Majestat Boga. Katolicki argument na rzecz teorii inteligentnego projektu - Ann Gauger (red.) - ebook

Majestat Boga. Katolicki argument na rzecz teorii inteligentnego projektu ebook

Ann Gauger (red.)

0,0

Opis

Nie jesteśmy przypadkowym i pozbawionym znaczenia produktem ewolucji. Każdy z nas jest owocem zamysłu Bożego. Każdy z nas jest chciany, każdy miłowany, każdy niezbędny.
– Benedykt XVI

Czy najnowsze odkrycia naukowe stoją w sprzeczności z biblijną prawdą o stworzeniu? Czy wiara w Boga wymaga rezygnacji z osiągnięć współczesnej nauki? Ta książka dowodzi, że odpowiedź na oba pytania brzmi: nie. Autorzy pokazują, że współczesna nauka – od kosmologii po biologię molekularną – nie tylko nie stoi w sprzeczności z wiarą, ale wręcz ujawnia coraz więcej śladów celowego zamysłu w każdym zakątku wszechświata.
W dobie dominacji materialistycznego światopoglądu odpowiadają na pytania, które dziś szczególnie nurtują wierzących:
•Czego naprawdę Kościół naucza o teorii ewolucji i stworzeniu?
•Dlaczego człowiek jest kimś więcej niż „ulepszoną małpą”?
•Jak odkrycia z zakresu DNA, paleontologii i chemii wskazują na inteligentnego projektanta?
•Dlaczego biblijny opis stworzenia wciąż ma fundamentalne znaczenie?
•W jaki sposób piękno, porządek i matematyczna elegancja wszechświata świadczą o istnieniu Boga?
„Majestat Boga” to zaproszenie do odkrycia, że właściwie rozumiana nauka nie oddala od Boga, lecz prowadzi wprost do Niego. Książka, jak żadna inna, umocni czytelnika w przekonaniu, że świat jest dziełem inteligentnego i celowo działającego Stwórcy  Tego, który najbardziej pragnie, abyś spędził z Nim całą wieczność.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 40

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Zeskanuj kod QR i obejrzyj „Rozmowy o Apologetyce”.

Originally published in English under the title: God’s Grandeur: The Catholic Case for Intelligent Design

Copyright © 2023 by Discovery Institute Published by Sophia Institute Press, USA. All rights reserved. Polish translation edition © 2026 by Fundacja Prodoteo, Poland. All rights reserved. This Polish edition published in arrangement with Sophia Institute Press through Riggins Rights Management. Copyright © for this edition by Fundacja Prodoteo, Warszawa 2026

Redaktor prowadzący – Anna Kaszubowska

Redakcja językowa – Anna Kaszubowska

Korekta – Beata Gołkowska

Projekt okładki i stron tytułowych – Ewa Jabłońska

Skład – Amadeusz Targoński

Wydanie 1

ISBN 978-83-67634-98-4

Fundacja Prodoteo ul. Wybrzeże Gdyńskie 27 01-531 Warszawa Pełna oferta wydawnictwa dostępna na www.prodoteo.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Gdyż na podstawie potęgi i piękna rzeczy stworzonych

można przez podobieństwo dojść do kontemplacji Stwórcy (Mdr 13,5).

1

PRZEDMOWA

MAJESTAT BOGA:KATOLICKI ARGUMENT NA RZECZ INTELIGENTNEGO PROJEKTU

Ann Gauger

Świat jest przepełniony Bożym majestatem,

Co razi jak blask potrząsanej blaszki;

Sączy się gęsto, jak sok w dłoni,

Gdy ze zgniecionego owocu wypływa powoli.

Czemuż więc ludzie nie czują Jego mocy?

Gerard Manley Hopkins1

Świat, a właściwie wszechświat, jest przepełniony majestatem. Wszystko mówi o pięknie, mocy i celu – o projekcie (design)2. Pełne elegancji relacje między prawami fizyki, zadziwiające właściwości pierwiastków umożliwiające istnienie życia, wyrafinowane sposoby funkcjonowania organizmów żywych i współzależność w biosferze – wszystko to ujawnia rolę projektanta.

Dla osoby wierzącej w Boga nie ma w tym nic zaskakującego. Trzy wielkie religie monoteistyczne uznają Boga za Stwórcę wszystkiego. „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię” (Rdz 1,1)3 – mówi Pismo. Jak stwierdza apostoł Paweł, jest to jasno widoczne, a więc jesteśmy bez wymówki, ponieważ dzieła Boże objawiają Jego naturę i moc (por. Rz 1,20).

Pismo Święte mówi również, że kiedy Bóg stworzył człowieka, uczynił go na swój obraz i podobieństwo, jako mężczyznę i kobietę, i że było to bardzo dobre. Papież Benedykt XVI ujął to następująco: „Nie jesteśmy przypadkowym i pozbawionym znaczenia produktem ewolucji. Każdy z nas jest owocem zamysłu Bożego. Każdy z nas jest chciany, każdy miłowany, każdy niezbędny”4.

ODRZUCENIE PRZEZ CZŁOWIEKA

Jasne jest jednak, że mimo Boskiego majestatu obecnego w stworzeniu wiele osób nie uznaje tej prawdy. Wiktoriański poeta i ksiądz Gerard Manley Hopkins stawia trafne pytanie: „Czemuż więc ludzie nie czują Jego mocy?”. Dlaczego nie rozpoznają mocy Boga i Jego ogromnego daru, jakim jest stworzenie? To pytanie jest zarówno głębokie, jak i pilne. Niewiara nie jest nowym zjawiskiem, ale jest dziś wszechobecna, i trzeba powiedzieć, że w dużej mierze odpowiada za to wpływ radykalnego materializmu na naszą kulturę − nie tego materializmu, który prowadzi do niekończącej się pogoni za dobrami, lecz tego, który głosi, że jesteśmy jedynie molekułami w ruchu, materią i energią. Materializm naukowy, jak określa się to stanowisko, odrzuca istnienie czegokolwiek niematerialnego: duszy, dobra, prawdy, piękna, wolnej woli czy Boga. Według niego wszystko jest subiektywne i relatywne. Nie ma fundamentu istnienia, nie ma ostatecznej przyczyny, nie ma sensu. Wszechświat jest pozbawionym znaczenia produktem ślepych, bezcelowych sił. Jak mówi ateistyczny biolog ewolucyjny Richard Dawkins: „Świat, który obserwujemy, ma dokładnie takie właściwości, jakich należałoby oczekiwać, gdyby nie było żadnego planu [design], celu, dobra ani zła, tylko ślepa, bezwzględna obojętność”5.

Jeden z zarzutów wobec wiary w Boga głosi, że idea Boga jest zbędna. Fizyka i kosmologia potrafią wyjaśnić istnienie i subtelne zestrojenie praw rządzących wszechświatem. Odwołanie wyłącznie do niekierowanych procesów naturalnych pozwala wyjaśnić cudowne formy życia, zarówno przeszłe, jak i współczesne. My, ludzie, jesteśmy efektem ślepych procesów ewolucyjnych, które nie miały na celu naszego powstania. Młodzież jest nauczana tej doktryny w szkołach, często w sposób jawnie podważający wiarę religijną. Doktryna materialistyczna głoszona jest również przez niemal wszystkie świeckie media.

Piszę do Was jako naukowiec i katoliczka. Niepokoi mnie, że nauka jest wykorzystywana do negowania sensu, celowości i wszystkiego, co niematerialne. Irytuje mnie, że jest używana jako argument przeciwko istnieniu Boga, podczas gdy dla mnie jest jasne, że nauka − właściwie rozumiana − wskazuje na Boga zamiast od Niego oddalać, i że świadectwa Jego projektu są wszechobecne.

NAUKA JAKO WYZWANIE DLA WIARY

Niestety, nie tylko naukowcy będący materialistami odrzucają ideę inteligentnego projektu w naturze. Wielu katolickich zwolenników teorii ewolucji jest przekonanych, że świadectwa na jej rzecz są doniosłe i niepodważalne. Jednocześnie zaprzeczają oni, że istnieją jakiekolwiek przesłanki wskazujące na inteligentny projekt. To dość osobliwe stanowisko. Słowo „ewolucja” jest wieloznaczne. Może oznaczać zmianę w czasie, na przykład: „Z czasem populacja bakterii wykształciła oporność na antybiotyki” − jest to zwyczajne stwierdzenie obserwowalnego faktu. Spotyka się także twierdzenia dotyczące wspólnego pochodzenia: „Psy, lisy i wilki wywodzą się od wspólnego przodka”. To twierdzenie opiera się na koncepcji, że podobieństwo implikuje pokrewieństwo przodków, a ta idea była obecna jeszcze przed Darwinem. Żadne z tych stwierdzeń nie stoi w sprzeczności z wiarą. Na rzecz przekonań o zachodzeniu zmian i wspólnym pochodzeniu można argumentować, odwołując się do zapisu kopalnego i naszego genomu. Jednakże żadna z tych składowych nie dostarcza ostatecznej odpowiedzi, które czynniki są za nie odpowiedzialne: ewolucja, inteligentny projekt czy ich kombinacja. O ile tylko katolik uznaje, że Bóg w jakiś sposób kierował procesem ewolucji, ma wolność przyjęcia koncepcji wspólnego pochodzenia, ale z jednym wyjątkiem – stworzenia człowieka. Wszyscy wywodzimy się od dwojga pierwszych rodziców (monogeneza). Co więcej, każda ludzka dusza zostaje bezpośrednio stworzona przez Boga w chwili poczęcia. Temat ten zostanie omówiony szerzej w rozdziale dotyczącym pochodzenia człowieka.

Dlaczego więc niektórzy katolicy zaprzeczają temu, że w stworzonym świecie można wykryć projekt? Uważam, że dzieje się tak dlatego, iż stoi to w sprzeczności z naukową ortodoksją. Wolą oni znaleźć teologiczne obejście lub całkowicie zreinterpretować teologię, niż narazić się na krytykę ze strony biologów ewolucyjnych.

Aby poradzić sobie z dysonansem poznawczym, niektórzy katolicy odstępują od ortodoksji, tak jak biolog Kenneth Miller, profesor Uniwersytetu Browna. Miller stwierdził, że gdyby „taśmę ewolucji” odtworzyć ponownie, „wydarzenia mogłyby potoczyć się inaczej”. Rozwija tę nieortodoksyjną myśl, twierdząc: „Z pewnością oznacza to, że pojawienie się ludzkości na tej planecie nie było z góry zaplanowane, że jesteśmy tutaj nie jako efekt nieuniknionego pochodu ewolucyjnego postępu, lecz jako coś pobocznego, drobny szczegół, przypadek w historii, która równie dobrze mogła nas pominąć”6.

John Haught, teolog z Uniwersytetu Georgetown, posunął się o krok dalej, uznając ewolucję za sposób, w jaki Bóg pozwala wszechświatowi uczestniczyć w swoim własnym stworzeniu:

Stwórca, który tworzy świat zdolny do tworzenia samego siebie, jest o wiele bardziej godny naszej czci niż taki, który kieruje światem jak marionetką. Nieskrępowane narzucenie boskiego „projektu” de facto nie pozostawiłoby miejsca na cokolwiek poza Bogiem − nie byłoby świata jako takiego. Idea świata całkowicie „zaprojektowanego” byłaby nie do pogodzenia z biblijną koncepcją stworzenia. Wymowa tekstów biblijnych ujętych całościowo kieruje nas ku poszukiwaniu doskonałości nie w przeszłości ani teraźniejszości świata, lecz w jego przyszłości. Stworzenie nie jest projektem, lecz obietnicą, która przemienia wyłonienie się materii, życia i umysłu w niebezpieczną, ale wspaniałą [sic] historię7.

Stanowisko Haughta, znane jako „teologia procesu”, ma w sobie więcej z panenteizmu niż z katolicyzmu. Przypomina również koncepcję jezuity, mistyka i paleontologa Pierre’a Teilharda de Chardina. Trzeba zaznaczyć, że Teilhard de Chardin nie był teologiem, a jego żarliwe pisma o nowym sposobie interpretowania Ewangelii w świetle teorii ewolucji spotkały się z ostrą krytyką. Jego teksty były cenzurowane przez Kościół i wciąż wiele osób uważa je za heterodoksyjne. A jednak z tego, co czytałam, widać, że był głęboko oddany Chrystusowi. Postrzegał całe materialne stworzenie jako przepełnione obecnością Boga i dojrzewające do doskonałości w Bogu poprzez ludzką współpracę z Nim8.

Dla niego postać Chrystusa miała „trzy natury”: ludzką, boską we wcieleniu oraz kosmiczną, jako Punkt Omega, ku któremu wszystko zmierza. Nie jestem teologiem, ale dla mnie tradycyjne chrześcijańskie rozumienie Chrystusa jako w pełni Boga i w pełni człowieka czyni koncepcję „kosmicznego Chrystusa” zbędną.

Teilhard de Chardin zmarł w 1955 roku, zaledwie dwa lata po odkryciu struktury DNA. Nie znał cudów biologii molekularnej, które zostały ujawnione w ciągu ostatnich 70 lat. Jakże by się cieszył z chwały obecnej w naturze, ujawnianej przez dzisiejsze odkrycia!

Inni filozofowie i naukowcy, w tym Edward Feser i Stephen Barr, twierdzą, że teoria inteligentnego projektu jest sprzeczna nie tylko z nauką, ale również z nauczaniem Tomasza z Akwinu i jego metafizyką. Utrzymują, że doktryna Akwinaty o przyczynowości pierwotnej i wtórnej zwyczajnie pozwala na akceptację idei ewolucji. Bóg podtrzymuje wszystko w swoim istnieniu, ale dopuszcza, by rzeczy działały zgodnie ze swoją naturą jako przyczyny wtórne, wywołując odpowiednie zmiany. Oznacza to, że Bóg ustanowił ewolucję jako sposób na to, aby życie przybrało takie formy, z jakimi mamy dziś do czynienia, ale także, że jeśli kierował On losowymi procesami ewolucji, to uczynił to w sposób nierozróżnialny od ślepych procesów materialnych. W związku z tym projekt nie jest wykrywalny9. Filozofowie tomistyczni, którzy podnoszą ten argument przeciwko koncepcji inteligentnego projektu, zarzucają jej także mechanicyzm10 i odrzucenie tomistycznych pojęć „formy”, „substancji” i „przypadłości”.

Uff! Do tych argumentów odnosimy się w rozdziałach autorstwa teologa o. Michała Chaberka OP, biologa Richarda von Sternberga oraz filozofa Jaya W. Richardsa. Ujmując rzecz w skrócie, stanowisko neotomistów odrzucających koncepcję inteligentnego projektu opiera się na filozoficznych unikach, wykorzystując wieloznaczność słowa „losowość”. Naukowcy twierdzą, że ewolucja jest wynikiem losowych procesów, na których działa dobór naturalny. Przez „losowe” rozumieją oni procesy niekierowane, zachodzące niezależnie od potrzeb organizmu. Nie mają na myśli procesów „pozornie losowych, a jednak kierowanych przez Boga”. Warto również zaznaczyć, że nawet Bóg nie może „kierować” procesem, który z definicji jest niekierowany. Nie pomoże tu także odwołanie do nieoznaczoności kwantowej11. Ponadto ten sprzeciw wobec koncepcji inteligentnego projektu opiera się na błędnej interpretacji nauczania św. Tomasza z Akwinu.

Pozwolę sobie na kilka dodatkowych uwag. Pierwsza i najbardziej oczywista jest taka, że zwolennicy teistycznego ewolucjonizmu próbują „ochrzcić” teorię, którą Darwin opracował specjalnie po to, aby zastąpić doktrynę specjalnego stworzenia oraz koncepcję Boga jako Stwórcy (przynajmniej w odniesieniu do świata żywego). Teoria Darwina nie jest bezpodstawna. A jednak teistyczni ewolucjoniści z zapałem podtrzymują swoje przywiązanie do idei ewolucji w momencie, w którym akurat wielu naukowców głównego nurtu zaczyna kwestionować wyjaśnienie życia odwołujące się do koncepcji ewolucji niekierowanej.

Niestety, jak zostanie to pokazane w dalszej części, ich bezkrytyczna akceptacja całej teorii ewolucji w każdym jej aspekcie podważa świętą wiarę.

TEORIA EWOLUCJI A IDEA STWORZENIA

Papież senior Benedykt XVI, jeszcze jako kardynał Ratzinger, powiązał w swojej książce Na początku Bóg stworzył... utratę teologii stworzenia z utratą wiary w Pismo Święte i w Kościół:

Rzeczywiście, niedawno jeden z teologów powiedział, że pojęcie stworzenia stało się czymś nierealnym. Ktoś, kto jest intelektualnie szczery, nie powinien mówić o stworzeniu, lecz wyłącznie o mutacji i selekcji. Czy zatem słowa Księgi Rodzaju jeszcze obowiązują? [...] Pierwsza próba odpowiedzi została opracowana już dawno [...]. Brzmi ona tak: Biblia nie jest podręcznikiem nauk przyrodniczych ani nie chce nim być. [...] Trzeba odróżnić między przedstawiającą formą i przedstawioną treścią [...] ostatecznie chce nam powiedzieć tylko jedno: Bóg stworzył świat.

Sądzę, że to wszystko jest słuszne. [...] Pojawia się zatem podejrzenie, że ostatecznie wszystko to jest tylko sztuczką Kościoła i teologów, którzy właściwie nie wiedząc, jak sobie poradzić [...] wymyślają kryjącą ich zasłonę. [...] Można bowiem zapytać: Jeśli teologowie, czy też Kościół, mogą w ten sposób przesuwać granice pomiędzy obrazem i jego treścią, pomiędzy tym, co należy do przeszłości, a tym, co nadal obowiązuje, to dlaczego nie można tego zrobić również w innych przypadkach, na przykład cudów Jezusa. [...] Operacja, która broni wiary, mówiąc: Za tym, co widzimy i czego nie możemy już więcej bronić, znajduje się coś istotniejszego, skutkuje często kwestionowaniem wiary, gdyż pojawia się wówczas pytanie o szczerość jej interpretatorów oraz o to, czy w ogóle jest coś trwałego. Po takich teologicznych interpretacjach wielu ludzi ma wrażenie, że wiara Kościoła jest czymś w rodzaju meduzy, której nie można porządnie uchwycić, odnaleźć punktu, na którym można by się oprzeć. Wiele dokonywanych bez pełnego przekonania interpretacji słowa Biblii, które można dzisiaj spotkać i które są bardziej ucieczką niż interpretacją, prowadzi do chorobliwej formy chrześcijaństwa, które nie jest już przekonane o swojej prawdzie i dlatego nie może dawać oparcia i wywoływać entuzjazmu. Sprawia raczej wrażenie stowarzyszenia, które nadal mówi, chociaż właściwie nie ma już nic do powiedzenia, gdyż górnolotne słowa nie wyrażają przekonania, a jedynie usiłują ukryć jego utratę12.

Teistyczny ewolucjonizm to nie marginalny problem. Idea ta oddziałuje na to, jak postrzegamy samych siebie, a to z kolei wpływa na to, jak poważnie traktujemy słowa Pisma Świętego. Zwracam uwagę, że podczas każdej Wigilii Paschalnej, najważniejszego spośród świątecznych dni, początkowe czytania pochodzą z początkowych rozdziałów Księgi Rodzaju. Kościół łączy postać pierwszego Adama z Księgi Rodzaju z Drugim Adamem – Chrystusem, by przez odniesienia do Jego zmartwychwstania podkreślić, do czego zostaliśmy powołani. Naszym przeznaczeniem jest być z Bogiem na zawsze i uczestniczyć w pełni Jego radości.

Nie jesteśmy maszynami zrobionymi z mięsa. Nie jesteśmy ulepszonymi małpami. Nie jesteśmy zdeterminowani przez nasze geny ani wychowanie, niezdolni do wyboru między dobrem a złem. Jesteśmy dziećmi Boga, stworzonymi na Jego obraz. Mamy cel w życiu. Mamy intelekt, duszę i wolną wolę. Potrafimy zgłębiać tajemnice wszechświata, w którym żyjemy, ponieważ jest on dla nas poznawalny. Jesteśmy istotami rozumnymi, a świat jest uporządkowany w taki sposób, by był poznawalny.

To są prawdy, które wyznajemy jako katolicy. I to są prawdy, których biologiczna teoria ewolucji nie potrafi wyjaśnić.

W pewnym momencie musimy uczciwie stawić czoła tej kwestii. Materialistyczna koncepcja ewolucji oraz niektóre formy teistycznego ewolucjonizmu nie są zgodne z nauczaniem Kościoła. Nauka wykazuje za to, że świat jest wytworem działającego z zamysłem oraz inteligentnego projektanta.

ZARYS TEJ KSIĄŻKI

Zakres zagadnień, które można rozwinąć wokół tematu projektu zawartego w stworzeniu, jest ogromny. Wybraliśmy jednak te, które są najistotniejsze dla kwestii stanowiącej główny motyw tej publikacji, mianowicie pokazania, w jaki sposób materialistyczna koncepcja ewolucji stoi w sprzeczności z katolickim nauczaniem o stworzeniu oraz jak idea inteligentnego projektu nauczanie to potwierdza. Aby już na wstępie rozwiać pewne możliwe nieporozumienia, we wprowadzeniu filozof Logan Paul Gage wyjaśnia, jak rozumiemy słowo „projekt” i jak go nie rozumiemy.

Rozdziały zostały przyporządkowane do trzech głównych części. W pierwszej z nich analizowane są naukowe świadectwa na rzecz teorii inteligentnego projektu. Przedstawiamy dane z zakresu kosmologii i badań nad pochodzeniem życia (fizyk Brian Miller), paleontologii (paleontolog Günter Bechly) oraz biologii (biochemik Michael Behe i biolog Ann Gauger), które wskazują na konieczność istnienia projektanta. Omawiamy kwestię natury ludzkiej i nauczania Kościoła katolickiego w sprawie naszego pochodzenia oraz pokazujemy, w jaki sposób to nauczanie może współgrać z danymi naukowymi.

W drugiej części książki analizujemy argumenty filozoficzne dotyczące idei projektu i ewolucji. Zajmujemy się kwestią teleologii (czyli poglądu, że rzeczy istnieją w określonym celu), tym, w jaki sposób stanowisko to zaprzecza materializmowi, a także koncepcją, że Bóg nie wiedział, jaki będzie rezultat stworzenia (filozof Robert C. Koons). Podejmujemy zagadnienia z zakresu filozofii umysłu (dr Michael Egnor), problematyki wyjątkowości osoby ludzkiej (dr Scott Ventureyra), prawa naturalnego (filozof Benjamin Wiker), prawa moralnego (filozof J. Budziszewski), poznawalności natury (Benjamin Wiker) oraz istnienia piękna jako transcendentalnej własności bytu (Logan Paul Gage).

W ostatniej części przyglądamy się temu, co o projekcie w naturze mówi teologia. Podkreślamy, że Pismo Święte jest pełne odniesień do Bożego zamysłu (teolog John Bergsma) i chwały Boga objawionej w stworzeniu (o. Pedro Barrajón LC). Podejmujemy polemikę z argumentem teistycznych ewolucjonistów i innych, którzy twierdzą, że Boży projekt jest ukryty i nie do wykrycia (o. Michał Chaberek OP, biolog i filozof Richard von Sternberg oraz filozof Jay W. Richards). Kierujemy też wezwanie do Kościoła, by nie tłumił debaty na temat inteligentnego projektu, lecz ją podjął (Bruce Chapman).

Rozdział końcowy (dr Anthony Esolen) przedstawia szeroką wizję natury, wolną od redukcyjnego materializmu i ukazującą obraz rzeczywistości, w którym natura bardziej przypomina żyjącą symfonię niż maszynę, formułę czy stanowi wytwór przypadkowych zderzeń atomów.

Czytelnik może wybrać najbardziej interesujące go rozdziały lub przeczytać całość od początku do końca. W tomie zawarto przypisy i propozycje dalszej lektury. Niektóre rozdziały są bardziej techniczne niż inne, dlatego tam, gdzie to konieczne, w przypisach zamieszczamy definicje i wyjaśnienia.

Pragnę podziękować założycielowi Discovery Institute, Bruce’owi Chapmanowi, za jego rolę w zainicjowaniu projektu publikacji tej książki oraz za nieustające wsparcie. Bez niego tom ten nie byłby taki sam. Chciałabym również podziękować Jayowi W. Richardsowi oraz o. Michałowi Chaberkowi OP za rolę redaktorów merytorycznych w dziedzinie filozofii i teologii. Ogromnie doceniam ich znawstwo tematyki. Ten tom gromadzi w jednym miejscu w formie dostępnej i zrozumiałej dla każdego czytelnika argumenty wybranych najwybitniejszych umysłów katolickich − argumenty przeciwko materializmowi i na rzecz idei Boskiego projektu we wszystkich rzeczach stworzonych. Jasność, jaką do każdego poruszanego tematu wnosi spojrzenie przez pryzmat idei projektu, jest ożywcza i pobudzająca. Piękno zajmuje należne mu miejsce, filozofia błyszczy swoim światłem, a teologia ukazuje swoje majestatyczne oblicze. Biologia przestaje być panią, a staje się służebnicą, zaś fizyka i chemia głoszą Boże cuda. Antropologia chrześcijańska odsłania tajemnicę łaski, a my jak dzieci odgarniamy kurz i pajęczyny, odkrywając pod nimi wszelkie bogactwa.

2

WSTĘP

JAK ROZUMIEĆARGUMENTY Z PROJEKTU

Logan Paul Gage

WPROWADZENIE

Z mojego doświadczenia wynika, że gdy katolikom przychodzi myśleć o ewolucji i inteligentnym projekcie, to stają w obliczu różnych trudności. Wielu z nas usłyszało kiedyś od księdza lub nauczyciela, że nie warto się tą kwestią kłopotać, że cokolwiek „nauka” mówi, jest w porządku. Ponadto istnieje spore zamieszanie co do samego znaczenia pojęć „ewolucja” oraz „inteligentny projekt”.

W tym rozdziale moim celem jest pomóc nam myśleć o tych zagadnieniach w sposób bardziej precyzyjny i krytyczny. Zanim zaczniemy rozważać, czy argumenty z projektu są przekonujące, musimy najpierw zrozumieć, co te argumenty właściwie głoszą, oraz, co równie istotne, czego nie głoszą. W tym celu zajmę się nieco kontekstem, na tle którego te argumenty się pojawiają, podejmę próbę zdefiniowania kluczowych terminów, omówię formę, jaką te argumenty przybierają, oraz przyjrzę się typowym nieporozumieniom obecnym w środowisku katolickim. Mam nadzieję, że dzięki temu będziemy lepiej przygotowani do oceny skuteczności argumentów wyłożonych w kolejnych rozdziałach.

DIALEKTYKA STAROŻYTNA

Dla wielu amerykańskich katolików dyskusje na temat ewolucji i inteligentnego projektu przywołują skojarzenia z „małpim procesem Scopesa”13 albo z chrześcijańskimi fundamentalistami, którzy próbują wprowadzić do programów szkół publicznych nauczanie o stworzeniu świata mającym dokonać się dosłownie w sześć dni14. Chociaż większość z nas, katolików, czuje się nieswojo wobec agresywnego ewolucjonistycznego ateizmu Richarda Dawkinsa i nowych ateistów, często odnosimy wrażenie, że sprawa ta nas nie dotyczy. A jednak taki osąd jest zbyt pochopny. Debata na temat tego, co podstawowe, nie jest zjawiskiem nowym. Zachód od dawna zna dwie dominujące narracje dotyczące pochodzenia zdumiewających i pięknych stworzeń zamieszkujących nasz świat. Zgodnie z nimi powstały one albo wskutek przypadkowych wydarzeń, albo dzięki inteligentnemu zamysłowi. Te narracje nie tylko poprzedzają chrześcijańskich fundamentalistów, ale i samo chrześcijaństwo. Problem ten sięga podstaw metafizyki, czyli pytania o to, czym jest samoistna, ostateczna rzeczywistość − bezosobową materią czy osobowym Stwórcą?

Już w V wieku p.n.e. ojciec filozofii zachodniej, Sokrates, formułował wyraźny argument z projektu. Jego uczeń, Ksenofont, zapisał pogląd Sokratesa, że zostaliśmy szczególnie obdarowani przez najwyższe bóstwo. Nasze ciała i umysły są wyjątkowo zestrojone. Wszystko inne zdaje się istnieć dla naszego dobra. Sama natura wydaje się być uporządkowana w sposób najlepszy lub najdoskonalszy. Wszystko to, argumentował Sokrates, świadczy o boskiej opatrzności15. Wariacje tego podstawowego motywu odnajdujemy u jego następców, Platona i Arystotelesa, a także u późniejszych myślicieli.

Narracja przeciwna wywodzi się od greckich atomistów, takich jak Demokryt z Abdery, Leukippos z Miletu i Epikur. Twierdzili oni, że człowiek oczywiście jest istotą inteligentną, ale ta inteligencja pojawiła się na scenie bardzo późno. Podstawowa rzeczywistość nie jest inteligentna. Naprawdę istnieją atomy i próżnia, w której się one zderzają. Tak jak dziś można usłyszeć naiwne stwierdzenia typu: „Miłość to tylko reakcja chemiczna w mózgu”, tak też atomiści wierzyli, że wszelkie zjawiska sprowadzają się w istocie do właściwości ciał materialnych. Według nich wysoko zorganizowane byty, takie jak my, powstały przypadkiem w procesie samoorganizacji. Istnieje nieskończona liczba światów, a więc przy nieskończonej ilości czasu każda możliwa kombinacja atomów musi się gdzieś zrealizować! Owszem, organizmy wyglądają jak zaprojektowane przez byt inteligentny, ale to dlatego, że powstałe przypadkiem kiepskie struktury znikały, podczas gdy te udane przetrwały16.

Naprawdę nie ma nic nowego pod Słońcem. Oczywiście, istnieją różnice, ale narracja atomistyczna wyraźnie zapowiada nie tylko teorię Darwina, lecz także współczesne scenariusze oparte na idei multiversum. Od najdawniejszych czasów zasadnicza kwestia sprowadza się do pytania, czy cechy naszego świata, które sprawiają wrażenie zaprojektowanych, rzeczywiście są efektem inteligentnego projektu, czy też można je wyjaśnić jako wynik szczęśliwego przypadku, bez udziału jakiejkolwiek inteligencji. Nawet Dawkins przyznaje, że „biologia zajmuje się obiektami złożonymi, tworzącymi wrażenie celowego zamysłu”17. Dawkins, tak jak dawni atomiści, uważa, że owo wrażenie projektu to jednak jedynie pozór.

CO GŁOSI KONCEPCJA INTELIGENTNEGO PROJEKTU

W kontekście tej klasycznej dialektyki, zwolennicy idei inteligentnego projektu zazwyczaj definiują ją jako pogląd, że pewne cechy wszechświata i istot żywych najlepiej tłumaczyć, odwołując się do inteligentnej przyczyny, a nie do procesu pozbawionego celowości. Należy zauważyć, że nie oznacza to zaprzeczenia, iż ewolucja miała miejsce, ani odrzucenia roli procesów i sił naturalnych. Jest to raczej minimalna teza głosząca, że nie wszystko można ostatecznie sprowadzić do procesów i sił naturalnych − teza, do której my, katolicy, jesteśmy dogmatycznie zobowiązani, jako że wierzymy, iż wszystko ma swoje źródło w Bogu.

Zwolennicy koncepcji projektu formułowali argumenty na rzecz tezy, że na różnych poziomach organizacji świata projekt jest realny, a nie pozorny. Przykładowo, twierdzili, że początek wszechświata wymagał inteligentnej przyczyny (William Lane Craig i James Sinclair)18; że prawa fizyki są zaprojektowane (Robin Collins)19; że nasza planeta została wyjątkowo zaprojektowana (Guillermo Gonzalez i Jay W. Richards)20; że chemia, jaką znamy, jest zaprojektowana z myślą o życiu (Michael Denton; Benjamin Wiker i Jonathan Witt)21, że elementy składowe organizmów żywych nie mogły powstać na ślepo, lecz musiały być zaplanowane (Douglas Axe)22; że badania nad pierwszymi formami żywymi oraz zapis kopalny dostarczają świadectw istnienia projektu (Stephen Meyer)23; oraz że na inteligentny projekt wskazują zarówno makroskopowe, jak i mikroskopowe cechy istot żywych (Michael Denton; Michael Behe)24.

Zwróćmy uwagę na trzy kwestie dotyczące tych argumentów. Po pierwsze, wbrew stereotypom, nie są to argumenty typu „Bóg luk” (god-of-the-gaps)25. Żaden z tych argumentów nie głosi: „Nie wiem, co jest przyczyną, więc pewnie zrobił to Bóg”. Przeciwnie, zwolennicy idei inteligentnego projektu zazwyczaj stosują wnioskowanie do najlepszego wyjaśnienia, czyli formę rozumowania powszechnie używaną, zwłaszcza w naukach historycznych, takich jak biologia ewolucyjna. Zwolennicy idei projektu utrzymują, że w przyrodzie istnieją pozytywne oznaki celowego działania, a wyjaśnienia nieodwołujące się do intencjonalności są w porównaniu z wyjaśnieniami celowościowymi mniej przekonujące. Takie ujęcie jest w pełni zgodne z wiarą katolicką. Pismo Święte (np. Ps 19 oraz Rz 1), Ojcowie Kościoła (np. św. Grzegorz z Nazjanzu) oraz sobory (np. Sobór Watykański I) jednoznacznie stwierdzają, że dzieło Boże w przyrodzie jest dostrzegalne nie tylko dzięki wierze, ale także za pomocą ludzkiego rozumu26.

Po drugie, wykrycie projektu nie oznacza, że wykryto boską „interwencję” w procesy przyrodnicze. Projekt można rozpoznać niezależnie od tego, czy doszło do jakiegoś bezpośredniego działania. Można przecież stwierdzić, że pole kukurydzy zostało celowo obsiane, nawet jeśli do wysiewu jako przyczyn pośrednich użyto dronów. Podobnie, argumenty z projektu nie muszą zakładać bezpośredniego działania Bożego. Więcej na ten temat w dalszej części.

Po trzecie, chociaż te argumenty mają wyraźne implikacje teologiczne, zwolennicy koncepcji inteligentnego projektu starają się opierać wyłącznie na ogólnodostępnych danych naukowych i nie odwołują się do tekstów religijnych. Większość zwolenników idei inteligentnego projektu to chrześcijanie, ale argument na rzecz tego, że projektantem jest chrześcijański Bóg, wymagałby czegoś więcej niż tylko świadectw naukowych. Zwolennicy koncepcji inteligentnego projektu nie ukrywają swej wiary w Boga, lecz ostrożnie formułują swoje wnioski. Tak samo postępował Tomasz z Akwinu27.

CZYM KONCEPCJA INTELIGENTNEGO PROJEKTU NIE JEST

Wielu katolickich intelektualistów żyje w błędnym przekonaniu, że zwolennicy idei inteligentnego projektu stawiają fałszywą alternatywę: albo istnieje inteligentny projektant, albo prawa przyrody odpowiadają za cechy świata, które wyglądają na zaprojektowane − jakby Bóg nie mógł być źródłem samych praw przyrody albo jakby przyczyny naturalne nie mogły być narzędziami Boga (to jest przyczynami wtórnymi)28. Byłaby to rzeczywiście niefortunna alternatywa. Na szczęście mamy tu do czynienia z nieporozumieniem. Koncepcja inteligentnego projektu nie zakłada gry o sumie zerowej, w której jeśli coś jest dziełem Boga, to musi być wynikiem Jego bezpośredniego działania, a natura nie może przy tym odgrywać żadnej roli. Najskromniejsze twierdzenie głosi raczej, że niektóre cechy naszego świata stanowią bardzo mocne przesłanki na rzecz tezy, iż jeśli chodzi o ich pochodzenie, to w jakimś dowolnym momencie miało miejsce działanie inteligentne29. Koncepcja ta zaprzecza jedynie poglądowi, że każda cecha przyrody jest ostatecznie wynikiem działania sił naturalnych. Biorąc pod uwagę, że pogląd ten jest w konieczny sposób sprzeczny z katolickim nauczaniem, niechęć w środowisku katolickim wobec koncepcji inteligentnego projektu wydaje się, delikatnie mówiąc, zaskakująca.

W rzeczywistości krytycy powinni lepiej rozumieć argumentację, którą głosi się w ramach koncepcji inteligentnego projektu, choćby dlatego, że jej zwolennicy od dawna jako do przykładu inteligentnego projektu odwołują się do zjawiska precyzyjnego dostrojenia praw fizyki. Zauważmy jednak, że choć stałe fizyczne wydają się być rezultatem projektu, bynajmniej nie oznacza to automatycznie, iż wszystko w przyrodzie zostało wytworzone wyłącznie za sprawą praw natury. My, katolicy, przyjmujemy prawdy, iż Bóg z niczego stworzył świat w sposób wolny, a także że stwarza każdą ludzką duszę w chwili poczęcia30. Innymi słowy, człowiek − taki, jakiego znamy − nie istniałby, gdyby w grę wchodziły jedynie siły przyrody, nawet jeśli zostały one stworzone przez Boga. Katolicy zatem odrzucają koncepcję kosmosu domkniętego przyczynowo. Tomasz z Akwinu twierdzi wręcz, że Bóg celowo działa niezależnie od praw przyrody i sił naturalnych, aby pokazać, że Jego działanie jest wolne i nie podlega konieczności tych praw31. Wystarczy zatem powiedzieć, że pogląd, jakoby Bóg działał w przyrodzie wyłącznie poprzez prawa naturalne, nie jest poglądem ani św. Tomasza, ani Kościoła32.

Co więcej, katolicy są zobowiązani do uznania realności wielu cudów, jak również regularnych „interwencji” Boga, takich jak chociażby w Eucharystii. Dziwi więc fakt, że tak wielu katolickich intelektualistów (np. Michael Tkacz) krytykuje rzekomy „interwencjonizm” koncepcji inteligentnego projektu33. A przecież nic w definicji inteligentnego projektu nie przesądza o tym, że projektant musi ingerować bezpośrednio w naturę, zamiast działać poprzez procesy naturalne. Krytycy powinni to wiedzieć, zwłaszcza że czołowi zwolennicy idei inteligentnego projektu, tacy jak katolicki biochemik Michael Behe, wyrażali pogląd, iż Bóg, zamiast interweniować na poszczególnych etapach historii życia, mógł „załadować” cały projekt w Wielkim Wybuchu34. Z punktu widzenia koncepcji inteligentnego projektu jest to kwestia empiryczna, której nie należy rozstrzygać a priori. W każdym razie, jako katolicy powinniśmy z rezerwą podchodzić do stanowisk potępiających „interwencjonizm”. Z pewnością Bóg zazwyczaj działa poprzez liczne procesy naturalne. Jednakże nie jest On najeźdźcą z zewnątrz, ale raczej Tym, który podtrzymuje istnienie wszechświata w każdej chwili. To katolik, a nie zwolennik koncepcji inteligentnego projektu jest w sposób konieczny zobowiązany do uznania idei bezpośredniego działania Bożego.

Jako katolicy wiemy oczywiście, że Bóg może posługiwać się prawami przyrody, a nawet pozornie przypadkowymi zdarzeniami35. Wierzymy, że Jego opatrzność obejmuje wszystko; nic nie znajduje się poza Jego kontrolą. Nie możemy jedynie zgodzić się na twierdzenie, że Bóg zamierzał stworzyć coś poprzez naprawdę przypadkowe lub niekierowane wydarzenia, ponieważ prowadzi to do logicznej sprzeczności: Bóg nie może kierować procesem, który z definicji jest niekierowany. Choć wielu katolików słyszało, że Bóg po prostu posługuje się doborem naturalnym jako narzędziem stwórczym i dlatego twierdzą, iż nie mają nic przeciwko teorii Darwina, warto zauważyć dwie rzeczy.

Po pierwsze, wcale nie jest jasne, czy dobór naturalny jest zdolny wytworzyć wiele złożonych i pięknych cech organizmów żywych. To kwestia empiryczna, więc katolicy zainteresowani nauką powinni po prostu starać się poznać prawdę i uważnie przyjrzeć się danym empirycznym. Po drugie, czołowi darwiniści zawsze definiowali dobór naturalny jako proces niekierowany. Sam Darwin w O powstawaniu gatunków wyraźnie odróżnia dobór naturalny od doboru kierowanego inteligencją (to jest od doboru sztucznego). W czasach bardziej współczesnych 39 laureatów Nagrody Nobla podpisało list do Rady Edukacji Stanu Kansas, w którym stwierdzono, że „ewolucja rozumiana jest jako wynik niekierowanego, nieplanowanego procesu polegającego na przypadkowej zmienności i doborze naturalnym”36.

Jako katolicy nie możemy po prostu stworzyć sobie własnej, prywatnej definicji ewolucji darwinowskiej. Jeśli przyjąć definicje podane przez Darwina i jego najważniejszych zwolenników, to „kierowany dobór naturalny” wydaje się pojęciem wewnętrznie sprzecznym. Niezależnie od prawdziwości idei ewolucji w ogólności, darwinowska koncepcja ewolucji − w rozumieniu jej głównych propagatorów − nie może być prawdziwa. Wiara uczy bowiem, że Bóg nas kocha, że nas oraz nasze środowisko zaplanował i stworzył wszystko – bezpośrednio lub pośrednio37. Słowo „ewolucja” może oznaczać różne rzeczy: od zwykłej zmienności w czasie, przez rozwój celowy, wspólne pochodzenie, aż po całkowicie niekierowany proces rozwoju (ewolucja darwinowska). Przy takiej różnorodności znaczeń nie wystarczy zaklinać rzeczywistość i powtarzać: „Katolicy nie mają problemu z ideą ewolucji. Stanowi ona problem tylko dla fundamentalistów”. Może dlatego właśnie św. Jan Paweł II i Benedykt XVI przekonywali, że choć idea ewolucji w pewnym sensie może być prawdziwa, to jej materialistyczne wersje są fałszywe38.

TRUDNOŚCI W RAMACH TOMIZMU

Z powodu wpływu niektórych współczesnych, skądinąd znakomitych, filozofów tomistycznych wielu katolików pozostaje w błędnym przekonaniu, że koncepcja inteligentnego projektu opiera się na błędnej filozofii przyrody39. Zarzut ten bywa często nieprecyzyjnie formułowany, lecz zasadniczo dotyczy tego, że opisując wiele cech świata żywego przypominających maszyny, zwolennicy koncepcji inteligentnego projektu traktują organizmy jedynie jako maszyny lub artefakty, a nie jako byty posiadające własne przyczyny formalne i celowe. Tymczasem sam Tomasz z Akwinu utrzymywał, że rozróżnienie między artefaktami a rzeczami naturalnymi nie jest tak absolutne, jak sądził Arystoteles, ponieważ rzeczy naturalne są artefaktami Boga40. Tomasz wcale nie unikał przyrównywania Boga do ludzkiego rzemieślnika41.

Niezależnie od tego, istnieje po prostu wiele bytów naturalnych, które przypominają ludzkie artefakty i działają zgodnie z zasadami możliwymi do opisania w ramach ujęcia mechanistycznego. Prawdziwy problem, moim zdaniem, nie polega na dopuszczeniu wyjaśnień mechanistycznych w odniesieniu do przyrody. Ich odrzucenie oznaczałoby odrzucenie ogromnych obszarów porządnej nauki. Problemem jest raczej rodzaj redukcjonizmu, który wyłonił się z wczesnonowożytnej filozofii mechanistycznej. Miała ona tendencję do traktowania organizmów jako niczego więcej niż sumy ich części. Zwolennicy koncepcji inteligentnego projektu tego nie czynią. Nawet jeśli uznają, że pewne komponenty organizmów są dosłownie maszynami, nie wynika z tego, że są redukcjonistami, którzy traktują całe organizmy jak maszyny42. W rzeczywistości idea inteligentnego projektu nie zakłada żadnej określonej filozofii przyrody, tym bardziej mechanistycznej czy kartezjańskiej.

Niektórzy z tych tomistycznych filozofów są po prostu przekonani, że już dysponujemy dobrymi argumentami za istnieniem Boga i nie potrzebujemy kolejnych. Twierdzą wręcz, że choć argumenty na rzecz idei inteligentnego projektu mogą mieć pewną wartość, to ze względu na ich charakter jako wnioskowań do najlepszego wyjaśnienia nigdy nie mogą dać pewności porównywalnej z pięcioma drogami Tomasza43. Uważam, że to poważny błąd.

Prawdą jest, że pięć dróg św. Tomasza to argumenty mające charakter dowodu logicznego, a nie wnioskowania indukcyjne czy abdukcyjne. Jednak siłę argumentu można oceniać na wiele sposobów. Sam Tomasz przyznaje, że niewielu jest w stanie uznać istnienie Boga na drodze ścisłego dowodu. Natomiast wszyscy mamy dostęp do piękna, porządku i wyraźnego celu obecnego w przyrodzie. W tym sensie wnioski, jakie formułuje się w ramach koncepcji inteligentnego projektu, które nie wymagają lat studiowania tomistycznego żargonu, aby je zrozumieć, są nam bliższe i bardziej dla nas przekonujące. Wymowne jest, że najbardziej znani współcześni ateiści nie zajmują się zbytnio zawiłymi starożytnymi i średniowiecznymi dowodami, natomiast żywo reagują na koncepcję inteligentnego projektu. Uważam, że dzieje się tak dlatego, iż trafnie dostrzegają skuteczność tych argumentów. Kiedy przeciętny człowiek (taki, który nie ma darwinowskich klapek na oczach) uświadamia sobie niewiarygodny projekt tkwiący w każdej komórce, wniosek sam mu się nasuwa. Dlaczego w kulturze, która utrzymuje, że teizm nie ma racjonalnych podstaw, nie pozwolić „zakwitnąć tysiącu kwiatów” i nie przyjąć każdej dobrej argumentacji teistycznej?

W wyniku, moim zdaniem, bardzo błędnych zarzutów, z których żaden nie odnosi się do konkretów zawartych w argumentach na rzecz idei inteligentnego projektu, wielu uczciwych ludzi z kręgów filozofii tomistycznej i tradycjonalistycznych środowisk katolickich nabrało nieuzasadnionych uprzedzeń wobec tej koncepcji. Takie ogólne filozoficzne zastrzeżenia sprawiły, że stali się wobec niej nadmiernie krytyczni, a zbyt łatwo akceptują darwinizm44. Byłoby dobrze, gdyby z otwartym umysłem zechcieli zagłębić się w konkretne szczegóły tych argumentów i uważnie je rozważyć.

ZAKOŃCZENIE

Nawet jeśli ktoś zdoła przezwyciężyć te specyficznie katolickie uprzedzenia, to wciąż pozostaje ta bolesna prawda, że żyjemy w kulturze intelektualnej, w której każdego podającego w wątpliwość dominujący darwinowski obraz ewolucji automatycznie uważa się za ignoranta, bez względu na jego wybitne kwalifikacje akademickie. W szczególności katolicy zostali przytłoczeni fałszywymi twierdzeniami, że Kościół od zawsze stał na czele oporu wobec nauki. Katolicy potrafiący przecież przeciwstawić się podobnym kłamstwom w innych dziedzinach powinni zrobić to samo w tym przypadku. Kiedy słyszymy, że nasze stanowisko pro-life jest „antynaukowe”, bez trudu rozpoznajemy, że to nonsens będący w jasny sposób próbą użycia autorytetu nauki do obrony antychrześcijańskiego światopoglądu. Sugeruję, że moglibyśmy znacznie lepiej myśleć o ewolucji i inteligentnym projekcie, gdybyśmy w tej kwestii w podobny sposób odmówili podporządkowania się presji. Musimy mieć odwagę. Jeśli ją znajdziemy, być może uda nam się odzyskać pewne ważne prawdy o Bogu, świecie przyrody, a nawet o nas samych.

CZĘŚĆ 1

NAUKA

3

CZY KOSMOLOGIA WSPIERAIDEĘ KOSMICZNEGO PROJEKTU?

Brian Miller

W XX wieku dokonano dwóch przełomowych odkryć w kosmologii, czyli nauce zajmującej się badaniem początku i rozwoju wszechświata, które potwierdziły słowa Księgi Rodzaju, że „[n]a początku Bóg stworzył niebo i ziemię” (Rdz 1,1). Pierwszym było odkrycie, że wszechświat miał początek, a drugim − że prawa przyrody wydają się zaprojektowane w taki sposób, by umożliwić istnienie życia. Wraz z innymi współczesnymi osiągnięciami nauki wskazują one na prawdziwość często cytowanych słów: „odrobina nauki oddala od Boga, ale dużo nauki przybliża do Niego”45.

WSZECHŚWIAT MIAŁ POCZĄTEK

Pierwsze z tych odkryć było szczególnie szokujące, ponieważ znaczna część fizyków i astronomów na początku XX wieku zakładała, że wszechświat jest wieczny. Wielu preferowało ideę wiecznego wszechświata, z powodów, które trafnie wyraził historyk nauki Simon Singh:

Wieczny wszechświat wydał się uczonym atrakcyjną propozycją, ponieważ teoria ta była elegancka, prosta i pełna. Jeśli wszechświat istniał od zawsze, znikał problem jego stworzenia, jak również czasu, powodu i autora tego wydarzenia. Uczonych cieszyło zwłaszcza to, że oto dysponują teorią wszechświata, która już nie wymaga odwoływania się do Boga46.

Późniejsza seria odkryć obaliła jednak to przekonanie. Kosmolodzy zaczęli sobie uświadamiać, że wszechświat miał początek, czyli moment, w którym czas, przestrzeń, materia i energia zaistniały. Dziś ten moment określamy mianem „Wielkiego Wybuchu”. Nowe rozumienie naszych początków wywołało w świecie nauki prawdziwy wstrząs, a fala uderzeniowa dotarła aż do szacownych sal wydziałów filozofii, a nawet teologii. Dla świeckich naukowców szokujący był fakt, że odkrycie absolutnego początku wszechświata wskazywało, że istnieje coś poza rzeczywistością fizyczną, co zapoczątkowało wszystko. A owo „coś” − a ściślej mówiąc, ów „Ktoś” − posiada wszelkie cechy Boga znanego z tradycji chrześcijańskiej47.

TŁO HISTORYCZNE

Historia ta zaczyna się od Alberta Einsteina, który opracował ogólną teorię względności, ujmującą grawitację nie jako siłę, lecz jako efekt zakrzywienia przestrzeni przez masę. Einstein zastosował swoją teorię do całego wszechświata i odkrył, że powinien on mieć tendencję do rozszerzania się lub kurczenia. Jednak, podobnie jak wielu jego współczesnych, zakładał, że wszechświat jest wieczny i statyczny − niezmienny w czasie. Opierając się na tym przekonaniu, postulował tak zwaną „stałą kosmologiczną”, która miała równoważyć efekt grawitacji i umożliwiać istnienie wszechświata statycznego (niezmiennego). Inni fizycy zaczęli dostrzegać, że ogólna teoria względności zakłada, iż wszechświat powinien się albo rozszerzać, albo zapadać. Wszechświat statyczny jest zbyt niestabilny, by mógł trwać. Ostatecznie astronom Edwin Hubble potwierdził tę przewidywaną przez teorię właściwość, wykazując, że galaktyki znajdujące się dalej od Ziemi oddalają się z większą prędkością niż te położone bliżej, a prędkość oddalania się jest wprost proporcjonalna do odległości od Ziemi. Obserwacja ta dowodzi, że nasz wszechświat rzeczywiście się rozszerza. W związku z tym im dalej cofamy się w czasie, tym mniejszy musi być wszechświat, tak iż dochodzimy w końcu do stanu wszechświata o nieskończonej gęstości i niemal nieskończenie małej objętości. Zarówno początek czasu, jak i ta nieskończenie gęsta, nieskończenie mała objętość określane są mianem „osobliwości”. Einstein ostatecznie nazwał swoje wprowadzenie stałej kosmologicznej, podtrzymującej model statycznego wszechświata, „największym błędem swojego życia”, ponieważ mógł być pierwszym, który przewidziałby Wielki Wybuch.

REAKCJE NA TEORIĘ WIELKIEGO WYBUCHU

Teologiczne implikacje faktu, że wszechświat miał początek, zostały dostrzeżone natychmiast i spotkały się z oporem. Na przykład fizyk Arthur Eddington zareagował w następujący sposób: „Filozoficznie rzecz biorąc, idea początku obecnego porządku Natury budzi we mnie odrazę. [...] Chciałbym [w niej] znaleźć jakąś prawdziwą lukę”48.

Co ciekawe, samo określenie „Wielki Wybuch” zostało ukute przez fizyka Freda Hoyle’a jako wyraz pogardy wobec idei początku. Jednak, jak na ironię, termin się przyjął. Hoyle przyznał, że jego sprzeciw wobec tej teorii wynikał właśnie z jej konsekwencji religijnych.

W przypadku innych naukowców odkrycie całkowicie zmieniło ich spojrzenie na rzeczywistość. Fizyk Robert Jastrow najdobitniej wyraził konsekwencje istnienia początku:

To niesłychanie osobliwy rozwój wydarzeń, którego nie spodziewał się nikt poza teologami. Oni zawsze wierzyli w słowa Biblii: Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię [...]. Rozwój ten był niespodziewany, ponieważ nauka odniosła tak niezwykły sukces w śledzeniu łańcucha przyczyn i skutków wstecz w czasie. Dla naukowca, który żył wiarą w potęgę rozumu, ta historia kończy się jak zły sen. Wspinał się na szczyty, pokonując przeszkody niewiedzy; miał już zdobyć najwyższy szczyt; gdy wspina się na ostatnią skałę, wita go grupa teologów, którzy siedzą tam od wieków49.

WCZESNE PRÓBY UCIECZKI PRZED IDEĄ POCZĄTKU

Nic dziwnego, że wielu uczonych próbowało obalić wniosek o istnieniu początku wszechświata, sięgając po najróżniejsze, często bardzo pomysłowe koncepcje. Jedną z pierwszych prób podjęli Fred Hoyle, fizyk Thomas Gold oraz matematyk Hermann Bondi, którzy zaproponowali tzw. model stanu stacjonarnego, mający uzasadniać koncepcję wszechświata jako wiecznego. Przyznali oni, że galaktyki oddalają się od siebie, ale chcąc uniknąć konieczności przyjęcia idei początku, zaproponowali, że w przestrzeni międzygalaktycznej nieustannie tworzy się nowa materia. Z czasem materia ta zlepia się w galaktyki, dzięki czemu gęstość oraz inne właściwości wszechświata pozostają niezmienne. Trójka uczonych uważała, że ten proces mógł zachodzić wstecz w nieskończoność. Ostatecznie jednak ich model został odrzucony w połowie lat sześćdziesiątych XX wieku, ponieważ przewidywał istnienie galaktyk we wszystkich fazach rozwoju, podczas gdy astronomowie obserwują jedynie galaktyki w wieku średnim lub starsze50.

Kolejną próbą wyeliminowania idei początku był tak zwany model wszechświata oscylującego. Zakłada on, że wszechświat rozszerza się, aż osiągnie maksymalny rozmiar, po czym pod wpływem grawitacji zaczyna się kurczyć aż do momentu, gdy wskutek jakiegoś nieznanego mechanizmu następuje kosmiczne „odbicie” i wszechświat ponownie zaczyna się rozszerzać. Cykl ten miałby się powtarzać w nieskończoność. Jednak model ten posiadał zasadniczą wadę: entropia (czyli nieuporządkowanie) we wszechświecie nieustannie rośnie. W efekcie każdy kolejny cykl trwałby dłużej niż poprzedni. Patrząc wstecz, wcześniejsze cykle musiałyby trwać coraz krócej, aż w końcu czas ich trwania zredukowałby się do zera, co jest fizycznie niemożliwe. Dlatego i ten model został ostatecznie odrzucony51.

WSZECHŚWIAT Z NICZEGO

Ateistyczni kosmolodzy mieli jeszcze jedną opcję, tym razem z dziedziny kosmologii kwantowej. Fizycy teoretyczni stosują mechanikę kwantową do ogólnej teorii względności, by uzyskać tak zwane równanie Wheelera-DeWitta. Rozwiązując to równanie, otrzymuje się tak zwaną uniwersalną funkcję falową, która określa prawdopodobieństwo powstania wszechświata o określonych właściwościach, jeśli chodzi o grawitację i masę. Fizycy tacy jak Stephen Hawking i Lawrence Krauss twierdzili, że matematyka użyta do rozwiązania tej funkcji falowej dowodzi, iż nasz wszechświat niekoniecznie miał początek, i mógł spontanicznie „pojawić się z niczego”. Oba te twierdzenia są jednak całkowicie fałszywe.

Jeśli chodzi o pierwsze z nich, Hawking rozwiązał funkcję falową, stosując matematyczny zabieg polegający na zastąpieniu zmiennej czasu tak zwanym czasem urojonym. Szczegóły techniczne nie są tu kluczowe, za to istotne jest, że to podstawienie pozwoliło mu nie tylko rozwiązać funkcję falową, ale również „wyeliminować” w swoim modelu początek czasu, ponieważ oryginalna zmienna czasowa została zastąpiona. Opisując swoje badania, Hawking oświadczył, że dzięki temu, by wyjaśnić początek wszechświata, nie ma już potrzeby odwoływania się do Boga:

Tak długo, jak Wszechświat ma początek, można przypuszczać, że istnieje jego Stwórca. Ale jeśli Wszechświat jest naprawdę samowystarczalny, nie ma żadnych granic ani brzegów, to nie ma też początku ani końca, po prostu istnieje. Gdzież jest wtedy miejsce dla Stwórcy?52

W rzeczywistości matematyczny zabieg Hawkinga zmienił równania w taki sposób, że nowa zmienna czasowa przestała mieć jakiekolwiek odniesienie do czegokolwiek realnie istniejącego w fizycznym wszechświecie53. Co istotniejsze, pod koniec swoich obliczeń Hawking powrócił do zmiennej odpowiadającej rzeczywistemu czasowi, a wtedy początek wszechświata ponownie się ujawnił. Sam Hawking przyznał ten fakt:

Jeśli jednak powrócimy do rzeczywistego czasu, w jakim żyjemy, osobliwości pojawiają się znowu [...]. W rzeczywistym czasie Wszechświat zaczyna się i kończy osobliwościami będącymi brzegami czasoprzestrzeni, w których załamują się wszelkie prawa fizyki54.

Tak więc jego przechwałki o „wyeliminowaniu potrzeby odwołania się do Boga” są całkowicie zwodnicze.

Jeśli chodzi o drugie twierdzenie, Hawking napisał:

Ponieważ istnieje grawitacja, Wszechświat może i będzie stwarzał się z niczego [...]. Spontaniczna kreacja jest przyczyną, dla której istnieje raczej coś niż nic, dla której istnieje wszechświat i dla której istniejemy my. Nie trzeba przywoływać Boga, by odpalił fajerwerk i stworzył Wszechświat55.

Krauss wysunął podobne twierdzenie, opierając się na pracach fizyka Alexandra Vilenkina: „W ich [praw natury] wyniku powstał sam Wszechświat i ewoluował”56.

W rzeczywistości ani badania Hawkinga, ani badania Vilenkina nie dowodzą, że wszechświat mógł wyłonić się z niczego wyłącznie na mocy praw fizyki. Matematyka leżąca u podstaw tych modeli zakłada już istnienie wszechświata. Innymi słowy, owo „nic”, od którego zaczynają się te modele, nie jest literalnym „niczym”, lecz wszechświatem, który już zaistniał w chwili Wielkiego Wybuchu, choć miał zerową objętość. Hawking i Krauss są jak magik próbujący zadziwić publiczność sztuczką z królikiem wyciąganym z kapelusza, lecz uważny widz, jeszcze zanim trik się rozpocznie, dostrzega ogon królika wystający z dna kapelusza.

WSZECHŚWIAT JEST PRECYZYJNIE DOSTROJONY DO ZAISTNIENIA ŻYCIA

Równie poważne wyzwanie dla tych, którzy chcieliby zaprzeczyć istnieniu Stwórcy, stanowią świadectwa tego, że wszechświat wydaje się zaprojektowany z myślą o życiu. W szczególności wiele szczegółów naszego wszechświata zdaje się być precyzyjnie dostrojonych, aby mógł on sprzyjać życiu. To, co fizycy rozumieją przez „precyzyjne dostrojenie” (fine-tuning), można zobrazować za pomocą metafory maszyny tworzącej wszechświaty. Wyobraźmy sobie, że naukowcy skonstruowali takie urządzenie, wyposażone w szereg pokręteł kontrolujących różne parametry nowego wszechświata, na przykład masę cząstek, siłę oddziaływań fizycznych czy warunki początkowe podczas „puszczenia go w ruch”. Aby powstał wszechświat zdolny do podtrzymywania życia, wiele z tych pokręteł musi być ustawionych z niezwykłą precyzją. A jeśli nawet tylko jedno z licznych pokręteł byłoby ustawione choćby minimalnie nieprawidłowo, wówczas gwiazdy i planety mogłyby się w ogóle nie uformować, mogłoby zabraknąć niezbędnych pierwiastków, a procesy chemiczne konieczne dla życia mogłyby nigdy się nie pojawić, co prowadziłoby do powstania wszechświata całkowicie niegościnnego nawet dla najprostszych form życia.

Niektóre parametry wymagają umiarkowanego dostrojenia. Siła przyciągania między cząstkami naładowanymi dodatnio i ujemnie (protonami i elektronami) to siła elektromagnetyczna, natomiast siła wiążąca protony i neutrony w jądrze atomowym to silne oddziaływanie jądrowe. Gdyby którakolwiek z tych sił została zmieniona zaledwie o kilka procent swojej obecnej wartości, gwiazdy nie byłyby w stanie wytworzyć wystarczających ilości węgla i tlenu, niezbędnych do istnienia życia we wszechświecie57.

Inne czynniki wymagają znacznie bardziej precyzyjnego dostrojenia. Protony i neutrony zbudowane są z cząstek subatomowych zwanych „kwarkami”, a dokładniej z kwarków typu „górnego” i „dolnego”. Wszechświat nie byłby w stanie wytworzyć pierwiastków niezbędnych do życia, gdyby masa któregokolwiek z tych typów kwarków została zmodyfikowana o zaledwie 1 część na 10²¹ z możliwego teoretycznie zakresu58. Odpowiednie „pokrętła” w naszej hipotetycznej maszynie tworzącej wszechświaty musiałyby zostać ustawione na jedną jedyną wartość spośród miliarda tryliardów możliwości. Wymagane dostrojenie dla siły grawitacji jest jeszcze bardziej ekstremalne − musi być precyzyjnie wyważone, aby umożliwić powstanie stabilnych gwiazd, które mogą generować pierwiastki konieczne do życia i przez długi czas utrzymywać warunki sprzyjające powstaniu planet, na których panują warunki sprzyjające życiu59.

Najbardziej zdumiewające jest jednak konieczne dostrojenie entropii (czyli poziomu nieuporządkowania) na samym początku wszechświata. Precyzję, z jaką entropia musiała zostać ustawiona, słynny fizyk Roger Penrose oszacował jako 1 część na 10 do potęgi 10 do potęgi 12360. Tego liczbowego zapisu nie dałoby się przedstawić nawet wtedy, gdyby umieścić zero na każdym atomie w widzialnym wszechświecie. Gdyby entropia była choćby nieco większa, powstałyby wszechświaty wypełnione czarnymi dziurami, a w takich wszechświatach istnienie życia byłoby niemożliwe.

Nie trzeba dodawać, że fakt, iż nasz wszechświat jest zdolny do podtrzymywania życia, nie wydaje się być dziełem przypadku, ale wskazuje raczej na istnienie umysłu, dla którego celem stworzenia wszechświata było życie. Tę implikację precyzyjnego dostrojenia dostrzegli nawet zagorzali ateiści. Na przykład Fred Hoyle skomentował:

Zdroworozsądkowa interpretacja faktów sugeruje, że przy prawach fizyki, jak również chemii i biologii majstrował jakiś superintelekt, i że w przyrodzie nie ma żadnych ślepych sił, o których warto by wspominać. Liczby, które uzyskuje się z analizy faktów, wydają mi się tak przytłaczające, że wniosek ten wydaje się prawdziwy niemal poza wszelką wątpliwością61.

RATUNEK W KONCEPCJI WIELOŚWIATA

Fizycy próbowali zracjonalizować fakty wskazujące zarówno na początek wszechświata, jak i na jego precyzyjne dostrojenie, twierdząc, że nasz wszechświat jest jedynie jednym z praktycznie nieskończonej liczby wszechświatów, które nieustannie się tworzą. Różne teorie multiversum postulują odmienne mechanizmy generowania wszechświatów. Przykładowo, fizycy Alan Guth, Paul Steinhardt i inni zaproponowali model, w którym przestrzeń przenika energia próżni i napędza bardzo gwałtowne rozszerzanie się. Mikroskopijna objętość przestrzeni mogłaby się rozszerzyć bilion bilionów razy w ułamku sekundy62. W tym modelu różne fragmenty przestrzeni przestają się rozszerzać, gdy energia próżni spada, i wtedy wyłaniają się jako tak zwane „bańkowe wszechświaty”, które rozszerzają się zgodnie z tradycyjnym modelem Wielkiego Wybuchu − znacznie wolniej. Uważa się, że nasz wszechświat jest jednym z takich bańkowych wszechświatów, a jego początek to moment, w którym dany fragment przestrzeni przestał się inflacyjnie rozszerzać63.

Teoretycznie proces inflacji mógłby trwać w nieskończoność wstecz, eliminując tym samym konieczność początku. Ponadto każdy wszechświat mógłby mieć inne prawa fizyki. W takim ujęciu nasz wszechświat byłby po prostu tym, który „wygrał w kosmicznej loterii”, posiadając odpowiedni zestaw praw umożliwiających istnienie życia.

Inna proponowana koncepcja opiera się na zastosowaniu do pochodzenia naszego wszechświata teorii strun, w tym tak zwanych modeli krajobrazu strunowego (string-landscape). Teoria strun próbuje zunifikować wszystkie obecne teorie na temat sił i cząstek subatomowych, ujmując te siły i cząstki jako „struny” wibrujące z różnymi częstotliwościami64. W jednym z modeli kosmologicznych przyjmuje się istnienie wielowymiarowych „bran”, które istnieją w przestrzeni o wyższej liczbie wymiarów i od czasu do czasu zderzają się ze sobą, powodując zdarzenia podobne do Wielkiego Wybuchu. Początkowo sądzono, że proces ten może trwać odwiecznie. Ponadto zakładano, że różne wszechświaty mają odmienne prawa fizyki, co miało tłumaczyć precyzyjne dostrojenie w naszym wszechświecie.

Nadzieja, że różne koncepcje mechanizmów tworzenia się wszechświatów mogłyby pozwolić obejść konieczność odwołania do istnienia początku kosmosu, legła w gruzach w wyniku twierdzenia opracowanego przez fizyków Arvinda Borde’a, Alana Gutha i Alexandra Vilenkina. Twierdzenie Borde’a-Gutha-Vilenkina (BGV) głosi, że każdy wszechświat, który średnio rzecz biorąc rozszerzał się w ciągu swojej historii, musiał mieć absolutny początek. Ograniczenie to dotyczy modeli inflacyjnych, koncepcji krajobrazu strunowego oraz wszelkich innych realistycznych modeli, które mogłyby wyjaśniać generowanie naszego wszechświata. Zwięźle ujął to sam Vilenkin: „Mając teraz dowód, kosmolodzy nie mogą już ukrywać się za możliwością istnienia odwiecznego wszechświata. Nie ma ucieczki. Muszą zmierzyć się z problemem kosmicznego początku”65.

Co więcej, analizy modeli inflacyjnych i krajobrazu strunowego wykazały, że tylko wtedy mogą one generować wiele wszechświatów o różnych prawach fizyki, gdy ich szczegóły są jeszcze bardziej precyzyjnie dostrojone niż samo dostrojenie, które miały wyjaśniać66. Podsumowując, wszystkie próby zracjonalizowania precyzyjnego dostrojenia wszechświata przypominają próby usunięcia wypukłości na środku dywanu, który jest zbyt duży jak na pokój, w którym go umieszczono. Prostowanie wypukłości w jednym miejscu powoduje tylko, że pojawia się ona gdzie indziej.

ZAKOŃCZENIE. UMYSŁ PRZED MATERIĄ

Podsumowując, przyczyna wszechświata musiała istnieć przed początkiem materii, energii, przestrzeni i czasu. Musiała zatem być niematerialna, pozaczasowa i ogromnie potężna. Jak wspomniano wcześniej, nie mogła być żadnym prawem fizycznym funkcjonującym w przestrzeni o większej liczbie wymiarów, ponieważ zgodnie z twierdzeniem BGV taka przestrzeń również wymagałaby początku, którego nie dałoby się wyjaśnić samym prawem fizycznym. Nie mogła to być także żadna wieczna, nieosobowa, niematerialna siła o charakterze prawidłowościowym, ponieważ w takim przypadku okoliczności prowadzące do stworzenia wszechświata przez taką siłę musiałyby zaistnieć nieskończenie dawno temu, jako że w rzeczywistości wiecznie istniejącej wszystkie możliwe zdarzenia już by się wydarzyły. A zatem wszechświat powinien być nieskończenie stary − a nie jest.

Jedyną pozostałą przyczyną zdolną do stworzenia wszechświata jest umysł, ponieważ tylko umysł obdarzony wolą może wybrać moment działania (to jest moment stworzenia wszechświata), bez konieczności zaistnienia uprzednich warunków determinujących to działanie. I tylko umysł mógłby wybrać właściwy zestaw praw mających na celu umożliwienie istnienia życia67.

Konieczność istnienia umysłu jako źródła wszechświata jest dodatkowo potwierdzana przez fizyków, którzy rozważają możliwość, że matematyka opisująca prawa przyrody umożliwia kreowanie rzeczywistości. Zwolennicy tej hipotezy muszą ostatecznie zmierzyć się z pytaniem: „Co sprawia, że matematyka ma taką »moc stwórczą«”? Na przykład Hawking w słynny sposób pytał: „Co sprawia, że równania te coś opisują, że istnieje opisywany przez nie Wszechświat?”68.

Vilenkin również poruszał tę kwestię: „Czy to oznacza, że prawa nie są jedynie opisem rzeczywistości, lecz mogą istnieć niezależnie? Na jakich tablicach mogłyby być zapisane, gdy nie ma przestrzeni, czasu i materii? Prawa te wyrażone są w postaci równań matematycznych. Jeśli medium matematyki jest umysłem, czy to znaczy, że to umysł powinien poprzedzać wszechświat?”69.

Fakty świadczące o tym, że wszechświat miał początek oraz że został precyzyjnie dostrojony z myślą o życiu, wskazują na istnienie umysłu stojącego za wszechświatem, co doskonale odpowiada idei Boga, w którego wierzy Kościół katolicki70.

4

POWSTANIE ŻYCIA DOWODZIPRAWDZIWOŚCI IDEIINTELIGENTNEGO PROJEKTU

Brian Miller

W ciągu ostatnich dwóch stuleci jednym z najpoważniejszych wyzwań dla wiary katolickiej było twierdzenie sceptyków, że życie nie zostało stworzone przez Boga, lecz jest niezamierzonym produktem ślepych sił natury. Kluczowym punktem tej debaty jest pytanie o pochodzenie życia. Czy pierwsza komórka powstała w wyniku aktu Bożej woli, a zatem mamy do czynienia z wrodzoną wartością i celem? Czy też była przypadkowym produktem procesów chemicznych i fizycznych? Konsekwencje tego drugiego poglądu trafnie wyraził ateistyczny kosmolog Sean Carroll w książce Nowa perspektywa, relacjonując rozmowę z geochemikiem na temat celu życia. Geochemik stwierdził: „Celem życia jest uwodornianie dwutlenku węgla”71. Taka odpowiedź stoi w wyraźnym kontraście wobec katolickiego przekonania, że celem życia jest poznanie i miłowanie Boga oraz powierzenie się Jemu72. Naukowe pytanie o pochodzenie życia jest zatem zagadnieniem o fundamentalnym znaczeniu.

EKSPERYMENTY DOTYCZĄCE POWSTANIA ŻYCIA

Popularne artykuły poświęcone badaniom nad pochodzeniem życia często przedstawiają tę dziedzinę jako taką, w której stale dokonuje się postęp, i rzekomo coraz bliższą sformułowania w pełni naturalistycznego wyjaśnienia powstania pierwszej żywej komórki. Jednak rzeczywista sytuacja jest znacznie bardziej ponura. Szczyt optymizmu przypadł na lata pięćdziesiąte XX wieku, kiedy to w słynnym eksperymencie Millera-Ureya powstało kilka podstawowych składników życia. Niestety, późniejsze badania geochemików wykazały, że gazy użyte w tym eksperymencie nie odpowiadały warunkom chemicznym pierwotnej Ziemi. Podobne eksperymenty przeprowadzono z mieszaninami gazów bardziej odpowiadającymi rzeczywistym warunkom, jednak uzyskano jedynie najprostsze aminokwasy, i to w śladowych ilościach. Dodatkowym problemem wszystkich tego typu eksperymentów jest to, że prowadzą do powstania wielu produktów ubocznych, które wywołują niepożądane reakcje krzyżowe, uniemożliwiające dalsze etapy prowadzące do powstania życia. Wszystkie drogi kończyły się ślepymi zaułkami.

Stałe niepowodzenia eksperymentów symulujących rzeczywiste warunki panujące na wczesnej Ziemi doprowadziły do powstania drugiej kategorii badań, które trwają do dziś. Nie próbują one już odtwarzać rzeczywistych warunków, lecz koncentrują się na tak zwanej syntezie prebiotycznej. W ich ramach przeprowadza się długą serię starannie zaplanowanych kolejnych działań, takich jak oczyszczanie pożądanych produktów, usuwanie niepożądanych substancji ubocznych, zmiana warunków fizycznych i chemicznych, dodawanie nierealistycznie wysokich stężeń substancji pomocniczych, stosowanie światła o określonej długości fali i inne interwencje, a wszystko po to, by wymusić powstanie konkretnych cząsteczek. Gdyby uznać, że te badania reprezentują to, co rzeczywiście miało miejsce na wczesnej Ziemi, to uzyskalibyśmy scenariusze obejmujące wiele skrajnie mało prawdopodobnych zdarzeń. Różne propozycje wysuwane na przestrzeni lat obejmowały deszcze meteorytów, erupcje wulkanów, trujące gazy i inne zjawiska połączone z idealnie zsynchronizowanym transportem utworzonych „szczęśliwym trafem” cząsteczek przez szereg środowisk, przy czym według wszystkich wersji tej opowieści na każdym etapie musiałyby panować idealne warunki.

Nieprawdopodobieństwo takich scenariuszy jako mających stanowić rozwiązanie problemu pochodzenia życia zostało trafnie ukazane przez eksperta w dziedzinie badań nad początkami życia, Roberta Shapiro, w jego krytycznej analizie badań dotyczących prebiotycznego powstawania RNA:

Można te prace podsumować następującą analogią: wyobraźmy sobie golfistę, który po zaliczeniu wszystkich 18 dołków doszedł do wniosku, że piłeczka mogłaby równie dobrze rozegrać tę rundę sama, pod jego nieobecność. Wykazał nawet, w jakich warunkach jest to możliwe – trzeba tylko połączyć siły natury (np. trzęsienia ziemi, wiatry, tornada czy powodzie) i dać im dostatecznie dużo czasu, aby uzyskać efekt73.

Podobnie James Tour z Uniwersytetu Rice, będący jednym z czołowych chemików organicznych na świecie, przeanalizował stan badań nad pochodzeniem życia i stwierdził, że przez ostatnich 65 lat dziedzina ta nie poczyniła żadnych postępów74. Badacze nie mają pojęcia, jak nawet najbardziej podstawowe elementy składowe życia mogłyby powstać w znaczących ilościach na wczesnej Ziemi. Jednolite wyniki eksperymentów pokazują, że cząsteczki nigdy w sposób naturalny nie organizują się w sposób prowadzący do powstania życia. Osoby zainteresowane głębszym omówieniem tego zagadnienia odsyłam do przypisu końcowego.

BARIERY TERMODYNAMICZNE

Te przytłaczające efekty badań można zrozumieć z perspektywy termodynamiki, która opisuje kierunki zmian fizycznych. Fizycy od ponad wieku wiedzą, że procesy naturalne przebiegają w kierunku wzrostu wielkości zwanej „entropią”. Entropia wiąże się z liczbą możliwych sposobów zaistnienia danego stanu. Ujmując to obrazowo, istnieje znacznie więcej sposobów na zrobienie bałaganu w pokoju niż na utrzymanie porządku. W związku z tym bałagan postrzegany jest jako stan o wyższej entropii, czyli większym nieuporządkowaniu. Zwykle zbiory cząsteczek zmierzają ku wyższej entropii z tego samego powodu, dla którego dzieciom trudniej jest utrzymać pokój w czystości niż dopuścić do nieporządku; sposobów na bałagan jest znacznie więcej niż na ład. Tendencja ta znana jest jako „druga zasada termodynamiki”.

Znanym przykładem jest woda. Lód to ciało stałe, w którym cząsteczki są połączone w sztywną strukturę, a ich wzajemne pozycje są w dużej mierze stałe. W rezultacie lód ma niższą entropię niż ciekła woda, ponieważ istnieje znacznie mniej sposobów na uporządkowanie cząsteczek lodu niż cieczy. Z kolei para wodna wypełnia całe naczynie, a więc cząsteczki mogą być rozmieszczone na znacznie więcej sposobów. Tym samym woda w stanie ciekłym ma niższą entropię niż para wodna.

Zdarza się jednak, że układy spontanicznie zmierzają ku niższej entropii, jak ma to miejsce, gdy w niskich temperaturach woda zamarza. Jednak lód reprezentuje również stan niższej energii, a dążenie do niższej energii (zmiana egzotermiczna) jest drugą naturalną tendencją przyrody. Procesy egzotermiczne uwalniają ciepło do otoczenia, co zwiększa entropię otoczenia. Oto jak łączą się te dwa zjawiska: zamarzanie wody zwiększa entropię otoczenia bardziej niż zmniejsza entropię samej wody. Zmiana netto entropii jest więc nadal dodatnia, a drugie prawo termodynamiki pozostaje nienaruszone.

Problem polega na tym, że powstanie życia wymaga przekształcenia prostych cząsteczek w autonomiczną, samoreplikującą się komórkę, czyli pojawienia się stanu o zarówno niższej entropii, jak i wyższej energii. Dla zobrazowania, wymagana redukcja entropii byłaby porównywalna z sytuacją, w której tornado przelatuje przez złomowisko i składa w pełni funkcjonalnego odrzutowca75. A wzrost energii potrzebny, by utworzyć komórkę, byłby w odpowiedniej skali porównywalny z wanną wypełnioną wodą mającą początkowo temperaturę pokojową, ale pochłaniającą z otoczenia tyle ciepła, że woda ta zaczęłaby wrzeć76.

Naukowcy często łączą entropię i energię w wielkość zwaną „energią swobodną”, która ma bardzo istotną cechę. Polega ona na tym, że wszystkie procesy spontaniczne przebiegają w kierunku zmniejszania się energii swobodnej. Odwołanie do energii swobodnej może być wykorzystane do oszacowania prawdopodobieństwa powstania życia w normalnych warunkach. Przez „normalne” rozumie się tu lokalne środowisko, takie jak mała kałuża w jaskini, które znajduje się blisko stanu równowagi, to znaczy jego temperatura i inne właściwości są stosunkowo stabilne. Takie obliczenie przeprowadził biofizyk Harold Morowitz, jeden z czołowych ekspertów w dziedzinie zastosowania termodynamiki do systemów żywych. Ustalił on, że prawdopodobieństwo, iż cząsteczki na wczesnej Ziemi spontanicznie połączą się w komórkę bakteryjną, wynosi 1 na 10 do potęgi stu miliardów77. To jedynka ze stu miliardami zer. Dla porównania, liczba cząstek w widzialnym wszechświecie to jedynka z 80 zerami. Nietrudno się domyślić, że Morowitz uznał, iż powstanie życia w warunkach bliskich równowadze jest, z praktycznego punktu widzenia, fizycznie niemożliwe.

Morowitz oraz wielu innych badaczy zajmujących się pochodzeniem życia odpowiedzieli na to wyzwanie, argumentując, że życie mogło powstać w środowisku dalekim od stanu równowagi. Do powstania życia miałoby dojść w środowisku poddanym stałemu dopływowi energii, takiemu jak intensywne światło słoneczne lub silnie reaktywne substancje chemiczne. W ten sposób zbiorowisko cząsteczek w stanie dalekim od równowagi mogło rzekomo samoistnie zorganizować się w funkcjonalną komórkę dzięki procesom opisywanym terminami takimi jak „złożone układy”, „emergencja” czy „układy dyssypacyjne dalekie od równowagi”. Zwolennicy tej koncepcji pokładają nadzieję w tym, że jakieś jeszcze nieodkryte zasady fizyczne mogłyby przezwyciężyć bariery stawiane przez klasyczną termodynamikę. Ta nadzieja jednak staje się obecnie coraz bardziej bezpodstawna.

TWIERDZENIA O FLUKTUACJACH

Przełomowe badania nad termodynamiką wykazały, że wcale nie jest tak, iż powstanie życia jest bardziej prawdopodobne w warunkach dalekich od równowagi niż w warunkach zbliżonych do równowagi. Przedstawiłem bardziej techniczne artykuły na obronę tego wniosku na łamach czasopisma „Inference”78 oraz w rozdziale książki Tajemnica pochodzenia życia. Nieustające kontrowersje79. Poniżej znajduje się streszczenie podstawowego argumentu80.

Jednym z największych wyzwań w badaniu układów znajdujących się daleko od równowagi było opisanie ich w sposób ilościowy. Przełom nastąpił w latach dziewięćdziesiątych XX wieku wraz z pojawieniem się tak zwanych twierdzeń o fluktuacjach (fluctuation theorems), które pozwalają określić prawdopodobieństwa występowania zjawisk w takich układach. Pierwszym było twierdzenie Evansa-Searlesa (ESFT). Pokazało ono, że entropia może czasem się zmniejszyć, ale prawdopodobieństwo takiego zdarzenia maleje wykładniczo (czyli bardzo szybko) wraz ze stopniem spadku entropii.

W kontekście pochodzenia życia twierdzenie Evansa-Searlesa wskazuje, że nieprawdopodobne jest, by jakiekolwiek rzeczywiście dostępne źródło energii, takie jak światło słoneczne, mogło doprowadzić lokalną pulę cząsteczek do entropii wystarczająco niskiej, by mogła z niej powstać komórka. Wymagany spadek entropii dla powstania komórki bakteryjnej został w przybliżeniu oszacowany przez Morowitza na podstawie syntezy największych cząsteczek komórkowych (na przykład RNA, DNA, białek)81. Z jego szacunków wynika, że prawdopodobieństwo spontanicznego powstania komórki, obliczone przy użyciu twierdzenia ESFT, wynosi mniej niż 1 na 10 do potęgi miliarda − co jest oczywiście praktyczną niemożliwością, nawet przy założeniu, że pierwsza komórka była znacznie mniejsza od dzisiejszych.

Drugie twierdzenie, znane jako „twierdzenie Crooksa”, opisuje prawdopodobieństwo, że układ poddany działaniu jakiejś siły pochłonie ciepło z otoczenia w sposób prowadzący do wzrostu jego energii swobodnej. Podobnie jak w ESFT, twierdzenie Crooksa dopuszcza możliwość konwersji ciepła na wzrost energii swobodnej, lecz prawdopodobieństwo tego zjawiska maleje wykładniczo wraz z ilością energii.

Twierdzenie Crooksa można zastosować do obliczenia prawdopodobieństwa, że zbiorowisko cząsteczek znajdujących się w stanie dalekim od równowagi pochłonie z otoczenia wystarczającą ilość ciepła, aby uzyskać wzrost energii swobodnej w skali niezbędnej dla powstania życia. Jak wspomniano, Morowitz oszacował ilość potrzebnej energii do utworzenia komórki. W twierdzeniu Crooksa odpowiada to prawdopodobieństwu powstania komórki bakteryjnej na poziomie 1 na 10 do potęgi stu miliardów82, czyli identycznemu, jak w warunkach bliskich równowadze, a więc ponownie mamy do czynienia z praktyczną niemożliwością nawet dla komórek o rząd wielkości mniejszych od dzisiejszych.

Szanse nie poprawiają się nawet wtedy, gdy proces powstawania życia zachodzi w wielu etapach rozdzielonych długimi okresami. W rzeczywistości trudności wówczas się tylko zwiększają; jeśli każdy kolejny krok nie następuje bezpośrednio po poprzednim, wtedy znacznie wzrasta prawdopodobieństwo, że układ pójdzie w kierunku wyższej entropii (lub niższej energii swobodnej), niż że wykona krok sprzyjający powstaniu życia. Każdy postęp może zostać całkowicie zniweczony przez kilka niekorzystnych fluktuacji termicznych lub chemicznych reakcji. Dlatego wszystkie scenariusze zakładające przypadkowe powstanie życia wydają się z punktu widzenia termodynamiki nieprawdopodobne.

MASZYNY MOLEKULARNE A INFORMACJA

Jedynym sposobem przezwyciężenia wyzwania związanego z energią swobodną jest zastosowanie jakiegoś mechanizmu zdolnego do wykonania pracy w taki sposób, by podnieść energię swobodną układu. Współczesne komórki realizują ten cel, wykorzystując złożone mechanizmy molekularne i precyzyjnie dostrojone sieci reakcji chemicznych, które przekształcają energię pochodzącą ze środowiska w cząsteczki wysokoenergetyczne. Co więcej, energia uwalniana podczas rozkładu tych cząsteczek będących „walutą energetyczną” jest kierowana do napędzania konkretnych reakcji chemicznych i innych procesów. Jednak żaden z tych mechanizmów nie mógł powstać przed pojawieniem się życia83.

Wysunięto wiele propozycji na wyjaśnienie tego, jak energia mogłaby zostać dostarczona w drodze działania mechanizmów naturalnych. Morowitz spekulował, że jakiś proces na pradawnej Ziemi mógł przenosić elektrony na wyższe poziomy energetyczne, tworząc w ten sposób rezerwuar energii84. Bardziej konkretne propozycje obejmują uderzenia meteorytów, przesuwające się warstwy miki oraz gradienty protonowe. Jednak żadne z tych źródeł nie mogło dostarczyć więcej niż znikomy ułamek wymaganej energii swobodnej. Dostarczają one głównie energii w postaci ciepła lub światła, lecz takie surowe impulsy energetyczne zwiększają entropię układu, co sprawia, że zmierza on w kierunku przeciwnym do tego, który sprzyja powstaniu życia. Życie wymaga mechanizmu, który potrafi podnieść energię swobodną, a więc umożliwić wzrost energii układu przy jednoczesnym spadku entropii.

Na domiar złego każdy prebiotyczny układ chemiczny oddalający się od stanu równowagi napotyka coraz silniejsze siły termodynamiczne dążące do przywrócenia równowagi85. W rezultacie układ musiałby dysponować coraz większym zasobem energii tylko po to, by przeciwdziałać tym siłom, a dodatkowo jeszcze większą ilością energii, by kontynuować postęp w kierunku powstania autonomicznej komórki. Minimalnie złożona komórka potrzebowałaby co najmniej 0,01 wata na gram dostarczonej energii jedynie po to, by nie ulec nieodwracalnemu rozkładowi do amorficznej mieszaniny prostszych substancji chemicznych86