Margoś - Janina Bergander - ebook

Margoś ebook

Janina Bergander

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Miechowie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 348

Rok wydania: 2001

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Janina Bergander

MARGOŚ

STO LAT Z ŻYCIA MOJEGO MIASTA

tom pierwszy 

Kraków, 2001 

Janina Bergander ©

MARGOŚ

Sto lat z życia mojego miasta

tom pierwszy

Wydawca:

Dom Wydawniczy OFFICINA ©

Skład, DTP, druk:

Dom Wydawniczy OFFICINA

Na okładce:

portret Margosi z synem Jankiem

zdjęcie ze zbiorów prywatnych autorki

Kraków, 2001

ISBN 83-877-84-70-2

O wyjątkowej miechowiance Janinie Bergenderowej i jej twórczości słów niewiele

Urokliwe swą zabudową i atmosferą, wtopione w niezwykły koloryt nieba i pagórów, jakby przycupnięte przy wyniosłej bazylice Grobu Bożego i dużym kompleksie klasztornym Bożogrobców miasteczko Miechów doczekało się wreszcie pierwszej powieści, traktującej o swych bogatych dziejach i niepospolitych ludziach, autorstwa miechowianki Janiny Berganderowej – wspaniałego lekarza naszych słabości, świetnej poetki i znakomitej malarki. Powieść narodziła się, jak to wynika z uważnej lektury, z wewnętrznej potrzeby Autorki, zmierzającej do zapisania rozproszonych spraw grodu laksy w okresie ostatniego stulecia oraz do rekonstrukcji ich bogatej warstwy faktograficznej i emocjonalnej, wrzuconej w konkretny czas historii i określoną przestrzeń.

Napisanie powieści było czynnością wyjątkowo trudną, gdyż literatura historyczna (i inna) o Miechowie i okolicy jest nader skromna, a-z kolei – dosyć liczne źródła są bardzo trudno dostępne. Pisarka pełną garścią korzystała więc z dokumentów i pamiątek, zachowanych w Jej – wyjątkowo dla Miechowa zasłużonej – rodzinie, oraz z własnej samowiedzy i imaginacji.

W ten sposób powstał, trzymający w napięciu – na pół zrekonstruowany z bogatej w fakty rzeczywistości czasów dawnych, na pół wyimaginowany z wrażliwego wnętrza Autorki obraz życia małego miasta, położonego w otulinie kilkunastu okolicznych wiosek, różniących się pracą i charakterem, zabudową i zwyczajami.

W powieści tej miasteczko ukazuje swoją strukturę społeczną. Tworzą ją nieliczni inteligenci (profesorowie gimnazjalni, palestra, lekarze i duchowni, urzędnicy i zdeklasowana szlachta), liczniejsi od tych pierwszych mieszczanie (obywatele-przemysłowcy, kupcy, rzemieślnicy i rolnicy), na ogół katolicy i Żydzi – drobni handlarze i rzemieślnicy.

Miasteczko posiada pokaźną klientelę, zazwyczaj wiejską w dnie targowe, inną zaś podczas częstych obchodów świąt i rocznic, związanych z insurekcją kościuszkowską, powstaniem styczniowym, odzyskaniem Niepodległości, Konstytucją 3 Maja itd.

Pisarka w sposób plastyczny pokazuje życie przedstawicieli różnych środowisk miejskich na niwie politycznej i religijnej, zawodowej i społecznej, w atmosferze ogniska domowego, podwórka, urzędu i placu targowego.

Uwikłani w historię swych rodzin bohaterowie przeżywają również wielką epopeję dziejów narodowych i powszechnych. Poszczególne segmenty książki w wierny i bezpośredni sposób obrazują na tym tle ludzkie losy, ich wzloty i upadki, sukcesy i porażki; są ilustracją życia codziennego w jego wyjątkowych i zwykłych przejawach.

Zabieg pisarski, polegający na porządkowaniu przeżywanegu czasu, dostępnego Autorce w formie wysoce skłębionej i chaotycznej, i usensawnianiu życia przywoływanych postaci, przynosi zakładany rezultat: odsłonięcia Czytelnikowi całej prawdy dawnych czasów, pełnych przemian i kataklizmów, jakie dokonywały się na przestrzeni życia kilku generacji – oraz prawdy przedstawianych przez siebie osób, jakże różnych pod względem charakteru, intelektu, sprawności fizycznej, obrotności życiowej, kłótliwości itp.

Wszystko to sprawia, że postacie w książce są autentyczne i żywe, ich sylwetki posiadają pogłębiony rysunek wewnętrzny i zewnętrzny. Są one opisane przez Autorkę na ogół życzliwie i w ciepłych barwach, w radosnych i przyjemnych momentach.

Z ogromną serdecznością odmalowuje Ona zwłaszcza swoich rówieśników, koleżanki i kolegów, krewnych i obcych, w okresie ich dziecięctwa, młodości i dojrzałości. Właśnie wtedy zazwyczaj zaprezentowane w powieści pisarstwo uzewnętrznia właściwe dla Autorki świeżość spojrzenia i wyrozumiałą tolerancję w stosunku do najbliższego kręgu rodziny i przyjaciół, sąsiadów i znajomych. Im wszystkim, żyjącym jeszcze i nieżyjącym od dawna, poświęca najbardziej ciekawe i czułe karty swej książki. W przeżyty przez siebie świat realnych zdarzeń wchodzi z całą świadomością i pełną znajomością rzeczywistych szczegółów, chociaż niekiedy wpada w subtelną czułostkowość i łagodny sentymentalizm.

Sięgając po tę ważną dla Miechowa książkę zaspokajamy znaczną część naszych ukrytych niekiedy oczekiwań na takie wyrażenie przeszłości ukochanego miasteczka, w którym coraz to inaczej, ale zawsze prawdziwie, czasami kolorowo, a rzadziej szaro, ożywa Miechów ze swoimi świątyniami (kościołami, bożnicą), cmentarzami (parafialnym i kierkutem), instytucjami życia publicznego, parkiem, dwoma kopcami, szpitalem itp. Jawią nam się stali mieszkańcy (Polacy, Żydzi), pobożni pielgrzymi, cygańskie tabory, a codzienne życie miechowskiej inteligencji i tutejszych „gulonów” jest znaczone wielkimi wydarzeniami, wstrząsającymi zawsze miasteczkiem i okolicą. A wszystko to wyrażone jest bez zbytniego patosu, nieobcego przecież Pisarce, piękną polszczyzną, ostrą kreską, starannie dobranymi barwami tonu i kolorem.

Przebiegamy przez wypełnione po brzegi faktami i zdarzeniami najważniejsze segmenty miechowskich dziejów i przez powikłane w niezrozumiały nieraz sposób losy kolejnych postaci z wypiekami na twarzy i drżeniem serca, gdyż w każdym przypadku wyrażone w powieści ujęcie zaciekawia i przymusza do poznania dalszego swego ciągu. Jest to niewątpliwie istotny i cenny walor zaprezentowanego w powieści stylu.

Powieść ma określoną formę, dosyć luźno przystającą do obowiązujących reguł tego gatunku. Dla Czytelnika wyrafinowanego może być propozycją zaskakującą, ale dla Odbiorców ściśle przez Autorkę określonych, jakich stanowią co najmniej trzy żyjące generacje mieszkańców Miechowa i okolicy, jest propozycją w pełni udaną. Zaspokaja bowiem wysokie, lecz niezwykle odrębne gusty literackie tutejszej społeczności.

Janina Berganderowa nie poszła jednak na łatwiznę w swych przedstawieniach i ocenach, ponieważ posługuje się znakomicie giętkim i pojemnym znaczeniowo językiem, dobrze służącym do charakterystyki postaci ze swojej książkowej galerii, opiera się też mocno na tradycji, dającej poczucie uczestnictwa w ciągłości i trwałości życia, oraz nie tylko precyzyjnie opisuje poszczególne fakty i zdarzenia, ale również dobro nazywa dobrem, a zło – złem, zdobywając się zawsze na absolutną uczciwość.

Ogarnięta miłością rodzinną oraz miłością do swego małego świata, splata z rozlicznych wątków, towarzyszących życiu Jej bohaterów i innych postaci z powieści narrację, budując tym sposobem zręby nowych propozycji lepszego i pełniejszego życia swych ziomków.

Powszechnie wiadomo, że poszczególne rodziny wiedzą bardzo mało – lub prawie nic o swej przeszłości biologicznej i społecznej, kulturalnej i ekonomicznej. Janina Berganderowa daje nam książkę, w której bez specjalnego klucza można znaleźć ogromne bogactwo faktów i zdarzeń uzupełniających ten niedostatek informacji oraz umacniających umiłowanie naszej Małej Ojczyzny i zaspokajających potrzebę ogólniejszej wiedzy o dziejach regionu.

Jako przedstawicielka pokolenia, które przeżyło II wojnę światową (była czynnie zaangażowana w pracą podziemną) i kilka biegunowo różniących się od siebie okresów historycznych (II RP, PRL) podjęła udany wysiłek na rzecz przedstawienia nie tylko samych autentycznych bohaterów i nie tylko określenia istoty przeżytych zjawisk, lecz także zobrazowania niektórych towarzyszących im okoliczności, jak klimat, w jakim toczyło się życie w Miechowie w ogóle i w niektórych miechowskich rodzinach. Istotnym elementem tego życia była wszechobecna tradycja rodzinna i narodowa.

Co stworzyło ten bezsprzecznie autentyczny i ważny dorobek, którego swoistym przejawem jest ta wielotomowa powieść?

Wydaje mi się, iż dla rozwoju talentu literackiego i artystycznego Janiny Berganderowej zasadniczym warunkiem był właśnie dom rodzinny, a następnie środowisko miechowskiego Gimnazjum im. Tadeusza Kościuszki, tętniące życie społeczne powiatowego miasta, niepowtarzalny koloryt krajobrazu Ziemi Miechowskiej, cenna substancja zabytkowa krainy nad Nidzicą i Szreniawą, swoiste genius loci Miechowa,a potem jeszcze studia na Akademii Medycznej w Łodzi i moment nadania przez Ministra Kultury i Sztuki uprawnień Artysty malarza. To ostatnie wydarzenie niemal natychmiast zaowocowało Jej udziałem w licznych wystawach zbiorowych i indywidualnych.

Rzecz jasna, sprawy te nakładały się na obowiązki córki, żony, matki i babci, prowadzenie domu, praktykę lekarską i życie wśród różnorakich kłopotów i przypadków losu.

Autorka nie lubi opowiadać o sobie, udzielać wywiadów, jest skromna. A przecież patrząc na pokaźny już dorobek Janiny Berganderowej: literacki – poezję i artystyczny – malarstwo, na wirtuozerię języka i swobodę w użyciu formy plastycznej, można odnieść wrażenie, iż wpisała się Ona w ten nurt twórczości literackiej i sztuki, który w sposób skuteczny podejmuje najważniejsze problemy moralne i społeczne świata – ale Jej świata, zakreślonego polem dzieciństwa, młodości i życia dojrzałego. Wiersze Poetki są czytane przez niemałą grupę zwolenników słowa pełnego mądrości, nasyconego emocjami, blaskiem i tkliwością. Jej obrazy afirmują życie człowieka i przyrodę, są pełne ciepła i radosnych barw. Wciąż maluje dzieci, dorosłych, pejzaże i martwą naturę. Ulubionym tematem tej twórczości są najmłodsi członkowie rodziny i ogrody pełne kwiatów.

We wszystkich jej dokonaniach dominują motywy etyczne i estetyczne, tworzące pełne ładu i spójne wewnętrznie struktury. Wyzwolone w Jej twórczości dobro i piękno, jest motywowane zawsze przez pierwiastki wiary i kultury, dają najlepszą i najpełniejszą charakterystykę tego dzieła.

To wszystko, o czym tu wspomnieliśmy, sytuuje nazwisko tej wyjątkowej miechowianki wśród oczywistych znakomitości pióra i pędzla. Patrząc na Jej teksty czy płótna każdy może znaleźć dla siebie własną intelektualną wymowę, ubogacić własne wnętrze.

Janina Berganderowa, motywowana wrażliwością duszy, erudycją, doświadczeniem i pasją zrealizowała chwalebny zamiar udostępnienia Czytelnikom, a zwłaszcza miechowianom i miechowiakom, powieści o Miechowie i jego mieszkańcach w ostatnich stu latach, doprowadzając poruszaną tematykę i jej wątki aż do naszych dni.

Jako pierwszy czytelnik tego cennego dzieła dziękuję Pani Janinie z całego serca. Bóg zapłać!

Sierpień 2001

Stanisław Piwowarskist. kustosz Muzeum Historycznego Miasta Krakowa

Przedmowa

Książka, którą pisałam z myślą, by oddać ją w ręce Czytelnikowi z mojego rodzinnego miasta, nie jest powieścią w pełnym tego słowa znaczeniu. To raczej opowieść, czy też wspomnienie dziejów, żyjących już tylko na tych kartach. Nie wiem, o ile udało mi się przywrócić bodaj cząstkę prawdy o pokoleniu, które przeżyło się nieodwołalnie, ale przecież w jakiś sposób spełniło swoje posłannictwo. Mam nadzieję że ci, co zechcą sięgnąć po tę książkę, pomyślą w chwilach goryczy o tych, co przed nami cierpieli bardziej, uznojeni w prymitywie dnia codziennego, mając przecież tę samą wrażliwość i czułość serc, jak nasze. My nie tkwimy w takiej, jak oni niewiedzy, zacofaniu i niewoli, nasz ból, łagodzony świadomością postępu i nowoczesności, być może łatwiejszy jest do udźwignięcia; choć czas nasz przecież, jak każdy wiek, niesie z sobą nowe wartości, ale i zagrożenia, doznania i wstrząsy.

Zdaję sobie sprawę, że pisząc o przeszłości w ogóle, a w szczególności o tej, w której się nie uczestniczyło, należy poczuwać się do odpowiedzialności, by odtwarzając, nie przeinaczyć jej i nie zafałszować. O ile mi się to udało, ocenią sami Czytelnicy.

Jest to opowieść prawdziwa o jednym szlachetnym sercu uwikłanym, jak każde ludzkie życie, w wydarzenia swojej epoki. Chodzi w niej bowiem o tytułową postać mojej prababki, żyjącej w drugiej połowie dziewiętnastego wieku, która swoje dzieje opowiedziała mojej matce, a ta przekazała mnie. Uznałam za celowe umieścić występujące w niej postaci na tle czasów zaboru rosyjskiego, stąd krótki rys historyczny miejsca akcji: a więc początki istnienia zakonu bożogrobców, bitwa miechowska, jedna z najkrwawszych w powstaniu styczniowym, oraz autentyczne postaci Księdza Kwiatkowskiego i naczelnika powiatu Andrzeja Orła, jak i osób związanych z bitwą i z innymi zdarzeniami. Wiedzę o nich czerpałam z monografii pana Zbigniewa Pęckowskiego, gruntownej i wyczerpującej, poświęconej historii naszego miasta, oraz z archiwalnych unikaliów kustosza Muzeum miechowskiego pana Juliana Piwowarskiego, że nie wymienię tytułów innych publikacji traktujących tematykę powstania styczniowego, upadku caratu, oraz barwnych pamiętników księdza Pyci. Książka moja nie rości sobie prawa do miana historycznej i ma raczej charakter fabuły obyczajowej, dlatego są w niej również epizody przekazane mi przez osoby, które pamiętały je z rodzinnych opowieści o dawnych czasach, których rzecz jasna nie można traktować sensu stricte.

Nazwiska głównych postaci oraz występujących obywateli są autentyczne. Mam nadzieję, że nie uchybię im, dawno już przecież nieżyjącym.

Czy jednak w erze lotów kosmicznych, odczytania kodu DNA, ten strzępek zmurszałego świata zdoła jeszcze kogoś zaciekawić i wzruszyć? A przecież ośmielam się zapalić tę jedną maleńką świeczkę pamięci, taką kruchą, ledwie ćmiącą na wietrze.

Podziękowania

Wyrażam wdzięczność Miechowiankom i Miechowiakom, którzy przyczynili się do wydania mojej książki.

Pani Basi Biernackiej, Dyrektorce Miejskiej Biblioteki Publicznej, wspierającej mnie swoim entuzjazmem w przybliżeniu książki społeczeństwu miasta i prasie.

Dziękuję panu Stanisławowi Piwowarskiemu, Kustoszowi Muzeum Historycznego w Krakowie, za cenne materiały z unikalnych zbiorów i archiwów rodzinnych, oraz za tyleż wnikliwą, co pochlebną przedmowę.

Panu profesorowi historii Zygmuntowi Drożdżowi za merytoryczne uwagi i cenne wskazówki.

Wdzięczna jestem za więcej niż przychylne artykuły, zapowiadające wydanie mojej książki panom Kazimierzowi Olchawie, wydawcy „Gazety Miechowskiej” i Zbigniewowi Wojtiukowi, redaktorowi „Dziennika Polskiego”.

Pani Elżbiecie Gibowskiej oraz Zosi Haluch, praprawnuczce „Margosi” bohaterki pierwszego tomu, za udostępnienie nieocenionych starych zdjęć Miechowa i jego obywateli, charakterystycznych dla opisywanych przeze mnie czasów i wydarzeń (Zosia przechowuje pamiątkowy krzyż, o którym mowa w pierwszym tomie).

Panu Włodzimierzowi Barczyńskiemu, dyrektorowi Banku PKO dziękuję za unikatowe zdjęcia naszego miasta z zaboru rosyjskiego, oraz jedyną, jak się wydaje, zachowaną podobiznę rosyjskiego naczelnika Andrzeja Orła w otoczeniu rajców miejskich.

Parafii kościoła Bożego Grobu dziękuję za udostępnienie portretu księdza kanonika Józefa Kwiatkowskiego.

Dziękuję mojemu najmłodszemu wnukowi, Łukaszowi Walterowi za cierpliwe zaangażowanie i cenną pomoc techniczną, a rodzinie za utwierdzanie mnie w przekonaniu, że choćby tylko jedną osobę wzruszyła i zaciekawiła moja opowieść, w jednym tylko sercu wzbudziła wspomnienia, to warto ją było napisać.

Rozdział pierwszy

W niedzielę po Zielonych Świętach ksiądz Józef Kwiatkowski, skończywszy kazanie, ogłosił pierwszą i ostatnią zapowiedź Małgorzaty Kozłowskiej panny i Jana Kościuszki wdowca. Zapowiedź ta nie wiadomo czemu wywołała niezwykłe poruszenie i szmer, jaki się rozszedł na tyle był głośny i nieprzystojny, że pasterz licznie zgromadzonej trzódki schodząc z ambony, tonem ostrym jak na to miejsce skupienia, zganił lud boży, tłumnie wypełniający nie tylko nawę główną, ale i boczne ołtarze, jako że suma była mszą najbardziej uczęszczaną.

Jakkolwiek szmer przycichł nieco, poskromiony głosem sługi bożego, to przecież dało się wyczuć po szturchańcach, spojrzeniach i niespokojnym falowaniu wiernych pewne napięcie. Czyżby tym razem szło o jakiś wyjątkowy mariaż, który nie mógł by się pomieścić w głowach parafian?

Dla postronnego uczestnika cały ten tak żywy oddźwięk zgromadzonego tłumu wydałby się co najmniej dziwny. Cóż zatem mogło być przyczyną owej gwałtownej reakcji zgromadzonych tu członków zacnych cechów rozmaitego rzemiosła, jak i obywateli, a wreszcie włościan z okolicznych wiosek? Spadały tu z ambony pary nieprzystające do siebie różnicą wieku, majętnością, urodą panny, czy też jej brakiem u któregoś z małżonków, ale czyż nawet ta okoliczność nie jest względną, zakładając, iż gusta bywają rozmaite, za co i Bogu dzięki?

Rozejrzyjmy się dookoła, chcąc wniknąć głębiej w pobudki kierujące ludźmi przy zawieraniu małżeństw, a ujrzymy tu niezwykłe na pozór przypadki sprzeczności w doborze, raz to niestosownych wiekiem jednej lub drugiej ze stron, gdzie ta piękniejsza okazuje się starszą i szpetną, małżonek młodym i w miarę urodziwym – i co, stadło to żyje długo wydając się być zgodnym, a czy szczęśliwym, nie będziemy wnikać, jak bywa po latach.

Weźmy inny przykład. Oto młodzi obydwoje, piękni urokiem miłości, mający oparcie w rodzinach, zabezpieczenia majątkowe z obydwu stron. Czy to gwarantuje trwałość związku, miłość i wierność aż do grobowej deski?

Jakiekolwiek jednak snulibyśmy przypuszczenia, w tym szczególnym przypadku musimy uzbroić się w cierpliwość i czekać na dalszy bieg wydarzeń. Faktem się stało, że zapowiedzi zostały ogłoszone, a po najkrótszym czasie, jaki powinien był upłynąć od tego momentu, młodzi stanęli przed ołtarzem. I tu po części moglibyśmy, acz bez całkowitej pewności domniemywać, co spowodowało tak niezwykłe poruszenie parafian. Przyjrzyjmy się zatem parze młodych i uczestnikom tej ceremonii. Bądźmy jednak pewni, że i tym razem nie zgłębimy całkowicie powodu niecodzienności tego związku.

Pan młody to zażywny mężczyzna po czterdziestce, ponadto obarczony czwórką dorosłych dzieci, o czym dowiadujemy się z rozmów siedzących w stallach kilku starszych dewotek. Nie przepuściłyby one okazji do plotkowania, jakkolwiek tylko najbliższa rodzina uwiadomiona była o dacie ślubu. Nie dziwmy się jednak, wszak rzecz dzieje się w miasteczku liczącym zaledwie dwa tysiące obywateli, gdzie najsekretniejsza rzecz utrzymać się nie zdoła.

Ale wróćmy do ceremonii. Jak już zauważyliśmy, pan młody, jakkolwiek do młodych nie mógł być zaliczany, przecież prezentował się niezwykle okazale. Nie przesadzimy określając jego posturę, jak i strój stosowny do okoliczności, za nader nobliwy. Czarna kapota podbita czerwonym jedwabiem zakładana od wielkiego dzwonu, jaką niewątpliwie był ów akt, dodawała mu godności. Wysoki kołnierz surduta oraz biały, jedwabny, wiązany pod szyją fular, być może ograniczał nieco swobodę ruchów karku, nie na tyle jednak, by je uniemożliwiał całkowicie. Spodnie ówczesną modą wpuszczone były w buty z cholewami, które jak należy wyczyszczone szuwaksem i wyglansowane do połysku dopełniały ubioru.

Ot i mamy pokrótce nakreśloną sylwetkę pana młodego. Dodajmy, że włosy jak należało przylegały ściśle do skroni i błyszczały w sam raz na tyle tylko, na ile powinny błyszczeć za pomocą pomady. Opis byłby jednak niekompletny, gdybyśmy nie wspomnieli, że twarz jego jaśniała radością, ośmielimy się twierdzić, że wprost promieniowała szczęściem.

Jeśli sylwetce pana młodego poświęciliśmy naszą pierwszą uwagę, to bynajmniej nie dlatego, iżby panna młoda na nią nie zasługiwała, albo zasługiwała mniej. Nic bardziej błędnego, po prostu ona sama przez niezwykłą skromność i kruchość całej postaci, na pierwszy plan się nie wysuwała, powiedzmy od siebie całkiem niesłusznie.

Oddajmy jej zatem należną uwagę. Jakkolwiek nie młódka już, jak na ówczesne obyczaje, kiedy to szesnastolatki uważane były w sam raz gotowe do zamążpójścia, była dojrzałą dwudziestodwuletnią dziewicą, dość przecież młodą, jak dla mężczyzny w sile wieku. Panna bez wielkiego posagu, powiedzmy dosadniej, bez żadnego posagu, a ściśle biedna jak mysz kościelna, w dodatku sierota, niewinna jednak i pracowita, co stanowiło jej jedyne bogactwo poparte ładną i miłą twarzyczką, zasługująca w całej pełni na najlepszy los, o czym mniemam, przekonamy się w dalszym ciągu opowieści. Jej drobna dziewczęca postać tym drobniejsza wydawała się przy okazałej posturze młodego i o ile jego twarz promieniała radością, o tyle twarzyczka młodej była nadzwyczaj skupiona i trudno byłoby się na niej dopatrzyć chociażby odrobiny radości czy szczęścia.

Nie bądźmy jednak zbyt krytyczni i drobiazgowi, wszak chwila ta sama w sobie wymagała zarówno powagi, jak i odpowiedniej do jej ważkości koncentracji. Można by mieć zastrzeżenia co do nader skromnego ubioru panny młodej, choć i to określenie wydaje się być zbyt pochlebne. Sięgająca po kostki nóg biała spódnica nie pozwalała dostrzec bucików sznurowanych, kupionych z myślą, że raczej praktyczne mają być i użyteczne na długo. Bluzka biała i kaftanik skąpo ozdobiony haftem dopełniały stroju. Co zwracało uwagę w tej niepozornej zdawało się postaci, to oczy jasne, szare, pełne blasku, które tym jaśniejsze wydawały się przy ciemnych włosach splecionych w gruby warkocz, zbyt obciążający kształtną główkę.

Przyjrzawszy się świadkom dopełnimy, jak myślę, brakującego elementu, choć nie tak zasadniczego jak sam akt ślubu.

Grono zebranych stanowiło dwóch podeszłych w latach mężczyzn, oraz cztery kobiety, z których jedna leciwa o bystrych oczach i gestach ruchliwych, w czasie całej ceremonii zachowywała się niespokojnie. Obserwator stojący z boku mógłby na podstawie nerwowego zachowania posądzić ją o niesprzyjanie owemu mariażowi, a tym samym krzywdzić ją być może fałszywym zarzutem. Widzimy ją, a to jak usiłuje wygładzać niewidoczne zagięcie sutej przy szyi falbanki, opadającej obficie na równie obfity biust, a to zwracaniem się, zbyt głośnym jak na powagę chwili, do mężczyzny starszego o poczciwej twarzy (dodajmy od siebie wyraźnie fajtłapowatej – jak zresztą całej postaci), wydawałoby się podporządkowanego energicznej połowicy.

– A jakże ta Margoś da sobie radę z pasierbami, a ile roboty, taki majątek. Słyszysz stary! Mówię do ciebie.

– Ciszej duszko, ludzie się oglądają.

– Jacy ludzie, a toż prawie sama rodzina.

– Wiesz przecież – usiłując ściszać głos do szeptu, mitygował małżonkę uległy jegomość – wiesz, że Margoś tak sobie życzyła, tylko my, pasierbica i chrzestni.

– A ot, dziwactwo i tyle! A pamiętasz jak to na naszym ślubie...

Właśnie w tej samej chwili wszedł ksiądz, by związać młodych stułą i już nie dowiemy się, jak było na ślubie jejmości. Może szkoda, ale przecież należy nam się do końca towarzyszyć obrzędowi. Ceremonia odbyła się przewidzianą formułą i bez zwykłych w tych razach przemówień księdza Kwiatkowskiego, acz z jego widoczną dla młodych atencją.

– Nie chcieliście mowy – zwrócił się do młodych – a i to wam powiem, że was lubię. Ty Janie – zwrócił się w stronę młodego – zacnym obywatelem i człowiekiem jesteś, ale ta oto niewiasta, którą przed Bogiem za żonę zaprzysiągłeś, to skarb prawdziwy, samorodek, któremu ciężka dotychczas dola dodała szlifu. Ale to ty teraz wydobędziesz z niej to światło, którego jej dotąd brakło, by się brylantem stała pierwszej wody.

Następnie zwrócił się do młodej.

– Jak córką mi jesteś Margoś – to mówiąc ksiądz uścisnął serdecznie młodą.

– A pamiętajcie zaprosić mnie na chrzciny – dodał z widocznym wzruszeniem.

– Honor to dla nas wielki będzie – to mówiąc Jan schylił się do ręki dobrodzieja, którą ten mu chętnie nadstawił. Zgromadzeni, nie słysząc słów księdza, patrzyli ze zdziwieniem, usiłując odgadnąć co też ma on im do powiedzenia. Kobieta w różu stojąca najbliżej próżno nadstawiała ucha. Dochodziły ją tylko strzępki słów, a nie mogąc nic z nich wysnuć sensownego, wyraźnie była rozdrażniona. Teraz zwróciła się do męża

– Co też ten ksiądz widzi w tej dziewczynie, że tak jej ojcuje. Nie domyślasz się, stary?

– Wiesz przecież, że wszyscy ją lubią, ty jedna tylko nie wiesz, co tracisz.

Kobieta już miała na języku ciętą ripostę, ale tylko machnęła ręką, zaciskając usta z wyraźną dezynwolturą.

Ale odwróćmy uwagę w stronę pozostałej grupy uczestników. Z dwóch młodych kobiet, pierwsza hoża i rumiana o pogodnej uśmiechniętej twarzy, stanowiła całkowite przeciwieństwo drugiej, wyglądającej na rówieśnicę panny młodej, lecz w przeciwieństwie do niej ubranej strojnie. Biała koszulka z cienkiego płótna na kołnierzu i mankietach czerwono obramowana, na niej kaftanik bez rękawów amarantowego koloru ściągnięty był na piersiach pętlikami, co wdzięcznie uwydatniało dziewczęcą kibić. Z pod gorsetu spływała w sutych fałdach biała, przejrzysta spódnica z małym na przodzie, obszytym wstążkami fartuszkiem. Trzewiki na korkach również, jak gorsecik, były amarantowego koloru. W ciemny warkocz ówczesną modą wplecione wstążki mieniły się złotymi blaszkami.

Starsza obok kobieta, zapewne matka, sądząc po zażyłości z jaką się do siebie zwracały, ubrana była w długą spódnicę z czarnej mieniącej mory, w bluzce szarej jedwabnej, szyję ozdabiał sznur korali wyjątkowej urody, na nogach miała trzewiki wysokie sznurowane, których tylko nosek wystawał spod suto marszczonej spódnicy. Głowę zdobił stroik biały z delikatnej koronki, upięty w tak zwaną gąskę, zwaną też białogłową. Pomimo nader bogatego stroju, wydawała się być kobietą prostą i życzliwą, dodajmy od siebie – nadto gadatliwą.

Młodsza z dwóch uczestniczek ubrana była podobnie do wyżej opisanej, tyle że kaftanik miała barwy niebieskiej, co przy jasnym warkoczu szczególnego dodawało jej wdzięku.

– Margoś, niech że ci Bóg wynagrodzi w małżeństwie lata poniewierki, bądź szczęśliwa! Nie macochą, a siostrą mi będziesz, której tak mi brak po zamążpójściu Heleny i jej wyjeździe.

Tu młoda dziewczyna o jasnych włosach rzuciła się w ramiona panny młodej. Ta potrzebowała widocznie tych słów krzepiących i tej serdeczności, bo wyraźne wzruszenie tamowało jej słowa podzięki.

Nie zwróciliśmy dotąd uwagi na parę młodych stojących nieco z boku, ona ubrana skromnie, o cerze i włosach jasnych, wydawała się nieco onieśmielona, w przeciwieństwie do stojącego obok wysokiego i barczystego mężczyzny o twarzy chmurnej i butnej, z rękoma założonymi do tyłu. Zdawał się on obserwować ceremonię z wyraźną niechęcią, że nie użyjemy mocniejszego określenia. Sądząc po zewnętrznym podobieństwie do pana młodego był jego synem, ale na pierwszy rzut oka można było wnosić, iż poza tym nie mieli żadnych innych cech wspólnych.

– No, pora iść – z nutą zniecierpliwienia wtrąciła starsza kobieta o bujnych kształtach, którą poznaliśmy na początku. Po policzkach zaczerwienionych nabiegnięciem krwi można było wnosić, iż znajdowała się w stanie irytacji, której przyczyny nie będzie nam dane poznać w tej chwili. Mąż owej zamaszystej małżonki uścisnął młodą.

– Życzę ci szczęścia i lepszej doli.

– Dziękuję ci, wuju – głos młodej łamał się, kiedy i drugi z mężczyzna, którego również nazwała wujkiem, ucałował ją siarczyście.

– No, młodzi, pora na śniadanie – powtórzyła po raz drugi połowica mężczyzny, może niesłusznie nazwanego fajtłapowatym.

– Tylko patrzeć, jak zaczną się schodzić po sumie, a Margoś czeka jeszcze huk roboty.

– Dałabyś spokój i choć dzisiaj pozwoliła świętować – nieśmiało bąknęła słabsza połowa jejmości.

– Patrzcie, co mu to chodzi po głowie!

– Ma rację – zabrał z kolei głos pan młody – wiedzcie kumo, że zmusiliście mnie siłą do ustąpienia, ale ani dnia dłużej jak miesiąc, Margoś nie zostanie u was.

– Dobrze, dobrze, tylko czy u was nie napracuje się tyle samo, a może i więcej? Takie gospodarstwo.

– Pomogę jej we wszystkim, nie martw się – młodsza z dwóch dziewcząt chwyciła za rękę macochę i wycisnęła pocałunek na jej policzku.

Margoś po raz pierwszy czuła się w jakiś szczególny sposób wyróżniona, co w jej dotychczasowym życiu musiało być dość niezwykłe. Czuła jakby nie była sobą. Tyle oczu, rąk skierowanych tylko na nią... To było ponad wytrzymałość tej skromnej dziewczyny i chociaż silne emocje z tylu doznanych naraz objawów sympatii i zainteresowania wyciskały jej łzy z oczu, to dało się wyczuć, iż w sercu jakby jakaś rozdarta była i niepewna dalszego losu, choć przecież powinna być mu wdzięczna, skoro pierwszy i najbogatszy obywatel ją wybrał i pokochał. Była pewna, że pokochał szczerze. Dał tego dowody, okazując jej przez wiele lat zrazu ojcowskie przywiązanie, a potem miłość, z ojcowską nie mającą bynajmniej nic wspólnego. Tak, była mu wdzięczna, to pewne. Nikt w jej całym dziecięcym, a potem panieńskim życiu nie okazał jej tyle zainteresowania i troski, dalej czułości, tak szczerej, nie kłamanej... Więc dlaczego to serce głupie takie ściśnięte, bojaźliwe? Do tej pory było jej źle i samotnie, lecz mimo tego codziennego kieratu, tej pracy nad siły, wiedziała co będzie jutro i że będzie takie jak wczoraj.

Rozdział drugi

Przypomniała sobie wczorajszy sen. Klęczała przed wielkim ołtarzem, otoczona zewsząd palącymi się świecami, ale ich blask co chwila przygasał. Patrzyła na mrugające płomyki i bała się odetchnąć, by ich nie zgasić. Czuła jakiś dziwny skurcz w gardle, jakby powietrze wokół stało się namacalną chmurą, ale oto raptownie pojaśniało od świec i zobaczyła siebie w ślubnej sukni, klęczącą obok przyszłego męża. Był młody i wpatrywał się w nią, ściskając jej rękę i już nie czuła żadnego lęku, była wyzwolona i szczęśliwa. Ale oto znów ta sama chmura przesłoniła ołtarz i ją samą. Naraz stała się sobą, biedną sierotą wysługującą się obcym ludziom i on, jej przyszły mąż był tym samym panem Janem, wdowcem z czworgiem dzieci.

Obudziła się i nie mogła uwierzyć, że to był sen. Dotknęła ręką medalionu. Boże, to po mojej matce – pomyślała. Dlaczego dopiero teraz, dlaczego wujenka nie mówiła mi nigdy o matce? Gdybym miała tę pamiątkę wcześniej, nie byłabym taka samotna. Wracała do tamtej rozmowy z krewną.

– Mam coś dla ciebie – Milewska przyszła w przeddzień ślubu i wyjąwszy małe zawiniątko z torebki. – To po twojej matce – rzekła.

– Jakże, czy to możliwe, po mojej matce? – Margoś rozwijała drżącymi rękami białą bibułkę, w której leżał złoty klejnocik na łańcuszku z ułożoną na wierzchu koniczynką z drobnych rubinów. Margoś rozpłakała się.

– Jak to było, kiedy?

– Usiądź, opowiem ci o niej.

– Dlaczego dopiero teraz – dziewczyna była wzruszona i rozżalona jednocześnie.

– Może i powinnam była wcześniej. Jakoś nie przyszło mi na myśl. Przyznam ci dziecko, że nawet zapomniałam. Twoja matka dała mi to na łożu śmierci.

– Co powiedziała! Chcę znać każde słowo!

– Była już wtedy bardzo słaba i ostatnim wysiłkiem skinęła na mnie. Pochyliłam się, żeby usłyszeć jej już zanikający szept „to dla Margoś, jak dorośnie” wskazała na ten wisiorek na swojej szyi, zamknęła oczy i już ich nie otwarła.

– Dlaczego umarła tak młodo? Byłam taka malutka!

– To dłuższa historia.

– Muszę to wiedzieć, proszę! Jaka ona była?

– Była nieszczęśliwa. Nikt tego dobrze nie wiedział, ale podobno wydano ją za mąż wbrew jej woli za niekochanego. Dobrze pamiętam, stała przed ołtarzem blada,jakby zaraz miała upaść. Twój ojciec też na szczęśliwego nie wyglądał. Jakoż obydwoje szczęśliwi nie byli. A to już nic nie będę przed tobą kryła.

– Tak, tak chcę wiedzieć wszystko, choćby mnie to najbardziej bolało. – Dziewczyna ściskała medalik i łzy jak groch potoczyły się z oczu.

– Niedługo po ślubie twój ojciec zaczął pić, grać w karty. Oj, nie było życia między nimi. Matka była delikatna i nie miała dość siły by sprzeciwić się rodzicom. Myślę, że kochała kogoś innego i nie mogła go zapomnieć. Tak jakoś niedługo wybuchło powstanie. Rodzice nie chcieli opuszczać domu i uciekać z miasta, chcieli być przy córce, no i zamordowali ich, zakłuli bagnetami, a twoja matka leżała w połogu i tylko temu zawdzięcza, że przeżyła. Jak wiesz, ruscy puścili z dymem całe miasto, ich dom jako jeden z nielicznych murowanych ocalał. Był już wtedy jednak obciążony hipoteką.

– Czy to ten, w którym mieszkacie, wujenko?

Milewska wyraźnie speszona zaczęła się sumitować.

– Twój ojciec, przykro mi to mówić, zapożyczył się, podpisywał weksle, żeby mieć na karty. Nie chciałabym cię smucić, ale skoro chcesz już wszystko wiedzieć, może rzeczywiście powinnaś.

– Kim był ten człowiek, którego matka kochała?

– Ba, żebym to wiedziała. Ponoć Żydki tu się po bitwie wypytywali o twoją matkę, jakieś podobno mieli do niej pisma, coś przebąkiwano, ale kto to był, nikt tego nie wiedział. No i tajemnicę zabrała do grobu. Panie świeć nad jej duszą. Zacności to była dziewczyna, rówieśnicami byłyśmy, ale i mnie pary z ust nie puściła, kto zacz. Bała się rodziców. Dziewczyna musi być posłuszna i to, niestety, nie ona decyduje, za kogo ma się wydać.

– To okrutne i niesprawiedliwe – Margoś zaniosła się płaczem na nowo.

– Może i tak, ale skoro inaczej być nie może, wola boska, z którą trzeba się pogodzić.

– Ja bym się nie pogodziła.

– Łatwo ci mówić, moje dziecko, ale gdybyś była na jej miejscu, też nic byś nie wskórała. Powtarzam ci: wola rodziców święta.

– Wolałabym iść do zakonu, niż za niekochanego.

– Oj, nie znasz ty życia, dziecko.

– Znam, znam, i to od najgorszej strony. – Margoś już nie płakała. Była w tej chwili jakaś w sobie zacięta, jakby rozżalona na cały ten bezduszny świat, który nie pozwolił matce być szczęśliwą. – Nigdy bym nie skrzywdziła dziecka, tak jak to zrobili moi dziadkowie.

– Nie mów, tak jest od wieków i tak będzie.

– Nie, nie, ja będę inna, nie dałabym dziecka ukrzywdzić.

– Oni też nie chcieli, kochali ją, była jedynaczką, oczkiem w głowie, stroili, dogadzali.

– To dlaczego?! Żyła by do tej pory z kochanym człowiekiem.

– Ponoć zginął w bitwie miechowskiej – dodała wujenka.

– To wy coś wiecie! Błagam! – Margoś złożyła ręce jak do modlitwy.

– Nie wiem więcej, niż ci powiedziałam. Różnie ludzie mówili, jak to ludzie, więcej w tym domysłów było, niż jakiego sensu.

– Jaka była moja mama? – dziewczyna jakby się nieco uspokoiła. – Chcę wiedzieć wszystko, co tylko wujenka wie o mamie.

– Cóż tu więcej... Żyła tylko cztery lata po ślubie i Pan Bóg zabrał ją do swojej chwały. Lepiej ci jej tam teraz, niźli na tym łez padole. – Milewska zakończyła tą mądrą sentencją i westchnęła głęboko. – Pomódl się za nią, ona tam z góry oręduje za tobą i męża ci daje. Widzisz Margoś, że czuwa nad tobą.

Dziewczyna chlipnęła tak żałośnie, że wujence ścisnęło się serce. Przycisnęła ją do obfitego biustu i zapłakała wraz z nią.

– Ot, taki już los człowieka. No, dość tych szlochów, jutro twój ślub, a idziesz za obywatela najzacniejszego w mieście.

– Ale jego dzieci...

– Co tam dzieci, tylko patrzeć jak się pożenią. Będziesz sobie panią całą gębą. A miły ci on Margoś? Nie krzywaś mu, Boże uchowaj?

– Szanuję go, on jeden użalał się nade mną, był mi jak ojciec.

Margoś jakby sobie coś przypomniała:

– A jaki był mój ojciec? Co się z nim stało, powiedzcie?

– Co tu mówić. Nawet na pogrzebie nie był. Przepadł gdzieś, nikt go nie widział, ani też nie słychać nic o nim nie było.

– Boże, Boże, dlaczego takie nieszczęście ich spotkało? A przecież mogli by żyć szczęśliwie, gdyby...

– Oj już nie gdybaj dziecko, co minęło nie wróci. Pomódl się za rodziców i zacznij myśleć o sobie, o swoim nowym życiu. Jestem ja pewna, że Bóg cię ma w swojej opiece, skoro ci męża takiego zacnego zsyła.

Margoś już nic nie odrzekła.

– Dziękuję wam – schyliła się i pocałowała wujenkę w rękę.

– Niech cię Bóg błogosławi moje dziecko – wzruszona kobieta uścisnęła dziewczynę.

– No, dość tego mazgajstwa, jutro twój wielki dzień. Głowa do góry, wszystko się dobrze ułoży – rzekła z przekonaniem.

Rozdział trzeci

Za oknem zaledwie bielił się świt, a ona powoli wracała do rzeczywistości, obezwładniona sennym widziadłem i nagłą myślą – dzisiaj jest mój ślub. Czy będzie moim wyzwoleniem, czy nową, może gorszą niewolą? Tego dnia uwijała się szybciej, kątem oka widząc, że pani Honorata przygląda się jej, ni to ze złością, ni podziwem.

– I kto by to pomyślał, taki szanowany obywatel! – ale o dziwo w tonie jej głosu Margoś nie czuła zwykłego utyskiwania i złości, a raczej coś na kształt respektu i ogarnęło ją wzruszenie niepojęte dla niej samej. Przypadła do ręki chlebodawczyni.

– Pani dobrodziejko – na wpół powiedziała, na wpół wyszlochała i nagle ta szorstka kobieta, zawsze gderliwa, objęła rękami jej głowę.

– No nie bucz Margoś, nie ty jedna idziesz za wdowca. Owszem, człowiek starszy, poważany. To prawda, pracy się nie boisz, a nie braknie ci jej, ale dzieci pójdą z domu niedługo, będziesz sobie panią i gospodynią całą gębą. Oj, ciężko nam tu bez ciebie będzie, choć jeszcze z miesiąc pobądź u nas po ślubie... Pomożesz, prawda, Margoś? Pobędziesz?

– Pobędę – rzekła. W tej chwili skłonna była przyrzec wszystko, o co by ją gospodyni poprosiła, dopóki tylko czuła ciepłe i pulchne palce przeczesujące jej włosy gestem czułości. Margoś jakby po raz pierwszy doznała matczynej pieszczoty. Pragnęła by ta chwila trwała jak najdłużej, ale pani Honorata była osobą trzeźwą i nie lubiła się roztkliwiać. Możemy być pewni, że taka chwila słabości była z pewnością rzadkością w jej życiu. Margoś zdała sobie sprawę, że była może jedyną w życiu gospodyni. Nie zaznała przecież uczucia macierzyństwa. Całe lata upływały jej w tych izbach, pełnych obcych ludzi rozprawiających o jarmarku, cenach bydła, ludzi pijących piwo i gorzałkę, awanturujących się nierzadko.

Pożałowała ją nagle. Wszak los obydwie je zespolił tym samym szarym, obezwładniającym, pozbawionym urody i miłości życiem. Teraz, kiedy zdała sobie tak wyraziście z tego sprawę, zapragnęła jak nigdy przedtem wyjść z tej izby zatęchłej na światło dnia, nie czuć zaduchu piwa, ludzkich oddechów, kłótni, ordynarnych wyrazów i iść, iść z Janem pod rękę, prowadzić przed sobą dziecko jej własne, które mogłaby tulić i pieścić. Ta błogość myśli towarzyszyła jej aż do przyjścia wuja Teofila, ubranego w kapotę z czarnego sukna, z dyndającą w kieszonce złotą dewizką zegarka, który swoim zwyczajem stale nakręcał.

Wuj promieniał. Margoś nigdy go jeszcze takim nie widziała, zresztą do tej pory tak niewiele się udzielał sierocie, rad że znalazła pracę i nie musiał przejmować się jej losem. Rozpierała go teraz duma, jakby ten mezaliansowy związek, jak go nazywał przy żonie, był jego zasługą. Brat ojca sieroty nie przejmował się aż do tej pory jej losem.

Czas już był najwyższy zbierać się do kościoła, a Margoś jeszcze myślała o śnie, który nie przyniósł jej ukojenia, a raczej niepokój o to nieznane, w które miała wkroczyć. Myślała o chlebodawczyni, która praktyczna i nieczuła – jaką się wydawała dotąd – była w gruncie dobrą kobietą, skoro okazała smutek z jej odejścia. I ta myśl, że przecież nie na próżno żyła dotąd, skoro komuś była potrzebna i że zostanie po niej jakaś pustka, wypełniała jej świadomość taką nadzieją, że i ten ślub nie wydawał się już teraz wyjściem ostatecznym.

Weszła wujenka Aniela, która podarowała jej wczoraj medalion.

– Jakże się masz, panno młoda – rzekła serdecznie, wystrojona na ten dzień, rada z okazji, że może się pokazać. Jej ogorzała twarz i twarde na co dzień rysy łagodniejsze były teraz, gdy cała promieniała uśmiechem – szczerym zresztą, o czym Margoś była przekonana. Wujenka uwielbiała wprost wszelkie uroczystości familijne. W mniemaniu swoim była też wszędzie najbardziej pożądaną osobą, tak z racji uroku osobistego, jak mniemała o sobie, jak i pozycji społecznej, którą dawało jej poczucie bycia bogatą mieszczką.

Trzeba to przyznać uczciwie, iż była ogólnie łubiana za wielkie serce i wylewność. Nawet jej gadulstwo znoszono i przyjmowano z przymrużeniem oka. Radzono jej się w sprawach gospodarskich i nie tylko, ona piekła najlepsze podpłomyki i żadne większe wesele bez pani Anieli obyć się nie mogło. Zresztą znana była ze znakomitej kuchni, a i biedny nie odchodził od niej bez wsparcia. Wujenka ciągle trajkocząc, obrzuciła dziewczynę wzrokiem z wyraźnym nieukontentowaniem, patrząc na skromny kaftan i spódnicę, owszem, w sam raz fałdzistą, ale nie z najlepszej materii uszytej.

– Że też nie pomyślałam o sukni dla ciebie!

– Ta jest w sam raz, wujenko.

– A nie powiadaj, to mnie już raczej po stroju można by wziąć za pannę młodą – roześmiała się rada z własnego dowcipu. Nie wracała do wczorajszego dnia, jakby chciała zapomnieć. Spojrzała tylko dyskretnie, czy Margoś ma medalion na szyi, ponieważ jednak bluzka dziewczyny ciasno była pod brodą zapięta, spytała:

– A nosisz medalion?

– Nigdy się już z nim nie rozstanę i dziękuję wam za tę drogą pamiątkę.

– Nie masz za co, żałuję że wcześniej ci go nie dałam. Dziewczyno! – poderwała się nagle – a toż pora wychodzić, a tyś jeszcze nie gotowa.

– Tylko splotę włosy.

– A też trzeba przyznać, że włosy masz piękne – rzekła, przyglądając się z niekłamanym podziwem, jak Margoś oplata głowę ciemnym warkoczem. Niespodziewany komplement wyraźnie zawstydził dziewczynę, która nigdy dotąd nie zastanawiała się nad swoim wyglądem. Zdarzało jej się, owszem, nie raz słyszeć pochlebne uwagi,ale zbywała je wzruszaniem ramion. Zapracowana od świtu do nocy, nie znała nawet dobrze własnej twarzy. Nie przyszło by jej na myśl przyglądać się sobie, ot, spleciony warkocz zwykle przerzucała na plecy i tyle. Tego dnia zresztą – poza ślubem, rzecz jasna – nic ważniejszego nie mogło zajmować jej myśli, tylko ten niepokój zalegający w sercu, jak też to życie im się ułoży. Prawda, że została w domu tylko Ania i Andrzej, a ci – jak mniemała – krzywi jej nie byli, a on pan Jan – jeszcze nie potrafi nazwać go po prostu Janem – nie ukrzywdzi jej, tego była pewna.

Takie myśli nawiedzały ją wczoraj. A dzisiaj, teraz już są po ślubie i wszystko co się miało stać, już się stało nieodwołalnie Oto wchodzą do izby, z kościoła od którego tylko kilkadziesiąt kroków dzieli ich od karczmy chlebodawców. Jeszcze miesiąc i pójdzie na swoje, jeszcze... Tak trudno jej uwierzyć i nie wie, czy ma się cieszyć... Ależ tak powinna się cieszyć, tak, na pewno powinna się cieszyć. Margoś jakby nie słyszy gwaru, poruszając się jak we śnie i usługując przy śniadaniu, chociaż Zosia wyręcza ją tak chętnie. Jak to dobrze, że będzie z nią ta uśmiechnięta, pogodna dziewczyna. „Bóg o mnie nie zapomni ”, myśli Margoś i nie słyszy nic z tego, co się dzieje przy stole. Ocknęła się nagie z tego zamyślenia, czując ciepłe ramiona pana Jana – już nie pana, męża.

– Zamyśliłaś się żono – szepcze jej cicho do ucha, jest taki delikatny i nieśmiały jak młody chłopak. – Ten miesiąc będzie bardzo długi – szepcze.

Margoś czuje jak jej serce topnieje jakąś rzewliwością dotąd nieznaną. Jest taki dobry; przywyknę, nie zawiodę go, na pewno się przyzwyczaję i pokocham, myśli, chociaż nie wie jeszcze, co znaczy pokochać.

Rozdział czwarty

Dzień był mroczny, listopadowy, od rana siąpiło drobną mżawką. W taki dzień człowiek markotnieje, nie dziw więc, że drzewom nie chce się szumieć. Czym zresztą miałyby szumieć, skoro jesienny wiatr dawno strącił ostatni liść. Ptaki, które mogłyby zaświergotać, odfrunęły w przyjaźniejsze rejony, a te nieliczne dzielące z ludźmi jesienne szarugi zaszyły się w sobie tylko wiadome miejsca. Wróble i wrony nie usiłowały nawet zbliżać się do ludzi, bo i po co. Zwykły to był dzień, nie targowy; nie mogły uszczknąć, a to obroku z pod parskających chrapów końskich, zresztą i tak marnie im podsypywanego, a to wydziobać ukradkiem jakieś ziarno z worków przywiezionych z pobliskich wiosek, zbieranych skąpo z ubogich poletek, acz skrzętnie do ostatniego kłoska, by trochę starczyło na przednówek, chociaż wiadomo było, że nie starczy.

Tego dnia wcześniej zaczęło mrocznieć i wyraźnie miało się na burzę. Umilkły ptaki i poruszyły się drzewa. Niski pułap nieba wiszący nad miastem przybrał barwę ołowiu i zdawało się, iż runie na głowy umykających przed deszczem. Mrok stał się zupełny i nieliczne latarnie żarowo-naftowe, które przed czasem zapalił stróż miejski, nie zdołały rozproszyć w jednej chwili zaległych ciemności.

Deszcz lunął z nagła strumieniami, chlustał z rynien, rwącą rzeką płynął rynsztokami, zalewał ulice; woda wdzierała się do piwnic, rozmywała drogi i ścieżki, które spływały błotnistą mazią. Deszcz jak spadł nagle, tak raptownie ustał. Zrobiło się świeżo i rześko. Wieczór ledwie zapadał i latarnie odbijały się teraz na mokrym bruku pasemkami światła. Czyściutki i błyszczący rogalik księżyca wychynął z poza rozpraszających się chmur i zrobiło się jaśniej.

Ludzie wychodzili z domów, kręcili się wokół zabudowań i naprędce szacowali straty.

Strugi deszczu wsiąkały szybko w rozpulchnioną ziemię, pozostawiając tu i ówdzie powoli schnące kałuże, zwłaszcza w obejściach gospodarskich i na podwórkach, gdzie nierzadko trzeba było przeskakiwać na sterczący to kamień, to niewielkie wzniesienie, z którego woda zdążyła spłynąć, pozostawiając rozmytą wysepkę skąpej darni. W położoną nieco niżej rynku ulicę Racławicką płynęła jeszcze między kocimi łbami wąska strużka brudnej brei i rzucała się w rynsztoki po obydwu stronach ulicy, zasilając tę spływającą wodą szosę, ale już stopniowo ustępując na boki.

W jednym z nielicznych murowanym domu w rynku znać było jakieś niezwykłe poruszenie; widać było filujące niespokojnie światło naftowej lampy. Myliłby się wszakże nieznający tego miasteczka przypadkowy komiwojażer, mniemając, iż w takim domu, znamionującym dostatek, panuje niczym nie zamącone szczęście. Tylko trzymający wartę czeczeński wartownik, tylko on jeden mógł się domyśleć, że coś niezwykłego dzieje się za jasno oświetlonym oknem, w którym kobieca sylwetka poruszała się to w ten, to w inny kąt pokoju, wyraźnie niespokojna. Zbliżył się do okna, czy to z czystej ciekawości, czy że na służbie, w taką psią pogodę (jako że deszcz zaczął siąpić na nowo) czas dłużył się nadmiernie, czy też, że w świetle okna łatwiej mu było zwinąć machorkę w strzępek czegoś, co przypominało bibułkę. Należy się zgodzić, że wszystkie powody, a nawet ich brak nie stanowią przeszkody dla znudzonych lub ciekawskich oczu. Widocznie jednak zdawało się być coś tragicznego w nastroju wnętrza, skoro z ust patrolującego wymknęło się słowo ni to zdziwienia, ni przekleństwa. W tej samej chwili z domu wybiegła kobieta, a natknąwszy się na wartownika, tłumaczyła łamiącym się głosem, że musi obudzić felczera i księdza, a pilniej tego drugiego.

Zajrzyjmy jednak, zamiast snuć domysły, do pokoju, niechybnie osoby ciężko chorej; powiedzmy uprzedzając bolesny fakt, że umierającej. W samej rzeczy, kobieta leżąca na łóżku zdawała się być już zaledwie własnym cieniem. Twarz ściągnięta bólem, bardziej z troski i serca wypływającej, niż fizycznej męki, biała była nieomal tak, jak pościel, w której leżała. Młoda kobieta stojąca przy łóżku wpatrywała się z boleścią w twarz chorej, jakby jeszcze miała w niej dojrzeć nadzieję, której już być nie mogło. Nagle chora otwarła zamknięte dotąd oczy i przywołała nimi stojącą obok łóżka, jakby chciała coś powiedzieć. Ta nachyliła się, by usłyszeć cichy szept.

– Ten medalion – mówiła z widocznym wysiłkiem chora – ten medalion – powtórzyła wskazując na wiszący na swojej szyi złoty klejnot – dasz Margosi... nie zapomnij... jak dorośnie... – dodała jeszcze.