Mam na imię Maryte - Alvydas Šlepikas - ebook
lub
Opis

Oparta na faktach powieść opowiada o jednej z białych plam powojennej historii – „wilczych dzieciach”. Po II wojnie światowej niemieckie sieroty tułały się po Litwie w poszukiwaniu dachu nad głową i chleba. Uciekająca z Prus Wschodnich mała Renate ukrywa się wśród lasów, ale także wśród ludzi – ukrywając swoje niemieckie pochodzenie.

Otrzymuje przybranych rodziców i nowe, litewskie imię - Marysia, a historia jej rodziny ukazuje tragiczne losy wielu uchodźców z Prusów Wschodnich na Litwie. Powieść została oparta na prawdziwych historiach wilczych dzieci i ich krewnych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 174


Alvydas Šlepikas

Mam na imię Marytė

Przełożyła Paulina Ciucka

Wrocław – Wojnowice 2015

Copyright © by Alvydas Šlepikas, 2015

Copyright © by Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego we Wrocławiu, 2015

Tłumaczenie: Paulina Ciucka

Konsultacja językowa: Emilia Kolinko

Redakcja i korekta: Agata Rytel

Okładka: Jagoda Pecela

Opracowanie typograficzne: Łukasz Barucha

Redaktor prowadzący: Laurynas Vaičiūnas

ISBN 978-83-7893-157-7

ISBN 978-83-7893-093-8 (ePub i mobi)

Opracowanie wydania elektronicznego

Za wsparcie i pomoc przy pisaniu książki autor dziękuje Pani Renatė, Rolandasowi, Ričardasowi i jego mamie Renacie, Evaldasowi, Ricie

Pamięci Almantasa Grikevičiusa

Jej słowa

Wszystko wyłania sięzprzeszłości niczymzmroku – ludzieizdarzenia oblepieni śniegiem niesionym przez wiatrimgłą, która unosi sięwciszy. Wszystko się oddala, ale nie odchodziwzapomnienie. Niektóre detale są ostrzejsze, inne już się zacierają jak na wyblakłej fotografii. Czasipamięć skrywają wszystko pod śniegiemipiaskiem, pod krwią, pod mętną wodą.

Ludzie jak gdyby wyrastajązmgły,zmrozu,zoparów zimy, ożywają, rzucają cień na ziemię zadeptaną przez wojnę, przesiąkniętą krwiąizaraz znów rozpływają sięwmroku. Pojawiają się tylkowpojedynczych epizodach, przebłyskach pamięci.

Oto odłamki historii:

– hasło na plakacie, który można zobaczyć zaraz po przeprawieniu się przez Niemen: Woin Krasnoj Armii! Pieried toboj łogowo faszystkogo zwieria (Żołnierzu Armii Czerwonej! Przed tobą legowisko faszystowskiej bestii);

– sowieccy żołnierze obwieszeni łupami – zegarami ściennymi, zasłonami, srebrnymi talerzami;

– bezgłowy trup kobiety przykutej do muru;

– tłum wygłodniałych ludzi, którzy rozszarpują ścierwo konia woziwody;

– matki, które idą razemzdziećmi prostowstronę niosącego lodowe kry Niemnaiwchodzą wrazznimi do wody bez żadnego słowa, bez żadnej myśli, jakby utopienie się było czymś zwyczajnym;

– trupy wyrzucane przez rzekę – sczerniałeizgniłe – bez imion, bez nazwisk;

– zbeszczeszczone groby;

– ruiny wysadzonych kościołów;

– broszury rozdawane sowieckim żołnierzom, zachęcające po rosyjsku: „Zabij wszystkich Niemców, zabij ich dzieci. Nie ma niewinnych Niemców. Weź ich majątek, weź ich kobiety. To twoje prawo, twój łup”;

– matki, które sprzedają swoje dzieci litewskim chłopom albo wymieniają je na kartofleimąkę – po to, by inne dzieci mogły przeżyć;

– pijaniirozrechotani żołnierze, których dusze wojna wypaliła jak glinę, którzy strzelają dla zabawy do ptaków,apotem do ludzi – tak samo dla zabawy, bezmyślnie, bez żadnej refleksji;

– kobiety zasypujące okopy, umierającezgłoduiwyczerpania;

– dzieci bawiące się niewybuchami;

– wilki nawykłe do ludzkiego mięsa;

– psy rozwlekające sczerniałe ludzkie szczątki;

– głodne oczyigłód, głód, wilczy głód;

– trupyiśmierć;

– przesiedleńcy, koloniści, którzy niszczą wszystko, co jeszcze zostało – kościoły, zamki, cmentarze, systemy melioracyjne, ogrodzenia pastwisk;

– puste, posępne pola, po których błądzi wiatr, boion nie znajduje znajomej drogi wśród ruinizgliszczy.

Oto kraina sponiewierana, zgwałconaizabita. Oto powojenne Prusy.

Odłamkiprzeszłości wyłaniają się z mroku. Kadry pamięci układają się w czarno-biały film.

1946 rok.

Zima.

Mroźna, straszna powojenna zima. Zły czas.

Po moście, rozpiętym między niebem a ziemią, mkną, jak po autostradzie, niesione przez wiatr kłęby śniegu. Zamarznięty Niemen czerni się, połyskuje lodem – wygląda jak marmur. Jest mróz, co najmniej dwadzieścia stopni.

Między przęsłami gwiżdże wiatr. Twardy metal wtóruje mu wyciem.

Słychać też inną piosenkę – żołnierską, obco brzmiącą.

Przez metalową pajęczynę widać w dali ciemne, poruszające się punkciki.

Na przyczółku wiszą ponaklejane plakaty, ogłoszenia, gazety. Obwieszczają zwycięstwo, nawołują, żeby zabijać bez litości, przypominają o obowiązku posiadania przepustki.

Róg jednego plakatu jest naderwany, furkocze na wietrze.

Tęskna pieśń rozbrzmiewa coraz głośniej.

Na moście stoi dwóch strażników: ten, który śpiewa – Azjata, i drugi – Rosjanin. Rosjanin wścieka się, bo próbuje zapalić skręta, a wiatr wciąż gasi zapałki. Piosenka skośnookiego irytuje go nie mniej niż gasnący ogień.

Ciemne punkciki są coraz bliżej – to niemieckie dzieci. Próbują przejść przez zamarznięty Niemen. Jest ich siedmioro.

Rosjanin nie wytrzymuje:

– Bliad’, zamknij się, kałmuku!

Azjata uśmiecha się, przez jakiś czas milczy, potem pomrukuje pod nosem: „Kałmuk, kałmuk, ty sam kałmuk”.

Wiatr gwiżdże, ojczyzna daleko. Papieros się rozpada, zapałka łamie się w zgrabiałych palcach.

Azjata wybucha śmiechem:

– Ej, Iwan.

– Ja nie Iwan, ja Jewgienij – albo Żenia.

– Patrz, Iwan. Mały szwab biegać.

Niemieckie dzieci jak kuropatwy biegną po lodzie, dwoje najmniejszych zostaje trochę w tyle.

Rosjanin krzyczy: „Stój, wracaj, stój, słuchać rozkazu, stać, faszystowskie świnie!”, ale most jest wysoki, a wiatr tłumi słowa. Dzieci nie rozumieją mowy strażnika na moście.

– Ej, Iwan.

– Ja nie Iwan, kałmuku!

– Oni cię w dupie mieć.

– Zabiję cię.

– Uspokój się. Durny ty.

Rosjanin chwyta granat, wyciąga zawleczkę i rzuca w dzieci. Żołnierze przykucają, żeby osłonić się przed odłamkami. Granat wybucha.

Kiedy chmura pyłu opada, widać, jak z ogromnej przerębli powstałej po wybuchu usiłuje wydostać się jedno z dzieci. Inne biegiem wracają. Starają się uciec śmierci. Jest mróz. Nad przeręblą unosi się para.

Ciszę po wybuchu rozdziera głos, który brzmi jak skowyt konającego zwierzęcia, niekończący się, przenikliwy – jedno z dzieci, ciężko ranne, wije się, uderzając bezwładnymi nogami o lód. To z jego gardła wydobywa się nieludzki krzyk. Na śniegu i lodzie pojawiają się czerwone plamy. Czerwone plamy na czarno-białym świecie…

Między rannym a tym, który próbuje wydostać się z wody, stoi śmiertelnie przerażony sześcioletni malec. Stoi jak skamieniały, nogi odmawiają mu posłuszeństwa, w oczach ma strach. Pisk rannego przeszywa go na wylot.

To mały Hänsel. Później poznamy go bliżej.

Azjata podnosi karabin. Mierzy. Strzela. Wrzask cichnie. Ranny nieruchomieje. Hänsel przytomnieje, coś krzyczy, biegnie, ale nie z powrotem w stronę brzegu, tylko po zamarzniętej rzece, byle dalej stąd. Rozlegają się jeszcze dwa strzały. Uciekinier się nie zatrzymuje. Żołnierz, widząc, że jego cel stał się nieosiągalny, opuszcza karabin i kręci głową.

Dziecko w przerębli walczy resztkami sił.

Rosjanin spluwa i patrzy na jego wysiłki.

Głowa dziecka znika pod wodą, ręka jeszcze trzyma się lodu, ale w końcu i ona znika w lodowej brei.

Rosjaninowi nareszcie udaje się zapalić skręta.

Wiatr gwiżdże.

Na nowo rozbrzmiewa smutna stepowa pieśń.

Zbliża się noc. Zimą przychodzi szybciej. Eva ma wrażenie, że od kilku miesięcy jest tylko nocinoc.Iniekończąca się zima, zaspy, mróz, półmrok, zimno, wiatriciągły głód. Zimno przenika przez ubranie do serca, do kościido mózgu.Zgłodu Evie znów kręci sięwgłowie. Od dawna nic nie jadła. Wszystko, co znajdzie, każdy kęs oddaje dzieciom. Ziemia wiruje. Przez moment Evie ciemniejewoczach, ale jej przyjaciółka Martawporę ją podtrzymuje. „Wytrzymaj, Evo– mówi– wytrzymaj, pamiętajodzieciach”. Eva pamiętaonich stale, nie trzeba jej przypominać. PamiętaoMonice,oRenacie,oprzylepce Helmucie– słabym, delikatnym, chorowitym, całkiem innym niż Heinz. „Gdzież jest teraz mój Heinz, mój chłopiec? Pojechał pociągiem na Litwęijuż tydzień go nie ma. Czy zdrowy? Czy ma co jeść? Czy ma dach nad głową? Czy żyje?”.

Dzień gaśnie. Ludzie stoją nieruchomo. Zbijają się w zwartą gromadę jak owce, szukają osłony przed mroźnym wiatrem – ciemne sylwetki w uścisku coraz bardziej czarnego wieczoru. Eva opiera się o Martę. Tak dobrze poczuć, że obok jest ktoś silniejszy. Marta nigdy się nie poddaje i potrafi znaleźć wyjście z każdej sytuacji. Evie przychodzi do głowy, że nigdy nie widziała, żeby jej przyjaciółka płakała. Nawet teraz, kiedy wszystkie dni zlewają się w jeden niekończący się dzień, wypełniony czarną rozpaczą. Nie, Marta nigdy nie płakała, ona wierzy w życie. Teraz tym bardziej jest oparciem, opiekunką dla Evy, która wszystkiego się boi i którą tak łatwo zastraszyć. „Ach, Marto, Marto, jak dobrze, że jesteś przy mnie, jak dobrze, że jesteś przy mnie, nie umiem ci tego powiedzieć, tego nie sposób wyrazić”. Jeśli teraz zabrakłoby Marty, świat Evy straciłby punkt podparcia i na dobre pogrążył się w chaosie.

Wkońcu pojawiają się dwaj żołnierze. Wyglądają poważnieigroźnie, choć to dzieciuchy, osiemnastoletnie może. Ciągną wielki kociołzodpadkami, na które czekają zgromadzeni ludzie. Poowijaniwjakieś szmaty starcy, dzieci, kobiety, wśród których stoją EvaiMarta, jakby odżywają, oczy im błyszczą, napierają do przodu. Wszyscy są wygłodniali, zmęczeni czekaniem, zsinializzimna. Podchodzą bliżej, ale wiedzą, że trzeba czekać na rozkaz, na pozwolenie. Smarkaci żołnierze krzyczą coś po rosyjsku, ale Eva nie zna tego języka, umie powiedzieć tylkospasiboido swidania, od niedawna zna jeszcze słowachliebikartofieli. Ale oni nie mówiąchliebinie mówiąspasibo. Krzyczą: „Gdzie leziesz, ścierwo? Bo dostaniesz po mordzie! Gdzie się pchacie, faszyści? Nie rozpychać się, nie rozpychać się!”. Każdy jednak bezwolnie przesuwa się do przodu,wpogotowiu, żeby złapać swój przydział. Każdy bowiem dostanie tyle, ile zdoła wyszarpać. Eva razemzinnymi zbliża się do żołnierzy, do kotła pełnego resztek, przeważnie obierekzkartofli. Przez moment ma wrażenie, że przestrzeń się zdeformowała, ludzkie twarzeidłonie straciły kontury, wszystko rozciągnęło się, potem skurczyło, wreszcie dziwnie zwolniło. Na tyłach stołówki– wcześniej była tu karczma– żołnierze wysypują zawartość kotła na ziemię. Dziś odpadków jest dużo, nie za każdym razem tak się trafia, zwłaszcza wieczorem.

Żołnierzyk szydzi: „Proszę, częstujcie się, panowie faszyści”. Po niemiecku mówi tylko „proszę”, całą resztę – po rosyjsku, ale jakkolwiek i cokolwiek by mówił, to i tak nie ma znaczenia dla tych wygłodniałych i zmarzniętych ludzi. Rzucają się na obierki, resztki, wpychają żywność do tobołków, do koszyków. Jakaś staruszka zaczyna wołać: „To moje, moje, ja też chcę żyć!”. Nagle przewraca się, ktoś się o nią potyka, depcze jej po rękach, kobieta krzyczy. Eva nieruchomieje na chwilę, może na pół sekundy zastyga, bo nagle widzi siebie jakby z boku – jest robakiem, który wije się wśród resztek jedzenia – ale jej wizję zaraz przegania głos Marty: „Pamiętaj o dzieciach”. A może wcale nie Marty? Może to jej wewnętrzny głos matki mówi: „Pamiętaj o dzieciach”? Wtedy jak dzika zaczyna chwytać, drzeć, szarpać, wpychać do tobołka zmarznięte obierki. Chyba płacze. A może tych kilka niestosownych łez wycisnęły mróz i wiatr?

– Ot, świnie. Całkiem jak zwierzęta – mówi żołnierz po rosyjsku i o róg budynku wystukuje resztki tytoniu z babskiej cygarniczki.

Wieje.

Zamieć hula, śniegzalepia oczy. EvaiMarta spieszą się, ale ciężko im iść. Ich zgarbione sylwetki grzęznąwmroku. Wreszcie kobiety mijają dawną mleczarnięidocierają do przędzalni, częściowo zburzonej przez pocisk artyleryjski.Zmartwego budynku, który wygląda jak wypatroszone zwierzę, wylewa się bezdenna ciemność. Eva boi się takich budynków, boi się cieni podążającychwślad za niąiza Martą. Pot występuje na czoło, chociaż zimno przeszywa ją na wylot. Rodzinne miasteczko, takie znajome, terazwtej zamieci staje się obce, straszne, wydaje się czyhać na ich życie.

Gdzieś rozlega się strzał. Potem drugi. Kobiety przyspieszają kroku. Przez wycie zamieci, przez śnieżne kłębowisko przebija się dźwięk rosyjskiej harmoszki. Jest obcy, ale kojący, bo jakby z innego świata. Evie zdaje się nawet, że to ona sama, jej podświadomość, stwarza te skoczne akordy, prostą, dziką muzykę.

Eva przyciska do siebie tobołek z obierkami. Potem Lotta, siostra jej męża, wysuszy je na metalowej kuchence polowej, zmieli w starym młynku do kawy i z tej mąki z kartoflanych obierek usmaży placki. Eva nie wie, co by zrobiła bez Lotty. Bez Lotty i bez Marty.

W domu czekają głodne dzieci. Eva kocha je nad życie. Mogłaby wyć jak wilczyca, mogłaby odciąć kawałek własnego ciała, żeby nakarmić swoje dzieci. „Przecież one nie są niczemu winne. Czemu Bóg tak je karze?”.

Eva i Marta spieszą do domu, kulą się przed wiatrem i ze strachu, że ktoś je zaczepi. Z zadymki co jakiś czas wyłaniają się żołnierze, samochody, światła. Ktoś się śmieje. Słychać strzały. Kobiety próbują prześliznąć się obok grupki podpitych żołnierzy, którzy coś krzyczą, ale Eva i Marta udają, że niczego nie słyszą. Najważniejsze, żeby się nie zatrzymywać, nie odwracać, spokojnie przejść obok. Idąc, Eva powtarza modlitwę, której nauczył ludzi Jezus: „Ojcze nasz, któryś jest w niebie… bądź wola Twoja…”. Nigdy nie była religijna, raczej powiedziałaby o sobie – wolnomyślicielka, ale teraz modli się bez przerwy. Tej modlitwy uczy też swoje dzieci, wydaje jej się, że ta modlitwa pomaga, że święte słowa, dotknięte ustami Boga, niosą ratunek. Marta śmieje się z niej: „Dewotka się z ciebie zrobiła”. Eva nie gniewa się na nią, na Martę nie można się gniewać. Nie można gniewać się na tę piękną i nieugiętą kobietę, której żadne nieszczęścia nie były w stanie złamać. Przecież nawet teraz można niekiedy usłyszeć jej charakterystyczny zaraźliwy śmiech. Trudno w to uwierzyć, ale Marta śmieje się czasami nawet teraz. Może chce poprawić nastrój innym?

Nagle ktoś chwyta Evę za rękę. „Baby, baby!” – woła pijany żołnierz, śmieje się, jego oczy błyszczą szaleństwem. Eva krzyczy zaskoczona, odpycha żołnierza, ale on trzyma mocno. Oboje się przewracają, Eva czuje od niego wódkę, odpycha go, kopie, próbuje wstać. Żołnierz nie puszcza, trzyma ją mocno za rękaw. Marta pomaga Evie, odrywa od niej mężczyznę, ale wokół coraz więcej rozochoconych twarzy, coraz więcej ust wykrzywionych szyderstwem. Żołnierze napierają, wyłaniają się jakby wprost ze śnieżnych kłębów. Coś krzyczą, śmieją się, podjudzają nawzajem. „Niech się panie nie boją – mówią po niemiecku – będziemy bardzo delikatni”. Potem rechot.

Marta wyrywa się kolejnemu napastnikowi. Inny przewrócił się, łapie Evę za nogę. Mimo że nie jest w stanie ustać, pragnie kobiety.

W końcu Evie i Marcie udaje się wyrwać. Biegną ile sił w nogach, ale napastnicy nie są skłonni tak po prostu odpuścić. Gonią je. Ktoś strzela w powietrze. Eva przyciska do piersi zawiniątko z jedzeniem dla dzieci. Za nic nie odda swojego łupu. Kobiety skręcają, zanurzają się w ciemność między budynkami. Wszystko tu znają, przynajmniej kiedyś znały, każdy zaułek. Teraz trzeba przejść za szkołą, potem obok spalonego budynku policji, ominąć zgliszcza, później przejść przez podwórza i ogródki. Najważniejsze, żeby pozbyć się napastników, zgubić ich w zamieci, inaczej przyjdą do domu, nie powstrzymają ich zamknięte jedynie na skobel drzwi szopy. Bo rodzina Evy ciśnie się teraz w szopie na drewno, tam ich wyrzucono, jak tylko pojawili się nowi przybysze: kontuzjowany żołnierz i jego kobieta. Domem Evy i jej rodziny jest teraz szopa.

Eva nie ma już siły, przywiera do ściany budynku, potem przykuca i czeka. „Gdzie Marta? Gdzie zniknęła Marta?”. Wydawało się, że biegły razem, że obu im udało się wyrwać, odepchnąć pijanych napastników. „Gdzie jest teraz?”. Eva nagle słyszy krzyki i kilka strzałów. „Boże, miej w opiece mnie i moją przyjaciółkę Martę, miej w opiece jej rodzinę, jej dzieci i moje dzieci, wyprowadź nas z tej pustyni śmierci, zwróć nam życie”.

Eva wstaje, idzie, potyka się o jakąś gałąź.

Nie, to nie gałąź, to ręka.

To zamarznięty trup. Pełno ich teraz przy drogach. Ludzie mówią, że wilki nawykły już do jedzenia ludzkiego mięsa. Wilki? Teraz ludzie są niczym wilki.

Nagle Eva uświadamia sobie, że nieboszczyk jej nie wystraszył, zdziwił ją tylko.

Kobieta wsłuchuje się jeszcze w noc i wiatr, upewnia, że w pobliżu nikogo nie ma, zwidy też poszły w swoją stronę. Jej sylwetka znika w ciemności.

Trup zostaje z wyciągniętą, proszącą ręką.

Nie jest mu już zimno.

Zimno. Wnika przez wszystkie szczeliny. Panoszy sięwszopie, która zupełnie nie nadaje się do mieszkania. Przez cienkie ściany słychać jęki zamieci. Na skrzyni, która zastępuje stół, pali się parafinowa świeca. Jak dobrze, że Lotta zgromadziła wystarczająco dużo świec.

Lotta nigdy nie wierzyła ani w zwycięstwo, ani w tłum ludzi unoszących ręce, krzyczących w ekstazie, czekających na ukochanego Führera, ubijających ziemię w rytm marszu, który rozpalał serca. Pamiętasz, jak w Berlinie wszyscy zachwyceni skandowali: „Niemcy, Niemcy, Niemcy!”? Niemal każda starowinka i młoda dama były gotowe otworzyć swoje łona dla Führera, przyjąć nasienie wodza. Lotta – nie. Kiedyś była pisarką. Gdzie są dzisiaj jej książki? Czy komukolwiek są teraz potrzebne? Czy kiedykolwiek będą? Teraz tylko wiatr i mróz, śmierć i głód.

Płomień świecy drży od wiatru, nowa fala zamieci liże drewniane ściany szopy. W środku ciągle jest zimno. Dobrze, że jest metalowy piecyk. Tylko że czymś w nim trzeba palić, a o drewno nie jest łatwo. Drewno przynosi się z pola albo trzeba po nie chodzić do miasteczka. To obowiązek dzieci. One są jednak tak osłabione z głodu, że każda taka wyprawa jest ponad ich siły. Zadanie jest tym trudniejsze, że w miasteczku pojawili się nowi koloniści – najczęściej ranni, kontuzjowani żołnierze, którzy zostają, by tu zamieszkać. Przydzielono im budynki, powiedziano, żeby sobie wzięli, co chcą. O tym, że ktoś tam mieszka, że każdy budynek, dom, podwórko mają właściciela, nikt nie pomyślał. „Weź wszystko, to twoje prawo, twój łup”. Teraz w ich domu mieszkają jakiś wojskowy i jego wrzaskliwa żona, która nosi koszule nocne Evy jak sukienki. Kiedy po raz pierwszy mężczyzna, z trudem władający prawą ręką, bił swoją grubą żonę, wszyscy, słysząc krzyki, byli przerażeni. Wydawało się, że ją zabije. I chociaż śmierci wokół było pełno, to, że mąż bije żonę, wydawało się dziwne, zwłaszcza dzieciom – sześcioletniej Renacie i pięcioletniemu Helmutowi. Ale nie zabił. Ani wtedy, ani później. Nocne hałasy przejmowały jednak grozą. Przypominały lament najnieszczęśliwszego człowieka na świecie czy może skowyt zwierzęcia. Później wszyscy do tego przywykli – ot, taki godowy rytuał.

Kiedy pojawili się pierwsi rosyjscy żołnierze, ludzie modlili się, bali, wierzyli jednak, że potomkowie Tołstoja i Dostojewskiego nie będą okrutnymi, dzikimi najeźdźcami. Sąsiad przychodził palić z dziadkiem fajkę i ciągle powtarzał, że Rosjanie są cywilizowani, że nie ma się czego bać. „Oni tacy sami ludzie jak my”. Ale po nich przyszli inni. Niektórzy z jakiegoś powodu byli nieduzi, wręcz malutcy, długie karabiny obijały im się o pięty. Dziwne, że nie zaplątywali się w długie szynele. Wkrótce sąsiad przekonał się, że te dzieci z twarzami pomarszczonymi przez wojnę Tołstoja na pewno nie czytały, czytały co innego i doświadczały czego innego. Dla nich, wypalonych przez kilka najokrutniejszych lat wojny, nie było ważne – jedna śmierć więcej czy mniej. Kierowali się żądzą zemsty. Sąsiad, który próbował wydukać coś po rosyjsku, wkrótce przestał mówić, bo go powiesili na jabłoni, jabłoni rosnącej na jego podwórzu. Dziadek nie mógł pogodzić się z tym, że jego rodzinę wyrzucają z domu, z ukochanego gospodarstwa na ulicę, na podwórze, że zostawiają mu tylko szopę, w której musi się cisnąć z córką, synową i pięciorgiem wnucząt. Poszedł szukać sprawiedliwości u nowej władzy, ale nie wrócił. Ciocia Lotta mówiła: „Tatku, nie idź, niczego nie wskórasz, nie idź”. Ale on, mimo że stary i schorowany, nie chciał dać za wygraną. Przecież był żołnierzem, walczył w poprzedniej wojnie. Wsadził do kieszeni tabakierę, zabrał kilka co cenniejszych przedmiotów – złote i srebrne łyżki, cygarnicę z wygrawerowanym orzełkiem i inne drobiazgi, które mogły uratować jego rodzinę i pomóc odzyskać dom. Przecież dzieci potrzebują ciepła i dachu nad głową. „Oddamy wszystko, byle tylko nie stracić domu” – mówił dziadek. Jednak nie wrócił. A jego rodzina musiała na dobre zadomowić się w szopie.

Ci pierwsi najeźdźcy nie byli tacy źli. Eva lubiła grać, uczyła sięwkonserwatorium, ale szkoły nie ukończyła, bo pokochała wysokiego, zawsze uśmiechniętego, piegowatego gospodarza Rudolfa. On zabrał ją do siebie, do Prus.Zpoczątku paniencezBerlina nie było tu lekko, ale miłość przezwycięża wszystko. Jedno po drugim przychodziły na świat dzieci. Eva marzyłaoroyalu. Młode małżeństwo nie mogło sobie pozwolić na fortepian, ale Rudolf kupił żonie porządne pianino. Potem Rudolf poszedł na wojnę. Eva grała Mozarta, grała Rachmaninowa, grała ulubione piosenki dzieci, czasem śpiewała. Ach, ten święty, błogosławiony czas, to wszystko chyba się nie zdarzyło. To musiało im się przyśnićwzimnej szopie albo uroićzgłodu.

Ci pierwsi przybysze byli nawet kulturalni. Pewien rosyjski kapitan dowiedział się, że w ich domu jest pianino, i zaczął przychodzić wieczorami. Przepraszał, pytał Evę o pozwolenie i siadał przy pianinie. Grał pięknie, przed wojną musiał być muzykiem. Miał na imię Andriej.

Wybierał najczęściej Beethovena, lubił zwłaszcza sonatę Księżycową, której finał w jego wykonaniu wybrzmiewał szczególnie dramatycznie. Evie zdawało się, że słyszy nie swoje pianino, ale fortepian koncertowy. Kiedyś kapitan Andriej otworzył zeszyt leżący przy instrumencie – nie znał tej muzyki. Eva nie powiedziała Andriejowi, że te nuty wysłał jej Rudolf, kiedy służył w okupowanym Paryżu. Były jej ulubionymi. Wydawały się takie proste, a jednak niezwykłe. To był Satie. Eva nie wiedziała, czy bardziej cieszy ją sama muzyka, czy to, że nuty były podarunkiem od ukochanego. Może jedno i drugie. Andriej też polubił Satiego. A mała Renata lubiła tańczyć w kuchni, kiedy rosyjski kapitan grał „Gnossienne nr 5”.

Potem Andriej wyjechał, przyszli inni, ale tych nie interesowało ani pianino, ani Satie, ani Beethoven. Skonfiskowali dobytek, wypędzili zwierzęta,acałą rodzinę wygnali do szopy. EvaiLotta starały się nie rozmawiaćodziadku. „Wyszedłinie wrócił”– mówiły. To zresztą była prawda.

W szopie nie było pianina, nie było prawie niczego, tylko cudem zdobyty metalowy piecyk, który ratował ich każdego dnia, świece uzbierane przez Lottę i to, co zdołali wynieść z domu: trochę ubrań i pościeli, kożuch dziadka. Na kilku deskach, które teraz zastępują łóżko, opatuleni niemal wszystkim, co mają, leżą Renata, Monika, Brigitta i Helmut. Ciocia Lotta pali w piecu, siedzi obok i opowiada bajkę. Bajka jest zamiast kolacji.

Na ścianach wiszą fotografie, które udało im się ocalić. Na nich – uwiecznione chwile szczęścia, cała rodzina: jest i jej ojciec, i Rudolf, i uśmiechnięty Heinz, i uśmiechnięta Eva, i wszyscy, wszyscy uśmiechnięci, zachłystują się radością, cieszą pokojem. Spojrzenie Lotty prześlizguje się po ścianach, jak promień oświetla uśmiechy na fotografiach. Lotta wzdycha, wrzuca do piecyka jeszcze kilka kawałków deski. „Ach, żeby tak dzieci usnęły”. Ale one nie śpią. Czekają, aż ciocia skończy opowiadać bajkę. Lotta opowiada i opowiada, próbuje zagadać ich głód, zagadać zimno. Ale nic z tego. Mróz od tak dawna jest wszędzie, nawet we krwi, a głód lodowatym ogniem trawi od środka, tli się, żarzy, chyba nigdy nie zgaśnie. Dzieci już nie pamiętają, kiedy były najedzone. A w każdej bajce chleb, mięso, rzepa, jedzenie…

Na dodatek Eva nie wraca. Za ścianą gwiżdże wiatr. Zamieć wciąż szaleje. Słychać pojedyncze strzały i ujadanie psów.

– Kiedy przyjdzie mama? – pyta Renata.

–