Lekkomyślna księżna. Powieść sensacyjna - Stanisław Antoni Wotowski - ebook

Lekkomyślna księżna. Powieść sensacyjna ebook

Stanisław Antoni Wotowski

3,0

Opis

Powieść historyczna z elementami sensacji. Opisuje losy siostry jednego z najznamienitszych przywódców Francji – Napoleona. Styl pisania powieści typowy dla powieści sensacyjnej, co nadaje lekkości historycznemu charakterowi książki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 210

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,0 (1 ocena)
0
0
1
0
0

Popularność




Stanisław Antoni Wotowski
Lekkomyślna księżna
Powieść sensacyjna
Warszawa 2016
Rozdział I
Przygoda w oberży

Doprawdy, gdybym się w ten słotny marcowy dzień 1809 roku nie był wybrał na wycieczkę w okolice Chantilly, nie spotkałby mnie dziwny szereg przygód niezwykłych, jaki mnie spotkał, i nie zetknąłbym się z różnymi osobami, które taką w moim życiu odegrały rolę...

Ale...

Pamiętam, mżył lekki deszczyk a błotniste kałuże z głośnym chlupaniem bryzgały pod kopytami gniadosza. Stąpał, niespokojnie potrząsając szyją, snadź niezadowolony ze zbyt powolnej przejażdżki.

– Gdzież, u licha, jestem?

Rozejrzałem się dokoła. Zmrok zapadał szybko, ciemności stawały się coraz nieprzenikliwsze, a tylko wysmukłe sylwetki drzew znaczyły pasmo drogi.

– Alem się zamyślił...

W rzeczy samej jechałem pogrążony w zadumę, bez celu. Urlopowany po hiszpańskiej kampanii, z powodu lekkiej kontuzji, siedziałem w Paryżu, zdrów teraz i sam nie wiedząc, co począć z czasem, w oczekiwaniu, póki reszta naszych szwoleżerów do Chantilly, gdzie znajdowały się koszary, nie ściągnie...

Prawdę rzec, nudziło mi się tęgo w onym wychwalanym Paryżu.

Bo to choć i wielkie miasto, stolica, i człowiek śród bitew wciąż marzył, aby tam się dostać, ale wojskowemu zawszeć markotno bez rąbaniny, pochodów i kolegów... Było tu i paru naszych – i szef Stokowski i kapitan Jerzmanowski i Wąsowicz, porucznik. Pierwsi, ciągle zajęci służbą i przygotowaniami, w oczekiwaniu przybycia pułku krzątając się po koszarach niby wśród ataku, wcale gadać z nikim nie chcieli, a Wąsowicz, zakochawszy się w jakieś mademoiseli, całe dnie u Francuzicy przesiadywał...

Nudziłem się tedy, jak szabla w pochwie, a że kontuzja przestała dokuczać, włóczyłem kędy oczy poniosą, póki nasi nie przyjdą a Napolion do nowego marszu nie wyda rozkazu...

Żeby choć z urodziwą niewiastą było się spotkać!

Łyskały okiem w Paryżu niby te wszystkie damy na nasz błyszczący mundur a zęby szczerzyły, aleć to wszystko takie delikatne a wysztafirowane, że nie wiadomoć, ani z której strony zajść, ani jak się zabrać, ani jak zagadnąć... ani w jakie cirkumfibulacje z taką elegantką się wdać...

Zostawał jedynie towarzysz... gniadosz...

Toteż w ów marcowy wieczór ja, Stanisław Gasztołd, podporucznik szwoleżerów gwardii, znudzony włóczeniem się po ulicach a oglądaniem Wersalu i Tuilerii, poszedłem do koszar, dosiadłem konia a pojechałem, prosto przed siebie...

Jadąc, wspominałem niedawne dzieje.

Przed dwoma laty, jako dwudziestodwuletni młodzieniaszek, zaciągnąłem się pod orły cesarskie, by później przejść do pułku szwoleżerów sformowanego przez hrabiego Krasińskiego. Ot, tam ci to była służba! W bojach pod Saragossą i w świetnej somosierskiej szarży... Tam cesarz nas pozdrawiał, wołając niech żyją Polacy, tam zdobyłem tyle upragnione szlify oficerskie...

Piękne to były czasy, my szwoleżerowie jednym z najpierwszych pułków najświetniejszej armii w Europie, a niejeden oficer wstępował do nas na szeregowca, zrzekając się swej rangi, byle się znaleźć w szeregach nas, szwoleżerów...

Z dumą myślałem, jakie wrażenie sprawić musiał mój awans tam, na moich staruszków zamieszkałych w skromnym dworku nad Pilicą, jak zmartwić się oni musieli z wieści początkowej o mej ranie – a następnie ucieszyć, iż syn ich jest nie tylko zdrów, ale jest podporucznikiem, podporucznikiem gwardii cesarskiej...

Hej! Z podporucznika tak łatwo zostać porucznikiem, kapitanem, majorem, pułkownikiem... ba... nawet marszałkiem...

Czyż inaczej awansowali Lannes, Bessieres, Murat, Oudinot... tylu innych...

Do stu bomb i kartaczy! Wszak wciąż przebąkują, iż pójdziemy tam, nad Wisłę, rozszerzyć księstwo Warszawskie a odzyskać dawne nasze granice. Przebąkują... to musi być prawda! Napolion niby to w przyjaźni i z Moskalem i z Austriakiem. Ale, jak co, wiadomo!

Taka przyjaźń czarta warta! Pójdziemy, a wówczas jakie miny zrobią w Warszawie ci panicze spod znaków księcia Józefa, Dąbrowskiego i Zajączka, kiedy mnie zobaczą w mundurze oficera gwardii cesarskiej... Ciekawe? A tak ze mnie dworowali, gdym wstępował na zwykłego szeregowca.

Podobny wątek myśli snuł się w mojej głowie... kiedym nagle się ocknął i rozejrzał dokoła... jadąc wprost przed siebie, w okolice Chantilly ujechać musiałem dość daleko, a skręcić na jakąś boczną dróżkę, bo główny trakt zaginął zupełnie a z dala nie widać było zarysów miasta...

Hm... mruknąłem... zagubiłeś się, panie podporuczniku Gasztołdzie, lecz nieszczęścia nie ma! Francja nie Hiszpania, nie grozi zza drzewa niespodziana kula gerylasa... Wnet zasięgniemy języka, toć nie pustkowie...

Ponagliwszy do szybszego kłusa gniadosza, raźno ruszyłem naprzód.

Przewidywania nie zawiodły. Po paruminutowej ledwie drodze, ujrzałem z dala migające światełko. Był to słaby odblask i pochodził z jakowegoś domku. Kiedym bardziej się zbliżył, rozeznałem iż ów domek jest oberżą, jedną z licznie rozsianych w okolicach Paryża. Stała nieco na uboczu, schowana śród drzew, a czerwona latarnia zawieszona pod szyldem, oświetlała wielkimi złotymi literami wymalowany napis: Repos au voyageurs – odpoczynek podróżnym.

Nie ja jeden snadź musiałem skręcić do tej karczmy, gdyż na podwórzu stała wcale pięknie wyglądająca karoca tudzież kilka koni – na pierwszy rzut oka, po wojskowych czaprakach rozróżnić było można, należących do oficerów.

– Ha! Zacna zebrała się kompania – pomyślałem – tym panom wszystko jedno gdzie pić, byle wino było dobre!

Nie namyślając się długo, zeskoczyłem z gniadosza, przywiązałem go również do płotu i śmiałym krokiem wszedłem do izby.

Buchnęło na mnie ciężkie, oparne powietrze.

Za długim, wysokim szynkwasem gospodarowała coś koło gąsiorów przystojna, tęga szynkareczka.

Nieco opodal, za stołem, na drewnianych zydlach siedziało dwóch oficerów huzarskich pułku Bercheny’ego i wcale nieźle już musieli pociągnąć, o czym świadczyły twarze zaczerwienione i pijacka głośna rozmowa.

Obrzuciwszy wzrokiem owych jegomościów – a widząc, że szarże mieli ze mną równe, nie kwapiłem się im pierwszy składać ukłonu. Oni również zerknęli przelotnie i prowadzili dalej swą gawędę, nie zwracając na mnie uwagi.

Nieco zły wykręciłem się do dudków tyłem a trzasnąwszy głośno rękojeścią pałasza o stół, zawołałem o wino.

Podskoczyła szynkareczka.

– O pan porucznik – rzekła, spoglądając na mój mundur – nosi nieznane dystynkcje, wolno zapytać, jaki pułk... wszak odznaki gwardii cesarskiej...

– Dziwi mnie bardzo – odparłem – że go tu nie znacie, moja panno! Szwoleżerowie gwardii! Polacy! Jeden z pierwszych pułków najjaśniejszego pana...

Za mną rozległy się lekkie śmiechy. Widocznie huzary pozwalały sobie na jakieś uwagi.

– Tak! – powtórzyłem – jeden z najpierwszych pułków. I uszy bym temu uciął, kto by ośmielił się zaprzeczyć!

Uwagi tamtych durni z tyłu umilkły. Natomiast szynkareczka, nalewając złociste wino, mówiła.

– Szwoleżerowie... o wiem... Wiem, ci, co to tych hiszpańskich zbójów w tych górach tak tłukli... Wiem, nawet w gazetach pisali... Pan porucznik Polak? O to bardzo miły naród! Każdy Polak ma podobno na imię Stanisław i jest przystojny... Czy i pan porucznik... Stanisław?

Udobruchany nieco roześmiałem się szczerze.

– Zgadłaś moja obywatelko! W rzeczy samej, na imię mi Stanisław, ale i inne u nas też bywają imiona... Ażeby cię przekonać, rozpowiem o twojej oberży kolegom, którzy niechybnie zapragną zobaczyć tak miłą gosposię...

– Bardzo, bardzo proszę! I pan porucznik niechaj też częściej zagląda! Do nas bardzo blisko ze stolicy, tylko trzeba jechać nie tą drogą na prawo... pan zdaje się z prawej strony przyjechał... a na lewo...

– Wiem – poświadczyłem, choć z jej ust dopiero dowiadywałem się o należytym kierunku, rad iż nie muszę rozpytywać o drogę, a tym może dostarczyć z tyłu siedzącym huzarom powodu do dowcipków z przyczyny mej nieznajomości okolic Paryża – wiem i nie omieszkam wizytę powtórzyć!

– Będę czekała – szepnęła cicho – bardzo lubię oficerów, męża mam starego... i nudzę się tu sama...

Co powiedziawszy, szybko uciekła za szynkwas, gdzie z miną poważną, jęła gospodarzyć śród flaszek i gąsiorów.

– Wcaleś, moja acani, niczego – pomyślałem, nabijając lulkę a pociągając francuskiego cienkusza z kubka – wcaleś niczego i w rzeczy samej, warto będzie te odwiedziny powtórzyć. No, a teraz przyjrzyjmy się tym pankom od Bercheny’ego, bo jak jeszcze który choć nieznacznie się skrzywi, to jakem szwoleżer i szlachcic polski, mimo wszystkich zakazów przeciw pojedynkom cesarza... nie przepuszczę... – Wykręciwszy się nieco z zydlem, śmiało spojrzałem na dudków.

Ci jednak, czy zapomnieli naprawdę o mojej obecności, czy nie chcieli wszczynać awantury, teraz siedzieli odwróceni, coś szepcząc do siebie, a ich spojrzenia biegły w zgoła odmiennym kierunku.

Patrzyli w pogrążony w mroku kąt izby a przy tym tak się wzajem poszturchiwali, uśmiechali, zamieniając przyciszonym głosem jakieś spostrzeżenia, że w pierwszej chwili odniosłem wrażenie, iż w głowach im się pomieszało albo upili się do nieprzytomności.

Jąłem zaciekawiony w tąż stronę spozierać a gdy oko nieco przywykło do ciemności i ja, z kolei, się zdumiałem.

W mrocznym zupełnie rogu izby siedziała jakaś niewiasta, ubrana czarno, z głową otuloną wielkim zawojem, że cała jej postać, rzekłbyś, zlewała się z otaczającymi ciemnościami. Teraz dopiero wspomniałem o oczekującej na dworze karocy, domyślając się, iż nią przybyć musiała nieznajoma.

Nadstawiłem ucha.

– Kto to może być? – mówił jeden z huzarów.

– Sądzę, że coś lepszego...

– Przyjechała karetą...

– Może aktorka...

– Sacrebleu! Doprawdy, nie wiem...

– Zagadać?...

– Jeśli masz odwagę.

– Ja bym nie miał?!

Właśnie podnosił się już z miejsca młodszy z panków od Bercheny’ego, gdy w tejże chwili, w drzwiach oberży ukazał się człowiek wyglądający na woźnicę. Podszedł do nieznajomej i niespokojnie rozglądając się dokoła, szepnął:

– Czy długo jeszcze oczekiwać będziemy?...

– Sądzę, wyruszymy wnet. Już ósma wieczór. Miał być o szóstej... – zabrzmiał melodyjny głos. – Nie przyjedzie...

– Więc mam szykować się do odjazdu?

– Tak!

Woźnica wyszedł, nieznajoma zastukała na szynkareczkę, aby uiścić swój rachunek.

– A więc miało być słodkie rendez-vous, które się nie udało... – mówił teraz starszy huzar. – Hm, biedna dama! Nie dziwię się, iż siedziała markotna! Ale też sobie i miejsca wybiera na spotkania!

– Tam do czarta! – krzyknął niemal głośno jego towarzysz – a może byśmy tak nieobecnego zastąpili!

– Wcale niezły pomysł, tylko spiesz się, bo już odchodzi!

W rzeczy samej, nieznajoma powstała, kierując się do wyjścia. Szła powoli, majestatycznie, nie zwracając na obecnych uwagi, gdy oficer, poderwawszy się szybko z miejsca, zastąpił jej drogę.

– Madame!

– Doprawdy, nie pojmuję?... – bąknęła zdziwiona.

– Właśnie widzieliśmy, że pani siedzi sama, się nudzi i dlatego tak rychło opuszcza ten przybytek. Sądziliśmy więc...

– Proszę mnie przepuścić! – rzekła ostro, przerywając potok wymowy pijanego.

– Zaraz, zaraz, ma toute belle! Więc, pragnęliśmy zaprosić o towarzystwa...

– Wstyd, aby huzar francuski zaczepiał niewiasty, które nie dają do tego żadnego powodu! Proszę pozwolić mi przejść!

– No... no... myślę, że bardzo wielkie damy w podobnej oberży bywać nie mogą... Karetą, ślicznotko, nam nie zaimponujesz! A parę mile spędzonych chwil w kompanii oficerów, despektu nie przyniesie! Po cóż tyle certacji?...

– Błazen!

– Wymyślać poczynasz! O, to nie tylko nie przepuszczę, ale welon, co zasłania piękne wdzięki, wnet uchylę...

Podniósł ręką, jakby pragnąc spełnić swą groźbę. Nieznajoma cofnęła się o krok i rzuciwszy wzrokiem w moją stronę, zawołała:

– Czyż doprawdy nikt z noszących mundur, nie stanie w obronie napastowanej białogłowy!

I bez tego wykrzyknika, miałem ochotę w całą historię się wdać. Raz, że chciałem huzarkowi udzielić nauki za śmiechy z najpierwszego pułku szwoleżerów gwardii, po drugie, żem zawsze stawał w obronie kobiety.

Zaorała tedy we mnie krew a zbliżywszy się do natręta zapytałem niby to pozornie spokojnie:

– Hola! Kochasiu! A odkąd to huzarzy Bercheny’ego wprowadzili zwyczaje zbójeckie?

– A tobie, gołowąsie, co do tego?

– To mi do tego – rzekłem – iż nie lubię, gdy byle kto mi staje na drodze!

Tu, ująwszy wąsala pod ramię, ponieważ natura sił mi nie poskąpiła, pchnąłem go tak, iż potoczył się o parę kroków i upadł na ławę.

– Droga wolna, madame... – zwróciłem się z ukłonem do nieznajomej... proszę iść...

Lecz przeciwnik mój, powstawszy z miejsca, wyciągał już pałasz.

– Powiadasz: wolna? – krzyknął – Zobaczymy, jak dla kogo, bo ty na sucho nie ujdziesz...

Towarzysz jego również obnażył broń.

– Chętnie wam stanę – odparłem z uśmiechem, patrząc na ich rozsierdzone miny – jak sobie nawet chcecie, czy obaj razem, czy oddzielnie, z osobna. Ot! tak tylko zaznaczę, że jak obaj razem, to wyglądać będzie nie na pojedynek, a na napad zbójecki... No, en avant, zaczynajcie...

– Nie jesteśmy bandytami, a oficerami – rzekł drugi huzar, chowając pałasz do pochwy – towarzysz został obrażony przez waści, słusznie mu się satysfakcja należy... Co do mnie... później zobaczymy... Nie chwal się tak, młokosie...

Zadźwięczały ostrza naszych szabel. Huzar napadł na mnie z niebywałym impetem, lecz wnet po paru złożeniach poznałem, iż z wcale mizernym mam do czynienia przeciwnikiem. Toteż, nie zamierzając przedłużać zabawy, puściłem tego młynka, co to mój ojciec, gracz w szable nad gracze, jeszcze za młodu mnie wyuczył, a wytrąciwszy francuzowi broń z ręki, że z hałasem upadła w róg pokoju, odezwałem się spokojnie.

– Dość?

Obaj milczeli. Jeno rozbrojony mój przeciwnik gryzł wąsy ze złością.

– A może acan ma ochotę stanąć, drugi mości zabijako?

– Nie widzę powodu, abyśmy mieli się rąbać – rzekł tamten, snadź rozważniejszy. – Mój kolega postąpił nieco gorąco, za co dostał naukę...

– Skoro tak, żegnam... A na przyszłość pamiętajcie... Polakom w drogę nie wchodzić!

Rzuciłem złotą monetę szynkareczce, która głośno lamentując, przyglądała się naszej utarczce, i szybko wyskoczyłem z izby. Ku mojemu zdumieniu, nieznajoma siedziała w karocy i z niej obserwowała całą scenę.

– Pani jeszcze tu?

– I w moich żyłach płynie rycerska krew – posłyszałem odpowiedź – siły nie miałam odjechać, aby się przódy nie dowiedzieć, co się stało z moim obrońcą...

– Doprawdy?

– I mu podziękować...

Mała, wypieszczona, woniejąca rączka wysunęła się z okna karocy i sama jakoś przylgnęła do moich warg. Chwilę stałem oszołomiony, nie wiedząc co gadać ani nie śmiąc nawet oczu podnieść, bo to żołnierzowi łacniej się rąbać, niźli z niewiastą dyskurs wieść. Wreszcie, rozumiejąc, że cośkolwiek należy powiedzieć, jąłem mruczeć:

– Bo... bo... tedy... madame...

– Chciał porucznik, suponuję – rzekła, z lekkim śmiechem w głosie – zapewnić mnie o swej gotowości do dalszej opieki...

– Tak.

– Owszem, chętnie przyjmuję, panie kawalerze. Więcej dodam, rada z niej będę, bo osłonić mnie może od nowej napaści. Niewiele czasu zajmie... do Paryża niedaleko...

Ruszyliśmy.

Dama jechała w karecie, ja cwałowałem na moim gniadoszu obok. Teraz ośmielony starałem się ją lepiej zaobserwować. Twarzy rozeznać nie mogłem, gdyż wciąż przesłaniał ją ten przeklęty woal, sądząc z głosu jednak musiała być młoda. Domyślałem się również, nie wiedzieć czemu, że musi być piękna, wszak tak cudną do pocałunku wyciągnęła rączkę.

Lecz kim mogła być ona? Aktorką? Damą z wielkiego świata, oczekującą na amanta? Karoca, jak zauważyłem, nie nosiła żadnej cyfry ani herbu, woźnica nie był ubrany w liberię znamionującą świetny ród lub dostatek.

Więc?

Nieznajoma, jakby sądząc, iż pierwsza winna jest wyjaśnienie, poczęła:

– Oczekiwałam na kogoś, kto miał przybyć w bardzo pilnej sprawie i nie przybył... Wybrałam tę oberżę, sądząc, iż w niej nikogo nie napotkam...

– Tymczasem, bywa tam pono wielu oficerów... zdaje się gwoli przystojnej gosposi...

– Nie powinnam była wchodzić... ale zimno dojmujące na dworze... Nie mogłam wszak godziny marznąć w pojeździe... Co za straszliwa nauka! Boże! aż boję się pomyśleć... gdyby nie pan...

– Et, wspominać nie warto!

– Porucznik sobie nie imaginuje, z jak przykrej opresji mnie wyratował!

Zamilkła. Ja również nie wiedziałem, co dalej prawić, chcąc podtrzymać rozmowę. Korciło mnie, aby dowiedzieć się czegoś bliżej i zobaczyć oblicze nieznajomej. Lecz należało postępować oględnie a politycznie. Toteż po dłuższym namyśle, podczas gdy ona wciąż siedziała zatopiona w rozważaniach, odezwałem się nagle:

– Przecenia miłościwa pani moje zasługi! Com uczynił, uczyniłby każdy inny na moim miejscu! Lecz, gdybym w dalszym ciągu na co mógł być przydatny... jestem na rozkazy...

– Ach, nie... Dziękuję... Może później... Pan jest szwoleżerem gwardii?

– Tak! – potwierdziłem dumny, iż dama od razu rozeznała mój mundur. – Z pułku lekkokonnego, ulubionego pułku cesarza Napoliona! Jesteśmy Polacy i wszyscy w obronie najjaśniejszego pana, ojczyzny i... czci niewiasty na kawałki damy się porąbać... nie, raczej na szablach zawsze rozniesiemy naszych nieprzyjaciół...

– Pięknie powiedziane...

– Wielki to dla mnie honor, pani, iż jej się sprezentuję... Podporucznik Stanisław Gasztołd... kwaterujący w koszarach Chantilly...

– Gasz... tołd... – powtórzyła, z trudem wymawiając cudzoziemskie dla niej nazwisko. – Stanislas... Stanisław... bardzo ładne imię...

– Masz, i ta – pomyślałem, wspominając niedawną rozmowę z oberżystką. – Wszystkie Francuzki tylko tyle o nas wiedzą, iż nosimy takie imiona – a głośno dodałem: – Tam więc, łaskawa pani, można mnie szukać i zawsze...

– Może kiedy skorzystam... – dorzuciła, jak znów mi się wydało, z lekkim w głosie śmiechem.

Znów zapadło milczenie. Zaiste, nie była moja nieznajoma zbyt rozmowna i, mimo wszelkich zapewnień o wdzięczności z racji jej okazanej przysługi, skłonna do szczerszej rozmowy lub udzielenia o swej osobie bliższych wyjaśnień.

Urażony nieco, cwałowałem teraz przy oknie karety, oczekując aż się odezwie – lecz daremnie. Tak to, bez słowa, jechaliśmy może z kwadrans, póki nie zajaśniały pierwsze światła przedmieść Paryża.

Zauważywszy je, nieznajoma zawołała na woźnicę, aby przystanął.

– Tu waćpana pożegnam – oświadczyła, wyciągając ku mnie rączkę – dalsza opieka byłaby zbyteczna.

– Skoro pani sobie tego nie życzy...

– I jeszcze mam jedną prośbę!

– Słucham?

– Aby waćpan nie jechał w ślad za moją karetą i nie starał się dowiedzieć, ani dokąd się udaję, ani kim jestem!

Ach, więc tak! Starała się mnie najwyraźniej pozbyć. Na tym miała się zakończyć tak pięknie rozpoczęta przygoda. Nie było to nazbyt grzeczne ze strony nieznajomej, lecz dalipan, cóż miałem czynić – raz stanąwszy w obronie napastowanej kobiety, nie wypadało mi w dalszym ciągu wobec niej okazać się natrętnym.

– Ha, trudno! zastosuję się do rozkazu! – rzekłem, z wielkim rozczarowaniem w głosie. – Jeśli taka wola miłościwej pani!...

– To rozumiem! To jest prawdziwy rycerz! – zawołała, wychylając głowę z karocy. – Zresztą, może podobne poświęcenie znajdzie nagrodę! Wiem, kim waćpan jest, wiem, gdzie go szukać i skoro stosowna chwila...

Tu figlarz przypadek, a raczej wiatr figlarz, wypłatał nieznajomej najzłośliwszą psotę. Gdy tak przemawiała do mnie wychylona przez okno karocy, zefir złośliwy, poderwawszy silnym podmuchem zasłonę, obnażył twarz całkowicie, którą dotychczas ukrywała starannie.

Spojrzałem... i osłupiałem... tak nadobna była moja dama. Rysy delikatne, niby rżnięte w greckiej kamei, ogromne czarne oczy, olśniewająco biała płeć, usta kraśniejsze od malin.

Kiedym przez chwilę ją podziwiał, podczas gdy ona walczyła, aby naprawić wyrządzoną przez wiatr psotę, wargi moje wyszeptały mimowolnie:

– Jaka piękna...

Teraz znów już siedziała z głową owiniętą a w tonie, jakim ozwała się do mnie, nie wiedzieć co przebijało – czy śmiech z mego podziwu, bom szczerze mówiąc, zagapił się na nią z miną wielce głupią, czy niezadowolenie z przypadkowego uchylenia rąbka tajemnicy.

– Takam piękna – rzekła – No... no... wzruszonam doprawdy podobną kontemplacją... A może, porucznik, mnie zna?

– Nie! – wyznałem szczerze.

– Dziwne by było, gdyby pan mnie znał, gdyż zaledwie od paru dni jestem w Paryżu. Tylko chciałam zażartować... A teraz, piękne adieu! I tak ujrzał waszmość moją twarz, której nie powinien był ujrzeć! Lecz liczę na dyskrecję...

– Ach...

– A gdybyśmy się kiedy przypadkowo spotkali... aczkolwiek to mało prawdopodobne... mam nadzieję, że się waćpan nie zdradzi, iż w ogóle się znamy...

– Parol oficerski...

– Bo... bo... jeśli monsieur Stanislas będzie grzeczny... to... to... sama...

Kareta szybko odjechała, a ja jeszcze przez długą chwilę, stałem nieruchomo na miejscu.

Rozdział II
W Saint-Cloud

– Gdzieżeś ty wczoraj przepadał? – zagadnął nazajutrz Wąsowicz, gdy z rana napotkał mnie na koszarowym dziedzińcu w Chantilly. – Zachodziłem wieczorem do ciebie, a tu mi zameldowano, że mości porucznik dokądciś wyruszył i późno w noc go nie ma... Ho, ho, gratuluję, czynimy konkiety śród paryżanek...

– Niestety, jeno gwoli spaceru jeździłem w okolice Paryża, drogę żem zmylił i stąd opóźnienie... Ale w rzeczy samej, przypadkiem napotkałem niewiastę wielkiej urody – odparłem nie chcąc go wtajemniczać we wszystkie szczegóły – i doprawdy zaciekawiła mnie ona... Ty dłużej siedzisz tu a wielkiś światowiec i bywalec...

– Tam, do diaska! – przerwał ze śmiechem – od razu imaginowałem sobie, że była przygoda. No, a poznałeś ją?

– Nie, przejeżdżała przypadkiem w karecie... wyjrzała... ot wszystko...

– Jak wygląda?

– Brunetka o oślepiająco białej cerze, wielkie ogniste oczy, rysy najdelikatniejsze i najregularniejsze, jakie sobie wyobrazić można...

– Oniemiałeś na jej widok?...

– Nieco... I dla tego zapytuję cię, czy nie wiesz, kto to być może...

Wąsowicz jak szalony począł się śmiać.

– Ależ widzę zrobiła na waści wrażenie. Niczym, pamiętasz, w wierszach naszego zacnego Trębeckiego:

Cóż to jest! Gdy cię ujrzę zaraz kolor zmienię

Albo blednieję, albo zbytnio się czerwienię

Gdy chcę do ciebie mówić, miesza mi się mowa...

– Miast dworować – rzekłem, nadąsawszy się srodze, by pokryć konfuzję – racz powiedzieć, czy nie jest to która z dam znanych w Paryżu! Może aktorka?

– Doprawdy, nie wiem – odparł – ale nie wiedziałem, żeś taki Filo romansowy i tak... interesować się umiesz... jeno z wejrzenia... Przyznaj się, tam coś więcej być musiało...

– Nic ponadto, com powiedział! – uciąłem krótko, zły, iż nie zdobywszy żadnej wiadomości, jeszcze naraziłem się na drwiny. – Zostawię cię teraz samego, muszę opatrzyć konia...

Powstrzymał mnie za ramię.

– Nie sierdź się zaraz... A to gorączka! Urazić nie chciałem... A nie dowiedział się waćpan jeszcze najważniejszej sprawy.

– Co?

– Jesteśmy dziś zaproszeni.

– Dokąd?

– Dokąd?... Do... cesarza!

Osłupienie moje było tak wielkie, iż zdążyłem jeno wybełkotać:

– Żarty?

– Żadne żarty. Cesarz nas zaprosił do Saint-Cloud!

– Do Saint-Cloud?

– Tam przebywa teraz i od czasu do czasu urządza bale. Zaprasza na nie prawie wszystkich oficerów gwardii obecnych w Paryżu. Ponieważ my, szwoleżerowie, cieszymy się łaskami, Berthier przysłał do Stokowskiego zawiadomienie, że i nas prosi...

– Tam do licha!

– Czego klniesz, miast się cieszyć!

Przekleństwo wyrwało mi się z nadmiaru wrażenia. Co innego widzieć Napoliona z dala, na polu bitwy, krzyczeć vive l’empereur i dać się choć zabić dla niego, co innego na balu, w tym całym świetnym orszaku... Sam nie wiedziałem, czy się radować, czy martwić... i jak niczego się nie bałem, czułem dziwne ściskanie koło serca...

– I zobaczymy cesarza, tak z bliska?

– A pod Somosierrą go nie widziałeś?... Tylko dziś nie każe ci zdobywać skalistych wąwozów, najwyżej poleci tańczyć z damami...

– Uf...

– Nie sap!... Z lansierem i kadrylem może jako tako pójdzie... A jeszcze, kto wie, twoją tam nieznajomą napotkasz... Czyść mundur, guziki, szlufy... Uszy do góry... Spotykamy się wieczorem i idziemy ze Stokowskim, we trójkę... A teraz, amigo... żegnaj...

I śmiejąc się, pozostawił mnie samego.

*     *
*

Przed ósmą stanęliśmy przed kratą w Saint-Cloud. Wejścia pilnowało dwóch szyldwachów-grenadierów w bermycach. Na dziedzińcu pełno i tłoczno było od karet i pojazdów. Po okazaniu kart naszych z zaproszeniami pełniącemu służbę szambelanowi podążyliśmy na górę wielkimi marmurowymi chodami przybranymi zielenią i znaleźliśmy się w cesarskich salonach.

Salony były rzęsiście oświetlone nieskończoną ilością świec, rozmieszczonych w kandelabrach i wiszących żyrandolach.

Gości było już pełno.

W pierwszej chwili oślepiony zostałem blaskiem mundurów i przepychem ubiorów kobiecych.

– Stańmy gdzie w kącie! – szepnąłem do Wąsowicza. Ten jednak, snadź nie po raz pierwszy na tych salonach bywalec, przytrzymał mnie z lekka za ramię.

– Nic się nie bój – szepnął z uśmiechem – a do kąta się nie pchaj! Ot, tu staniemy a zobaczysz to, co nie wiem, czy kiedy po raz drugi uda ci się w ciągu twego żywota zobaczyć!

Ukryty nieco za kolumną począłem obserwować. Cały ogromny salon obity jedwabiem zielonym z wielkimi złotymi girlandami, a w nich orłami cesarskimi, był wypełniony barwnym tłumem połyskującym od szlif, naszyć, gwiazd, krzyżów i orderów. Kobiety, niemal obnażone, tonęły w powodzi koronek, piór i muślinów. Zewsząd dobiegał gwar wesołych i ożywionych głosów.

– Dawne spartańskie obyczaje rewolucji – mówił mój towarzysz – ustąpiły teraz miejsca zbytkom. Cesarz pragnie, aby jego dwór był najświetniejszym w Europie. Sam nie wydając na siebie niemal nic, żąda, aby jego rodzina i otoczenie występowały z przepychem i bogato...

Rozmyślając nad zasłyszanymi słowami, spozierałem na te kobiety prawie nagie, spozierałem na twarze wodzów, których dotychczas jeno z dala podziwiać mogłem.

– Przyglądasz się naszym marszałkom – ciągnął dalej Wąsowicz – słusznie, bo poza paroma, którychś dotychczas widział na polu bitwy, zapewne nie znasz z nich większości... O, tam stoi cała grupa...

W rzeczy samej, z dala widać było ich szyte złotem mundury przyozdobione takimiż złotymi wawrzynowymi liśćmi.

– Massena, Ney, Lannes.

Ogarnęło mnie nieopisane wzruszenie...

– A tam Augerau...

Patrzyłem, wytrzeszczając oczy, na te znakomitości, które dotychczas znałem tylko z nazwiska.

– A ta pani w tej czerwonej toalecie, co tak wymachuje rękami?

– Marszałkowa Lefèbvre, istny postrach dworu. Prała kiedyś bieliznę cesarzowi i stale zachowuje się tu, jakby była u siebie w pralni.

Ostatnia to uwaga zastanowiła mnie głębiej. Toć wszyscy ci świetni marszałkowie wyszli z nicości i tylko niezwykłej gwieździe cesarza zawdzięczali swe dostojeństwa. Massena wszak był kontrabandystą, Ney kiedyś robił beczki, Lannes pracował jako chłopiec okrętowy...

– Tak, tak – powtórzył Wąsowicz, jak gdyby odgadując moje myśli – każdy z nas nosi, jak sam powiedział cesarz, buławę marszałkowską w tornistrze zwykłego żołnierza – a cały ten dwór, mimo pozorów wielkiej świetności, sprawia dziwne wrażenie. Jak wiesz, byłem paziem u Stanisława Augusta. Mniej bogato tam było, lecz jakże inaczej! Tu patrzy się na nich jak na bóstwa, ale w gruncie dwór to bez żadnej tradycji...

I mnie, prostakowi, nieprzywykłemu do blichtru, otwierały się oczy.

Dwór ten, tak wspaniały z daleka, z bliska tracił. Obok kobiet bardzo wytwornych i bardzo bogato wystrojonych zasiadały żony marszałków niezbyt przyzwyczajone do noszenia dworskiego płaszcza. Prawie tak samo było z ich mężami, których haftowane mundury, tak świetne na paradzie, tak piękne na placu boju, nieprzyjemne stanowiły przeciwieństwo ze słowami i manierami niezbyt dworskimi. Ta szczególna mieszanina pobudzałaby do śmiechu, gdyby główna osobistość Napoliona nie przejmowała jakimś poważaniem i strachem, które zacierały myśl o śmieszności lub przynajmniej stłumiły jej skutki.

– A ten to kto?

Pomiędzy tłumem przechodził czarno ubrany mężczyzna osobliwszej postaci. Mógł mieć około pięćdziesięciu lat, był szeroki w ramionach, lecz szedł przygarbiony, kulejąc, wsparty o laskę o srebrnej, cyzelowanej gałce. Nosił czarne ubranie, bez żadnej ozdoby i takież czarne jedwabne pończochy. Jednak taki autorytet bił od tej niepozornej postaci, iż wszyscy przed nim rozstępowali się z szacunkiem.

– Kto to? – powtórzyłem ze zdziwieniem.

– Pan Talleyrand, książę Périgord, który właściwie trzęsie wszystkim i śmie, jedyny, sprzeciwiać się cesarzowi...

– A ten? – wskazałem na jegomościa, o lisim wyrazie twarzy.

– Fouché... minister policji, największa kanalia, jaką wyobrazić sobie można, ale nie chciałbym go mieć za wroga...

Nagle rozległ się cichy szmer i jakby dreszcz przebiegł po zebranych. Dwaj kamerdynerzy szeroko rozwarli białe złocone drzwi i przez nie, śród niskich ukłonów obecnych, weszła grupa osób.

– Czy to już cesarz? – zapytałem.

– Nie, cesarza oznajmiają – to tylko książęta i księżne cesarskiego dworu. Nie znoszą one cesarzowej Józefiny i stale, ku wielkiemu niezadowoleniu Napoliona, urządzają się tak, aby nie wchodzić w jego orszaku w ślad za cesarzową, a przed nią...

Wpiłem się wzrokiem w tą grupę, gdy on dalej prawił:

– O, ten wysoki z czarnymi bokobrodami, przybrany w fantastyczny kostium, to szwagier cesarski Murat, od niedawna król neapolitański, obok niego żona, królowa Karolina, dalej druga siostra cesarza, Eliza, wielka księżna toskańska, a ta trzecia...

– A ta trzecia? – powtórzyłem, przejęty nie wiedzieć jakim dreszczem.

– Ta trzecia... Paulina, księżna Borghese... Ale też zrobiła na tobie wrażenie – dodał, spoglądając na moją osłupiałą minę... – Nic dziwnego, jest tak piękna, iż każdy musi się w niej zakochać...

– Ta... ta... to siostra cesarza... księżna Borghese?

– Cóż tak głupio pytasz? Tak, jej wysokość księżna Paulina!

Stałem z wlepionymi oczami w piękne zjawisko. Lecz nie zwykła, klasyczna uroda księżnej zamieniła mnie nagle w kamienny słup, nie ten dziwny czar jaki rozsiewała dokoła... Azaliż to było możliwe, czy śniłem, czy z powodu zbytniej odległości, było to li tylko przywidzenie? Najwyraźniej, wydało mi się, iż wczorajsza moja nieznajoma... była księżną Borghese...

– Cóż tak patrzysz?

– A bo... – począłem sam nie wiedząc co mówić, ani jak tłumaczyć moje osłupienie.

– Ten, co koło niej się kręci, z miną poważną, choć nieskończenie głupią, to jej dostojny małżonek, książę. Przystojny, ale hm... hm... nieco półgłówek i sam cesarz mu to często publicznie wytyka. Toteż piękna Paulina niezbyt się z nim liczy i wiele o niej niezwykłych opowiadają historii. O... bardzo dziwnych historii... – począł, lecz nie dokończył, bo w tejże chwili rozwarły się drzwi i poprzedzony paru bogato ubranymi paziami ukazał się jakiś dygnitarz, wołając donośnym i dobitnym głosem:

– Najjaśniejszy pan idzie!

To generał Duroc, wielki marszałek dworu, oznajmiał cesarza.

Napoliona widziałem już parokrotnie. Stał o parę kroków od nas, gdy pod Somosierrą pozdrawiał szwoleżerów, wołając Niech żyją Polacy. Ale trudno dla kogoś, co nigdy z bliska się z nim nie stykał, będzie pojąć, jakie głębokie i niespodziewane było wrażenie, ilekroć się znajdowało w jego obecności.

Co do mnie doznałem jakiegoś osłupienia, jakiegoś niemego zdziwienia, które nas ogarnia na widok wszelkiej cudowności.

Zdawało mi się, że był otoczony aureolą. Jedyną myślą, która mi przyszła, kiedym się ocknął z pierwszego olśnienia, było to, że jest niemożliwe, aby taka istota miała umrzeć, żeby organizacja tak potężna, geniusz tak wielki, mógł kiedykolwiek obrócić się w niwecz.

Wszedł ubrany, jak zwykle, w swój ulubiony mundur strzelców gwardii – zielony z białą kamizelką i takimiż spodniami. Takiego widywaliśmy go na polach bitwy. Miast tylko wysokich butów, nosił białe jedwabne pończochy i lakierowane pantofle.

Koło niego postępowała cesarzowa, dość wysoka, wysmukła, o śniadej cerze, darząc dokoła wszystkich swym uśmiechem. Mimo, iż liczyła z górą lat czterdzieści, mogła uchodzić za skończoną piękność, gdyby jej nie szpeciły brzydkie, czarne zęby. Toteż uśmiechała się nieco sztucznie, niemal nie rozwierając ust.

Za parą postępował mężczyzna o twarzy opalonej i dużym wąsie.

– Eugeniusz Beauharnais... syn cesarzowej Józefiny – zauważył Wąsowicz.

– Co? – zawołałem, zapomniawszy na chwilę o moich spostrzeżeniach i o księżnej Paulinie. – Ten mężczyzna, który wygląda znacznie starzej od niej, miałby być synem cesarzowej?

– Tak... kiedy Józefina wychodziła pierwszy raz za mąż za generała Beauharnaisa, była bardzo młoda, liczyła zaledwie lat szesnaście... Poza tym, gdy on bił się wraz z cesarzem w Syrii, w Egipcie, ona wypoczywała na sofie w Paryżu zajęta wyłącznie zabiegami dokoła swej urody. Dlatego też, dziś matka jest znacznie młodsza od syna...

– Doprawdy, cesarzowa to piękna kobieta – zawołałem z uniesieniem – i mimo wielkiej różnicy wieku, jaka pomiędzy nią a księżną Borghese zachodzi – gdyż Paulina nie liczy więcej niźli dwadzieścia siedem lat – zaiste nie wiadomo, której z urody wyznaczyć pierwszeństwo...

– Zupełną masz rację... i dlatego też nie cierpią się wzajemnie... Józefina, uwielbiana powszechnie za swą dobroć i wdzięk... ma li tylko nieprzejednanych wrogów śród rodziny cesarskiej... Darować jej nie mogą, że Napolion wysuwa ją przed swe siostry, darować nie mogą, że ona trzyma berło mody w Paryżu i jeśli wreszcie dojdzie do rozwodu między cesarzem a Józefiną, to głównie zawdzięczając intrygom rodzinnym...

– Ach, tak – począłem, pragnąc uzyskać więcej jeszcze zgoła nieznanych nam, zwykłym żołnierzom, szczegółów, lecz urwałem, bo cesarz, wciąż trzymając małżonkę pod rękę, obchodził teraz zebranych, którzy utworzyli pod ścianami wielkie koło. Za cesarzem postępował Murat i księżne.

– Oj, oberwą niektórzy! – ze śmiechem szepnął Wąsowicz. – Cesarz ma coś za wielkiego marsa na czole.

– Co przez to chciałeś powiedzieć? – zapytałem ogarnięty mimowolnym lękiem.

– Wnet zobaczysz... ale nas się to nie tyczy... Myśmy tylko pionki... Ale na takich zebraniach, Napolion często wyładowuje na najbliższych, co ma na wątrobie...

Cesarz przystanął przed jakąś damą i obserwował ją z niezadowoleniem.

– Cóż to pani Jourdan w takiej marnej sukni się zjawia? Na to pieniądze płacę mężowi, żeby pani wyglądała jak szwaczka? Jak tak dalej pójdzie, zabronię na dworze bywać i dochody obetnę!

Dama, żona generała, której prostego pochodzenia zapewne nie pokryłaby najpiękniejsza suknia, stała zaczerwieniona, zmieszana, nie wiedząc, co począć. Niewątpliwie najchętniej zapadłaby się pod ziemię. Również najbliżsi tej scenie, w trwodze, z opuszczonymi oczami, oczekiwali, na którego z nich z kolei, niezadowolenie cesarza spadnie.

– A ty, Junot – grzmiał głos Napoliona, który teraz strofował jednego ze swych ulubionych generałów, Junota, księcia d’Abrantès, gubernatora Paryża – znów zgrałeś się w karty i myślisz, że za ciebie zapłacę! Zapłacę, bo co mam zrobić! Ale, żeby mi to było po raz ostatni! A za aktorkami też przestań biegać, bo ci to wcale nie przystoi!

Cichy śmiech pobiegł po zebranych. Uśmiechała się nawet księżna d’Abrantès, bardzo wytworna pani, przyjaciółka cesarskich wysokości, której, choć z dawna przywykłej do niewiernostek męża, podobne jednak publiczne strofowanie nie mogło być jej miłe. Jeden Junot niewiele, zdawało się, przejmował się publicznym napomnieniem, bardziej rad z zapowiedzi spłacenia długów.

Dwie wygłoszone admonicje nie udobruchały Napoliona. Przypatrywał się obecnie jakiejś młodej damie, która pod jego wzrokiem to czerwieniała to bladła.

– Hrabianko Saint-Cere, jest pani stanowczo za chuda – odezwał się nagle. – Że pani pochodzi ze starej szlachty, to jeszcze żaden powód, aby wyglądać jak strach na wróble!

– Nie moja wina, najjaśniejszy panie! – szepnęła ta dość cicho.

– Hm... zapewne... – burknął cesarz zmiękczony widokiem panny, której kręciły się łzy w oczach. – Ale trzeba na to znaleźć radę!... Hm... Wydamy panią za mąż! Duroc! Przypomnisz mi jutro o tej sprawie! Kawalera wynajdę! – Tu rozejrzał się po zebranych, jakby wyszukując kandydata, lecz nagle dobiegł go śmiech, więc zwrócił się do jednej damy groźnie:

– A pani czemu się śmieje?

Osobą, która nie wykazywała najmniejszego zmieszania na widok cesarza i teraz nadal śmiała się dość bezceremonialnie, była marszałkowa Lefèbvre.

– A pani czemu się śmieje? – powtórzył. – Czy pani się wreszcie oduczy głupio śmiać i wymachiwać rękami?

– Śmieję się najjaśniejszy panie – odrzekła ta spokojnie – że w tych czasach, kiedy sire dawał mi swoją bieliznę do prania, a nigdy nie miał na zapłacenie rachunku, to był znacznie grzeczniejszy dla dam!

Napolion spojrzał na nią ze zdumieniem. Niezadługo jednak na twarzy jego wykwitł uśmiech i wesoło rzucił:

– Ma pani rację, marszałkowo Lefèbvre!

Od tej chwili zmienił się humor cesarza. Odpowiedź marszałkowej, byłej praczki, zwanej przy dworze madame sans gêne, rozproszyła jakby ten zły nastrój, pod którego wpływem przybył na zebranie. Przeskoki od złości do wesołości i od zamierzeń genialnych do czepiania się o drobiazgi, były jedną z cech charakterystycznych Napoliona. Teraz zupełnie już udobruchany szedł, rzucając damom jakieś uwagi, wreszcie dostrzegł nasze mundury.

– A, panowie Polacy – rzekł, zatrzymując się przed nami – mam nadzieję, że okażą się dziś równie dobrymi tancerzami, jak są żołnierzami... To moi dzielni z dzielnych... – dodał, wskazując na nas. – Wiem o czym marzą – zauważył, jakby odgadując nasze myśli. – O innych granicach Księstwa Warszawskiego – wiem... ale może którego dnia, i to bardzo już bliskiego... ich marzenia... hm... się ziszczą – zakreślił szeroki dłonią ruch obejmujący lądy i morza...

Staliśmy obaj z Wąsowiczem w postawie żołnierskiej, z roziskrzonymi oczami, chłonąc w siebie każdy ton metalicznego głosu. Cesarz skinął nam przyjaźnie, po czym przystanął na środku salonu.

– A teraz was wszystkich pożegnam, bo pilniejsze oczekują mnie sprawy! A wy tu beze mnie dobrze się bawcie! Józefino! Zajmiesz się gośćmi, aby nie mówiono, iż na naszym dworze jest nudno!

Odszedł, poprzedzany przez Duroca, śród niskich ukłonów, a w ślad za nim ruszył wyprężony dotychczas przy drzwiach, mameluk Rustam.

Mimo iż ostatnio groźna zmarszczka znikła z czoła cesarza, mimo że ostatnie jego uwagi nosiły raczej żartobliwy charakter, po wyjściu Napoliona, piersi wszystkich obecnych odetchnęły, rzekłbyś, głębiej, zgięte karki się wyprostowały a po sali pobiegło ciche westchnienie ulgi...

Obecność jego działała, wyczuwałem to nie tylko sam po sobie, ale i po minach najwyższych dygnitarzy, wprost przytłaczająco. W jego obecności, można go było jeno podziwiać, drżeć, by nie zasłużyć na jaką gniewną uwagę, ale w jego obecności ani nieprzymuszenie rozmawiać, ani bawić się nie było można – wyglądało to niemal na świętokradztwo, na chęć zabawy w pobliżu groźnego bóstwa.

– Uwielbiam Napoliona – szepnął Wąsowicz, jakby potwierdzając moje uwagi – ale dobrze, iż odszedł, bo doznaję przy nim niewypowiedzianego lęku... Taki on zawsze... Oderwała go cesarzowa od pilnej pracy, aby nam się na chwilę ukazał, przyszedł zły, czepiał się głupstw, prawi wszystkim impertynencje... Teraz wrócił do swego gabinetu z ministrem wojny Berthierem i będzie budował genialne plany, jak zarzucić mosty, abyśmy mogli suchą nogą przejść do Anglii albo cesarza austriackiego jako niewolnika sprowadzić do Paryża... O, bo coś się knuje w powietrzu... Berthier zanadto obgryzał paznokcie...

Rozległy się pierwsze takty muzyki.

Przytłoczony obecnością boga wojny na chwilę zapomniałem i o księżnej Paulinie, i o moich spostrzeżeniach. Teraz stałem z wlepionymi w nią oczami. Czyż ta księżna przyjmująca z czarującym uśmiechem, lecz z gestem iście pańskim, składane jej przez obecnych hołdy, mogła być w rzeczy samej moją wczorajszą nieznajomą? Wprawdzie twarz tajemniczej damy z oberży dojrzałem przez moment jeno, gdy wiatr tak niedyskretnie zdarł z jej oblicza zasłonę, lecz rysy te, niezwykłej piękności, mocno utkwiły w mej pamięci i czas cały miałem je przed oczyma jak wykute. Tedy?

Bezwzględnie ona to była. Nie mogłem się łudzić. Ten sam nos, te same czarne ogniste oczy, ten dziwny czar uśmiechu, ten profil rżnięty, rzekłbyś, w kamei greckiej. Trudno było się pomylić.

A może? Bo cóż mogła czynić księżna Borghese w nędznej podmiejskiej oberży, narażając się na tysiące nieprzyjemności i kompromitację... Jeśli ona to była, to cóż nastąpiłoby, gdybym tam nie był nadjechał i nie stanął w jej obronie przed pijanymi huzarami? Lecz czyż przed chwilą nie wspominał Wąsowicz, iż dziwne o niej krążą historie?... Warto by go z lekka wybadać...

– Doprawdy, nie wiedzieć komu oddać pierwszeństwo – trąciłem Wąsowicza, wskazując mu na stojącą pośrodku sali grupę złożoną z cesarzowej, księżnej Pauliny i królowej neapolitańskiej a ze wszech stron otoczoną wojskowymi i cywilnymi dygnitarzami. – Mam wszakże wrażenie, iż księżna Borghese najpiękniejsza...

– I ja tak sądzę.

– A cóżeś o jakichś historiach wspominał? – zagadnąłem z głupia frant.

– At, długo by gadać... No i nie tu... To jedno ci szepnę, że siostra Napoliona lubi bardzo naszą wojskową brać a swego małżonka ma za nic...

– Hm...

Może bym i był usłyszał, mimo zastrzeżeń towarzysza, jakieś dalsze relacje, lecz w tejże chwili w sali powstał wielki ruch i pary jęły się ustawiać do modnego lansjera.

Aczkolwiek znałem zasady tego tańca, a czasem nawet sam rad w niego się puszczałem, nie zamierzając tańczyć i nie znając nikogo, wcisnąłem się głębiej pod ścianę, podczas gdy Wąsowicz odchodził.

– Mam tam parę znajomych dam, muszę przetańczyć – oświadczył. – Zresztą cesarz nas na to zaprosił... Mają damy z nas mieć rozrywkę! I tobie radzę, zrób to samo.

– Nikogo nie znam...

– Jak tylko przetańczę, wnet cię sprezentuję.

Znikł w tłumie.

Stałem nadal, obserwując, i jak łacno odgadnąć można, wciąż wpatrzony w księżnę Paulinę.

Ona, nie ona?

Tańczyła teraz z niewypowiedzianą gracją ze swym szwagrem, Muratem, królem neapolitańskim. Na wprost niej – cesarzowa z generałem Junotem. Gdy w powolnym tanecznym ruchu, śród innych par, zbliżyła się do miejsca, w którym stałem, nagle jej oczy, dotychczas obojętnie błądzące po sali, zatrzymały się na mojej postaci i spotkały z moim spojrzeniem. Trwało to chwilę może, lecz zauważyłem najwyraźniej, jak na jej twarzy odbiło się zdumienie i oblał ją nieco silniejszy rumieniec.

Poznała?... Więc ona?

I znów zdawało mi się, że jej wzrok spod opuszczonych teraz rzęs wciąż spoczywa na mnie, dopóki pary nie przesłoniła innych tańczących ciżba.

Było jasne. Zarówno ona mnie poznała, jak i ja ją poznałem. Teraz jasne było, czemu wczoraj tak starannie osłaniała twarz i czemu wymogła na mnie słowo, abym nie usiłował się dowiadywać ani kim jest, ani dokąd się udaje. Lecz w takim razie, co robiła w oberży? Aczkolwiek cała przygoda miała niezwykły i dziwny charakter, cóż wreszcie mogło mnie to obchodzić i czemu tyle nad tą sprawą łamać sobie głowę? Zapewne księżna miała jakieś spotkanie...

– Zaprezentować cię damie? – posłyszałem głos Wąsowicza.

– Nie mam ochoty do tańców!

– A na co cię tu zaprosili? Szwoleżerowie są potrzebni do bitwy... albo dla zabawy dam. Niech tylko dojrzy Duroc, że tak stoisz, zaraz przyjdzie, admonicję wypowie i każe obtańcowywać jaką chudą hrabiankę!...

– Et...

– Na pewno się to stanie! Lepiej, ja cię przedstawię, której przystojnej niewieście...

– Doprawdy, nie mam chęci! Może mi się jako upiecze!

– Właśnie! Masz Duroca! Dojrzał, że próżnujemy!

W rzeczy samej zbliżał się do nas wielki marszałek dworu. Ścierpłem na samą myśl zabawiania wielce nudnej której damy zgodnie z przepowiedniami Wąsowicza. Wykręcać się nie było sposobu ani nie wypadało. A Duroc szedł z miną rozradowaną, uśmiechniętą, zacierając ręce, niby kat czyhający na ofiarę.

– Poruczniku! Duży zaszczyt panu przypada! Jej cesarska wysokość, księżna Paulina, poleciła mi zaprosić pana, jako jednego z bohaterów Somosierry, do tańca!

Zbaraniałem.

Widziałem, jak na twarzy Wąsowicza odbiły się uczucia zdziwienia i zazdrości.

– Tiennes!...

Niezadługo, sam nie wiedząc na którym świecie żyję, trzymałem jej cesarską wysokość w objęciach.

Przez chwilę tańczyliśmy w milczeniu, wreszcie, nie wiedząc, co powiedzieć, byle nie obrazić etykiety, cicho szepnąłem:

– Jak wasza cesarska wysokość pięknie tańczy!

– Nie w tym rzecz – odparła ona – czy dobrze tańczę. Ale... poznał mnie pan?

– Tak!

– I w dalszym ciągu pragnie być moim rycerzem?

– Tak!

– Wobec tego, proszę stawić się u mnie jutro o piątej!

– Rozkaz! Wasza cesarska wysokość!

Taniec był skończony a rozmowa prowadzona tak cicho, iż naprawdę nie wiem, czy najbardziej spostrzegawczy człowiek mógł ją zauważyć.

– Sacrebleu, masz szczęście – mówił Wąsowicz, gdyśmy opuszczali zebranie – tańczyłeś z księżną Pauliną. Nie swojej osobie jednak przypisuj ten zaszczyt a temu, żeś szwoleżerem, co walczył pod Somosierrą... Takie było zapewne życzenie cesarza.

– Rozumiem – odrzekłem, uśmiechając się w duchu – nie mnie to przypada ta cześć...

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.