Dzieciństwo - Janina Bergander - ebook

Dzieciństwo ebook

Janina Bergander

0,0

Opis

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. 
Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych.  

 

 

 

Książka dostępna w zasobach: 
Powiatowa i Miejska Biblioteka Publiczna w Miechowie

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi

Liczba stron: 322

Rok wydania: 2001

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Janina Bergander

DZIECIŃSTWO

STO LAT Z ŻYCIA MOJEGO MIASTA

tom drugi

Kraków, 2001

Janina Bergander ©

DZIECIŃSTWO

Sto lat z życia mojego miasta

tom drugi

Wydawca:

Dom Wydawniczy OFFICINA ©

Skład, DTP, druk:

Dom Wydawniczy OFFICINA

Na okładce:

portret Matki

zdjęcie ze zbiorów prywatnych autorki

Kraków, 2001

ISBN 83-877-84-75-3

Miastu mojemu poświęcam

]anina Bergander

Rozdział pierwszy

Opowiem w nim, jak się paliła stodoła Kalińskiego, o ludziach co się pchali pod sam pożar, że aż przeszkadzali gasić. O bąkach, co lepiej, żeby siedziały w domu i jak to żal każdego człowieka co go spotka nieszczęście, a najwięcej to szkoda, że pan strażak nie oblał Heńka sikawką.

– Ale to ma sen, że tylko pozazdrościć.

– Michał! Nie słyszysz to!? – mamusia szarpie tatusia.

– Umarłego by na nogi postawił. Syrena wyje, pali się gdzieś... Pewnie znowu jaka stodoła. Oka nie zmrużyłam całą noc, a ten tylko głowę przytknie do poduszki, to zaraz chrapie.

– Kto chrapie?

– To ty chrapiesz.

– Choroba, a gdzie mój kask?

– A tu, gdzieś położył – mówi mamusia i wkłada spódnice.

– A wy gdzie?

– My też chcemy widzieć, jak się pali.

– Tylko was tam będzie brakować.

– Tatusiu, niech idziemy! Proszę się.

– A niech dzieci idą. Tylko mi się nie zbliżać za bardzo do ognia.

– Nie będziemy – cieszymy się z Zosią.

Ale fajnie, że się pali, bo lubimy się przyglądać. Tatuś znalazł kask, leżał jak zawsze na szafie.

– Ale się błyszczy – podchlebiam się jeszcze tatusiowi, że nam pozwala iść.

– Jak się nie ma błyszczeć, jak go co trochę czyszczę sidolem. Byłby to taki? – odezwała się mamusia i jeszcze napluła na orzełka i przeciera go szmatką.

Ale się świeci, jakby był z prawdziwego złota, a nie udawanego.

– Żona powinna dbać o męża – tatuś przytula mamusię i zapina pod brodą skórzany pasek. Będzie gasić z innym strażakami. Lubię jak tatuś całuje mamusię, chociaż mamusia udaje, że niby to nie chce, że przy dzieciach nie wypada. Jeszcze pukam do okna naszej lokatorki..

– Fajgla, wstawaj pali się! My już lecimy.

Stara Żydówka, babka Fajgli jest zła.

– Fajgla śpi i nigdzie nie pójdzie po nocy.

– Nie to nie, łaski bez.

Nic jej za to nie opowiem, jak się paliło. Do Marychny to nawet nie ma co pukać, bo Marychna jest jedynaczką i stryjenka by jej nie puściła i tak.

Już lecimy – ale klawo. Pełno ludzi już pędzi ze wszystkich domów, a najwięcej dziecisków. Od stryja Janka lecą Heniek i Maniek, a za nimi Olka. Ale ganiają, już nas prześcignęli. Mamusia wzięła chustkę i owinęła Zosię, bo jest za mała to, jeszcze by sama nie uszła.

Widać łunę, jakby koło kierkuta. Niedaleko, ale jeszcze nikt nie wie, co się pali. Wszyscy ludzie lecą przez naszą Racławicką koło szpitala na drogę koło dworku Przybyszewskich.

Nareszcie jedzie wóz strażacki z motorpompą i wężem sikawkowym.

– Rychło w czas – przygania mamusia – zanim zaczną gasić, to się prawie spali.

Podobno stodoła Kalińskiego się pali. Jak jest lato, to się często pali stodoła, a potem gadają, że pewnie ktoś podpalił ze złości. Ale się już naszło ludzi. Jakaś paniusia się przepycha do przodu.

– A gdzież pani lizie, w dodatku z bachorem! – woła taki jeden.

– Tylko nie bachor, dobrze?!

– A nie mogła to pani dziecka w domu zostawić – odezwał się inny. – Spałoby se jeszcze spokojnie.

– A mam to przy kim zostawić, jak sama jezdem!?

– Faktycznie, że czasem człowiek nie ma nikogo w domu. Moje na szczęście już duże, to same przyleciały. O tam, widzi pani jakie to obrotne, koło samego ognia i nie boją się. A ten starszy to stoi koło strażaka, jaki to cwany, inny to by trząsł portkami... A coś drugiego nie widzę... O jest, jest – ucieszył się, ale pani z bachorem już nie ma koło niego, to się nie ma komu pochwalić.

E, nie dadzą rady zagasić, za późno przyjechali. Już się cała stodoła zajęła – ludzie rozprawiają głośno i żałują stodoły.

– A gdzież Kaliński?

– A o, tam. Ciekawe, czy dużo było w stodole. Żniwa dopiero na półmetku, na dobre to się zacznie palić, jak w stodołach będzie pełno.

– A bo co pan myśli. Ludzie to jak te wilki, same podpalają jeden drugiego, zaślachtowali by człowieka z zimną krwią.

– Coś pan taki wkurzony? To tylko stodoła się pali, nikt nikogo nie szlachtuje.

– A bo to wiadomo, panie, od czego się zajęło?

– Może ktoś niechcący zaprószył.

– Panie, coś pan, z byka spadł! Ktoś musiał naumyśnie. Może miał złość, abo co.

– Nikt już nie dojdzie, panie – wątpi ten drugi. – A poresztą, co tu gadać, kiedy nie ma o czym mówić. Straż za długo mitrężyła z przyjazdem. Zaczem się wyguzdrali z motopompą, to już na dobre się zajęła cała stodoła.

– W mieście jeszcze nie tak. Na wsi, to dopiero nie ma tygodnia, żeby się nie paliło – wtrąca się taki, co się zna na paleniu.

– Co za naród – westchnęła jedna pani, co akurat stała koło mnie i Olki od stryja.

– Ludzie to serca nie mają dla nikogo, w łyżce wody by utopili człowieka.

– Oj, prawda... Komu to czyje przeszkadza.

– Ludziom cudze to słono w oczach, nie wiecie to? A niechże ma, żeby tylko uczciwe. Co by to komu szkodziło.

– Odsunąć się od ognia!! – krzyczy strażak z sikawką, bo już się o mało co na niego nie pchają.

– Nie słyszy to pani, jak strażak się każę odsunąć!? – taki pan w cyklistówce odsuwa tą, co się pcha.

– Tłumaczyć jak Lajzer krowie, a i tak ludzie nie rozumieją.

– Takie samo mam prawo, jak i pan.

– Każden jeden może patrzeć – odezwał się inny wcale nie ze złością, bo przecież ma rację, że każdemu wolno.

– O matko, alem się też spietrała! – krzyczy jakaś baba. – O mało co, a byłaby ta decha spadła i rypnęła w tego chłopoka! Ażem struchlała cała! A pódzież ty stąd!! Stanie taki, jeden z drugim, kole samego ognia, jakby się o nieszczęście prosił.

– A co mi tu paniusia z pyskiem będzie wyjeżdżać!

– O, nieładnie na starszego sztanderować.

– Tylko nie starsza – obraziła się ta pani, co się miała za młodszą i odchodzi gdzie indziej.

– Odsuńcie się, bo ta deska zaraz gruchnie na kogo!

Jakaś pani odsunęła teraz drugą panią.

– Lepiej nie kusić losu.

– Nie za blisko ognia – krzyczy znowu strażak na tych, co się zachapali na pierwsze miejsce blisko samego pożaru. Już nie wiem który raz krzyczy, jakby mówił do głuchych. Tatuś stoi przy innym strażaku i siekierką odrąbują te deski, co się jeszcze nie zajęły. Jakiś pan z laską sztorcuje Heńka i nawet się na niego nią zamachnął.

Dobrze mu tak, niech nie podchodzi pod samego pana strażaka i udaje takiego gieroja.

– Niech go pan obleje sikawką – woła Heniek Ogrodziński, bo widocznie mu żal, że stoi dalej ze swoją siostrą i nie może się przepchać bliżej.

– Ale zazdrosny! – cieszy się Olka.

Byłoby fajnie – myślę sobie – żeby tak oblał Olcynego Heńka, bo mu się zdaje, że jak jest duży, to wszędzie może się wtrynić. Ale panu strażakowi żal wody i leje tylko na pożar.

– Tych dziecek pełno, gdzie ich nie posieje – wymądrza się paniusia, a sama trzyma bąka za rękę.

Gaszą, gaszą, a i tak się wszystko spaliło. Niektórzy to już pomału odchodzą od pożaru.

– Szkoda stodoły.

– Człowieka szkoda. Każdego może trafić takie nieszczęście.

Ludzie idą grupkami i żałują.

– Jedni żałują, a drudzy się cieszą – powiedziała mamusia, jak żeśmy wrócili do domu.

– Są ludzie i ludziska – tatuś to czasem też coś powie, że się nie bardzo rozumie.

Nie ma jeszcze rana, to idziemy spać. Tylko mamusia nie, bo mamusia i tak zawsze wstaje z kurami.

Na drugi dzień to już mniej ludzi idzie oglądać, czy się dokumentnie spaliło i zwęgliło na amen, a niektórzy to nawet rozgrzebują jeszcze patykiem popiół, jakby myśleli, że co znajdą – tacy głupi.

– Co innego, jakby się dom spalił – mówi Olka.

– No pewnie, bo jak się raz dom spalił, to ludzie, ale ci co ten dom był ich, to jeszcze coś wyciągali z popiołu. Ale już i tak było do kitu.

Miałam nic nie opowiadać o pożarze ani Marychnie, ani Fajgli, ale się napraszają. Jak na złość, zaraz się napatoczył Heniek z Mańkiem i sami się wymądrzają, że niby najlepiej widzieli z pierwszego rzędu. Obraziłam się i poszłam do domu po lalkę i wózeczek od cioci Gieni i sobie wożę na złość. Niech teraz żałują.

Marychna zaraz się chwali:

– A mnie tatuś jeszcze ładniejszą przywiezie i będzie mówić mama. A twoja to tylko zamyka oczy.

– Ale moja śpi w wózeczku.

– A mnie tatuś kupi ładniejszy i nie dam ci powozić.

Żal mi się zrobiło, że jej lalka będzie mówić.

– Jak chcesz, to możesz się pobawić. – Ale się obraziła. Nie to nie, ja też się obraziłam i nie opowiem jej, jak grali w kinie.

Rozdział drugi

Jak to Stefcia niepotrzebnie dusiła wszystko w sobie i jak ją Waldemar zasypał kwiatami. Będzie też o kałuży, jaka się polała pod pianino pani Juzaszkowej i że taka przygoda może się przecież każdemu przytrafić. Będzie też przestroga dla mądrych panien, dlaczego się nie żenią.

Mamusia siedzi w ogródku i opowiada Rózi o Trędowatej:

– A co to znaczy trędowata?

– To taka choroba, co się na nią umiera. Idź się baw i nie przeszkadzaj.

Ale ja muszę słuchać i poprawiać, bo mamusia przekręca.

– A Ćwiklińska, niech ją dunder świśnie, żeby ją pani widziała, jak grała Baronową Idalię! Ale też ma zmysłów, jakie miny. A sam głos... jak coś powie, no mówię pani. A ten princenes stale przykładała do oka. A jak przemawiała Waldemarowi do rozumu, żeby się nie żenił ze Stefcią i nie robił takiego mezaliansu. A znowuż Ludwik Sempoliński, ten to komik. Jak zagrał hrabiego Trestkę, to pękać ze śmiechu! Jemu to znowuż co trochę monokl wypadał z oka. No, mówię pani co za film, kupa śmiechu, ale więcej do płaczu. Nie ma jak dobry aktor. Nawet nie musi dużo mówić. Zrobi minę i już śmiech na sali. A jak śpiewał kuplety...

„Ach Tomasz, ach Tomasz

ach powiedz skąd ty to masz...”

– Mówię pani, pani Róziu, zgrywus i zbytnik pierwszej gildy.

Mamusia tak śmiesznie podśpiewuje o tym zgrywusie.

– Gienia mnie zaprowadziła do takiego Kabaretu, jak byłam u niej w Warszawie. Jak tańczył szimi, szarlestona! Ale ma wygiby choroba, to dopiero komik, że nie ma drugiego.

– No, ale co dalej z tą Stefcią Rudecką.

– Panno Róziu, jak ona szła przez ten las i ten welon jej się tak majtał po tych krzakach...

– A wcale że nie, bo to był ogród i ten welon jej się podarł przez te kolce.

– Dobrze, dobrze, niech ci będzie, że ogród. To po tych anonimach od Barskiego coś jej się w głowę zrobiło. Ale jaka szlachetna, panno Róziu. Inna to by zaraz pokazała ten list, no, ten anonim... A bo to jeden, myśli pani, słał tych listów jeden za drugim. Że będą ją mieć za trędowatą, jak się ożeni z Waldemarem i ją przeklnie cała rodzina. Żeby była powiedziała Waldemarowi, skląłby tego hrabiego od najgorszych, że suchej nitki by na nim nie zostawił i Stefcia by żyła, a ona, widzi pani, nikomu nic o tym nie powiedziała, tylko w sobie dusiła. On przyjeżdża na ten ślub, a ona leży umierająca, taka piękna w tej ślubnej sukni i mówi “...tak mnie pan zasypuje kwiatami”.

– A nie, bo najpierw... – chciałam znowu poprawić mamusię, ale mamusia mnie wygania.

– A idzież ty! Musisz zawsze słuchać?

– Jasia, niech mamusia opowiada sama i nie przeszkadzaj.

Rózia to też. Obraziłam się, siedzę jak trusia i nic już nie powiem.

– Acha, faktycznie, Jacha ma rację... bo zapomniałam wcześniej powiedzieć, że jak do niej jechał na ten ślub, bo nie wiedział jeszcze, że jest umierająca, to kazał ściąć wszystkie białe kwiaty z oranżerii. “No i zasypałem cię temi kwiatami” płakał nad jej grobem. Mówię pani, wtedy to się dopiero uryczałam. Wszyscy tak płakali, że nie wiem. A jeszcze jak Juzaszki rzewnie zagrali, to już może sobie pani wyobrazić.

Rózia ociera oczy:

– Jak pani opowiada, pani Mario, to jakbym była w kinie i na własne oczy oglądała. Wszyscy teraz czytają Trędowatą i nie można się do niej dopchać w bibliotece, to ludzie ją sobie przepisują ręcznie. To jest napiękniejszy romans świata. Ja też bym chyba chciała być tą Stefcią i umrzeć z miłości, ale wtedy nie będę już mogła być zakonnicą i nosić takiego kornetu do twarzy, jak noszą nasze Szarytki ze szpitala. To już sama nie wiem, czym chcę być. Jak się pytam mamusi, to mówi, że nie mam jeszcze swojego rozumu.

Mamusia to najbardziej lubi Brodniewicza, Węgrzyna i Smosarską.

– Ale to ma piękną buzię i nogi takie, jakie mi się podobają, grube.

Mamusia zazdrości, jak kto ma grube nogi, bo mówi że ma suche, ale ja tego nie widzę; mamusia przecież cała nie jest gruba, to jak ma mieć grube nogi. Ja też lubię Smosarską. A Marychna to nie ma za grosz melodii... ale Fajgla śpiewa ze mną wszystkie te piosenki z filmów Jadzia i Dwie Joasie, też ze Smosarską. Tylko trochę muszę ją poprawiać, jak fałszuje.

„Nie kochać w taką noc to grzech,

gdy sercu serca brak”,

albo „Niebieskie róże”. Jakie to przepiękne piosenki.

Mamusia się dalej zachwyca przed Rózią:

– A jak pięknie śpiewa Aleksander Żabczyński. A Eugeniusz Bodo, albo Sielański, ten to tylko służących gra, albo lokai. Ale jak gra, to powiadam pani, boki zrywać. A Adolf Dymsza, ten to znowu jak zacznie tymi rękami, a miny robić, to pęknąć ze śmiechu.

Mamusia to jak myśli, że nikt nie słyszy, to sobie zawsze śpiewa, ale ja lepiej pamiętam słowa.

W sobotę znowu idziemy do kina. To kino to nie jest takie prawdziwe, bo to jest drewniana remiza po straży pożarnej.

– To ciężki wstyd – mówi tatuś – żeby nie było w powiatowym mieście porządnego kina.

Tatusia wspólnik nazywa się tak śmiesznie, Gruszka. On jest elektrykiem i dlatego tatuś się z nim koleguje, żeby razem robili jakąś ofertę, pan Gruszka na elektrykę, a tatuś na kanalizację. Syn tego pana Gruszki nazywa się Uszer, bo to jest Żyd i kręci to kino w takim aparacie. I dlatego zawsze idziemy za darmochę i to na pierwsze miejsca przy samym ekranie.

– Dzieci na sam dół – mówi pani od biletów i my to wolimy, ale mamusia siada na samej górze. Pod samym ekranem jest fajnie widać. I stoi pianino i jak idzie kino, to pan Juzaszek gra na skrzypcach, a jego żona na pianinie – tak pięknie, że czasem to aż chce mi się płakać. A raz to było mamusi ciężki wstyd i mnie też.

Było tak: Siedzimy sobie i patrzymy, akurat Halka miała się wrzucać do wody. To było jeszcze przed tym, jak Ladis Kiepura, co przedstawiał za Jontka, zaczął śpiewać tak pięknie.

„Szumią jodły na gór szczycie,

szumią sobie w dal,

mnie biednemu smutne życie

bo mam w sercu żal”

...i tak dalej pięknie, że aż się coś robi. Wiedziałyśmy już wcześniej, że Halka naprawdę się utopi, bo zawsze siedzimy na dwóch seansach, żeby lepiej zapamiętać, a tu siostra mnie trąca.

– Jasia, chce mi się i już nie wytrzymam.

– Wytrzymaj trochę, aż film się przerwie. Bo czasem to się co trochę przerywa i ludzie muszą tupać nogami, żeby się naprawił. Jak na złość nic się nie psuł i polała się kałuża pod samo pianino pani Juzaszkowej. Pani Juzaszkowa z początku nie zauważyła, ale jak się zaświeciło, to zaraz zobaczyła, skąd ta kałuża szła. Ale oni mieszkają na przeciwko naszego domu, u swojego ojca pana Tabaki i dlatego nic nie mówili, dopiero po kinie do mamusi.

– Ale mnie było wstyd! – skarżyła zaraz mamusia tatusiowi. – Taka duża dziewucha! Czekajcie, jak ja was na drugi raz zabiorę do kina! A siedzieć mi w chałupie na dupie – tak nieładnie mamusia powiedziała, a tatuś to nie lubi jak mamusia używa wyrazów. Ja też nie.

– I co będą robić? Ja idę do klubu wieczorem.

– A zostawię je u mamusi.

– Ja nie chce do babci – płaczę – bo się Wacek przezywa!

Zosia też w ryk.

– A w ogóle – złości się tatuś – kto to widział, żeby dzieci prowadzić na takie filmy, gdzie się całują.

– Nic się nie bój – mówię do Zosi, bo się rozryczała. – Tatuś tylko tak straszy, a nas mamusia i tak zabiera, czy dozwolony, czy nie.

Przyszła ciocia Tosia i mamusia jej opowiada, jaki miała wstyd, a ciocia na to:

– To teraz ja ci coś opowiem. Pamiętasz, jak żeśmy chodziły na gapę przez Pustki do teatru? Musiałyśmy parę godzin przed przedstawieniem iść od tyłu i jak zaczynali wpuszczać, skryłyśmy się pod ławkami. Leżymy sobie cichutko z waszą Staśką, z Marylką Kwapińską i Heńką Zdankiewiczówną, jak jeszcze nie wpuszczali na salę. Ciebie nie było wtedy z nami. Staśka to był tchórz, zawsze się bała chodzić na gapę. Jak zaczynali wpuszczać, to już sobie mogłyśmy siadać na pustych miejscach. Najwyżej jak ktoś miał na to miejsce bilet, to się szło na inne puste. Było i tak, że wszystkie były zajęte. To się postało, wielka mi rzecz.

– No, tyś zawsze była sprytna.

– A tobie Mańka co brakowało? Żadne przedstawienie się bez nas nie obeszło.

– To nie to, co te nasze dziecka. Gapy takie – wzdycha mamusia. – Ale miałaś coś mówić.

– No właśnie, jak raz mi się zachciało... Co tu robić? Poleci struga, to będzie widać, jak już ludzi wpuszczą. To zaczęłam ręką rozpryskiwać, a był kurz na podłodze, to prawie się wchłonęło i mało co było mokro. Więc się nie dziw, że się dziecku zachciało. Siedzisz w tym kinie po trzy, cztery godziny, to kto by to wytrzymał – zakończyła mądrze ciocia.

Tę ciocię to wszyscy najlepiej lubimy, bo jest wesoła i lubi żartować.

– Powinnaś już wyjść za mąż – powtarza mamusia cioci, już nie wiem który raz. U cioci Stasi było już kilka swatów, ale jej się nikt nie podobał.

– Tośce to trudno będzie wyjść za mąż.

– A dlaczegóż to? – pyta tatuś mamusię. – Dziewczyna jak szóstka, półkule z tyłu i z przodu. Wszystko na swoim miejscu.

– Ale za mądra i każdego w kozi róg zapędzi, a chłopy takich nie lubią. Wolą głupsze.

– To znaczy, że ja się z głupią ożeniłem – śmieje się tatuś.

– A dajże mi spokój! Tylko byś przekręcał moje słowa.

Rozdział trzeci

Jak to ciocie stroiły się na Sylwestra i dlaczego mamusia nie może sobie wypchać watą, a tatuś jest zazdrosny. O tym, że nie każda frymuśnica ma gust, a róż i tak pasuje do zieleni. I że czasem nawet mamusia nie upiecze z niczego, bo do szarlotki trzeba, oprócz mąki i cukru, także i powidła.

Teraz jest zima i ciocie się muszą stroić na Sylwestra. Mamusię nie stać, to sobie sama szyje suknie i kapelusze, na każdą niedzielę inny. Lubię, jak się u babci zbierają już wysztafirowane. Właśnie przyszła ciocia Tosia z wyfiokowaną głową, w długiej sukni blado żółtej, z różą wpiętą na ramieniu.

– Na Tośce to wszystko leży – zazdrości mamusia – bo ma duży biust. Nie to co na mnie.

– A nie powinnaś to sobie trochę wypchać watą? – radzi ciocia Tosia.

– Nigdy nie miała dużego biustu – odezwała się ciocia Stasia, siostra mamy. – Ano, trzymałaś te dziecka za długo przy cycku, to i nie dziwota.

– A wypchaj że sobie. Będzie suknia lepiej leżeć.

– Dałby mi to Michał! Zazdrosny, jak pies. Po każdym balu jest awantura: a ten to cię za bardzo przyciskał w tańcu, a z tamtym dwa razy tańczyłaś pod rząd.

– Ano, jak się ma ładną babę, to tak jest. Jak by nie był zazdrosny, to by znaczyło, że mu nie zależy.

Ciocia Tosia to już jak coś powie, to zawsze do słuchu i mądrze.

Podeszłam do klatki z ciocinymi kanarkami i niby to każę im śpiewać, a tymczasem podsłuchuję, co mówią.

– A weź że sobie, Mania, trochę wargi przymaluj. Masz tu szminkę.

– Już sobie wzięłam trochę bibułką i poliki trochę.

– Przypudruj się też.

– Mamusia jest ładna, to nie potrzebuje takiego bielidła, jak pani Białowa – odezwałam się.

Mamusina sukienka mi się najwięcej podoba, ale nie mówię głośno, bo ciociom szyły panny Kudrówny, a mamusia sama sobie uszyła taką niebieską jedwabną z ogonami. Jak zrobimy przedstawienie w lato, to będę w niej tańczyć kozaka i tak podrzucać butelkami, jak w cyrku. I włosy mamusia ma najładniejsze, ciemne i zaplecione w warkocz dookoła głowy. Ciocia Stasia ma też ładną sukienkę – długą, zieloną, a jak się poruszy, to się mieni złotem. Ale to nie jest prawdziwe złoto, tylko udawane, takie na niby. Ale też ładne.

– Dobry wieczór. Czy panie już gotowe?

– A proszę, proszę – babcia zajrzała do pokoju i mówi szeptem: – No, odpicowałyście się wreszcie guzdrały? Bo tu już kawalery przyszły.

No i prawdę mamusia mówiła, że będzie awantura po balu, bo była. Tatuś to też... Przecież lepiej, że mamusia jest ładna, bo z brzydką by się nikt nie ożenił, no nie? Po tej awanturze tatuś znowu był dobry. Dzisiaj ciocie się u nas zbierają i rajcują o balu.

– Cóż szyjesz? Widzę, coś będziesz nicować. Mańka jak nie ceruje, to szyje, ale przyznać trzeba, że masz dryg do szycia... a wiesz, że na drugiej stronie będzie kiecka jak nowa.

– Ano, jak człowieka na nowe nie stać, to musi kombinować.

– Trzeba przyznać, że krawcowa by lepiej nie uszyła, jak ty – chwali ciocia Tosia.

– Michał cię sklął? – pyta się ciocia Pisia. – Widziałam, że był wściekły, jak cię prosił Wicuś Gaździcki do tańca.

– No, kiedyś się w Mańce kochał.

– Nie gadaj, Tosia, tylko przy moim. Niech cię ręka boska broni, jakbyś co pisnęła słowem – boi się mamusia.

– Staśka, a cóż ci tak Julek szeptał do ucha? Bo tańczyłaś z nim raz za razem.

– A, takie tam dyrdymały, nic ważnego.

– To czegoś się śmiała jak głupia – kpinkuje ciocia Tosia.

– A co, miała płakać? Nie wiecie to, że jej dużo nie trzeba do śmiechu? A Dzitki to mi było żal. Siedziała pod ścianą i pies z kulawą nogą jej nie trącił. Mnie to szkoda takich panien – westchnęła mamusia, bo jest litościwa.

– A widziałyście Magdę? Ale to panna postawna, a z twarzy to do Marii Malickiej podobna.

– No, nie powiem. Twarzowa blondyna – mamusia się zerwała.

– O matko, my tu gadu gadu, a placek mi się spali na węgiel.

– A cóż to, sobota, że pieczesz?

– A musiałam. Taki tam tylko gnieciuch zwykły – niepotrzebnie się mamusia sumituje, bo piecze dobre placki.

– Trochę jeszcze marmolady miałam ze swoich jabłek. Lokatorka Michaliny ma przyjść na wieczór, żeby się pochwalić materiałem na suknię ślubną, to nie miałabym czym poczęstować.

– No, podobno robi karierę. Niebrzydka ta Celina – chwali ciocia Tosia.

– O, jest i Trzaskowska! Tylko ciebie jeszcze brakowało. – Ciocia Tosia jest zła, bo są ze sobą na bakier i drą koty.

Mamusia przyszła od placka:

– Już wyjęłam. Jak przestygnie, to spróbujecie trochę.

– U Gawęckiej to zawsze smaczne kąski.

– No, odezwała się ta, co przychodzi na smaczne kąski – przygadała brzydko ciocia Tosia cioci Trzaskowskiej.

– A dajże spokój, Tosia, nie zaczynaj znowu.

Mamusia to już ma takie szczęście, że musi tylko godzić, jak się zaczynają obie kłócić.

– Trzaskowska to siedzi cicho, ale Tośka, jak rozewrze swoją niewyparzoną gębę, to aż strach – opowiadała potem mamusia tatusiowi.

– Widziałyście Maryśkę Witkównę? – zagaduje mamusia. – Ale to frymuśnica.

– Według mnie bez gustu. Suknia róż i ciemna zieleń.

– Nie mów, Staśka, bo jasny róż może być z każdą zielenią. Tylko tych falbanek to było za dużo. Dwie by wystarczyło, a ta przy szyi, to już zupełnie nie potrzebna. Jak dwa grzyby w barszcz.

– Rzecz gustu – ciocia Trzaskowska chwali, że jej się podobała.

– Wiadomo, że nie grzeszysz gustem

– Za to tyś wszystkie rozumy zjadła! – kłócą się obie ciocie.

Mamusia przyniosła pokrojony placek, jeszcze ciepły, ale szarlotka to nawet może być ciepła. Ciocia Tosia spróbowała i bardzo chwali.

– Mańka to z byle czego coś zrobi.

Ciocia to myśli, że mąka, cukier i marmolada to jest byle co. Ale po co się mam odzywać? Wolę jeść placek, bo pyszny.

– Bardzo dobry – chwalą wszyscy.

– Tylko się mignął i dla ciebie nie zostało ani kawałeczka – powiedziała mamusia wieczorem do tatusia, ale tatuś za plackiem nie jest, to nie żałuje.

Rozdział czwarty

Ale to było śmiechu w nieszczęściu, bo palił się nasz dom i pokazało się, że Żydówka, nasza lokatorka, ma ogoloną głowę i nosi perugę, a mamusia to sama musiała ugasić pożar, bo nas tatuś zamknął na klucz.

– Tatusiu! A kiedy jeszcze będzie pożar?

– A nie daj Boże! Co ty, dziecko, mówisz! Niech ręka boska broni jaki pożar. Wypluj to słowo.

Wyplułam, a i tak się paliło. I to jak na złość u nas.

Tatuś jak zwykle wieczorem idzie do klubu na karty i bilard i mamusia jak co dzień przykazuje:

– Zamknij nas, bo przyjdziesz o północku i nie będę wstawać na takie zimno spod pierzyny.

W zimę utyka się okna, bo to jest stary dom i dlatego jest zimny. Ale już na lato będziemy budować nowy. My tu śpimy sobie, a mamusia nas budzi.

– Przykryjcie się na buzie, bo coś się pali. Chyba u starej Żydówki.

Patrzymy, a tu coraz więcej dymu. Drzwi zamknięte, co tu robić. Mamusia musiała wybić szybę i krzyczy:

– Pali się! Pali się!

Wyjrzałyśmy z pod pierzyny, a tu stara Żydówka, Biedna się nazywa, nasza lokatorka, co mieszka po drugiej stronie sieni, lata koło domu we flanelowych majtadałach w kwiatki i z klapą z tyłu, takich, jakie nam mamusia kupuje na zimę. Tylko nasze trochę lepsze, bo białe. Ale i tak zawsze płaczemy, jak nas mamusia w nie ubiera. Jak się jeszcze kładzie na to pończochy w prążki, to się robią takie paskudne buty na nogach i na pewno się z nas śmieją. Marychnie to mamusia kupuje gietry, to tak nie widać obarzanków, jak u nas.

Wyglądamy spod pierzyny na to palenie, ale zamiast płakać i się bać, to się śmiejemy z tej Żydówki, jak się kręci jak ta głupia w kółko. My tu patrzymy, a ona ma łysą głowę i dopiero się okazało, że nie ma swoich włosów, tylko perugę. Jak się zaczęła drzeć na cały głos, to chyba cała ulica się zbudziła. Rózia też wyleciała z Fajglą, ale one mają takie same majtki, jak my. Rózia to jest jeszcze panienka, tylko podstarzała, bo nie ma posagu. Jak się zrobił ten rejwach, to zaraz się zaświeciło u pana Tabaki.

– Giewałt! Giewałt! Pali się! – krzyczy babka Fajgli i wymachuje rękami – Aj, waj, wszystko się spali! – wola, a my tylko wyglądamy spod pierzyny i się z niej śmiejemy.

– Niech pan leci do rzemieślników do klubu po mojego! – krzyczy mamusia – bo nas zamknął na klucz!

Pan Tabaka jest dobry, to zaraz poleciał. Ludzie to też – jak się coś dzieje, to zaraz lecą, jak głupi, żeby się przyglądać.

– Na szczęście nie musiałam wynosić na dwór żadnych betów, bo ludzie to by zaraz obmawiali. A siakie, owakie – mówi mamusia.

Jak tatuś przyleciał ze strażakami, to pożar już był ugaszony przez mamusię. Chlusnęła wodą z dwóch wiaderek na żelazny piecyk Żydówki. A jeszcze na dodatek, to tatuś powiedział, że jeszcze gorszy od tego ognia to był dym, bo to nie był taki zwykły dym co leci z komina, ale czad, od którego się truje na śmierć. Cud, że woda nie zamarzła w wiaderkach, bo jak jest duży mróz, to zamarza.

– Miałam nosa, że przyniosłam jeszcze drugie wiaderko, jakby mnie coś tknęło – opowiadała mamusia na drugi dzień u babci.

Mamusia to wierzy w przeczucia, bo jej się zawsze wyśni. A śniły jej się goście, a zawsze wtedy jest kłopot, albo i nieszczęście. Rano dopiero się pokazało, że trzeba było pół ściany zburzyć i zamurować, i wprawiać nową szybę. Mamusia taka zła, aż płacze:

– Żebyś ty mi drugiego klucza nie dorobił! Od czego masz ten warsztat!? Ale chce ci się to? Czekaj, jak cię drugi raz puszczę za próg! A waruj mi za drzwiami, jak pies.

– A już się nie złość, Maryna – tatuś obejmuje mamusię. – Ale co się dzieci uśmiały z Żydówki... A i ludzie mieli cyrk, no nie, dzieci?

Tatusiowi się chciało i dorobił klucz, bo nie jest żaden letkiewicz. Teraz się już nie musimy bać, bo jak następną rażą znowu się będzie palić, to nie będziemy wybijać szyby, tylko bez kłopotu sobie otworzymy drzwi kluczem.

Rozdział piąty

Teraz o Takich tam rzeczach, jak myciu, łaźni, naszym starym i nowym domu i o ulicy Racławickiej i nowej Jagiellońskiej, co się dopiero buduje i jak Pani Białowa flirtowała, a teraz spuszcza na sznurku torbę, żeby jej ludzie kupowali w sklepie.

– No, dzieci, szykować się do mycia.

– Ale fajnacko! – cieszymy się z Zosią. Mamusia już nastawiła na kuchni ogromny gar wody i teraz zeskrobuje nożem szare mydło, żeby go rozgotować na pianę.

– A Marychnę to mama myje pachnącym mydełkiem – płaczę. – A na nim jest namalowany taki ładny, śmiejący bobasek.

– Stryjenkę Michalinę stać, a waszego ojca nie. A poresztą mydło nie jest ważne, tylko żebyście nie zarosły brudem.

Co sobotę mamusia powtarza to samo, a my przecież bardzo lubimy się taplać w tej wielkiej balii, w której mamusia pierze.

– No, woda się już zagrzała. Rozbierajcie się i możecie wchodzić.

Zosia nie umie sobie jeszcze odpiąć klapy z tyłu, to jej mamusia musi. Ja to już się sama rozbieram. Ale fajnie, woda jest cieplutka i robią się takie fajnackie mydlinki. Mamusia nam dała dwa blaszane garnuszki, żebyśmy się polewały.

– No, będzie tego dobrego! Woda wystygnie.

Wystarczy tego bawitka i mamusia zaczyna nas szorować. Zosia to ma łaskotki i śmieje się, jak ją mamusia myje pod pachami. Ja nie, bo już jestem duża.

Tatuś zabrał mydło, ręcznik, czystą koszule i kalesony i poszedł do miejskiej łaźni. Łaźnia jest blisko nas przy ulicy Konopnickiej, niedaleko domu pana Pruszkowskiego, ale bliżej jest nowy dom felczera Krzywonosa, który sobie przerobił nazwisko na Pomirski.

– Takie stare nazwisko kozackich bojarów przerabiać na takie zwyczajne – dziwi się tatuś.

Tatuś czyta teraz książki Henryka Sienkiewicza, w których są opisane różne bitwy z Kozakami, to się zna. Teraz czyta o potopie, ale nie o tym co był bardzo dawno temu, jak jeszcze tatusia i mamusi nie było na świecie, ale to był inny potop, bo nikt się nie topił w wodzie, tylko we krwi. Nie bardzo rozumiem.

– Jak to, tatusiu, we krwi?

– A bo widzisz, dziecko, w każdej wojnie przelewa się krew. Jak pójdziesz do szkoły to też będziesz czytać takie książki o bitwach i dzielności polskiego oręża. A Polska musiała walczyć więcej niż inne narody, bo była w niewoli sto lat z górą. A wy, dzieci, jesteście szczęśliwe, że się urodziłyście już w wolnej ojczyźnie.

Tatuś tak ładnie opowiada, że nie wiem. Bardzo bym już chciała się nauczyć czytania i pisania, ale dopiero za dwa lata pójdę do szkoły. Wieczorami w soboty, jak już tatuś się odrobi i wróci z łaźni, to mi pokazuje literki i czyta nam bajeczki o Tadziu Burczymusze i Zosi Samosi. A najlepiej to lubimy o chorym kotku, jak przyszedł do niego taki sam pan doktór, jak nasz doktór Ziemnicki. Mamusia mówi felczer Ziemniak, bo też sobie przerobił nazwisko na ładniejsze.

– No, jak żeś poszedł, toś zginął w tej łaźni.

– Aleśmy się wyparowali na samej górze przez całą godzinę.

– A któż był jeszcze z wami? – mamusia stoi przed tremem i kręci sobie włosy na papiloty, żeby miała ładne jak pójdziemy jutro na sumę.

– Matka się już sztafiruje na niedzielę – tatuś przygaduje nieładnie, bo nie lubi takiego fiu bździu i chciałby, żeby się mamusia tylko jemu podobała, bo jest zazdrosny. Ale my lubimy, jak mamusia jest ładnie wyfiokowana i wygląda jak dama i nawet jest ładniejsza od pani Kozakowej i rejentowej, a kapeluszy to nikt nie ma modniejszych od niej.

Mamusia nazywa nasz dom starą chałupą, bo to jeszcze po dziadkach, tatusinych rodzicach, a ich pola teraz są nasze i stryjków Janka, tego od Olki, i stryja Eustacha od Marychny. Ta cała nasza posesja, jak tatuś mówi, że się nazywała Wysiołek i ciągnie się od targowiska do Głowińskiego, który ma domek i dwa stajonka pola koło nas, zaraz przy szpitalu. Nasze grunty ciągną się od Racławickiej do ulicy Polnej, ale to nie jest żadna ulica, tylko polna droga, którędy chłopi jeżdżą na jarmark z Wymysłowa, a Żydzi noszą umarłych na kierkut. Na tym naszym polu jest już wykopany dół i lasuje się w nim wapno na nowy dom. Stoi też szopa na cegielnię i wyrabia się cegły, a potem się je wypala w takim specjalnym piecu. Tatuś mówi, że nawet dziesięć tysięcy cegieł może nie wystarczyć. Nowy dom będzie stał na samej górze, a nie tak przy ulicy, jak stary. I nie ma w nim światła elektrycznego, to mamusia się cieszy, że tylko sobie pstryknie w nowym i już będzie widno wszędzie, a nie jak od lampy naftowej. I nie będzie stale musiała czyścić szkła.

– Wodę ci zrobię w domu – obiecuje tatuś, chociaż mamusia nie wierzy w obiecanki cacanki.

– Obcym robisz, a do domu to ci się już nic nie chce. Uwierzę dopiero, jak mi zrobisz – mówi.

Nasz stary dom to trzeba bielić na każde Zielone Świątki, jak wszystkie drewniane domy na naszej ulicy. Tylko młyn Warszawskiego i gimnazjum, które miasto kupiło od pana Gurbiela jest murowane, chociaż tatuś mówi, że kosztowało tylko sześć groszy.

– Jak to? – dziwimy się.

– Ano, tak to. Gurbiel je sprzedał miastu, jak pieniądze nosiło się w walizkach i w workach, bo była taka dewaluacja. To za milion kupiło się bułkę, a potem jak się pieniądz zmienił, to ten milion znaczył tylko grosz i on właśnie sprzedał budynek przed tą denawu... dewualacją. Takie trudno słowo, że nie umiem wypowiedziać. Drugi dom murowany to jest doktora Białego, naprzeciwko naszego nowego, bo wcześniej to mieszkali w tym małym naprzeciwko naszego starego, też drewnianym.

– Jakaż to była dama, jak nastali do Miechowa. Była młoda, ładna i stroiła się w boa i kapelusze z rajerami. I stale tylko spraszała gości – opowiada mamusia o pani Białowej. Prałaci i kanonicy byli stałymi gośćmi, a ona grała tylko na fortepianie i flirtowała. Lubię jak mamusia opowiada, jaka była przedtem pani Białowa.

– A doktór, jej mąż, to tylko pracował w szpitalu i na wszystko jej pozwalał – mówi tatuś.

– Nie każdy jest taki zazdrośnik, jak ty – przygaduje mamusia brzydko.

– No, tobie by pasowało tak flirtować, jak ona.

Mamusia to już woli się nie odzywać na takie gadanie i głośno przestawia garnki na piecu i trzaska pokrywkami, to tatuś daje spokój.

– Teraz się starzeje – mówi mamusia dalej o pani Białowej, jak tatuś poszedł do warsztatu – to już tylko wychodzi się przespacerować po mieście i do cukierni w rynku do Czerwonej Jagody na ciacha.

– A do sklepu to jej się nie chce chodzić – mówię. – To spuszcza torbę z okna na sznurku i kto przechodzi to zaczepia, żeby jej co kupił w sklepie.

– Dawniej zawsze była służąca, to nie musiała nikogo prosić.

Najczęściej to zaczepia starą Katarzynę, co nam sprzedała to piękne tremo ze złotą ramą. Ta Katarzyna mieszka za doktorem Szenkierem w małym domku, blisko domku doktora Kozaka. W tym samym domku mieszka też panna Stefa jedynaczka z rodzicami i też powinna już wyjść za mąż, jak ciocia Tosia, bo jest jak łania i amatorska – mówi mamusia.

– Oko ludzkie jej nie widzi, jak tylko w kościele, to jak się ma z kim zapoznać. Ale z drugiej strony, co komu przeznaczone, to go nie minie. Jest takie powiedzenie: siedź w kącie, znajdą cię.

A ciocia Tosia to mówi tak brzydko: siedź w kącie – przys... cię. O, leci Heniek Ogrodziński. Ale pędzi, już pewnie z daleka widzi panią Białową i boi się, że go zawoła. O mało co się piętami w tyłek nie trąca. Ciekawe, czy tym razem sztuka mu się uda – myślę sobie.

Udało mu się. Zanim pani Białowa zawołała, to już był daleko.

– Nikomu nie przepuści – śmieje się mamusia.

– To dobrze, że my mieszkamy po drugiej stronie ulicy, bo by nam też nie przepuściła. Prawda, mamusiu?

Teraz robią nową ulicę Jagiellońską, bo dotąd to nie była żadna ulica i za kamienicą pana Gurbiela na rogu rynku, tego co ma sklep z wódkami, stała tylko trochę dalej kamienica i skład narzędzi rolniczych Ogórkiewicza, co ma spółkę z panem Jaskólskim. Zaraz po drugiej stronie stoi chałupka Zimosza, tego od Marty, z którą się kolegujemy. Jej tata ma warsztat ślusarski, ale naszego tatusia jest większy. Teraz to będzie prawdziwa ulica i już się budują nowe kamienice inżyniera Latały i ładny domek Wysockich, a po drugiej stronie inżyniera Massalskiego, bo on teraz się ożeni. Kiedyś, jak szłyśmy naszą ścieżką, to podglądałyśmy, jak się całowali w polu. Ta żona jest bardzo ładna. Po drugiej stronie buduje się najstarszy czeladnik tatusia Franek Durbas. Bardzo lubimy Franka, bo on też nas kołysał w kołysce przed Gieniusiem Gądkiem.

Rozdział szósty

Jak to było z tym oszukaniem kawalerów przez ciocie i dlaczego mamusia nie została panią całą gębą i jak trzeba czekać tatka latka, żeby tatusiowi zapłacili za robotę.

Ale fajnie! Przyjechała ciocia Ziembowska z Sosnowca, siostrzenica wujenki Kostkowej Kościuszkowej, babcinej bratowej. Lubimy jak się zejdą u babci, bo jak zaczną trajlować, to nawet babcia się uśmiecha, ale tak tylko półgębkiem, jak by chciała, a nie mogła. Dzisiaj wszystkie trzy panny ubrały się w spodnie wujka Józka i Stefka i nas zabrały i idziemy pod kopiec, bo się umówiły z kawalerami na randkę.

Kawalerowie już spacerowali sobie i czekali, to ciocie się zakryły kapeluszami, żeby ich nie było widać na buzi, ale nie mogły wytrzymać ze śmiechu i zaraz się wydało, że nie są panami.

Ale to było. Ciocie nas często zabierają na randki pod kopiec.

– Jacha, Zosia! Idźcie przodem. Tylko nie podsłuchujcie – i mówią takim ładnym głosikiem do kawalerów, nie tak zwyczajnie, jak na co dzień w domu.

– Z cioci Stefy to jest zgrywus – śmiał się potem tatuś. – A jeszcze jak się zbiorą wszystkie trzy, to pytlują tym językiem jak najęte.

– Staśka to przy nich de u pe a – mamusia się znowu wyraża.

– No, ty byś je jeszcze wszystkie i tak zakasowała, nawet w romansach – niepotrzebnie się tatuś odezwał, bo mamusia odburknęła:

– A ty do śmierci się nie zmienisz, zazdrośniku. Trzeba ci się było ożenić z Michaśką, albo Dzidką, to byś nie musiał być zazdrosny.

– Ale tyś mi się spodobała, nie inna.