Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Pierwsza próba wnikliwego opisu duchowego świata ks. Jana Kaczkowskiego!
Dlaczego wielu z nas ksiądz Jan wciąż pomaga?
Jak udawało mu się zachować spokój i niezależność – także w sytuacjach napięć, konfliktów i niejednoznaczności?
Na czym polegała jego umiejętność łączenia ludzi stojących po dwóch różnych stronach?
„Johnny” konsekwentnie wymykał się jakimkolwiek etykietom i schematom kościelnych podziałów. Mało tego, prowokował słowem i działaniem, które na pierwszy rzut oka mogły wydawać się sprzeczne.
Miłośnik tradycji i liturgii trydenckiej, a jednocześnie człowiek nadzwyczaj spontaniczny, bezpośredni – momentami wręcz nieobliczalny. Jego specyficzne poczucie humoru, często zabarwione ironią, jednych ujmowało, drugich potrafiło bulwersować. Bioetyk w kwestiach życia wierny nauczaniu Kościoła, a jednocześnie gość na Przystanku Woodstock. Choć stanowczo podkreślał, że „najważniejsza jest nieobłudna jedność Kościoła”, o duchownych potrafił wypowiadać się w mediach bardzo krytycznie, nie raz pozwalając sobie na uszczypliwości. Człowiek o niespożytej energii i ogromnej woli życia, a jednocześnie założyciel hospicjum w Pucku i duszpasterz, który uczył innych myśleć o śmierci – ponadto z czasem sam zaczął nazywać siebie „onkocelebrytą”.
Elżbieta Wiater proponuje pięć ujęć, które pozwalają zobaczyć księdza Jana Kaczkowskiego z bliska. I na nowo odkryć jego fenomen.
Elżbieta Wiater - doktor teologii, historyk, autorka licznych książek m.in. Hildegarda z Bingen. Mistyczka z charakterem, Mistyczki i wojowniczki. Kobiety, które zmieniały Kościół, Milczący kaznodzieja. Brat Gwala Torbiński OP. Mieszka w Krakowie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 226
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2025 by IWR WE sp. z o.o. Copyright © 2025 by Elżbieta Wiater
REDAKTOR PROWADZĄCY: Michał Wilk
ADIUSTACJA JĘZYKOWO-STYLISTYCZNA: Janusz Stachowski
KOREKTA: Dorota Marcinkowska | Na pomoc tekstom
REDAKCJA TECHNICZNA: Paweł Kremer
ZDJĘCIE NA OKŁADCE: Wizyta w programie telewizyjnym, 2013 rok. Fot. Jan Kucharzyk | EAST NEWS;
GRAFIKA NA OKŁADCE: Neuroillustrator3033 | AdobeStock
ZA ZEZWOLENIEM Prowincjała Polskiej Prowincji Zakonu Pijarów L.dz. 144/P/2025 z dnia 29 września 2025 r.
Wydanie I | Kraków 2025
ISBN 978-83-8404-110-9
Zamawiaj nasze książki przez internet: boskieksiążki.pl lub bezpośrednio w wydawnictwie: 603 957 111, [email protected]
Wydawnictwo eSPe, ul. Meissnera 20, 31-457 Kraków.
Na zlecenie Woblink
woblink.com
plik przygotowała Katarzyna Ossowska
Z perspektywy czasu myślę, że on nigdy nie przekroczył granicy. Czasem prowokował, ale w dobrej wierze. Był trochę jak linoskoczek – podejmował ryzyko, ale nie wywrócił się i nie spadł.
Helena Kaczkowska (Życie na pełnej petardzie, s. 253)
W 2026 r. minie dekada od śmierci ks. Jana Kaczkowskiego. To dobry moment, by o nim ponownie przypomnieć, bo na to zdecydowanie zasługuje. Na fali żałoby pojawiały się różne pomysły na uczczenie tej postaci, łącznie z podjęciem przygotowania do rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego. Było to jednak efektem pierwszego odruchu emocjonalnego poruszenia. Upływ czasu i natłok wciąż nowych bodźców sprawiły, że temat przycichł. Ponadto, o ile się orientuję, na rynku wydawniczym brak publikacji, która mówiłaby nie tylko o postaci księdza z Pucka, ale pokusiłaby się o poszukanie jego inspiracji duchowych i intelektualnych, mówiąc inaczej: spojrzała na kontekst, z którego czerpał i w którym się poruszał, oraz opisała, jak to robił, bo trzeba przyznać, że styl miał niepodrabialny.
Zapraszam więc nie tyle do opowieści o historii życia ks. Jana, ile do refleksji o źródłach, z których czerpał, kulturach, które miały na niego wpływ, oraz tych, na których wpływ na siebie nigdy nie pozwolił. Wreszcie o tym, co kochał, co go bawiło, co doprowadzało go do szewskiej pasji, a co wprowadzało w stany mistyczne (oraz te do nich zbliżone). Nie jest to obraz kompletny, bo każdy człowiek to cały osobny świat, jak mawiają chasydzi. A całego świata nie da się zamknąć na kartach nie tylko jednej książki, ale nawet całego ich cyklu. Pozostaje też zawsze część niewyrażona, nigdzie niezapisana, jak chociażby relacja z Bogiem, która w doskonałej swej większości pozostaje tajemnicą między Nim a duszą. Może więc niniejsza książka stanowi nie tyle obraz, co szkic przypominający malarstwo z Lascaux – uchwycone przejście, dramatyzm wydarzeń, ale także wiele niezapełnionej przestrzeni znajdującej się pomiędzy.
Długo się zastanawiałam, od jakiego wątku rozpocząć tę biografię duchową. Dwa aspekty wydawały się równie ważne: kapłaństwo i bioetyka. Decyzję pozwolił mi podjąć napis na nagrobku: ks. dr Jan Kaczkowski. Najpierw ksiądz, potem bioetyk. Uszanuję więc tę kolejność i zacznę od korzeni jego wizji kapłaństwa, chrześcijaństwa, a przede wszystkim od jego postrzegania siebie jako księdza. Potem opowiem nieco o bioetyce w życiu bohatera, starając się pokazać źródła, z których czerpał naukowo i jeśli chodzi o praktykę. Po tak ciężkim temacie potrzebna będzie chwila relaksu, będzie więc mowa o poczuciu humoru przejawianym w hospicjum i na co dzień. Kolejny rozdział opowiada o idei opieki nad umierającymi oraz o powstaniu ośrodka w Pucku. Ostatnia część to opowieść o realizowaniu przez ks. Jana ojcostwa – jego wielkiego pragnienia, którego ze względu na celibat nie chciał realizować biologicznie.
Przy całej swojej przekorze i specjalizowaniu się w prowokacji ks. Kaczkowski dwa tematy traktował śmiertelnie poważnie: zbawienie – własne i innych, w tej właśnie kolejności, oraz godność każdej osoby. Trzymał się też z uporem przejętej od ojca zasady: pacta sunt servanda – umów należy dotrzymywać. Myślę, że właśnie ona oraz miłosierdzie wyznaczyły taki, a nie inny tor jego życia, sprawiając, że , jak to ujęła pani Kaczkowska, nigdy nie spadł.
Rozdział I
Pociągała mnie niezmiennie możliwość sprawowania Eucharystii, bycia maksymalnie zjednoczonym z Jezusem. Te fundamenty nie mogą się zmienić i mam nadzieję, że u młodego Jana, średniego Jana i starego Jana nigdy się nie zmienią.
J. Kaczkowski, Życie na pełnej petardzie, s. 48.
Początek XXI w., poranek w puckiej parafii Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Do kuchni wchodzi, prawie niedostrzegalnie ciągnąc lewą nogę, wysoki młody ksiądz w okularach z grubymi szkłami i zaparza kawę, po czym wlewa ją nie do kubka czy filiżanki, ale do… miseczki. Dodaje mleko i sięga po bułeczkę. Wiem, miała być biografia duchowa, rozdział o poważnym temacie, bo kapłaństwie, więc czemu tu tak spożywczo? Po pierwsze trudno pisać inaczej o kimś, z kim wywiad rzeka (jeden z wielu) nosi podtytuł: wiara, polędwica i miłość; po drugiewiele o mentalności danej osoby mówią jej drobne nawyki i świadomie podtrzymywane zwyczaje. Moim zdaniem więc ta scena, przewijająca się w biografii Jan Kaczkowski klawiatury Przemysława Wilczyńskiego, wbrew pozorom mówi wiele o jej bohaterze. Stała się dla mnie wręcz jednym z kluczy do odpowiedzi na pytanie, z jakiej przestrzeni intelektualno-kulturalnej głównie czerpał i w jakiej najlepiej się czuł pucki wikary, a bez której – śmiem twierdzić – mówienie o jego rozumieniu kapłaństwa i ogólnie o stylu bycia w dużym stopniu byłoby niepełne.
Picie na śniadanie kawy z mlekiem właśnie z miseczki, połączone z przekąszaniem lekkim pieczywem jest zachowaniem świetnie znanym wszystkim, którzy mieli dłuższy kontakt z kulturą południa Europy, głównie Włoch i dużej części Francji. Nie zwróciłabym pewnie uwagi na tę drobną śniadaniową celebrację, gdyby nie to, że wątek kultury tego drugiego kraju pojawia się w historii rodziny Kaczkowskich, co więcej – jest w tej historii zdecydowanie istotny. Rodzice ks. Jana poznali się właśnie we Francji, kiedy oboje przebywali tam w latach 60. XX w.: ojciec na stażu inżynierskim, matka ze względu na studia. Studiowała romanistykę, zresztą potem na takim wydziale Uniwersytetu Gdańskiego wykładała. Wyjazdy te zaowocowały przyjaźniami z francuskimi rodzinami, a nawiązane tak kontakty przetrwały lata. Nic więc dziwnego, że w rekolekcjach głoszonych przez ks. Kaczkowskiego słyszeliśmy wiele wtrętów po francusku, a w jego zachowaniu przewijały się formy przejęte z tamtejszego stylu życia, ewidentnie świadomie podtrzymywane. Także, jeśli chodzi o podejście do święceń.
Dlatego, moim zdaniem, ks. Jan używa francuskiego zwrotu zbliżonego do pojęcia bon curé, kiedy opowiada Piotrowi Żyłce o niechętnej reakcji najbliższych na swoje oświadczenie, że chce zostać kapłanem. Najwyraźniej był to dla niego pewien punkt odniesienia, kiedy myślał o sobie jako wyświęconym. Dosłowne tłumaczenie powyższego określenia brzmi: „dobry proboszcz”, ale kryje się w nim więcej treści, co zresztą można odczytać z kontekstu, w jakim ten zwrot zostaje użyty we wspomnianej rozmowie. Rozpakujmy go więc.
Harcownik
Jedną z rzucających się od razu w oczy cech ks. Kaczkowskiego było to, że lubił prowokować. Zresztą wielokrotnie się do tego sam przyznawał, co sugeruje, że naturalną dla niego „niszą ekologiczną” były wszelkiego rodzaju „tereny przygraniczne” oraz „ziemie niczyje”. To zaś świetnie odpowiada wieloznaczności pojęcia bon curé, które może być rozumiane na trzy wyraźnie kontrastujące ze sobą sposoby. W kontekście harcownictwa pojawia się zresztą drugi ważny wątek: bycie specjalistą od tak zwanych rytuałów przejścia i patrolowania peryferii Kościoła w poszukiwaniu chętnych do powrotu do niego. Tym samym widzę w ks. Janie kogoś, kto przeżywał swoje kapłaństwo – od strony duszpasterskiej – jako bycie Bożym prowokatorem, który nie zadowala się stanem zastanym, ale inspiruje do tego, by zawalczyć o magis, czyli więcej. Jest to jedno z haseł Towarzystwa Jezusowego, rzecz o tyle istotna dla biografii ks. Kaczkowskiego, że najpierw myślał o wstąpieniu do tego zakonu, był nawet na rekolekcjach powołaniowych. Najwyraźniej kontakt z jezuickim duszpasterstwem powołań ani nie był przypadkiem, ani nie przeszedł bez echa, zapewne zadziałała zasada: raz jezuita – na zawsze jezuita, duchowy syn św. Ignacego.
Przyjrzyjmy się najpierw kulturze francuskiej i jej odniesieniu do kleru. Biorąc poprawkę na całe jej regionalne zróżnicowanie, stosunek ten można opisać słowami: „to skomplikowane”. Któż nie kojarzy XVII-wiecznych kardynałów Armanda Richelieu i Julesa Mazarina, których wpływ na politykę i dzieje Francji był niezaprzeczalny? Postać ks. Jacquesa-Bénigne’a Bossueta znają zapewne jedynie specjaliści, ale, rzecz jasna, nie umniejsza to wpływu jego idei i kazań na mentalność oraz kształt polityki Króla Słońce (Ludwika XIV). Co prawda niektóre idee tego myśliciela, jak chociażby koncepcja postrzegania księdza jako bytu pośredniego między człowiekiem a aniołem, zapisały się w dziejach niekoniecznie złotymi zgłoskami, ale nie bądźmy drobiazgowi. Znacząca pozycja ludzi Kościoła, szczególnie tych będących na szczytach hierarchii, sprawiła, że kler kojarzono bardziej politycznie niż religijnie, bycie biskupem, przeorem, opatem (zwłaszcza komendatoryjnym, czyli jedynie ciągnącym zyski z majątku klasztoru) zaczęto kojarzyć przede wszystkim z władzą i dochodami, a nie głoszeniem Ewangelii czy świętością życia. Utrwalaczem dla takiego podejścia – uzupełniającym nadto tę wizję o aspekty niedouczenia, promowania przesądów i karierowiczostwa – stały się pisma myślicieli oświecenia. W nich właśnie pojęcie bon curé pojawiło się w znaczeniu prześmiewczym, lekko pobłażliwym, czasem szyderczym, i do takiego właśnie odnosi się ks. Jan we wspomnianym wywiadzie rzece.
Jest jednak i drugie znaczenie, obecne w pismach ascetycznych przeznaczonych dla kapłanów, a nawet w sztuce XVIII w. To obraz skromnie żyjącego wiejskiego proboszcza – dbającego o wiernych, zwłaszcza tych najbardziej potrzebujących, ciepłego i przyjaznego. Przypominającego nieco podlaskiego księdza sportretowanego w komedii U Pana Boga za piecem, tyle że bez świetnie zaopatrzonych spiżarni oraz piwniczki i lekko kapralskiego drylu wypływającego z przekonania, że najwyższym przejawem zaufania jest kontrola. Chociaż, jak patrzę na kanonizowany przykład klasycznego francuskiego bon curé, czyli św. Jana Vianneya, trzymanie owieczek mocną ręką jednak dostrzegam. Nawet jeśli Proboszcz z Ars nie dysponował, jak ten ze wspomnianego filmu, „pagierami” (podlaskie określenie na pagery), którymi mógłby przypominać o konieczności odprawienia pokuty. Cóż, przyjmijmy, że najwyraźniej niektóre owieczki tego potrzebowały.
Mamy więc do czynienia z kulturą, która proponuje albo skrajny klerykalizm, albo widzenie księdza jako uwikłanego politycznie, łasego na pieniądze i władzę (a może nawet odwrotnie), niedouczonego „specjalisty od wszystkiego”, albo wizję duchownego, który uprawia posunięty aż do negacji siebie samego radykalizm. Bon curé jest więc, odpowiednio, albo unoszącym się w dymach kadzideł półanielskim bytem, albo świetnie odżywionym na koszt wiernych cynicznym i ograniczonym intelektualnie karierowiczem, albo wychudzonym biedakiem w sutannie przykrywającej obszarpane ubranie. Ten ostatni sposób postrzegania duchowieństwa przebija zresztą w reakcji mamy ks. Jana na informację o tym, jakie wybrał powołanie, że jako ksiądz będzie on żebrakiem. Odpowiedź syna jest ogólnie znana: „Tak, ale ekskluzywnym, bo będę żebrać wewnątrz kościoła, a nie przed”. Wtedy jeszcze nie mógł przypuszczać, że przyjdzie mu zbierać pieniądze także w mediach, korzystając ze statusu onkocelebryty, co tę ekskluzywność uzupełni o dodatkowy aspekt – nieliczni ekskluzywni żebracy w koloratkach miewają zaproszenia do TVN-u lub prowadzili własne programy w Boskiej TV. Jak więc widać, niewiele pozostaje tu przestrzeni na widzenie kapłaństwa jako po prostu jednego z życiowych powołań. Na szczęście ks. Jan był sybarytą (to nie mój wymysł, on sam tak się określał) rozmiłowanym w polędwicy, pysznej kawie i pogaduszkach przy alkoholu (niskoprocentowym, ale oczywiście dobrym). Przypuszczam, że właśnie to, uzupełnione o przekorę i dystans do siebie, ostatecznie pomogło mu pozostać ludzkim księdzem, jak o nim mawiali wierni, którymi się opiekował. Pozostało w nim napięcie między byciem na świeczniku, pod koniec życia także medialnym, oraz pragnieniem bycia przede wszystkim dla ludzi jako ich sługa. Był bon curé we wszystkich kulturowych sensach tego terminu, może poza statusem półanielskiego bytu na obłoczku.
W byciu harcownikiem Pana Boga ważne są dwa aspekty (drugi omówię bliżej w ostatnim rozdziale). Pierwszy to czuwanie nad rytuałami przejścia. To ostatnie pojęcie, wywodzące się z języka religioznawstwa i socjologii, oznacza obrzędy dotyczące przechodzenia z jednego etapu życia do drugiego. Na czysto społecznym gruncie będzie to np. zawarcie małżeństwa lub ukończenie studiów. Jeśli chodzi o religię, zaliczymy tu święcenia, złożenie ślubów lub zawarcie sakramentalnego związku. Najważniejszymi jednak momentami przejścia w tej drugiej sferze jest wejście do wspólnoty wiary (w przypadku chrześcijaństwa chrzest św., ale też do pewnego stopnia fizyczny poród) oraz chwila śmierci, dla wierzących będąca momentem narodzin dla wieczności, a tym samym nie tyle końcem, co ostatecznym początkiem. Zresztą bywa, że oba te momenty ks. Jan ze sobą zestawia, ukazując ich podobieństwo i, przynajmniej jeśli chodzi o moją wrażliwość, dając w ten sposób nadzieję, że skoro narodziny z łona matki dały nam cały nowy świat, to ze zgonem będzie podobnie: „Śmierć jest momentem, w którym umierający staje się wyjątkowo kruchy i bezbronny. Jest jak noworodek, który przychodzi na świat. Przypominam więc trochę położną, pomagającą w tych szczególnych, powtórnych narodzinach” (Życie na pełnej petardzie, s. 226). To zresztą był jeden z powodów, dla których, jeśli mógł, nigdy nie odmawiał pojawienia się przy łóżku konającego, nawet kiedy sam był już pacjentem własnego ośrodka.
Bon curé ma więc towarzyszyć wiernym w chwilach początku i końca, bo są to momenty graniczne, szczególnie drażliwe, podatne na zniekształcenia oraz o zwiększonym znacznie ryzyku porażki i błędu. To wejście w nową, nieznaną rzeczywistość, która może budzić lęk. Tymczasem nie ma ucieczki od przejścia do niej ani nie da się po tym przejściu cofnąć. Dźwięczą mi w głowie słowa, które ks. Kaczkowski wypowiedział do jednej z podopiecznych, do której przyszedł z namaszczeniem chorych i wiatykiem: „Nie bój się. Idź”. Czasem wolimy znajomy ból i cierpienie, nawet skrajne, ale które do jakiegoś stopnia oswoiliśmy, niż przekroczenie progu nowego, ale nieznanego. Potrzebny jest więc ktoś, kto będzie nam w dokonaniu tego kroku towarzyszył jako oparcie, kto będzie znał rytuały ułatwiające pokonanie lęku, a czasem delikatnie nakłoni do przejścia na drugą stronę. Taką właśnie rolę księdza dobrze oddaje scena opisana przez Damiana Kramskiego, „nadwornego” fotografa ks. Kaczkowskiego: „Janek siada z córką pacjentki przy stole i zaczyna tłumaczyć, co mniej więcej będzie się działo z mamą. Chce ją na wszystko przygotować. To było dla mnie poruszające: nigdy wcześniej takich rozmów nie słyszałem. Wszyscy płaczą, Janek wstaje, daje namaszczenie. Potem rodzina, włącznie z dziećmi, na jego sygnał klękają i zaczynają się modlić” (Wilczyński, s. 199). Jedna ze współpracownic z hospicjum zaś, Helena Piotrowicz wspomina: „Jak oni na niego wyczekiwali, jakie on im dawał wsparcie. A jak wchodził do środka, to był jak Bóg i car” (Wilczyński, s. 198). Czyżby był to skrajny klerykalizm (w końcu mówimy tu o Kaszubach), czy raczej naturalna potrzeba przewodnika, pilota, który przeprowadzi przez niesłychanie trudne, bo delikatne doświadczenie? Jeśli do tego jest on jeszcze kimś zaufanym, zna drogę i swoim sposobem bycia ułatwia wkroczenie na nią, to pojawiają się takie sceny: „Gdy chodziliśmy od łóżka do łóżka, widziałem, jak na twarzach podopiecznych pojawia się uśmiech. Przytulali go, patrzyli jak w obrazek. A on niestrudzenie z nimi gadał” (Wilczyński, s. 179). Ostatecznie każdy w śmierci i narodzinach jest sam na sam z Bogiem, ale dobrze, jeśli w chwili, kiedy wejdziemy w to doświadczenie, ktoś będzie nam towarzyszył i swoim działaniem upewni, że możemy Mu zaufać.
Flamandowie z Pucka i okolic
Tu drobny wtręt wyjaśniający wcześniejszą uwagę o Kaszubach. Dodatek o tyle istotny, że ich stosunek do wiary i kleru także miał wpływ na to, jak przeżywał swoje bycie księdzem posłany do nich duszpasterz. Dowodem przesiąkania kaszubskością jego sposobu myślenia było chociażby to, że zdarzało mu się w wystąpieniach publicznych używać zwrotów z języka swoich wiernych, a pod koniec życia mawiać: „Wiem, bo jestem z Kaszub”.
Co prawda po II wojnie światowej północna Polska stała się jednym z terenów, na które napłynęło najwięcej ludności relokowanej z dawnych Kresów Południowo-Wschodnich, ale pozostali tam także ci, którzy zamieszkują te tereny od wieków, i to oni nadają, a na pewno nadawali w pierwszej dekadzie XXI w., ton tamtejszej mentalności, szczególnie na terenach wiejskich. Lektura ich charakterystyk – czy to w wywiadach z ks. Janem, czy w przywoływanej tu już biografii – sprawiła, że w głowie zaczęła mi w kółko rozbrzmiewać (nie masz ucieczki przed francuszczyzną…) piosenka Jaquesa Brela Flamandowie, po polsku genialnie wykonana przez Michała Bajora:
Flamandowie tańczą, milcząc wciąż,
przy niedzieli tańczą Flamandowie.
Nie pogadasz z nimi w tańcu, bo
Flamandowie nierozmowni są.
[.............................................................]
Obcy jest im w tańcu słodki dreszcz,
gdy w niedzielę tańczą Flamandowie.
Gdy Flamandów trochę znasz, to wiesz,
obcy jest im jakikolwiek dreszcz.
Faktem jest, że na tamtych terenach w średniowieczu było spore niderlandzkie osadnictwo, ale nie sądzę, że w tym właśnie fenomenie należy upatrywać źródeł podobieństwa Kaszubów i Flamandów. Prędzej wynika ono z przerysowania opisu tych pierwszych zarówno przez ks. Kaczkowskiego, jak i jego biografa. Owszem, mieszkańcy tamtego regionu nie są wylewni, wręcz przeciwnie: dość nieufni i zdystansowani, do tego nastawieni zadaniowo; opisywanie ich jednak jako pozbawionych empatii lub twardogłowych to gruba przesada. Ksiądz Jan podczas praktyk diakońskich w Gdańsku miał do czynienia z potomkami emocjonalnych repatriantów z Kresów Południowo-Wschodnich, więc przywykł, że po pogrzebie przychodzą z gorącymi podziękowaniami za celebrację. A w Pucku nic, martwa cisza, co oczywiście boleśnie dotykało jego kapłańskie ego. Dopiero po pewnym czasie zrozumiał, że jeśli kaszubskie owieczki na jego posługę reagują milczeniem albo pomrukiwaniem, to jest idealnie. Inaczej z pewnością by się dowiedział, co jest nie tak.
Nadto jeśli Kaszubi przekonają się, że mogą na kimś polegać, że jest pracowity, że tak jak oni żyje poważnie i serio traktuje dane słowo, będą wobec niego głęboko lojalni. Stanie się wręcz „dobrem regionalnym”, czego przejawem w przypadku ks. Jana było to, że ludzie, którzy opiekowali się paliatywnie chorymi, przekazywali dalej jego numer telefonu i polecali go sobie, a kiedy przyjeżdżał, większość przyjmowała to, co mówił, z dziecięcą ufnością.
Wróćmy do Brela. Do mieszkańców Kaszub pasuje także zestaw autorytetów podany przez poetę (rodzice, belfer w szkole i duchowny) oraz skupienie na pracy i jej efektach:
Tańczą, mając siedemdziesiąt lat.
Piękny wiek, by się dowiedział świat,
że ich życie osiągnęło cel:
rosną wnuki i na piwko chmiel.
[.............................................................]
Do podziału w testamentach swych
mają sporo i dlatego może
tańczą tak, tańczą tak.
A także to, że zwrotkę wcześniej francuski bard podkpiwa:
Tańczą przy niedzieli, milcząc wciąż,
bez uśmiechu tańczą Flamandowie.
Bo kto ich zna, przyzna, co tu kryć,
Nie do śmiechu jest Flamandem być.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Rozdział II
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział III
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział IV
Dostępne w wersji pełnej
Rozdział V
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
