Maria Skłodowska-Curie. Opowieść o mojej matce - Camilla Ringquist - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Maria Skłodowska-Curie. Opowieść o mojej matce ebook i audiobook

Camilla Ringquist

4,8

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

23 osoby interesują się tą książką

Opis

„Czy kiedykolwiek się rozumiałyśmy? Chyba nie… Jestem jedyną osobą w mojej rodzinie, która nie otrzymała Nagrody Nobla”.
Większość zna Marię Skłodowską Curie dzięki jej pracy naukowej, lecz niewielu zna historię jej życia prywatnego, opowiedzianą tutaj przez najmłodszą córkę Ewę Curie — pianistkę, pisarkę i dziennikarkę. Jak to było dorastać jako artystka w rodzinie naukowców?
Dzięki faktom, listom, zapiskom z dziennika i własnym refleksjom Ewy możemy zbliżyć się do Marii Skłodowskiej Curie — nie tylko jako do uczonej, lecz także jako do kobiety, kochającej partnerki i samotnej matki dwóch córek po tragicznej śmierci Piotra Curie w wypadku. To opowieść o jej samotnej walce, heroicznych działaniach podczas pierwszej wojny światowej, zakazanej miłości oraz o tym, jak jako polska imigrantka i kobieta torowała sobie drogę w Paryżu na przełomie wieków.
Specjalnie stworzona muzyka „Piano Suite Curie” stanowi tło dla tej poruszającej i dramatycznej opowieści — napisanej i skomponowanej przez Camillę Ringquist.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 53

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 2 godz. 25 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Dana Rechowicz

Oceny
4,8 (4 oceny)
3
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
makalonka2000

Nie oderwiesz się od lektury

Świetny audiobook. Wzruszajacy.
00


Podobne


Camilla Ringquist

Maria Skłodowska-Curie

Opowieść o mojej matce

Tłumaczenie: Dana Rechowicz

@lindcopl

e-mail: [email protected]

Tytuł oryginału:

Maria Skłodowska Curie. Opowieść o mojej matce

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej część nie może być przedrukowywana

ani w żaden inny sposób reprodukowana lub odczytywana

w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody

Wydawnictwa Lind & Co Polska sp. z o.o.

Ten e-book jest zgodny z wymogami

Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

Wydanie I, 2026

Wydanie I, 2026

Przekład: Dana Rechowicz

Opracowanie redakcyjne: Katarzyna Pruska

Beata Kulesza-Damaziak, Studio Karandasz

Grafiki na okładce:

https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Ewa_z_Matka_1908.jpgDomena publiczna.

Copyright © dla tej edycji:

Wydawnictwo Lind & Co Polska sp. z o.o., Gdańsk, 2026

ISBN 978-83-68636-85-7

AKT 1

Szukajcie prawdy jasnego płomienia!Szukajcie nowych, nie odkrytych dróg…[…]Każda epoka ma swe własne celeI zapomina o wczorajszych snach…Nieście więc wiedzy pochodnię na czeleI nowy udział bierzcie w wieków dziele,Przyszłości podnoście gmach!

(Adam Asnyk, Do młodych)

Był to ulubiony wiersz mojej matki.

Jej biografię napisałam w trzy lata po jej śmierci. Bałam się, że ktoś mnie uprzedzi. Zatytułowałam ją Maria Curie. Prawdę powiedziawszy zbliżyłam się do mojej matki dopiero niedługo przed jej śmiercią. Była bardzo chora… ale miała jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, tyle projektów, które chciała sfinalizować.

Pewnego dnia, w maju, została w laboratorium do wpół do trzeciej. Podobno zamieniła zaledwie kilka słów ze swoimi współpracownikami i powiedziała cichutko: „Mam gorączkę, muszę iść do domu”. Poszła spacerkiem przez ogród, który sama założyła przed Instytutem Radowym. Miała taki zwyczaj. Wiedziałam, że była umierająca. Ona sama robiła wszystko, aby swoją chorobę ukryć przed światem.

Rano, a był to piękny poranek, 4 lipca 1934 roku, moja matka odeszła we śnie. Przez okno wpadały promienie słońca, rozświetlając jej bladą twarz. Na zewnątrz było tak zielono.

Wyglądała bardzo staro, a przecież miała tylko 66 lat. Czy kiedykolwiek się rozumiałyśmy? Nie wydaje mi się.

Jestem jedynym członkiem naszej rodziny, który nie dostał Nagrody Nobla. Nazywam się Ewa Curie. Córka Marii i Piotra Curie. Pianistka. Pisarka. Dziennikarka. Poszłam zupełnie inną drogą.

***

Marie Curie, Maria Skłodowska, nazywana Manią, urodziła się 7 listopada 1867 roku w Polsce, w Warszawie, niedaleko Starego Miasta. W rodzinie mieszczańskiej, mającej pięcioro dzieci: Zosię, Józefa, Bronię, Helenkę i Marię. Maria była najmłodsza.

Ojciec, Władysław Skłodowski, był wielkim miłośnikiem nauki. Pracował jako nauczyciel matematyki i fizyki. Matka, Bronisława, nauczała dzieci w domu, a oprócz tego miała w mieszkaniu niewielki sklepik z butami. Sama nauczyła się kiedyś zawodu szewca.

Polska była wtedy pod panowaniem carskiej Rosji, a rosyjski był w Polsce oficjalnym językiem.

Maria pisała:

„Kiedy miałam cztery lata, stawałam przy oszklonej gablotce mojego ojca. W środku, na wszystkich półkach, pełno było szklanych cylindrów, małych wag, próbek różnych minerałów i elektroskop w kolorze złota. Ojciec mówił, że to jego przyrządy fizyczne. Nie miałam pojęcia, co to znaczy, ale nigdy o tym nie zapomniałam. Ojciec nie miał swojego laboratorium i nie mógł wykonywać żadnych eksperymentów. Spełniłam w przyszłości to jego marzenie. Kochałam go bardzo mocno.

Kiedy mama zachorowała, zajmował się nami ojciec. Wszystkie dni były dokładnie zaplanowane – był czas na naukę i na gimnastykę. Nasze rozmowy przypominały lekcję na poziomie akademickim lub dotyczyły etyki, wieczorne spacery zaś poświęcone były astronomii i naukowym aspektom przyrody. Ojciec przekazał nam głęboką miłość do ojczyzny i wielką nienawiść do carskiej Rosji. Całe moje rodzeństwo było inteligentne, a w szkole świetnie się uczyło. Ale to ja byłam najzdolniejsza.

Zosia zmarła na tyfus. Miała 15 lat. Niedługo potem na gruźlicę odeszła nasza mama. Miała 42 lata. Ja miałam wtedy 10 lat”.

Mania zareagowała na to depresją, która odciśnie na niej swoje piętno i będzie jej towarzyszyć przez całe życie. Potrafiła czytać godzinami, niekiedy kilka dni z rzędu. Cały czas musiała być na czymś skupiona, żeby trzymać w ryzach to uczucie. Później moja matka będzie nazywać ten stan ducha „zmęczeniem, wycieńczeniem albo nerwicowym rozmyślaniem”.

Kiedyś zachowała się wyniośle w stosunku do któregoś z nauczycieli. Zareagował, mówiąc:

– Mam wrażenie, że patrzysz na mnie z góry.

– Prawda jest taka, że nie potrafię inaczej – odpowiedziała.

Zawsze miała własne zdanie, którego zacięcie broniła. Skończyła gimnazjum, zajmując pierwsze miejsce w klasie, odznaczona złotym medalem. Jej brat Józef mógł kontynuować naukę na uniwersytecie. Ta możliwość nie była jednak dostępna dla dziewcząt. Mogły studiować w Paryżu lub w Petersburgu. Albo wyjść za mąż. Mania była na to za młoda.

I w końcu, po latach ciągłego napięcia spowodowanego ukrywaniem tego, co naprawdę czuje, przeszła załamanie nerwowe. Została wysłana do rodziny mieszkającej na prowincji. To były jedne z najszczęśliwszych lat jej życia. Odłożyła na bok wszystkie naukowe książki!

„Każdy potrzebuje takiego szalonego roku, kiedy wszystko można zostawić za sobą. Często huśtamy się na huśtawce, kąpiemy się, z pochodniami łowimy raki i możemy całkiem swobodnie mówić po polsku, śpiewać polskie pieśni patriotyczne, nie bojąc się, że wsadzą nas za to do więzienia”.

„Byłam na tańcach. Nie brakowało młodych przystojnych chłopców z Krakowa, którzy dobrze tańczyli. O ósmej rano zatańczyliśmy ostatni taniec – mazurka. Przez tę jedną noc prawie zdarłam w tańcu podeszwy! Algebra, geometria – kompletnie o nich zapomniałam. To, że mogę cieszyć się życiem, napawać się nim, daje mi poczucie wolności”.

Jesienią wróciła do miasta, do mieszkania na ulicę Nowolipki, brudną i hałaśliwą. Miała 16 lat, cerę nienaganną jak porcelanowa lalka i szare, wyraziste oczy. Prawdziwa piękność.

„Chciałam zostać naukowcem albo przynajmniej zostać kimś. Osobą, która miałaby jakąś pozycję na świecie”, pisała Maria.

Uniwersytet Latający powstał w 1885 roku. Ta podziemna szkoła dająca kobietom możliwość kształcenia się ciągle zmieniała lokalizację, aby uniknąć wpadki. Studiowało w nim tysiąc kobiet. Wśród nich była Mania i jej siostra Bronia. Wiedziały jednak, że muszą się same utrzymać.

Mania podjęła decyzję, że będzie pracować jako guwernantka w majątku położonym na północ od Warszawy. Wieczorami uczyła się sama. Tak pisała do brata:

„Drogi Józefie!

Literatura interesuje mnie tak samo jak socjologia czy nauki przyrodnicze. Ale najbardziej podoba mi się matematyka i fizyka. Staram się uczyć na własną rękę.

Aktualnie czytam po francusku fizykę Daniella oraz socjologię Spencera, po rosyjsku zaś Lekcje anatomii i fizjologii zwierząt Paula Berta. A kiedy już jestem tym zmęczona, żeby powrócić na właściwy tor, zabieram się za algebrę i trygonometrię. Miłość nie mieści się w ramach moich planów…”.

Po powrocie do Warszawy mieszkała u ojca. Udzielała prywatnych lekcji i po raz pierwszy w swoim życiu, wieczorami i w niedzielę, miała dostęp do laboratorium. Bronia wyjechała do Paryża i wyszła za mąż.

„Ty także, Maniusiu, musisz wreszcie pomyśleć o Twoim losie! – pisała siostra. – Jeżeli uda Ci się zebrać kilkaset rubli w ciągu tego roku, mogłabyś przyjechać tu już na jesieni i zamieszkać u nas, gdzie miałabyś również utrzymanie…”.

„Kochana Broniu,

marzyłam jak o zbawieniu o Paryżu, ale straciłam już była wszelką nadzieję, a teraz, kiedy mi się taka możność przedstawia, nie wiem sama, co robić. Obawiam się mówić o tym ojcu; zdaje mi się, że ten projekt wspólnego mieszkania zapadł mu w duszę i że mu na tym zależy; chciałabym mu dać trochę szczęścia na starość, a z drugiej strony serce mi się kraje nad swemi zdolnościami zmarnowanymi, które przecież były czegoś warte”.

We wrześniu zaś napisała:

„Broniu,

mam już wystarczająco dużo pieniędzy na wszystkie wydatki. Pomieścić moglibyście mnie gdzie bądź, nie robiłabym Wam kłopotu ani nieporządku. Błagam Cię, odpisz, ale szczerze”.

Materac, koce. Ciepłe wełniane suknie. Żywność oraz dokumenty – wszystko w idealnym porządku. Maria miała 23 lata, kiedy wyjechała w listopadzie 1891 roku do Paryża. Po trzech dniach podróży znalazła się na miejscu. Tamtejsza zima była łagodniejsza niż w Warszawie. Bronia mieszkała niedaleko Dworca Północnego, w ponurej dzielnicy w pobliżu kilku nędznych fabryk.

Droga z mieszkania Broni do Sorbony, gdzie Maria miała studiować, zabierała jej całą godzinę. Jechała ciągniętym przez konie omnibusem, do którego trudno było wejść w długiej spódnicy.

W słoneczne poranki można było siedzieć na górnej platformie i podziwiać piękne paryskie widoki. Trasa wiodła przez samo serce Paryża, mijała Halę targową i przecinała Rue de Rivoli. Kiedy zbliżała się do Notre-Dame, ukazywał się łańcuch mostów na Sekwanie.

Mania była jedną z dwóch kobiet na całym uniwersytecie. Na Sorbonie można było samemu ustalać plan studiów – co za poczucie wolności! Swoje dokumenty podpisywała tam: „Mademoiselle Marie Sklodowska”.

Miło było wracać wieczorami do mieszkania Broni, do nakrytego stołu i do rodzinnej atmosfery. Jednak po sześciu miesiącach opuściła dzielnicę, którą nazywała Małą Polską, i przeniosła się do Dzielnicy Łacińskiej. W ich domu prowadziło się długie dyskusje, a ona potrzebowała spokoju, by móc pracować.

„Kochany Józku,

przeprowadziłam się do dzielnicy leżącej bliżej szkoły. Mieszkam teraz w nowym lokum pod numerem 3 na ulicy Flatters. To mały pokój, bardzo przyzwoity, a zarazem bardzo tani. W kwadrans jestem w laboratorium chemicznym, w dwadzieścia minut na Sorbonie. Pracuje mi się tutaj tysiąc razy lepiej, a na dodatek nikt mi nie przerywa. Daje mi to wspaniałe poczucie wolności i swobody. Mam mały piecyk na węgiel, ale woda często zamarza. Jem przeważnie jajka albo owoce i piję gorące kakao. Koncentruję się na nauce. Wieczorami też, aż do późna w nocy. Świat nauki stanął przede mną otworem!”.

Ojciec spodziewał się, że Maria wróci do Warszawy i nadal będzie nauczać. Ona jednak miała inne plany.

„Kochany Józku,

przekaż, proszę, ojcu, że zaczynam się przyzwyczajać do tej ciężkiej pracy. I nie mam zamiaru z niej zrezygnować. Musimy wierzyć, że mamy talent i że muszę osiągnąć mój cel, choćby nie wiem ile wysiłku miał mnie kosztować”.

Pewien polski naukowiec przedstawił Marię fizykowi Piotrowi Curie. Piotr był od niej starszy o 8 lat.

„Gdy weszłam, Piotr Curie stał w drzwiach balkonowych. Wydał mi się bardzo młody, chociaż miał już wtedy trzydzieści pięć lat. Uderzyły mnie jego jasne spojrzenie i pewien pozór zaniedbania w wysokiej postaci. Jego prostota, uśmiech, zarazem poważny i młody, oraz sposób, w jaki mówił – dość powoli i z namysłem – wzbudziły moją ufność. Rozmowa nasza wkrótce stała się przyjazna: tematem jej były sprawy naukowe, co do których rada byłam móc zasięgnąć jego zdania”.

Jako naukowcy uzupełniali się na wielu płaszczyznach. Maria skończyła studia i postanowiła wrócić do domu. Darząc uczuciem Francuza, czuła się trochę tak, jakby zdradzała Polskę.

Piotr napisał do niej list:

„Obiecaliśmy sobie przynajmniej wielką wzajemną przyjaźń. Oby Pani nie zmieniła zdania! Są to bowiem rzeczy, których sobie nakazać nie można i obietnice nic tutaj nie znaczą. A jednak jakżeby pięknie było – nawet nie mogę w to uwierzyć – gdybyśmy spędzili życie razem, zapatrzeni w nasze ideały: Pani ideał patriotyczny – nasz ideał ogólnoludzki i pracy naukowej. Zresztą z nich wszystkich tylko ten ostatni jest, jak sądzę, słuszny. Jest on też marzeniem najprostszym do spełnienia. Trzeba sprawić, by życie było marzeniem, a marzenie rzeczywistością”.

DALSZA CZĘŚĆ DOSTĘPNA W WERSJI PEŁNEJ

Spis treści

AKT 1

AKT 2