Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 672

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Lśnienie - Stephen King

To jeden z najlepszych współczesnych horrorów. Nastrój grozy i napięcia potęguje się w niej z każdą minutą. Pięcioletni chłopiec Danny znalazł się z rodzicami w opustoszałym na zimie hotelu. Wrażliwe, obdarzone zdolnościami wizjonerskimi dziecko odbiera fluidy czające się w jego murach; były one świadkami krwawych porachunków świata przestępczego i milionerów. Straszliwe zdarzenia, które kończą fabułę, są jednak niczym w porównaniu z przejściami psychicznymi bohaterów.

Opinie o ebooku Lśnienie - Stephen King

Fragment ebooka Lśnienie - Stephen King

StephenKing

Lśnienie

Przekład Zofia Zinserling
Wydawnictwo Prószyński i S-ka

W komnacie tej... stał olbrzymi hebanowy zegar. Głucho, posępnie, jednostajnie tykotało wahadło jego w jedną i drugą stronę; kiedy wszakże... miała uderzyć godzina, wówczas z brązowych płuc zegara rozlegał się dźwięk głęboki, czysty, donośny i nadzwyczaj melodyjny, lecz tak dziwnie gędziebny i uroczysty, iż ze schyłkiem każdej godziny grajkowie orkiestry mimowolnie przestawali na chwilę rzępolić i zasłuchiwali się w dźwięki, bezwiednie zatrzymywali się w swych pląsach tancerze i przelotny niepokój rozradowane ogarniał towarzystwo. Jak długo rozbrzmiewało granie zegara, najlekkomyślniejsi bledli, starsi zaś i stateczniejsi podnosili rękę do czoła, jak gdyby w błędnej jakiejś zadumie czy rozmarzeniu; lecz skoro tylko ostatnie zamierały pogłosy, płochy śmiech naraz przelatywał w tłumie: grajkowie spoglądali na siebie, uśmiechając się ze swego niedorzecznego zmieszania, i szeptem przyrzekali sobie, iż następny odzew nie wywoła już w nich takiego wrażenia; atoli po upływie sześćdziesięciu minut... granie zegara odzywało się ponownie i ponownie następowało takie samo zadrganie i zaniepokojenie, i taka sama nastawała zaduma.

Pomimo to bawiono się wytwornie i ochoczo...

E. A. Poe, „Maska Czerwonego Moru”

(przeł. Stanisław Wyrzykowski)

Gdy rozum śpi, budzą się upiory.

Goya

Jak zaświeci, będzie świecić.

Porzekadło ludowe

CZĘŚĆ PIERWSZA

1 Rozmowa z pracodawcą

Jack Torrance pomyślał: nadgorliwy kutasina.

Ullman mierzył pięć stóp i pięć cali, a poruszał się z pełnym zaaferowania pośpiechem, który zdaje się wyłączną cechą wszystkich niskich i korpulentnych mężczyzn. Przedziałek miał prościutki, ciemne ubranie dyskretne, lecz budzące zaufanie. Jestem kimś, do kogo można się zwracać w kłopotliwych sprawach – mówiło to ubranie do klienta. Do pracownika przemawiało zwięźlej: to należy zrobić dobrze, pamiętaj. Stuart Ullman nosił w butonierce czerwony goździk, zapewne w tym celu, aby żaden przechodzień nie wziął go za miejscowego przedsiębiorcę pogrzebowego.

Kiedy Jack słuchał Ullmana, przyznawał w duchu, że prawdopodobnie nie mógłby lubić nikogo po tamtej stronie biurka – w danych okolicznościach.

Ullman zadał mu pytanie, którego nie zrozumiał. To źle; osoby typu Ullmana rejestrują takie potknięcia w umyśle i rozpatrują je później.

– Słucham?

– Pytałem, czy pańska żona w pełni pojmuje, jakie pan bierze na siebie obowiązki. Oczywiście jest jeszcze pański syn. – Spojrzał na leżące przed nim podanie. – Daniel. Żony ta myśl ani trochę nie przeraża?

– Wendy to niezwykła kobieta.

– A wasz syn też jest niezwykły?

Jack uśmiechnął się szczerze, promiennie, jakby był agentem reklamy.

– Tak nam się przynajmniej wydaje. Jak na pięciolatka, wykazuje sporą samodzielność.

Ullman nie odwzajemnił uśmiechu. Wsunął podanie Jacka z powrotem do teczki. Teczka powędrowała do szuflady. Na biurku nie pozostało już teraz nic prócz bibularza, telefonu, lampki do czytania i koszyka na wpływającą i odchodzącą korespondencję. Obie przegródki koszyka również były puste.

Ullman wstał i podszedł do segregatora w rogu.

– Pozwoli pan tutaj, panie Torrance. Popatrzymy na plany pięter.

Przyniósł pięć dużych arkuszy i położył je na lśniącym orzechowym blacie biurka. Jack stanął po tej samej stronie co Ullman i bardzo wyraźnie poczuł zapach jego wody kolońskiej. Wszyscy moi ludzie używają juchtu angielskiego albo nie używają niczego, przyszło mu do głowy całkiem bez powodu i musiał się ugryźć w język, żeby nie ryknąć śmiechem. Z kuchni za ścianą dobiegały ciche odgłosy; po lunchu pracowano tam na zwolnionych obrotach.

– Piętro najwyższe – zaczął Ullman raźnym tonem. – Strych. Teraz nie ma tam absolutnie nic prócz rupieci. Po zakończeniu drugiej wojny światowej Panorama kilkakrotnie przechodziła z rąk do rąk i chyba każdy kolejny dyrektor wyrzucał wszystkie niepotrzebne graty na strych. Proszę o zastawienie tam pułapek i wyłożenie trutki na szczury. Niektóre pokojówki z trzeciego piętra twierdzą, że słyszały jakieś szelesty. Nie daję temu wiary nawet na chwilę, powinniśmy jednak mieć stuprocentową pewność, że w Panoramie nie ma ani jednego szczura.

Jack trzymał język za zębami, choć podejrzewał, że nie ma na świecie hotelu bez choćby paru szczurów.

– Naturalnie pod żadnym pozorem nie pozwoli pan synowi wchodzić na strych.

– Nie – odparł Jack i znów przywołał na twarz promienny uśmiech agenta reklamy. Upokarzająca sytuacja. Czy ten nadgorliwy kutasina rzeczywiście uważa, że on, Jack, pozwoliłby synowi myszkować po strychu, pełnym pułapek na szczury, starych rupieci i Bóg wie czego jeszcze?

Ullman szybko wsunął plan strychu pod pozostałe arkusze.

– Panorama ma sto dziesięć pomieszczeń dla gości – objaśniał metodycznie. – Trzydzieści, same apartamenty, mieści się tutaj, na trzecim piętrze: dziesięć, włącznie z apartamentem prezydenckim, w skrzydle zachodnim, dziesięć w części środkowej i jeszcze dziesięć w skrzydle wschodnim. Z każdego roztacza się wspaniały widok.

Czy mógłbyś przynajmniej zrezygnować z tego reklamiarstwa?

Ale milczał. Zależało mu na tej pracy.

Ullman schował plan trzeciego piętra pod spód i zajęli się piętrem drugim.

– Czterdzieści pokoi – poinformował Ullman. – Trzydzieści dwójek i dziesięć jedynek. A na pierwszym piętrze po dwadzieścia każdego rodzaju. Plus trzy bieliźniarki na każdym piętrze, magazyn na samym końcu wschodniego skrzydła hotelu na drugim piętrze i jeszcze jeden na końcu zachodniego skrzydła na piętrze pierwszym. Jakieś pytania?

Jack pokręcił głową. Ullman sprzątnął plany drugiego i pierwszego piętra.

– A teraz parter. Pośrodku jest recepcja. Za nią biura. Hol, licząc od recepcji, ma w obie strony po osiemdziesiąt stóp długości. Tu, w skrzydle zachodnim, mieści się sala jadalna i salon Kolorado. Sale bankietowa i balowa są w skrzydle wschodnim. Pytania?

– Tylko w związku z podziemiem – odparł Jack. – Dla dozorcy zaangażowanego na zimę ten poziom jest najważniejszy. Rzec można, tam rozgrywa się akcja.

– To wszystko pokaże panu Watson. Plan wisi na ścianie w kotłowni. – Ullman zmarszczył się groźnie, może po to, aby dać do zrozumienia, że jako dyrektor nie zaprząta sobie głowy tak przyziemnymi aspektami funkcjonowania hotelu, jak ogrzewanie i kanalizacja. – Chyba nieźle byłoby i tam zastawić kilka pułapek. Chwileczkę...

Nabazgrał coś w bloczku wyjętym z wewnętrznej kieszeni marynarki (każda kartka miała gruby czarny nadruk „Z biura Stuarta Ullmana”), oddarł arkusik i wrzucił do przegródki koszyka przeznaczonej na odchodzącą korespondencję. Kartka spoczęła tam osamotniona. Bloczek ponownie zniknął w kieszeni marynarki, jakby na zakończenie sztuki magicznej. Patrz, mały Jackie, raz jest, raz go nie ma. Ten facet to kawał ważniaka.

Zajęli swoje poprzednie miejsca, Ullman z jednej strony biurka, Jack z drugiej, pytający i pytany, petent i niechętny urzędnik. Ullman złożył wypielęgnowane rączki na bibularzu i patrzył prosto na Jacka – mały łysiejący mężczyzna w bankierskim garniturze i szarym stonowanym krawacie. Przeciwwagą kwiatka w butonierce była wpięta w drugą klapę szpilka z wykonanym złotymi literkami prostym napisem „Personel”.

– Będę z panem całkiem szczery, panie Torrance. Albert Shockley to wpływowy człowiek i ma duże udziały w Panoramie, która po raz pierwszy w swej historii przyniosła w tym sezonie zysk. Pan Shockley zasiada również w radzie nadzorczej, choć nie jest hotelarzem, do czego pierwszy by się przyznał. Ale swoje życzenia w sprawie dozorcy wyraził całkiem jasno. Chce, żeby pan nim został. I ja pana zaangażuję. Gdyby mi wszakże dano wolną rękę, nigdy bym tego nie zrobił.

Jack zacisnął spocone pięści na kolanach i pocierał jedną o drugą. Nadgorliwy kutasina, nadgorliwy kutasina, nadgorliwy...

– Chyba nie przypadłem panu do serca, panie Torrance. Ja się tym jednak nie przejmuję. Pańskie uczucia do mnie na pewno nie mają wpływu na to, że w moim przekonaniu nie nadaje się pan do tej pracy. W sezonie trwającym od piętnastego maja do trzydziestego września Panorama zatrudnia stu dziesięciu pracowników na pełnym etacie, można więc powiedzieć, że na każdy pokój hotelowy przypada jeden z nich. Jak sądzę, niewielu mnie lubi, a podejrzewam, że niektórzy mają mnie po trosze za drania. Nie bardzo się mylą w ocenie mojego charakteru. Muszę być po trosze draniem, żeby zarządzać tym hotelem tak, jak na to zasługuje.

Popatrzył na Jacka, spodziewając się usłyszeć komentarz, a Jack znowu przywołał na twarz uśmiech agenta reklamy, szeroki i obelżywy.

– Panoramę budowano od roku 1907 do 1909 – powiedział Ullman. – Najbliżej położone miasto, Sidewinder, leży czterdzieści mil stąd na wschód. Droga do miasta jest zamknięta mniej więcej od końca października czy od listopada aż gdzieś do kwietnia. Hotel wybudował Robert Townley Watson, dziadek naszego obecnego konserwatora. Mieszkali tu Vanderbiltowie, Rockefellerowie, Astrorowie, Du Pontowie. Apartament prezydencki zajmowało czterech prezydentów. Wilson, Harding, Roosevelt i Nixon.

– Hardingiem i Nixonem zbytnio bym się nie chlubił – mruknął Jack. Ullman zmarszczył brew, ale ciągnął, nie zważając na niego:

– Pan Watson nie dawał sobie rady i sprzedał hotel w roku 1915. Potem sprzedawano go w latach 1922, 1929 i 1936. Stał pusty do końca wojny, kiedy to nabył go i całkowicie odrestaurował Horacy Derwent, milioner i wynalazca, pilot, producent filmowy i przedsiębiorca.

– Znam to nazwisko – powiedział Jack.

– Tak. Wszystko, czego się tknął, zamieniało się w złoto... z wyjątkiem Panoramy. Wpakował w nią ponad milion dolarów, zanim pierwszy powojenny gość przekroczył te progi, i z chylącego się ku ruinie zabytku zrobił atrakcję turystyczną. To Derwentowi hotel zawdzięcza boisko do roque’a, które – jak widziałem – podziwiał pan po przyjeździe.

– Roque’a?

– Jest to brytyjski przodek naszego krokieta, proszę pana. Krokiet to skundlona odmiana roque’a. Jak głosi legenda, Derwent nauczył się reguł tej gry od swojego sekretarza do spraw towarzyskich i oszalał na jej punkcie. Nasze boisko jest zapewne najpiękniejsze w Ameryce.

– W to nie wątpię – rzekł Jack z powagą. Boisko do roque’a, od frontu żywopłoty strzyżone tak, by przypominały zwierzęta, i co jeszcze? Zaczynał mieć wyżej uszu pana Stuarta Ullmana, widział jednak, że Ullman nie skończył. Zamierzał powiedzieć swoje aż do ostatniego słowa.

– Derwent stracił trzy miliony, po czym sprzedał Panoramę grupie kalifornijskich akcjonariuszy. Równie źle na niej wyszli. Po prostu nie byli hotelarzami. W roku 1970 kupił ją pan Shockley z grupą swoich wspólników i mnie przekazał kierownictwo. Przez parę lat i my mieliśmy deficyt, lecz stwierdzam z przyjemnością, że obecni właściciele nigdy nie przestali pokładać we mnie zaufania. W zeszłym roku wyszliśmy na zero. A w tym roku, po raz pierwszy od prawie siedmiu dziesięcioleci, Panorama przyniosła zysk.

Jack przypuszczał, że ten pedancik ma powód do dumy, ale znów poczuł przypływ antypatii, jaką od początku wzbudzał w nim Ullman.

– Nie widzę związku między bezsprzecznie barwnymi dziejami Panoramy a pańskim przeświadczeniem, że nie nadaję się do tej pracy – powiedział.

– Panorama przynosiła tak duże straty między innymi dlatego, że każdej zimy traci na wartości. Zmniejsza to stopę zysku o wiele bardziej, niż pan sobie wyobraża. Zimy są tutaj nieopisanie surowe. Żeby uporać się z tym problemem, zaangażowałem na całą zimę dozorcę do obsługi kotła oraz ogrzewania kolejno poszczególnych części hotelu. Miał usuwać powstające szkody, dokonywać napraw, stawiać czoło żywiołom. Stale być przygotowany na nieprzewidziane wypadki. Na pierwszą zimę nająłem rodzinę, a nie samotnego mężczyznę. Doszło do tragedii. Strasznej tragedii.

Ullman chłodno otaksował Jacka wzrokiem.

– Popełniłem błąd. Gotów jestem to przyznać. Ten człowiek pił.

Jack poczuł, że powoli wypływa mu na usta gorączkowy uśmiech – absolutne przeciwieństwo szerokiego uśmiechu agenta reklamy.

– Czyżby? Dziwię się, że Al panu nie powiedział. Ja już nie piję.

– Tak. Pan Shockley mi mówił. Mówił też o pańskiej ostatniej posadzie.... nazwijmy ją ostatnim odpowiedzialnym stanowiskiem. Uczył pan angielskiego w szkole przygotowawczej w Vermoncie. Wpadł pan w złość, bo chyba nie muszę się wdawać w szczegóły. Ale tak się składa, że w moim przekonaniu przypadek Grady’ego ma z tym związek, dlatego też poruszyłem sprawę... hm, pańskiej przeszłości. Na pierwszą zimę, na przełomie roku 1970 i 1971, po odnowieniu Panoramy, ale przed otwarciem pierwszego sezonu, zatrudniłem tego... tego nieszczęśnika nazwiskiem Delbert Grady. Zajął pomieszczenia, do których wprowadzi się pan z żoną i synem. On miał żonę i dwie córki. Moje zastrzeżenia budziła przede wszystkim ostra zima i fakt, że rodzina Gradych będzie odcięta od świata przez pięć do sześciu miesięcy.

– Ale właściwie tak nie jest, prawda? Są tu przecież telefony i przypuszczalnie krótkofalówka. A Park Narodowy w Górach Skalistych leży w zasięgu helikoptera, z pewnością zaś na tak dużym terenie muszą mieć jeden czy dwa helikoptery.

– Nic mi o tym nie wiadomo – odparł Ullman. – W hotelu jest krótkofalówka, Watson pokaże ją panu wraz z listą właściwych pasm częstotliwości, na których mógłby pan w razie potrzeby wzywać pomocy. Do Sidewinder wciąż jeszcze prowadzą stąd nadziemne linie telefoniczne i prawie każdej zimy w tym czy innym miejscu zostają zerwane, a naprawa trwa na ogół trzy do sześciu tygodni. W szopie ze sprzętem stoi też śniegołaz.

– Więc właściwie hotel nie jest odcięty.

Pan Ullman zrobił urażoną minę.

– Przypuśćmy, że pański syn czy żona potknie się na schodach i dozna pęknięcia czaszki. Czy wtedy będzie pan uważał to miejsce za odcięte od świata?

Jack zrozumiał, o co chodzi. Śniegołazem dałoby się dotrzeć do Sidewinder najprędzej w półtorej godziny... może. Helikopter Parkowej Służby Ratowniczej mógłby tu przylecieć za trzy godziny... w najbardziej sprzyjających warunkach. Podczas zadymki w ogóle nie zdołałby wystartować, a nie sposób liczyć na rozwinięcie maksymalnej prędkości śniegołazem, nawet gdyby się ktoś odważył przewozić ofiarę wypadku w temperaturze, powiedzmy, dwudziestu pięciu stopni poniżej zera – na wietrze czterdziestu pięciu.

– W przypadku Grady’ego – podjął Ullman – rozumowałem chyba bardzo podobnie jak pan Shockley w pańskim przypadku. Samo odosobnienie może mieć zgubny wpływ na mężczyznę. Lepiej mu będzie z rodziną. W razie kłopotów, myślałem, są duże szanse na to, że nie zaistnieje nic tak pilnego, jak pęknięcie czaszki, zranienie narzędziem z napędem mechanicznym czy konwulsje. Ciężka grypa, zapalenie płuc, złamana ręka, nawet wyrostek robaczkowy nie wymagałyby takiego pośpiechu. Podejrzewam, że to, co się stało, było następstwem zgromadzenia przez Grady’ego bez mojej wiedzy dużych zapasów taniej whisky i dziwnej choroby, zwanej przez stare wygi więzienną. Zna pan to określenie? – Ullman przywołał na twarz protekcjonalny uśmieszek, gotów udzielić wyjaśnień, jak tylko Jack przyzna się do swej ignorancji, więc Jack z radością odpowiedział szybko i zwięźle:

– Jest to żargonowe określenie reakcji klaustrofobicznej, która może nastąpić, kiedy ludzie długo przebywają razem w zamknięciu. Klaustrofobia uzewnętrznia się niechęcią do osób zajmujących to samo pomieszczenie. W skrajnych przypadkach może ona wywoływać halucynacje i skłaniać do aktów gwałtu; popełniano morderstwa z tak głupich powodów, jak przypalony posiłek czy sprzeczka o to, na kogo wypada kolej pozmywać naczynia.

Ullman wydał się lekko zbity z tropu, co świetnie zrobiło Jackowi. Postanowił go jeszcze nacisnąć, lecz w duchu obiecał Wendy, że zachowa spokój.

– Sądzę, że tu popełnił pan błąd. Czy zrobił im krzywdę?

– Zabił najpierw wszystkie trzy, proszę pana, a potem siebie. Dziewczynki zarąbał siekierą, żonę zastrzelił z dubeltówki, siebie również. Miał złamaną nogę. Niewątpliwie tak się spił, że zleciał ze schodów. – Ullman rozłożył ręce i z obłudną miną popatrzył na Jacka.

– Czy miał średnie wykształcenie?

– Prawdę powiedziawszy, nie miał – odrzekł Ullman sztywno. – Myślałem, że jednostka, nazwijmy ją, bez polotu nie będzie do tego stopnia wrażliwa na niewygody, na samotność...

– Na tym polegał błąd – skonstatował Jack. – Człowiek nierozgarnięty jest bardziej podatny na chorobę więzienną, tak jak łatwiej mu zastrzelić kogoś przy kartach czy ot, tak sobie obrabować. On się nudził. Kiedy spadnie śnieg, może najwyżej oglądać telewizję czy stawiać pasjansa i oszukiwać, jeśli nie odkryje wszystkich asów. Nie ma nic do roboty, więc dogryza żonie, czepia się dzieci i pije. Zasypia z trudem, bo panuje cisza. Toteż pije, aby zasnąć, i budzi się z kacem. Staje się drażliwy. A jak na przykład ogłuchnie telefon, wiatr zerwie antenę telewizyjną, to pozostaje mu tylko rozmyślanie, oszukiwanie przy pasjansie, no więc złości się coraz bardziej. W końcu... paf, paf, paf.

– Podczas gdy człowiek wykształcony, taki jak pan?...

– Oboje z żoną lubimy czytać. Muszę pracować nad sztuką, którą piszę, o czym zapewne powiedział panu Al Shockley. Danny ma swoje układanki, książeczki do kolorowania i radio kryształkowe. Chcę uczyć go czytania i chodzenia po śniegu w rakietach. Wendy też pragnie się tego nauczyć. O tak, chyba potrafimy znaleźć sobie zajęcie i nie działać jedno drugiemu na nerwy, jeśli nawali telewizja. – Urwał. – I Al nie kłamał, mówiąc, że już nie piję. Owszem, piłem dawniej i zaczynało to wyglądać poważnie. Ale przez ostatnie czternaście miesięcy nie tknąłem nawet piwa. Nie zamierzam przywozić tu alkoholu, a jak spadnie śnieg, i tak nie będę miał okazji go kupić.

– Tu przyznaję panu rację – rzekł Ullman. – Dopóki jednak będziecie w hotelu we trójkę, mnożyć się będą możliwości kłopotów. Choć mówiłem o tym panu Shockleyowi, odparł, że bierze na siebie odpowiedzialność. Teraz mówię o tym panu, a pan najwyraźniej też chce wziąć na siebie odpowiedzialność.

– Tak.

– W porządku. Godzę się, skoro nie mam wyboru. Mimo to nadal wolałbym z nikim niezwiązanego studenta na rocznym urlopie. No, może się pan nada. A teraz przekażę pana Watsonowi, który pana oprowadzi po podziemiu i terenie wokół hotelu. Chyba że nasunęły się panu jeszcze jakieś pytania?

– Nie. Żadne.

Ullman wstał.

– Mam nadzieję, że nie czuje pan urazy. Mówiąc to wszystko, nie kierowałem się względami osobistymi. Chodzi mi tylko o dobro Panoramy. To wspaniały hotel. Chcę, żeby taki pozostał.

– Nie. Nie czuję urazy. – Jack znowu błysnął zębami w uśmiechu agenta reklamy, ale się ucieszył, że Ullman nie podaje mu ręki. Czuł urazy. Najróżniejsze.

2 Boulder

Wyjrzała oknem kuchennym i zobaczyła, że siedzi sobie na krawężniku, nie bawi się ciężarówkami ani furgonetką, ani nawet szybowcem z drewna balsy, którym tak bardzo się cieszył przez cały zeszły tydzień, odkąd Jack przyniósł go do domu. Po prostu siedzi i wypatruje ich sfatygowanego volkswagena, z łokciami wspartymi na udach, a brodą na dłoniach, pięcioletni dzieciak czekający na swego tatę.

Nagle Wendy omal nie rozpłakała się ze smutku.

Powiesiła ścierkę na drążku przy zlewie i zeszła na dół, zapinając dwa górne guziki fartucha. Jack z tą swoją dumą! Och nie, Al, nie potrzebuję zaliczki. Dam sobie radę jeszcze przez jakiś czas. Ściany sieni były obdrapane, porysowane kredkami, świecówką, pochlapane farbą. Strome schody się łupały. Cały budynek zalatywał skisłym odorem starości. Czy tu powinien mieszkać Danny po przeprowadzce ze schludnego ceglanego domku w Stovington? Lokatorzy z góry, z drugiego piętra, żyli ze sobą bez ślubu, co nie przeszkadzało Wendy, przeszkadzały jej natomiast zaciekłe, ustawiczne kłótnie. Napełniały ją strachem. Kiedy w piątek po zamknięciu barów tamci dwoje wracali do domu, zaczynali naprawdę skakać sobie do oczu – w porównaniu z tym pozostałe dni tygodnia wydawały się zwykłą przygrywką. Jack nazywał to wieczornymi kłótniami piątkowymi, ale nie były one wcale zabawne. Elaine, doprowadzona w końcu do łez, powtarzała w kółko: „Przestań, Tom. Proszę cię, przestań. Proszę”. A on na nią wrzeszczał. Raz obudzili nawet Danny’ego, choć zwykle spał jak zabity. Nazajutrz rano Jack przyłapał Toma wychodzącego z domu i dość długo przemawiał do niego na chodniku. Tom zaczynał się stawiać, Jack dorzucił coś jeszcze, za cicho, żeby Wendy mogła usłyszeć, po czym Tom tylko posępnie potrząsnął głową i odszedł. Zdarzyło to się tydzień temu i przez parę dni było lepiej, lecz od piątku sprawy znów przybrały normalny – a raczej, nienormalny – obrót. èle to działało na chłopca.

Znów zawładnęło nią uczucie żalu, lecz je stłumiła, bo już znajdowała się na ulicy. Zgarnęła pod siebie fartuch i przysiadła obok syna.

– No i jak? – zapytała.

Uśmiechnął się do niej bez przekonania.

– Cześć, mamo.

Szybowiec leżał między tenisówkami chłopca i Wendy zauważyła, że jedno skrzydło już pęka.

– Chcesz, żebym zobaczyła, co się da z tym zrobić, skarbie?

Danny znów zapatrzył się w ulicę.

– Nie. Tata go naprawi.

– On może wrócić dopiero na kolację, stary. Daleko jest w te góry.

– Myślisz, że garbus nawali?

– Nie, nie myślę. – Ale podsunął jej nowy powód do zmartwienia. Dziękuję, Danny. To mi było potrzebne.

– Tata mówił, że może nawalić – oznajmił Danny rzeczowo, niemal ze znudzeniem. – Powiedział, że pompa paliwowa jest gówno warta.

– Nie używaj takich słów, Danny.

– Pompa paliwowa? – zdziwił się szczerze.

– Nie – westchnęła. – Gówno warta. Nie mów tak.

– Dlaczego?

– Bo to ordynarne.

– Co to jest ordynarne, mamo?

– Ordynarne jest na przykład dłubanie w nosie przy stole czy siusianie przy otwartych drzwiach łazienki. Albo mówienie takich rzeczy, jak „gówno warte”. „Gówno” to ordynarne słowo. Dobrze wychowani ludzie go nie używają.

– Tata używa. Zajrzał do silnika i powiedział: „Rany, ta pompa paliwowa jest gówno warta”. Czy tata nie jest dobrze wychowany?

Jak się nabywa takich umiejętności, Winifredo? Czy w praktyce?

– Jest dobrze wychowany, ale i dorosły. I bardzo uważa, żeby nie mówić tak przy ludziach, którzy mogliby to źle zrozumieć.

– Takich jak wujek Al?

– Tak, właśnie takich.

– Czy będę mógł tak mówić, jak dorosnę?

– Chyba tak, obojętne, czy mi się to będzie, czy nie będzie podobać.

– Ile będę musiał mieć lat?

– Na przykład dwadzieścia, stary.

– Długo trzeba czekać.

– Pewnie, ale ty spróbujesz, co?

– Dobra.

Znów wpatrzył się w ulicę. Mięśnie mu się lekko napięły, jakby zamierzał wstać, lecz nadjeżdżający garbus był znacznie młodszy i w kolorze o wiele bardziej jaskrawej czerwieni. Danny znów oklapł. Wendy się zastanawiała, jak ciężko przeżył tę przeprowadzkę do Kolorado. Choć nic nie mówił, martwiła się, że tyle czasu spędza samotnie. W Vermoncie trzech kolegów Jacka miało dzieci mniej więcej w wieku Danny’ego. Tam chodził zresztą do przedszkola, tu zaś w ogóle nie miał się z kim bawić. Większość mieszkań na ulicy Arapahoe zajmowali studenci miejscowego uniwersytetu, a tylko nieliczne małżeństwa, w tym niewiele z dziećmi. Widywała może kilkanaścioro gimnazjalistów, troje niemowląt i na tym koniec.

– Dlaczego tata stracił pracę, mamo?

Wyrwana z zadumy, zaczęła się głowić nad odpowiedzią. Dyskutowali już z Jackiem o tym, jak potraktować takie pytania syna, i brali pod uwagę różne sposoby, począwszy od uników, a skończywszy na powiedzeniu mu całej prawdy bez żadnych upiększeń. Danny jednak nie pytał. Zapytał dopiero teraz, kiedy była w złym nastroju i najmniej na to przygotowana. Ale Danny patrzył na nią, może dostrzegł na jej twarzy zmieszanie i wyrabiał sobie własny sąd. W jej mniemaniu motywy działania i postępki dorosłych muszą się wydawać dzieciom równie wielkie i groźne, jak niebezpieczne zwierzęta widziane w mrokach ciemnego lasu. Dzieci, poruszane niczym marionetki, mają tylko mgliste wyobrażenie, dlaczego tak się dzieje. Na tę myśl łzy o mało znów nie napłynęły jej do oczu. Powstrzymując je, schyliła się, podniosła uszkodzony szybowiec i zaczęła obracać go w rękach.

– Twój tata prowadził klub dyskusyjny, Danny. Pamiętasz?

– No pewnie – odparł. – Spory dla żartu, prawda?

– Tak. – Wciąż obracała w dłoniach szybowiec, patrzyła na nazwę firmy i niebieskie gwiaździste znaki rozpoznawcze na skrzydłach, gdy wtem spostrzegła, że mówi synowi całą prawdę. – Był tam jeden chłopak, George Hatfield, którego tata musiał wykluczyć z klubu. To znaczy, że był gorszy od innych. George mówił, że tata to zrobił, bo go nie lubił, nie dlatego, że George był gorszy. I wtedy George zrobił coś złego. Chyba wiesz.

– Czy to on podziurawił opony naszego garbusa?

– Tak, on. Stało się to po lekcjach i tata go na tym przyłapał. – Znów się zawahała, lecz teraz nie było już mowy o unikach; rzecz zawsze sprowadza się do powiedzenia prawdy lub kłamstwa.

– Twój tata... czasami robi rzeczy, których potem żałuje. Czasami myśli nie tak, jak powinien. Zdarza się to nie za często, ale się zdarza.

– Czy zrobił George’owi Hatfieldowi krzywdę, tak jak mnie wtedy, kiedy zalałem jego papiery?

Czasami...

(Danny z rączką w gipsie)

...robi rzeczy, których potem żałuje.

Wendy z całej siły zaciskała powieki, żeby powstrzymać łzy.

– Zrobił coś podobnego, skarbie. Uderzył George’a, żeby ten przestał dziurawić opony, a George walnął go w głowę. I wtedy ci, co zarządzają szkołą, powiedzieli, że George ma już do niej nie chodzić, a tata ma w niej nie uczyć. – Urwała, bo zabrakło jej słów, i przerażona oczekiwała powodzi pytań.

– O! – Danny znowu zapatrzył się w ulicę. Widocznie temat został wyczerpany. Czyżby i dla niej także...

Wstała.

– Idę na górę napić się herbaty. Chcesz parę ciasteczek i szklankę mleka, stary?

– Chyba poczekam na tatę.

– Pewno nie wróci przed piątą.

– Może się pośpieszy.

– Może – zgodziła się Wendy. – Niewykluczone.

Była już w połowie chodnika, kiedy zawołał:

– Mamo?

– Co, Danny?

– Chcesz zamieszkać na zimę w tym hotelu?

Jakiej spośród pięciu tysięcy odpowiedzi powinna mu teraz udzielić? Powiedzieć, co czuła wczoraj w ciągu dnia, wieczorem albo dziś rano? Odpowiedzi różniły się, miały wszystkie barwy – od różowiutkiej do czarnej jak smoła.

– Jeśli chce tego twój ojciec – odparła – to i ja chcę także. – Urwała. – A ty?

– Pewnie tak – rzekł w końcu. – Nie mam tu właściwie nikogo do zabawy.

– Brak ci twoich przyjaciół, prawda?

– Czasami brak mi Scotta i Andy’ego. I chyba nikogo więcej.

Zawróciła, pocałowała go i potargała mu jasne włoski, które już zaczynały tracić dziecięcą delikatność. Był taki poważny, że niekiedy się zastanawiała, jak on ma przeżyć z takimi rodzicami, z nią i z Jackiem. Początkowo pełni wielkich nadziei, musieli poprzestać na tej niemiłej czynszówce w obcym mieście. Znowu stanął jej przed oczami obraz Danny’ego w gipsie. Ktoś tam w górze popełnił błąd w rozdawaniu posad, ona zaś miewała obawy, że nie da się go naprawić i że będzie musiała za niego zapłacić najbardziej niewinna osoba postronna.

– Nie wychodź na jezdnię, stary – powiedziała, ściskając go mocno.

– Jasne, mamo.

Weszła po schodach i skierowała się do kuchni. Nastawiła czajnik, dla Danny’ego przyszykowała na talerzu parę ciasteczek, na wypadek gdyby się zdecydował przyjść na górę, kiedy będzie leżała. Wyjęła dużą fajansową filiżankę i usiadła nad nią przy stole. Przez okno widziała, jak wciąż czeka na krawężniku, w dżinsach i za dużej ciemnozielonej bluzie ze znakiem szkoły przygotowawczej w Stovington, z szybowcem leżącym teraz u jego boku. Łzy, na które zbierało jej się przez cały dzień, popłynęły strumieniem. Pochylona nad kłębami wonnej herbacianej pary, płakała. Płakała z żalu za przeszłością i ze strachu przed przyszłością.

3 Watson

Wpadł pan w złość, powiedział Ullman.

– Dobra, tu ma pan piec. – Watson zapalił światło w ciemnym, zatęchłym pomieszczeniu. Był muskularnym mężczyzną o puszystych włosach koloru prażonej kukurydzy, ubranym w białą koszulę i ciemnozielone spodnie z bawełnianego diagonalu. Otworzył małą prostokątną kratę w brzuchu pieca i obaj z Jackiem zajrzeli do środka. – To jest płomyk oszczędnościowy. – Równy białoniebieski płomień, z sykiem unoszący się w górę, przesyłał niszczycielską siłę, lecz podstawowe, pomyślał Jack, było słowo „niszczycielska”, a nie „przesyłał”; gdyby ktoś wsadził tam rękę, upiekłaby się jak na ruszcie w ciągu trzech krótkich sekund.

Wpadł pan w złość.

(Danny, nic ci nie jest?)

Piec wypełniał całe pomieszczenie, zdecydowanie największy i najstarszy ze wszystkich, jakie Jack kiedykolwiek widział.

– Płomyk ma zabezpieczenie – objaśniał Watson. – Wmontowany tam mały czujnik mierzy temperaturę. Jeśli spada ona poniżej pewnego punktu, w pańskim mieszkaniu włącza się brzęczyk. Kocioł jest za ścianą. Zaprowadzę pana. – Zatrzasnął kratę i powiódł Jacka za żelaznym cielskiem pieca do drugich drzwi. Z żelaza promieniowało otępiające ciepło i nie wiadomo dlaczego Jack pomyślał o dużym uśpionym kocie. Watson zadzwonił kluczami i gwizdnął.

Wpadł...

(Kiedy wrócił do swojego gabinetu i ujrzał tam Danny’ego, stojącego z uśmiechem w samych spodniach od dresu, czerwona chmura wściekłości stopniowo zaćmiła jego zdolność rozumowania. Choć wydawało mu się później, że to wszystko przebiegało powoli, w rzeczywistości musiało trwać niespełna minutę. Wrażenie powolności było takie, jak w niektórych snach. Złych snach. Pod jego nieobecność chyba każde drzwiczki w gabinecie zostały otwarte i każda szuflada splądrowana. Szafa ścienna, szafki, biblioteczka z rozsuwanymi drzwiami. Wywleczono każdą szufladę z biurka. Jego rękopis, sztuka w trzech aktach, stopniowo powstająca z nowelki napisanej przed siedmiu laty, za czasów studenckich, walał się po podłodze. Jack pił piwo i poprawiał akt drugi, kiedy Wendy zawołała go do telefonu. Danny wylał z puszki piwo na rozłożone kartki. Przypuszczalnie chciał zobaczyć, jak się pieni. Zobaczyć, jak się pieni, zobaczyć, jak się pieni – te słowa dźwięczały wciąż Jackowi w głowie niczym pojedyncza zepsuta struna rozstrojonego fortepianu, zamykając krąg jego gniewu. Spokojnie podszedł do trzyletniego malca, który patrzył na niego z tym swoim pełnym zadowolenia uśmiechem, rad z pracy tak dobrze przed chwilą wykonanej w gabinecie taty. Danny zaczął coś mówić i właśnie wtedy Jack chwycił i wykręcił rączkę synowi, by go zmusić do wypuszczenia z zaciśniętych palców gumki do maszyny i automatycznego ołówka. Danny krzyknął cicho... nie... nie... powiedz prawdę: wrzasnął. Trudno to było zapamiętać przez mgłę gniewu, przez brzęczenie tej jednej zepsutej struny. Gdzieś z głębi mieszkania Wendy zapytała, co się stało. Jej głos dobiegał słaby, tłumiony przez wewnętrzną mgłę. To sprawa jego i chłopca. Okręcił Dannym, żeby dać mu klapsa, wpijając duże palce dorosłego człowieka w cienką warstwę ciała na przedramieniu chłopca, zaciskając pięść. Trzask łamanej kości nie był głośny, nie był głośny, ale bardzo donośny, POTĘŻNY, lecz nie głośny. Akurat na tyle donośny, że jak strzała przedarł się przez czerwoną mgłę – zamiast jednak wpuścić światło słoneczne, wpuścił ciemne chmury wstydu i wyrzutów sumienia, strachu, duchowej udręki. Czysty dźwięk, pozostawiający po jednej stronie przeszłość, po drugiej całą przyszłość, przypominający trzask grafitu ołówka czy szczapki łamanej na kolanie. Chwila absolutnej ciszy po drugiej stronie, być może ze względu na początek przyszłości, na resztę jego życia. Widok twarzy Danny’ego coraz bledszej, aż zbielała jak ser, widok jego oczu, zawsze dużych, teraz jeszcze większych i szklistych, pewność, że chłopiec zemdleje i padnie w kałużę piwa, na papiery; jego własny głos, słaby i pijany, bełkotliwy, usiłujący cofnąć to wszystko, obejść jakoś ten niezbyt donośny trzask łamanej kości i wrócić w przeszłość – czy w domu istnieje status quo? – mówiący: Danny, nic ci nie jest? W odpowiedzi wrzask Danny’ego, a potem Wendy z przerażeniem łapie powietrze, kiedy podszedłszy do nich, widzi przedramię Danny’ego ustawione pod dziwnym kątem do łokcia; przedramię nigdy nie powinno tak zwisać w świecie zamieszkanym przez normalne rodziny. Jej wrzask, kiedy chwyta chłopca w objęcia, i bezsensowna paplanina: o Boże, Danny, o mój Boże, o dobry Boże, twoje biedne kochane ramionko; i Jack stojący w osłupieniu, ogłupiały, próbujący zrozumieć, jak coś podobnego mogło się wydarzyć. Kiedy tak stał, napotkał wzrok żony i zobaczył, że Wendy go nienawidzi. Nie przyszło mu do głowy, co ta nienawiść mogłaby oznaczać w kategoriach praktycznych; dopiero później pojął, że Wendy mogła od niego odejść tego wieczora, pojechać do motelu, rano zaangażować adwokata od spraw rozwodowych albo wezwać policję. Widział tylko, że żona go nienawidzi, to go poraziło, poczuł się całkiem osamotniony. Czuł się strasznie. Tak jest, gdy nadchodzi śmierć. Potem Wendy rzuciła się do telefonu, z wrzeszczącym dzieckiem na ręku wykręciła numer szpitala, a Jack nie poszedł za nią, lecz stał na gruzach swej pracowni, wdychał zapach piwa i myślał...).

Wpadł pan w gniew.

Mocno potarł dłonią wargi i ruszył za Watsonem do kotłowni. Panowała tu wilgoć, lecz pod wpływem czegoś więcej niż wilgoć jego czoło, brzuch i nogi pokryły się niezdrowym, lepkim potem. Spocił się na wspomnienie, tak silne, że ten wieczór sprzed dwóch lat wydawał się oddalony zaledwie o dwie godziny. Nie było odstępu w czasie. Powrócił wstyd i niesmak, poczucie, że jest człowiekiem bez żadnej wartości, a ono zawsze budziło w nim pragnienie alkoholu, które z kolei pogrążało go w jeszcze większej rozpaczy – czy przeżyje kiedyś godzinę, bo już nie tydzień czy choćby dzień, ale jedną zaledwie godzinę na jawie, niezaskakiwany w ten sposób przez pragnienie alkoholu?

– Kocioł – oznajmił Watson. Z tylnej kieszeni spodni wyjął czerwono-niebieską chustkę, wydmuchał nos, trąbiąc energicznie, i na powrót ją schował, obdarzywszy kwadrat materiału tylko przelotnym spojrzeniem, by zobaczyć, czy zawiera coś ciekawego.

Kocioł, długi walcowaty zbiornik metalowy w miedzianej osłonie, mocno połatany, stał na czterech betonowych blokach, przykucnięty pod plątaniną rur i przewodów, zygzakami biegnących w górę do wysoko sklepionego, zasnutego festonami pajęczyn sufitu. Na prawo od Jacka dwie grube rury grzewcze prowadziły przez ścianę od pieca znajdującego się w przyległym pomieszczeniu.

– Ciśnieniomierz jest tutaj. – Watson go postukał. – Funty na cal kwadratowy, psi. To chyba powinien pan wiedzieć. Teraz zwiększyłem ciśnienie do setki, ale nocą w pokojach robi się chłodnawo. Mało gości się skarży, co za diabeł. Zresztą to wariactwo przyjeżdżać tu we wrześniu. Poza tym kocioł to staruszek. Więcej na nim łat niż na kombinezonie darowanym przez opiekę społeczną. – Pojawiła się chustka. Trąbnięcie. Spojrzenie. Powędrowała z powrotem do kieszeni.

– Nabawiłem się pieprzonego kataru – oznajmił Watson tonem towarzyskiej rozmowy. – Zawsze dostaję kataru we wrześniu. Dłubię tu coś przy tej starej zdzirze, potem wychodzę na dwór kosić trawę albo grabić boisko. Zziębniesz i katar murowany, mawiała moja nieboszczka mama, świeć Panie nad jej duszą, już sześć lat, jak nie żyje. Rak. Jak się dostanie raka, można zaraz pisać testament.

Panu wystarczy ciśnienie dochodzące do pięćdziesiątki, najwyżej sześćdziesiątki. Pan Ullman każe jednego dnia ogrzewać skrzydło zachodnie, drugiego środkowe, a trzeciego wschodnie. Czy to nie wariat? Nie cierpię tego małego skurwiela. Jap-jap-jap przez cały boży dzień, przypomina takiego pieska, co to ugryzie cię w kostkę, a potem biega w kółko i siusia na dywan. Tylko jedno mu w głowie. Jak człowiek patrzy, to żałuje, że nie ma strzelby. Proszę zobaczyć. Przewody otwiera się i zamyka, pociągając za pierścienie. Wszystkie dla pana oznakowałem. Te z niebieskimi kartkami prowadzą do pokojów w skrzydle wschodnim. Czerwone kartki to środek. Żółte to skrzydło zachodnie. Jak pan będzie miał ogrzewać skrzydło zachodnie, niech pan pamięta, że od tej strony naprawdę wieje. Dmuchnie i te pokoje robią się zimne jak babka bez temperamentu z kostką lodu w tym swoim interesie. Może pan podwyższać ciśnienie do osiemdziesiątki w dni skrzydła zachodniego. W każdym razie ja bym tak robił.

– Termostaty na górze... – zaczął Jack.

Watson tak energicznie pokręcił głową, że rozwiały mu się puszyste włosy.

– Nie są przyłączone. Powiesili je tam tylko na pokaz. Niektóre osoby z Kalifornii uważają, że jest nie w porządku, dopóki nie mają w pieprzonej sypialni tak gorąco, że mogłyby hodować palmę. Całe ciepło płynie stąd. Ale trzeba pilnować ciśnienia. Widzi pan, jak rośnie?

Postukał w główną tarczę, na której wskazówka przesunęła się w czasie jego monologu ze stu na sto dwa funty na cal kwadratowy. Jackowi przebiegł nagły dreszczyk po plecach; pomyślał: gęś przeszła po moim grobie. Watson odkręcił zawór i spuścił parę. Przy wtórze donośnego syku wskazówka cofnęła się na dziewięćdziesiąt jeden. Watson dokręcił zawór i syk ucichł niechętnie.

– Rośnie – rzekł Watson. – Mówi się to temu tłustemu kutasinie, a on wyciąga księgi rachunkowe i przez trzy godziny wykazuje, że go nie stać na zakup nowego kotła przed 1982 rokiem. Powiadam panu, któregoś dnia ta buda wyleci w powietrze, a ja liczę tylko na to, że ten tłusty skurwiel tu będzie i pierwszy wystrzeli w górę. Mój Boże, żebym to był taki życzliwy jak matka. Ona w każdym umiała dostrzec coś dobrego. Ja jestem złośliwy jak wąż chory na półpaśca. Niech to diabli, natury człowiek nie zmieni. No, więc musi pan pamiętać: dwa razy w ciągu dnia i raz w nocy, zanim pan uderzy w kimono. Powinien pan sprawdzać ciśnienie. Jeśli pan zapomni, będzie wzrastać i wzrastać i jak nic ockniecie się całą rodziną na pieprzonym Księżycu. Trzeba tylko spuszczać trochę pary i obejdzie się bez kłopotów.

– Jaka jest górna granica?

– Och, kocioł może wytrzymać dwieście pięćdziesiąt, ale teraz rozerwałoby go przy znacznie niższym ciśnieniu. Nikt by mnie nie namówił, żebym zszedł tutaj i stanął przy nim, kiedy wskazówka pokaże sto osiemdziesiąt.

– Nie ma automatycznego zabezpieczenia?

– Nie. Hotel zbudowano, nim zaczęto wymagać takich rzeczy. Dzisiaj rząd federalny wtrąca się do wszystkiego, no nie? FBI otwiera listy, CIA zakłada cholerne podsłuchy telefoniczne... i niech pan popatrzy, co się przydarzyło temu Nixonowi. Czy to nie żałosna historia? Ale jeśli będzie pan po prostu przychodził tu regularnie i sprawdzał ciśnienie, nic się nie stanie. I niech pan pamięta ogrzewać kolejno skrzydła, tak jak on sobie życzy. W żadnym pokoju temperatura nie przekroczy siedmiu stopni, chyba żeby zima była wyjątkowo ciepła. Swoje mieszkanie będzie pan ogrzewał, jak się panu spodoba.

– A co z instalacjami wodociągowymi?

– Dobra, właśnie miałem o tym powiedzieć. Proszę tędy.

Pod łukowym sklepieniem przeszli do długiego prostokątnego pomieszczenia, które ciągnęło się bez końca. Watson szarpnął za sznurek i mdły, chwiejny blask pojedynczej siedemdziesięciopięciowatowej żarówki rozjaśnił miejsce, gdzie stali. Przed sobą mieli dolną część szybu windy, grube nasmarowane liny, prowadzące do kół o średnicy dwudziestu stóp, i olbrzymi silnik, zanieczyszczony smarami. Wszędzie walały się w paczkach i pudłach powiązane gazety. Inne kartony oznaczono napisami: „Rejestry”, „Faktury”, „Pokwitowania”, „Nie wyrzucać!”. Pachniało starzyzną i pleśnią. Z kilku rozlatujących się pudeł wysypywały się na podłogę cienkie pożółkłe arkusiki, które mogły już mieć po dwadzieścia lat. Jack rozglądał się dokoła zafascynowany. W tych rozpadających się kartonach mogła być pogrzebana cała historia Panoramy.

– Kurewsko trudno jest utrzymać tę windę w ruchu. – Watson wskazał na nią kluczem. – Wiem, że Ullman stawia stanowemu inspektorowi dźwigów parę fantastycznych obiadów na rok, żeby konserwator nie tykał tej cholery. A tutaj ma pan centralny węzeł wodociągowy.

Przed nimi pięć grubych rur, zaizolowanych i ściśniętych stalowymi obręczami, ginęło w mroku.

Watson wskazał na osnutą pajęczynami półkę obok szybu windy ręcznej. Leżało na niej kilka zatłuszczonych szmat i skoroszyt.

– Tu pan ma wszystkie schematy instalacji wodociągowych – rzekł. – Nie przypuszczam, żeby kłopot sprawiały przecieki, nigdy ich nie było, ale rury czasem zamarzają. Jedyny sposób zapobiegania temu to lekko odkręcać krany na noc, tyle że w tym pieprzonym pałacu jest ponad czterysta kurków. Ta tłusta ciota tam na górze darłaby się przez całą drogę do Denver, gdyby zobaczyła rachunek za wodę. Nie mam racji?

– Powiedziałbym, że to niesłychanie wnikliwa analiza.

Watson popatrzył na Jacka z podziwem.

– No, no, z pana to naprawdę wykształcony facet, co? Gada pan zupełnie jak z książki. Mnie to się bardzo podoba, pod warunkiem że gość nie jest pedziem. Strasznie się ich teraz namnożyło. Wie pan, kto parę lat temu wywołał rozruchy na uczelniach? Homoseksualiści, tak, nikt inny. Sfrustrowani, muszą się wyładować. Nazywają to wychodzeniem z ukrycia. Jak rany, nie wiem, do czego ten świat zmierza. No, więc jeśli rura zamarznie, według wszelkiego prawdopodobieństwa zamarznie tu w szybie. Widzi pan, szyb nie ma ogrzewania. W razie czego proszę się posłużyć tym. – Z połamanej skrzynki po pomarańczach wyjął mały palnik gazowy.

– Jak pan znajdzie korek z lodu, niech pan najzwyczajniej odwinie izolację i przytknie płomień do rury. Kapuje pan?

– Tak. Ale co się stanie, jeśli rura zamarznie gdzie indziej?

– Nie zamarznie, byle pan robił swoje i ogrzewał hotel. Zresztą do innych rur nie ma dostępu. Proszę się tym nie przejmować. Nie będzie żadnych kłopotów. Strasznie tu jest na dole. Pełno pajęczyn. Mam pietra, i to jeszcze jakiego.

– Ullman mówił, że pierwszy zimowy dozorca zabił żonę, dzieci i siebie.

– Tak, ten Grady. Kiepski aktor był z niego, co stwierdziłem na pierwszy rzut oka. Cały czas miał taki wazeliniarski uśmieszek. To się działo wtedy, kiedy tutaj dopiero zaczynali rozkręcać interes i ten tłusty skurwiel Ullman byłby zatrudnił nawet dusiciela z Bostonu, gdyby ten się zgodził na najniższą pensję. Znalazł ich strażnik z Parku Narodowego, telefon nie działał. Wszyscy leżeli w skrzydle zachodnim, na trzecim piętrze, zamarznięci na kość. Szkoda dziewczynek. Jedna miała osiem lat, druga sześć. Słodkie jak z obrazka. Och, ale się narobiło. Ten Ullman po sezonie prowadzi jakiś podejrzany lokal na Florydzie, więc złapał samolot do Denver, a potem wynajął w Sidewinder sanie i kazał się tu przywieźć, bo drogi były nieprzejezdne – sanie, da pan wiarę? Ze skóry wyłaził, żeby to nie trafiło do gazet. Nieźle się spisał, muszę przyznać. Była wzmianka w denverskiej „Post” i oczywiście nekrolog w szmatławcu, który wychodzi w Estes Park, ale chyba na tym koniec. Niezgorzej, zważywszy na reputację hotelu. Oczekiwałem, że odgrzebie to jakiś reporter i że Grady posłuży za pretekst do wywleczenia różnych skandali.

– Jakich znów skandali?

Watson wzruszył ramionami.

– Każdy duży hotel ma swoje skandale – odparł. – I każdy duży hotel ma swojego ducha. Dlaczego? No bo ludzie przyjeżdżają i odjeżdżają. Czasem ktoś kipnie w swoim pokoju na zawał, wylew czy coś podobnego. W hotelach panują przesądy. Nie ma trzynastych pięter ani pokoi numer trzynaście, nie ma luster na drzwiach wyjściowych i takich tam rzeczy. Cóż, teraz w lipcu zmarła nam jedna pani. Ullman musiał się tym zająć i może mi pan wierzyć, że dobrze to zrobił. Właśnie za to dostaje dwadzieścia dwa patyki za sezon, i choć nie cierpię tego kutasa, zasługuje na tyle. Wygląda to tak, jakby ludzie przyjeżdżali tu się tylko wyrzygać i wynajmowali sobie faceta w rodzaju Ullmana do sprzątania. No więc ta babka – sześćdziesiątka jak nic, w moim wieku – włosy ufarbowane, czerwone niczym światełko nad drzwiami kurwy, cycki wiszą aż do pępka, bo chodzi bez biustonosza, i ma takie żylaki, że każda noga jest jak mapa drogowa. Szyja, ramiona i uszy obwieszone kosztownościami. I włóczy za sobą tego dzieciaka, najwyżej siedemnastolatka, z włosami do tyłka i gulą w kroku, jakby tam sobie napchał komiksów. Siedzą tutaj tydzień, może dziesięć dni, i co wieczór powtarza się to samo. Od piątej do siódmej w salonie Kolorado ona pociąga dżin z wódką, jakby od jutra miał być zakazany, a on zawsze jedną butelkę Olympii – popija sobie wolno, żeby starczyło na dłużej. Ona sypie żartami, opowiada dowcipy, on, pieprzony, przy każdym się uśmiecha, jakby był małpą, jakby pociągała za sznurki umocowane w kącikach jego ust. Tyle że po paru dniach jemu coraz trudniej było się uśmiechać i diabli wiedzą, o czym musiał myśleć, żeby iść do łóżka z zalaną pompą. No więc przychodzili na kolację, on prosto, ona się zataczała, zalana w pestkę, a on podszczypywał kelnerki i szczerzył do nich zęby, kiedy nie patrzyła. Robiliśmy nawet zakłady, jak długo wytrzyma. – Watson wzruszył ramionami.– Pewnego wieczoru zszedł około dziesiątej i mówił, że „żona jest niedysponowana” – co oznaczało, że babie znów film się urwał, jak codziennie od przyjazdu – a on musi jej przywieźć lekarstwo na żołądek. Wsiadł do małego porsche’a, którym przyjechali, i tyleśmy go widzieli. Nazajutrz rano ona schodzi na dół i próbuje się zgrywać, ale jest coraz bledsza i bledsza, a pan Ullman pyta dyplomatycznie, czy nie zawiadomić policji stanowej, bo może tamten miał małą kraksę czy coś w tym rodzaju. Prychnęła na niego jak kocica. Nie, nie, nie, to świetny kierowca, ona się nie martwi, spodziewa się go w porze kolacji. No więc po południu zjawiła się w Kolorado około trzeciej i nie zamówiła żadnego posiłku. Wróciła do swojego pokoju mniej więcej o wpół do jedenastej i wtedy po raz ostatni ludzie widzieli ją żywą.

– Co się stało?

– Koroner okręgowy powiedział, że zażyła ze trzydzieści pigułek nasennych, na dodatek do tego, co wypiła. Na drugi dzień przyjechał jej mąż, jakiś cholernie ważny prawnik z Nowego Jorku. Postraszył starego Ullmana na wszelkie możliwe sposoby. Zaskarżę pana za to i za tamto, a jak z panem skończę, to pan czystej pary gaci nie znajdzie, i takie tam rzeczy. Ale ten drań Ullman jest dobry. Zdołał go uciszyć. Pewnie spytał ważniaka, czy wolałby, żeby jego żonę obsmarowali w nowojorskich gazetach. Żona wybitnego nowojorskiego, itede, znaleziona martwa, nafaszerowana pigułkami nasennymi. Ale najpierw dobrze się zabawiła z chłopcem, który mógłby być jej wnukiem.

Gliny stanowe znalazły ten wóz na tyłach nocnego baru w Lyons i Ullman poruszył różne sprężyny, żeby wydano go prawnikowi. A potem obaj przycisnęli starego Archera Houghtona, czyli koronera, i zmusili go do zmiany orzeczenia. Stwierdził, że śmierć nastąpiła nagle. Atak serca. Teraz stary Archer jeździ chryslerem. Nie mam mu tego za złe. Należy brać to, co samo wpada w ręce, zwłaszcza jak człowiekowi latka lecą.

Pojawiła się chustka. Trąbienie. Spojrzenie. I znikła.

– No i co się dzieje? Jakiś tydzień później ta głupia cipa, pokojówka imieniem Delores Vickery, sprzątając pokój tamtej pary, podnosi wrzask jak wszyscy diabli i pada zemdlona. Po odzyskaniu przytomności mówi, że widziała zmarłą w łazience, nagą w wannie. „Twarz miała fioletową i spuchniętą – powiada – i uśmiechała się do mnie”. Więc Ullman zapłacił jej za dwa tygodnie z góry i kazał się wynosić. Jak obliczam, ze czterdzieści, pięćdziesiąt osób zmarło w tym hotelu, odkąd mój dziadek otworzył go w roku 1910. – Watson przyjrzał się bacznie Jackowi. – Wie pan, jak kończą na ogół? Na zawał albo na wylew, kiedy dmuchają te swoje panienki. W takich miejscowościach pełno rozmaitych staruchów, co to chcą sobie ostatni raz użyć. Przyjeżdżają w góry i udają dwudziestolatków. Czasami są przecieki, a nie wszyscy faceci zarządzający hotelem potrafili tak jak Ullman radzić sobie z prasą. Więc Panorama cieszy się złą sławą, a jakże. Głowę dam, że ten pieprzony Biltmore w Nowym Jorku też ma złą sławę, jakby tak spytać odpowiednich ludzi.

– Ale tam nie straszy?

– Przepracowałem tu całe życie, panie Torrance. Tutaj się bawiłem jako dzieciak nie starszy od pańskiego chłopca, sądząc po fotografii w portfelu, którą mi pan pokazał. Nigdy jeszcze nie widziałem ducha. Proszę pójść ze mną na tyły hotelu, pokażę panu szopę ze sprzętem.

– Świetnie.

Watson sięgnął do kontaktu, kiedy Jack zauważył:

– Nie brak tu papierów, to pewne.

– Och, ma pan rację. Jakby pochodziły sprzed tysiąca lat. Gazety, stare faktury, konosamenty i Bóg wie co jeszcze. Mój tata nieźle sobie z nimi radził, gdy mieliśmy poprzedni piec, opalany drewnem, ale teraz przestałem nad tym panować. Któregoś roku muszę nająć chłopaka, zwieźć je do Sidewinder i spalić. Jeśli Ullman przeżyje taki wydatek. Ale chyba tak, jeżeli dość głośno będę krzyczał o szczurach.

– To są tutaj szczury?

– Taak, pewnie są. Mam pułapki i trutkę, które na życzenie pana Ullmana ma pan porozkładać tu i na strychu. Proszę dobrze pilnować synka, panie Torrance. Nie chciałby pan przecież, żeby mu się coś stało.

– Jasne, że nie. – W ustach Watsona ta rada nie zabrzmiała nieprzyjemnie.

Podeszli do schodów i przystanęli na chwilę, bo Watson znowu musiał wydmuchać nos.

– Znajdzie pan tam chyba wszystkie potrzebne narzędzia i trochę zbędnych. I łupki dachówkowe. Czy Ullman mówił panu o tym?

– Tak, chce, żebym wymienił część łupków w skrzydle zachodnim.

– Ten tłusty kutasina wydusi z człowieka, ile się da, a na wiosnę będzie jęczeć, że wszystko jest zrobione byle jak. Wygarnąłem mu to kiedyś prosto w oczy, powiedziałem...

Ruszyli po schodach i słowa Watsona zaczęły brzęczeć monotonnie, kojąco. Jack Torrance raz spojrzał do tyłu w nieprzenikniony, zatęchły mrok i pomyślał, że jeśli w ogóle gdzieś straszy, to właśnie tutaj. Pomyślał o Gradym, odciętym od świata przez zwały miękkiego, nieubłaganego śniegu, o tym, jak po trochu traci zmysły i popełnia to straszne morderstwo. Był ciekaw, czy one krzyczały. Biedny Grady z każdym dniem czuł się bardziej osaczony i pod koniec wiedział, że dla niego wiosna nigdy już nie nadejdzie. Nie powinien był się tu znaleźć. I nie powinien był wpaść w złość.

Kiedy Jack przechodził przez drzwi za Watsonem, usłyszał te słowa rozbrzmiewające echem jak podzwonne, przy akompaniamencie suchego trzasku – jakby łamanego grafitu ołówka. Mój Boże, chętnie by sobie łyknął. Raz albo tysiąc razy.

4 Kraina cieni

Danny zgłodniał, więc kwadrans po czwartej przyszedł napić się mleka i zjeść ciasteczka. Pochłonął je, wciąż wyglądając przez okno, a następnie zajrzał do pokoju i pocałował matkę, która leżała w łóżku. Zaproponowała, żeby został na górze, gdzie dla zabicia czasu może popatrzeć na „Ulicę Sezamkową”, on jednak stanowczo pokręcił głową i wrócił na swoje miejsce na krawężniku.

Była już piąta i choć nie miał zegarka, a zresztą i tak nie znał się na nim za dobrze, po wydłużaniu się cieni i złotawym zabarwieniu popołudniowego światła poznawał, że czas upływa.

Obracając w rękach szybowiec, nucił cicho:

Nie chcę cię, nie chcę cię, nie chcę cię znać,

Chodź do mnie, chodź do mnie rączkę mi dać...

Prawą mi daj, lewą mi daj...

Śpiewali to wszyscy razem w przedszkolu w Stovington. Tutaj nie chodził już do przedszkola, bo taty nie było na nie stać. Danny wiedział, że rodzice się tym martwią, przypuszczają, że czuje się jeszcze bardziej osamotniony (a co gorsza, choć nie rozmawiają ze sobą na ten temat, że ma do nich żal), ale tak naprawdę to wcale nie chciał chodzić do przedszkola. Przedszkole jest dobre dla maluchów. Nie był wprawdzie całkiem duży, przestał jednak być maluchem. Duże dzieci chodzą do dużej szkoły i dostają gorący lunch. Pierwsza klasa. Na przyszły rok. W tym roku nie jest ani maluchem, ani prawdziwym dzieckiem. Nie szkodzi. Tęsknił za Scottem i Andym, głównie za Scottem, ale i to nie szkodzi. Chyba najlepiej samemu czekać na wszystko, co może się zdarzyć niebawem.

Wiedział sporo o swoich rodzicach i zdawał sobie sprawę, że nieraz nie byli z tego zadowoleni, a często nie dawali temu wiary. Lecz pewnego dnia będą musieli uwierzyć. Zadowalał się czekaniem.

Mimo to szkoda, że nie wierzyli mu bardziej, zwłaszcza w takich chwilach. Mama leżała w mieszkaniu na łóżku, bliska łez, bo się martwiła o tatę. Niektóre jej zmartwienia były za dorosłe, toteż Danny nie mógł ich zrozumieć – niejasno się wiązały z poczuciem bezpieczeństwa, z wyobrażeniem taty o sobie, z winą, gniewem i lękiem o ich przyszłość – ale właśnie teraz myślała przede wszystkim o dwóch sprawach: że tata miał w górach wypadek (więc dlaczego nie dzwoni?) albo że pojechał robić Złą Rzecz. Danny świetnie się orientował, na czym ona polega, wyjaśnił mu to bowiem Scotty Aaronson, starszy od niego o pół roku. Scotty wiedział, ponieważ jego tata też to robił. Kiedyś, powiedział Scotty, jego tata podbił mamie oko i przewrócił ją na ziemię. W końcu rodzice Scotty’ego dostali z powodu Złej Rzeczy rozwód i kiedy Danny go poznał, Scotty mieszkał z matką, a ojca widywał wyłącznie w soboty i niedziele. Rozwód napełniał Danny’ego największym strachem, zawsze pojawiał się w jego myślach jako znak wymalowany czerwonymi literami, zakrytymi przez syczące jadowite węże. Po rozwodzie rodzice już ze sobą nie mieszkają. Staczają o dziecko bój w sądzie (Danny nie miał pewności, co to takiego ten sąd) i ono musi zostać z jednym z nich dwojga, a drugiego właściwie nie widuje. To z rodziców, które opiekuje się dzieckiem, może, jeżeli chce, wziąć ślub z osobą zupełnie dziecku nieznaną. Najokropniejsze było to, że wyczuwał, jak rozwód, słowo – pojęcie czy też coś, co mu się objawiało w momentach zrozumienia – chodzi po głowach jego własnym rodzicom, czasem mgliste i dość odległe, kiedy indziej gęste, ciemne i przerażające niczym deszczowa chmura. Tak było wtedy, gdy tata ukarał go za zalanie papierów w gabinecie i lekarz założył mu gips na rękę. Wspomnienie to już zblakło, ale myśli o rozwodzie pozostały w pamięci wyraźne i groźne. Wtedy krążyły głównie po głowie mamy i Danny się bał, że ona wyciągnie z głowy to słowo, wypowie, uczyni czymś rzeczywistym. Rozwód. Przewijał się nieustannie w ich rozważaniach, jedno z niewielu pojęć, które zawsze potrafił wyłowić, niczym takt prostej muzyki. Lecz wokół tej centralnej myśli obracały się inne, bardziej złożone, których na razie nie zaczynał sobie nawet tłumaczyć. Objawiały mu się wyłącznie w postaci barw i nastrojów. Rozwodowe myśli mamy koncentrowały się na tym, co tata zrobił z jego ręką i co się zdarzyło w Stovington, kiedy stracił pracę. Ten chłopak. Ten George Hatfield, który się wściekł na tatę i podziurawił opony ich garbusa. Rozwodowe myśli taty były bardziej złożone, zabarwione ciemnym fioletem i porysowane strasznymi żyłami głębokiej czerni. Tata uważał chyba, że im będzie lepiej, jeśli odejdzie. Że ustanie ból. Tata prawie stale odczuwał ból, głównie z powodu Złej Rzeczy. Danny niemal zawsze potrafił i to uchwycić: ciągłe pragnienie taty, aby się zaszyć w ciemnym kącie, patrzeć w kolorowy telewizor, jeść orzeszki ziemne z miski i robić Złą Rzecz, dopóki myśli się nie uspokoją i nie przestaną go dręczyć.

Tego popołudnia jednak matka nie miała powodu do zmartwienia i Danny żałował, że nie może pójść i powiedzieć jej tego. Garbus nie nawalił. Tata nie pojechał nigdzie i nie robił Złej Rzeczy. Właściwie był już jakby w domu, z perkotem sunął szosą z Lyons do Boulder. Chwilowo nawet nie myślał o Złej Rzeczy. Myślał o... o...

Danny ukradkiem spojrzał do tyłu, na okno kuchenne. Niekiedy pod wpływem wielkiego skupienia coś mu się przytrafiało. Rzeczy prawdziwe się oddalały, a na ich miejscu pojawiały się inne. Raz, wkrótce po założeniu mu gipsu, zdarzyło się to przy kolacji. Wtedy mało ze sobą rozmawiali. Ale myśleli. O tak. Myśli o rozwodzie zawisły nad stołem kuchennym niczym chmura nabrzmiała czarnym deszczem, brzemienna, gotowa się oberwać. Było tak źle, że nie mógł jeść. Na myśl o jedzeniu, gdy ten czarny rozwód unosił się w powietrzu, zbierało mu się na wymioty. Ponieważ zaś wydawało się to strasznie ważne, skupił się ze wszystkich sił i coś się stało. Kiedy Danny znów zobaczył rzeczy prawdziwe, leżał na podłodze, fasolę i tłuczone kartofle miał na kolanach, mama z płaczem go podtrzymywała, a tata rozmawiał przez telefon. Przestraszył się, usiłował im wytłumaczyć, że wszystko jest w porządku, że tak bywa, ilekroć się skupia i próbuje pojąć sprawy normalnie dla niego niezrozumiałe. Starał się powiedzieć im o Tonym, którego nazywali jego „niewidzialnym towarzyszem zabaw”.

– Ma Halo Syn Nacje – powiedział ojciec. – Chyba nic mu nie jest, ale i tak chcę, żeby obejrzał go lekarz.

Po wyjściu doktora mama kazała Danny’emu obiecać, że już nigdy tego nie zrobi, nigdy nie napędzi im takiego stracha, i on obiecał. Sam się zląkł. Bo kiedy się skupił, poszybował myślami do taty i na krótką chwilę przed pojawieniem się Tony’ego (w oddali, jak zawsze, nawołującego na odległość) i przesłonięciem obrazu kuchni i plastra pieczeni na niebieskim talerzu przez dziwne rzeczy, na króciutką chwilę jego świadomość przedarła się przez mrok taty, dotarła do niezrozumiałego słowa, o wiele groźniejszego niż rozwód, a słowem tym było SAMOBÓJSTWO. Danny nigdy więcej nie natrafił na nie w głowie taty i z pewnością nie próbował go szukać. Nie zmartwiłby się, gdyby nigdy się nie dowiedział, co właściwie ono znaczy.

Lubił się jednak skupiać, bo czasami przychodził wtedy Tony. Nie za każdym razem. Niekiedy rzeczy tylko się zamazywały i rozpływały na jedną minutę, a potem znów ukazywały się wyraźnie – właściwie tak było najczęściej – lecz kiedy indziej Tony pojawiał się na samym skraju jego pola widzenia, wołał z oddali, zapraszał skinieniem...

Zdarzyło się to dwukrotnie po przeprowadzce do Boulder, a on pamiętał, z jakim zdziwieniem i przyjemnością stwierdził, że Tony przybył tu za nim aż z Vermont. Więc jednak nie wszyscy przyjaciele tam pozostali.

Za pierwszym razem, na podwórku za domem, wydarzyło się niewiele. Po prostu Tony przywoływał go gestem, potem zapadła ciemność, a w parę minut później on powrócił do rzeczywistych przedmiotów, zachowawszy kilka niejasnych wspomnień, jak z zagmatwanego snu. Drugi raz, przed dwoma tygodniami, był ciekawszy. Tony kiwał na niego, krzyczał z odległości czterech jardów: „Danny... chodź zobaczyć!...”. Wydawało się, że wstaje, po czym wpada w głęboką dziurę, niczym Alicja w Krainę Czarów. Następnie znalazł się w podziemiu kamienicy czynszowej, Tony zaś, stojąc obok niego, wskazywał w mroku kufer, w którym tata woził wszystkie swoje ważne papiery, a co najistotniejsze, SZTUKĘ.

– Widzisz? – zapytał Tony swoim dalekim, melodyjnym głosem.

– Jest pod schodami. Pod samymi schodami. W czasie przeprowadzki postawiono go... pod... samymi schodami.

Danny postąpił do przodu, żeby z bliska zobaczyć ten dziw, i znów zaczął spadać, tym razem z huśtawki za domem, na której przez cały czas siedział. Stracił oddech.

Trzy czy cztery dni później jego tata latał i tupał, z wściekłością powtarzając mamie, że choć przeszukał całe to cholerne podziemie, nie znalazł kufra, więc zaskarży tych przeklętych facetów od przeprowadzki, którzy zostawili go gdzieś po drodze z Vermontu do Kolorado. Bo niby jak on ma skończyć SZTUKĘ, skoro wciąż wyskakują takie historie?

– Nie, tato – rzekł Danny. – Jest pod schodami. Tragarze postawili go pod samymi schodami.

Tata dziwnie na niego popatrzył i zszedł na dół, żeby się przekonać. Kufer stał dokładnie w miejscu wskazanym przez Tony’ego. Tata wziął Danny’ego na bok, posadził sobie na kolanach i spytał, kto go wpuścił do piwnicy. Czy Tom z góry? Piwnica jest niebezpieczna, powiedział tata. Dlatego gospodarz zamyka ją na klucz. Tata chce wiedzieć, czy ktoś ją zostawia otwartą. Bardzo się cieszy ze znalezienia papierów i SZTUKI, ale ona nie miałaby dla niego żadnej wartości, mówił, gdyby Danny spadł ze schodów i złamał... nogę. Danny odparł z powagą, że nie schodził do piwnicy. Te drzwi są zawsze zamknięte na klucz. I mama to potwierdziła. Danny nigdy nie chodzi do tylnej sieni, oświadczyła, bo tam jest wilgotno, ciemno i roi się od pająków. A on nie kłamie.

– Więc skąd wiedziałeś, stary? – zapytał tata.

– Tony mi pokazał.

Rodzice wymienili nad jego głową spojrzenia. Zdarzało się to już wcześniej. Ponieważ napawało ich lękiem, starali się o tym szybko zapomnieć. Ale wiedział, że martwi ich Tony, zwłaszcza mamę, więc usiłował myśleć tak, żeby Tony jej się nie pokazywał. Teraz jednak, pomyślał, ona leży, jeszcze nie krząta się w kuchni, toteż bardzo się skupił, ciekaw, czy potrafi zrozumieć, o czym myśli tata.

Zmarszczył czoło, brudnawe dłonie zacisnął w piąstki. Nie zamykał oczu – nie było trzeba – tylko mocno je zmrużył i wyobraził sobie głos taty, głos Jacka, Johna Daniela Torrance’a, niski i spokojny, czasami rozedrgany z rozbawienia, kiedy indziej jeszcze bardziej basowy niż zwykle ze złości albo nadal spokojny, bo tata myślał. Myślał o. Myślał, że. Myślał...

(myślał)

Danny westchnął cicho i oklapł na krawężniku, jakby mu zwiotczały wszystkie mięśnie. Zachował pełnię świadomości; widział ulicę, a na chodniku po przeciwnej stronie dziewczynę i chłopaka, którzy trzymali się za ręce, bo byli

(? zakochani?)

tacy zadowoleni z tego dnia i z faktu, że są razem. Widział jesienne liście gnane rynsztokiem, niby duże żółte monety o nieregularnych kształtach. Widział dom, który mijały, i spostrzegł na dachu

(łupki, chyba nie będzie z tym kłopotu, jeśli obróbka blacharska jest dobra, taak, dam radę, ten Watson, rany, co za typ, szkoda, że nie ma dla niego miejsca w SZTUCE. Jeśli nie będę się pilnował, skończy się na tym, że wpakuję do niej cały pieprzony rodzaj ludzki. Taak, łupki, czy są tam gwoździe? O cholera, zapomniałem go spytać, no, ale łatwo kupić gwoździe. Sklep z wyrobami żelaznymi w Sidewinder. Osy, o tej porze roku siedzą w gniazdach. Może będę się musiał postarać o truciznę w aerozolu, na wypadek gdyby tam były, jak zerwę stare łupki. Nowe łupki, stare)

łupki. A więc o tym myślał. Dostał tę pracę i myślał o łupkach. Danny nie wiedział, kto to jest Watson, wszystko inne natomiast wydawało się dość jasne. I może zobaczy gniazdo os. To równie pewne, jak to, że na imię ma

– Danny... Dannee...

Podniósł wzrok i zobaczył Tony’ego w głębi ulicy, przy znaku stopu, machającego ręką. Widok starego przyjaciela jak zwykle napełnił go ciepłym uczuciem zadowolenia, tym razem jednak z lekką domieszką strachu, jak gdyby za plecami Tony’ego krył się mrok. Słój z osami, które po wypuszczeniu żądliłyby boleśnie.

Ale nie mógł pozostać.

Oklapł jeszcze bardziej, ręce bezwładnie zsunęły mu się z ud i zwisły między nogami. Broda dotknęła piersi. Potem z niewyraźnym, bezbolesnym szarpnięciem cząstka jego osoby wstała i pobiegła za Tonym w przelewające się ciemności.

– Dannee...

Teraz mroki przeszyła wirująca biel. Krztuszenie, pianie i pochylone, udręczone cienie, które przemieniły się w sosny, zginane nocą przez wyjący wiatr. Śnieg tańczył i zataczał koła. Śnieg był wszędzie.

– Za głęboki – przemówił z ciemności Tony, a smutek w jego głosie przeraził Danny’ego. – Za głęboki, żeby się wydostać.

Inny kształt, majaczący, wyniosły. Ogromny i prostokątny. Spadzisty dach. Biel rozmazana w pomroce burzy. Wiele okien. Długi budynek z łupkowym dachem. Niektóre łupki zieleńsze, nowsze. Przybite przez tatę. Gwoździami kupionymi w Sidewinder, w sklepie z wyrobami żelaznymi. Teraz śnieg pokrywał łupki. Pokrywał wszystko.

Zielone światło magiczne rozbłysło na przedniej ścianie budynku, zamigotało i stało się olbrzymią, wyszczerzoną trupią czaszką nad parą skrzyżowanych piszczeli.

– Trucizna – powiedział Tony z rozkołysanej ciemności. – Trucizna.

Inne ostrzeżenia przemknęły Danny’emu przed oczyma, wypisane zielonymi literami na tabliczkach albo na deskach skośnie wetkniętych w zaspy. Zakaz pływania. Niebezpieczeństwo! Przewody pod napięciem. Ta nieruchomość skonfiskowana. Wysokie napięcie. Trzecia szyna. Grozi śmiercią. Nie wchodzić. Zakaz wstępu. Przejście wzbronione. Do osób naruszających przepisy będzie się strzelać. Żadnego napisu nie rozumiał dokładnie – nie umiał czytać! – lecz wyczuł sens wszystkich i w mroczne zakamarki jego ciała spłynęło senne przerażenie, podobne do jasnobrązowych zarodników, które zginą w słońcu.

Napisy zblakły. Teraz znajdował się w ciemnym pokoju pełnym nieznanych mu mebli. Śnieg rozpryskiwał się o szyby, jak rzucany garściami piasek. Danny miał wargi zaschnięte, oczy niby rozgrzane kamyki, serce młotem waliło mu w piersiach. Skądś z zewnątrz dobiegł głuchy łoskot, jakby z trzaskiem otwarto jakieś straszne drzwi. Odgłos kroków. W lustrze po drugiej stronie pokoju, w głębi tej srebrzystej bańki, pojawiło się jedno słowo wypisane zielonymi ognistymi literami, a brzmiało ono:

Redrum.

Pokój zniknął. Inny pokój. Znał

(powinien znać)

ten pokój. Przewrócone krzesło. Wybite okno, śnieg wpada do środka, oprósza skraj dywanu. Poobrywane zasłony zwisają krzywo na złamanym karniszu. Niska szafka zwalona na drzwiczki.

Dalsze głuche huki, równe, rytmiczne, okropne. Tłuczone szkło. Nadchodząca zagłada. Ochrypły głos, głos szaleńca, tym straszniejszy, że dobrze znany:

Chodź, chodź, ty mały gówniarzu! Zażyj swoje lekarstwo!

Łup. Łup. Łup. Trzask łamanego drewna. Ryk wściekłości i zadowolenia. Redrum. Idzie.

Sunie przez pokój. Pozrywane ze ścian obrazy. Adapter

(? adapter mamy?)

na podłodze. Jej płyty: Grieg, Haendel, Beatlesi, Art Garfunkel, Bach, Liszt, porozrzucane wszędzie. Połamane na czarne trójkąty o szczerbatych brzegach. Smuga światła wpadającego z łazienki, ostrego białego światła, i słowo niby czerwone oko mrugające w lustrze apteczki, redrum, redrum, redrum...

– Nie – szepnął. – Nie, proszę cię, Tony...

I przewieszona przez białą porcelanową krawędź wanny ręka. Bezwładna. Strużka krwi (redrum) powoli spływająca po jednym palcu, środkowym, ze starannie opiłowanego paznokcia kapiąca na kafle...

Nie och nie och nie

(och, proszę cię, Tony, boję się)

redrum, redrum, redrum

(przestań, Tony, przestań)

Zanika.

Łoskot w ciemnościach narasta, narasta coraz bardziej, rozbrzmiewa echem wszędzie dookoła.

Teraz Danny kuli się w mrocznym korytarzu, przykuca na niebieskim chodniku w splątany czarny deseń, słucha przybliżających się łoskotów, a Postać wychodzi zza rogu i zmierza w jego stronę, pochylona, cuchnąca krwią i zagładą. W jednej ręce trzyma drewniany młotek i wymachuje nim (redrum) na boki, ze złością zatacza łuki, wali w ściany, rozcina jedwabną tapetę i wzbija w powietrze widmowe kłęby gipsowego pyłu.

Chodź i zażyj swoje lekarstwo! Jak przystało mężczyźnie!

Postać zbliża się do niego, wydziela ten słodko-cierpkawy odór, jest ogromna, obuch młotka tnie powietrze z cichym, złośliwym sykiem, potem donośny, głuchy stuk, kiedy grzmoci w ścianę, rozpyla tynk o suchym, drażniącym zapachu. Małe czerwone oczka jarzą się w mroku. Potwór go dopada, wypatrzył przycupniętego pod pustą ścianą. A klapa w suficie jest zamknięta na klucz.

Ciemność. Sunie.

– Proszę cię, Tony, zabierz mnie z powrotem, proszę cię, proszę...