Mała księżniczka - Frances Hodgson Burnett - ebook + audiobook
Opis

Sara Crewe, ucząca się w ekskluzywnej londyńskiej szkole dla dziewcząt,
dowiaduje się w dniu swoich jedenastych urodzin o bankructwie i śmierci ojca, kapitana Ralfa Crewe. Życie dziewczynki radykalnie się zmienia. Panna Minchin prowadząca pensję z szanowanej uczennicy robi służącą i przegania ją na strych. Na Sarę czeka trudna szkoła życia, ale także mnóstwo pasjonujących przygód i prawdziwych przyjaźni. Opowieść ta, wydana po raz pierwszy w 1905 roku, cieszy się nieustającym powodzeniem wśród małych czytelników na całym świecie. Była tłumaczona na dziesiątki języków, wielokrotnie filmowana, a także adaptowana do inscenizacji teatralnych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 266

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 19 min

Lektor: Joanna Pach-Żbikowska

Popularność


Tytuł oryginału:

Little princess

Wykorzystano opracowanie przekładu

Józefa Birkenmajera

Projekt okładki:

Artur Piątek

Korekta:

Marta Borowska

Skład:

Jolanta Michalska

ISBN 978-83-7791-657-5

© by Siedmioróg

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmioróg.pl

Wrocław 2017

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

R O Z D Z I A Ł   P I E R W S Z YSara

W pewien mroczny dzień zimowy, gdy ulice Londynu zaległa żółtawa mgła, tak gęsta i ciężka, że w mieszkaniach pozapalano światła, a okna sklepowe oświetlone były, jak w noc, lampami gazowymi, głównymi ulicami miasta wlokła się z wolna dorożka, w której jechała mała dziewczynka ze swym tatusiem.

Siedziała, podwinąwszy pod siebie nóżki, oparłszy się o ramię ojca, i wielkimi oczyma o dziwnym, jakby niedziecięcym spojrzeniu, przyglądała się przez szybkę przechodniom.

Po jej małej twarzyczce nikt by się nie spodziewał takiego spojrzenia. Było to spojrzenie dziewczynki dwunastoletniej, a Sara Crewe miała dopiero lat siedem. Mimo to – rzecz uderzająca – zawsze marzyła i dumała o dziwnych jakichś rzeczach, i nie mogła sobie przypomnieć takiej chwili, by nie rozmyślała o ludziach dorosłych i o świecie, do którego oni należą. Zdawało się jej, że już przeżyła długi, długi czas na tym świecie.

W chwili, o której mówimy, przypominała sobie podróż odbytą niedawno wraz z ojcem, kapitanem Crewe. Myślała o wielkim okręcie, który ją wiózł z Bombaju, o laskarach, przechadzających się po nim w milczeniu, o dzieciach, bawiących się na rozgrzanym pokładzie, i o kilku młodych paniach, żonach oficerów, które wciągały ją w rozmowę i śmiały się z różnych jej powiedzeń.

Zastanawiała się nad tym, jak to dziwnie plotą się ludzkie losy – najpierw była pod skwarnym niebem indyjskim, następnie znalazła się pośrodku oceanu, a wreszcie jechała w dziwnym jakimś powozie przez tajemnicze ulice, gdzie w dzień było tak ciemno jak w nocy. Wydawało się jej to tak zagadkowe i intrygujące, że przysunąwszy się do ojca, odezwała się do niego cicho:

– Tatusiu! Tatusiu!

– Czego sobie życzysz, kochanie? – odpowiedział kapitan Crewe, przytulając ją mocniej i przyglądając się uważnie jej twarzyczce. – O czym rozmyślasz, malutka?

– Czy to już jest to „miejsce”? – szepnęła, przytulając się do niego jeszcze bardziej.

– Tak, moja mała, to właśnie to miejsce. Dojechaliśmy w końcu – odpowiedział ojciec, a choć Sara miała dopiero lat siedem, wyczuła smutek w jego głosie.

Miała wrażenie, że wiele lat upłynęło, odkąd zaczęła się oswajać z myślą o tym „miejscu”, jak zawsze nazywała Londyn. Sara straciła matkę zaraz po swym urodzeniu, więc nie pamiętała jej wcale i nie tęskniła za nią. Młody, przystojny, bogaty i pieszczący ją wciąż ojczulek wystarczał za całą rodzinę. Bawili się zawsze razem i kochali się ogromnie. Wiedziała, że jest bogaty, ponieważ słyszała, jak o tym mówiono, słyszała też, że i ona będzie bogata, gdy podrośnie – nie rozumiała jednak, co to znaczy być bogatym. Mieszkała zawsze w pięknym domu i nawykła widzieć liczną służbę, która nazywała ją missi sahib, składała przed nią salaamy i ustępowała jej we wszystkim. Miała dużo zabawek i zwierzątek oraz starą nianię, która ją ubóstwiała. Sara z wolna uświadamiała sobie, że wszystko to posiadać muszą ludzie bogaci – poza tym jednak nie wiedziała nic.

Jedna tylko rzecz niepokoiła ją w ciągu krótkiego życia – a mianowicie owo „miejsce”, do którego miała kiedyś się przenieść. Klimat Indii jest bardzo niezdrowy dla dzieci Europejczyków, przeto rodzice starają się wyprawić je stamtąd jak najprędzej – zazwyczaj do szkół w macierzystej Anglii. Sara widywała już odjazd innych dzieci i słyszała, jak ich rodzice rozmawiali później o listach od nich. Wiedziała, że sama też będzie musiała wyjechać – a choć pociągały ją opowiadania ojca o podróży i o nowym kraju, jednak trapiła się myślą, że ojciec nie będzie mógł pojechać razem z nią.

– A czy nie mógłbyś i ty pojechać ze mną do tego miejsca, tatusiu? – zapytała raz, gdy liczyła sobie pięć latek. – Czy nie mógłbyś i ty chodzić do szkoły? Ja bym ci pomogła w odrabianiu lekcji.

– Ależ nie zabawisz tam długo, córuchno – pocieszał ją ojciec. – Zamieszkasz w pięknym domu, gdzie jest dużo dziewczynek, będziesz się z nimi bawiła, a ja ci przyślę mnóstwo różnych książek… i urośniesz tak prędko, iż jak rok jeden zbiegnie ci ten cały czas, nim wrócisz do tatusia i zaopiekujesz się nim na stałe.

Lubiła myśleć o tych projektach. Kierownictwo spraw domowych w zastępstwie ojca, przejażdżka konna i siadywanie na pierwszym miejscu podczas proszonych kolacji, rozmowy z ojcem i czytanie jego książek – wszystko to wydawało się jej czymś wymarzonym, więc zdawała sobie sprawę, że za cenę osiągnięcia takiego szczęścia warto i godzi się pojechać nawet do owego „miejsca” w Anglii. Na towarzystwie małych dziewczynek bynajmniej jej nie zależało, ale obiecane „mnóstwo książek” było dla niej prawdziwą osłodą doli. Książki bowiem lubiła nade wszystko w świecie i rozczytywała się w nich zawzięcie; pod wpływem lektur układała opowiastki o różnych pięknych rzeczach i opowiadała je samej sobie – a czasami i ojcu, który również znajdował w nich wielkie upodobanie.

– Tak, tatusiu – odezwała się potulnie – skoro już tu jestem, sądzę, że powinniśmy pogodzić się z losem.

Roześmiał się, ubawiony tym poważnym tonem, i ucałował ją serdecznie. Sara, tak w postępowaniu swym dziwna, była dlań ważną, nieodzowną towarzyszką. Zdawał sobie sprawę, że będzie bardzo markotny i osamotniony, gdy powróciwszy do Indii, wejdzie do domu i nie zastanie w nim małej osóbki w białej sukience. Przeto przycisnął córeczkę silniej do serca, gdy dorożka wtoczyła się na duży, posępny plac, na którym stał dom – cel ich podróży.

Była to olbrzymia, mroczna kamienica z czerwonej cegły, zupełnie podobna do innych, stojących z nią w jednym rzędzie, z tą tylko różnicą, że na bramie widniała mosiężna tablica z wyrytym czarnym napisem:

MISS MINCHINwzorowy pensjonat dla panienek

– Jesteśmy już na miejscu, Saro – odezwał się kapitan Crewe, starając się nadać głosowi jak najweselsze brzmienie. Wysadził ją z dorożki, po czym weszli na schodki i zadzwonili do bramy.

Później Sarze niejednokrotnie przychodziło na myśl, że ta kamienica jest bardzo podobna do miss Minchin: dostojna i porządnie umeblowana, lecz wydaje się brzydka i jakby koścista. W hallu sprzęty były twarde, sztywne i wypolerowane – nawet czerwona, pucołowata twarz księżyca, stanowiąca cyferblat wysokiego zegara stojącego w kącie. Salon, do którego ich wprowadzono, zaścielał dywan w czworokątny deseń, krzesła były kanciaste, a na ciężkim, marmurowym gzymsie stał masywny, również marmurowy chronometr.

Sara szybko rozejrzała się wokoło.

– Nie lubię tego wszystkiego, tatusiu – odezwała się. – Ale przecież i żołnierze, choćby najdzielniejsi, nie lubią iść na bitwę.

Kapitan się roześmiał. Powiedzeń Sary mógł słuchać bez końca.

– Tak, moja mała – odezwał się. – Ale cóż ja pocznę, gdy nie będzie miał kto przemawiać do mnie tak poważnie?

– Czemu te poważne rzeczy cię rozśmieszają? – zapytała Sara.

– Bo jesteś bardzo zabawna, kiedy przemawiasz takim poważnym tonem. – Naraz przestał się śmiać, przygarnął ją ramieniem i ucałował, a w oczach zakręciły mu się łzy.

W tejże chwili weszła miss Minchin – osoba wysoka, posępna, dostojna i brzydka, jak jej własna kamienica. Miała chłodne, rybie oczy i szeroki uśmiech. Gdy ujrzała Sarę i jej ojca, twarz jej się rozpromieniła. O młodym oficerze słyszała bardzo dużo dobrego od pani, która rekomendowała mu jej szkołę; między innymi słyszała, że był bogaty i gotów nie żałować pieniędzy na kształcenie córki.

– Miło mi będzie opiekować się tak ładną i obiecującą dziewczynką, panie kapitanie – odezwała się, głaszcząc rękę Sary. – Pani Meredith bardzo ją chwaliła. Grzeczna i mądra uczennica to dla mnie skarb nie lada.

Sara stała spokojnie, utkwiwszy oczy w twarzy miss Minchin.

– Czemu ona nazwała mnie „ładną”? Nie jestem wcale ładna. Taka Belcia, córka pułkownika Grange, ma dołki w buzi, różowe policzki i długie złociste włosy. Ja mam włosy krótkie i czarne, a oczy zielone, przy tym jestem chuda, należę do najbrzydszych dziewczynek na świecie.

Myliła się jednak, wprawdzie nie przypominała Izabeli Grange, słynnej w całym pułku piękności, ale posiadała wiele uroku. Była osóbką smukłą, zgrabną, jak na swój wiek dość wysoką; twarzyczkę miała bystrą i miłą, włosy gęste, krucze, sfalowane nad czołem; duże, przedziwne oczy, przysłonięte długimi czarnymi rzęsami, ich szarozielony kolor podobał się wielu ludziom. Mimo to uważała się za brzydką i pochlebne słowa nie zawróciły jej w główce.

– Jestem tak brzydka, jak i ona… choć na inny sposób. Czemu ona mówi, że jestem ładna?

Z czasem, poznawszy bliżej miss Minchin, dowiedziała się, że w ten sam sposób przemawia do każdego ojca i każdej matki, którzy przyprowadzili dziecko do jej szkoły.

Ojciec Sary umieścił dziewczynkę właśnie w zakładzie miss Minchin, bo tutaj wychowały się dwie córki lady Meredith, której rozsądkowi i doświadczeniu kapitan Crewe ufał bezgranicznie. Sarze obiecano tu szczególne przywileje: miała dostać dla siebie oddzielną sypialnię i gabinecik, własnego kucyka i powozik oraz dziewczynę, przeznaczoną do osobistych posług.

– Nie mam najmniejszych obaw co do jej wychowania – mówił kapitan Crewe z wesołym uśmiechem, głaszcząc rękę Sary. – Cała trudność w tym, by jej nie pozwolić przemęczać się nauką. Wciąż tylko siedzi z nosem w książkach; ona nie czyta, ale wprost pożera książki… i nigdy nie może się nasycić. Rwie się do książek dla dorosłych… do grubych tomów w języku francuskim, niemieckim czy angielskim… do historii, życiorysów i dzieł poetyckich. Proszę więc odrywać ją od książek. Niech pojeździ sobie na kucyku… albo niech wyjdzie do miasta, by kupić nową lalkę. Powinna więcej bawić się lalkami.

– Tatusiu – odezwała się Sara – gdybym co parę dni kupowała sobie nową lalkę, szybko by mi się wszystkie znudziły. Z lalkami powinno się żyć w przyjaźni. Moją serdeczną przyjaciółką będzie Emilka.

Kapitan Crewe i miss Minchin spojrzeli bacznie na siebie.

– Któż jest ta Emilka? – zapytała miss Minchin.

– Odpowiedz nam, Saro – wezwał ją ojciec z uśmiechem.

W zielonych oczach Sary widniał wyraz wielkiej powagi i spokoju, gdy odpowiadała:

– To lalka, której jeszcze nie dostałam, a którą tatuś dopiero mi kupi. Pójdziemy po nią razem. Dałam jej imię Emilka… a gdy tatuś odjedzie, będę miała w niej przyjaciółkę… i będę jej opowiadała o tatusiu.

Szeroki uśmiech miss Minchin wyrażał w tej chwili naprawdę wielką przychylność:

– Jakież to niezwykłe dziecko! – odezwała się. – Jakież to przemiłe maleństwo!

– Tak – potwierdził kapitan Crewe, przyciskając Sarę do serca. – Przemiłe dziecko. Proszę serdecznie się nią opiekować, miss Minchin.

Przez kilka dni następnych – aż do czasu, gdy ojciec wyruszył w podróż powrotną do Indii – Sara mieszkała wraz z nim w hotelu. Zwiedzając miasto, wstępowali razem do dużych sklepów i kupowali najrozmaitsze rzeczy; nie wszystkie były Sarze potrzebne, to prawda, ale kapitan Crewe był człowiekiem młodym i porywczym, a córkę kochał ogromnie, więc pragnął, by miała wszystko, co tylko jej się spodobało i co spodobało się jemu samemu. W ten sposób wspólnymi siłami zgromadzili zapas odzieży aż nazbyt wytwornej, jak na siedmioletnie dziecko. Były tam aksamitne sukienki bramowane drogimi futerkami, sukienki haftowane i naszywane koronkami, kapelusze z wielkimi, strusimi piórami, gronostajowe mufki i kołnierze oraz pudełka pełne takiej ilości chusteczek do nosa, rękawiczek i jedwabnych pończoch, iż panienki sklepowe szeptały do siebie, że ta dziwna dziewczynka o wielkich, poważnych oczach musi być co najmniej zagraniczną księżniczką – może córką jakiegoś radży indyjskiego?

Wiele sklepów obeszli i przyjrzeli się wielu lalkom, dużym i małym, czarnookim i niebieskookim, ubranym i nieubranym, zanim w końcu znaleźli  Emilkę.

– Ona musi być inna od wszystkich innych lalek – mówiła Sara. – Musi przede wszystkim patrzeć inaczej, tak, jak gdyby słuchała tego, co do niej mówię.

Po wielu nieudanych próbach postanowili iść pieszo i przyglądać się kolejno wystawom sklepowym, rozkazawszy woźnicy jechać krok w krok za nimi. Minęli ze trzy składy zabawek, nawet nie zachodząc do środka, i już dochodzili do niewielkiego, nie rzucającego się w oczy sklepiku, gdy Sara nagle drgnęła i ścisnęła mocno ramię ojca.

– Tatusiu! – zawołała. – To Emilka!

Rumieniec wystąpił na jej twarzyczkę, a w oczach miała taki wyraz, jak gdyby spostrzegła kogoś dobrze znajomego i bliskiego.

– Właśnie tu na nas czekała! – rzekła. – Chodźmy do niej.

– Wiesz co, moja droga – odrzekł ojciec – ktoś powinien nas jej przedstawić.

– Dobrze! Ty przedstawisz mnie, a ja ciebie – rzekła Sara. – Ale ja ją poznałam od razu, więc może i ona mnie poznała.

Była to duża lalka, lecz nie taka duża, by nie można jej było nosić na rękach. Miała prawdziwe włosy, spływające złocistokasztanową falą, prawdziwe rzęsy i jasne oczy.

– Tak – mówiła Sara, trzymając ją na kolanach i przyglądając się jej twarzy – to jest Emilka!

Kupili więc Emilkę i natychmiast udali się do sklepu z konfekcją dziecięcą, gdzie wybrano dla niej ubranka tak samo wspaniałe, jak dla Sary. Dostała więc sukienki koronkowe, aksamitne i muślinowe, chusteczki do nosa, futerka.

– Jej będzie u mnie tak dobrze, jak dziecku u kochającej mamusi – mówiła Sara. – Ja jestem jej mamusią, ale także przyjaciółką.

Kapitan Crewe byłby bardziej uradowany tymi sprawunkami, gdyby nie dręczyła go smutna myśl o rychłej rozłące z córeczką.

W ostatnią noc wstał z łóżka i podszedłszy do córki, śpiącej z Emilką w objęciach, długo się jej przyglądał. Czarne jej włosy rozsypały się po poduszce, mieszając się ze złocistokasztanowymi kędziorkami Emilki. Obie ubrane były w obszywane koronkami koszulki nocne. Emilka wyglądała jak prawdziwe dziecko. Kapitan westchnął.

– Ech, córeczko! – szepnął. – Nie wiesz nawet, jak smutno będzie tatusiowi bez ciebie!

Rankiem zawiózł Sarę do pensjonatu pani Minchin i tam ją zostawił, bo nazajutrz miał odjechać. Oznajmił przełożonej, że rachunki regulować będą jego plenipotenci, panowie Barrow i Skipworth, do których też należy się zwracać po wszelkie potrzebne informacje. Zalecił, by spełniano każdą prośbę Sary, i obiecał pisywać do niej dwa razy w tygodniu.

Następnie w małym pokoiku gościnnym pożegnał się z córką serdecznie. Sara usiadła mu na kolanach i ująwszy rączkami brzeg surduta, patrzyła w oczy ojca długo i przenikliwie.

– Czy chcesz zapamiętać, jak wyglądam? – zapytał, głaszcząc jej włosy.

– Nie – odpowiedziała. – Ja wszystko pamiętam. Mam ciebie całego w serduszku.

Objęli się ramionami i całowali tak gorąco, jak gdyby nie mogli się rozstać.

Gdy ojciec wsiadł do dorożki, Sara patrzyła za odjeżdżającym, póki nie znikł za rogiem. Emilka była obok niej i również wpatrywała się w dorożkę. Gdy nadeszła siostra przełożonej, miss Amelia, chcąc – z jej rozkazu – dowiedzieć się, co się dzieje z dziewczynką, znalazła drzwi zamknięte na klucz.

– Zamknęłam je umyślnie – odezwał się grzeczny, ale zmieniony głosik. – Chciałabym teraz zostać sama.

Miss Amelia była to osoba gruba i przysadzista, zahukana przez siostrę; miała lepsze od niej serce, jednakże jej woli nigdy nie śmiała się sprzeciwić. Zeszła na dół, zaniepokojona ogromnie.

– Nigdy jeszcze nie widziałam tak dziwnego dziecka. Zamknęła się w pokoju i siedzi w nim cicho jak trusia.

– Wolę to, niż żeby tupała i krzyczała, jak to niektóre z nich umieją! – odpowiedziała miss Minchin. – Myślałam, że dziecko, tak rozpieszczone, podniesie wrzask na cały pensjonat. Bo też nie widziałam, by komu tak dogadzano, jak jej.

– Pomagałam jej w otwieraniu i rozpakowywaniu kufrów – odezwała się Amelia. – Czegoś podobnego nigdy nie widziałam. Sobole… gronostaje… koronki. Niektóre suknie widziałaś sama. I cóż sądzisz o tym wszystkim?

– Sądzę, że to wszystko jest przesadne. Ale w każdym razie będzie się ładnie prezentować na czele szeregu, gdy w niedzielę zaprowadzimy dziewczynki do kościoła. Zaopatrzono ją we wszystko, jak małą księżniczkę.

W zamkniętym pokoiku na górze Sara wraz z Emilką wpatrywały się w róg ulicy, za którym zniknęła dorożka. Kapitan Crewe jeszcze pewien czas oglądał się, machał ręką i przesyłał całusy, choć już nie widział córeczki.

R O Z D Z I A Ł   D R U G ILekcja francuskiego

Gdy rankiem dnia następnego Sara weszła do sali szkolnej, wszystko, co żyło, jęło się jej przyglądać szeroko otwartymi, pełnymi ciekawości oczyma. Wszystkie uczennice – począwszy od Lawinii Herbert, która miała prawie trzynaście lat i uważała się za dorosłą, a skończywszy na Lottie Legh, która dopiero doszła do czterech latek i była beniaminkiem szkoły – nasłuchały się już wielu wieści o nowo przybyłej. Wiedziały – i to z całą pewnością – że jest to uczennica, którą miss Minchin pragnie się popisywać i po której spodziewa się wielkich korzyści dla swego zakładu. Kilka dziewczynek widziało nawet daną jej do posługi dziewczynę, Francuzkę Mariette, która przybyła poprzedniego wieczoru. Lawinia przechodziła koło pokoju Sary i przez otwarte drzwi widziała, jak Mariette rozpakowywała paczkę, nadesłaną późnym wieczorem ze sklepu.

– Było w niej pełno spódniczek, naszywanych suto koronkami – szeptała do ucha swej koleżanki Jessie, schylonej nad podręcznikiem geografii. – Słyszałam, jak miss Minchin mówiła do miss Amelii, że to śmieszne stroić tak małą dziewczynkę. Moja mamusia mówi, że dzieci powinny się ubierać skromnie. Jedną z tych spódniczek Sara ma teraz na sobie, widziałam, gdy wchodziła.

– Ona ma jedwabne pończochy – szepnęła Jessie. – A jakie małe nóżki! Nigdy nie widziałam tak małych nóżek.

– Phi! – odęła się Lawinia – to tylko fason jej bucików. Moja mamusia zawsze mówi, że nawet duże nogi mogą się wydać małe, jeżeli szewc jest zręczny. Mnie ona nie wydaje się ładna. Jej oczy mają taki dziwny kolor.

– Ona nie jest ładna, jak to nieraz bywają ładne dziewczynki – odpowiedziała Jessie, rzucając ukradkowe spojrzenie na salę – ale jest w niej coś pociągającego. Ma bardzo długie rzęsy, a oczy prawie zielone.

Tymczasem Sara siedziała spokojnie, czekając, aż jej oznajmią, co ma robić. Dano jej miejsce w pobliżu stolika miss Minchin. Spojrzenia koleżanek bynajmniej nie zbiły jej z tropu. Była wszystkim zaciekawiona, więc z całym spokojem patrzyła na dziewczynki, zastanawiała się, o czym myślą, czy lubią miss Minchin, czy interesują się lekcjami, i czy która z nich ma takiego tatusia jak ona. O tatusiu miała dziś rankiem dłuższą rozmowę z Emilką.

– On teraz płynie po morzu, Emilko – mówiła do niej. – Teraz my dwie powinnyśmy serdecznie się przyjaźnić i opowiadać sobie różne rzeczy. Popatrz na mnie, Emilko. Oczka masz prześliczne… gdybyś jeszcze umiała mówić!

Jednym z fantastycznych urojeń, do których Sara żywiła skłonność, było przekonanie, że Emilka żyje, a tym samym słyszy i rozumie wszystkie jej słowa. Przynosiło jej to wielką pociechę. Gdy Mariette ubrała ją w granatowy mundurek szkolny i przewiązała włosy granatową wstążką, dziewczynka natychmiast podeszła do Emilki, usadowionej w krzesełku, i podała jej książkę.

– Możesz to czytać, póki nie wrócę ze szkoły.

Widząc zaś, że Mariette spogląda na nią z zaciekawieniem, jęła wyjaśniać poważnie rzecz całą:

– Ja wierzę, że lalki potrafią wykonać wiele rzeczy, tylko nie dają tego poznać po sobie. Jest rzeczą bardzo możliwą, że Emilka umie czytać, mówić i chodzić… ale czyni to tylko wtedy, gdy ludzie wyjdą z pokoju. Jest to tajemnica. Gdyby ludzie wiedzieli, że lalki potrafią wykonywać różne czynności, zaraz zaprzęgliby je do roboty. To dlatego zapewne zobowiązały się one nawzajem do sekretu. Póki będziesz w pokoju, Emilka będzie siedzieć spokojnie i patrzeć przed siebie, ale gdy wyjdziesz, ona na pewno zacznie czytać albo podejdzie do okna i będzie patrzyła na ulicę; skoro jednak posłyszy czyjeś kroki, pobiegnie szybciutko na dawne miejsce i będzie udawała, że siedziała tam przez cały czas.

– Comme elle est drôle! Jaka ona zabawna! – rzekła do siebie Mariette i zszedłszy na dół, opowiedziała o wszystkim klucznicy, jednakże poczuła już wielką sympatię dla tego dziwnego dziecka, które miało twarzyczkę tak rozumną i tak uprzejme obejście się z ludźmi. Mariette dotychczas miewała do czynienia z dziećmi, które bynajmniej nie odnosiły się do niej grzecznie; przeto teraz z zachwytem zwierzała się klucznicy, jak Sara przemawia do niej: „bądź łaskawa, Marietko”, „dziękuję ci, Marietko” – traktując ją jak prawdziwą damę.

– Elle a l’air d’une princesse, cette petite! – zakończyła, wielce zadowolona z nowej pani i nowego miejsca. – Ona wygląda jak księżniczka!

Gdy Sara przesiedziała już parę minut w ławce, oglądana z zaciekawieniem przez koleżanki, nagle przy katedrze ukazała się miss Minchin.

– Moje dziewczynki – przemówiła uroczyście – pragnę wam przedstawić nową koleżankę. – Wszystkie uczennice powstały, a Sara poszła za ich przykładem. – Spodziewam się, że będziecie dobre i uprzejme dla panny Crewe, która przybyła do was z bardzo daleka, bo aż z Indii. Zaraz po lekcjach powinnyście się z nią zaznajomić.

Uczennice ukłoniły się ceremonialnie, a Sara odwzajemniła się ukłonem, po czym usiadły i znów zaczęły się sobie przyglądać.

– Saro – odezwała się miss Minchin tonem, jakiego używała w szkole – podejdź do mnie.

Wyjęła z pulpitu jakąś książkę i zaczęła przewracać stronice. Sara podeszła grzecznie do katedry.

– Ponieważ twój tatuś wybrał Francuzkę na pokojówkę dla ciebie – odezwała się miss Minchin – więc przypuszczam, że życzył sobie, byś szczególnie przyłożyła się do nauki języka francuskiego.

Sara poczuła się nieswojo.

– Ja myślałam – odpowiedziała – że tatuś dlatego ją wybrał, że… że myślał, iż ja ją polubię, proszę pani.

– Mam pewne obawy – odezwała się miss Minchin, uśmiechając się cierpko – że jesteś dziewczynką bardzo rozpieszczoną, która sobie wyobraża, iż wszystko czyni się tylko dla dogodzenia jej upodobaniom. Ja jestem zdania, że twój tatuś sobie życzył, żebyś wzięła się do nauki francuskiego.

Gdyby Sara była nieco starsza lub mniej grzeczna, potrafiłaby wyjaśnić w kilku słowach całą sprawę; teraz jednak nie zdobyła się na ani jedno słówko – tylko gorący rumieniec oblał jej policzki. Miss Minchin była bardzo stanowcza i bezwzględna, a przy tym tak głęboko przekonana, że Sara nie ma pojęcia o francuszczyźnie, iż próba wyprowadzenia jej z błędu mogła wydawać się niemal niegrzecznością.

W istocie jednak język francuski był znany Sarze niemal od kolebki. Jej matka była Francuzką, a kapitan Crewe przez pamięć ukochanej żony, którą stracił tak wcześnie, rozmawiał często po francusku przy córce, a nawet z nią samą, jeszcze gdy była malutka.

– Ja tak naprawdę nigdy nie uczyłam się francuskiego, ale… ale… – zaczęła tłumaczyć przełożonej.

Jednym z najpoważniejszych strapień miss Minchin było to, iż nie znała francuskiego. Fakt ten usiłowała zataić przed ludźmi, przeto nie miała ochoty wdawać się w dyskusję z nowicjuszką i narażać się na jej pytania.

– To wystarczy – odpowiedziała z kwaśną uprzejmością. – Skoro się nie uczyłaś, musisz niezwłocznie przystąpić do nauki. Za parę minut przyjdzie nauczyciel francuskiego, monsieur Dufarge. Weź tę książkę i rozejrzyj się w niej, zanim pan profesor nadejdzie.

Sara, cała w pąsach, wróciła do swej ławki i otworzyła książkę. Spojrzawszy na pierwszą stronicę, starała się zachować poważny wyraz twarzy. Wiedziała, że niegrzecznością byłoby uśmiechać się – a postanowiła sobie święcie, że nie okaże się niegrzeczna. W każdym razie bawiło ją, iż kazano jej uczyć się, że le père znaczy ojciec, a la mère – matka.

Miss Minchin spojrzała na nią badawczo.

– Widzę, Saro, że wodzisz oczyma po klasie, zamiast patrzeć w książkę. Szkoda, że nie okazujesz zapału do języka francuskiego.

– Ten język bardzo mi się podoba – odpowiedziała Sara, próbując znów przyjść do głosu – ale…

– Nie powinnaś mówić „ale”, gdy ci coś rozkazują przełożeni. Patrz w książkę.

Sara wlepiła wzrok w książkę – ale już się nie uśmiechała.

– Gdy przyjdzie monsieur Dufarge – myślała – wszystko mu wytłumaczę.

Niebawem nadszedł monsieur Dufarge, miły, inteligentny, średnich lat Francuz. Ujrzawszy Sarę, niby to pogrążoną w lekturze, zainteresował się grzeczną uczennicą.

– Czy to moja nowa uczennica? – zapytał przełożonej. – Sądzę, że będę miał z niej pociechę.

– Jej ojciec, kapitan Crewe, bardzo pragnie, by rozpoczęła naukę języka francuskiego. Boję się jednak, że ona nie bardzo się garnie do nauki – odpowiedziała miss Minchin.

– Wielka szkoda – odezwał się monsieurDufarge uprzejmie. – Może, gdy zaczniemy razem się uczyć, potrafię mademoiselle przekonać, że to bardzo piękny język.

Sara wstała. Rozwarłszy szeroko oczy, spojrzała nimi szczerze i prostodusznie w twarz monsieur Dufarge’a. Wyczytała z niej, że on pojmie, o co chodzi, przeto zgoła po prostu zaczęła w dźwięcznej i płynnej francuszczyźnie tłumaczyć mu rzecz całą. Prawda, nie uczyła się francuskiego na lekcjach i z książek, ale tatuś i inni ludzie często mówili do niej tym językiem. Był to przecież rodzinny język jej matki, która umarła po jej urodzeniu, dlatego i tatuś, i ona za jego przykładem, lubili się nim posługiwać.

W końcu Sara zapewniła, że bardzo chętnie będzie się uczyła wszystkiego, czego on zechce ją uczyć.

Gdy Sara zaczęła mówić, miss Minchin drgnęła i z oburzeniem wpatrywała się w uczennicę. Monsieur Dufarge uśmiechał się z wielkim zadowoleniem, słysząc w ustach tego dziecka czysty i uroczy dźwięk ojczystej mowy. Przeniósł się myślami do kraju lat młodzieńczych – z dala od ciemnego, mglistego Londynu. Spojrzał na nią z rozczuleniem i odebrawszy podręcznik, odezwał się do miss Minchin:

– Ach, madame, ja już niewiele mogę ją nauczyć! Ona nie uczyła się francuskiego, ale mówi jak rodowita Francuzka. Akcent ma wyborny.

– Powinnaś była mi to powiedzieć! – zawołała miss Minchin, mocno urażona.

– Ja… ja chciałam… – odpowiedziała Sara – ale zdaje mi się, że zaczęłam niewłaściwie.

Miss Minchin zdawała sobie dobrze sprawę, że zawiniła, nie dając przyjść do słowa dziewczynce. Gdy więc spostrzegła, że inne dziewczęta przysłuchiwały się całej scenie, a Lawinia i Jessie chichoczą za książką, wpadła w wielki gniew.

– Cicho, panienki! – odezwała się surowym głosem, stukając w pulpit. – Cicho mi zaraz!

Od tej chwili poczuła wielką niechęć do nowej uczennicy.

R O Z D Z I A Ł   T R Z E C IErmengarda

Gdy w ów pierwszy dzień lekcji Sara siedziała koło miss Minchin, obserwowana bacznie przez wszystkie koleżanki, zauważyła między nimi małą dziewczynkę, mniej więcej w tym samym wieku, która wpatrywała się w nią uporczywie jasnobłękitnymi, nieco tępawymi oczami. Było to grube dziecko, bynajmniej niewyglądające na zbyt mądre, o buzi nadąsanej, ale poczciwej. Jej lniane włosy splecione były w gęsty warkocz; jego koniec dziewczynka przerzuciła sobie przez ramię i gryzła wstążkę, a podparłszy się łokciami o pulpit, przyglądała się z podziwem nowicjuszce.

Gdy monsieur