Mapa Cieni. Opowieści z nawiedzonych miejsc - Antologia - ebook
NOWOŚĆ

Mapa Cieni. Opowieści z nawiedzonych miejsc ebook

Antologia

0,0

33 osoby interesują się tą książką

Opis

Ta książka to Antologia opowiadań grozy i historii o nawiedzonych miejscach pod redakcją Michała Stonawskiego. Jest wynikiem pracy wielu fanów i autorów polskiego horroru z czasów, zanim jeszcze gatunek ten na powrót szeroko zagościł na polskim rynku.

Obecne wydanie zostało zmienione, udoskonalone i przeredagowane, a jego inspiracją stały się udokumentowane historie nawiedzonych miejsc w Małopolsce. Cechą szczególną książki są poprzedzające opowiadania relacje, które opisują autentycznie istniejące miejsca i związane z nimi historie.

W nowym wydaniu zamieszczone są fotografie wybranych miejsc.

Autorzy antologii:

Krzysztof Biliński

Sylwia Błach

Joanna Dorota Bujak

Rafał Christ

Bartłomiej Fitas

Michał Gacek

Marek Grzywacz

Dawid Kain

Magdalena Maria Kałużyńska

Kazimierz Kyrcz Jr

Krzysztof Maciejewski

Łukasz Radecki

Piotr Roemer

Michał Stonawski

Michał J. Walczak

 

Aleksandra Zielińska

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 480

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Tytuł: Mapa Cieni

Copyright

© 2021 by Krzysztof Biliński, Sylwia Błach, Joanna Dorota Bujak, Rafał Christ, Bartłomiej Fitas, Michał Gacek, Marek Grzywacz, Dawid Kain, Magdalena Maria Kałużyńska, Kazimierz Kyrcz Jr, Krzysztof Maciejewski, Łukasz Radecki, Piotr Roemer, Michał Stonawski, Michał J. Walczak, Aleksandra Zielińska

© 2021 by Wydawnictwo IX

Copyright for the cover art

© 2021 Dariusz Kocurek

All rights reserved.

Wydawca: Krzysztof Biliński, Wydawnictwo IX

Redakcja i korekta: Marta Sobiecka

Skład, łamanie i przygotowanie do druku: Krzysztof Biliński

Ilustracja na okładce: Dariusz Kocurek

Fotografie: Krzysztof Biliński

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Żadna część książki nie może być w jakikolwiek sposób powielana bez zgody wydawcy, z wyjątkiem krótkich fragmentów użytych na potrzeby recenzji oraz artykułów.

Wydawnictwo IX

[email protected]

wydawnictwoix.pl

Kraków 2021

Wydanie I

ISBN 978-83-960838-5-2

Spis treści

SŁOWEM WSTĘPU

ROZDZIAŁ I. Dom niechrzczonych

Magdalena Maria Kałużyńska — Cięcie

ROZDZIAŁ II. Dom z czerwoną dachówką

Łukasz Radecki — Biel

ROZDZIAŁ III. Dom z Woli Justowskiej

Dawid Kain — Muzeum snów

ROZDZIAŁ IV. Kamienica cienistych ludzi

Piotr Roemer — Porcelanowe pieski z zakurzonymi oczami

ROZDZIAŁ V. Nawiedzony las w Witkowicach

Bartłomiej Fitas — Zniekształcenie

ROZDZIAŁ VI. Żydowska klątwa z Witkowic

Aleksandra Zielińska — Ostatnia podróż Zu

RODZIAŁ VII Umieralnia

Sylwia Błach — Wszyscy jesteśmy samotni

ROZDZIAŁ VIII. Czarna dama z Podgórza

Marek Grzywacz — Trucizny w żyłach miasta

ROZDZIAŁ IX. Najbardziej nawiedzone miejsce Krakowa

Michał Stonawski — Każdy człowiek ma swoją godzinę

ROZDZIAŁ X. Cichy dom z Głogoczowa

ROZDZIAŁ XI. Biały dom z Kocmyrzowa

Krzysztof Biliński — Galeria IX Mrocznych Obrazów

ROZDZIAŁ XII. Nawiedzony dom w Chrzanowie

ROZDZIAŁ XIII. Pechowy most

Krzysztof Maciejewski — Most samobójców

ROZDZIAŁ XIV. Duch z fortu Grębałów

Michał Gacek — Jeździec

ROZDZIAŁ XV. Człowiek-pies z Nowej Huty

Rafał Christ — Najlepszy przyjaciel człowieka

ROZDZIAŁ XVI. Nawiedzony hotel

Joanna Dorota Bujak — Granice synestezji

ROZDZIAŁ XVII. Szare osiedle

Kazimierz Kyrcz Jr, Michał J. Walczak — Ładnym łatwiej

POSŁOWIE

Punkty orientacyjne

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Kolofon

SŁOWEM WSTĘPU

Duchy, zjawy, demony – czy naprawdę istnieją?[1] W świetle dnia i swoich czterech ścianach, wiele osób odpowie, że nie. Wiara w takie zjawiska, jak na przykład nawiedzenia, wydaje się dzisiaj zabobonem, prawda? Ale przypominam sobie te wszystkie opowieści, które pojawiły się w mojej rodzinie (być może w Twojej również) – mamie przyśnił się wujek, jedna z ciotek widziała swojego męża… po jego śmierci. Kiedy umarł mój dziadek, parę tygodni później babcia dostała SMS-a z jego telefonu komórkowego: Dojechałem na miejsce szczęśliwie, nie martw się o mnie – tak mniej więcej brzmiała wiadomość.

To dosyć ciekawe, że tak wielu uznaje wiarę w duchy za zabobon, jednocześnie uczestnicząc w Mszy Świętej. Przecież ostatnie słowa wyznania wiary chrześcijan brzmią:

Wierzę w Ducha Świętego. Święty Kościół Powszechny. Świętych obcowanie, grzechów odpuszczenie, ciała zmartwychwstanie i żywot wieczny. Amen.

Nie tylko w chrześcijaństwie, ale również w innych religiach pojawia się wiara w duchy. Złe i dobre, a także w pośmiertne istnienie duszy. To, czym tak naprawdę jest dusza – czy to „my”, czy też jakiś boski pierwiastek – musimy oczywiście zostawić teologom, ale nie da się zaprzeczyć, że większość osób żyjących obecnie na Ziemi – na początku postępowego XXI wieku – wierzy w życie pozagrobowe. Jednocześnie wielu osobom trudno jest uwierzyć w zjawiska paranormalne. Prawdopodobnie przemawia za tym brak jednoznacznych dowodów, choć tak naprawdę trudno ich oczekiwać, kiedy nie ma się opracowanych spójnych i skutecznych metod badawczych, podobnych do tych, które ma nauka, mogąca zmierzyć, czy też wyliczyć (dla przykładu) średnicę naszej planety.

Jak widzisz, nie jestem człowiekiem opierającym się tylko na wierze – uznaję naukę i jej wartości za niezbędne do poznawania świata. A jednym z jej nadrzędnych postanowień jest wątpliwość i poszukiwanie prawdy. Będąc naukowcem, cały czas kwestionujesz, podważasz i badasz. Zwłaszcza to, co niewyjaśnione – nie zamykasz się w swoich poglądach, a próbujesz je zakwestionować lub udowodnić eksperymentalnie. O takiej metodologii nauczał jako jeden z pierwszych (nie licząc wczesnej metodologii Arystotelesa i Epikura), arabski uczony Ibn al-Haytham, tworząc pierwsze reguły, jakimi przez następne lata rządziła się nauka. Wedle tych praw, badacze mieli przede wszystkim wątpić w przedmiot swoich badań, ufać tylko temu, co mogą dowieść eksperymentalnie i w ten sposób potwierdzić… No właśnie – czy nawiedzenia lub istnienie duchów da się potwierdzić?

Odpowiedź na to pytanie jest, póki co, jednoznaczna: Nie.

Książka, którą trzymasz w dłoniach nie ma być dowodem na istnienie duchów, ponieważ ja sam, nie jestem w stanie tego potwierdzić w żaden jednoznaczny sposób.

To, co mogę zrobić, to spisać opowieści o nawiedzeniach, odwiedzić podejrzane miejsca i nawiązać kontakt ze świadkami paranormalnych zdarzeń. Ta książka nie jest więc zapiskami łowcy duchów, ale ich badacza. I jako badacz dotykam nieznanego – czegoś, czym współczesna nauka nie chce (oraz nie potrafi) zająć się w zadowalającym stopniu. Na następnych stronach spisałem historie kilkunastu nawiedzonych lokalizacji z Krakowa i jego najbliższych okolic. Są to opowieści, jakie udało mi się zebrać od świadków, szperając po archiwach, czy też odwiedzając te miejsca. Chciałbym serdecznie zaprosić Cię, byś mi w tej podróży towarzyszył – próbując zgłębić to, co niewyjaśnione, a nierzadko również niepokojące.

* * *

Trudno zakwestionować, że opowieści o duchach istnieją – tak jak i to, że istnieją nawiedzone miejsca. Co więcej, nie jest to tylko wymysł naszej cywilizacji, spopularyzowany przez popkulturę i filmy takie jak Uwierz w ducha (1990) czy Poltergeist (1982). Najlepszym przykładem niech będzie list, który pisarz i polityk rzymski, Pliniusz Młodszy (62-114 n.e.) wysłał do swojego przyjaciela mieszkającego w Surii:

W Atenach był dom obszerny i wygodny, lecz osławiony i niebezpieczny. W czasie nocnej ciszy dawał się w nim słyszeć szczęk żelaza i, jeśli pilniej się uważało, brzęk kajdan, najprzód z dala, a nareszcie z bliska, potem ukazywało się widmo w postaci starca wychudłego i nędzą wycieńczonego, z długą opuszczoną brodą, najeżonym włosem. Kajdany na nogach, łańcuchy na rękach dźwigało i nimi wstrząsało. Z tego powodu mieszkańcy smutne i okropne noce w strachu bezsennie przepędzali, z bezsenności choroba i coraz bardziej wzmagającej się trwogi śmierć nareszcie nastała. (…) Dlatego dom ten opuszczony, na samotność skazany i całkiem owemu straszydłu zostawiony został. Przybijano jednakże na nim uwiadomienia, ażeby go kto, tak wielkiej niedogodności nieświadom, albo kupić, albo chciał nająć. Wtem przybywa do Aten filozof Atenodor, czyta uwiadomienie i dowiedziawszy się o cenie, i ponieważ mu taniość podejrzaną była, ściślej badając o wszystkim się dowiaduje i pomimo, owszem, nawet dla tego samego właśnie go najmuje. Gdy zmierzchać zaczęło, każe sobie w przedniej części domu posłać i podać tabliczki, rylec i światło, wszystkich ludzi swoich wewnątrz domu posyła, sam zaś umysł swój, oczy i rękę pilnym zatrudnia pisaniem, ażeby myśl nieczynna widmów, o których słyszał, i próżnych sobie nie tworzy strachów.

Z początku panowała cisza nocna, jak zazwyczaj wszędzie, potem żelaza wstrząsanie i ruch kajdan słyszeć się dały; on oka nie podnosi, nie opuszcza rylca, lecz zbroi się na odwagę i nią tłumi wrażenie na słuch czynione. Wtedy wzmaga się szelest, zbliża się i słyszeć się daje teraz jakoby na progu, i tuż zaraz jakoby już za progiem; on spogląda, widzi i poznaje postać mu opisywaną. Stała i kiwała palcem, do wzywającego podobna; on zaś przeciwnie, ręką jej znak daje, ażeby cokolwiek zaczekała, i znów się do tabliczek bierze i rylca. Ona nad głową piszącego łańcuchami brząkać zaczęła, podnosi tedy powtórnie oczy i widzi ją równie jak wprzód trwającą; niezwłocznie więc bierze światło i postępuje za nią. Wolnym szła krokiem, jakby kajdanami obarczona, skręciwszy na dziedziniec mieszkania i nagle za nim zniknąwszy, towarzysza opuściła; tenże sam zostawiony będąc, trawę i liście zrywa i na tymże miejscu na znak kładzie. Na drugi dzień udaje się do rządu, radzi, aby miejsce to odkopać kazał. Znaleziono w nim w łańcuchy okute i skrępowane kości, które gdy wiek i ziemia w zgniliznę ciało obróciły, nagie i spróchniałe w okowach były pozostały. Zabrano je i kosztem rządu pochowano, a dom na potem wolny był od ducha, któremu należny pogrzeb wyprawiono[2].

Takie relacje znajdziemy również w Starożytnym Egipcie, Chinach czy Japonii. Spisywane od setek lat, nawet mimo nadejścia „wieku rozumu”, nie tracą na atrakcyjności. Czy świadczy to o tym, że duchy naprawdę istnieją? Nie. Świadczy to jednak o tym, że ludzie widzą duchy, że nawiązują z nimi kontakt i że nawiedzone miejsca rzeczywiście bywają nawiedzone. To, czy rzeczy, które się tam widuje, są wynikiem zjawisk psychicznych czy paranormalnych – zostawiam już wierze, przynajmniej, dopóki nie będzie można tych faktów potwierdzić.

W chwili kiedy piszę te słowa, badaniami nawiedzonych miejsc zajmuję się już prawie dziesięć lat. Książka, którą trzymasz w dłoniach powstawała pomiędzy 2012 a 2013 rokiem. Co więcej, pierwsze wydanie miało miejsce w 2017 roku, a drugie to wersja poprawiona; fragmenty mojego autorstwa są napisane od nowa. W miarę możliwości starałem się uaktualnić mój stan wiedzy o każdym z prezentowanych dalej miejsc. Ponadto, zrządzeniem losu, Mapa Cieni w swojej finalnej formie ukazuje się później, niż napisane po niej Paranormalne: prawdziwe historie nawiedzeń, istnieje więc szansa, że czytasz te słowa już po kontakcie z Paranormalnymi. Ta książka, mimo zbieżnego tematu, nie jest podobna do mojej autorskiej publikacji. Opowieści, które przeczytasz, nie są w pełni reportażami, służą też innemu celowi: wprowadzeniu do opowiadań kilkunastu pisarzy.

Muszę jeszcze wyjaśnić dwie kwestie: liczba miejsc i ich dobór oraz to, dlaczego mówię o „fragmentach mojego autorstwa”. Jest to sprawą trochę skomplikowaną, więc może zacznę od kwestii łatwiejszej – czyli samych miejsc.

Ich liczba różni się diametralnie od liczby lokalizacji zaprezentowanych w pierwszej wersji Mapy – dzieje się tak dlatego, że z różnych względów poprzedni wydawca podjął decyzję o zmniejszeniu tej puli, teraz więc mogę zaprezentować wszystkie z zaplanowanych rozdziałów i przyznam, że strasznie się z tego powodu cieszę. W środku znajdziesz nawet dwa dodatkowe, do których nie ma dołączonych opowiadań, a które nie znalazły się we wcześniejszej wersji. Bardziej jednak ekscytujące jest pytanie, dlaczego właśnie takie, a nie inne miejsca się tu pojawiają i czemu nie jest ich na przykład dwadzieścia, trzydzieści, ani też pięćdziesiąt? Czy w tak starym mieście jak Kraków nie ma więcej tego typu obiektów?

Cóż, muszę postawić sprawę jasno – są. Ograniczając się do samego Krakowa, takich lokacji – uznanych za mające coś wspólnego ze zjawiskami paranormalnymi – znaleźć można przynajmniej sześćdziesiąt, chociaż myślę, że spokojnie liczba ta mogłaby wzrosnąć do stu. Wliczyć w to można nawet takie miejsca, jak wzgórze Wawel, zamek na Wawelu, czy obecną siedzibę władz miasta – Pałac Wielopolskich, gdzie straszyć ma Czarna Dama[3]. Odpowiedź na pytanie, czemu nie opisałem wszystkich, jest dosyć prozaiczna – po pierwsze, chciałem, aby książka zawierała lokacje najciekawsze, a po drugie, tak duża ilość miejsc do badania zabrałaby nam z Krzysztofem Bilińskim sporo lat pracy oraz (smutna prawda) funduszy. Planując nasz projekt, nie mieliśmy nawet pewności, czy się uda – trzeba było ciąć zarówno czas, jak i koszty, a i tak badania do Mapy Cieni trwały prawie półtora roku. Kolejna rzecz, nie planowałem odwiedzać nawiedzonych zamków, wież i kaszteli.

Prawie każdy stary zamek czy ruiny mają swojego ducha. Opowiada o nim oprowadzający turystów przewodnik, traktując jako ciekawostkę, żeby trochę nastraszyć dzieciaki, które jednak zupełnie się nie boją, bo myślami są już przy stoisku z pamiątkami, stojącej na dziedzińcu armacie lub dybach. Nie ma co się dziwić – to taka legenda, folklor. W moim zamyśle Mapa Cieni ma pokazywać coś więcej – duchy i miejsca, które jeszcze całkiem niedawno były zamieszkane. Historie, dotykające ludzi takich jak Ty czy ja, które oboje potrafimy poczuć. Ja średnio potrafię poczuć życie szlachcianki na średniowiecznym zamku…

Wychodząc z tego założenia, pomyślałem o jeszcze jednym filarze projektu – opowiadaniach. Fikcyjnych utworach grozy, inspirowanych miejscami, które jesteś w stanie odwiedzić podczas weekendowej wycieczki, a dzięki czemu będę bliżej Czytelnika – Ciebie. W tamtym czasie uznałem, że chciałbym dać coś od siebie – jakiś projekt – dla społeczności kolegów i koleżanek po piórze, którzy parę lat wcześniej – po moim literackim debiucie – przyjęli mnie z otwartymi ramionami.

Tak narodziła się koncepcja, by opowiadania dołączone do historii z nawiedzonych miejsc, mogli napisać różni autorzy. Ku mojej radości i zaskoczeniu wielu z nich zgodziło się, za co do dziś jestem im wdzięczny.

Właśnie dlatego Mapa Cieni wygląda tak, jak wygląda. Po długich poszukiwaniach wydawcy, podczas których kilku pojawiło się, aby z czasem zrezygnować z projektu z powodów finansowych i niedostatecznych pomysłów na promocję, znaleźliśmy z Krzyśkiem takiego, z którym w 2015 podpisaliśmy umowę… i musieliśmy czekać, aż w 2017 roku książka ukazała się na krótką chwilę, po czym wydawca (mimo wyraźnego zainteresowania czytelników i mediów) zamknął sklep. Minęły lata i w końcu udało mi się przepisać książkę na nowo i raz jeszcze poprosić autorów opowiadań o przysługę… tak docieramy do teraźniejszości, w której oddaję Mapę Cieni w Twoje ręce, mając jednocześnie nadzieję, że będzie ciekawą lekturą – zarówno w sferze fikcji, jak i tej bardziej dokumentalnej.

Chcę zaprosić Cię raz jeszcze do towarzyszenia mi podczas podróży po nawiedzonych miejscach Krakowa i jego najbliższych okolicach. Do wysłuchania ich opowieści, wejścia w świat, w którym nic nie jest pewne, a „druga strona” leży na wyciągnięcie ręki…[4]

Michał Stonawski,

14 września 2019

[1] W rzeczywistości to retoryczne pytanie, na które nie ma prostej odpowiedzi i dosyć banalne zawiązanie tematu – czuję się, jakbym znów oglądał Nie do wiary – tyle, że to ja jestem gospodarzem. Bądź jednak cierpliwy, za chwilę nieźle namieszam w tym temacie.

[2] M. C. Burell: Wyzwanie Kultów. W zbiorze: Nie wszyscy są jednego ducha. PAX, Warszawa 1988, s. 99-113.

[3] Chociaż znajdziesz o niej parę słów w tej książce. Polecam też śledzić przypisy – starałem się łamać za ich pomocą „czwartą ścianę” – zależy mi, by być jak najbliżej Czytelnika, czyli Ciebie (oczywiście bez przesady, nie szukaj mnie teraz za oknem). Z tego też powodu publikacja ta będzie miała lżejszy klimat; moim zadaniem jest po prostu opowiedzieć ciekawą historię.

[4] Czyli na kolejnej stronie – w miejscach, które odwiedzałem, możesz się pojawić bezpiecznie, nomen omen – duchem. Za to osobiście kocham literaturę.

ROZDZIAŁ I Dom niechrzczonych

17 lipca 2012

Wieliczka – małe podkrakowskie miasto, słynące głównie ze znanej w całym kraju kopalni soli. Pierwsze ślady człowieka na tej ziemi pochodzą z IX wieku (to jeszcze Celtowie, nie Słowianie, warzyli wielicką solankę), można więc sobie wyobrazić, ile pokoleń zostawiło tutaj swój ślad. Pojawienie się duchów, to w tym przypadku tylko kwestia czasu.

A jednak to nie z duchami wczesnego średniowiecza ani starożytności spotkamy się w tej opowieści. Historia, która miała się tu wydarzyć, jest współczesna – dzieli ją od nas zaledwie pół wieku. W porównaniu z czasami tych pierwszych osadników – okamgnienie. Ale gdy się przyjrzeć – zupełnie inna rzeczywistość. Chociaż temat, jak się wkrótce okaże, wciąż jest na czasie.

* * *

Historia rozgrywa się jakoś za pierwszych lat panowania Gomułki; głęboka komuna. W tym czasie, w Krakowie na Montelupich zostaje powieszony Władysław Mazurkiewicz, seryjny morderca zwany „eleganckim”, w ogólnopolskim piśmie „Świat Młodych” ukazuje się pierwszy Tytus, Romek i A’Tomek, a na świecie panuje niepokój, bo ZSRR właśnie wystrzelił Sputnika, pierwszego sztucznego satelitę. Ponad pół wieku później odkryję na ścianach podkrakowskiej rudery napisy wskazujące właśnie koniec lat pięćdziesiątych jako czas przerażających wydarzeń i spróbuję sobie wyobrazić, jak to wtedy wyglądało: dzisiaj z domu zostały tylko ruiny, sterczące wśród rosnących dziko drzew, krzewów i wysokiej trawy. Wtedy od ulicy (a może po prostu polnej drogi) odgradzał go prosty, drewniany płot. Oczyma wyobraźni stoję przed domem – mężczyzna w średnim wieku, w sfatygowanej kurtce z rozerwanym rękawem.

Kiedy ruszam przed siebie, trochę utykam na prawą nogę, znów będzie padać, bo kolano boli.

Do domu wchodzi się przez oszklony ganek – dwa stopnie, drzwi; tutaj w sieni można zdjąć kurtkę i buty, z wnętrza zalatuje stęchlizną i rozgotowanym bigosem. Jest jesień, więc trzeba by otrzepać obuwie z błota, ale stoję już w sieni, nie chce mi się znów wychodzić. Wsuwam buty pod mały, drewniany taboret w nadziei, że pani domu nie zobaczy (zawsze widzi). Otwieram kolejne drzwi, po prawej jest salon – nic niezwykłego, stół, parę krzeseł, dywan, przy ścianie duży kaflowy piec, który dobrze grzeje zimą, i telewizor. Pokój mógłby być większy, ale wpół dzieli go ściana – za drzwiami znajduje się sypialnia z podwójnym łóżkiem i szafą, w której ostatnio zalęgły się „trzeba-coś-z-nimi-zrobić” mole. Telewizor cicho buczy, ale to nic nowego, tak samo jak to, że śnieży. Kieruję swoje kroki w lewo, do wyłożonej niebieskimi kafelkami łazienki, po drodze łapię spojrzenie żony stojącej przy kuchence – miesza coś w garze. Nie mówi mi nawet „dzień dobry” – oho, coś jest na rzeczy. Pewnie znowu ma stara humory, przyzwyczaiłem się, więc po prostu wzruszam ramionami i wchodzę do łazienki – rozporek, siurnięcie, rozporek. Krok w bok, zimna woda z kranu na ręce i na nieogoloną gębę patrzącą ponuro z lustra. Gęba krzywi się w czymś w rodzaju uśmiechu i zaraz potem przestaje, bo wygląda idiotycznie. Wycieram ręce o poszarzały ręcznik i wychylam się z łazienki.

— Obiad? — rzucam w przestrzeń.

— Zaraz będzie.

Przechodzi obok, dudniąc głucho na deskach podłogi. Kiedyś odpowiadała zalotnie, figlarnie, dzisiaj tylko mechanicznie i bez emocji. Patrzę w sufit – wygląda, jakby się miał zawalić. W sumie mógłby, prosto na mnie, oszczędziłby mi trochę „radości życia”.

— Zawołaj Zosię!

Na dźwięk imienia córki wstydzę się wcześniejszej myśli. Wychodzę z łazienki i raz jeszcze zerkam na sufit – jednak wypadałoby go naprawić, bo inaczej strych zawali się nam wszystkim na łby. Przechodzę obok klapy wiodącej do piwnicy, do ostatniego, najmniejszego pokoju – na ścianach parę książek, stoliczek, łóżko, na nim siedzi miś i lalka. Uchylam okno.

— Zosia! — drę się na pół ogrodu.

— Idę!

Słyszę gdzieś z prawej strony. Pewnie znów siedzi przy studni, chociaż tyle razy jej mówiłem… Otwierają się drzwi wejściowe, tupią małe buciki. Wpada do mieszkania jak huragan.

— Tata! — Przytula się, a ja targam jej włosy.

Godzinę później stoję nad ciałem żony i kończę podrzynać Zosi gardło. Charczy i trzęsie się w ostatnich spazmach, widzę, jak krew dosłownie odpływa z jej twarzy i wytryskuje z rozciętej tętnicy. Kiedy Zosia jest martwa, wbijam sobie nóż w szyję.

* * *

Nie mam pojęcia, jak było naprawdę. Plotka, która krąży w Internecie mówi właśnie tyle – pewnego razu mężczyzna zabija swoją żonę, dziecko i na koniec popełnia samobójstwo. Nikt nie wie dlaczego. Od tego czasu w domu słychać krzyki pomordowanych, płacz, wołanie o pomoc. Krążąc po tych ruinach, sam czuję się jak duch. Mówię – ruiny, bo z tego domu już wiele nie zostało. Gołe, ceglane mury, popękane niebieskie kafelki, resztki kaflowego pieca i zapadnięty dach, którego ostatnia część wkrótce runie. Wokół belek wyraźny jest węglowy osad – oznaki niedawnego pożaru. Zastanawiam się – piorun czy podpalenie? Możliwe też jest zaprószenie ognia, zapewne sypiają tu bezdomni.

Historia domu po wydarzeniach opisanych w internetowej legendzie jest dosłownie wyryta na ścianach – to daty kolejnych wypraw poszukiwaczy duchów – najstarsza z nich to rok 1971, parę pochodzi z lat osiemdziesiątych, a potem przerwa. Ponowne odwiedziny (przynajmniej te zapisane przez odwiedzających) dom zalicza w latach dziewięćdziesiątych i aż do 2006 roku jest naprawdę oblegany, o ile mogę tak powiedzieć. Domyślam się, że później nie było już potrzeby wydrapywania czegokolwiek na murach, jeśli można to samo (a nawet więcej) napisać w mediach społecznościowych z odpowiednim hashtagiem i okolicznościową fotką z „domu duchów”. Poza tymi śladami, nie znajduję jednak zbyt wiele – ani tu, ani w piwnicy, gdzie leżą tylko skamieniałe worki cementu i zawinięta w siatkę butelka po czystej żołądkowej.

Mnie jednak dręczy cały czas wątpliwość – opowieść się nie składa. Czegoś w niej brakuje, jakiegoś łącznika. Dlaczego pan domu miałby tak po prostu wymordować swoją rodzinę? To po prostu bez sensu.

Nie jest trudno znaleźć odpowiedź, bo dostarcza jej sąsiadka – z początku małomówna, broni się, że tak naprawdę to nic nie wie, nic nie słyszała, ona nie stąd… ale już po chwili okazuje się, że słyszała, a puzzle same wpasowują się w swoje miejsca. Powracam myślami do mojego domu z wyobraźni i tamtej tragicznej chwili. Kobieta nie przestaje mówić, a ja oglądam się na zacienione, dzikie drzewa ukrywające w sobie sekret nawiedzonego domu w Wieliczce pod Krakowem.

Przez chwilę wydaje mi się, że coś słyszę, ale pewnie się zasugerowałem.

A może jednak? Dziecięcy płacz?

Nie, to pewnie kot.

* * *

Słyszę, jak otwierają się drzwi wejściowe, tupią małe buciki. Zosia wpada do mieszkania jak huragan.

— Tata! — Przytula się, a ja targam jej włosy.

Ona tego nie lubi, ale ja uśmiecham się z rozbawieniem i wtedy moją głowę przecina spazm. Chwieję się, niebezpiecznie obciążając chore kolano, zaciskam oczy. Jezu. Jezu Chryste, miej mnie w opiece. Nie chcę znowu…

Zduszam panikę niemal siłą. Obiad, musimy iść na obiad.

Parę minut później siedzimy całą rodziną przy stole. Stukają łyżki, Zosia siorbie, ale nie mam siły jej upominać, staram się nie myśleć o… (nie myśl o tym!), nie chcę o tym myśleć. Skupiam się na zupie, chociaż wcale nie jest dobra. Kiedyś żona gotowała dla mnie z uczuciem, dzisiaj tylko podgrzewa, żeby było co wpieprzyć i co wysrać.

Zaciskam pięść na łyżce i podnoszę na nią wzrok. Nie patrzy na mnie, siedzi jak mechaniczna lala; łyżka w dół, nabrać zupy, łyżka w górę.

Czuję lekkie ukłucie bólu w skroni, po ciele przechodzi dreszcz. Może to nie to? Po prostu coś mnie bierze, zresztą nie ma co się dziwić, zimno tu jak w psiarni.

— Napaliłabyś w piecu — mówię i własny głos wydaje mi się płaski. — Zimno tutaj.

— Nie.

Kątem oka widzę, jak Zosia sztywnieje nad talerzem zupy. Mnie przeszywa kolejna błyskawica, od skroni po łopatki. Definitywnie coś mnie bierze.

— Co „nie”? Chcesz, by mała się pochorowała?

— Nie będę się tykać tego pieca — mówi spokojnie.

— Niby czemu?

— Wiesz czemu.

Zaczynam je słyszeć i czuję jak gdzieś w brzuchu panicznie sklejają mi się jelita. Odsuwam talerz z niedokończoną zupą, usiłując nie patrzeć na drżącą dłoń.

— Co to ma znaczyć?! — Nie panuję już nad głosem. Gdzieś na granicy widzenia Zosia prostuje się sztywno na krześle.

— Wiesz dobrze. Nie będę tykać się pieca przez to, jak pracujesz. To jest grzech!

— Nie przy dziecku!

— Grzech! — powtarza dobitnie, a w mojej głowie rozlega się płacz. Dochodzi już nie tylko z pieca, jak wcześniej. Teraz wychodzi z każdej ściany, z sufitu, z podłogi. Głośny, ogłuszający płacz nienarodzonych dzieci – teraz już wiem, że nigdy nie milkną, po prostu są cicho. Ale coraz częściej nie są, tak jak teraz. Chce mi się wymiotować.

— Wychodzę — mówię słabym głosem.

Wracam, kiedy zapada zmrok. Zataczam się, chociaż nie piłem. Myślałem, że ucieknę, ale im dalej byłem od domu, tym one były głośniej. Ale nawet tu nie przestają. Zwykle cichły po parunastu minutach, teraz mijają godziny i nie potrafię nic zrobić. Jest mi zimno i czuję, że mam gorączkę. Spoglądam szybko na okna, ale są ciemne; stara i Zosia śpią, to dobrze, będzie łatwiej.

Wchodzę do domu, nie zdejmuję nawet butów. Boże, jak tu zimno – z moich ust wydobywają się obłoki pary. Pocieram zgrabiałe palce i podchodzę do pieca. Musi mi być cieplej, to na pewno. Przygotowuję drewno, otwieram drzwiczki i z krzykiem odsuwam się od nich na czworaka, bo z pieca wypadają kości. Setki małych miedniczek, nóżek, paluszków i czaszeczek. Ich płacz grzmi mi w głowie potępieńczo. Moja praca, rozsypana po całym dywanie.

Zrywam się na nogi, nie wytrzymam dłużej. Biegnę do kuchni, kosteczki chrzęszczą mi pod butami, a płody już nie płaczą, lecz krzyczą z bólu. Uwolnię się. Uwolnię nas wszystkich. Biorę nóż, wracam do salonu, otwieram drzwi do sypialni. Stara siada na łóżku, otwiera i zamyka usta, jak ryba – ma tak samo wytrzeszczone oczy. Coś mówi, ale wrzask płodów wszystko zagłusza. Wbijam nóż głęboko w jej pierś. Raz, drugi, trzeci. Stara pada na łóżko, a mnie coś potrąca z tyłu i muszę się bronić, więc macham nożem i patrzę, jak policzek odpada Zosi od twarzy. Mała ze zdziwieniem przykłada dłoń do krwawiącej dziury, ale ja łapię ją już za włosy. Wije się i wierzga, kiedy ją podnoszę i podcinam gardło. Sam ostrzyłem ten nóż, dobrze się spisał.

Pozostałem tylko ja.

Kiedy wbijam ostrze w szyję, płody wreszcie milkną.

* * *

Tak to mogło wyglądać. W historii, którą właśnie usłyszałem, najważniejsze są fakty. Nienarodzone, nieochrzczone dzieci, w tradycji ludowej zwie się niechrzczeńcami – mają dawać o sobie znać tak, jak te tutaj, w domu lekarza, który trudnił się spędzaniem płodów nawet w zaawansowanej ciąży. Małe, nierozumiejące niczego dusze, przez wieczność pozostałe gdzieś na pograniczu, między tym światem a rajem, do którego nie mogą wejść – żaden chrzest nie zmył z nich przecież grzechu pierworodnego.

To właśnie one mają tu straszyć, palone w kaflowym piecu chlebowym przez lekarza, ojca rodziny, mordercę i samobójcę. Historia nawiedzonego domu na ulicy Dobczyckiej wreszcie się domyka – i chociaż sąsiadka zarzeka się, że nigdy nie słyszała płaczu dzieci, to wspomina jednak, że są tacy, którzy opowiadali, że byli świadkami takich manifestacji.

Od dawna jednak panuje tu spokój, co każe mieć nadzieję, że udręczone dusze opuściły ten świat i jedyną pamiątką po nich jest stary, rozsypujący się dom. Jak ma się zresztą okazać, nie jedyny nawiedzony dom w Wieliczce, bowiem zaledwie ulicę dalej znajduję kolejną historię, kolejny dom i kolejne zagubione dusze.

Dom niechrzczonych (Wieliczka)

Magdalena Maria KałużyńskaCięcie

Michałowi Stonawskiemu i Krzysztofowi Bilińskiemu za wyrażenie zgody na wykorzystanie w tekście ich danych osobowych oraz za udostępnienie wyczerpujących materiałów informacyjnych do niniejszego opowiadania, serdecznie dziękuję.

Dzień jest pochmurny i wietrzny. Nad Krakowem co jakiś czas kropi deszcz. Patrząc na ulicę, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nastrój jest wręcz idealny do badania nawiedzonych miejsc.

fragment reportażu Michała StonawskiegoNawiedzony dom w Wieliczce (1)

Michał!

Usłyszał dudnienie, jakby ktoś mówił do niego przez rurę. Ktoś krzyczał przeraźliwie. Kto tak krzyczał? Dudnienie. Jak przez rurę. Albo nie… nie jak przez rurę.

Przecież tak bawią się dzieci.

Zwija się dłoń w piąstkę, przyciska usta do powstałej między palcem wskazującym a kciukiem dziury i stara się jak najwyraźniej coś powiedzieć bardzo poważnym, niskim głosem do ucha towarzysza gry. Oczywiście nic z wyraźnej rozmowy nie wychodzi, jest kupa śmiechu; głos wydobywający się ze zwiniętej dłoni wywołuje łaskoczące wibracje pod skórą. I o to chodzi. O zabawę. A kto, jak nie dzieci, potrafi się bawić w ten sposób… bez wymyślnych zabawek, bez elektroniki oraz…

— Michał!

Tak, dudnienie. Jednak ten dźwięk wcale nie był przyjemny ani tym bardziej nie wywoływał uśmiechu. I nie łaskotał w ucho. To był wrzask. Chłopak chciał otworzyć oczy. Ale nie mógł. Powieki miał strasznie ciężkie. Jak z ołowiu.

Przyklejone od wewnątrz do gałek.

Klejem, ale takim, który wywoływał piekący ból.

„Co się ze mną dzieje…?”

Całe ciało miał bezwładne. Spróbował poruszyć głową. Bezskutecznie. Była jak wielki kamień. To samo z rękami, nogami… Niczym nie mógł ruszyć. Serce przyspieszyło, jego umysł momentalnie zajęła jedna myśl:

„Jestem sparaliżowany!”

— Michał?!

Teraz słyszał normalnie. Już mu w uszach nie dudniło.

„Co jest?!”

— Jezu, chłopie…

„Jestem sparaliżowany!”

— Nie wiem, co robić, cholera! Michał!

Ktoś do niego mówił. Czy krzyczał. Słyszał wyraźnie głos przedzierający się przez plątaninę panicznych myśli. Męski głos. Znajomy… Na pewno! Tylko teraz jakoś nie mógł sobie przypomnieć, do kogo należał. Z wielkim trudem udało mu się poruszyć powiekami. A raczej samymi gałkami ocznymi, bez unoszenia powiek. Z lewej strony do prawej. I z powrotem. Kilka razy. Ale trwało to chyba wieki.

— Żyjesz! Jak to dobrze… jak dobrze!

Poczuł falę pulsującego ciepła ogarniającą głowę. Czucie zaczęło wracać. Nie był sparaliżowany. Mimo to nie mógł się ruszyć. Docierała do niego świadomość dziwnego odrętwienia.

„Może to sen?”

Wielokrotnie budził się w środku nocy w dziwnej pozycji z przygniecioną ręką, na której spał, albo ze zdrętwiałą nogą, którą źle ułożył. Kilka minut mijało, zanim krew ponownie mogła popłynąć w żyłach. Zanim odzyskał czucie w ogarniętych bezwładem częściach ciała, najpierw ów bezwład zmieniał się w ciepło, ciepło w mrowienie, mrowienie w delikatne kłucie, kłucie niekiedy w ból.

I tak było tym razem.

„Jednak to nie sen…”

Michał jęknął cicho. Odrętwienie bardzo wolno, stopniowo, poczynając od czubka głowy, schodziło z jego ciała.

Ciepło w mrowienie, mrowienie w delikatne kłucie, kłucie niekiedy w ból…

Ból pulsował na początku w potylicy, przelał się na kręgosłup, dotarł do lędźwi, tylnej części ud, łydek. Jakby ktoś polewał go wrzątkiem. Z góry do dołu, z dołu do góry. I jeszcze raz.

I jeszcze.

Ale tylko po plecach.

„Boli! Jak strasznie boli!”

Zamiast krzyku z jego rozchylonych ust dobiegł kolejny jęk.

— Nic nie mów, nic nie mów… — Głos był wyraźnie zdenerwowany. — Nic nie mów… nic nie mów — powtarzał w kółko. — Nic nie mów.

Ciężar powiek ustępował. W końcu udało mu się otworzyć oczy.

Bardzo wolno zamrugał.

Zobaczył… biel. Ścianę rażącej bieli.

Biała zasłona zaraz przeszła w mgłę. Zupełnie jak kiedyś u okulisty. Wtedy za mocno przycisnął oczy dłońmi, a kiedy je otworzył, przez kilka sekund tak widział. Jak przez mgłę.

„Ale ja nie jestem u okulisty”.

Bardzo długo trwało, zanim wróciła mu całkowita ostrość widzenia. Kilka łez spłynęło po twarzy.

Widział już wszystko wyraźnie.

„To sufit? Nie, to ten dach. Pokrycie od środka. Dziurawy dach, osmolone belki i te brudne ściany, fragmenty muru, szarego… na nim bohomazy kredą albo wydrapane…”, myślał intensywnie. „Nie śpię, nie jestem również u okulisty, tylko wciąż w tej śmierdzącej, zamokłej ruderze”.

Leżał na ziemi w zrujnowanym, przedwojennym domu, do którego przyjechał z Krzysztofem jakiś czas temu… Miał do siebie o to pretensje.

„To był głupi pomysł, tu przyjechać. Co to za miejsce w ogóle? Kogo ono zainteresuje? Nic tu nie ma ciekawego. Nie ma! Miałeś rację. Rudera. Śmierdzi moczem, i to wcale nie kocim, trzy ściany na krzyż, rumowisko, śmiecie, w środku rośnie drzewo, krzaki. I te napisy na brudnych ścianach… «Fuck off», serduszka, kto kogo kocha, jakieś daty…”

Michał jęknął.

— Nic nie mów, nic nie mów… — Głos to przybliżał się, to oddalał. — Proszę cię, chłopie, nic nie mów… będzie dobrze. Ale nic nie mów.

To był Krzysztof. Nachylał się nad kolegą. To znaczy raz klęczał, potem wstawał, nasłuchując, ponownie się nachylał. Trzęsły mu się ręce. Był bardzo zdenerwowany.

— Słyszysz mnie? — zapytał. — Widzisz mnie? Nic nie mów! Mrugnij raz, jeżeli tak.

„Co? Słyszę cię, widzę… Chyba powinienem mrugnąć dwa razy. Nic nie powiem”.

— No, mrugnij, no!

Mrugnął.

„Zadowolony?”

Krzysztof odetchnął z ulgą. Otarł dłonią czoło, zostawiając na skórze szare smugi. Miał brudne dłonie.

— Cholera, ale mnie wystraszyłeś! Ale mnie wystraszyłeś!

„Ja wystraszyłem?! Czym?”

— Nie mogę ciebie ruszyć. Nie mogę… Leż tak. Wytrzymasz? Wytrzymaj jeszcze trochę, dobrze? Wytrzymaj.

Michał przesuwał ręką po ziemi. Wydawało mu się, że rusza się jak mucha w smole. Milimetr po milimetrze; milimetr na godzinę.

„Liście, patyki, coś szorstkiego, coś twardego, nawet dużo kawałków twardych, szorstkich z jednej strony, gładkich z drugiej, ostro zakończonych… Szkło? Nie, to nie może być szkło. Szkło jest gładkie z obu stron. Butelka leżała gdzie indziej, chyba. I to nie jedna. Kamienie? Nie, nie, to nie kamienie. Cegły? Są tu i cegły. Są tu te cholerne, wbijające mi się w plecy, brudne, śmierdzące, zasikane cegły… Co ja tu robię?! Dlaczego?”

Leżał na kupie gruzu i śmieci. Cegieł, ziemi, kawałków jakichś kamieni, liści, połamanych dachówek. Wbijał wzrok w dach. Czuł już o wiele więcej. Suchość w gardle, sztywny język, smak krwi w ustach, rytmiczny szum w uszach. Bolało go wszystko, każdy centymetr ciała. Mógłby przysiąc, że bolały go nawet włosy.

„Ale mi ciasno w głowie…”

Krzysztof coś mówił, ale Michał już go nie słyszał.

„Ale mi ciasno w głowie…”

Czaszkę otoczyła jakby żelazna obręcz, zaciskana coraz bardziej, mocniej i ściślej.

— Michał?

„Ale mi ciasno w głowie…”

Stracił przytomność. Widząc to, jego kolega zaklął siarczyście, wciąż trzęsącymi się dłońmi nacisnął klawisz ponownego połączenia z ostatnio wybieranym numerem telefonu. Jednak po kilku sekundach anulował wybieranie.

— Nareszcie!

Zbliżał się charakterystyczny wyjący dźwięk syreny. Pod ogrodzenie domu przy ulicy Dobczyckiej podjechała rozświetlona karetka pogotowia.

— Tutaj! Jesteśmy tutaj! — Krzysiek chyba pierwszy raz w życiu tak się wydzierał, na całe gardło. — Tutaj! Najpierw bramą, potem dziurą wchodźcie! — Chciał, żeby ratownicy medyczni i lekarz jak najszybciej ich znaleźli. Jak najszybciej zabrali Michała do szpitala. Krwi na cegłach, pod głową kolegi, przybywało.

Krzysztof nie wierzył własnym oczom.

— Bramą trzeba wchodzić! Potem przez dziurę w siatce! — darł się jak opętany. — Rany boskie! Nie wierzę, nie wierzę…

„To uwierz. Uwierz. Cóż może być bardziej realnego? Cierpienie fizyczne, krew na ustach, krew na dłoniach, strzaskane ciało… Twarda rzeczywistość. Cholera, ale boli”.

Przecież nic nie wskazywało na to, że przebywanie w tym miejscu może skończyć się tak tragicznie. Jeszcze kilka minut wcześniej łazili z Michałem po tym zdewastowanym domu. Chyba każdy normalnie myślący człowiek wie, jak się w takich miejscach zachowywać. Bez żadnych ostrzeżeń wiadomo, że w tego typu ruderach trzeba uważać. Coś może spaść na głowę, jakaś samotna dachówka, kawałek cegły, deska. Trzeba ostrożnie stawiać każdy krok. Zarówno w domu, jak i na zewnątrz. Wyjątkowo uważnie należało poruszać się po ogrodzie. Albo po czymś, co kiedyś prawdopodobnie było ogrodem, częściowo może sadem; rosły tu drzewa owocowe. Teraz zapuszczone, zaniedbane.

Cała okolica była zaniedbana. Wokół ruin domu rozpleniła się plątanina chwastów, wysokich, ostrych traw, suchych, sterczących badyli. Gąszcz wyglądał, jakby skrywał wiele niespodzianek. W tym nieprzyjemnych. I tu by się zgadzało. Największym i najniebezpieczniejszym znaleziskiem był nagle wychylający się z traw otwarty wlot do studni.

— Można się nieźle załatwić — szepnął Krzysztof, zaglądając do nisko osadzonych, szarych, betonowych kręgów. Gdzieś w dole filuternie migotało świetlistymi refleksami czarne koło. Brudna, zaśmiecona liśćmi i kawałkami gałęzi, tafla wody. — Wygląda jak płynna smoła… — Zrobił kilka zdjęć.

— Sceneria prawie jak z klasycznego horroru — stwierdził Michał kwaśno. — Takiego, wiesz, z niedopowiedzeniami i grą nastrojów wywołaną światłocieniami, muzyką… — Nachylił się, zaglądając do studni. Nagrywał wszystko nową kamerą kolegi. — Może ta czarna woda coś w sobie kryje? Coś niesamowitego i naprawdę strasznego?

Krzysztof spróbował zmienić temat:

— I jak kamera?

— Fajny sprzęt, fajny.

— Nagrywaj, nagrywaj.

— Nie zmieniaj tematu… Sceneria prawie jak z horroru, ale „prawie robi wielką różnicę”, jak mówi reklama pewnego piwa.

— O, dobry pomysł. Piwa bym się napił. Zimnego. Ale, ale. Najpierw praca, potem przyjemność.

— Marzenia — westchnął Michał.

— Nudno tu. Monotonnie.

— Faktycznie. Marzy mi się jakaś historia, naprawdę straszna, tak do kości. Związana z tym miejscem. Z tym domem. Z tymi wszystkimi śmieciami tutaj.

— Realna, ale mrożąca krew w żyłach, tak?

— Tak!

— Mroczne, nawiedzone śmiecie.

Krzysztof stwierdził, że mimo nadprodukcji wyobraźni Michała, w zarośniętym ogrodzie, oprócz chwastów i ukrytej betonowej studni, nie ma żadnych rewelacji i nieważne, jak długo będą łazić po chaszczach, nic nowego nie znajdą. Stwierdził również, że jeżeli jakiś pisarz obierze sobie ruderę przy ulicy Dobczyckiej w Wieliczce na kanwę swojego opowiadania do projektu, to ów nieszczęśnik będzie się musiał nieźle namęczyć i nagimnastykować, żeby wykorzystać tę miejscówkę albo odnośniki do niej w jakiejś mrożącej krew w żyłach historii z elementami nadprzyrodzonymi…

— Myślę, że jakiś autor poradzi sobie z tym domem — skwitował Michał, wieszając kamerę na szyi i wyjmując notes z tylnej kieszeni spodni.

— Resztkami domu, jeżeli już.

„Może… może w tej studni ktoś się utopił, przypadkowo albo specjalnie… może ktoś tam jeszcze nawet jest…”, zapisywał w notesie szybko, prawie nerwowo, idąc kilka kroków za kolegą.

— Rezydent tych betonowych kręgów wynurza się ze studni, opuszcza brudną wodę, ale wychodzi tylko w czasie bezgwiezdnej, bezksiężycowej nocy — kontynuował Michał grobowym głosem. — Najlepiej, kiedy gęste, brzemienne deszczem chmury zakrywają niebo. Wydostaje się, niezauważony pełznie w wysokiej trawie i osłonięty ciemnością bezszelestnie skrada się pod okna okolicznych domostw, zagląda przez okna na parterze, używa swoich mokrych, lepkich dłoni jako ssawek, wspina się po murze… Jest zwinny niczym jaszczurka, zagląda przez okna na piętrach, szukając jakiegoś niedomkniętego. A kiedy znajdzie, wślizguje się przez najmniejszą nawet szparę, oplata śpiącą osobę zupełnie jak bluszcz cienki pień drzewa i grzeje wtedy swoje martwe, zimne, oślizgłe ciało, to stworzenie studzienne, uchodzącym ze śpiącego człowieka życiem. Zostawia jednak słaby, drżący płomyk żywota, ale tylko po to, by za jakiś czas, gdy ofiara odzyska pełnię sił, wrócić do tego samego domu, do tego samego łóżka i do tego samego ciała, ogrzać się nim, pożywić ponownie…

— Weź zainwestuj w dyktafon.

Biliński zrobił zdjęcie tabliczce przyczepionej do murowanej ściany domu. Napis głosił:

UWAGA!BUDYNEK GROZI ZAWALENIEM

— Tam oj, tam oj. — Usłyszał w odpowiedzi. — Dyktafon to ja zaraz zgubię.

— A kartki nie zgubisz?

Michał stwierdził, że kartka to co innego. Dodał również, że pomysł ze studnią oraz jej mieszkańcem jest w horrorach raczej wyeksploatowany. I że à propos domu na Dobczyckiej, to on by chciał coś oryginalnego… coś innego… i tak tylko sobie czasami pewne sprawy po prostu wyobraża.

— He, he. Potworny rezydent studni. Może i pomysł niezbyt oryginalny. Ale ciekawy.

— Mówię, jak jest. Jak nie ma, skoro jest.

— Jakoś sobie tego nie wyobrażam.

Krzysztof nie wyobrażał sobie też tego, że za kilka minut znajdzie swojego kolegę nieprzytomnego, leżącego na zakrwawionej kupie gruzu. Nie wyobrażał sobie nawet, że Michał będzie miał strzaskaną głowę, rozrzucone ręce i nogi, poplamioną krwią twarz. Nie wyobrażał sobie nawet, że stanie na krawędzi paniki, tak ogromnego strachu, jakiego nie czuł jeszcze nigdy w życiu. Ani że mimo to, widząc ciężko rannego przyjaciela, zachowa rozsądek. Mimo rozsadzających go i paraliżujących emocji oraz nerwów zachowa zimną krew i żeby uratować życie ulatujące z Michała wraz z powiększającą się krwistą plamą, natychmiast zadzwoni po ambulans.

— Pana kolega jest teraz na sali operacyjnej — poinformował bardzo wysoki mężczyzna w białym fartuchu. — Jest w dobrych rękach. Po operacji przeniesiemy go na OIOM i jeszcze tu z nami zostanie. Trzeba zawiadomić jego bliskich. Zrobi to pan?

— Tak, oczywiście.

— Ale uprzedzam, proszę również poinformować, że na gromadne odwiedziny jest o wiele za wcześnie. Chory jeszcze długo nie będzie mógł przyjmować żadnych gości, musi mieć zapewniony spokój. A przynajmniej brak bodźców mogących podnieść mu nagle ciśnienie. Zresztą, pacjentów w stanie ciężkim nie pozwalamy odwiedzać. Szczególnie na początku, kiedy poddajemy ich zabiegom i są w śpiączce.

— To nie obudził się po przywiezieniu? — palnął Krzysztof.

— Obudził, nawet pięć razy. Każdorazowo na kilka do kilkunastu sekund. To bardzo dobrze, że chwilami odzyskiwał świadomość. To daje nadzieję. Z tym, że zanim się uporamy z wewnętrznymi obrażeniami, musi być utrzymywany w stanie śpiączki farmakologicznej.

Mężczyzna miał na górnej kieszeni fartucha niebieską nicią wyszyty napis: „ordynator oddziału”. Wskazał Krzysztofowi krzesło. Biliński usiadł. Mało powiedziane, opadł ciężko na siedzenie. Przyglądał się lekarzowi. Przemknęło mu przez głowę coś dziwnego, jakby wyłapał czyjąś myśl. Aż dostał gęsiej skórki.

„On nie wygląda jak lekarz, prawda? Przypomina aktora grającego lekarza w jakimś filmie albo telewizyjnym serialu”.

„A co ja jestem, radioodbiornik na ludzkie myśli?”

„On wygląda na zawodnika koszykówki! Gracza NBA, zawodowca biegającego w reklamowanych butach sportowych, odstawiającego show na boisku, czy też, niekiedy, dla zabawy podwieszającego się na obramowaniu kosza… Wyczynowiec. Brakowało tylko, żeby miał ciemną skórę. Koszykarz…”

— Pan Michał ma wstrząśnienie mózgu, obrzęk, pękniętą podstawę czaszki, pęknięcie jest wielokrotne, ale bez krwiaka… — Głos lekarza przerwał rozmyślania Bilińskiego. — Frontal zgnieciony, również pęknięty, miejmy nadzieję, że tu też unikniemy krwiaka i że nie będzie żadnych krwotoków wewnętrznych. Jeden już opanowaliśmy. Nie było łatwo, przyznam.

— Rany boskie! — Krzysztof nie wiedział, czy w ten sposób zareagował na kłębowisko myśli w jego głowie, czy na opis obrażeń Michała.

— Złamane oba obojczyki, żebra, odpryski kości przebiły płuco — wyliczał ordynator.

— To straszne… Co ja mam robić?

— Już pan zrobił. Uratował pan koledze życie. Liczyła się dosłownie każda sekunda. A pan wezwał karetkę natychmiast.

— Zareagowałem instynktownie. Z tym że… Panie doktorze, ja nic z tego nie rozumiem.

— Z czego?

— Ja nie wiem… ja nie wiem, co się tam… co się z nim stało!

— Ciężkie obrażenia organów wewnętrznych pana kolegi oraz złamania kości wskazują, że miał poważny wypadek spowodowany działaniem jakiejś ogromnej siły — stwierdził ordynator.

— Co to znaczy?

— Jeżeli pana kolega nie brał udziału w kolizji pojazdów mechanicznych, na przykład w wypadku komunikacyjnym, samochodowym, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że przeżył upadek ze znacznej wysokości.

— Spadł?!

— Tak, z kilku metrów.

— Co?!

— Spadł z kilku metrów… — powtórzył lekarz spokojnie. — Na twarde podłoże.

— Ale jak to?!

— Biorąc pod uwagę miejsce, gdzie panowie przebywali… — Potarł czoło palcami, wyraźnie nad czymś się zastanawiając. — Poza tym ratownik mówił, że ranny leżał w charakterystycznej dla upadku pozycji. — Usiadł za biurkiem, przełożył stertę papierów z lewej na prawą stronę.

— Wszystko wskazuje na to, że pan Michał spadł z dachu tamtego domu — powiedział po chwili.

— Jakiego domu… przecież to jest śmierdząca rudera jakaś! — warknął Biliński. — Jak to spadł z dachu?!

— Tym razem ja zadam panu pytanie… Dlaczego w ogóle tam pojechaliście?

Krzysztof z szybkością karabinu maszynowego streścił ordynatorowi cel wizyty w domu przy ulicy Dobczyckiej. Lekarz słuchał w skupieniu, od czasu do czasu kiwając głową.

— Naprawdę zaczynam żałować, że tam pojechaliśmy!

— Proszę się uspokoić. Nerwy Michałowi nie pomogą, natomiast panu na pewno zaszkodzą.

— Przepraszam. Ja po prostu nie wiem, co się stało! I co najważniejsze: kiedy to się stało!

— Jak to… kiedy?

— Normalnie. Kiedy. Nic mi się nie zgadza.

Lekarz spojrzał na zegarek.

— Chodziliśmy po tej ruderze w kółko…

— Kojarzę to miejsce.

— Bród, smród, chwasty, robaki, kibel i wylęgarnia kwaśnych wymiocin okolicznych lumpów.

— Bardzo realistyczny opis.

— Dziękuję. W domu znalazłem wejście do piwnicy, krzyknąłem do Michała, że wejdę do środka, odkrzyknął, że skończy pisać, bo jeszcze przy tej obrzydliwej studni zaczął wymyślać jakąś historię z topielcem czy rezydentem.

— Z rezydentem studni? — Lekarz uniósł brwi.

— Tak.

— Mhm. Projekt literacki.

— Właśnie. Jak panu mówiłem. Michał wtedy krzyknął, że skończy pisać, odpali kamerę i za pięć sekund do mnie przyjdzie, że dostał kopa weny w rzyć. — Krzysztof mówił szybko, drżącym głosem. — Pamiętam, że stojąc na tych cholernych schodkach do tej głupiej piwnicy, wydarłem się jak debil, czy nie ma przypadkiem latarki. Odkrzyknął, że latarka jest w samochodzie i że to ja mam kluczyki. To nie poszedłem do piwnicy, tak? Tylko do wyjścia… i wtedy znalazłem go leżącego na tych cholernych cegłach!

— Bardzo dziwne…

— Mało powiedziane. A co by było, gdybym jednak poszedł do tej piwnicy? Bez latarki? Po co w ogóle mi była ta latarka? W środku dnia? Widzi pan, ja nie wierzę w takie rzeczy, ale… coś mnie jakby tknęło!

— Gdyby pan nie znalazł kolegi wtedy, to by się wykrwawił na śmierć.

Krzysztof zbladł. Najpierw był czerwony jak burak — z wściekłości. Teraz biały jak ściana.

— I mimo całego nieprawdopodobieństwa sytuacji uważam, że mieli panowie wielkie szczęście — stwierdził lekarz. — Przecież tamten dom mógł się w każdej chwili zawalić.

— Obrażenia wewnętrzne Michała świadczą o tym, że spadł — szepnął Biliński.

— Tak jest.

— Mówił pan, że kojarzy tę ruderę.

— Kojarzę.

— Dlatego wyjaśnię, że to jakaś bzdura ze spadaniem z dachu.

— Bzdura? — Lekarz ponownie spojrzał na zegarek. — Dlaczego?

— Po pierwsze, po co tam włazić w ogóle?

Biliński liczył na rozstawionych palcach; mózg pracował na wysokich obrotach. Analizował wszystko w mgnieniu oka, błyskawicznie kojarzył fakty i był święcie przekonany, że ma rację.

— Po drugie, rękę sobie daję uciąć, że od momentu, kiedy straciłem Michała z oczu, minęła najwyżej minuta, góra dwie. Powtarzam, najwyżej. Nie patrzyłem na zegarek, ale kojarzę, ile to mogło trwać. Krótko. Po trzecie, cały czas mieliśmy kontakt głosowy. On tam stał i pisał o studni! Po czwarte, nie ruszył się nawet o centymetr! Zostawiłem go piszącego tę głupią historię o głupim topielcu w tym głupim notesie przy tej głupiej kupie gruzu i przy tej głupiej kupie go znalazłem. Poprawka, znalazłem go leżącego na głupiej kupie gruzu. A najciekawsze: po piąte, z jakiej wysokości trzeba spaść, żeby roztrzaskać się do takiego stopnia? — zapytał. — Nie wiem, czy ten cały dom, licząc z kominem, jest aż tak wysoki. Wszedł na komin? A może jakimś cudem się tam teleportował?

Lekarz słuchał w skupieniu.

— Bo niby kiedy wszedł na dach? — kontynuował rozważania Krzysztof. — I jak tam wszedł? Nawet jeżeli jakimś sposobem… Nie! To niemożliwe! Gdyby właził, wspinał się czy coś, to bym chyba słyszał. Gdyby spadał, to bym chyba coś słyszał, prawda?

— Owszem.

— Dach się trzyma, jak to zresztą sam Michał określił, na słowo honoru. Ledwo co wiatr mocniej zawieje, a dachówki i kawałki belek same spadają. Cały ten… nazwijmy go dom, trzyma się na słowo honoru. Tam nie da się postawić stopy, żeby coś pod nią nie zaszeleściło, trzasnęło albo pękło! Tam jest pełno dachówek, gruzu, śmieci, butelek. Co krok, co ruch, co nawet jakaś mysz przebiegnie, to jakiś dźwięk. A poza tym, słowo honoru dotyczy nie tylko dachu, z którego niby Michał spadł. Słowo honoru, to ja mogę panu dać, że…

— To bez sensu — dokończył ordynator.

— To fizycznie niemożliwe.

Lekarz kiwnął głową.

— Co tam się stało? — zapytał Biliński cicho. Bolała go głowa.

„Jeszcze trochę takich zdarzeń i zwariuję”, pomyślał. „Michał jest w szpitalu, leży nieprzytomny, a ja słyszę jego głos. Jakby tu siedział obok. Jeżeli powiem temu lekarzowi, że słyszę głosy, to na bank wyląduję na oddziale zamkniętym… Ale perspektywa!”

„Dlaczego masz mu mówić, że mnie słyszysz? Przecież to nie ksiądz, a ty nie jesteś na spowiedzi”, usłyszał w głowie głos Michała.

— Mam dosyć — stęknął.

„On wygląda jak koszykarz!”

Miał już dosyć. Tego dnia, tego całego mrocznego literackiego projektu. Czuł się zagubiony, zmęczony, zniechęcony, zły… I chciał cofnąć czas.

Tylko że czasu, niestety, nie można było cofnąć.

— Doskonale pana rozumiem. Kolega może i by nam przedstawił szczegóły wypadku, ale z wiadomych względów nic nie powie. — Ordynator wstał. — Jego życie i zdrowie jest przecież ważniejsze niż jakieś projekty literackie o rzekomo nawiedzonych domach, prawda?

— Prawda.

Biliński nadal siedział, spojrzał na lekarza. Z tej perspektywy mężczyzna wydał mu się tak wysoki, że aż za bardzo.

„Rzeczywiście, brakuje mu tylko koszulki, spodenek, piłki, boiska do koszykówki…”, myślał. „Rzeczywiście, zaczynam bredzić”.

— Proszę mi wybaczyć, muszę iść, obowiązki wzywają, sam pan rozumie.

— Oczywiście. — Krzysztof sposępniał, również wstając. Uścisnęli sobie dłonie na pożegnanie.

Nie od razu wyszedł ze szpitala. Na korytarzu bardzo długo stał przy oknie. Kupił napój gazowany w automacie, a w aptece środki przeciwbólowe. Połknął tabletkę, łapczywie wypił słodki gazowany napój. Skrzywił się. Nie lubił słodkich napojów, ale był spragniony. Potem bardzo długo siedział w samochodzie. Patrzył na przyszpitalny, ogromny parking, z którego raz za razem odjeżdżały auta i przyjeżdżały kolejne. Zerkał na kamerę leżącą na siedzeniu pasażera. Kiedy znalazł Michała leżącego na kupie gruzu, kamera zawieszona na szyi kolegi cały czas nagrywała. Przeszła w stan uśpienia dopiero niedawno, tuż przed wyładowaniem akumulatora. Kiedy opadły emocje, Krzysztof sobie to uświadomił. A dokładniej po wyjściu z pokoju lekarskiego, po rozmowie z ordynatorem.

„Lepiej późno niż wcale”.

Kamera prawie cały czas pracowała. Michał twierdził, że włączył pauzę. Ale widocznie wcisnął jakiś inny przycisk. Albo nic nie wcisnął, miał zamiar… albo zapomniał, bo był zaaferowany nagłym – jak to określił – kopem weny w rzyć.

„Dam radę obejrzeć ten film czy wymięknę?”

Krzysztof uśmiechnął się do siebie boleśnie. To znaczy chciał się uśmiechnąć, ale zamiast tego na usta wpłynął mu nieokreślony grymas.

„Skoro się powiedziało A… i tak dalej. Nie wymiękać… Cholera, rzeczywiście, Michał miał rację, sceny jak z klasycznego horroru”.

Biliński przekręcił kluczyk w stacyjce. Było mu niedobrze, słabo, miał zawroty głowy.

„To z głodu”, myślał, wyjeżdżając z parkingu. „Na pewno”. Jeszcze nic dzisiaj nie jadł. Głowa bolała go na pewno z głodu.

„Bo chyba nie ze strachu, co? Krzysiek…”

Przypomniał sobie, jak kilka godzin wcześniej zaparkował samochód przy ulicy Dobczyckiej. Pierwsze, co mu się rzuciło w oczy, to brak wejścia na posesję. Nie było ani furtki, ani bramy, tylko w wielu miejscach rozerwana siatka. I niby nic w tym dziwnego, gdyby te mniejsze lub większe dziury nie były zadrutowane. Dom zrujnowany, chwasty wysokie, rozwalające się, zardzewiałe, ale połatane ogrodzenie. Wszystko wyglądało gorzej niż fatalnie. Sprawiało odpychające wrażenie. Dodatkowo, chyba dla wzmocnienia prowizorycznego cerowania poszarpanej siatki, ktoś między zardzewiały drut powtykał kawałki brudnych, zgniłych desek, a nawet powyginane kawałki blachy. Z niektórych desek wystawały poczerniałe gwoździe… Biliński wzdrygnął się na samo wyobrażenie próby pokonania tej przeszkody. „Do tego trzeba być akrobatą”, pomyślał. Nie dość, że rozerwałby ubranie o te wystające z desek gwoździe czy kawałki blachy, to na pewno podrapałby skórę aż do krwi. I zakażenie gotowe. Jakiś przechodzący obok mężczyzna zagadnął wtedy Krzysztofa i poinformował, że droga na zarośniętą działkę prowadzi przez furtkę sąsiadującej posesji.

— Pan się nie przejmuje, pan wchodzi tędy, tędy jest zawsze otwarta. — Spacerowicz kiwnął ręką, wskazując drewnianą furtkę. — Kiedyś te dwa domy stały na jednej działce, wie pan? Ale potem się odgrodzili.

Krzysztof patrzył wtedy na bramę obudowaną ogromnym, szerokim, kamiennym łukiem jak zauroczony. Na uszkodzoną lampę złowieszczo dyndającą nad głowami wchodzących ludzi. Klosz był stylizowany na uliczną starą, czarną latarnię. Taką jeszcze na gaz. Brama bezpośrednio nie prowadziła do ruin domu, ale Krzysztof ani trochę się nie zdziwił, że ta kanciasta lampa wisząca nad wejściem była zepsuta, metalowe części szkieletu jej klosza powyginane, szybki pęknięte albo zbite, sterczące kable…

Powiedział to głośno. Słysząc jego słowa, Stonawski podniósł jakiś kijek, stuknął nim kilka razy w rozwalony klosz. Lampa rozkołysała się mocno.

— A brama piekieł jak stoi, tak stała, mimo że zębem nadgryziona czarcia posesja cała…

— Mrocznego przedsionka grzesznych zaświatów tu wypatrujesz, panie Michale?

— Zaiste, panie Krzysztofie, zaiste.

— Zali w cuda wierzysz?

— Nie potwierdzam, nie zaprzeczam.

Michał nie powiedział tego głośno, ale spodziewał się, że ten stary klosz rozbłyśnie. I ta myśl jakoś go nawet nie zdziwiła.

„Może powinna zdziwić. Przecież ta stara lampa nie była podłączona do prądu, nie miała nawet wkręconej żarówki”.

Minęli kamienną bramę. Po kilku krokach, przechodząc przez niczym niezabezpieczoną i niezadrutowaną dziurę, byli już za ogrodzeniem zrujnowanego domu.

— Boże, ale dzicz! — syknął Michał, wpadając od razu po pas w gęste, wysokie trawy. — Gdybym wiedział, to bym wziął maczetę.

— Trzeba było. Bóg o tym miejscu raczej zapomniał. — Biliński ostrożnie wyjął aparat z futerału. — Co mamy?

— Kilka teorii mogących posłużyć za kanwę do całkiem niezłych opowiadań.

— Pierwsza teoria?

— Pijacka burda.

— A dokładniej?

— Nóż w rękach męża, zaszlachtowana żona i dziecko, samobójstwo sprawcy. Następnie krzyki w nocy, jakieś dziwne odgłosy, kroki, światła.

— Mhm, Amityville po polsku.

— Tak jakby.

— A druga teoria?

— Legalnie lekarz, nielegalnie aborcje, ale wszystkie… nawet w ciąży wysokiej. To znaczy?

— Od piątego miesiąca. Oprócz zabiegów robił operacje w tym domu?

— Chyba tak, aborcje, operacje. Płody palił w piecu chlebowym, szczątki dzieci wrzucał do studni albo zakopywał w ogrodzie.

— Rany boskie… — jęknął Biliński.

Nie jęknął dlatego, że podczas robienia zdjęć zaroślom co rusz w coś wdeptywał, coś mu się plątało pod nogami, utrudniając swobodę ruchów.

Nie jęknął też dlatego, że podczas łażenia w kółko po zaroślach o mało nie wpadł do niczym nieosłoniętej, betonowej studni.

Jęknął, ponieważ ta domniemana historia o mordowanych dzieciach palonych w piecu chlebowym jakoś od razu utkwiła mu w głowie.

— Obrzydliwe i makabryczne. Idealna historia. A jaka jest kolejna teoria? — zapytał.

— „Że oprócz okolicznych lumpów i robactwa nikt i nic tego domu nie nawiedza, a opowieść o duchach i nocnych odgłosach miała przyciągnąć chętnych do kupna posesji mającej własną, straszną historię” — czytał z kartki Michał.

— Jak widać, chętnych zabrakło. — Krzysztof odjał aparat od twarzy i się rozejrzał. — To nie Stany Zjednoczone, gdzie w co drugiej agencji nieruchomości jest specjalna kategoria dla domów nawiedzanych przez siły nieczyste. Albo i czyste.

— Słyszałem. Nawet dom z Amityville jest do sprzedania.

— W Polsce amatorów tego rodzaju ekstremalnych doznań, jakimi jest mieszkanie z duchami, nie ma widocznie aż tak wielu.

— Potencjał rynku nieruchomości niewykorzystany w temacie.

A szkoda.

— Żebyś wiedział.

— Niewykorzystany, stojący odłogiem. — Michał zakreślił ramieniem okrąg w powietrzu. — Gdyby wziąć się tutaj do roboty, to byłoby pięknie. Ogród doprowadzić do porządku, tam chyba jest jabłoń, widzisz? Można by było ruderę odbudować, świetność przywrócić — perorował. — W przypadku jakichś duchów albo zmor należy wezwać egzorcystę i po kłopocie! Ha!

— Żeby to było takie proste…

— Jest!

— Masz taki zapał, że aż ci się oczy świecą. Bierzmy się lepiej do roboty. Projekt czeka.

Biliński podał koledze kamerę, tamten ujął sprzęt delikatnie obiema dłońmi. Zawahał się.

— Co jest?

Michał westchnął.

— Czy my się przypadkiem nie porywamy z motyką na słońce?

— Boisz się? Teraz mi to mówisz?

— Tam oj, tam oj.

— Czyli się boisz…

— Może ździebełko, może troszeczkę.

— Nie można być za bardzo bogatym i nie można się bać ździebko, może troszeczkę. O co chodzi?

— Jeżeli projekt nie wypali?

— Wątpliwości, wątpliwości, normalna rzecz — mamrotał Krzysztof, robiąc kilka zdjęć muru. — Nie taki diabeł straszny, jak go malują.

— Mówisz teraz o autorach zaproszonych do pisania opowiadań?

Krzysztof parsknął szczerym śmiechem. Długo trwało, zanim się uspokoił i przestał trząść.

— Tylko głupcy się nie boją. Strach to normalne uczucie, ble, ble, ble, z tym że machina już ruszyła, ble, ble, ble, ludzie się zaangażowali, aktorzy, ekipa i reżyser na planie, ble, ble, ble, skoro się powiedziało A, to należy powiedzieć… co należy powiedzieć?

— Be — padła odpowiedź.

— Albo nawet niekiedy należy beczeć jak ta owca malowana. Be, be, be.

Na twarz Stonawskiego wypłynął promienny uśmiech.

— Na koniec życiowa mądrość, Michał. Najważniejsze: cokolwiek by się działo, nie można wymiękać. Powtórz!

— Nie można wymiękać.

— No.

— No.

Projekt literacki. Poważny, z prawdziwym merytorycznym riserczem, reportażami, rycinami, zdjęciami. Książka drukowana, pachnąca i szeleszcząca. O nawiedzonych miejscach w Krakowie, mrocznych, złych zakamarkach, dusznych, przeklętych, wyklętych i zapomnianych, wypartych z ludzkiej świadomości. Takich miejscach, o których nie mówi się głośno.

Taki był plan. Takie było zamierzenie.

Krzysztof Biliński oraz Michał Stonawski zdobyli kilkanaście adresów, a w przypadku braku tychże – danych geograficznych rzekomo nawiedzanych obiektów i miejsc z Krakowa oraz okolic. Zbierali informacje. Pytali wszystkich ludzi, których można było spytać i którzy chcieli coś powiedzieć. Jedni odpowiadali chętnie, inni uśmiechali się pobłażliwie, jeszcze inni w ogóle nie chcieli nic słyszeć o rozmowie na temat nawiedzonych miejsc, pozostali interesowali się wynagrodzeniem za wywiad. Pytali ludzi mieszkających w pobliżu, przechodniów, kogokolwiek, kto był w zasięgu, kto mógł cokolwiek wiedzieć. Czy może istnieją, istniały albo ktokolwiek zna jakieś historie związane z domami, mostami, a może fragmentem lasu, nawet nawiedzonym parkiem? Była też kamienica, kilka pojedynczych mieszkań, hala produkcyjna, pomieszczenia przemysłowe. Do wyboru, do koloru.

— Duchy, zjawy, upiory, demony, anioły czy nawet sam książę ciemności. Niech ktoś nam opowie taką historię, że z krzesła spadniemy! — emocjonował się Michał.

— Marzenia ściętej głowy — kwitował Krzysztof chłodno.

Może ktoś wyznawał jakiś zakazany kult, odprawiał obrzędy? Czy ktoś kogoś kiedyś tam zabił, czy ktoś popełnił jakąś krwawą i wielce okrutną zbrodnię, a może wymyślne samobójstwo, może ktoś kiedyś gdzieś ukrył wstydliwą tajemnicę, zakopał, żeby się świat nigdy o niej nie dowiedział, może zamurował ktoś gdzieś kogoś kiedyś żywcem? Może nad Krakowem w nocy przelatuje wyjący duch zabłąkanego między światami udręczonego psychopaty, który ma na sumieniu serię morderstw?

— Popłynąłeś teraz. Ja bym się aż takich obrazowych rewelacji nie spodziewał.

— Ech… nawiedzony Kraków, ech, ścięta głowa…

— Ech, marzyciel.

— Marzenia trzeba realizować! — Entuzjazm Michała rósł z minuty na minutę.

— I pewnie to tak à propos poszukiwania historii o kimś zamurowanym żywcem w jakimś przeklętym i zapomnianym przez Boga miejscu? — spytał wtedy Biliński z głupia frant. — A może jednak lepiej, żeby takich historii nie było?

— O co ci chodzi teraz?

— Chyba zaczynam filozofować.

— Żadne chyba. Zaczynasz.

Teraz wyjeżdżał ze szpitalnego parkingu i rozważał, gdzie się udać. Czy do tej rudery, by szukać wyjaśnienia wypadku Michała? Czy pojechać do domu? Albo jeszcze gdzie indziej? Miał ten film zapisany na kamerze. Tak czy inaczej, musi go obejrzeć. Poza tym zapadał mrok, a przecież żaden normalny, inteligentny człowiek nie robi takich bezsensownych rzeczy. Żaden normalny, logicznie myślący, inteligentny człowiek nie szwenda się po zmroku po opustoszałej, śmierdzącej ruderze.

Żaden.

„Tak się nie robi, tak się na pewno nie robi”.

Dlatego właśnie Krzysztof Biliński pojechał najpierw na stację benzynową, następnie do domu.

— Widziałeś go?

— Kogo?

— Tego mężczyznę, który mnie przyjął na oddział.

— Co za pytanie?! Michał! Nie tylko go widziałem, lecz także z nim rozmawiałem — odparł Krzysztof. — Nawet dosyć długo. Tak jak teraz z tobą rozmawiam.

— Wiem, że z nim rozmawiałeś.

— Skąd wiesz? Przecież miałeś być utrzymywany w stanie śpiączki farmakologicznej. Operacja, strzaskana potylica, obrzęk czy coś… ale przecież ty o tym nie wiesz. Niby jak miałeś się dowiedzieć?

— Wszystko wiem. Widzę wszystko jak na filmie… Siedzę sobie albo chodzę, albo fruwam i wszystko mi się wyświetla na ścianach. Ja się nie pytałem, czy z nim rozmawiałeś, tylko czy go widziałeś.

— Oczywiście! Ale jak to widzisz wszystko jak na filmie? Jak to… się unosisz?

— I pomyślałeś sobie wtedy, że ten lekarz nie wygląda jak lekarz, raczej koszykarz, prawda? Albo może aktor jakiś. Grający rolę lekarza w serialu o lekarzach.

— Ale o co chodzi teraz?!

— Pomyślałeś czy nie?

— Michał… o co teraz chodzi? Skąd ty wiesz takie rzeczy?

— Pomyślałeś czy nie?!

— Tak… pomyślałem. O koszykarzu.

— Super!

— Z czego się cieszysz teraz? Że zaczynam wariować? Że słyszę głosy?

— Miała być mroczna historia związana z tym domem? — zapytał.

— Miała. Jest? Jest!

— Nie denerwuj mnie. Jaka mroczna historia?! Powiedz mi lepiej, co się z tobą tam stało!

— Koszykarz. Pamiętaj. To ważne.

— Co się tam stało?! Dlaczego leżałeś zakrwawiony na cegłach?!

— Koszykarz. Pamiętaj. To ważne.

— Brednie jakieś!

— Więcej ci nie mogę podpowiedzieć. I na pewno jest za słodki.

— Kto?!

— Nie kto, tylko co.

— Co jest za słodkie?

— Sok, który kupiłeś na stacji benzynowej. Za słodki do drinka.

— Ale skąd ty wiesz, że byłem na stacji?! Skąd wiesz o soku?! Zaraz zwariuję! Paranoja jakaś!

— Nie panikuj. Takie rzeczy się zdarzają. Musisz tylko spojrzeć z odpowiedniej perspektywy.

— Ale na co?

— Koszykarz. Pamiętaj. To ważne.

— Powtarzasz się!

— Więcej podpowiedzieć nie mogę.

— Podpowiedzieć? Chłopie, ja z tobą gadam teraz? Leżysz w śpiączce, a ja z tobą gadam?!

— Obudź się! Cholera, obudź się!

Krzysztof otworzył oczy. Leżał jak kłoda. Nieruchomo, w ciemnościach. Oddychał szybko. Było mu strasznie gorąco. Żona spała obok. Okno było szeroko otwarte. Przejeżdżające samochody rzucały ruchome światła na sufit. Spróbować zasnąć? Przywołać nagle przerwany sen? Może liczyć barany?

„Sam jesteś baran!”

Dziwny sen odszedł jak ręką odjął. Krzysztof zdecydował się wstać z łóżka. Skoro nie mógł spać…

„To ze stresu, to ze stresu!”, myślał, zsuwając nogi z łóżka.

„Wszystko ze stresu. Tylko tak można to logicznie wytłumaczyć. Bo niby jak inaczej? Chorobą psychiczną? Słyszę głosy. No tak. Wariat. Już po mnie. Zdechnę w szpitalu psychiatrycznym. Lot nad kukułczym gniazdem”.

„Jeden głos słyszysz, jeżeli już. Mój”.

Syknął i potrząsnął głową. Odruchowo. Zacisnął zęby, stąpając na palcach. Starał się zachowywać bardzo cicho, żeby nie obudzić żony. Poza tym chciał się napić. Wody, dużo wody. Albo czegoś kwaśnego. Czuł suchość w gardle, znowu bolała go głowa. Tym razem wiedział dokładnie, dlaczego. To była dolegliwość na własne życzenie.

Miał kaca.

Po wyjechaniu ze szpitala udał się na stację benzynową po alkohol. Wódkę, jakiś sok owocowy do niej. I wrócił do domu. Z solennym zamiarem oglądania filmu z kamery.

— Kupiłem wódkę, mimo że nigdy jej nie piję. Ale tym razem zrobię wyjątek. Będę tak długo oglądał to cholerne nagranie, aż tam coś znajdę… cokolwiek — obiecywał, nalewając sobie drinka. — Coś, co mi może łaskawie wytłumaczy, dlaczego Michał spadł z dachu, na który wcale nie wchodził.

Chciał się napić dla kurażu. Bał się spojrzeć na wyświetlacz kamery. Może tam być przecież wszystko. Nawet najbardziej nieprawdopodobne rzeczy. Duchy, zmory, upiory, strzygi, topielce, kwilące niechrzczeńce błąkające się po zapuszczonym ogrodzie w poszukiwaniu swoich zbezczeszczonych szczątków, nawet czarnowłosa pełzająca kobieta, nagle pojawiające się bezkształtne cienie, dziwne głosy, jakieś szare pokraczne, powyginane, zakrwawione postaci, albo tradycyjnie bujający się na sznurze wisielec, którego Michał chciał odciąć… Żeby przywrócić spokój udręczonym duszom, wystarczyło tylko trochę wody święconej.

— Albo dużo wody ognistej! Na zdrowie!

Pierwszego drinka wypił duszkiem. Jak nigdy w życiu. Zaraz nalał sobie drugiego. Zmienił akumulator. Wypił drugiego drinka prawie tak samo szybko jak pierwszego i od razu nalał sobie trzeciego.

— W takim tempie osuszę butelkę, zanim ten film się zacznie… — Skierował ekran wyświetlacza w swoją stronę i włączył kamerę.

Najwyraźniej uległa uszkodzeniu albo Michał coś źle wcisnął. Może coś się obluzowało czy przegrzało. Na początku filmu, owszem, były znajome Krzysztofowi przydomowe chaszcze, drzewa, nawet studnia z brudną wodą… a następnie kilkanaście minut całkowicie czarnego obrazu, jakieś zakłócenia, a na końcu kilkanaście sekund nagrania przedstawiającego chyba fragment muru w środku rudery: szarą ścianę z widocznymi nierównościami zaprawy tynkowej i grudkami.

Niedbale otynkowany kawałek ściany, bez żadnych napisów, odprysków, dziur, gwoździ… Kilkanaście sekund szorstkiej szarości.

Koniec nagrania.

— Pewnie wtedy kamera padła.

Biliński jeszcze długo gapił się na wyświetlacz. Puszczał film kilkanaście razy, czekając na jakieś nagrane paranormalne rewelacje. Może jednak udało się uchwycić coś dziwnego? Nie zamykał oczu, nie zaciskał ust, nie odwracał wzroku. Kolejne szybko wypijane drinki dodały mu wystarczająco dużo odwagi.

Nie tylko odwagi, bo w końcu odłożył kamerę, poczłapał zygzakiem do sypialni, wsunął się pod kołdrę i zasnął jak kamień.

Przyśniło mu się, że rozmawia z nieprzytomnym Michałem.

— Sen jak sen. Bez sensu. Pewnie przez to nagranie, którego się naoglądałem, że ojej — stwierdził kilka godzin później, stojąc w rozświetlonej księżycowym światłem kuchni.

Nalał sobie wody do szklanki, wypił duszkiem, popił tabletki przeciwbólowe. Już chciał wyciągnąć ze słoika tak cudnie smacznego ogórka kwaszonego, idealne chłodnego, bo z lodówki… już się kierował do świątyni przekąsek nocnych pasibrzuchów, kiedy coś do niego dotarło. Stanął jak wryty, jakby ktoś go walnął obuchem w głowę.

Doznał olśnienia!

O mało nie krzyknął!

Rozlał trochę wody na podłogę, prawie się poślizgnął na tej plamie. Westchnął z ulgą i również z ulgą stwierdził, że kac odszedł jak ręką odjął.

— To nawet lepiej… — szepnął, wychodząc z kuchni. — To bardzo dobrze, wspaniale.

Ale nie opuścił pomieszczenia normalnie, tylko na czworakach, żeby nie obudzić żony. Zgarnął ubranie z krzesła, włożył w przedpokoju. Jeszcze komórka, latarka… buty! Szewc bez butów chodzi, nie on. Nie wziął kluczyków od samochodu. Nigdy nie prowadził auta po spożyciu alkoholu. Najciszej, jak umiał, wyszedł z domu, a będąc na schodach, zadzwonił po taksówkę.

I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że dochodziła druga w nocy.

Biliński miał zamiar pojechać na ulicę Dobczycką.

„Ale przecież żaden normalny, logicznie myślący, inteligentny człowiek nie robi takich bezsensownych rzeczy. Żaden normalny, logicznie myślący, inteligentny człowiek nie szwenda się po zmroku po opustoszałej, śmierdzącej ruderze…”

— Nie bądź taki mądry, Michał, dobrze?

„Tam oj, tam oj…”

— Boże, co ja robię? Ja chyba już zwariowałem.

Taksówkarz zaparkował przy wjeździe na Dobczycką.

— Wąsko tam i ciemno, rozumie pan.

— Rozumiem, dziękuję.

Krzysztof zapłacił i wysiadł. Włączył latarkę. Snop światła padł na kępę trawy, koleinę.

„Jeszcze nie do końca wierzę, że to robię”.

„Uwierz, uwierz”.

Stał jak kołek. Myślał intensywnie. Pamiętał: kiedy był dzieckiem, wraz z kolegami, chcąc przeżyć przygodę życia i stawić czoła strachowi, zakładali się o to, kto przejdzie po ciemku lasem. Nocne dziecięce maratony po cmentarzu też były w modzie, takie egzaminy na superbohatera albo łowcę duchów. Z wycieczkami gromady przyszłych zabójców wampirów oraz demonów na miejski cmentarz był mały kłopot, ponieważ bramę zamykano tuż po zmroku. Jeżeli ktoś chciał tam zostać i eksplorować teren w otoczeniu ciemności, wygrać zakład o komplet kapsli albo o honor młodego mężczyzny, musiał się schować. Albo najlepiej wspiąć na drzewo, ewentualnie położyć przy jakimś grobie na ziemi. Mało który chłopiec był do tego zdolny. Poza tym trzeba było wracać do domu.

— A potem szlaban, bo koszulka brudna, bo zabłocone i rozdarte spodnie. Bo stróż cmentarny zadzwonił do mamy, że znalazł gówniarza śpiącego przy jakimś pomniku, albo na kupie zeschłych liści.

Krzysztof mówił do siebie. Trzęsły mu się ręce, w ogóle cały dygotał, szczękał zębami.

Tłumaczył to nocnym chłodem.

— Przecież nawet w lipcu noce są chłodne.

Ulica nie miała końca. Bilińskiemu wydawało się, że idzie nie wiadomo jak długo. Nawet w pewnym momencie chciał zawrócić do krzyżówki, zadzwonić po taksówkę i wrócić do domu. Przypomniał sobie scenę z filmu Poltergeist, kiedy mama porwanej przez duchy dziewczynki biegnie do pokoju dziecka, ale dobiec nie może, bo korytarz się wydłuża… i wydłuża… i wydłuża… i wydłuża…

— Nie wymiękać.

„Nie wymiękać”.

Metalowe ogrodzenie wychynęło z ciemności. To znaczy… Mężczyzna tak się przestraszył, że aż krzyknął. Odruchowo się rozejrzał. Coś było nie tak! Wszytko było nie tak! Od początku! Pamiętał, doskonale pamiętał, że to brudne ogrodzenie było połatane drutem, z niedbale powtykanymi w całość deskami. Pamiętał gwoździe, kawałki blachy… Teraz siatka była cała.

Bez żadnych dziur! I desek!

— Jezu… co tu się dzieje?!

Nie miał wyboru. Ani wtedy, ani teraz. Musiał wejść przez kamienną bramę z posesji obok.