabość do alkoholu. Co więcej, autor pamfletu zarzucał stadhouderowi działanie na rzecz Wielkiej Brytanii, skąd przecież wywodziła się jego matka: „Czy mógłbyś, o, namiestniku Niderlandów, przysiąc przed Bogiem, że (…) nie zaplanowałeś tej wojny wraz z Brytyjczykami? Że celowo nie pozbawiłeś naszej floty możliwości obrony na morzu, aby następnie wykorzystać tę okazję do obarczenia winą Bogu ducha winnych amsterdamskich regentów za klęskę, która w wyniku Twojej «troski» dotknęła nasz kraj?”3.

Ukazanie się utworu zapoczątkowało całą serię publikacji atakujących stadhoudera, często ilustrowanych ryciną przedstawiającą świnię przy korycie, która zamiast ryja miała twarz Wilhelma V. Ponieważ na terenie Niderlandów funkcjonowała dobrze rozwinięta sieć drukarń, dzieła atakujące namiestnika trafiały do szerokiego kręgu odbiorców, przez co jeszcze bardziej przyczyniały się do upadku jego, i tak już mocno nadszarpniętego, autorytetu. Wówczas o rząd dusz rywalizowały w Niderlandach dwa ugrupowania: tzw. patrioci, czyli demokraci opowiadający się za oświeceniowymi reformami państwa i uszczupleniem władzy stadhoudera, oraz oranżyści — tak nazywano zwolenników dynastii Oranje-Nassau. Kraj stanął na krawędzi wojny domowej, której jednak zapobiegła interwencja Prus w 1788 roku; zdecydowana większość patriotów wyemigrowała zaś do Francji, gdzie wkrótce stali się świadkami rewolucji, która obaliła monarchię Burbonów.

W 1795 roku wojska rewolucyjnej Francji, z hasłem „Wolność, równość, braterstwo” niesionym na sztandarach, opanowały Niderlandy, kończąc tym samym istnienie Republiki Siedmiu Zjednoczonych Prowincji. W jej miejsce 19 stycznia 1795 roku powołano Republikę Batawską, marionetkowy twór całkowicie zależny od Francji. Nie było w niej miejsca dla stadhoudera, a nielubiany Wilhelm V wraz z rodziną opuścił swój ojczysty kraj. Książę słusznie liczył na życzliwość szczerze nienawidzących rewolucyjnej Francji mieszkańców Albionu, zwłaszcza że przez matkę był spokrewniony z władcami Wielkiej Brytanii. Wraz z nim na emigrację udali się także jego dwaj synowie — urodzony w 1772 roku Wilhelm oraz dwa lata od niego młodszy Frederik. Wilhelm z żoną Wilhelminą doczekał się jeszcze trojga dzieci — dwóch synów, zmarłych we wczesnym dzieciństwie, oraz córki Luizy, która nie towarzyszyła rodzicom na wygnaniu, bowiem w październiku 1790 roku wyszła za Karola Brunszwickiego i zamieszkała wraz z mężem w jego księstwie. Z kolei najstarszy żyjący syn, a zarazem imiennik Wilhelma, wyjechał na emigrację wraz z poślubioną w 1791 roku żoną, która była zarazem jego kuzynką — w dodatku noszącą takie samo imię jak jego matka — Wilhelminą Pruską. Rok po ślubie para powitała na świecie pierwsze dziecko, syna Wilhelma Fryderyka, który z oczywistych względów również wyjechał do Londynu. Nad Tamizą zamieszkali w Pałacu Kew, szybko przechrzczonym przez Londyńczyków na Dom Holenderski, jednak z czasem wszyscy przenieśli się do Hampton Court.

Wilhelmowi VI nie było dane wrócić w ojczyste strony — zmarł 9 kwietnia 1806 roku w Brunszwiku, dokąd pojechał z wizytą do swojej jedynej córki Luizy. Wprawdzie do końca życia marzył mu się powrót do kraju i władzy, ale nawet mu się nie śniło, że jego rodzina zostanie wyniesiona do godności królewskiej, co w dużej mierze będzie zawdzięczać pewnemu Korsykaninowi o wielkim ego i równie wielkich ambicjach — Napoleonowi Bonapartemu.

Od dobrego króla Ludwika do Wilhelma I — władcy absolutnego

Zdaniem części współczesnych historyków wojny napoleońskie można uznać za pierwszy w historii konflikt zbrojny o ogólnoświatowym zasięgu, gdyż walki toczyły się nie tylko na terenie Europy, ale także na innych kontynentach: w Afryce, na Bliskim Wschodzie, w Ameryce, w Azji, jak również na morzach i oceanach. Był to także jeden z najdłuższych konfliktów w dziejach świata, bowiem trwał aż dwanaście lat, aczkolwiek część historyków do wojen napoleońskich zalicza również wojny rewolucyjnej Francji, przedłużając ten okres do dwudziestu trzech lat. Amerykański historyk gruzińskiego pochodzenia Alexander Mikaberidze twierdzi wręcz, iż „starając się zapewnić Francji hegemonię, Napoleon został pośrednio architektem niepodległości Ameryki Południowej, przekształcił Bliski Wschód, wzmocnił brytyjskie ambicje imperialne i przyczynił się do wzrostu potęgi Stanów Zjednoczonych”4. Miał też niemały wpływ na losy ojczyzny bohaterki naszej opowieści; już w 1806 roku naraził się jej rodzinie, kiedy po bitwie pod Jeną rozkazał skonfiskowanie dóbr w Nassau w Niemczech.

Jak wspomniano, za sprawą Francji w miejsce Republiki Siedmiu Zjednoczonych Prowincji powołano Republikę Batawską, której nazwa nawiązywała do łacińskiej nazwy Holandii — Batavia. Przy tej okazji zniesiono urząd namiestnika, stany prowincjonalne zastąpiono Prowizorycznym Przedstawicielstwem Ludu Holandii i przede wszystkim — uchwalono prawa człowieka i obywatela. Republika okazała się dość krótkotrwałym tworem; kiedy Stary Kontynent ogarnęły wojny napoleońskie, starała się zachować neutralność i nie wsparła Bonapartego, a władca zdecydował się zakończyć jej istnienie. Dzięki temu przekształcił Niderlandy w zależne od siebie satelickie królestwo, na którego tronie osadził swojego najmłodszego brata — Ludwika. W ten sposób powstało Królestwo Holandii; Ludwik Bonaparte objął władzę 22 czerwca 1806 roku, na co jego nowi poddani zareagowali bez większego entuzjazmu.

Ludwik był nie tylko bratem cesarza, ale także jego zięciem — poślubił bowiem Hortensję de Beauharnais, córkę małżonki Napoleona, Józefiny. To zresztą niejedyny Bonaparte, którego cesarski krewny osadził na tronie europejskiego państwa. Najstarszy z braci — Józef — najpierw został księciem Neapolu, by w 1808 roku, po obaleniu hiszpańskich Burbonów, zostać władcą Hiszpanii, a najmłodszy z nich, czyli Hieronim, objął tron nowo utworzonego Królestwa Westfalii. Biografowie cesarza twierdzą jednak zgodnie, że to Ludwik był ukochanym bratem władcy; być może dlatego, że po śmierci ojca w 1785 roku Napoleon — będący już wówczas porucznikiem artylerii — wziął pod swoje skrzydła zaledwie siedmioletniego Ludwika i praktycznie to on go wychował. A może przyczyną słabości wodza do Ludwika był wyjątkowo łagodny charakter tego czwartego pod względem starszeństwa syna Karola Marii Bonapartego i jego żony Letycji? Może rolę odegrały również problemy zdrowotne, które zmuszały rodzeństwo do sprawowania opieki, a potem dyskretnej kurateli nad nieco niezaradnym Ludwikiem? Przyszły król Holandii cierpiał na bliżej niezidentyfikowane schorzenie; być może, jak chcą współcześni lekarze, był to reumatyzm, ale objawy raczej na to nie wskazywały — ręce miał częściowo sparaliżowane, co skutecznie komplikowało mu codzienność. Kiedy zabierał się do pisania, przywiązywano mu pióro do nadgarstka, natomiast gdy zamierzał otworzyć drzwi, podobno wkładał palce w dziurkę od klucza, by użyć ich jako dźwigni, i w ten sposób otwierał zamki. Za jego życia plotkowano o chorobie wenerycznej, na którą miał zapaść w młodości.

I właśnie ze względu na wspomniane dolegliwości Ludwik nie zareagował zbyt entuzjastycznie na przedłożoną mu przez starszego brata propozycję objęcia holenderskiego tronu. Miał realne podstawy, by się obawiać, że surowy, wilgotny niderlandzki klimat źle wpłynie na jego kondycję, ale ten argument zupełnie nie przemawiał do Napoleona, który wedle przekazów odrzekł, iż lepiej umrzeć na tronie, niż wieść żywot szarego człowieka. Ostatecznie przekonał brata do zmiany zdania i przy okazji objaśnił mu, jak widzi jego obowiązki jako władcy Królestwa Holandii, a streścił to w następujący sposób: „Strzeż ich wolności, ich praw, ich religii, ale nigdy nie przestań być Francuzem”5.

Ludwika cechowały wprawdzie prostoduszność i dobrotliwość, ale na inteligencji mu nie zbywało; zaraz po objęciu władzy zorientował się, że jego nowi poddani nie pałają do niego sympatią, i postanowił to zmienić. Przede wszystkim zaczął przyswajać język niderlandzki, który jak wiadomo, do łatwych nie należy. On sam szybko się o tym przekonał, i to dość boleśnie, bo wprawdzie nauczył się swojej przemowy koronacyjnej w tym języku, ale wygłaszając ją, ogłosił się… królikiem Holandii! A wszystko przez problemy z wymową: słowa koning — król oraz konijn — królikbrzmią bardzo podobnie; żeby się o tym przekonać, wystarczy włączyć funkcję lektora w popularnym tłumaczu internetowym. O przejęzyczenie rzeczywiście nietrudno, ale Holendrzy nie byli tak wyrozumiali dla narzuconego im przez Napoleona władcy i odtąd pogardliwie nazywali go „królikiem Ludwikiem”; niezrażony tym monarcha mimo to cierpliwie wydeptywał sobie ścieżkę do serc poddanych. I trzeba przyznać, że naprawdę się starał: swoje panowanie rozpoczął od wprowadzenia humanitarnego kodeksu karnego, wydał też zarządzenie, zgodnie z którym każdy zasądzony wyrok śmierci musiał zostać zatwierdzony przez niego samego; wyjątkowo często korzystał z prawa łaski, dzięki czemu ocalił życie dziesiątków ludzi. Wprowadził liberalną politykę religijną — dopuścił do sprawowania urzędów państwowych zarówno katolików, jak i Żydów, co wcześniej było nie do pomyślenia, a tym pierwszym zwrócił nawet kościoły, wcześniej bezprawnie zagarnięte przez protestantów. Jego ważnym dziełem okazało się przeprowadzenie reformy administracyjnej kraju — polegała ona na podziale państwa na dziesięć departamentów, dzięki czemu centralna władza w Hadze uległa znacznemu wzmocnieniu. Kiedy władca zorientował się, jak wiele kosztuje utrzymanie francuskich wojsk, wymusił na Napoleonie ich wycofanie, dzięki czemu mógł ograniczyć wydatki z państwowej kasy, i to o przeszło 30 milionów florenów6. Co więcej, zdołał przekonać brata do zwolnienia Holendrów z obowiązku służby w Wielkiej Armii, ponieważ, jak argumentował, to naród kupców i przemysłowców, a nie żołnierzy.

Holandia zawdzięcza Ludwikowi wiele funkcjonujących po dziś dzień instytucji, w tym Bibliotekę Królewską, Akademię Nauk, jak również Muzeum Narodowe — obowiązkowy punkt dla wszystkich turystów odwiedzających Amsterdam. Prawdę mówiąc, Ludwik Bonaparte nie założył tej ostatniej instytucji, bo słynne Rijksmuseum funkcjonowało już w 1800 roku w Hadze jako Nationale Kunstgalerij (Narodowa Galeria Sztuki), ale przeniósł je do znacznie obszerniejszego gmachu w Amsterdamie i nadał mu rangę muzeum narodowego.

Nowy król często opuszczał swój haski pałac, by podróżować po najodleglejszych zakątkach królestwa, i nie były to wyjazdy rekreacyjne. W 1806 roku odwiedził Aarle w Brabancji Północnej, gdzie szalała wówczas tajemnicza zakaźna choroba, potocznie zwana angielskimi potami. Monarcha zaryzykował swoim własnym zdrowiem, by odwiedzić chorych, i wstrząśnięty ich cierpieniem, bezzwłocznie wysłał tam najznamienitszych lekarzy, zaopatrzywszy ich w najlepsze leki. W efekcie w ciągu kilku tygodni epidemię zdołano zdusić. Nie pozostał obojętny także wobec katastrofy, która dotknęła jedno z niderlandzkich miast 12 stycznia 1807 roku: wówczas w Lejdzie, po godzinie czwartej, w samym centrum miasta wybuchł cumujący w kanale statek transportujący przeszło 17 tysięcy kilogramów prochu strzelniczego (eksplozję słychać było aż w Hadze). Śmierć poniosło 151 mieszkańców miasta, a przeszło 2 tysiące doznało obrażeń; do tego ponad 200 budynków w mieście legło w gruzach, a wiele innych uznano za niezdatne do zamieszkania. Wówczas monarcha zaskoczył poddanych, bo już o piątej zjawił się, by osobiście zarządzać akcją ratunkową. Nie dość, że skierował do odbudowy zniszczonego miasta żołnierzy z jednostek wojskowych, pierwotnie przeznaczonych do obrony wybrzeża przed inwazją angielską, to jeszcze z własnej kasy przeznaczył 30 tysięcy guldenów na pomoc ludności. Ponadto zwolnił Lejdę z obowiązku płacenia podatków na okres dziesięciu lat, a piekarzom z Delft nakazał za darmo wypiekać chleb dla mieszkańców zniszczonego miasta. Przede wszystkim zaś zarządził ogólnonarodową zbiórkę na rzecz poszkodowanych, w trakcie której zebrano bez mała 2 miliony florenów. Podobnie postąpił podczas powodzi w 1809 roku, kiedy sam nosił worki z piaskiem w celu wzmocnienia wałów. To wszystko zmieniło stosunek poddanych do władcy i Ludwik I z „królika Ludwika” przedzierzgnął się w „dobrego króla Ludwika”, bowiem tak zaczęto go nazywać w jego państwie. Nie oznacza to jednak, że akceptowano go bezwarunkowo; licznym poddanym nie podobał się przepych królewskiego dworu ani nie pochwalali oni wydatków na budowę coraz to nowych rezydencji. Obawy Ludwika co do złego wpływu klimatu Niderlandów na jego zdrowie niestety się sprawdziły i właśnie dlatego monarcha przeprowadzał się z miejsca na miejsce — a to wiązało się ze wznoszeniem nowych pałaców bądź z rozbudowywaniem już istniejących, tak jak postąpiono w przypadku wspomnianego wcześniej Pałacu Królewskiego w Amsterdamie, który został przerobiony z istniejącego tam wcześniej ratusza.

Sam Napoleon z rosnącą niecierpliwością obserwował poczynania brata, który najwyraźniej nie wziął sobie do serca cesarskiego napomnienia, by nigdy nie zapomniał o tym, że jest Francuzem. Jako monarcha dbał przede wszystkim o dobro swoich poddanych i nawet — czym rozwścieczył cesarza do białości — przymykał oko na nielegalny import do Holandii angielskich towarów objętych embargiem. Napoleon zarzucił mu, że stał się przede wszystkim „holenderskim dostawcą sera”, na co Ludwik ze stoickim spokojem odparł, iż właśnie na tym polega rola holenderskiego władcy. Sytuacja między nimi stawała się coraz bardziej napięta i 1 lipca 1810 roku skłócony z bratem Ludwik abdykował na znak protestu, a następnie koronował na króla Holandii swojego sześcioletniego syna Ludwika Napoleona. Malec panował jedynie kolejne osiem dni, bo 9 lipca jego cesarski stryj przyłączył Królestwo Holandii do Cesarstwa. Gubernatorem nowo wcielonego terytorium został książę Karol Franciszek Lebrun. Skończyło się też małżeństwo Ludwika z Hortensją, w którym zresztą nigdy nie działo się dobrze — małżonkowie definitywnie się rozstali. Były król Holandii wyjechał do Niemiec, jego małżonka wraz z synami wróciła zaś do Francji. Po upadku Napoleona przeniósł się do Włoch, gdzie funkcjonował jako hrabia de Saint-Leu. Zmarł w Livorno w 1846 roku.

W tych burzliwych czasach Wilhelm VI Orański w zasadzie tułał się po Europie; jego rodzina wyjechała z Londynu jeszcze w 1795 roku, bo Wilhelmina nie mogła dojść do siebie po poronieniu. Wówczas małżonkowie zdecydowali, żeby poszukać schronienia w Prusach, ojczyźnie matki bohaterki naszej opowieści, w których panował brat księżnej Fryderyk Wilhelm III von Hohenzollern. Tam otoczona opieką bliskich Wilhelmina, zwana w rodzinie Mimi, odzyskała równowagę psychiczną. Po dwóch latach w berlińskim pałacu powiła drugiego synka — Wilhelma Fryderyka Karola, zwanego w rodzinie Fryderykiem. Natomiast 1 marca 1800 roku wydała na świat córkę — Wilhelminę Fryderykę Luizę Paulinę Karolinę, wobec której używano imienia Paulina, nadanego jej zresztą po carze Pawle I.

Trzeba przyznać, że Wilhelm próbował odgrywać jakąś polityczną rolę. W 1801 roku złożył nawet Napoleonowi propozycję utworzenia urzędu pierwszego konsula Republiki Holenderskiej, którym miałby zostać on sam, ale nie spotkało się to z entuzjastycznym przyjęciem ze strony Bonapartego. Wcześniej dowodził wojskami niderlandzkimi w wojnie z rewolucyjną Francją, potem krótko służył w armii pruskiej, walcząc przeciwko Francji, a dwa dni po sromotnie przegranej przez Prusy bitwie pod Auerstedt rozegranej 14 października 1806 roku, w której ojciec Marianny brał udział w randze generała, dostał się do francuskiej niewoli. Wolność odzyskał jeszcze tego samego dnia i bezzwłocznie wyjechał do Berlina, gdzie wraz z resztą swojej rodziny zamieszkał w okazałej rezydencji przy Unter der Linden, zwanej przez Berlińczyków Pałacem Niderlandzkim (niem. Niederländisches Palais). Pałac stał się własnością rodu Oranje-Nassau zaledwie dwa lata wcześniej, kiedy nabył go ojciec Wilhelma. Była to piękna klasycystyczna budowla, która niestety już nie istnieje — w czasie II wojny światowej budynek uległ tak poważnym zniszczeniom, że władze miasta zdecydowały o jego wyburzeniu i wzniesieniu nowego — od października 2014 roku jego fasadę zdobi tabliczka upamiętniająca fakt, że w tym miejscu stał Pałac Niderlandzki, w którym rezydował przyszły król Holandii Wilhelm I.

Kiedy ojciec Marianny zjawił się w Berlinie, rodzina opłakiwała stratę najmłodszej córki — Pauliny, ulubienicy dziadka Wilhelma, zwanej w rodzinie Polly. Nigdy nie była okazem zdrowia, a kiedy pod koniec 1806 roku jej rodzina w popłochu uciekała przed wojskami Napoleona, dziewczynka nabawiła się przeziębienia, które przeszło w zapalenie płuc. Pomimo wysiłków lekarzy małej nie zdołano uratować — sześcioletnia Paulina zmarła 22 grudnia 1806 roku w niemieckim majątku w Freienwalde, gdzie uciekinierzy postanowili się zatrzymać. Nie była to jedyna bolesna strata, z którą w tym wyjątkowo dla nich nieszczęśliwym roku musieli się uporać bliscy Wilhelma — 30 sierpnia Wilhelmina powiła martwego syna.

Szczęście ponownie zawitało do Pałacu Niderlandzkiego 9 maja 1810 roku, gdyż właśnie w tym dniu urodziła się najmłodsza córka Wilhelma i Wilhelminy — Wilhelmina Fryderyka Luiza Karolina Marianna, która używała potem tego ostatniego imienia. Dziewczynka była ostatnią z pięciorga dzieci przyszłego króla Holandii, z których jedynie troje dożyło wieku dorosłego. Między nią a jej starszymi braćmi była dość spora różnica wieku — kiedy przyszła na świat, najstarszy z nich, Wilhelm Fryderyk Jerzy Ludwik, miał już lat osiemnaście, średni zaś, Wilhelm Fryderyk Karol — trzynaście. Tak się złożyło, iż pierworodny syn Wilhelma i Wilhelminy został też ojcem chrzestnym ich najmłodszej córki. Narodziny zdrowej dziewczynki z pewnością wniosły wiele radości do życia jej rodziców. Cała familia mieszkała wówczas w Berlinie, ale w lecie wyjeżdżali do darowanego rodzinie Orańskich przez samego Napoleona — w ramach rekompensaty za utracone dobra — księstwa Fuldy.

Rok 1813 przyniósł wiele zmian w życiu bliskich małej Marianny — między 16 a 19 października rozegrała się pod Lipskiem bitwa narodów, w której zgasła gwiazda Napoleona: dowodzone przez niego wojska poniosły sromotną klęskę. Wiosną następnego roku armie koalicji antynapoleońskiej wtargnęły do Paryża, by położyć kres istnieniu utworzonego przez Bonapartego cesarstwa, a przynajmniej tak się wówczas wszystkim wydawało. Wrzało również w Niderlandach: jesienią tego samego roku w Hadze wybuchło antyfrancuskie powstanie, wzniecone głównie przez oranżystów. Po wycofaniu się Francuzów z Holandii trzej konserwatywni politycy, a zarazem zdeklarowani oranżyści — Gijsbert Karel, hrabia van Hogendorp; Adam Frans Jules Armand, hrabia van der Duyn; oraz wojskowy w randze generała porucznika piechoty Leopold van Limburg Stirum — utworzyli rząd tymczasowy i bezzwłocznie wezwali Wilhelma do powrotu do ojczyzny. Pierwszy z wymienionych z własnej inicjatywy wystosował pismo do syna ostatniego stadhoudera i w imieniu całego narodu zaprosił adresata do powrotu; jednocześnie ogłosił go suwerennym księciem Wilhelmem I. Najwyraźniej w głębi serca ojca Marianny tliły się jakieś monarchistyczne marzenia, właściwe członkom jego rodu, bo bezzwłocznie podjął decyzję o powrocie do ojczyzny. Ponieważ list zastał go w Londynie, Wilhelm postanowił skorzystać z pomocy Anglików, w których asyście wsiadł na pokład fregaty The Warrior i popłynął ku wybrzeżu Scheveningen. Witany przez tłum rozentuzjazmowanych Holendrów Wilhelm 30 listopada 1813 roku po trzynastu latach nieobecności wreszcie wrócił do ojczyzny. Miejsce, które wybrał, było symboliczne — właśnie tam w styczniu 1795 roku rodzina ostatniego stadhoudera wsiadła na maleńkie rybackie łódki, którymi popłynęła ku wybrzeżom Anglii. Zima była wówczas tak sroga, że wzdłuż wybrzeża Morza Północnego „wykształcił się wielki, lodowy brzeg. Mieszkańcy wioski stawili się do pomocy; wycięto otwór w lodowej ścianie, położono drewniane kładki i tamtędy przeniesiono owe małe łódki do morza”7. Podróż była niebezpieczna, ale na szczęście wszyscy zdołali dotrzeć do celu. Można sobie wyobrazić, co czuł ojciec Marianny, kiedy po latach schodził na ląd niemalże dokładnie w tym samym miejscu, z którego wcześniej wyruszał na wygnanie. Teraz zaś był entuzjastycznie witanym władcą, ukochanym przywódcą narodu, bo właśnie tak postrzegała go większość mieszkańców Niderlandów. Ponieważ nie był to port, tylko zwyczajna plaża, statek nie mógł przybić do brzegu; z morza przywieziono więc Wilhelma na otwartym wozie gospodarczym. Dopiero nieco później pojazd zmieniono na przyzwoity, odkryty powóz, w którym książę wjechał do Hagi. Wilhelma oficjalnie ogłoszono suwerennym księciem 1 grudnia 1813 roku, on sam zaś łaskawie przyjął nadany mu tytuł, choć ambicje miał znacznie większe. Niedługo potem ściągnął do siebie całą swoją rodzinę.

Kolejną zmianę w życiu rodziny Marianny przyniósł kongres wiedeński, na którym jak wiadomo, ustalono nowy europejski porządek, a także zasady utrzymania pokoju na Starym Kontynencie. Obrady skutecznie zakłóciło „sto dni” Napoleona, który po raz ostatni próbował odzyskać władzę, ale jego ambitne plany skutecznie ukróciła klęska pod Waterloo. I znowu cień Bonapartego zawisł nad rodem Oranje-Nassau, bo najstarszy brat Marianny Wilhelm, notabene absolwent Akademii Wojskowej w Berlinie i Uniwersytetu Oksfordzkiego, brał udział w batalii pod Waterloo, podczas której został ranny. Na szczęście nic poważnego mu się wówczas nie stało; szybko doszedł do zdrowia, a 21 lutego 1816 roku poślubił Annę Pawłownę, córkę cara Pawła I, o którą wcześniej starał się cesarz Francuzów. Para doczekała się pięciorga dzieci.