Lwów. O odczytywaniu miasta na nowo - Katarzyna Kotyńska - ebook

Lwów. O odczytywaniu miasta na nowo ebook

Katarzyna Kotyńska

0,0
40,00 zł

lub
Opis

Pierwsze całościowe ujęcie obrazu Lwowa w literaturach różnych narodów, obejmujące całe dwudzieste stulecie, w którym najwyraźniej zaobserwować można sposoby konstruowania polskiej, ukraińskiej, żydowskiej i rosyjskiej narracji lwowskiej, ich wzajemne związki i konflikty. Dopiero na takim tle czytelne stają się dzisiejsze spory i dyskusje o tożsamości lwowskiej.

Jednym z podstawowych rysów „literatury lwowskiej” jest wielokulturowość miasta, nieodmiennie przywoływana przede wszystkim przez Ukraińców i Polaków jako najwspanialsza z jego cech. Autorka stara się pokazać, z jakich elementów i jak interpretowanych powstają kuszące bezchmurnością obrazy Lwowa jako idylli oraz co w istocie za nimi stoi. Ten mit bowiem często służy za wygodną zasłonę, kryjącą rzeczywiste historyczne problemy i spory tożsamościowe, a także nieustanne próby oznaczania i oswajania miasta zgodnie z własną kulturą – i przeciwko cudzej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 251

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Wstęp

Wstęp

Lwów – mia­sto zbu­do­wane i przez wieki zamiesz­ki­wane przez przed­sta­wi­cieli róż­nych kul­tur i naro­do­wo­ści, powstałe na pogra­ni­czu, dziś tak chęt­nie nazy­wane „wielokul­turowym”. Pod koniec dwu­dzie­stego wieku lite­ra­turę pol­ską o nim mówiącą zdo­mi­no­wał dys­kurs nostal­giczno-mito­lo­gi­zu­jący, czę­sto odwo­łu­jący się do „pięk­nych [pol­skich – przyp. K.K.] tra­dy­cji” pisa­nia o Lwo­wie w okre­sach wcze­śniej­szych. W tym samym cza­sie na Ukra­inie okrze­pła ukra­iń­ska nar­ra­cja naro­dowo-patrio­tyczna. Te dwa główne spo­soby myśle­nia o mie­ście żądają od swo­ich wyznaw­ców doko­ny­wa­nia jed­no­stron­nych, zgod­nych z zało­żoną tezą inter­pre­ta­cji daw­niej­szych tek­stów.

Począ­tek dwu­dzie­stego pierw­szego stu­le­cia przy­niósł zapo­wiedź zmiany: po obu stro­nach gra­nicy coraz sil­niej zaczęły roz­brzmie­wać nowe głosy, pozo­sta­wia­jące spory toż­sa­mo­ściowe poza polem uwagi. W nie­któ­rych przy­pad­kach takie odcię­cie się od kon­tek­stu swoją osten­ta­cyj­no­ścią pod­kre­śla siłę i wagę tego tra­dy­cyj­nego dys­kursu. W innych nato­miast Lwów poprzed­nich epok jawi się jako wie­lo­kul­tu­rowe, mozai­kowe źró­dło inspi­ra­cji, a nie­moż­liwe wcze­śniej do pomi­nię­cia fun­da­men­talne spory zostają zepchnięte na mar­gi­nes jako już nie­istotne. Waż­niej­szy staje się nowy obraz mia­sta, two­rzony przez naj­czę­ściej nowych auto­rów, nie­ob­cią­żo­nych „cho­robą nacjo­na­li­zmu”, otwar­tych na sąsiedz­kie dys­kursy i uwa­ża­ją­cych odmien­ność za inte­re­su­jącą, a nie nie­bez­pieczną.

Moim celem jest doko­na­nie ana­lizy obrazu Lwowa w lite­ra­tu­rze dwu­dzie­stego i dwu­dzie­stego pierw­szego wieku, powsta­ją­cej w róż­nych języ­kach, przy uży­ciu per­spek­tywy antro­po­lo­gicz­nej, która jest szcze­gól­nie przy­datna w bada­niu wza­jem­nego obrazu róż­nych zwią­za­nych ze Lwo­wem grup naro­do­wych i spo­łecz­nych oraz wza­jem­nych związ­ków i wpły­wów łączą­cych (i/lub dzie­lą­cych) obrazy Lwowa w pamięci i wyobraźni tych grup. Uwa­żam za konieczne uję­cie w ramach jed­nej pracy tak sze­ro­kiego zakresu chro­no­lo­gicz­nego, ponie­waż wła­śnie na prze­strzeni dwu­dzie­stego wieku naj­wy­raź­niej zaob­ser­wo­wać można spo­soby kon­stru­owa­nia róż­nych naro­do­wych nar­ra­cji lwow­skich, ich wza­jemne związki i kon­flikty. Dopiero na takim tle czy­telne stają się dzi­siej­sze spory i dys­ku­sje o toż­sa­mo­ści lwow­skiej, „pra­wie do tra­dy­cji” czy „pra­wie do wła­snej pamięci”.

Pro­blem ten był już nie­jed­no­krot­nie podej­mo­wany w róż­nych pra­cach, mię­dzy innymi w mojej poprzed­niej książce Ese­iści o Lwo­wie. Pamięć, sąsiedz­two, mity. Tym razem chcę przyj­rzeć się tek­stom znacz­nie bar­dziej bez­po­śred­nio wpły­wa­ją­cym na obraz Lwowa w zbio­ro­wej wyobraźni i pamięci. Inte­re­sują mnie przede wszyst­kim powie­ści i opo­wia­da­nia, które towa­rzy­szą czy­tel­ni­kom „na co dzień”, ponie­waż to one zazwy­czaj sta­no­wią pierw­sze samo­dzielne lek­tury mło­dego czło­wieka i po nie wła­śnie naj­czę­ściej sięga póź­niej prze­ciętny odbiorca. Wspo­mnie­nia i pamięt­niki, choć także przez wielu lubiane, nie mają fabu­lar­nej mocy uogól­nie­nia: pre­zen­tują losy autora, jed­nej kon­kret­nej osoby, postaci histo­rycz­nej; nie są tak otwarte na moż­li­wość utoż­sa­mia­nia się z boha­te­rem, pocią­ga­jącą zwłasz­cza mło­dego czy­tel­nika. Tak więc pod­sta­wowy mate­riał badaw­czy to proza fabu­larna (fic­tion), zarówno ta ocie­ra­jąca się o arty­styczny eks­pe­ry­ment, jak i zwy­kłe powie­ści dla dzieci i mło­dzieży czy lite­ra­tura popu­larna. Tek­sty nale­żące do dwóch ostat­nich grup czę­sto sta­no­wią dosko­nały mate­riał, nie­jako kon­den­su­jący powszechne wyobra­że­nia, ste­reo­typy i sche­maty myślowe. Nie­mniej jako uzu­peł­nie­nie i sze­ro­kie tło wie­lo­krot­nie przy­wo­ły­wać będę lite­ra­turę wspo­mnie­niową.

Lwów jest bowiem waż­nym „miej­scem pamięci” – jak okre­ślał to Pierre Nora – na różne spo­soby odczy­ty­wa­nym i wyko­rzy­sty­wa­nym w mówie­niu o wła­snej toż­sa­mo­ści i histo­rii przez Ukra­iń­ców, Pola­ków, Rosjan, Żydów. Prze­miany oraz różne odczy­ta­nia i warianty „wła­snych” i „cudzych” obra­zów mia­sta zostaną prze­śle­dzone dzięki ana­li­zie dzi­siej­szego odbioru tek­stów lite­rac­kich i wspo­mnie­nio­wych, zaświad­czo­nego w recen­zjach i dys­ku­sjach pra­so­wych, wydaw­ni­czym apa­ra­cie kry­tycz­nym (wstęp, posło­wie, przy­pisy), ana­li­zach lite­ra­tu­ro­znaw­czych i histo­rycz­nych. Ist­nie­nie takiego kon­tek­stu, a więc obec­ność danego utworu w dzi­siej­szym obiegu czy­tel­ni­czym, sta­nowi jedno z kry­te­riów doboru tek­stów do ana­lizy.

Inte­re­sują mnie zatem nie tylko – i nie same, ode­rwane od sie­bie – tek­sty lite­rac­kie, ale rów­nież grunt, na jakim wyra­stają, inte­rak­cje mię­dzy nimi, kon­tekst, w któ­rym funk­cjo­nują – zarówno w chwili powsta­nia, jak i po wielu nie­kiedy latach – stra­te­gie czy­tel­ni­cze, któ­rych wyma­gają, i inter­pre­ta­cje, jakim są pod­da­wane. Jak pisali Woj­ciech Burszta, a przed nim, bar­dziej ogól­nie, Mau­rice Hal­bwachs oraz Jacques Le Goff, lite­ra­tura nie powstaje na pustym miej­scu: jest czę­ścią pro­ce­sów zacho­dzą­cych w spo­łe­czeń­stwie, czer­pie z pamięci zbio­ro­wej, wyko­rzy­stuje – a cza­sem pro­po­nuje lub wręcz narzuca – sche­maty inter­pre­ta­cji prze­szło­ści, które mają bez­po­średni zwią­zek z teraź­niej­szo­ścią i pro­jek­tem przy­szło­ści swo­jej grupy.

Wizja Lwowa wie­lo­kul­tu­ro­wego jest ważna dla każ­dej z grup naro­do­wych piszą­cych o Lwo­wie. Co jed­nak cie­kawe, obrazy Lwowa w lite­ra­tu­rze ukra­iń­skiej, pol­skiej, żydow­skiej wydają się od sie­bie zależne: czę­sto roz­wi­jają się rów­no­le­gle, wcho­dzą ze sobą w spory, sta­no­wią wza­jemne na sie­bie reak­cje. Zależ­no­ści te umy­kają obser­wa­to­rom wyko­rzy­stu­ją­cym tylko jedną naro­dową per­spek­tywę. Ten pro­blem lite­rac­kiego odzwier­cie­dle­nia wza­jemnej izo­la­cji róż­nych dys­kur­sów naro­do­wych, na którą dotych­czas zwra­cali uwagę raczej kul­tu­ro­lo­dzy i histo­rycy (Mykoła Riab­czuk, Jaro­sław Hry­cak, Maciej Janow­ski), będzie w mojej pracy powra­cał wie­lo­krot­nie.

Celem pracy jest rów­nież pod­da­nie kry­tycz­nemu oglą­dowi tego popu­lar­nego mitu Leopo­lis mul­ti­plex, czyli Lwowa jako miej­sca, w któ­rym przez wieki poko­jowo i twór­czo żyły wspól­nie różne naro­do­wo­ści. Mimo coraz wyraź­niej obec­nej w lite­ra­tu­rze przed­miotu kry­tyki tego obrazu1 jest on nie­ustan­nie powie­lany i roz­bu­do­wy­wany w nar­ra­cjach pol­skiej i ukra­iń­skiej, rów­no­le­gle i nie­jako syme­trycz­nie, choć – znów – we wza­jem­nej izo­la­cji. Zba­da­nie tej kwe­stii to jedno z zadań, jakie przed sobą sta­wiam.

Pod­su­mo­wu­jąc: przy lek­tu­rze kolej­nych tek­stów lite­rac­kich naj­waż­niej­sze wydają mi się nastę­pu­jące pyta­nia:

Czy dla danego autora – lub danej grupy auto­rów w danym momen­cie histo­rycz­nym – Lwów jest mia­stem przy­ja­znym, wro­gim, obo­jęt­nym? Czy jest wła­snym, oswo­jo­nym tery­to­rium, czy tere­nem, który należy pod­bić, sko­lo­ni­zo­wać, oswoić? Jak (i czy) to war­to­ścio­wa­nie zmie­nia się w cza­sie?

Jakie naro­do­wo­ści dostrze­gają i jakie w isto­cie przy­dzie­lają im role ci spo­śród auto­rów, któ­rzy odwo­łują się do mitu Leopo­lis mul­ti­plex – Lwowa wie­lo­kul­tu­ro­wego, lub ci, któ­rych tek­sty jako lek­tury for­ma­cyjne przy­wo­łują krze­wi­ciele tego mitu? Jaki jest w tych utwo­rach obraz Innego, sąsiada, współ­miesz­kańca mia­sta?

Jakie mity i nar­ra­cje lwow­skie auto­rzy uznają za wła­sne? Jakie wątki i motywy z lwow­skich nar­ra­cji innych naro­do­wo­ści auto­rzy danej grupy przy­wo­łują, w jakiej roli, z jakim war­to­ścio­wa­niem?

Jak auto­rzy odno­szą się do kwe­stii „przy­na­leż­no­ści” naro­do­wej mia­sta: czy jest ona pod­no­szona wprost, czy ukryta mię­dzy wier­szami? Czy może jest to oczy­wi­stość zro­zu­miała sama przez się, nie­wy­ma­ga­jąca dowo­dów, ani nawet dekla­ra­cji? W któ­rym momen­cie ta kwe­stia poja­wia się po raz pierw­szy, a w któ­rym traci zna­cze­nie i prze­staje być wiel­kim tema­tem lite­ra­tury lwow­skiej?

Co to wła­ści­wie zna­czy „Lwów” w danym utwo­rze lub dla danego autora? Jakie lwow­skie loci, dla­czego i jak war­to­ścio­wane zako­twi­czają wyobraź­nię czy­tel­nika w tym mie­ście?

Z nie­licz­nymi wyjąt­kami ogra­ni­czam się do tek­stów powsta­łych po pierw­szej woj­nie świa­to­wej. W przy­padku lite­ra­tury pol­skiej dopiero ten okres przy­nosi utwory lite­rac­kie kon­cen­tru­jące się na pro­ble­mach życia Lwowa jako orga­ni­zmu miej­skiego. W przy­padku lite­ra­tury ukra­iń­skiej tę gra­nicę cza­sową (z jed­nym, także nie­oczy­wi­stym wyjąt­kiem powie­ści Iwana Franki Dla ogni­ska domo­wego) wypada prze­su­nąć jesz­cze dalej, aż do mię­dzy­wo­jen­nego dwu­dzie­sto­le­cia.

Spo­śród tek­stów daw­niej­szych, wyda­nych w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym oraz po dru­giej woj­nie świa­to­wej, a przed 1989 rokiem w przy­padku Pol­ski i odpo­wied­nio przed 1991 rokiem w przy­padku Ukra­iny, w szcze­gólny spo­sób inte­re­sują mnie te, które z róż­nych powo­dów prze­trwały próbę czasu: docze­kały się reedy­cji, komen­ta­rzy lub omó­wie­nia w tek­stach prze­glą­do­wych, zostały przy­wo­łane przez auto­rów póź­niej­szych dzieł lub wspo­mnień – choćby jako ulu­bione lek­tury z mło­dych lat. Spo­śród tek­stów now­szych szcze­gó­łowo oma­wiam te, które pre­zen­tują naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­styczne lub naj­cie­kaw­sze postawy, stra­te­gie nar­ra­cyjne, kon­struk­cje obra­zów. Tym samym rezy­gnuję z dro­bia­zgo­wej ana­lizy wszyst­kich utwo­rów doty­czą­cych danego zagad­nie­nia, gdyż wymu­sza­łoby to zbędne powta­rza­nie podob­nych komen­ta­rzy, a w efek­cie nie­po­trzeb­nie zwięk­szało obję­tość pracy.

Roz­dział pierw­szy, Cesar­stwo pięk­nej ilu­zji. Obraz Lwowa pod pano­wa­niem Austrii, jest roz­dzia­łem pano­ra­micz­nym, w któ­rym sta­ram się prze­śle­dzić prze­miany w kon­stru­owa­niu i wyko­rzy­sty­wa­niu ele­men­tów skła­do­wych „mitu Gali­cji” przez róż­nych auto­rów w róż­nych okre­sach. Epoka habs­bur­ska, nie­gdyś ważna dla nar­ra­cji pol­skiej, dziś bar­dzo inten­syw­nie wyko­rzy­sty­wana jest w ukra­iń­skim mówie­niu o histo­rii mia­sta i myśle­niu o toż­sa­mo­ści – zarówno lokal­nej, lwow­skiej, jak i naro­do­wej. W roz­dziale dru­gim, Pierw­szy lwow­ski koniec świata: Listo­pad 1918, przed­sta­wiam pol­ski i ukra­iń­ski obraz wiel­kiego prze­łomu i bra­to­bój­czych walk oraz ich zna­cze­nie dla dzi­siej­szego kon­stru­owa­nia – odpo­wied­nio – pol­skiej i ukra­iń­skiej toż­sa­mo­ści lokal­nej i naro­do­wej. W kolej­nym, trze­cim roz­dziale, zaty­tu­ło­wa­nym Lokalna teo­ria względ­no­ści. Jak obcość staje się wie­lo­kul­tu­ro­wo­ścią, zatrzy­muję się nad lite­ra­turą okresu mię­dzy­wo­jen­nego w kon­tek­ście jej odczy­ta­nia po latach, u progu dwu­dzie­stego pierw­szego wieku. Lwów mię­dzy­wo­jenny, w pol­skiej nar­ra­cji wspo­mi­nany jako „złoty okres lwow­skiej wie­lo­kul­tu­ro­wo­ści” (co zaświad­czają liczne wspo­mnie­nia pol­skich lwo­wia­ków), w rze­czy­wi­sto­ści był miej­scem ście­ra­nia się róż­nych racji naro­do­wych, ale także „ist­nie­nia osob­nego” róż­nych grup naro­do­wych. W roz­dziale czwar­tym, Żydzi we Lwo­wie, Żydzi o Lwo­wie. Spoj­rze­nie spoza pol­sko-ukra­iń­skiego sporu, zaj­muję się ana­lizą słabo zba­da­nego pro­blemu, jakim są obraz Lwowa w twór­czo­ści auto­rów żydow­skich oraz miej­sce, jakie ten obraz zaj­muje w odbio­rze pol­skim i ukra­iń­skim. Kolejny roz­dział, Białe plamy à rebo­urs. Lwów w lite­ra­tu­rze PRL i USRR, został poświę­cony wypar­temu z pol­skiej pamięci – jako nie­pa­su­ją­cemu do ste­reo­typu, że „o Lwo­wie cen­zura mówić zabra­niała” – obra­zowi Lwowa w lite­ra­tu­rze PRL oraz cał­ko­wi­cie nie­obec­nemu w pol­skim odbio­rze, a bar­dzo waż­nemu dla dzi­siej­szych Ukra­iń­ców obra­zowi tego mia­sta w lite­ra­tu­rze Ukra­iny Radziec­kiej. W roz­dziale szó­stym, Dawno, dawno temu… A może cał­kiem nie­dawno?, sta­ram się poka­zać, w jaki spo­sób, w jakiej roli i w jakim celu Lwów przed­no­wo­cze­sny (od cza­sów legen­dar­nych do mniej wię­cej osiem­na­stego wieku) bywa wyko­rzy­sty­wany, a także kon­stru­owany w lite­ra­tu­rze dwu­dzie­sto­wiecz­nej. W kolej­nym roz­dziale, Mit z zasmażką czy mit à la Nouvelle Cuisine?, sku­piam się na funk­cjo­no­wa­niu zna­nego mitu Leopo­lis mul­ti­plex, Lwowa wie­lo­kul­tu­ro­wego, w naj­now­szej pol­skiej i ukra­iń­skiej lite­ra­tu­rze popu­lar­nej. Wresz­cie w ostat­nim roz­dziale, zaty­tu­ło­wa­nym Nowe otwar­cie, mówię o trzech ukra­iń­skich powie­ściach z ostat­nich lat, które wydają się otwie­rać nowy spo­sób mówie­nia o Lwo­wie.

Obec­nie nie ist­nieje żadna mono­gra­fia – ani w języku pol­skim, ani w ukra­iń­skim – oma­wia­jąca w spo­sób cało­ściowy obraz Lwowa w lite­ra­tu­rach róż­nych naro­dów. Pro­blem obrazu Lwowa w pamięci zbio­ro­wej i w lite­ra­tu­rze, zarówno pol­skiej, jak i ukra­iń­skiej, był już oczy­wi­ście podej­mo­wany w róż­nych pra­cach przez auto­rów pol­skich i ukra­iń­skich. Pierw­szą próbą uka­za­nia szer­szej per­spek­tywy badań nauko­wych doty­czą­cych obrazu Lwowa w lite­ra­tu­rze i pamięci róż­nych naro­dów był numer spe­cjalny pisma „Harvard Ukra­inian Stu­dies” (2000, nr 24), póź­niej wydany też jako tom Lviv, Lem­berg, Leopo­lis, Lwów, Lvov: A City in the Cros­scur­rents of Euro­pean Cul­ture pod redak­cją Johna Cza­plicki (Cam­bridge 2005). To zbio­rowe opra­co­wa­nie pod­kre­śla bogac­two lokal­nego dzie­dzic­twa, ale poka­zuje przede wszyst­kim rów­no­le­głe ist­nie­nie we Lwo­wie róż­nych kul­tur, a nie ich wza­jemne, dyna­miczne związki, wpływy i spory mię­dzy nimi. Podobną sytu­ację napo­ty­kamy w zasłu­żo­nej, nie­moż­li­wej tu do pomi­nię­cia serii tomów Lwów. Mia­sto – spo­łe­czeń­stwo – kul­tura, wyda­wa­nych w ramach pro­jektu zapo­cząt­ko­wa­nego już w 1992 roku.

Jed­nak wszyst­kie wymie­nione pozy­cje, podob­nie jak moja poprzed­nia książka Ese­iści o Lwo­wie, wspo­mniany Leopo­lis mul­ti­plex, czy nawet tom Lwów: lustro. Obraz wza­jemny miesz­kań­ców Lwowa w nar­ra­cjach XX–XXI wieku (War­szawa 2012), to wciąż prace cząst­kowe – doty­czące twór­czo­ści wybra­nego autora (auto­rów) lub kon­kret­nego pro­blemu, oraz mono­gra­fie zbio­rowe, które siłą rze­czy pro­po­nują zbiór stu­diów poszcze­gól­nych pro­ble­mów, a nie ich prze­kro­jową, spójną pre­zen­ta­cję. Moim celem jest przed­sta­wie­nie lite­rac­kiego obrazu Lwowa w kon­tek­ście dys­ku­sji o toż­sa­mo­ści lokal­nej i naro­do­wej na mate­riale róż­no­ję­zycz­nych utwo­rów lite­rac­kich, w uję­ciu porów­naw­czym, zarówno syn­chro­nicz­nym, jak i dia­chro­nicz­nym. Rów­no­cze­śnie pra­gnę zwró­cić uwagę na kształ­to­wa­nie obrazu Lwowa postrze­ga­nego z róż­nych (zwłasz­cza naro­do­wych) punk­tów widze­nia, poka­zać ele­menty wspólne, miej­sca sporne i wza­jemne zależ­no­ści.

Uchwy­ce­nie tych zależ­no­ści i związ­ków, usta­le­nie ich pocho­dze­nia, reali­za­cji i skut­ków odsła­nia mecha­ni­zmy dzia­ła­nia pamięci – zarówno indy­wi­du­al­nej, jak i zbio­ro­wej – oraz pomaga dostrzec typo­lo­giczne podo­bień­stwa wybra­nych lwow­skich wąt­ków i moty­wów w róż­no­ję­zycz­nych lite­ra­tu­rach. Chcia­ła­bym, żeby ta książka pozwo­liła lepiej zro­zu­mieć lwow­skiego Innego, nie­za­leż­nie od tego, czy ten Inny jest Ukra­iń­cem, Pola­kiem, Rosja­ni­nem czy Żydem.

W niniej­szej książce w rów­nej mie­rze zostały wyko­rzy­stane źró­dła pol­skie, jak i ukra­iń­skie, a w mniej­szym stop­niu także pisane w innych języ­kach, dla­tego przyj­muję jed­no­litą dla wszyst­kich roz­dzia­łów zasadę poda­wa­nia cyta­tów po pol­sku – jeśli nie zazna­czono ina­czej, w moim tłu­ma­cze­niu.

Dodat­kowo w tek­ście pod­sta­wo­wym tłu­ma­czę rów­nież tytuły oma­wia­nych powie­ści i opo­wia­dań, przy pierw­szym ich wystą­pie­niu poda­jąc w nawia­sach brzmie­nie ory­gi­nalne.

Por. np.: O. Hna­tiuk, Poże­gna­nie z impe­rium, Wyd. UMCS, Lublin 2003; M. Riab­czuk, Od Mało­ro­sji do Ukra­iny, tłum. O. Hna­tiuk, K. Kotyń­ska, Uni­ver­si­tas, Kra­ków 2002; K. Kotyń­ska, Ese­iści o Lwo­wie. Pamięć, sąsiedz­two, mity, SOW, War­szawa 2006; J. Hry­cak, Lwów w Euro­pie Środka, [w:] Kra­ków i Lwów w cywi­li­za­cji euro­pej­skiej. Mate­riały mię­dzy­na­ro­do­wej kon­fe­ren­cji zor­ga­ni­zo­wa­nej w dniach 15–16 listo­pada 2002, red. J. Pur­chla, MCK, Kra­ków 2003, s. 11−33; oraz idem, Nowa Ukra­ina. Nowe inter­pre­ta­cje, Wro­cław 2003; Leopo­lis mul­ti­plex, ред. І. Балинський, Б. Матіяш, Грані-Т, Київ 2008. [wróć]

Cesar­stwo pięk­nej ilu­zji. Obraz Lwowa pod pano­wa­niem Austrii

Cesar­stwo pięk­nej ilu­zji. Obraz Lwowa pod pano­wa­niem Austrii

Histo­ria monar­chii nad­du­naj­skiej koń­czy się w roku 1918. Dzi­siej­szy młody czło­wiek nie zastał już przy życiu krew­nych pamię­ta­ją­cych te czasy, nie otrzy­mał wie­dzy o nich drogą prze­kazu rodzin­nego – ma więc do czy­nie­nia wyłącz­nie z „nauką histo­ryczną” lub z prze­ka­zem kul­tu­ro­wym. Jak twier­dził Mau­rice Hal­bwachs, pamięć indy­wi­du­alna, opie­ra­jąca się rzecz jasna na pew­nych fak­tach, zawsze dosto­so­wuje się do ram spo­łecz­nych (cadres sociaux) i osta­tecz­nie kształ­tuje zgod­nie z bie­żą­cymi potrze­bami i prio­ry­te­tami grupy, do któ­rej dana jed­nostka należy1. Dodat­kowo, jak wska­zuje Jan Assmann, pamięć rodzinna, „komu­ni­ka­cyjna” sięga mniej wię­cej do trze­ciego poko­le­nia wstecz; potem obcu­jemy już z pamię­cią kul­tu­rową, wybiór­czą, pod­le­ga­jącą trans­for­ma­cji w zależ­no­ści od bie­żą­cych potrzeb2.

Nie zwa­ża­jąc jed­nak na mija­jące dekady, zarówno w pol­skim, jak i w ukra­iń­skim mówie­niu o Gali­cji, w tym o jej sto­licy – Lwo­wie, czasy „nie­boszczki Austrii” nie­zmien­nie powra­cają w aure­oli dosko­na­ło­ści, świata wzor­co­wego ładu i porządku, a także ostat­niej praw­dzi­wej oazy wie­lo­kul­tu­ro­wo­ści. Mit Gali­cji w lite­ra­tu­rze pol­skiej docze­kał się już obszer­nej lite­ra­tury przed­miotu3. Wiemy sporo rów­nież o roli epoki habs­bur­skiej w kształ­to­wa­niu się ukra­iń­skiej toż­sa­mo­ści i ukra­iń­skiego obrazu świata4. Pod­sta­wowe pyta­nie, które chcę tutaj zadać, brzmi: na ile ten znany i opi­sany „mit Gali­cji” doty­czy samego Lwowa. Ana­liza obej­mie obraz mia­sta epoki habs­bur­skiej w twór­czo­ści auto­rów obu tych naro­do­wo­ści, co pozwoli poka­zać spo­soby funk­cjo­no­wa­nia odwo­łań do tra­dy­cji habs­bur­skiej w pol­skim i ukra­iń­skim dys­kur­sie lwow­skim róż­nych epok. Inte­re­suje mnie dal­szy żywot obrazu c.k. monar­chii, a także to, jak utwo­rzony w ten spo­sób „kanon pamię­ta­nia” wpływa współ­cze­śnie na odbiór tek­stów lite­rac­kich.

Jest to o tyle ważne, że ówcze­sny Lwów – w odbio­rze pol­skim sil­nie koja­rzony z cen­trum pol­skiego życia kul­tu­ral­nego i spo­łecz­nego – rów­no­cze­śnie, i to już od pierw­szej połowy dzie­więt­na­stego wieku zyskuje rangę gali­cyj­skiego cen­trum ukra­iń­skiego życia kul­tu­ral­nego, a z cza­sem też poli­tycz­nego. W dobie auto­no­mii gali­cyj­skiej, po 1867 roku, jego zna­cze­nie dla Ukra­iń­ców dodat­kowo wzro­śnie, ponie­waż w tym samym okre­sie Ukra­ina Nad­dnie­przań­ska w wyniku kolej­nych dekre­tów car­skich (cyr­ku­larz wału­jew­ski z 1863 roku i ukaz emski z 1876 roku), stop­niowo zaka­zu­ją­cych uży­wa­nia języka ukra­iń­skiego we wszyst­kich sfe­rach życia poza „użyt­kiem domo­wym”, prak­tycz­nie traci rolę cen­trum życia lite­rac­kiego i oświa­to­wego.

Wresz­cie – co w kon­tek­ście tej pracy naj­cie­kaw­sze – epoka habs­bur­ska, przez Pola­ków już chyba bez­pow­rot­nie wło­żona do men­tal­nej szu­fladki z napi­sem „odle­gła prze­szłość, bez związku z dniem dzi­siej­szym” i oddana nostal­gi­stom kuli­nar­nym (jak Robert Makło­wicz) lub zbie­ra­czom aneg­dot (jak Leszek Mazan), zaj­muje obec­nie ważne miej­sce w ukra­iń­skiej maso­wej wyobraźni i jest czę­sto przy­wo­ły­wana w dzi­siej­szym, ukra­iń­skim mówie­niu o Lwo­wie. Dzieje się tak mimo faktu, że ist­nieje nie­wiele ukra­iń­skich powie­ści czy opo­wia­dań, któ­rych akcja roz­gry­wa­łaby się w austriac­kim Lwo­wie, a ukra­iń­skie wspo­mnie­nia z tego okresu, nawet jeśli zostały wydane, pozo­stają trudno dostępne: naj­czę­ściej uka­zy­wały się one albo w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym, albo współ­cze­śnie w nie­wiel­kich wydaw­nic­twach i w niskich nakła­dach, co przy ogól­nej sła­bo­ści ukra­iń­skiego rynku książki i obiegu biblio­tecz­nego ska­zuje te tek­sty na krą­że­nie w wąskim gro­nie pasjo­na­tów.

Czym więc żywi się ukra­iń­ska masowa wyobraź­nia (i z jak sze­roką „maso­wo­ścią” mamy w isto­cie do czy­nie­nia)? Mało praw­do­po­dobne, by był to prze­kaz ustny, tra­dy­cja rodzinna, ponie­waż – jak już zostało powie­dziane – upły­nęło zbyt wiele czasu. Swo­bodny prze­pływ tego rodzaju tra­dy­cji rodzin­nej utrud­niają też powo­jenne zmiany składu lud­no­ści Lwowa oraz kil­ka­dzie­siąt lat radziec­kiej prze­rwy w swo­bod­nym mówie­niu o histo­rii tych ziem. Wydaje się, że napo­ty­kamy tu dość świe­żej daty kon­strukt „wyobraźni zbio­ro­wej” o korze­niach lite­racko-arty­stycz­nych. Kul­mi­na­cją tego zja­wi­ska były uro­czy­ste, a rów­no­cze­śnie nie­ofi­cjalne obchody sto sie­dem­dzie­sią­tej rocz­nicy uro­dzin cesa­rza Fran­ciszka Józefa, które mogli­śmy obser­wo­wać w sierp­niu 2000 roku5; dzie­sięć lat póź­niej ini­cja­tywa świę­to­wa­nia kolej­nej okrą­głej rocz­nicy została pod­trzy­mana w jesz­cze bar­dziej nie­for­mal­nej atmos­fe­rze kawiar­nia­nych spo­tkań i pry­wat­nych toa­stów na cześć dostoj­nego jubi­lata6.

Same lwow­skie sto sie­dem­dzie­siąte uro­dziny Dobrego Cesa­rza także nie wzięły się zni­kąd: wyro­sły z pro­ce­sów zapo­cząt­ko­wa­nych pra­wie dekadę wcze­śniej, a obej­mu­ją­cych swoim zasię­giem całą Gali­cję i Buko­winę – dru­gim po Lwo­wie ośrod­kiem życia inte­lek­tu­al­nego i kul­tu­ral­nego (a nie­któ­rzy twier­dzą nawet, że pierw­szym przed Lwo­wem) w tym okre­sie był Iwano-Fran­kiwsk (Sta­ni­sła­wów), a inten­syw­ność życia lite­rac­kiego i poszu­ki­wań toż­sa­mo­ścio­wych w Czer­niow­cach rów­nież zasłu­gi­wa­łaby na osobną roz­prawę. Dość powie­dzieć, że we Lwo­wie pomnik Fran­ciszka Józefa I, któ­rego wznie­sie­nie uro­czy­ście zapro­po­no­wano w roku 2000, nie powstał do dziś (i sądząc z bie­żą­cych nastro­jów poli­tycz­nych, w dają­cej się prze­wi­dzieć przy­szło­ści nie powsta­nie), nato­miast w Czer­niow­cach taki monu­ment został odsło­nięty w 2009 roku.

Lwów w dru­giej poło­wie lat dzie­więć­dzie­sią­tych wystą­pił w tra­dy­cyj­nej dla sie­bie roli sto­licy regionu i naj­sil­niej sku­pił inten­sywne, toczone od połowy tej dekady dys­ku­sje o toż­sa­mo­ści, (re)kon­stru­owa­nej mię­dzy innymi na pod­sta­wie wizji Europy Środ­ko­wej. Wydaje się, że w gali­cyj­skich dys­ku­sjach środ­ko­wo­eu­ro­pej­skich, sze­rzej przed­sta­wio­nych przez Olę Hna­tiuk w fun­da­men­tal­nej pracy Poże­gna­nie z impe­rium, Lwów habs­bur­ski jest tylko cen­trum pew­nego świata wyobra­żo­nego, punk­tem zacze­pie­nia – sku­pie­nia dys­ku­sji, akcji arty­stycz­nych, mimo że sam jego lite­racki obraz nie jest w lite­ra­tu­rze ukra­iń­skiej tak naprawdę sil­nie obecny. Więk­sze zna­cze­nie ma naj­wy­raź­niej pewien byt histo­ryczny, ważny dla ukra­iń­skiego myśle­nia o histo­rii i toż­sa­mo­ści.

Aktu­alne pozo­staje więc pyta­nie, jakie ele­menty „mitu Gali­cji” były nie­gdyś, a jakie są obec­nie akty­wi­zo­wane w przy­padku mówie­nia o Lwo­wie, przez kogo, w jaki spo­sób i w jakim celu? Co spra­wia, że epoka habs­bur­ska do dziś zacho­wała atrak­cyj­ność i jest zarówno przez Pola­ków, jak i przez Ukra­iń­ców przy­wo­ły­wana jako pewien wzo­rzec dobro­stanu naro­do­wego?

Cie­kawą ana­lizę dys­kursu habs­bur­skiego w publi­cy­styce, lite­ra­tu­rze i histo­rio­gra­fii okresu mię­dzy­wo­jen­nego, a więc two­rzo­nego przez „żywych świad­ków” roz­kwitu i upadku monar­chii nad­du­naj­skiej, przed­sta­wił w książce Pośmiertne dzieje Austro-Węgier Adam Kożu­chow­ski. Zwraca on szcze­gólną uwagę na lite­rac­kie wyko­rzy­sta­nie moty­wów nostal­gii, fascy­na­cji tra­dy­cją i tra­dy­cyj­no­ścią minio­nego świata przy rów­no­cze­snym upodo­ba­niu do pod­kre­śla­nia para­dok­sów i absur­dów naj­ja­śniej­szej monar­chii. W swo­jej ana­li­zie Kożu­chow­ski uwzględ­nia obrazy domi­nu­jące w lite­ra­tu­rze dostęp­nej w języ­kach nie­miec­kim, angiel­skim i pol­skim, co pozwala na stwo­rze­nie dość sze­ro­kiej i ogól­nej per­spek­tywy. Z pracy Kożu­chow­skiego oraz z badań Alo­isa Wol­dana, który sku­pia się wyłącz­nie na lite­ra­tu­rze pol­skiej i poszu­kuje w niej klu­czo­wych ele­men­tów, powra­ca­ją­cych w przed­sta­wie­niu Austro-Węgier, otrzy­mać można listę trzech kwe­stii, naj­waż­niej­szych dla mitu c.k. monar­chii: po pierw­sze, będzie to – za Wol­da­nem – „wyobra­że­nie Austrii jako Kosmosu, który ofe­ruje swoim miesz­kań­com ure­gu­lo­waną i bez­pieczną egzy­sten­cję” (por. u Kożu­chow­skiego roz­dział zaty­tu­ło­wany Cesar­stwo świę­tego spo­koju)7; po dru­gie, wizja monar­chii habs­bur­skiej jako „mozaiki naro­dów”, poko­jowo współ­ist­nie­ją­cych pod rzą­dami Dobrego Cesa­rza. Jako trzeci motyw wymie­nić należy obraz c.k. armii jako obroń­ców, „swo­jego” woj­ska. Obaj bada­cze wska­zują jed­nak, że w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym obraz ten ulega zmia­nie – jest ona wów­czas znacz­nie czę­ściej przed­sta­wiana jako „przy­mu­sowa nie­ludzka wspól­nota” (Wol­dan), lub też „przed­miot nie­ustan­nych szy­derstw” (Kożu­chow­ski).

Tę trzy­punk­tową listę można odnieść zarówno do lite­ra­tury pol­skiej, jak i ukra­iń­skiej, choć – jak posta­ram się poka­zać – tylko na naj­bar­dziej ogól­nym pozio­mie. Próby uści­śle­nia defi­ni­cji naj­istot­niej­szych jej ele­men­tów („ure­gu­lo­wana i bez­pieczna egzy­sten­cja”; „poko­jowe współ­ist­nie­nie”; „swoje woj­sko”) ujaw­niają róż­nice, czę­sto fun­da­men­talne, w ich pol­skim i ukra­iń­skim postrze­ga­niu.

Na począ­tek zatrzy­majmy się przy naj­wcze­śniej­szym spo­śród oma­wia­nych w tej książce utwo­rze: powie­ści Dla ogni­ska domo­wego (1892) Iwana Franki, osa­dzo­nej w realiach c.k. Lwowa, napi­sa­nej ponad dwie dekady przed wybu­chem pierw­szej wojny świa­to­wej, a więc w okre­sie sta­bil­nego trwa­nia monar­chii nad­du­naj­skiej. Pozor­nie powieść ta, w pew­nej mie­rze oparta na fak­tach8, nie mówi nic o kwe­stiach naro­do­wych, a warunki histo­ryczno-poli­tyczne wydają się nie tyle tema­tem roz­wa­żań, ile tłem, na któ­rym roz­grywa się wewnętrzny dra­mat głów­nego boha­tera, posta­wio­nego wobec nie­zwy­kle skom­pli­ko­wa­nej sytu­acji rodzin­nej i służ­bo­wej. Rama histo­ryczna c.k. monar­chii – w prze­ci­wień­stwie do tkanki przed­sta­wio­nego w powie­ści mia­sta – to pewna z góry dana rze­czy­wi­stość, nie przed­miot reflek­sji. Nie­mniej dokładna ana­liza kon­struk­cji postaci, zwłasz­cza w połą­cze­niu z wie­dzą histo­rycznoliteracką na temat pro­cesu i celu powsta­nia powie­ści, pozwa­lają dostrzec typową dla tej epoki ramę układu spo­łecz­nego, w któ­rej funk­cjo­nują boha­te­ro­wie Franki.

Powieść ta wymyka się de facto podzia­łowi na lite­ra­turę pol­ską i ukra­iń­ską: została napi­sana przez Frankę, który wpraw­dzie posłu­gi­wał się swo­bod­nie kil­koma języ­kami, ale zapi­sał się w histo­rii jako naj­wy­bit­niej­szy twórca ówcze­snej lite­ra­tury ukra­iń­skiej i czo­łowa postać ukra­iń­skiego życia kul­tu­ral­nego i spo­łecz­nego. Tu jed­nak celowo wybrał jako język wypo­wie­dzi język lwow­skiej więk­szo­ści etnicz­nej – pol­ski. Po ukra­iń­sku, w auto­prze­kła­dzie i nieco zmie­nio­nej redak­cji, powieść wydana została dopiero pięć lat póź­niej. Był to drugi – po napi­sa­nym na kon­kurs „Kuriera War­szaw­skiego” w 1887 roku Lelum Pole­lum – duży utwór pro­za­tor­ski Franki napi­sany po pol­sku. Cie­kawa wydaje się jego wła­sna opi­nia na ten temat: jak wspo­mina Mychajło Rud­nycki, Franko zwie­rzył się mło­dym lwow­skim pisa­rzom, „że po pol­sku pisze mu się łatwiej dzięki unor­mo­wa­niu tego języka, ina­czej niż to ma miej­sce w wypadku ukra­iń­skiego”9.

W tym okre­sie swo­jego życia Iwan Franko przy­go­to­wy­wał się w Wied­niu do obrony dok­to­ratu, a rów­no­cze­śnie musiał we Lwo­wie utrzy­mać żonę i dzieci. Nie dziwi więc, że jed­nym z celów autora było pod­re­pe­ro­wa­nie wła­snego budżetu, o czym zresztą wprost pisał w liście do Jana Kar­ło­wi­cza, powie­rza­jąc mu funk­cję – jak dziś byśmy to okre­ślili – agenta lite­rac­kiego. Cza­so­pi­sma pol­skie, zwłasz­cza war­szaw­skie, pła­ciły wszak zde­cy­do­wa­nie lepiej niż ukra­iń­skie. Jak zwraca uwagę Nata­lia Tod­czuk, mimo poru­sze­nia w powie­ści wcale nie­pro­stej pro­ble­ma­tyki psy­cho­lo­gicz­nej i spo­łecz­nej główny temat, cha­rak­te­ry­styki boha­te­rów, wątki roman­tyczne i sen­sa­cyjne odpo­wia­dały stan­dar­dowi pol­skiej powie­ści popu­lar­nej tego czasu, co pozwa­lało liczyć na więk­sze grono czy­tel­ni­ków, a więc i wyż­sze hono­ra­rium10.

Główni boha­te­ro­wie, „zamożni i piękni”, to kapi­tan Anga­ro­wicz, po pię­ciu latach służby wra­ca­jący z Bośni do rodziny miesz­ka­ją­cej we Lwo­wie, i jego żona. Oboje są praw­do­po­dob­nie Pola­kami, być może spo­lo­ni­zo­wa­nymi Niem­cami (dzia­dek Anieli nosi nazwi­sko Gur­ter) lub Ormia­nami; ich toż­sa­mość naro­dowa nie jest dla roz­woju wątku powie­ścio­wego istotna, waż­niej­szy jest fakt, że repre­zen­tują inte­re­su­jącą z punktu widze­nia czy­tel­nika war­stwę spo­łeczną: współ­cze­śnie nazwa­li­by­śmy ją „klasą śred­nią”. Rów­nież postaci poboczne są zary­so­wane zgod­nie z obo­wią­zu­ją­cymi w ówcze­snej lite­ra­tu­rze pol­skiej kon­wen­cjami, co widać na przy­kład w typo­wej kon­struk­cji jedy­nego boha­tera, o któ­rym wiemy na pewno – dzięki uży­wa­nemu prze­zeń w dia­lo­gach języ­kowi – że jest Ukra­iń­cem: ordy­nans Anga­ro­wicza, Hryć, to stan­dar­dowy „Inny oswo­jony”, a zara­zem typowa postać komiczna, wiel­kie, potulne, „nie­uczone” chło­pi­sko o dobrym sercu, „miej­sco­wym dia­lek­tem” opo­wia­da­jące dzie­ciom i słu­żą­cej Maryni (kolejna postać typowa) nie­stwo­rzone histo­rie.

Jeśli cho­dzi o przed­sta­wie­nie Lwowa w Dla domo­wego ogni­ska, to pro­blem kon­struk­cji powie­ści oraz jej chro­no­topu grun­tow­nie omó­wiła Nata­lia Tod­czuk w przy­wo­ły­wa­nej już roz­pra­wie. Badaczka odwo­łuje się tu do obrazu „Mia­sta-Uni­wer­sum”, typo­wego dla dzie­więt­na­sto­wiecz­nej lite­ra­tury euro­pej­skiej:

Ważne miej­sce w lite­ra­tu­rze zaj­muje temat Mia­sta-Uni­wer­sum jako śro­do­wi­ska zdol­nego objąć nie tylko lokalną prze­strzeń i czas spo­łeczno-histo­ryczny, ale także to, co wypeł­nia życie i duszę każ­dego z jego miesz­kań­ców – wspo­mnie­nia, wra­że­nia, nie­po­koje, codzien­ność i marze­nia o przy­szło­ści.

Dalej kon­sta­tuje wprost:

Lwów to chyba coś wię­cej niż zwy­kłe ramy prze­strzenne świata przed­sta­wio­nego, niż czy­sto kon­wen­cjo­nalny adres zda­rzeń. Wygląda na to, że mia­sto wystę­puje w powie­ści jako obiekt przed­sta­wiony, jako jeden z głów­nych boha­te­rów dra­matu, który roz­wija się w powie­ścio­wej fabule i w pełni zasłu­guje na nazwę „miej­skiej histo­rii”. Na tę cechę powie­ści Dla domo­wego ogni­ska warto zwró­cić uwagę, jako że wśród ukra­iń­skich utwo­rów powie­ścio­wych prze­łomu dzie­więt­na­stego i dwu­dzie­stego wieku jest to chyba jedyny utwór (z wyjąt­kiem być może Lela i Polela [inna powieść I. Franki – przyp. K.K.]) mający tę wła­ści­wość11.

Nie­wąt­pli­wie dla kom­po­zy­cji oma­wia­nej powie­ści waż­niej­sze są dwie opo­zy­cje: po pierw­sze, kon­trast świata kobie­cego i świata męskiego; po dru­gie, wewnątrz „świata kobie­cego” – prze­ciw­sta­wie­nie domu (ochrona, zamknięte zaci­sze – luk­su­sowy, szcze­gó­łowo opi­sany salon Anga­ro­wi­czów; świat Anieli) i mia­sta (obcość, nie­bez­pie­czeń­stwo, otwarte ulice; świat Szy­mo­no­wej). Anieli nie widzimy w prze­strzeni miej­skiej wcale. Zatrzy­ma­nie jej przy tytu­ło­wym „domo­wym ogni­sku” pogłę­bia róż­nicę mię­dzy jej pierw­szym poja­wia­ją­cym się w powie­ści obra­zem matki dzie­ciom, domo­wej bogini a fina­ło­wym obra­zem Anieli jako han­dlarki żywym towa­rem, ale też może zostać odczy­tane jako echo „wła­ści­wego” podziału prze­strzeni mię­dzy boha­te­rów w zależ­no­ści od płci. Szy­mo­nowa, przy­byszka ze wsi, dla któ­rej mia­sto, zwłasz­cza po zmroku, jest miej­scem nie­przy­ja­znym, obcym, poko­nuje zawsze stałą trasę i jej wędrówka ma kon­kretny powód i cel. Dopiero kapi­tan Anga­ro­wicz – męż­czy­zna – ma prawo swo­bod­nego prze­miesz­cza­nia się po mie­ście, wolno mu wędro­wać w zależ­no­ści od nastroju. To jego oczami widzimy miej­skie loci, do któ­rych odwo­łuje się cyto­wana wcze­śniej Nata­lia Tod­czuk. Ten „męski” Lwów nie­skrę­po­wa­nego, dyk­to­wa­nego wewnętrz­nym ryt­mem prze­żyć mar­szu rze­czy­wi­ście został opi­sany z reali­styczną szcze­gó­ło­wo­ścią, trasy poko­ny­wane przez Anga­ro­wi­cza można przejść dziś jesz­cze i odna­leźć bez trudu adresy kasyna ofi­cer­skiego, strzel­nicy, a nawet samego domu kapi­ta­no­stwa. Fakt poru­sza­nia się po mie­ście jest dla kapi­tana czymś natu­ral­nym, choć wra­że­nia wizu­alne sil­nie współ­brz­mią z jego nastro­jem; „ska­zany na wra­ca­nie do domu” Anga­ro­wicz krąży po lwow­skich uli­cach, dopa­so­wu­jąc rytm kro­ków do biegu wła­snych myśli.

Dla histo­rii lite­ra­tury pol­skiej ta powieść Franki pozo­staje co naj­wy­żej mar­gi­nalną cie­ka­wostką. Tym­cza­sem ukra­iń­scy miło­śnicy lite­rac­kiego Lwowa skru­pu­lat­nie wyno­to­wują ją i ana­li­zują w roz­mo­wach o lwow­skich topoi, a sama praca Tod­czuk – bar­dzo prze­cież aka­de­micka – docze­kała się obszer­nego omó­wie­nia w prze­zna­czo­nym dla znacz­nie szer­szego niż ści­śle naukowy kręgu odbior­ców na łamach naj­waż­niej­szego lwow­skiego pisma kul­tu­ro­lo­gicz­nego „Ji”. Rosty­sław Czo­pyk w arty­kule Przy­czynki do flory i fauny Lwowa Iwana Franki przed­sta­wił usta­le­nia Tod­czuk i dodał, wska­zu­jąc rów­nież krótko inne utwory tego autora, któ­rych akcja toczy się we Lwo­wie: „Franko nie stał się urba­ni­stą. Czyli arty­stą, który celowo, kon­se­kwent­nie, »tema­tycz­nie« opa­no­wuje genius loci, który »pod­bija« mia­sto jako prze­strzeń nie­zbędną do samo­re­ali­za­cji”12.

Wypada uznać tę dia­gnozę za nie w pełni trafną, choć symp­to­ma­tyczną. Wpi­suje się ona w tra­dy­cyjne myśle­nie o lite­ra­tu­rze i kul­tu­rze ukra­iń­skiej jako pozba­wio­nych pier­wiastka „miej­sko­ści” aż do dru­giej dekady dwu­dzie­stego wieku. Franko istot­nie jest tyko zwia­stu­nem tych nad­cho­dzą­cych ogrom­nych prze­mian. Nie­mniej bez miej­skiej prze­strzeni, bez ulic zaci­ska­ją­cych się wokół Anga­ro­wi­cza jak stry­czek, bez dźwięku kro­ków i tur­kotu kół na bruku ta powieść nie mogłaby ist­nieć. Podob­nie jak cykl bory­sław­ski Franki (opo­wia­da­nia oraz powie­ści Boa con­stric­tor, Bory­sław się śmieje) z jego pierw­szymi w ukra­iń­skiej lite­ra­tu­rze obra­zami świata prze­my­słu, zde­rze­nia tra­dy­cyj­nych war­to­ści gro­mady wiej­skiej z nasta­wioną na zysk kapi­ta­li­styczną kopal­nią, nie mógłby ist­nieć bez przej­mu­ją­cych, odwo­łu­ją­cych się do prozy Émile’a Zoli i innych natu­ra­li­stów fran­cu­skich, obra­zów indu­strial­nego Bory­sła­wia, który nie jest aż tak wielki jak Lwów, jed­nak nie jest już wsią.

Spo­kój „naj­le­piej urzą­dzo­nej monar­chii świata” oka­zuje się w powie­ści Dla domo­wego ogni­ska złudny. Jej prze­wi­dy­wal­ność, z góry znany, ure­gu­lo­wany porzą­dek nastę­po­wa­nia pew­nych eta­pów w życiu czło­wieka, zwłasz­cza w pod­le­ga­ją­cym szcze­gó­ło­wym regu­la­mi­nom życiu ofi­cera, nic nie zna­czy w obli­czu koli­zji życia pry­wat­nego i losów jed­nostki. O idylli wie­lo­kul­tu­ro­wo­ści trudno mówić, raczej o pew­nych ramach spo­łecz­nych, któ­rych prze­strze­ga­nie (sto­sunki mię­dzy pań­stwem, ordy­nan­sem, służbą) skut­kuje współ­ist­nie­niem bez otwar­tych kon­flik­tów. Być może, jak okaże się dalej, na tle trud­nej histo­rii połowy dwu­dzie­stego wieku tyle wystar­czy, by uznać stan rze­czy za sie­lankę. Także c.k. woj­sko nie jest tutaj „swoje” (nie­za­leż­nie od tego, co w tej nie­do­okre­ślo­nej naro­dowo sce­ne­rii mia­łoby to ozna­czać) – ono jest „po pro­stu”, jako pewien fakt, który defi­niuje raczej pozy­cję spo­łeczną boha­te­rów niż ich toż­sa­mość naro­dową.

Spójrzmy teraz na tek­sty póź­niej­sze, odwo­łu­jące się do cza­sów habs­bur­skich jako mniej lub bar­dziej odle­głej prze­szło­ści. Ogólna atmos­fera idylli i mitycz­nego austriac­kiego ładu jest w nich wyraź­nie wyczu­walna, nie­za­leż­nie od języka, w któ­rym zostały napi­sane, choć cza­sem pierw­sze wra­że­nie i „wie­dza powszechna” bywają mylące, jak w przy­padku zna­nej książki Sta­ni­sława Wasy­lew­skiego Bar­dzo przy­jemne mia­sto. Jej tytuł suge­ruje – i tak wła­śnie czę­sto jest ona komen­to­wana na pol­skich kre­so­wych forach dys­ku­syj­nych – nostal­giczną opo­wieść o mie­ście naj­we­sel­szym, przy­ja­znym i na wskroś prze­sy­co­nym pol­skim patrio­ty­zmem. Sam autor w sło­wie do czy­tel­nika stwier­dza zresztą: „Jeśli nad­mier­nym wyda się czy­tel­ni­kowi entu­zjazm scho­wany wśród uśmiech­nię­tych słów, raczy uspra­wie­dli­wić autora. Bo pisano tę książkę z uczu­ciem – synow­skim”13.

Tym­cza­sem odnaj­dziemy w tym zbio­rze wiele obraz­ków mało przy­jem­nych, by nie rzec – odstrę­cza­ją­cych. Dość spoj­rzeć na szkic tytu­łowy, pre­zen­tu­jący mię­dzy innymi lwow­ską publicz­ność cza­sów austriac­kich:

[…] wraz z czar­no­żół­tym najeźdźcą spa­dła na Lwów cała falanga obie­ży­świa­tów, filo­zo­fów, poli­cjan­tów i wykpi­szow­ców, któ­rzy buj­no­ścią swych przy­gód mogą się śmiało mie­rzyć z przy­ja­ciółmi signiora Caglio­stra. Przy­byli pro­fe­so­ro­wie uni­wer­sy­tetu, któ­rzy ucie­kają przed kry­mi­na­łem, oszu­ści z tytu­łami gra­fów, radcy guber­nialni podej­rzani o mor­der­stwa. Ale dla wszyst­kich znaj­dzie się miej­sce. Lwów sły­nął zawsze z gościn­no­ści14.

Autor kon­se­kwent­nie opi­suje Lwów w tonie lekko iro­nicz­nym, wybie­ra­jąc naj­bar­dziej barwne i wyra­zi­ste postaci oraz wyda­rze­nia. Taki dystans pozwala zła­go­dzić patos i unik­nąć „prze­sło­dze­nia” tek­stu; podobne zabiegi sto­suje w swo­jej pro­zie inny powszech­nie uwiel­biany pisarz, także lwo­wia­nin – Kor­nel Maku­szyń­ski. Wasy­lew­ski w zasa­dzie nie kry­ty­kuje Lwowa, nie­mniej sen­ty­ment i czu­łość w pew­nym sen­sie usu­wają mu sprzed oczu filtr kry­ty­cy­zmu: prze­szłość jest piękna z defi­ni­cji, bo już nie wróci, i nawet to, co było złe czy nie­wła­ściwe, wspo­mi­nać można z rado­ścią, tęsk­notą i synow­ską pobłaż­li­wo­ścią.

Podobny obraz mia­sta pięk­nego, upo­rząd­ko­wa­nego, leżą­cego w gra­ni­cach cywi­li­zo­wa­nego, prze­wi­dy­wal­nego świata, odnaj­du­jemy w Nie­bie w pło­mie­niach Jana Paran­dow­skiego, cho­ciaż i tu konieczne jest zastrze­że­nie: spo­kojny i zrów­no­wa­żony jest bowiem tylko świat star­szego poko­le­nia, repre­zen­to­wa­nego przez radcę Gro­dzic­kiego – ojca głów­nego boha­tera. Co jed­nak cie­kawe, odczy­ta­nie Nieba… przez pry­zmat nostal­gii i kano­nicz­nego pol­skiego obrazu Lwowa jako naj­wspa­nial­szego z miast cał­ko­wi­cie znosi tę róż­nicę.

Janusz Wasyl­kow­ski, dyrek­tor Insty­tutu Lwow­skiego i redak­tor naczelny „Rocz­nika Lwow­skiego”, w arty­kule prze­glą­do­wym Lwow­ska bele­try­styka Lwowa doty­cząca zapro­po­no­wał, jak sam stwier­dza, „kanon powie­ści lwow­skiej”, zawie­ra­jący naj­pięk­niej­sze i naj­bar­dziej war­to­ściowe obrazy mia­sta. Roz­po­czął wła­śnie od naj­waż­niej­szego jego zda­niem w tym kon­tek­ście Nieba w pło­mie­niach. Pisze o nim: „Ma się wra­że­nie, że akcja tej powie­ści mogła się toczyć tylko we Lwo­wie, wła­śnie we Lwo­wie […]. Opi­sów samego mia­sta nie ma w niej zbyt wiele, ale atmos­ferę i wdzięk tego mia­sta czuje się nie­mal w każ­dym aka­pi­cie, każ­dym zda­niu tej wspa­nia­łej powie­ści”15. Jakie więc są te „naj­pięk­niej­sze obrazy”, uka­zane zresztą w arty­kule w obszer­nych cyta­tach?

Jeden z nich pocho­dzi z frag­mentu, w któ­rym główny boha­ter powie­ści, Teo­fil, poszu­kuje – na potrzeby szkol­nego wypra­co­wa­nia – „pamią­tek histo­rycz­nych mia­sta Lwowa”. Zaczyna od Rynku, który jawi się oczom znu­żo­nego ucznia w spo­sób nastę­pu­jący:

Był on świą­tecz­nie pusty. Ratusz, nie pod­szyty zamę­tem targu, stał oso­wiały w swym sza­rym czwo­ro­boku, zie­wa­jąc otwartą bramą, przez którą nikt nie wcho­dził. Nep­tun, zupeł­nie sar­macki w bara­nicy śniegu, zamro­ził na ten dzień stud­nię, która zazwy­czaj bęb­niła po kamie­niach dwoma prę­tami wody. Zda­wało się, że wieża ratu­szowa uro­sła, pod­cią­gnęła się jesz­cze tro­chę w górę, aby móc zaj­rzeć w cie­kaw­sze strony mia­sta: na ganku u szczytu stra­żak, oku­tany w dłu­gie futro, odmie­rzał bez prze­rwy swą kwa­dra­tową prze­strzeń, ze zgieł­kiem zegara pod sto­pami, z ciszą bia­łego nieba nad głową – wię­zień śnie­ży­stych prze­stwo­rzy. Teo­fil poprze­stał na jed­nym spoj­rze­niu, jakby uchy­lił drzwi do dużego zim­nego pokoju, w któ­rym nikogo nie ma; ulica Ruska z dale­kim pro­fi­lem Woło­skiej cer­kwi zama­ja­czyła w głębi jak ciemna sień; zawró­cił w stronę kate­dry16.

Nie­wąt­pli­wie przed oczami czy­tel­nika poja­wia się kilka bar­dzo waż­nych dla lwow­skiego pej­zażu obra­zów: Rynek, Ratusz, fon­tanna z Nep­tu­nem, cer­kiew Woło­ska. Gdzie jed­nak są „atmos­fera i wdzięk” mia­sta? Paran­dow­ski za pomocą epi­te­tów i porów­nań two­rzy obraz nie­przy­ja­znych, odpy­cha­ją­cych, kom­plet­nie nie­in­te­re­su­ją­cych dla mło­dego czło­wieka zim­nych, kamien­nych prze­strzeni. Domi­nują chłód, ziąb, nuda i pustka, jedy­nym ele­men­tem oży­wio­nym jest mono­ton­nie poru­sza­jący się stra­żak – „wię­zień przestwo­rzy”. Nawet woda w fon­tan­nie zamar­zła.

Dla mło­dego Teo­fila Gro­dzic­kiego mia­sto nie jest oazą spo­koju, miej­scem wyma­rzo­nym i nie­za­stę­po­wal­nym. W isto­cie pochła­niają go sprawy zupeł­nie inne, zwią­zane z jego wła­snym, pry­wat­nym świa­tem doj­rze­wa­nia, utraty wiary, pery­pe­tii szkol­nych. Nie o „pięk­nym Lwo­wie” jest ta książka; Niebo w pło­mie­niach to typowy Bil­dung­sro­man, choć istot­nie napi­sany pla­stycz­nym, gięt­kim języ­kiem, tak typo­wym dla prozy Paran­dow­skiego. W przy­padku tej powie­ści roz­dź­więk mię­dzy tym, co w tekst wpi­sane, a tym, co czy­tel­nicy skłonni są w nim doj­rzeć przez pry­zmat wła­snej pamięci, sko­ja­rzeń, potrzeb przy­po­mina pro­blemy zwią­zane z odbio­rem Mojego Lwowa Józefa Wit­tlina – eseju poświę­co­nego mecha­ni­zmom dzia­ła­nia ludz­kiej pamięci, lecz jakże czę­sto odczy­ty­wa­nego wyłącz­nie jako naj­pięk­niej­szy nostal­giczny hołd zło­żony uko­cha­nemu a utra­co­nemu mia­stu17.

Podob­nie jak Wasyl­kow­ski czyta Paran­dow­skiego (a także Miro­sława Bez­łudę, o czym będzie mowa w roz­dziale Lokalna teo­ria względ­no­ści), Jan Trzy­na­dlow­ski, wro­cław­ski pro­fe­sor pocho­dzący ze Lwowa, czyta wspo­mnie­nia Mie­czy­sława Opałka, zaty­tu­ło­wane O Lwo­wie i mojej mło­do­ści, acz­kol­wiek tu pod­sta­wowe pole roz­bież­no­ści mię­dzy tre­ścią a odczy­ta­niem obej­muje nie sam obraz mia­sta, jak w przy­padku Nieba w pło­mie­niach, ale wizję Lwowa jako ośrodka har­mo­nij­nej wie­lo­kul­tu­ro­wo­ści. Sam autor wprost dekla­ruje „sym­pa­tię do brat­niego narodu [ukra­iń­skiego]”18, a Trzy­na­dlow­ski wie­rzy mu bez­kry­tycz­nie i w posło­wiu chwali go za obiek­ty­wizm i umi­ło­wa­nie wie­lo­kul­tu­ro­wo­ści mia­sta. Warto jed­nak spoj­rzeć, na ile te dekla­ra­cje znaj­dują potwier­dze­nie w samym tek­ście wspo­mnień.

Uważna lek­tura pozwala stwier­dzić, iż Opa­łek istot­nie dostrzega w swoim mie­ście przed­sta­wi­cieli innych naro­do­wo­ści, jed­nakże z poli­tyczną popraw­no­ścią sprawa nie jest już tak pro­sta. Wymie­nia na przy­kład kilku wybit­nych Ukra­iń­ców, z któ­rymi utrzy­my­wał zna­jo­mość, ale jedy­nym, który zasłu­guje na opis szer­szy niż jed­no­przy­miot­ni­kowy, jest histo­ryk lite­ra­tury i poeta Wasyl Szczu­rat. Zostaje on wspo­mniany jako posia­dacz „zasob­nej biblio­teki z mnó­stwem cen­nych polo­ni­ków”19. Opi­su­jąc krew­nych i zna­jo­mych, Opa­łek pod­kre­śla sytu­acje, kiedy Ukra­iniec daje dziecku wycho­wa­nie pol­skie, chrzci w kościele, nie w cer­kwi, chwali tych, któ­rzy uwa­żali za konieczne dosko­nałe opa­no­wa­nie pol­sz­czy­zny. O ukra­iń­skim języku i kul­tu­rze nie­zmien­nie wypo­wiada się z wyraźną wyż­szo­ścią, trak­tu­jąc je w pew­nym sen­sie jak zabawki roz­ka­pry­szo­nego dziecka. Naj­kró­cej rzecz ujmu­jąc: Ukra­ińcy są „dobrzy” dopóty, dopóki znają swoje miej­sce w hie­rar­chii spo­łecz­nej, na szczy­cie któ­rej oczy­wi­ście znaj­dują się Polacy, a osta­teczny kres idylli to „roz­bu­dze­nie nacjo­na­li­zmów” i pol­sko-ukra­iń­skie walki o Lwów w 1918 roku.

Jeśli zaś cho­dzi o sym­pa­tię dla Żydów, to doprawdy trudno ją dostrzec. Żydzi są w opi­sie Opałka hała­śliwi i nie­przy­jemni: „Pewna sie­bie, aro­gancka plu­to­kra­cja żydow­ska”20 – oto typowy spo­sób wypo­wia­da­nia się o tej gru­pie naro­do­wo­ścio­wej. Ci spo­tkani w czy­telni Osso­li­neum, jed­nym z ulu­bio­nych miejsc autora, mogą też być gro­te­skowi, a w naj­lep­szym razie zabawni w swoim, wyraź­nie w opi­nii Opałka absur­dal­nym, dąże­niu do wie­dzy huma­ni­stycz­nej i zami­ło­wa­niach biblio­fil­skich. Gdy jeden z żydow­skich bywal­ców tej insty­tu­cji prosi o ciszę, autor maluje gro­te­skowy obraz „nie­po­zor­nego czło­wieka, któ­rego o pocho­dze­nie i rasę pytać było zby­teczne”21. Na mar­gi­ne­sie warto dodać, że bliź­nia­czo podobną roz­bież­ność mię­dzy skła­da­nymi dekla­ra­cjami a rze­czy­wi­stym obra­zem zawar­tym w tek­ście opi­sał w Requ­iem dla Lwowa Jaro­sław Hry­cak, ana­li­zu­jąc wspo­mnie­nia prof. Ryszarda Gan­sińca, opo­wia­da­jące o Lwo­wie lat 1944–1946:

M. Hal­bwachs, Spo­łeczne ramypamięci, tłum. M. Król, PWN, War­szawa 1969. Por. też: idem, Mémoire et Société, „Année socio­lo­gi­que”, 3. série, vol. 19-10-48, P.U.F., Paris 1949, s. 3–177. [wróć]

J. Assmann, Pamięć kul­tu­rowa. Pismo, zapa­mię­ty­wa­nie i poli­tyczna toż­sa­mość w cywi­li­za­cjach sta­ro­żyt­nych, tłum. A. Kry­czyń­ska-Pham, Wyd. UW, War­szawa 2008. Por. też: M. Sary­usz-Wol­ska, Pamięć kul­tu­rowa Gdań­ska i Wro­cła­wia. Doświad­cze­nia i ślady, [w:] Pamięć,prze­strzeń, toż­sa­mość, red. S. Kapral­ski, Wyd. Nauk. Scho­lar, War­szawa 2010, s. 239–256. [wróć]

D. Sapa, Mię­dzy pol­ską wyspą a ukra­iń­skim morzem. Kresy połu­dniowo-wschod­nie w pol­skiej pro­zie1918–1988, Uni­ver­si­tas, Kra­ków 1998; E. Wie­gandt, Austria felix czyli o micie Gali­cji w pol­skiej pro­zie współ­cze­snej, Bene Nati, Poznań 1997; A. Wol­dan, Mit Gali­cji w pro­zie pol­skiej, tłum. K. Jachim­czak, R. Woj­na­kow­ski, MCK, Kra­ków 2002; A. Kożu­chow­ski, Pośmiertne dzieje Austro-Węgier. Obraz monar­chii habs­bur­skiej w piśmien­nic­twie mię­dzy­wo­jen­nym, Neri­ton – Insty­tut Histo­rii PAN, War­szawa 2009. [wróć]

Por. m.in.: O. Hna­tiuk, Poże­gna­nie z impe­rium. Ukra­iń­skie dys­ku­sje o toż­sa­mo­ści, Wyd. UMCS, Lublin 2003; D. Sosnow­ska, Inna Gali­cja, Elipsa, War­szawa 2008. [wróć]

Por. notka o tych obcho­dach [online, dostęp: 16.01.2015], http://www.ji-maga­zine.lviv.ua/inform/info-ukr/habs­burg.htm; kolejne rocz­nice także bywały pre­tek­stem do orga­ni­zo­wa­nia akcji arty­stycz­nych, np. w 2002 roku lwow­ska gale­ria „Ger­dan” zapra­szała: „18.08 о 15.00 otwar­cie wystawy »Sto­lica naj­ja­śniej­szego Cesa­rza«, poświę­co­nej uro­dzi­nom cesa­rza Fran­ciszka Józefa z foto­gra­fiami Ołek­san­dra Butenki” [online, dostęp: 16.01.2015], http://postup.brama.com/usual.php?what=4286. [wróć]

Por. np.: В. Павлів, Чому галичани не люблять українців? [online, dostęp: 16.01.2015], http://lb.ua/ news/2010/ 08/12/ 60704_ CHomu_ galichani_ne_lyublyat_ukraints.html. [wróć]

A. Wol­dan, Mit Gali­cji, op. cit., s. 106; A. Kożu­chow­ski, Pośmiertne dzieje…, op. cit., s. 137–153. [wróć]

Szcze­gó­łową ana­lizę powie­ści oraz tło histo­ryczne podaje Nata­lia Tod­czuk w grun­tow­nej mono­gra­fii: Н. Тодчук, Роман І. Франка „Для домашнього огнища”: простір і час, НАН України, Львів 2002. [wróć]

Cyt. za: ibi­dem, s. 13. [wróć]

Plan Franki nie powiódł się: druku wariantu pol­skiego zaka­zała cen­zura car­ska, naj­praw­do­po­dob­niej z powo­dów oby­cza­jo­wych. Po ukra­iń­sku autor wydał ją wła­snym sump­tem. [wróć]

Н. Тодчук, Роман І. Франка…, op. cit., s. 167; por. też szcze­gó­łowa ana­liza miej­skich moty­wów: s. 158, 176–179. [wróć]

Р. Чопик, Причинки до флори і фауни Франкового Львова, „Ї” 2003, nr 29, s. 162–169, cyt. na s. 168. Por. Н. Тодчук, Роман І. Франка…, op. cit., s. 176; dla Tod­czuk, odwo­łu­ją­cej się do pracy Stoffa o seman­tyce prze­strzeni miej­skiej, sytu­acja wygląda dokład­nie odwrot­nie (zob. też: A. Stoff, Poetyka i seman­tyka lite­rac­kich zobra­zo­wań prze­strzeni mia­sta, [w:] idem, Stu­dia z teo­rii lite­ra­tury i poetyki histo­rycz­nej, Tow. Nauk. KUL, Lublin 1997, s. 151–167). [wróć]

S. Wasy­lew­ski, Bar­dzo przy­jemne mia­sto, Śląsk, Kato­wice 1990, s. 7. [wróć]

Ibi­dem, s. 16. [wróć]

J. Wasyl­kow­ski, Lwow­ska bele­try­styka Lwowa doty­cząca, „Rocz­nik Lwow­ski” 1991 [online, dostęp: 6.08.2014], http://www.lwow.com.pl/rocz­nik/wasyl­kow­ski.html. [wróć]

J. Paran­dow­ski, Niebo w pło­mie­niach, Czy­tel­nik, War­szawa 1959, s. 28 [podkr. K.K.] [wróć]

Pisa­łam o tym w książce Ese­iści o Lwo­wie. Pamięć, sąsiedz­two, mity, SOW, War­szawa 2006; por. też: W. Ligęza, Jaśniej­sze strony kata­strofy. Szkice o twór­czo­ści poetów emi­gra­cyj­nych, Uni­ver­si­tas, Kra­ków 2000. [wróć]

M. Opa­łek, O Lwo­wie i mojej mło­do­ści: kartki z pamięt­nika 1881–1901, Osso­li­neum, Wro­cław 1987, s. 23. [wróć]

Ibi­dem. [wróć]

Ibi­dem, s. 46. [wróć]

Ibi­dem, s. 46, 171. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki