Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2011

Mapa i terytorium ebook

Michel Houellebecq

4.66666666666667 (3)
Bestseller

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Mapa i terytorium - Michel Houellebecq

Powieść Houellebecqa, która stała się wydarzeniem, zanim trafiła do księgarń, a wkrótce po premierze została uhonorowana prestiżową Nagrodą Goncourtów oraz otrzymała wyróżnienie „Lista Goncourtów: polski wybór". Jed Martin, debiutujący artysta, odnosi olbrzymi sukces za sprawą zdjęć przedstawiających mapy, po czym powraca do swojej pierwotnej twórczości, czyli do malarstwa. Wstęp do katalogu wystawy jego obrazów ma napisać światowej sławy pisarz, Michel Houellebecq - typ niezbyt przystępny, zdecydowanie za dużo pijący i strasznie zaniedbany. Między artystami zawiązuje się nić przyjaźni. Gdy kilka lat później pisarz zostaje zamordowany, Martin decyduje się pomóc w wyjaśnieniu przerażającej zbrodni. Kolejną już powieść enfant terrible francuskiej sceny literackiej można czytać na kilku poziomach. "Mapa i terytorium" to oczywiście biografia fikcyjnego artysty Jeda Martina, z mocnym wątkiem kryminalnym. Ale jest to również błyskotliwa satyra społeczna - bo jak inaczej potraktować ironiczny portret paryskich środowisk artystycznych? - i traktat o ułomności relacji międzyludzkich, które tak dobrze obrazuje historia Jeda i jego ojca. Grzechem byłoby też nie wspomnieć o powracającym motywie grzejnika, czyli o zabawie pisarza z tradycją powieści francuskiej.

 

W Mapie i terytorium pisarz zanurza się we współczesnym świecie artystycznym. Oczekiwaliśmy ładunku wybuchowego, zamiast tego otrzymaliśmy pokaz fajerwerków - mieszankę humoru, sarkazmu i melancholii.
„Le Nouvel Observateur"

U Houellebecqa geografia staje się geografią duszy, a psychologia - psychologią naszej pamięci zbiorowej.
Martine Aubry

Potrzeba było zaledwie minuty i dwudziestu dziewięciu sekund, żeby wyłonić zwycięzcę tegorocznej Nagrody Goncourtów - Michela Houellebecqa.
Didier Decoin

Urzekły nas bogactwo formalne, inwencja artystyczna i niepodrabialna ironia, z jakimi Houellebecq traktuje swoich literackich poprzedników, a także siebie. z uzasadnienia werdyktu jury nagrody „Lista Goncourtów: polski wybór" Houellebecq rozdaje razy, ale czyni to z wyraźnym przymrużeniem oka - czyżby w końcu odnalazł wewnętrzny spokój? Powracają, co prawda, niewesołe konkluzje dotyczące stosunków międzyludzkich, przemyślenia na temat samotności, starości, chronicznego braku miłości oraz nieuniknionej śmierci cywilizacji, ale wszystko to tym razem ubrane jest w formę burleski i błyskotliwej satyry.
„Polityka"

Opinie o ebooku Mapa i terytorium - Michel Houellebecq

Fragment ebooka Mapa i terytorium - Michel Houellebecq

Michel Houellebecq

MAPA I TERYTORIUM

przełożyła Beata Geppert

Tytuł oryginału: La carte et le territoire

Copyright © Flammarion, 2010

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Copyright © for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Wydanie II

Warszawa, MMXV

Świat jest mną znużony, podobnie jak ja nim.

Karol Orleański

Jeff Koons1 wstawał z fotela, wyrzucając ramiona do przodu w geście entuzjazmu. Damien Hirst2, siedzący naprzeciw niego na białej skórzanej kanapie, częściowo przykrytej jedwabną narzutą, nieco skurczony, wyglądał, jakby chciał protestować; jego twarz była czerwona i ponura. Obaj mieli na sobie czarne garnitury – Koonsa był w drobne prążki – białe koszule i czarne krawaty. Na niskim stoliku między mężczyznami stał koszyk z owocami w cukrze, na który żaden z nich nie zwracał najmniejszej uwagi; Hirst popijał piwo Budweiser Light.

Szerokie okno za nimi wychodziło na ciągnącą się aż po horyzont babilońską plątaninę gigantycznych bloków; noc była jasna, powietrze idealnie czyste. Mogliby przebywać w Katarze lub Dubaju; faktycznie pokój był urządzony na podstawie fotografii reklamowej hotelu Emirates Palace w Abu Zabi, zamieszczonej w luksusowym magazynie niemieckim.

Czoło Jeffa Koonsa lekko lśniło od potu; Jed przetarł je pędzlem i cofnął się o trzy kroki. Z Koonsem bez wątpienia miał problem. Hirsta było dość łatwo uchwycić, ukazując go jako brutalnego, cynicznego, w rodzaju „mam was w dupie z wyżyn mojej forsy” lub jako zbuntowanego artystę (ale jednak bogatego), wykonującego zaangażowane dzieło na temat śmierci; jego wybitnie angielska, ciężka twarz sangwinika upodabniała go do zapamiętałego kibica Arsenalu. Miał różne oblicza, z których jednak dawało się sporządzić spójny, godny przedstawienia portret typowego brytyjskiego artysty z jego pokolenia. Natomiast w Koonsie była jakaś dwoistość, sprzeczność nie do pogodzenia między zwyczajnym krętactwem przedstawiciela handlowego a egzaltacją ascety. Już od trzech tygodni Jed poprawiał wyraz twarzy Koonsa, wstającego z fotela i wyrzucającego ramiona do przodu w geście entuzjazmu, jakby usiłował do czegoś Hirsta przekonać; zadanie było równie trudne jak namalowanie mormońskiego twórcy pornografii.

Miał zdjęcia Koonsa solo, w towarzystwie Romana Abramowicza, Madonny, Baracka Obamy, Bono, Warrena Buffetta, Billa Gatesa... Żadne z nich nie oddawało jego osobowości, nie wychodziło poza maskę sprzedawcy kabrioletów marki Chevrolet, jaką przybrał wobec świata, co było diabelnie irytujące; zresztą fotografie od dawna już irytowały Jeda, zwłaszcza jeśli były autorstwa wielkich fotografików, z ich pretensjami do przekazywania prawdy o modelach; a przecież niczego nie odkrywali, po prostu stawali na wprost człowieka i naciskali spust migawki, z jękami zachwytu pstrykając setki przypadkowych ujęć, z których później wybierali najmniej kiepskie; tak właśnie postępowali wszyscy tak zwani wielcy fotograficy; kilku z nich Jed znał osobiście i budzili w nim tylko pogardę; wszystkich bez wyjątku uważał za równie kreatywnych jak automaty do paszportówek.

W kuchni, parę kroków za nim, grzejnik wydał kilka suchych dźwięków. Jed znieruchomiał w osłupieniu. Był piętnasty dzień grudnia.

Rok wcześniej mniej więcej o tej samej porze grzejnik wydał identyczną serię dźwięków, po czym definitywnie zdechł. W ciągu paru godzin temperatura w pracowni spadła do trzech stopni. Jedowi udało się zasnąć, a właściwie przedrzemać rwanym snem do rana. Koło szóstej zużył ostatnie litry ciepłej wody na szybką toaletę, po czym zrobił sobie kawę, czekając na faceta z Robót hydraulicznych – obiecali przysłać kogoś z samego rana.

Na swojej stronie internetowej Roboty hydrauliczne buńczucznie zapowiadały „wprowadzenie instalacji hydraulicznej w trzecie tysiąclecie”.

– Na początek mogłyby dotrzymywać terminów – warknął Jed koło jedenastej, krążąc po pracowni i bezskutecznie próbując się rozgrzać. Właśnie pracował nad płótnem przedstawiającym jego ojca, które miało nosić tytuł Architekt Jean-Pierre Martin opuszcza dyrekcję swego przedsiębiorstwa; spadek temperatury nieuchronnie musiał spowolnić schnięcie ostatniej warstwy. Dwa tygodnie wcześniej zgodził się, jak co roku, na kolację z ojcem w wieczór wigilijny i miał nadzieję, że uda mu się do tego czasu skończyć obraz; jeśli hydraulik nie naprawi szybko grzejnika, plan ten mógł spalić na panewce. Prawdę mówiąc, było to bez znaczenia, i tak nie miał zamiaru dawać ojcu obrazu w prezencie, chciał mu go po prostu pokazać, dlaczego więc nagle zaczął do tej sprawy przywiązywać tak dużą wagę? Był kompletnie wytrącony z równowagi, chyba ostatnio za dużo pracował, zaczął malować sześć obrazów równocześnie, od paru miesięcy tyrał bez chwili wytchnienia, co nie było zbyt rozsądne.

Koło trzeciej po południu postanowił jeszcze raz zadzwonić do Robót hydraulicznych, ale numer był bez przerwy zajęty. Udało mu się wreszcie dodzwonić parę minut po piątej; recepcjonistka z działu obsługi klientów tłumaczyła się wyjątkowym nawałem pracy w związku z falą mrozów i obiecała, że ktoś przyjdzie nazajutrz rano, z całą pewnością. Jed odłożył słuchawkę, po czym od razu ją podniósł i zamówił pokój w hotelu Mercure na bulwarze Auguste-Blanqui.

Przez cały następny dzień czekał na kogoś z Robót hydraulicznych, ale również z Hydraulików do usług, do których w międzyczasie udało mu się dodzwonić. Hydraulicy do usług obiecywali przestrzegać reguł „usług rzemieślniczych według najlepszych tradycji”, ale tak samo nie byli w stanie dotrzymać umówionego terminu.

Na namalowanym przez Jeda obrazie ojciec stał na podwyższeniu w otoczeniu kilkudziesięciu pracowników swojej firmy i z boleściwym uśmiechem wznosił kieliszek. Pożegnalny raut odbywał się w open space jego biura projektowego, dużym pomieszczeniu o białych ścianach, trzydzieści metrów na dwadzieścia, do którego światło wpadało przez szklany dach, wypełnionym komputerami architektów i rajzbretami z makietami aktualnie realizowanych projektów. Większość obecnych byli to młodzi ludzie o wyglądzie nerdów, zapaleńców projektowania w 3D. Trzech architektów koło czterdziestki stało u stóp podwyższenia blisko jego ojca. Podobnie jak na jednym z mniej znanych obrazów Lorenzo Lotto, każdy z nich unikał wzroku dwóch pozostałych, starając się zarazem uchwycić spojrzenie jego ojca; od razu było widać, że każdy ma nadzieję przejąć po nim kierownictwo firmy. Wzrok ojca, utkwiony nieco ponad głowami obecnych, wyrażał serdeczną potrzebę ostatniego zgromadzenia pracowników wokół siebie i spokojną ufność wobec przyszłości, ale przede wszystkim niezmierzony smutek. Smutek, że opuszcza firmę, którą założył i której oddał wszystkie swoje siły, smutek wobec tego, co nieuniknione – ewidentnie był już człowiekiem skończonym.

Po południu Jed wielokrotnie, acz bezskutecznie próbował dodzwonić się do Halo hydraulików, u których w oczekiwaniu na połączenie słyszało się radio Skyrock, podczas gdy Hydraulicy do usług preferowali Rires et chansons.

Koło piątej po południu udał się ponownie do hotelu Mercure. Nad bulwarem Auguste-Blanqui zapadał zmierzch, na chodniku bezdomni rozpalili ognisko.

Następne dni minęły Jedowi mniej więcej tak samo: na dzwonieniu do kolejnych zakładów hydraulicznych, słuchaniu kolejnych muzyczek i oczekiwaniu na połączenie w coraz bardziej dotkliwym chłodzie, przy obrazie, który wciąż nie chciał wyschnąć.

W poniedziałek dwudziestego czwartego grudnia pojawiła się perspektywa rozwiązania problemu w postaci chorwackiego rzemieślnika, który mieszkał w pobliżu, przy alei Stephen-Pichon; wracając z hotelu Mercure, Jed przypadkiem zauważył jego tabliczkę. Facet okazał się wolny, owszem, od zaraz. Był niewysoki, czarnowłosy, miał bladą cerę, delikatne rysy twarzy i nieduży wąsik w stylu belle époque; gdyby nie wąsik, przypominałby nieco Jeda.

Gdy tylko wszedł do mieszkania, zabrał się za oględziny grzejnika – zdjął panel sterowniczy i delikatnymi palcami zaczął obmacywać plątaninę rurek. Coś tam mówił przy tym o zaworach i syfonach. Wyglądał na człowieka, który wiele wie o życiu.

Po piętnastu minutach postawił diagnozę: może usunąć usterkę, owszem, może wykonać coś w rodzaju reperacji, za jakieś pięćdziesiąt euro, nie więcej. Jednak nie będzie to prawdziwa naprawa, tylko taka sobie partanina, która wytrzyma parę miesięcy, w najlepszym razie parę lat, ale żadnej gwarancji na tę robotę dać nie może; ogólnie rzecz biorąc, jego zdaniem ten grzejnik nie ma przed sobą zbyt długiej przyszłości.

Jed westchnął. Trochę się tego spodziewał. Świetnie pamiętał, jak dziewięć lat wcześniej postanowił kupić to mieszkanie; nadal miał przed oczami krępego, promieniejącego zadowoleniem agenta, który zachwalał wyjątkowe światło, choć nie ukrywał konieczności dokonania drobnych „prac odświeżających”. Pomyślał wówczas, że sam powinien był zostać agentem sprzedaży nieruchomości lub ginekologiem.

Krępy agent, który w pierwszych minutach był po prostu życzliwy, popadł w autentyczny trans poetycki, kiedy się dowiedział, że Jed jest artystą. Pierwszy raz w życiu mu się zdarza, wykrzyknął, że pracownię artysty sprzedajeartyście! Przez chwilę Jed obawiał się, iż agent ogłosi solidarność z prawdziwymi artystami przeciw burżujskiej pseudocyganerii i innym tego rodzaju filistrom, którzy windują ceny, przez co rzeczeni artyści nie mają dostępu do pracowni artysty, ale co ja mogę, nieprawdaż, nie jestem przecież w stanie walczyć z realiami tego świata, to nie moja rola; na szczęście nic takiego nie nastąpiło, krępy agent zadowolił się udzieleniem mu dziesięcioprocentowego rabatu, którego i tak miał zapewne zamiar udzielić po krótkich negocjacjach.

Gwoli jasności, „pracownia artysty” była strychem z dużym oknem – pięknym, to fakt – i kilkoma ciemnymi klitkami, na szczęście wystarczającymi dla kogoś takiego jak Jed, który miał ograniczone potrzeby higieniczne. Natomiast widok był rzeczywiście wspaniały: ponad placem des Alpes ciągnął się aż do bulwaru Vincent-Auriol, do naziemnej linii metra i jeszcze dalej, do kanciastych blokowców z połowy lat siedemdziesiątych, stojących w całkowitej sprzeczności z estetycznym krajobrazem paryskim, który z architektonicznego punktu widzenia Jed przedkładał w Paryżu nad wszystko.

Chorwat wykonał naprawę i zainkasował pięćdziesiąt euro. Nie zaproponował, że wystawi fakturę, zresztą Jed wcale się tego nie spodziewał. Ledwo drzwi się za nim zamknęły, a znowu zapukał, serią krótkich, suchych stuknięć. Jed uchylił drzwi.

– Byłbym zapomniał, proszę pana – oświadczył Chorwat. – Wesołych świąt. Chciałem panu życzyć wesołych świąt.

– Ach tak, faktycznie – odparł Jed, z lekka zażenowany. – Wesołych świąt, panu również.

W tym momencie zdał sobie sprawę z problemu taksówki. Jak mógł się spodziewać, O każdej porze sucho odmówiły kursu do Le Raincy, Speedtaxi zgodziły się zawieźć go najwyżej na dworzec, ostatecznie aż do merostwa, ale na pewno nie na osiedle Cykad.

– Kwestia bezpieczeństwa, proszę pana – szepnął pracownik z lekkim wyrzutem.

– Obsługujemy tylko bezpieczne dzielnice, proszę pana – oznajmił dla odmiany recepcjonista Taxi Fernand Garcin zbolałym tonem.

Poczuł się nieco winny, że chce spędzić Wigilię w tak dziwacznym miejscu jak osiedle Cykad, i jak co roku naszła go złość na ojca, że z uporem odmawia wyprowadzki z tego mieszczańskiego domu otoczonego rozległym parkiem, który ruchy ludności stopniowo zepchnęły w samo serce coraz bardziej niebezpiecznej okolicy, prawdę mówiąc, od pewnego już czasu kompletnie opanowanej przez gangi.

Najpierw trzeba było wzmocnić kamienne ogrodzenie, potem postawić na nim druty pod napięciem i zainstalować połączony z komisariatem system monitoringu, wszystko po to, żeby jego ojciec mógł samotnie spacerować po dwunastu niemożliwych do ogrzania pokojach, w których nikt nigdy nie bywał z wyjątkiem Jeda przychodzącego raz w roku na Wigilię. Okoliczne sklepy dawno znikły, po sąsiednich ulicach nie sposób było chodzić, nierzadko zdarzały się nawet napady na samochody stojące na czerwonym świetle. Merostwo Le Raincy przyznało ojcu Jeda pomoc społeczną w postaci zgryźliwej, wręcz złośliwej Senegalki imieniem Fatty, która od pierwszego dnia poczuła do niego niechęć, odmawiała zmiany pościeli częściej niż raz w miesiącu i niechybnie okradała go na zakupach.

Temperatura w pomieszczeniu jednak powolutku rosła. Jed zrobił zdjęcie obrazu, żeby cokolwiek móc ojcu pokazać. Zdjął spodnie i sweter, usiadł w slipkach na rzuconym na podłogę wąskim materacu, który mu służył za łóżko, zawinął się w kołdrę. Stopniowo uspokoił oddech. Zwizualizował powolne, leniwe fale o zmierzchu. Próbował wprowadzić umysł w stan spokoju, maksymalnie przygotowując się do kolejnej Wigilii w towarzystwie ojca.

Te ćwiczenia mentalne przyniosły owoce i wieczór okazał się czasem neutralnym, by nie rzec niemal przyjacielskim; Jed od dawna niczego więcej się nie spodziewał.

Nazajutrz koło siódmej rano, przyjąwszy założenie, że gangi również świętują w dniu Bożego Narodzenia, Jed udał się piechotą na dworzec w Le Raincy i bez kłopotów dojechał do Gare de l’Est.

Rok później grzejnik nadal działał i dopiero teraz zaczynał wykazywać objawy słabości. Architekt Jean-Pierre Martin opuszczający dyrekcję swego przedsiębiorstwa od dawna był ukończony i stał w magazynie galerii, czekając na opóźniającą się wystawę indywidualną. Natomiast sam Jean--Pierre Martin – ku zaskoczeniu syna, który od dawna już zrezygnował z prób przekonania go – postanowił wyprowadzić się z willi w Le Raincy i przenieść do domu spokojnej starości z opieką medyczną w Boulogne. W tym roku ich zwyczajowa kolacja miała się odbyć w restauracji Chez Papa przy alei Bosquet. Jed wybrał ją z paryskiego przewodnika kulturalnego na podstawie reklamy obiecującej tradycyjną jakość kuchni, i w sumie obietnica ta została dotrzymana. Na pół pustą salę z postaciami Świętych Mikołajów i choinkami ozdobionymi łańcuchami zajmowały przede wszystkim małe grupki starszych, a nawet całkiem starych ludzi, starannie, sumiennie, niemal drapieżnie przeżuwających tradycyjne dania świąteczne. W karcie można było znaleźć dzika, prosiaka i indyka, a na deser, rzecz jasna, zakład proponował comber czekoladowy à l’ancienne, serwowany przez grzecznych, przygaszonych kelnerów, poruszających się w ciszy, jak na oddziale szpitalnym dla ciężko poparzonych. Jed zachowywał się trochę dziecinnie – i miał tego pełną świadomość – stawiając ojcu taką kolację. Ten szczupły, poważny człowiek o pociągłej, surowej twarzy nigdy nie zdawał się zainteresowany rozkoszami stołu, a w rzadkich wypadkach, gdy jedli razem na mieście, bo akurat ojciec chciał się spotkać z synem w pobliżu swego miejsca pracy, nieodmiennie wybierał sushi, zawsze w tej samej restauracji. Żałosnym i zbędnym wysiłkiem były próby nawiązania gastronomicznej bliskości, której nie tylko teraz, ale też najprawdopodobniej nigdy nie było – jego małżonka za życia nie znosiła gotowania. Ale była Gwiazdka, więc jaki Jed miał wybór? Obojętny na kwestie ubraniowe, jego ojciec coraz mniej czytał i nie interesował się niczym szczególnym. Według dyrektorki domu spokojnej starości był „umiarkowanie zintegrowany”, co prawdopodobnie oznaczało, że w zasadzie z nikim nie rozmawiał. W tej chwili pracowicie przeżuwał prosiaka z mniej więcej takim wyrazem twarzy, jakby chodziło o kawałek gumy; nic nie wskazywało, że ma zamiar przerwać przedłużającą się ciszę, a Jed (nie powinien był brać gewürztraminera do ostryg, zrozumiał to już w momencie składania zamówienia, białe wino zawsze mieszało mu w głowie) gorączkowo poszukiwał czegokolwiek, co mogłoby przypominać temat do rozmowy. Gdyby był żonaty, gdyby przynajmniej miał dziewczynę czy jakąkolwiek kobietę, sytuacja wyglądałaby inaczej – jednak kobiety lepiej niż mężczyźni dają sobie radę w sprawach rodzinnych, w pewnym sensie to ich specjalność, nawet przy braku dzieci, które zawsze istnieją w sposób potencjalny i mogą służyć za temat konwersacji, a staruszkowie interesują się swoimi wnukami, to znana sprawa, związana z cyklem przyrody czy czymś takim; w każdym razie w ich starych głowach pojawia się jakaś emocja, syn jest śmiercią ojca, to jasne, ale dla dziadka wnuk to rodzaj odrodzenia lub rewanżu, i to mogłoby w pełni wystarczyć, przynajmniej na czas kolacji wigilijnej. Jeda nawiedzała niekiedy myśl, że na gwiazdkowe wieczory powinien wynajmować kogoś w rodzaju damy do towarzystwa i budować minifikcję; wystarczyłoby zrobić dziewczynie dwugodzinny briefing, ojciec nie był nadmiernie zainteresowany szczegółami z życia innych ludzi, nie bardziej niż większość mężczyzn.

W krajach południowych polityka może zaspokoić potrzeby konwersacyjne samców w wieku średnim lub zaawansowanym; w klasach niższych podobną funkcję spełnia czasem sport. U ludzi znajdujących się pod silnym wpływem kultury anglosaskiej rolę polityki odgrywa raczej gospodarka lub finanse; dodatkowego tematu do rozmowy może dostarczyć literatura. Lecz ani Jed, ani jego ojciec nie interesowali się ekonomią, polityką zresztą też. Jean-Pierre Martin ogólnie popierał sposób, w jaki kraj był kierowany, a jego syn nie miał na ten temat żadnego zdania; w sumie jednak, przeskakując od ministerstwa do ministerstwa, zdołali dotrwać do serów.

Przy serach ojciec Jeda trochę się ożywił, przepytując syna o jego projekty artystyczne. Niestety, przy tym temacie Jed musiałby nieco zmrozić atmosferę, gdyż zdecydowanie nie czuł swojego ostatniego obrazu, Damien Hirst i Jeff Koons dzielą między siebie rynek sztuki, dreptał w miejscu; napędzająca go od roku czy dwóch energia zaczynała się wyczerpywać, wykruszać, ale po co opowiadać o tym wszystkim ojcu, i tak nic nie mógł na to poradzić, nikt nie mógł nic na to poradzić; wobec takich zwierzeń ludzie mogli jedynie lekko się zasmucić, relacje międzyludzkie niewiele jednak znaczą.

– Przygotowuję wystawę indywidualną – powiedział w końcu. – Trochę to się wlecze. Franz, właściciel galerii, chciałby do katalogu zatrudnić jakiegoś pisarza. Myślał o Houellebecqu.

– Michelu Houellebecqu?

– Znasz go? – zdziwił się Jed. Nigdy by nie podejrzewał, że jego ojciec jest jeszcze zainteresowany jakąkolwiek dziedziną kultury.

– W domu starców mają biblioteczkę. Przeczytałem dwie jego powieści. Moim zdaniem to dobry pisarz. Przyjemnie się go czyta. I ma dość trafną wizję społeczeństwa. Dostałeś od niego odpowiedź?

– Nie, jeszcze nie...

Jed zaczął się gorączkowo zastanawiać. Skoro nawet ktoś tak głęboko sparaliżowany rozpaczliwą, śmiertelną rutyną jak jego ojciec, kto tak daleko posunął się aleją Cieni, ciemną ścieżką Śmierci, zauważył istnienie Houellebecqa, to może ten facet coś w sobie ma. W tym momencie uświadomił sobie, że nie wysłał drugiego maila do Houellebecqa, o co wielokrotnie prosił go Franz. A czasu było coraz mniej. Biorąc pod uwagę daty Art Basel i Frieze Art Fair, wystawę powinno się zorganizować w kwietniu, najpóźniej w maju, a trudno było prosić Houellebecqa o napisanie tekstu do katalogu w ciągu dwóch tygodni; był pisarzem znanym, wręcz sławnym, przynajmniej tak twierdził Franz.

Tymczasem podniecenie ojca opadło, przeżuwał kawałek saint-nectaire z równym brakiem entuzjazmu jak prosiaka. Prawdopodobnie przez analogię podejrzewamy starszych ludzi o jakieś szczególne łakomstwo, bo staramy się sami siebie przekonać, że przynajmniej tyle im pozostało, podczas gdy w większości wypadków przyjemności podniebienia z biegiem czasu nieodwołalnie słabną, podobnie jak cała reszta. Zostają tylko kłopoty trawienne i rak prostaty.

Parę metrów na lewo od nich trzy osiemdziesięciolatki siedziały w skupieniu nad sałatką owocową – może w hołdzie dla zmarłych mężów. Jedna z nich wyciągnęła rękę po kieliszek szampana, ale jej dłoń opadła na stół, a pierś wzniosła się od wysiłku. Po kilku sekundach kobieta ponowiła próbę, jej ręka trzęsła się, rysy twarzy ścięła koncentracja. Jed powstrzymywał się przed interwencją, w końcu nie była to jego rola. Ani kelnera, który stał kilka metrów dalej i zatroskanym wzrokiem śledził sytuację; ta kobieta pozostawała obecnie w bezpośrednim kontakcie z Bogiem. Zapewne bliżej jej było do dziewięćdziesiątki niż osiemdziesiątki.

Aby rytuał spełnił się do końca, podano deser. Ojciec Jeda z rezygnacją zabrał się do combru czekoladowego upieczonego zgodnie z tradycyjną recepturą cukierniczą. Koniec był już blisko. Czas biegł między nimi dość dziwacznie: choć nic nie mówili, a cisza, jaka na trwałe zapadła wokół stołu, mogła mocno ciążyć, zdawało się, że minuty upływają z piorunującą prędkością. Pół godziny później, bez jakiejkolwiek myśli, która przemknęłaby mu przez głowę, Jed odprowadził ojca na postój taksówek. Była dopiero dziesiąta, ale Jed wiedział, że pozostali mieszkańcy domu starców już uważali jego ojca za szczęściarza, który ma kogoś obok siebie, choćby przez kilka godzin, podczas Bożego Narodzenia. „Ma pan bardzo dobrego syna...” – słyszał to zdanie już parokrotnie. Przeprowadzając się do domu spokojnej starości z opieką medyczną, dawny senior – który nieodwołalnie stał się starcem – znajduje się w sytuacji dziecka w sierocińcu. Czasami ktoś przychodzi je odwiedzić; wtedy jest szczęśliwe, może odkrywać świat, jeść pieguski i spotykać klauna z McDonalda. Ale najczęściej nikt nie przychodzi; wtedy krąży smutno między bramkami do piłki ręcznej, po wyasfaltowanym podwórzu pustego sierocińca. Czeka na wyzwolenie, na odlot.

Po powrocie do pracowni Jed stwierdził, że grzejnik nadal działa, temperatura jest normalna, nawet wysoka. Rozebrał się, wyciągnął na materacu i natychmiast zasnął z kompletnie pustą głową.

Obudził się w środku nocy, budzik wskazywał czwartą czterdzieści trzy. W pokoju było ciepło, wręcz duszno. Obudził go hałas grzejnika, ale nie były to zwykłe postukiwania, tym razem urządzenie wydawało niski, ciągły pomruk, niemal poniżej poziomu słyszalności. Jed gwałtownie otworzył okno w kuchni; szyby pokrywał szron. Lodowate powietrze wtargnęło do pokoju. Sześć pięter niżej jakieś świńskie pochrząkiwania zakłócały ciszę wigilijnej nocy. Zamknął okno. Najprawdopodobniej na podwórku zainstalowała się grupa włóczęgów; pewnie mieli zamiar skorzystać z resztek wieczerzy wyrzuconych do pojemników na śmieci. Żaden lokator nie ośmieli się wezwać policji, nie w Boże Narodzenie. Zazwyczaj brała to na siebie lokatorka z pierwszego piętra, sześćdziesięciolatka z włosami farbowanymi henną, nosząca kolorowe patchworkowe swetry; zdaniem Jeda była emerytowaną psychoterapeutką. Ale w ostatnich dniach jakoś jej nie widywał, pewnie wyjechała na wakacje, o ile nagle nie przeniosła się na tamten świat. Włóczędzy będą siedzieć na podwórku przez parę dni, a smród ich odchodów zatruje powietrze, obarczając wiadomym ryzykiem otwieranie okien. Wobec lokatorów zawsze zachowywali się grzecznie, wręcz uniżenie, ale między sobą wdawali się w brutalne bójki i zazwyczaj wszystko kończyło się tak samo: w nocy rozlegały się agonalne wycia, ktoś wzywał pogotowie i znajdowano jakiegoś faceta w kałuży krwi z naderwanym uchem.

Jed podszedł do grzejnika, który tymczasem zamilkł, i ostrożnie otworzył klapę panelu sterowniczego; urządzenie wydało krótki ostrzegawczy pomruk, jakby się poczuło zagrożone. Szybko mrugała żółta lampka o niewiadomym znaczeniu. Powolutku, milimetr po milimetrze, Jed przesuwał regulator mocy na lewo. Gdyby sprawy źle poszły, miał numer telefonu Chorwata, ale czy on jeszcze prowadził działalność? Nie miał przecież zamiaru „gnić w hydraulice”, jak bez ogródek oznajmił Jedowi. Chciał po prostu „dorobić się kasy” i wrócić do siebie, do Chorwacji, a dokładniej na wyspę Hvar, gdzie zamierzał otworzyć wypożyczalnię skuterów wodnych. Tak przy okazji, jedną z ostatnich prac ojca Jeda przed odejściem na emeryturę był projekt wykonany w ramach konkursu na luksusową marinę w miejscowości Stari Grad na wyspie Hvar, która stawała się coraz modniejszym kierunkiem wakacyjnym; widziano tam już nawet Seana Penna i Angelinę Jolie. Jed poczuł niejasną, choć jakże ludzką zazdrość na myśl, że facet porzuci szlachetne rzemiosło hydraulika, aby wynajmować głupie i hałaśliwe skutery napchanym forsą śmierdzielom z ulicy de la Faisanderie.

„Co cię tu czeka?”, zapytywała strona internetowa wyspy Hvar, po czym sama udzielała odpowiedzi: „Pola lawendy, stare drzewa oliwne i winnice w jedynej w swoim rodzaju harmonii; turysta, który zechce zbliżyć się do natury, odwiedzi najpierw małą konobę (tawernę) zamiast najbardziej luksusowej restauracji, spróbuje prawdziwego wina stołowego zamiast szampana, zaśpiewa ludową piosenkę z wyspy i zapomni o codziennej rutynie” – niechybnie te właśnie słowa musiały urzec Seana Penna. Jed wyobraził sobie wyspę poza sezonem, ciepłe październikowe dni i byłego hydraulika spokojnie pałaszującego risotto z owocami morza; podjętą przez niego decyzję można było zrozumieć, a nawet usprawiedliwić.

Trochę wbrew sobie podszedł do obrazu Damien Hirst i Jeff Koons dzielą między siebie rynek sztuki, który stał na sztalugach pośrodku pracowni, i ogarnęło go jeszcze bardziej gorzkie niezadowolenie. Zdał sobie sprawę, że jest głodny, co było dość dziwne – przecież zjadł z ojcem pełną kolację wigilijną, z przystawką, serami i deserem, niczego nie zabrakło, a jednak czuł głód i było mu gorąco, z trudem oddychał. Wrócił do kuchni, otworzył puszkę cannelloni w sosie i zaczął jeść, ponurym wzrokiem spoglądając na spaprany obraz. Zdecydowanie postać Koonsa była zbyt ciężka. Może powinienem mu dorysować skrzydła jak u Merkurego, pomyślał idiotycznie. W tym garniturze w prążki i z uśmiechem akwizytora na ustach Koons przypominał Silvio Berlusconiego.

Na liście największych fortun w świecie sztuki według magazynu „ArtPrice” Koons zajmował drugie miejsce; parę lat temu młodszy od niego o dziesięć lat Hirst odebrał mu pozycję numer jeden. Natomiast Jed kilkanaście lat wcześniej osiągnął miejsce pięćset osiemdziesiąte trzecie, a siedemnaste we Francji. Później, jak mawiają komentatorzy Tour de France, „cofnął się w głąb peletonu”, po czym kompletnie zniknął z listy.

Skończył puszkę cannelloni, znalazł resztkę koniaku. Włączył lampę halogenową i skierował ją na płótno. Przy bliższych oględzinach stwierdził, że nawet noc mu nie wyszła: nie miała w sobie dostojeństwa, tajemnicy kojarzącej się z nocami półwyspu arabskiego; powinien był użyć błękitu ceruleum zamiast ultramaryny. Ten obraz naprawdę był do kitu. Chwycił za szpachelkę, dziabnął Damiena Hirsta w oko i z pewnym trudem poszerzył otwór – lniana tkanina była wyjątkowo wytrzymała. Złapał jeszcze mokre płótno i jednym ruchem je rozdarł, przewracając sztalugi na podłogę. Trochę uspokojony zatrzymał się, spojrzał na swe klejące się od farby dłonie, dopił koniak, po czym obiema nogami skoczył na obraz, depcząc go i wcierając w podłogę, która stała się śliska od farby. W końcu stracił równowagę i przewrócił się, sztalugi boleśnie uderzyły go w potylicę, zrobiło mu się słabo i zwymiotował; od razu poczuł się lepiej, świeże wieczorne powietrze owiewało mu twarz, z poczuciem szczęścia przymknął oczy; najwyraźniej dotarł do końca pewnego cyklu.

Część pierwsza

1

Jed nie pamiętał, kiedy zaczął rysować. Chyba wszystkie dzieci rysują, ale nie znał żadnych dzieci i nie był pewien. Jedyne, czego obecnie był pewien, to że zaczął od rysowania kwiatów kolorowymi kredkami w małych zeszytach.

Zazwyczaj w środy po południu, niekiedy również w niedziele, przeżywał chwile ekstazy, siedząc sam w zalanym słońcem ogrodzie, podczas gdy babysitterka dzwoniła do swojego aktualnego przyjaciela. Vanessa miała osiemnaście lat, studiowała na pierwszym roku ekonomii na uniwersytecie w Villetaneuse w departamencie Saint-Denis i przez długi czas była jedynym świadkiem jego pierwszych prób artystycznych. Uważała jego rysunki za ładne, mówiła mu to i była przy tym szczera, ale niekiedy patrzyła na niego nieco niepewnym wzrokiem. Mali chłopcy rysują krwawe potwory, nazistowskie swastyki i myśliwce (a ci najbardziej rozwinięci – cipki i penisy), ale kwiaty rysują raczej rzadko.

Wtedy Jed jeszcze nie wiedział, podobnie jak Vanessa, że kwiaty to nic innego jak organy seksualne, kolorowe waginy zdobiące powierzchnię świata, wydane na lubieżne chucie owadów. Ludzie i owady, inne zwierzęta zresztą też, zdają się zmierzać do jakiegoś celu, ich ruchy są szybkie i celowe, natomiast kwiaty tkwią w słońcu, olśniewające w swym bezruchu. Piękno kwiatów budzi smutek, gdyż są delikatne i skazane na śmierć, jak wszystko na świecie, oczywiście, ale kwiaty zwłaszcza; podobnie jak w wypadku zwierząt ich zwłoki są groteskową parodią ich istoty żywej; podobnie jak w wypadku zwierząt ich zwłoki cuchną – wszystko to można zrozumieć, jeśli choć raz przeżyło się następstwo pór roku. Że kwiaty gniją, Jed pojął już jako pięciolatek, może nawet wcześniej: w parku otaczającym dom w Le Raincy rosło wiele kwiatów i drzew, a poruszane wiatrem gałęzie były chyba jedną z pierwszych rzeczy, obok nieba i chmur, jakie zauważył, gdy jakaś dorosła kobieta (matka?) woziła go w wózku na spacer. Wola życia przejawia się u zwierząt w szybkich przemianach – wilgotność otworu, sztywność penisa, wydzielanie soków nasiennych – ale o tym dowiedział się znacznie później, na balkonie w Port-Grimaud, za pośrednictwem niejakiej Marthe Taillefer. U kwiatów chęć życia przejawia się w tworzeniu olśniewających kolorowych plam, które łamią zielony banał krajobrazu wiejskiego czy bezbarwny miejskiego, przynajmniej w tych miastach, w których rosną kwiaty.

Wieczorem wracał ojciec Jeda, na imię miał Jean-Pierre i tak też zwracali się do niego przyjaciele. Jed mówił do niego „tato”. Był dobrym ojcem, przynajmniej za takiego uchodził wśród znajomych i pracowników; wdowiec potrzebuje wiele samozaparcia, by samotnie wychowywać dziecko. Dobrym ojcem Jean-Pierre był przez pierwsze lata, później już nieco mniej, coraz częściej wynajmował babysitterkę, jadał kolacje na mieście (najczęściej z klientami, czasem z podwładnymi, coraz rzadziej z przyjaciółmi, gdyż czas przyjaźni zaczynał dla niego przemijać; nie wierzył już, że można mieć przyjaciół, że więzi przyjaźni mogą się liczyć w życiu człowieka lub zmienić jego los), wracał późno i nawet nie próbował się przespać z babysitterką, do czego większość mężczyzn dążyła; wysłuchiwał opowieści o dniu, który minął, uśmiechał się do syna, płacił babysitterce. Był głową niepełnej rodziny i w żaden sposób nie próbował jej scalić. Zarabiał dużo: jako szef przedsiębiorstwa budowlanego specjalizował się w sanatoriach pod klucz; miał klientów w Portugalii, na Malediwach, w San Domingo.

Z tamtego okresu Jed zachował zeszyty zawierające wszystkie jego ówczesne rysunki, które spokojnie, bez pośpiechu umierały (papier nie był najwyższej jakości, kredki też); proces ten mógł trwać jeszcze dwa lub trzy wieki, przedmioty i istoty żywe mają określoną żywotność.

Pochodzący prawdopodobnie z wczesnej młodości Jeda gwasz nosił nazwę Sianokosy w Niemczech (dzieło i tytuł dość zaskakujące, jako że Jed nie znał Niemiec i nigdy sianokosów nie widział ani tym bardziej w nich nie uczestniczył). Scenę zamykały ośnieżone szczyty, choć światło ewidentnie wskazywało na środek lata; chłopi widłami ładowali siano na wozy; zaprzężone do nich osły namalowano jako płaskie plamy o żywych kolorach; obraz był równie piękny jak płótna Cézanne’a lub cokolwiek innego. W malarstwie uroda jest sprawą drugorzędną; dawnych mistrzów uważa się za wielkich malarzy, jeśli potrafili stworzyć spójną, a zarazem nowatorską wizję świata, co oznacza, że każdy z nich malował zawsze w ten sam sposób, używając tej samej metody i tych samych tonacji, aby przekształcać przedmioty świata w obiekty malarskie, oraz że ta maniera, im tylko właściwa, nigdy przedtem nie była stosowana. Byli tym wyżej cenieni jako malarze, im bardziej ich wizja świata wyglądała na wyczerpującą, mogącą znaleźć zastosowanie do wszystkich przedmiotów i wszystkich sytuacji, zarówno rzeczywistych, jak i wyobrażanych. Tak wygląda klasyczna wizja malarstwa, którą Jed miał okazję poznać w szkole średniej, a która opiera się na koncepcji figuratywności – tej właśnie figuratywności, do której przez kilka lat swojej kariery Jed miał, o dziwo, powracać, a która – co jeszcze dziwniejsze – miała w sumie przynieść mu fortunę i sławę.

Całe swoje życie (przynajmniej zawodowe, które dość szybko miało się spleść z całością jego życia) Jed poświęcił sztuce, tworzeniu przedstawień świata, w których jednak ludzie nie musieli żyć. Z tego względu mógł tworzyć przedstawienia krytyczne – w pewnym stopniu krytyczne, gdyż w latach młodości Jeda sztuka i społeczeństwo ciążyły ku akceptacji świata, niekiedy entuzjastycznej, choć najczęściej zabarwionej ironią. Jego ojciec nie miał tej swobody wyboru, musiał tworzyć układy możliwe do zamieszkania, bez cienia ironii, w których ludzie mieli żyć i bawić się, przynajmniej w czasie wakacji. Ponosił odpowiedzialność w wypadku jakichkolwiek poważnych zakłóceń w funkcjonowaniu machiny do mieszkania, takich jak spadająca winda czy zatkane muszle klozetowe. Nie ponosił natomiast odpowiedzialności w razie opanowania budynku przez ludzi brutalnych, gwałtownych, niepoddających się kontroli policji i kompetentnych władz. W wypadku trzęsienia ziemi jego odpowiedzialność była tylko częściowa.

Ojciec jego ojca był fotografem, a jego korzenie ginęły w stojących od niepamiętnych czasów wodach dość nieciekawego bajora socjologicznego złożonego przede wszystkim z robotników rolnych i biednych chłopów. Co mogło skłonić tego człowieka z nizin społecznych do stawienia czoła rodzącej się technice fotograficznej? Jed nie miał pojęcia, jego ojciec też; niemniej był on pierwszym z długiej linii, który wykroczył poza proste i wierne odtwarzanie tego samego modelu społecznego. Zarabiał na życie, fotografując przede wszystkim śluby, czasem komunie lub uroczyste zakończenia roku szkolnego. Żyjąc w departamencie od dawna opuszczonym, pozostawionym samemu sobie, jakim był departament Creuse, niemal nigdy nie miał okazji fotografowania inauguracji nowych budynków czy wystąpień polityków o znaczeniu krajowym. Uprawiał skromne, słabo płatne rzemiosło, więc już zdobycie przez jego syna zawodu architekta stanowiło poważny awans społeczny – a co dopiero jego późniejsze sukcesy jako przedsiębiorcy budowlanego.

Zaczynając studia na paryskiej Akademii Sztuk Pięknych, Jed porzucił rysunek na rzecz fotografii. Dwa lata wcześniej na strychu swego dziadka odkrył aparat fotograficzny marki Linhof Master Technika Classic, którego dziadek, odchodząc na emeryturę, już nie używał, ale który nadal pozostawał idealnie sprawny. Jed był zafascynowany tym prehistorycznym przedmiotem, ciężkim i dziwacznym, ale o nadzwyczajnej jakości wykonania. Trochę po omacku opanował przesunięcie boczne, pochylanie przedniego i tylnego standardu oraz regułę Scheimpfluga, zanim rzucił się w to, co miało mu zająć niemal całe studia artystyczne: systematyczne fotografowanie wytworów człowieka. Zazwyczaj pracował u siebie w pokoju, przy świetle naturalnym. Podwieszane teczki na dokumenty, broń ręczna, terminarze, tonery do drukarek, widelce, nic nie umykało jego encyklopedycznej ambicji opracowania wyczerpującego katalogu wytworów człowieka ery przemysłowej.

O ile ten imponujący, a zarazem maniacki – prawdę mówiąc, nieco obłąkańczy – projekt wzbudził szacunek u wykładowców, o tyle w żadnym razie nie umożliwił mu przyłączenia się do którejkolwiek z grup, jakie wokół niego powstawały na bazie wspólnej koncepcji estetycznej czy też, bardziej przyziemnie, próby zbiorowego wkroczenia na rynek sztuki. Nawiązał kilka niezbyt żywych przyjaźni, nawet nie podejrzewając, jak bardzo okażą się ulotne. Przeżył też kilka romansów, z których żaden nie trwał zbyt długo. Nazajutrz po otrzymaniu dyplomu uprzytomnił sobie, że będzie teraz dość samotny. Owocem sześciu ostatnich lat pracy było ponad jedenaście tysięcy zdjęć. Przechowywane w formacie TIFF z kopiami JPEG o najniższej rozdzielczości, z łatwością mieściły się na dysku 640 GB marki Western Digital, który ważył nieco ponad dwieście gramów. Starannie spakował aparat i obiektywy (miał Rodenstocka Apo-Sironar 105 mm f/5.6 i Fujinona 180 mm, również f/5.6), po czym spojrzał na resztę swoich rzeczy. Laptop, iPod, trochę ubrań i parę książek – w sumie niewiele, wszystko z łatwością mogło się zmieścić w dwóch walizkach. W Paryżu panowała piękna pogoda. Nie był w tym pokoju szczególnie nieszczęśliwy, ale i nie był zbyt szczęśliwy. Umowa najmu kończyła się za tydzień. Przez chwilę się wahał, czy nie wyjść na ostatni spacer po dzielnicy, brzegami kanału Bassin de l’Arsenal, po czym zadzwonił po ojca, żeby mu pomógł w wyprowadzce.

Ich wspólne życie w domu w Le Raincy, którego nie prowadzili od bardzo dawna, właściwie od dzieciństwa Jeda, z wyjątkiem krótkich pobytów podczas wakacji, od razu okazało się łatwe, a zarazem pozbawione treści. Ojciec dużo pracował, w tym czasie był jeszcze daleki od wypuszczenia firmy z rąk, rzadko wracał przed dziewiątą, nawet dziesiątą wieczorem; przychodził i padał przed telewizorem, a Jed podgrzewał jedną z mrożonek, które kilka tygodni wcześniej kupił w Carrefourze w Aulnay-sous-Bois; próbował urozmaicać jadłospis, aby osiągnąć jaką taką równowagę żywieniową, kupował więc również sery i owoce. Ojciec i tak nie zwracał uwagi na jedzenie; ospale przerzucał kanały, zazwyczaj kończąc na jakiejś nudnej dyskusji na tematy gospodarcze na LCI. Szedł spać prawie natychmiast po kolacji; rano wychodził, zanim Jed zdążył wstać z łóżka. Dni były ładne i ciepłe. Jed spacerował po parku, siadał pod wysoką lipą z książką, której zazwyczaj nie otwierał, bo nachodziły go nieliczne wspomnienia z dzieciństwa. Potem szedł do domu oglądać transmisje z Tour de France. Lubił te długie, nudne ujęcia z helikoptera wiszącego nad peletonem, który leniwie przesuwał się przez krajobraz francuskiej wsi.

Matka Jeda, Anne, pochodziła z drobnomieszczańskiej rodziny żydowskiej, jej ojciec był jubilerem. Mając dwadzieścia pięć lat, poślubiła Jeana-Pierre’a Martina, młodego architekta. Było to małżeństwo z miłości. Kilka lat później urodziła syna, którego na cześć swojego ukochanego wuja nazwała Jed. Parę dni przed siódmymi urodzinami syna popełniła samobójstwo, o czym Jed dowiedział się wiele lat później, na skutek niedyskrecji babki ze strony ojca. Miała wówczas czterdzieści lat, jej mąż czterdzieści siedem.

Jed nie zachował po matce niemal żadnych wspomnień, a jej samobójstwo nie było zagadnieniem, które mógłby poruszać podczas pobytu w Le Raincy; wiedział, że musi czekać, aż ojciec sam o tym wspomni, mając zarazem świadomość, że to nie nastąpi nigdy, że zawsze będzie unikać tego tematu, podobnie jak wszystkich innych.

Niemniej jedna sprawa wymagała wyjaśnienia. Zajął się tym ojciec pewnego niedzielnego popołudnia, po wspólnym obejrzeniu krótkiej czasówki w Bordeaux, która zresztą nie przyniosła zasadniczej zmiany w klasyfikacji ogólnej. Siedzieli razem w bibliotece, bez wątpienia najładniejszym pomieszczeniu domu, zawsze pogrążonym w półmroku, z podłogą z dębowej klepki, witrażowymi oknami i angielskimi skórzanymi meblami; na otaczających pokój półkach stało prawie sześć tysięcy tomów, przede wszystkim traktatów naukowych z dziewiętnastego wieku. Jean-Pierre Martin kupił dom czterdzieści lat wcześniej za bardzo umiarkowaną cenę od właściciela, który pilnie potrzebował gotówki; w owym czasie była to bezpieczna dzielnica eleganckich domów, w której chciał wieść szczęśliwe życie; w każdym razie dom pozwalał pomieścić liczną rodzinę i często przyjmować przyjaciół, lecz ostatecznie nic takiego nie nastąpiło.

W chwili gdy na ekranie pojawiła się uśmiechnięta, przewidywalna twarz Michela Druckera3, ojciec wyłączył dźwięk i obrócił się w stronę syna. „Masz zamiar kontynuować karierę artystyczną?”, zapytał, na co Jed odpowiedział twierdząco. „Ale na razie nie jesteś w stanie zarobić na życie?”. Jed zastanowił się chwilę nad odpowiedzią. Ku jego zaskoczeniu w ciągu ostatniego roku skontaktowały się z nim dwie agencje fotograficzne. Pierwsza, specjalizująca się w fotografowaniu przedmiotów, robiła katalogi dla CAMIF i La Redoute, czasami sprzedawała zdjęcia agencjom reklamowym. Druga specjalizowała się w fotografii kulinarnej; z jej usług regularnie korzystały czasopisma typu „Notre Temps”4 czy „Femme Actuelle”5. Były to dziedziny mało prestiżowe i słabo płatne: zdjęcia roweru górskiego lub zapiekanki z serem po sabaudzku przynosiły zdecydowanie mniej niż fotografie Kate Moss czy nawet George’a Clooneya; jednak zapotrzebowanie było duże i stałe, zapewniające zupełnie przyzwoite dochody. Tak więc jeśli tylko zadał sobie nieco trudu, nie był pozbawiony środków do życia; uważał ponadto, że powinien pozostać w kontakcie z zawodem fotografika, choćby tylko na poziomie robienia zdjęć bez obróbki. Dostarczał negatywy, ostre i idealnie naświetlone, które agencja skanowała i dowolnie zmieniała; wolał nie zajmować się retuszowaniem, które musiało spełnić określone wymogi handlowe lub reklamowe, więc zadowalał się wykonywaniem technicznie doskonałych, ale neutralnych negatywów. „Cieszę się, że jesteś niezależny”, skomentował wynurzenia Jeda ojciec. „Znałem w swoim życiu wielu facetów, którzy chcieli być artystami, lecz żyli na koszt rodziców; żaden nie zrobił kariery. To ciekawe, można by sądzić, że potrzeba wyrażenia samego siebie, pozostawienia po sobie śladu, to niezwykle silna motywacja, ale zazwyczaj okazuje się niewystarczająca. To, co działa najlepiej, co najsilniej popycha ludzi do wysiłku, to najzwyklejsze i najprostsze dążenie do pieniędzy. Mimo wszystko pomogę ci kupić mieszkanie w Paryżu. Musisz spotykać się z ludźmi, nawiązywać kontakty. Zresztą to dobra lokata, rynek nieruchomości jest obecnie w dołku”.

Na ekranie pojawił się jakiś komik, którego Jedowi prawie udało się zidentyfikować. Potem zbliżenie na błogo uśmiechniętego Michela Druckera. Jed nagle pomyślał, że być może jego ojciec po prostu chce zostać sam; nigdy tak naprawdę nie nawiązali ze sobą kontaktu.

Dwa tygodnie później Jed kupił mieszkanie, w którym do dzisiaj mieszkał, na bulwarze de l’Hôpital, w północnej części trzynastki. Większość ulic w okolicy nosiła nazwiska malarzy – Rubens, Watteau, Veronese, Philippe de Champaigne – co w ostateczności można by uznać za dobrą wróżbę. Przyczyna była jednak bardziej prozaiczna: niedaleko mieściło się kilka nowych galerii, które powstały wokół Bardzo Wielkiej Biblioteki Bardzo Wielkiego Prezydenta. Nie negocjował, ale najpierw dowiedział się, jak wygląda sytuacja na rynku nieruchomości: w całej Francji, zwłaszcza w miastach, ceny leciały na łeb, na szyję; mimo to mieszkania stały puste, gdyż brakowało nabywców.

2

Pamięć Jeda nie przechowywała niemal żadnego obrazu matki, chociaż oczywiście widział jej zdjęcia. Była ładną kobietą o bladej cerze i długich czarnych włosach, na niektórych fotografiach wyglądała wręcz na piękność; przypominała trochę Agathe von Astighwelt, której portret wisiał w muzeum w Dijon. Na zdjęciach rzadko się uśmiechała, a jeśli już, jej uśmiech zdawał się skrywać jakiś wewnętrzny niepokój. Oczywiście było to zapewne wrażenie spowodowane świadomością, że popełniła samobójstwo; jednak nawet gdy człowiek usiłował o tym nie pamiętać, było w niej coś nierzeczywistego, w każdym razie ponadczasowego; z łatwością można było wyobrazić ją sobie na średniowiecznych lub renesansowych obrazach; zdawało się niewiarygodne, że w latach sześćdziesiątych była nastolatką, miała tranzystor i chadzała na koncerty rockowe.

Przez pierwsze lata po jej śmierci ojciec Jeda starał się śledzić postępy syna w nauce, planował zajęcia na weekend, wyjścia do McDonalda lub do muzeum. Po jakimś czasie nieuchronnie jego firma się rozwinęła; pierwszy kontrakt na budowę sanatorium pod klucz okazał się niebywałym sukcesem. Nie tylko dotrzymano kosztorysu i terminów – co już samo w sobie należało do rzadkości – ale projekt był zgodnie chwalony za harmonię i poszanowanie środowiska, w prasie regionalnej i ogólnokrajowych czasopismach architektonicznych pojawiły się dytyrambiczne artykuły, a w dodatku „Style” do dziennika „Libération” poświęcono mu pełną kolumnę. Jak pisano, w Port-Ambarès architektowi udało się zbliżyć do „kwintesencji budownictwa śródziemnomorskiego”. Swoim własnym zdaniem ojciec Jeda po prostu zestawił sześciany o różnych wymiarach w jednolicie białym matowym kolorze, bezpośrednio inspirowane tradycyjnym budownictwem marokańskim, rozdzielając je kępami oleandrów. Niemniej po tym pierwszym sukcesie zamówienia zaczęły napływać licznie, a on musiał często jeździć za granicę. Gdy Jed przeszedł do siódmej klasy, ojciec postanowił oddać go do szkoły z internatem.

Wybrał gimnazjum prowadzone przez jezuitów w Rumilly, w departamencie Oise. Była to szkoła prywatna, ale nie elitarna, czesne było umiarkowane, nauczania nie prowadzono w dwóch językach, a zaplecze sportowe nie miało w sobie nic ekstrawaganckiego. Do gimnazjum w Rumilly nie chodziły dzieci bogaczy, raczej ludzi o konserwatywnych poglądach, pochodzących ze starej burżuazji (wśród rodziców było wielu wojskowych i dyplomatów), jednak nie integrystycznych katolików; w większości wypadków dzieci lądowały w internacie na skutek konfliktowego rozwodu.

Budynki internatu, surowe i raczej brzydkie, były stosunkowo wygodne: pokoje dwuosobowe dla uczniów niższych klas i jednoosobowe, poczynając od liceum. Największy atut szkoły stanowiło indywidualne wsparcie pedagogiczne dla każdego z uczniów; wskaźnik skuteczności w przygotowaniu do matury od początku istnienia szkoły nieodmiennie utrzymywał się powyżej dziewięćdziesięciu pięciu procent.

W tych właśnie murach oraz na długich spacerach ciemnymi alejkami parku między rzędami gęstych świerków Jed miał spędzić smutne i pracowite lata dorastania. Nie skarżył się na swój los i nie wyobrażał sobie, że mógłby być inny. Bójki między uczniami bywały brutalne, ich relacje pełne okrucieństwa i poniżenia; szczupły i delikatny Jed nie byłby w stanie się bronić, rozeszła się jednak wieść, że jest sierotą pozbawionym matki, i ten nieznany im ból onieśmielał kolegów; wokół Jeda utworzyła się jakby aureola lękliwego szacunku. Nie miał bliskich przyjaciół i nie poszukiwał przyjaźni. Całe popołudnia spędzał w bibliotece; w wieku osiemnastu lat, po zdaniu matury, posiadał rozległą wiedzę, raczej niespotykaną u młodzieży z jego pokolenia, na temat literackiego dziedzictwa ludzkości. Czytał Platona, Ajschylosa i Sofoklesa, Racine’a, Moliera i Victora Hugo, znał Balzaka, Dickensa i Flauberta, niemieckich romantyków i rosyjskich powieściopisarzy. Co dziwniejsze, był również obeznany z dogmatami wiary katolickiej, które pozostawiły tak głęboki rys na zachodniej kulturze, podczas gdy jego koledzy zazwyczaj znacznie mniej wiedzieli o życiu Jezusa niż Spidermana.

To wrażenie nieco niedzisiejszej powagi, jakie powszechnie wywoływał, musiało wzbudzić przychylność wykładowców, którzy oceniali jego teczkę na Akademii Sztuk Pięknych; najwyraźniej mieli do czynienia z kandydatem oryginalnym, wykształconym, poważnym, zapewne pracowitym. Sama teczka, zatytułowana Trzysta fotograf ii artykułów metalowych, świadczyła o zdumiewającej dojrzałości estetycznej autora. Zamiast podkreślać połysk metalu i groźne kształty, Jed zastosował neutralne, mało kontrastowe oświetlenie, fotografując obiekty na tle z szarego weluru. Śruby, nakrętki i klucze francuskie nabierały wyglądu dyskretnie połyskliwych klejnotów.

Sporo natomiast kłopotów (i trudność ta miała towarzyszyć Jedowi przez całe życie) sprawiło mu zredagowanie tekstu do fotografii. Po wielu próbach uzasadnienia swojego wyboru ograniczył się do czystych faktów, podkreślając, że najbardziej prymitywne artykuły metalowe, wykonane ze stali, są obrabiane z dokładnością do 1/10 milimetra. Elementy najdroższych aparatów fotograficznych i silników samochodów Formuły 1, znacznie bliższe mechanice precyzyjnej w pełnym tego słowa znaczeniu, są zazwyczaj wykonywane z aluminium lub lekkich stopów z dokładnością do 1/100 milimetra. W mechanice wysoko precyzyjnej natomiast, stosowanej na przykład w zegarmistrzostwie czy chirurgii dentystycznej, używa się tytanu, a tolerancja wymiarów nie przekracza jednego mikrona. Ogólnie rzecz biorąc, napisał w podsumowaniu, oszczędnym i raczej powierzchownym, historię ludzkości można w dużym stopniu sprowadzić do historii obróbki metalu; wiek polimerów i tworzyw sztucznych był jeszcze młody i jego zdaniem nie zdążył doprowadzić do faktycznej przemiany mentalnej.

Historycy sztuki, nieco sprawniej władający językiem, uznali później, że już to pierwsze dzieło Jeda, w pewnym sensie podobnie jak wszystkie następne, i to niezależnie od zastosowanych technik, nosiło znamiona hołdu dla pracy ludzkiej.

I tak Jed rozpoczął karierę artystyczną, nie mając żadnego innego na nią pomysłu niż obiektywny opis świata, z którego złudnego charakteru tylko z rzadka zdawał sobie sprawę. Mimo klasycznego wykształcenia – wbrew temu, co później pisano – nie było w nim ani grama nabożnego respektu dla dawnych mistrzów; już wówczas nad Rembrandta i Velázqueza przedkładał Mondriana i Paula Klee.

Przez pierwsze miesiące po przeprowadzce do trzynastki nie robił właściwie niczego poza realizowaniem dość licznych zamówień na fotografie przedmiotów. Aż pewnego dnia, rozpakowując przyniesiony przez kuriera twardy dysk Western Digital, którego zdjęcia pod różnymi kątami miał dostarczyć następnego dnia, zrozumiał, że pora skończyć z fotografowaniem przedmiotów, przynajmniej w sensie artystycznym. Jakby to, że zaczął fotografować przedmioty dla celów czysto zawodowych, handlowych, uniemożliwiało ich użycie w ramach jakiegokolwiek projektu twórczego.

Ta równie brutalna jak nieoczekiwana prawda pogrążyła go w lekkiej depresji, podczas której jego główną rozrywką stało się codzienne oglądanie teleturnieju „Pytania dla mistrza”, prowadzonego przez Juliena Lepers’a6. Ten początkowo niezbyt zdolny prezenter, trochę przygłupi, o wyglądzie i instynktach barana – zaczynając karierę, myślał raczej o zawodzie piosenkarza i zapewne do dzisiaj skrycie do niego tęsknił – przez swój upór i niewiarygodną pracowitość stał się jedną z najlepiej rozpoznawalnych postaci francuskiego krajobrazu medialnego. Ludzie identyfikowali się z nim – zarówno studenci pierwszego roku politechniki, emerytowane nauczycielki z Pas-de-Calais, bikersi z Limousin, jak i restauratorzy z Var. Ani napuszony, ani zdystansowany, kojarzył się z wizerunkiem przeciętnego, prawie sympatycznego Francuza pierwszego dziesięciolecia nowego wieku. Chociaż Jed był bezwarunkowym wielbicielem Jeana-Pierre’a Foucaulta7, jego humanizmu i gładkiej przebiegłości, musiał jednak przyznać, że coraz częściej znajdował się pod urokiem Juliena Lepers’a.

Na początku października zadzwonił ojciec z wiadomością o śmierci babki; mówił powoli, głosem tylko trochę bardziej zmęczonym niż zwykle. Babka Jeda, o czym ten świetnie wiedział, nigdy nie doszła do siebie po śmierci męża, którego uwielbiała uczuciem zdumiewającym w biednym wiejskim środowisku, które zazwyczaj niezbyt sprzyja romantycznym uniesieniom. Po śmierci męża nawet wnuk nie był w stanie wyciągnąć jej ze spirali smutku, na skutek której stopniowo rezygnowała z wszelkiej działalności, od hodowli królików po gotowanie konfitur, na koniec przestała nawet zajmować się ogrodem.

Nazajutrz ojciec Jeda wybierał się do Creuse na pogrzeb i żeby pozałatwiać sprawy spadkowe związane z domem; chętnie widziałby w swoim towarzystwie syna. W rzeczywistości chciał, żeby Jed został na dłużej i zajął się wszystkimi formalnościami, bo akurat miał bardzo dużo pracy. Jed natychmiast wyraził zgodę.

Następnego dnia ojciec przyjechał po niego swoim mercedesem. Koło jedenastej znaleźli się na autostradzie A20, jednej z najładniejszych we Francji, prowadzącej przez niezwykle piękne wiejskie krajobrazy; powietrze było ciepłe i przejrzyste, z lekką mgiełką na horyzoncie. O trzeciej po południu zatrzymali się na stacji przed La Souterraine; na prośbę ojca, który podjechał zatankować, Jed kupił mapę Michelin departamentów Haute-Vienne i Creuse. I właśnie w tym momencie, rozkładając mapę o dwa kroki od zapakowanych w celofan kanapek, przeżył drugie w swoim życiu odkrycie estetyczne. Mapa była niezwykła; doznał takiego wstrząsu, że ogarnęły go dreszcze. Nigdy w życiu nie widział czegoś równie wspaniałego, równie pełnego emocji i znaczenia jak ta mapa Michelin departamentów Haute-Vienne i Creuse w skali 1:150 000. Esencja nowoczesności, naukowego i technicznego pojmowania świata, łączyła się w niej z esencją życia zwierzęcego. Rysunek był finezyjny i piękny, absolutnie klarowny, z ograniczonym kodem kolorystycznym. Ale w każdym z miasteczek i każdej z wiosek o nazwach zapisanych w różny sposób, zależnie od ich wielkości, tętniło, buzowało życie dziesiątek istnień ludzkich, dziesiątek lub setek dusz, z których jedne zasłużyły na potępienie, inne na życie wieczne.

Ciało jego babki spoczywało już w dębowej trumnie. Była ubrana w ciemną sukienkę, miała zamknięte oczy i złożone dłonie; pracownicy firmy pogrzebowej czekali już tylko na nich, aby zamknąć trumnę. Na dziesięć minut pozostawili ich samych w pokoju.

– Tak dla niej lepiej... – powiedział ojciec po chwili milczenia.

Zapewne racja, pomyślał Jed.

– No wiesz, ona była wierząca – dodał nieśmiało ojciec.

Następnego dnia, podczas nabożeństwa pogrzebowego, w którym uczestniczyli wszyscy mieszkańcy wioski, potem przed kościołem, gdzie odbierali kondolencje, Jed myślał o tym, że obaj z ojcem znakomicie pasują do okoliczności. Bladzi i zmęczeni, w ciemnych garniturach, bez problemu okazywali powagę i smutek należne przy tego typu okazjach; potrafili nawet docenić, choć nie umieli podzielić tego uczucia, dyskretną nadzieję wyrażoną przez księdza, także dość wiekowego, starego bywalca