Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czy mogę mieć awersję do statku Uran? Oczywiście, że tak, bo przypomina mi nie tak dawne zajście z ogniem. Spłonął cały mostek, a rejs trwał 240 dni. Dla załogowego nie miało to żadnego znaczenia, czemu się nie dziwię, bo przecież go tam nie było! Prawdopodobnie doszedł do wniosku, że to drobny incydent. A może i że sam go spaliłem, więc mi się ten statek należy. Nie pomógł kierownik Janiak. Przeglądając zdjęcia ze spalonego mostku, mówi: „No tak, no tak, ale musi pan płynąć, będziemy o panu pamiętać”. Wolałbym, by o mnie nie pamiętano i miałem słuszne obawy z tą pamięcią.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 194
Rok wydania: 2023
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jerzy Budzisz
M/T Uran GDY-302. Rejs II
Jerzy Budzisz
Korekta: E. Krefft-Bladoszewska, E. Kujaszewska
Skład i projekt okładki: E. Krefft-Bladoszewska
© Copyright by Jerzy Budzisz
Publikacja na zlecenie indywidualne
Wydawnictwo Region Jarosław Ellwart
81-574 Gdynia, Goska 8
www.wydawnictworegion.pl
e-mail: [email protected]
ISBN 978-83-7591-951-6 [druk]
ISBN 978-83-7591-966-0 [ePub]
ISBN 978-83-7591-967-7 [mobi]
Czy mogę mieć awersję do statku Uran? Oczywiście, że tak, bo przypomina mi nie tak dawne zajście z ogniem.Spłonął cały mostek, a rejs trwał 240 dni. Dla załogowego nie miało to żadnego znaczenia, czemu się nie dziwię, bo przecież go tam nie było! Prawdopodobnie doszedł do wniosku, że to drobny incydent. A może i że sam go spaliłem, więc mi się ten statek należy. Nie pomógł kierownik Janiak. Przeglądając zdjęcia ze spalonego mostku, mówi: „No tak, no tak, ale musi pan płynąć, będziemy o panu pamiętać”. Wolałbym, by o mnie nie pamiętano i miałem słuszne obawy z tą pamięcią.
9 czerwca 1985 r.
Montevideo – Gdynia
10 czerwca, godz. 22:00
Dosłownie przed chwilą stara załoga opuściła statek. Od 11:00 oni i my tworzyliśmy jeden bajzel, będąc sobą coraz bardziej zmęczeni. Kabiny są małe, ledwie mieszczą się dwie osoby, a co tu mówić o czterech! Nie sądziłem, że Uran zostanie przywrócony do eksploatacji, a jednak wyremontowano go i wrócił na południowy Atlantyk. Nie chciałem znowu być na gracie, ale nie mam dalmorowskiego garba, więc znowu tu jestem.
Mówię do załogowego, że byłem, jak się palił, że mam do tego statku awers. Widziałem na twarzy Wilczyńskiego ironiczny uśmieszek, a potem usłyszałem:
– Ja mam do wielu rzeczy awers i tak musi być!
Myślałem, że powie „do pana również”. Po tym gościu wszystkiego można się spodziewać. Ten typ tak ma.
Wokoło kręci się pełno wypasionych szuwaksów. Są wszędzie: w koi, na suficie, na szotach, stole. Widać, że poprzednikom nie przeszkadzały, a ja czuję odrazę do tego robactwa. Potrafią ugryźć. Zanim zasnę, wiele muszę strącić z siebie, ale one uparcie wracają. Nie wiem, czy ten statek miał kiedykolwiek jakąkolwiek fumigację, ale nie sądzę, skoro nie ma innych, znacznie tańszych środków.
Uran to stary rzęch, ale trzeba będzie jakoś przeżyć zaplanowane 160 dni na morzu. Z zewnątrz obejrzałem już wszystko. Statek jest w opłakanym stanie. Brudny, obdarty z farby, z wszechobecną rdzą. Widocznie nie mieli czasu na konserwację. Wracają wspomnienia, te z ogniem na mostku i desperacki wysiłek załogi, by uratować to żelastwo. Chodzę jakiś otępiały, moje myśli wciąż wracają do tamtego czasu. Wystarczyło, by zajął się ogniem szot maszynowy i byłoby po naszym wysiłku, ale się nie zajął, co było ogromną zasługą załogi.
Teraz znowu jestem na Uranie, bo tak chciał załogowy i na nic moje protesty. Zawsze w tych pierwszych dniach na statku chodzę przymulony, bo zrzucam z siebie lądową tęsknotę.
Przyglądam się załodze. Kogoś znam, ale to pojedyncze osoby. Na przykład znam bosmana Sikorę. Byłem już na jego zmianie. Drugiego bosmana, Piotra Myślisza, nie znam, ale na pewno poznam.
Przez głośniki ogłaszają:
– Uwaga załoga! Wymiana pościeli!
Starą trzeba zdać, by uzyskać nową. Idę do magazynku z pościelą, który jest na dziobie, obok pralni.
Swoje musiałem odczekać, bo szybko zrobiła się kolejka.
11 czerwca, godz. 20:00
Pomimo zmęczenia, nie mogłem zasnąć. Wędrujące szuwaksy od czasu do czasu łaziły po mojej głowie, więc co chwilę zapalałem światło, by je odstraszyć. Okazało się, że wcale się nie boją. Na mesie załogowej, nie mówiąc już o kuchni, grasują stada! Z całą pewnością niejednego zjem, nawet nie wiedząc o tym, na przykład w zupie czy w chlebie.
Z rana przyszedł do mnie bosman Piotr.
– Budzisz, będziesz u mnie dejmanem, to już jest zaklepane u pierwszego oficera. Będziesz mierzył wodę, a zresztą wiesz, co do dejmana należy.
– Ale ja nie chcę być dejmanem, może ktoś inny, dlaczego ja?
– Myślę, że Kaszub z Kaszubem się dogada, a teraz chodź, mamy zapchany kibel.
– Co, już?
– Taki nam zostawili porządek nasi poprzednicy.
Wcale nie byłem z tego wszystkiego zadowolony! Doszły obowiązki. Przed zejściem pierwszego oficera z wachty muszę mu dostarczyć pomiary wody pitnej, sanitarnej, jak i również studzienek w ładowniach. Bosman Piotr widział moje niezdecydowanie.
– Chyba się zgodzisz, co?
– A co mam zrobić? W końcu ktoś nim musi być.
– No to chodź – idziemy.
Przez muszlę wylewały się fekalia. Wszędzie brud i syf. Jak tu żyć? Próbujemy przebić się wodą pod ciśnieniem. Nic to nie daje. Po wielu kombinacjach zapada decyzja odkręcenia odcinka rury kanalizacyjnej. Odkręcamy i na pokładzie czyścimy. Ten fragmeny jest kompletnie zatkany. Po godzinie czyszczenia montujemy na stare miejsce. Ubikacja jest drożna, można z niej korzystać.
Juro mamy wyjść w morze, tak przynajmniej mówią. Pobraliśmy prowiant i olej silnikowy.
Zjadłem podwieczorek i poszedłem do miasta. Po drodze wstąpiłem do kościoła paulinów. Był o tej porze pusty. Miałem chwilę na medytację i oderwanie się od morskich problemów. Byłem już w tym kościele i to nie raz. Po Deneboli były: Lepus, Lepus, Merkury, Lyra, Lyra, Lyra. Ee, szkoda mówić. Stały przydział na Atlantyk Południowy z bazą w Urugwaju.
12 czerwca, godz. 5:00
Od dawna już nie śpię. Na statku cisza. Przez otwarty bulaj wpada wilgotne powietrze, ale i tak w kabinie jest ciepło. Leżę i myślę. Kolega śpi i niemiłosiernie chrapie. Ten to ma dobrze! Też tak bym chciał. Jemu nie przeszkadzają szuwaksy, no, ale on śpi. Przejdzie mu taki wąsaty zwierz po głowie i nic. W dzień robi to, co ja – oczyszcza kabinę z robactwa. Gdyby wszyscy tak robili, to może byśmy się i oczyścili, chociażby w jakimś procencie. Dzisiaj mamy wyjść w morze i to jest pewne, bo na tablicy ogłoszeniowej widnieje napis:
„Wyjście w morze 12.06. godz. 23:00. Załoga na burcie godz. 20:00”.
Godz. 21:00
Zaraz z rana przyszedł bosman:
– Studzienki i wodę pomierzyłeś?
– Pomierzyłem i zaniosłem pierwszemu.
– To dobrze, teraz chodź, będziemy uzupełniać wodę w zbiornikach. Zaczynamy od forpiku. Powinno wejść 90 ton.
Po drodze było jeszcze wiele innych spraw i teraz zmęczony czekam na alarm manewrowy.
Godz. 23:20
Dzwonią! Idę na pokład dziobowy, bo tam jest moje stanowisko podczas alarmu. Statek stoi rufą do kei. Stoimy pomiędzy innymi statkami, mając ich cumy z lewej i prawej burty. Od dziobu zbliża się holownik. Kiedy był pod samym dziobem, rzuciliśmy naszą cumę, którą założył za hak.
Z mostku padła komenda:
– Cumy lego!
Kiedy statek uwolnił się od cum, urugwajczyk powoli zaczął nas wyciągać spomiędzy innych statków, a keja została za rufą. Bosman Piotr stał przy windzie kotwicznej i wciągał kotwicę. Wychyliłem się przez reling i obserwowałem wychodzący łańcuch. Kiedy zauważyłem szakiel Kentera, pokazałem, że jeszcze jeden został w wodzie, czyli 25 metrów. Kotwicę wyciągnęliśmy tuż nad linię wodną, a bosman zakręcił hamulec taśmowy. Teraz windę mógł wysprzęglić i przygotować kotwicę do rzucania.
Jeszcze w awanporcie holownik rzucił naszą cumę i odpłynął. Pilot wyprowadził Urana na redę portu. Z prawej burty cały czas płynęła pilotówka. Dwie mile od portu zdaliśmy pilota. Kapitan stojący na prawym skrzydle krzyknął:
– Bosman, kotwica na mocno i możecie zejść z dziobu!
13 czerwca, godz. 10:00
Wkoło woda. Ląd pozostał daleko za rufą. Zaczęło się życie, w którym morze dyktuje swoje warunki i prawa. Na sentymenty nie ma czasu.
Jak zawsze na początku rejsu jestem lekko rozbity i myślę, że wielu tak ma, tylko udaje, że nie. Przecież zmienia nam się cały dotychczasowy świat. Na razie się poznajemy, szczególnie w swoich działach. Bosman jest z Władysławowa, więc prawie sąsiad. Władek z Pucka. Szef kuchni też z Władysławowa. Z czasem powoli poznamy się bliżej.
Godz. 16:00
Jestem już po podwieczorku i czekam na alarmy, bo ktoś tam coś słyszał, że mają być. Przez otwarty bulaj do kabiny wpada szum ciętych dziobem fal. Jest już chłodniej, co jest zrozumiałe. Cały czas płyniemy na południe. Mamy łowić w rejonie Falkland kalmara i błękitka.
Ogłaszają alarm pożarowy! Jest 17:05.
Do moich obowiązków: grupa robocza. Idę, na pewno będę przydzielony do dyspozycji pierwszego oficera.
Godz.17:45
Wszyscy udaliśmy się na pokład roboczy. Z prawej burty ustawiła się sekcja numer 2, z lewej sekcja numer 1.
Na rufie grupa robocza. Pierwszy oficer sprawdził obecność, przejechał się wzrokiem po obecnych i powiedział:
– Panowie, zabrania się palenia papierosów podczas alarmu i wychodzi się grubo ubranym, bo nie wiadomo, czy to alarm ćwiczebny. Teraz stoicie i marzniecie.
Tym razem to tyle. Po chwili odwołano alarm.
Ledwie zdążyłem wejść do kabiny i już ogłosili alarm łodziowy! Biorę powtórnie kapok i idę na pokład szalupowy. Mamy cztery łodzie okrętowe. Dwie z prawej burty i dwie z lewej. Moja ma numer 2. Na Uranie łodzie opuszcza się poprzez wychylenie żurawika. To system stary jak świat. Jednak przy zgranej załodze z opuszczeniem większego problemu nie ma. Znam te manewry, bo przecież już tu byłem.
Przyszedł pierwszy oficer. Sprawdził obecność i obowiązki. Po chwili alarm odwołano.
14 czerwca, godz. 6:30
Muszę się przyzwyczaić do kabinowego zapachu. Muszę znieść szuwaksy, które są niesamowicie bezczelne. Nie mogę zasnąć, zresztą za chwilę i tak muszę wstać. Czekają na mnie pomiary wody i studzienki. Mam tylko dodatkową pracę i nic więcej.
Godz. 17:45
Ogłosili zebranie załogowe.
Zastanawiam się, czy iść, ale chyba pójdę, bo może dowiem się czegoś ciekawego odnośnie rejsu. Kapitan z całą pewnością wie znacznie więcej niż my, a szczególnie jeśli chodzi o długość rejsu.
Godz. 19:00
Mesa wypełniła się po brzegi. Stałem blisko otwartego bulaja, wdychając czyste powietrze. W głębi mesy wdychali duchotę. Zebranie rozpoczął związkowiec, prosząc kapitana o zabranie głosu.
– Witam panów!
Kapitan zbytnio się nie rozwodził.
– Panowie, rejs ma trwać sto pięćdziesiąt sześć dni. O tym, czy Uran popłynie do kraju, czy zostanie, dowiemy się w najbliższym czasie. Naszym celem jest ryba, o innych sprawach dowiecie się w stosownym czasie. To tyle z mojej strony. Teraz będziecie wybierać delegata żywnościowego i delegata załogowego. A, i jeszcze jedno. Od jutra pracujemy zmianami. Wieczorem będziemy na łowisku. Z tego, co widzę, bosmani mają jeszcze dużo pracy. To tyle z mojej strony.
Kapitan Barczak wstał i poszedł do kabiny. Ja też. Jest mi absolutnie obojętne, kto będzie żywnościowym czy załogowym. Ani jeden, ani drugi nie pomoże, ani nie zaszkodzi, no bo w czym?
15 czerwca, godz. 8:00
Jestem już po pomiarach. Pracujemy na dwie zmiany. Moja zmiana przychodzi do pracy o 12:00, ale wcześniej ma być przecięcie wstęgi. Bosman Sikora Ali ze swoją zmianą już wszystko przygotowali. Na worku są dary dla Neptuna: chleb i butelka. Myślę, że z wodą.
Kładę się do koi, jak będzie coś się działo, to na pewno zawołają. Leżę i rozmyślam. Chyba nie będzie łatwo. Nie mamy w kabinach umywalek, żeby się umyć. Muszę iść do łazienki. Wszystko tu jest stare, bylejakie i nijakie, ale najbardziej wkurzają te wąsate karaluchy!
Godz. 17:00
O 16:45 na pokład przyszedł kapitan i przeciął wstęgę. Slip został otwarty. Tradycji stało się zadość. Sądziliśmy, że zaraz będziemy wydawać, ale kapitan powiedział:
– Panowie, na razie nie wydajemy. Możecie iść do kabin.
16 czerwca, godz. 23:00, niedziela
Niedziela była dniem bardzo pracowitym. Zdawaliśmy prowiant na inne statki. Do naszej prawej burty podpływały szalupy, cumowały, a my w siatkach zdawaliśmy w porcie pobrany dla nich prowiant. Zaczęło się od tego, że o 9:00 kapitan zawołał bosmana na mostek. Piotr po chwili wrócił i mówi:
– Słuchajcie, przygotowujemy sieć. Będziemy wydawać.
Po 10 minutach na rufowym mostku zjawił się kapitan.
– Gotowe?
– Gotowe, panie kapitanie.
– No to bosman – lego!
Sieć wylądowała w wodzie i na tym się skończyło. Windziarz ruszył windą trałową i zameldował, że coś jest nie tak. Zawiadomiono maszynę. Przyszli mechanicy i po chwili wiadomo już było, że awaria jest poważna i usunięcie jej potrwa parę godzin. Wciągnęliśmy sieć na pokład i wtedy zapadła decyzja o prowiancie. O 22:00 udało się wydać. Teraz jesteśmy pod trałem na łowisku kalmarowym. Wydaliśmy 1250 metrów kabla (liny trałowej).
17 czerwca, godz. 8:15
Pierwsza wachta rybacka naszej zmiany trwała od drugiej w nocy do ósmej rano. Windziarzem jest Władek Mirończuk. Całe 6 godzin trałowalii jeszcze trałują, bo okazuje się, że panuje całkowite bezrybie. Inne statki, a szczególnie koreańskie i japońskie wciąż się przemieszczają jakby w poszukiwaniu ryby.
Trzeba odpocząć. Idę do koi. O 11:30 będą budzili do pracy.
Godz. 19:00
Drugi zaciąg okazał się bardziej wydajny od pierwszego, bo koledzy wybrali 5 ton kalmara, my 15 ton, i to dużego. Na razie do przetwórni nie schodzimy. Dają sobie radę.
18 czerwca, godz. 2:00
Mieliśmy na zmianie niezłą przeprawę. Winda trałowa ledwie dycha. Nie można było wysprzęglić, a hamulec się ślizgał. Pod windą pełno dymu! Władek przeklina, lina trałowa wciąż się odkręca. Do wody poszło 25 metrów więcej od odległości nakazanej przez oficera wachtowego. Boimy się, że sieć się porwie. W końcu udało się zahamować ręcznie. Przyszli mechanicy, coś poregulowali. Na jak długo?
Godz. 20:15
Dzień był zimny i pochmurny. Tylko raz wybieraliśmy. Było 10 ton. Na dobę robimy dwa zaciągi. Przyczyna to brak ryby. Podczas rannego wydawania znowu dała o sobie znać winda trałowa. Władek nie mógł utrzymać lin trałowych. Zrobił się unklar, czyli deska trałowa zaszła za deskę. Kiedy zaczęliśmy podciągać sieć, przy samym slipie dechy rozeszły się. Co za ulga! W przeciwnym razie mielibyśmy niezłą zaprawę.
Starszy mechanik z drugim mechanikiem przychodzą, oglądają tę piekielną maszynę, która skrzypi, jęczy i dymi. Coś tam poklepią, coś nasmarują i idą. No cóż, może w końcu to zrobią. W każdym razie awaryjna winda niesie ze sobą zagrożenie zgubienia całego sprzętu.
19 czerwca, godz. 8:15
Gdy przyszedłem o drugiej w nocy na zmianę, po raz pierwszy obydwie lasty były pełne kalmarów. Koledzy z drugiej zmiany wybrali 50 ton! To bardzo dobry wynik. Ledwie pokazaliśmy się na pokładzie i już padło polecenie z mostku:
– Pokład do przetwórni!
Na pokładzie zostali bosman z windziarzem. Z tyłu za zbiornikami na stołach przymocowano specjalne łyżki. Wbija się kalmara, pociąga za macki i pozostaje czysta tuba. Musiałem znaleźć stanowisko. Okazało się, że o nas nie zapomniano. Mam gdzie stanąć. Biorę kalmara, nabijam na łyżkę i robię to, co inni. Tuba musi być czysta. Stojący obok rozmowny nie jest, ja też. Całe 6 godzin przestałem ze swoimi myślami, a te oczywiście kierowałem w stronę domu. Tam pozostało wiele spraw, które wywiozłem i te, których nie wywiozłem. Żadnych tu, na przetwórni Urana, nie rozwiążę. Na razie skupiam się na pracy.
Łowimy kalmara, który nie przyjął się w kraju. Wręcz z obrzydzeniem mówi się o czymś, o czym przeciętny Polak nie wie nic, a przecież kalmary zalicza się do owoców morza. Zawierają mnóstwo składników odżywczych. Dużo w nich białka i witamin z grupy B, mają wiele jodu, selenu i fluoru. Tymczasem, z braku zainteresowania, Dalmor sprzedał 17 tysięcy kartonów Jugosławii w zamian za buty! Ciekawe, buty były stare czy nowe? O tej jakże udanej transakcji dowiedzieliśmy się od kierownika eksploatacji na zebraniu odlotowym. Polacy jednak wolą zarobaczonego błękitka. No cóż, co kraj, to obyczaj.
Kiedy skończyłem myśleć, była godzina 7:45. Umyłem fartuch z „atramentu” i skończyłem pracę.
Godz. 16:00
Wczorajszy hol został przerobiony do godziny 15:00. W tej chwili jesteśmy pod trałem. Wydaliśmy 1300 metrów liny trałowej i tak ciągniemy włok. Teraz, po podwieczorku, siedzę w kabinie i wracam do tego, co się działo pod koniec zmiany.
– Na pokładzie!
Windziarz ma tuż nad uchem głośnik.
– Słucham?
– Będziemy wybierać!
– Hej, słyszeliście? Wybieramy!
Cholera, a byliśmy już pewni, że dadzą nam spokój. Władek ruszył windą, powoli zaczął nawijać linę trałową. Przy ostatnich 50 metrach zwolnił. Kiedy ukazały się rozpornice, miałem już zmiennika. Postanowiłem zostać jeszcze chwilę na pokładzie i zobaczyć worek z kalmarami. Na moje oko było ich z 30 ton.
20 czerwca, godz. 2:10
Niesamowite! Stoimy w dryfie i to z jakiego powodu! Jesteśmy zawaleni kalmarem. Zbiorniki pełne, pokład pełny, a na przetwórni praca wre. My zadowoleni, bo zarobimy, a firma? Kolega w kabinie mówi:
– Teraz opierdolą za płaszcze! Ha, ha, ha!
Godz.13:00
Z rana, kiedy zaniosłem pierwszemu kartkę z pomiarami, usłyszałem:
– Panie Jerzy, niech bosman Piotr przyjdzie na mostek, a wy nie schodźcie na dół. Będziemy opuszczać szalupę.
Poszedłem do bosmana.
– Piotr, masz pójść do pierwszego.
– A po co?
– Podpadłeś!
– Ja? A niby za co?
– Nie, żartuję. Masz być i tyle, chyba będziemy opuszczać szalupę.
Wrócił po chwiliz tą samą wiadomością.
– Idziemy do szalupy numer jeden. Będziemy ją opuszczać.
– A co się znowu narodziło? Tyle kalmarów, a my się w opuszczanie bawimy?
– Zaraz się, Władek, dowiesz, o co chodzi.
No i się dowiedział, my też. W dziale maszynowym jest asystent. Człowiek z wyższym wykształceniem. Osobiście go jeszcze nie widziałem. Powiadają, że zachowuje się dość nietypowo jak na statek rybacki. Elegancik z niego. Ubrany wyjściowo, siedzi w kabinie, liczy szuwaksy i nigdzie nie wychodzi. Starszy mechanik zaprasza do siłowni, ale siłownia go nie interesuje. Więc co? Oto jest pytanie. Nie mogąc zgłębić myśli faceta, postanowiono wysłać go do kraju, by tam dokończył myślenie. Chyba, a nawet na pewno, się przeliczył, a to przecież początek rejsu. Jedni mówili, że mu odbiło, drudzy, że jak zobaczył warunki, w których przyszło mu żyć, od razu się załamał, czemu się nie dziwię. Nie wszyscy potrafią zagryźć zęby i pogodzić się z rzeczywistością.
Zdaliśmy go na statek, który płynie do portu. Pogoda dopisała. Świeci słońce, a wiatr ucichł, więc nie było większych problemów.
21 czerwca, godz. 11:00
Leżę, czytam i od czasu do czasu zabijam wstrętnego szuwaksa. Nie mogę zasnąć. Chyba wstanę i zacznę pisać listy, bo mówią, że jutro będzie możliwość wysłania.
Cholera, mamy w kranach słoną wodę! Mam dokładne dane, bo sam robię pomiary. Wczoraj w zbiorniku wody sanitarnej było 25 centymetrów, a dzisiaj jest 45. Nie mamy tak wydajnych wyparowników! Zresztą myjąc się, wyczuwamy sól. Kiedy wychodzę spod prysznica, swędzi mnie skóra, a włosy jakby niedomyte i sztywne jak druty! Zresztą, co tam będziemy ględzić o niewydolności wyparowników. To my mamy być wydajni, a reszta jest nieważna.
22 czerwca, godz. 14:00
Trałujemy już wiele godzin. Zrobiliśmy dwa zwroty. Nie ma zapisu. Kalmar zwiał w nieznane. Dzisiaj jest sobota. Wydawać by się mogło, że przy sobocie będzie możliwość kąpieli. Nic bardziej mylnego! Bosman dostał polecenie zamknięcia wszystkich łazienek. Franek Kurek mówi do mnie:
– Wiesz co, powiedz bosmanowi, niech zamknie również kible! Tak za jednego.
– Nic, Franuś, nie poradzimy, to polecenie pierwszego oficera.
– Tak cały rejs będziemy śmierdzieć?
– Podejrzewam, że tak, bo tak było ostatnio. Byłem już na nim przed tym, jak się spalił, i było tak samo.
Załoga jest niezadowolona, ale kogo to obchodzi? Rybaka powinno się czuć szczególnie rybą, a potem – potem. Zaczynam kombinować, jak dostać się do wody.
Godz. 21:00
Po wielu godzinach trałowania wybraliśmy 5 ton. Wkoło nas zrobiła się pustka. Statki szukają innego łowiska. Kapitan również, bo po wybraniu zawołał bosmana na mostek. Po chwili zjawił się Piotr.
– Słuchajcie, do rana mamy przelot, ale mamy też przegląd sieci i do zrobienia kilka szplajsów.
– Robota do rana?
– Na to, Władek, wygląda.
23 czerwca, godz. 8:15, niedziela
Przelot trwa. Od 6:00 do 8:00 miałem wachtę na sterze. Płyniemy kursem 205 stopni. Pierwszy oficer Orłowski krążył między radarem, UKF a nawigacyjną. Kiedy patrzę na mostek, przypomina mi się tamta ruina po spaleniu. Spalone radary, właściwie spalone wszystko, oprócz drewnianego steru. Strumień wody kierowałem właśnie w niego.
Niebo jest czyste od chmur, jeszcze o szóstej migotały na nim tysiące gwiazd z Krzyżem Południa na czele. Teraz leżę w koi i przymierzam się do snu.
Godz. 14:15
Wciąż płyniemy w kierunku nowego łowiska. Zrobiło się zimniej, chociaż świeci słońce. Załoga pokładowa, przygotowana do wydania, w tej chwili wypoczywa. Czekamy na decyzje z mostku. W nocy widziałem łuny świateł. To dżigowce poławiające kalmary. Stoją na dryfkotwach. Z prawej i lewej burty mają maszynki z dżigami. Koledzy mówią, że to Koreańczycy i Japończycy. Ponoć mają bardzo dobre wyniki. My mamy inną technikę połowu i tej się trzymamy.
Godz. 19:00
Jesteśmy na miejscu. Druga zmiana w tej chwili wydaje. Słyszę w kabinie windę trałową. Wyglądam przez bulaj i widzę dużo jednostek. A więc jesteśmy na nowym łowisku.
24 czerwca, godz. 12:00
W kraju sobótka. Na Uranie po 10 godzinach trałowania mamy 8 ton kalmara. Tego holu do obfitych zaliczyć nie można. Jak tak dalej pójdzie, nie zarobimy na sól.
Godz. 21:00
Od kilku godzin Uran stoi w dryfie, lekko kładąc się na boki. Głodne mewy wrzeszczą, oblatując statek. Wręcz domagają się rybiego żarcia, a najlepiej wątróbki, ale cóż może dać stary rzęch Uran? Przy nas pozdychają, więc miałbym dla nich propozycję, by odleciały w siną dal. Dwa czerwone światła na maszcie ostrzegają: statek nie odpowiada za swoje ruchy. Znowu mamy awarię w siłowni. Jak tak dalej pójdzie, będziemy więcej stać niż trałować. Przed tą awarią wybraliśmy tonę.
Sobótka tam, ale chyba nie warto wspominać i wpadać w smutną melancholię, bo po co? Liczy się tu i teraz, więc z satysfakcją skreślam ten dzień.
25 czerwca, godz. 8:00
Jesteśmy w miejscu, gdzie kalmarów nie powinno zabraknąć i to przez dłuższy czas. Ten optymizm bierze się stąd, że wkoło, jak okiem sięgnąć, same łuny. To dżigowce szaleją.
Godz. 18:30
My nie poszalejemy. Zrobili silnik i o dziwo nie wołają pokładu do wydania sieci. Przyszedł bosman.
Godz. 19:00
Co chciał?
– Jurek, zmieniamy łowisko.
– Jak to zmieniamy, przecież mówili, że tu kalmar prawie sam wskakuje na pokład.
– Bzdura, okazuje się, że trałem nic nie nałowisz. Kalmar, bracie, jest chimeryczny i niełatwo go dopaść. Byłem na mostku, więc wiem, co mówię. Płyniemy kursem 029 stopni.
W dzień, kiedy staliśmy w dryfie, pierwszy oficer zarządził konserwację statku. Nasi poprzednicy zostawili go w opłakanym stanie. W porcie nie mieliśmy czasu na przeglądy. Teraz konserwujemy przede wszystkim bloki. Dwa musieliśmy wymienić. Krążki się nie obracały, a liny ślizgały. Na każdym kroku coś. Dobrze, że pogoda nam dopisała. Morze jest spokojne i świeci słońce.
26 czerwca, godz. 00:10
Przed chwilą wróciłem z wachty. Odstałem swoje dwie godziny. Płyniemy kursem 027 stopni. Godzinę stałem na sterach, drugą na oku. Obserwowałem horyzont, ale najbardziej niebo z dużym księżycem. Gwiazdy wesoło migotały, jednym słowem – bajecznie.
Wiem od oficera wachtowego, że płyniemy do zbiornikowca.
Godz. 12:10
Obudzili nas o 7:00, obydwie zmiany skierowano na dziób. Daleko przed dziobem stał zbiornikowiec. Nie wiem, dlaczego kazano nas budzić tak wcześnie, skoro mieliśmy jeszcze godzinę przelotu. Widocznie ten typ tak ma.
Odwiedził nas pierwszy oficer i bosmanowi klarował, jak podadzą cumę i wąż paliwowy. Podchodziliśmy wolno do ich rufy. Rzucili blazę przywiązaną do linki, której drugi koniec przymocowali do cumy. Kiedy blaza znalazła się na odległości rzutu, Władek rzucił kotwiczkę. Rzut był udany. Zaczęliśmy wciągać linkę z blazą. Po chwili przez panamę wciągnęliśmy cumę i założyliśmy na poler. Pierwszy manewr udany. Pozostał drugi, bardziej złożony.
Rzucili wąż, też z blazą i linką. Z przechwyceniem nie było problemu. Teraz po burcie musieliśmy przeciągnąć wąż na rufę, bo tam mamy wloty paliwa. Z tym również nie było problemu. Kiedy końcówka znalazła się na burcie, przyszli mechanicy i zamocowali ją na odpowiednią rurę.
Zbiornikowiec nazywa się Jussara Panama.
27 czerwca, godz. 16:00
Nasza cała zmiana kaszle, wyciera nosy i pluje. Zaczęło się od Władka. On pierwszy został zainfekowany, a potem poleciało po całej zmianie. Ja też to mam. Pogodę mamy syfiastą. Mokra mgła wchłonęła cały otaczający nas świat.
Wczoraj o 16:00 akcja paliwo została zakończona. Pobraliśmy 300 ton. Najpierw rzuciliśmy wąż, potem cumę. Kapitan obrał kurs na łowisko. Po kilku godzinach byliśmy już pod trałem. Trwał trzy godziny i okazał się zerowy. Teraz do mojej kabiny dochodzi odgłos windy. Wybierają. Sternik, który skończył wachtę, mówi, że były zapisy. Z ciekawości muszę zajrzeć na pokład.
Godz. 16:30
Wybrali około 15 ton. Jest nadzieja, że w końcu kalmar znowu się pokaże, bo jak na razie nasze rybaczenie marnie wygląda. Pozostałe statki również nie mogą się pochwalić dobrymi wynikami. Ciekawe jest to, że dżigowce nie nadążają z przerobem. Tak przynajmniej mówią. Trałujemy od nich w niedalekiej odległości i widocznie kalmar to chimera – raz jest, raz go nie ma.
28 czerwca, godz. 2:00, noc
Coś się ruszyło. Najpierw koledzy wybrali 30 ton, a przed chwilą my 20 ton.
Dalej jest mgła, która utrudnia nam pracę i wcale nie przyspiesza naszego zdrowienia. Coraz bardziej odczuwam ból gardła i głowy, a na dodatek bardzo się pocę. Muszę iść do lekarza. Sam się nie wykuruję. Inni już to zrobili. Przeskoki pokład – przetwórnia, przetwórnia – pokład na pewno przedłużają chorobę. Na pokładzie grubo ubrany pocę się, a na przetwórni wysycham, bo przecież nie mam czasu na ochłonięcie.
Godz. 12:00
Byłem u lekarza. Oskrzela OK, płuca OK, a z resztą sobie poradzimy. Taka była diagnoza. A teraz, panie Budzisz, proszę to zażywać i do roboty. Samo weszło, samo wyjdzie, ha, ha, ha!
Pomyślałem sobie, może masz, chłopie, rację. Im mniej myślenia, że boli, tym lepiej. Tylko że to ja nie mogę jedzenia przełknąć, więc jak nie myśleć?
Pada deszcz. Podczas wybierania doszczętnie zmokłem, bo nasze olejarze są gówno warte! Są, bo są, i nic więcej. Zaczyna się od szyi, a potem plecy są mokre coraz niżej. Nawet gumy nie potrafią skleić!
Nie jesteśmy tu sami, wkoło pełno jednostek. Myślę, że niedługo będziemy stąd zmykać. Przetrałują łowisko wzdłuż i wszerz.
Godz. 20:05
Gdy schodziłem z wachty, za rufą już się bieliło, a w tej chwili wiatr przybiera na sile i zanosi się na sztorm. Płyniemy bokiem do fali, ciągnąc włok. Du, du, du – dochodzi do mojej kabiny odgłos ciężko pracującego silnika. Trałowanie na falę to chyba stanie w miejscu.
29 czerwca, godz. 8:00
Chce mi się spać i nic więcej. Wybieraliśmy w trudnych warunkach pogodowych. Było 12 ton dużego kalmara. Podczas wysypywania do zbiornika, zauważyliśmy strojnika. Piękna ryba! Trzeba ją było zablokować i nie pozwolić wpaść razem z
