Człowiek, który zapomniał swego nazwiska. Powieść sensacyjna - Stanisław Antoni Wotowski - ebook

Człowiek, który zapomniał swego nazwiska. Powieść sensacyjna ebook

Stanisław Antoni Wotowski

3,4

Opis

Do podwarszawskiego szpitala psychiatrycznego przywieziono nocą nieprzytomnego, młodego człowieka.. Kiedy główny bohater „ Człowiek, który zapomniał swego nazwiska ” odzyskuje przytomność, nie pamięta niczego. Kim był? Co robił? Jak się tu znalazł? Jak ma na imię i jak brzmi jego nazwisko? Na szalonego nie wygląda, choć lekarz uparcie mu owe szaleństwo wmawia. Młodzieniec jest podobno nieobliczalny, miał się dopuścić strasznych czynów. Mężczyzna w swe szaleństwo nie wierzy. Wszystko zdaje się jednak świadczyć przeciwko niemu. Czy wygra bitwę o swoją tożsamość?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 252

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,4 (5 ocen)
1
1
2
1
0

Popularność




Stanisław Antoni Wotowski
Człowiek, który zapomniał swego nazwiska
Powieść sensacyjna
Warszawa 2014
Rozdział I
Wytworny młody człowiek w domu obłąkanych
Potoki zachodzącego majowego słońca złociły drzewa i trawniki ogrodu. Park był duży, otoczony wysokim murem i sprawiał wraz ze znajdującymi się w nim budowlami wrażenie więzienia. Znajdował się w pobliżu małej stacyjki w podmiejskich okolicach Warszawy, umyślnie z dala od innych siedzib ludzkich, aby jego mieszkańcy mieli jak najmniej zetknięcia z zewnętrznym światem.

A przy bramie wiodącej do parku widniała duża tablica z napisem:

Zakład dla nerwowo chorych Dra W. Trettera

dalej zaś:

Obcym wstęp surowo wzbroniony

Śród drzew, spoza których przebijały czerwone gmachy samego zakładu, stały dwie młode dziewczyny w białych fartuchach pielęgniarek, obserwując chorych.

Tuż przed nimi chodził po ścieżce tam i z powrotem starszy, niskiego wzrostu mężczyzna, łysy, źle ogolony, i wymachując gwałtownie rękami, wciąż gadał do siebie. Dalej nieco, kręciła się w średnim wieku kobieta, uróżowana, w dużym niemodnym kapeluszu, z niemodną wypłowiałą torbą w dłoni, i czyniąc przeróżne miny, przemawiała do otaczających ją sosen, niby do nadskakujących jej adoratorów. Inna natomiast stała nieruchomo pośrodku piaszczystej alei, ze wzrokiem uporczywie wlepionym w dal, rzekłbyś, wypatrując kogoś.

Ale uwaga pielęgniarek nie skupiała się na znajdujących się w ich pobliżu wariatach. Przywykły dobrze do widoku i łysego mężczyzny – wynalazcy, który wciąż bredził o swych odkryciach, i do damy ubranej niemodnie, która postradała zmysły, gdy okradł ją i porzucił daleko młodszy kochanek, i do spokojnej melancholiczki nieprzytomnej od czasu śmierci córki, niewierzącej w tę śmierć i oczekującej wciąż, że z dalekiej podróży przybędzie z powrotem.

Wzrok pielęgniarek biegł w innym kierunku. W głębi parku spacerował samotnie wysoki młody człowiek najwyżej lat trzydziestu. Ubrany był w garnitur bezwzględnie pochodzący od pierwszorzędnego krawca, a na jego bladej, bez zarostu, przystojnej twarzy odbijała się dobra rasa. Chodził, opuściwszy głowę do dołu, niby nad czymś mocno zamyślony, nie zwracając uwagi na otaczających go obłąkanych i jakby umyślnie ich unikając.

– Spójrz na tego – rzekła niższa z pielęgniarek, trącając towarzyszkę i wskazując jej wysokiego młodego człowieka, którego wysmukła sylwetka rysowała się ostro na tle zieleni drzew. – Wygląda zupełnie normalnie! A gdy go o coś zapytać, odpowiada wcale do rzeczy!

Wyższa, jakoś dziwnie spojrzała na swą towarzyszkę i zniżywszy głos, odparła:

– Tajemnicza historia... Tyś z nim rozmawiała. Przecież doktor Tretter surowo zabronił zwracać się do niego! Opiekuje się chorym sam wraz z zaufanym pielęgniarzem.

– Dlatego właśnie, że wydaje mi się to wszystko bardzo niezwykłe, upolowałam chwilę, kiedy nas nikt nie widział, i zadałam mu jakieś banalne zapytanie.

– No i...

– Odpowiedział mi z ukłonem, niczym najgrzeczniejszy światowiec. Wprost, pomieścić mi się nie chce w głowie, że jest wariatem. A doktor uprzedzał, że bardzo niebezpiecznym, który świetnie umie się maskować.

– Tak... tak... – bąknęła wyższa. – Tak twierdzi doktor, tylko...

– Tylko?

– Nic!

Ale, tamta, nie dała za wygraną.

– Słuchaj! – szepnęła. – Daleko więcej wiesz, niż chcesz powiedzieć! Obawiasz się doktora? Przysięgam, że cię nie zdradzę! O naszym doktorze różnie bardzo gadają, a z tym młodym człowiekiem naprawdę cała sprawa wygląda podejrzanie. Kto tu go przywiózł? Kim jest? Przecież, w księgach zakładu nie oznaczono go nawet nazwiskiem! Figuruje, jako numer dwieście dziesięć! Doktor twierdził, że podobnej tajemnicy żądała rodzina.

– Kłamie! – wyrwało się nagle wyższej – albo macza ręce w jakiejś brudnej aferze...

– W jakiej? – zabrzmiało niecierpliwe zapytanie.

– Dobrze! – poczęła opowiadać. – Skoro i ty się domyślasz, że tu coś nie w porządku, powtórzę ci moje spostrzeżenia. Zdobyłam je zupełnie przypadkowo. Przed kilku tygodniami, nie mogłam w nocy zasnąć. Postanowiłam udać się do kancelarii, obok której mieści się apteczka, aby przynieść jakiś środek nasenny. Ubrałam się i wyszłam. Jak wiesz, aby z domku, w którym znajdują się nasze pokoje znaleźć się w głównym gmachu, trzeba przejść aleję prowadzącą do wjazdowej bramy. Już z dala uderzył mnie warkot samochodu i wnet spostrzegłam, że Tretter, niby kogoś oczekując, stoi na ganku wraz z Antonim, tym swoim zaufanym pielęgniarzem. – „Słuchaj no, Antoni” – rozległ się przyciszony głos doktora – „otworzysz bramę sam i wszystko tak urządzisz, aby nikt nie wiedział, kto tu przyjechał!” Rozumiesz, że to mi wystarczyło. Zaczaiłam się za drzewem i oczekiwałam, co dalej będzie, a godzina dochodziła druga w nocy.

– Ach!

– Wkrótce – brzmiało dalej opowiadanie – rozwarła się brama i do naszego zakładu wjechał prywatny samochód. Kiedy przystanął przed gankiem, zauważyłam w nim trzy osoby. Jakąś elegancką, bogato ubraną panią, której twarzy nie mogłam rozróżnić, obok niej w średnim wieku mężczyznę, nie mniej dostatnio ubranego, ale o niemiłym i odpychającym wyrazie twarzy, no i... tego młodego człowieka. Siedział, a raczej na pół leżał na przednim siedzeniu nieruchomo i w pierwszej chwili sądziłam, że nie żyje... Do samochodu podbiegł Antoni i wraz z szoferem wynieśli stamtąd naszego tajemniczego pacjenta. Gdy go nieśli, zwisała mu głowa i nadal czynił wrażenie nieboszczyka. Ponieśli go w stronę separatek, którymi opiekuje się wyłącznie Tretter. – „Czy mogę na to liczyć, panie doktorze” – rozległ się głos owej wytwornej damy, gdy pozostała na ganku z Tretterem i swym towarzyszem, owym mężczyzną o nieprzyjemnym wyrazie twarzy – „czy mogę liczyć, że prędko stąd nasz gagatek się nie wydostanie?” – „Może pani hrabina” – zabrzmiała odpowiedź – „być o to całkowicie spokojna!”.

– Hrabiną ją nazwał?

– Tak! Słuchaj dalej! – „Więc nieprędko się stąd wydostanie?” – powtórzył nieznajomy mężczyzna o niemiłym wyrazie twarzy. – „A jeśli odzyska przytomność?” – „Tym gorzej” – mruknęła dama, którą doktor przed chwilą tytułował hrabiną – „wtedy jego dni są policzone!”.

– Boże!

– Więcej, nic nie posłyszałam, gdyż właśnie powracali z góry Antoni wraz z szoferem, umieściwszy chorego w oddzielnym pokoju, i stojący na ganku umilkli. Hrabina pożegnała się uprzejmie z Tretterem, zajęła miejsce w aucie obok swego towarzysza, szofer siadł przy kierownicy i samochód odjechał równie tajemniczo, jak przybył, niezauważony przez nikogo.

– Co to wszystko znaczy?

– Wiem tyle, co i ty i przeróżne snuć można domysły. W każdym razie słowa owej hrabiny, że skoro młody człowiek odzyska przytomność, jego dni są policzone, niezbyt brzmią zachęcająco...

– Po kilku tygodniach spędzonych w separatce, pod wyłączną opieką doktora i Antoniego, dziś po raz pierwszy doktor zezwolił na spacer w parku, ale i tak swoboda jest względna, bo zauważ, że zza krzaka wygląda Antoni i pilnuje go. Cudem wprost, udało ci się zbliżyć do tajemniczego młodzieńca i wyobrażam sobie, jaki Tretter byłby wściekły, gdyby się o tym dowiedział. Oczywiście, spostrzeżeniami tamtej nocy nie podzieliłam się z nikim i ty pierwsza je z moich ust słyszysz. Radzę, milcz jak grób. Dziś o posadę niełatwo.

– Kiedy... Jeśli tu coś potwornego się dzieje?...

– Cicho! Idzie Tretter... Nie patrz się nawet lepiej w tamtą stronę...

Istotnie, z dala zarysowała się okazała sylwetka właściciela zakładu – wysokiego, tęgiego mężczyzny, silnego bruneta, o długiej brodzie, w dużych amerykańskich okularach.

Szedł powoli, niby nie patrząc na nikogo, a jednocześnie lustrując bacznie wszystko i wszystkich. Niedbale kiwnąwszy głową, minął milczące obecnie pielęgniarki, po czym niby od niechcenia obrzucił wzrokiem aleję, po której spacerował młody człowiek. Wydawało się, że nie poświęca mu większej uwagi, ale błysk, jaki padł zza okularów, świadczył, iż sprawdził doskonale, że za krzakiem czuwa z ukrycia Antoni.

Natomiast młody człowiek nagle podniósł głowę i spostrzegł lekarza. Jakiś skurcz przebiegł po jego twarzy.

– Zapytam go się... Zapytam! – szepnął. – Może teraz zechce mi odpowiedzieć.

Niby poruszony niewidzialną sprężyną rzucił się w stronę Trettera. Prawie biegł ku niemu. Doktor widocznie drgnął, lecz nie unikał spotkania. Stał z dala od pielęgniarek i chorych, więc rozmowy z młodym człowiekiem nikt nie mógł posłyszeć.

– Panie doktorze! – wyrzucił ten ze siebie, jakimś błagalnym tonem, kiedy się zbliżył. – Zaklinam pana...

Pozornie dobrotliwy uśmiech rozlał się po twarzy Trettera. Uśmiech, jakim doświadczeni lekarze witają napastujących ich wariatów.

– Cóż się stało?

– Panie doktorze! – mówił młody człowiek. – Ja naprawdę, tu oszaleję? Skąd się tu wziąłem? Gdzie jestem? Któż mnie tu umieścił? Przecież to zakład dla obłąkanych.

– Zakład, dla ludzi, którym potrzebny jest spoczynek! – wymijająco odparł Tretter.

– Ależ, panie doktorze! – prawie krzyczał. – Nie jestem wariatem! Nie jestem, nie jestem...

– Wszyscy wariaci tak o sobie mówią! – mruknął przez zęby Tretter.

Młody człowiek raptem pochwycił się za głowę.

– Straszne! Okropne! – szeptał. – Nic nie pamiętam! Nie pamiętam nawet, jak się nazywam!

– Jest pan jeszcze chory! – nagle z jakimś błyskiem w oczach wymówił Tretter.

– Nieprawda! Byłem chory, ale nim nie jestem! To pan we mnie wmawia, doktorze! Ale, zaklinam – chciał pochwycić Trettera za rękę, którą ten odsunął raptownie – zaklinam, pana, powiedz mi wszystko? Wiem, że długo chorowałem, prawdopodobnie na zapalenie mózgu. Teraz, odzyskałem przytomność... Doskonale zdaję sobie sprawę, co się dokoła dzieje. Znajduję się w jakimś szpitalu przeznaczonym dla szaleńców. Lecz nie pamiętam swojej przeszłości... Kim byłem? Co robiłem? Skąd się tu znalazłem? Jak mam na imię i jak brzmi moje nazwisko. Toć nawet ktoś z mojej bielizny powycinał litery.

– Jest pan chory! – znów powtórzył Tretter i uczynił ruch, jakby pragnąć się oddalić.

Ale młody człowiek zagrodził mu drogę.

– Doktorze! – zawołał prawie groźnym tonem – ja pana tak nie puszczę! Więc dobrze, jestem chory... Ale, przecież pan wie, jak się nazywam, kim jest moja rodzina, kto mnie tu umieścił? W książkach zakładu muszą figurować dane. Tymczasem odkąd od kilku dni powróciła mi przytomność, ale nie pamięć, pan nic powiedzieć mi nie chce, zbywa półsłówkami moje zapytania. A ten przeklęty drab Antoni milczy niczym zaklęty. Toć, pańskim obowiązkiem, doktorze, jest mi to powiedzieć!

Tretter spoza swych szkieł ogarnął młodego człowieka poważnym wzrokiem. Żaden muskuł nie drgnął na jego twarzy, gdy bezczelnie kłamał.

– Niestety – wymówił – nie mogę panu służyć wyjaśnieniami! Znaleziono pana, gdy leżał nieprzytomny koło plantu kolejowego i przyniesiono do mojego zakładu. Wiem, tyle, co i pan! Czyli nie wiem, ani kim pan jest, ani jak się nazywa.

– Niemożebne!

– A jednak prawdziwe! Opiekuję się panem zupełnie bezinteresownie i mam nadzieję, że rychło go wyleczę. Co do reszty dopomóc nie mogę i o ile pamięć sama nie powróci, będzie pan w dość niemiłej sytuacji. Teraz, powtarzam! Jest pan chory i powinien unikać wszelkich wzruszeń. Rozumie pan to chyba?... Tedy przerwijmy tę bezcelową rozmowę...

– Doktorze...

Ale Tretter machnął tylko ręką; odwrócił się i jął spiesznie się oddalać. Rychło jego masywna postać znikła śród gęstych drzew. Młody człowiek z rozpaczy załamał ręce, a z jego piersi wydarł się jęk:

– Oszaleję... Oszaleję otoczony tymi wariatami i bijąc się wciąż z myślami własnymi! A może... Sam już zaczynam przypuszczać, że jestem wariatem!

Znów niespokojnie jął krążyć po alei. A tak był zatopiony w swe smutne dumania, że nawet nie spostrzegł, iż z dala, zza zieleni kwitnących krzewów, śledziły go jakieś kobiece, pełne współczucia oczy.

– Biedny, biedny! – szeptała dziewczyna w białym fartuchu pielęgniarki. – Co oni chcą z nim zrobić? Jasne jest, że Tretter zamyśla jakieś okropne łajdactwo! Ale jak go ratować?

Raptem rozległo się uderzenie gongu. Sygnał, że chorzy mają powrócić do swych sal, aby po spożytej kolacji udać się na spoczynek.

Rozległy się nawoływania pielęgniarzy.

Dziewczyna drgnęła i rzuciwszy młodemu człowiekowi ostatnie, jakby przepojone żalem spojrzenie, zwróciła się w stronę powierzonych jej pieczy chorych, zakochanej damy w niemodnym kapeluszu i cichej melancholiczki. Widziała jeszcze, jak do młodego człowieka zbliżył się Antoni i oświadczywszy mu coś energicznie, jął go prowadzić w stronę separatek będących pod wyłącznym dozorem doktora Trettera.

– Biedak! – powtórzyła w myślach.

W parę godzin później, gdy w zakładzie zapanowała kompletna cisza i chorzy znaleźli się, zgodnie z przepisami, w łóżkach, właściciel zakładu, doktor Tretter odbył tajemniczą konferencję z pielęgniarzem Antonim, w swym gabinecie.

– Antoni! – rzekł do zausznika – czy przyrządziłeś dla pacjenta numer dwieście dziesięć – w ten sposób oznaczono w zakładzie tajemniczego młodego człowieka – odpowiednią miksturę?

– Tak jest, panie doktorze!

– Wypił ją?

– Prawdopodobnie! Przecież codziennie ją pije i święcie wierzy, że po tym „lekarstwie” prędko mu pamięć powróci!

Wykonał nieokreślony gest ręką. Zapewne myślał o tym samym, o czym myślała obecnie młoda pielęgniarka. O słowach, rzuconych pamiętnej nocy przez tajemniczą hrabinę, która pacjenta numer 210 tu odwiozła. Wszak mówiła ona wtedy – „gdy przytomność odzyska, jego dni są policzone!...”.

Rozdział II
Ucieczka
Pacjent nr 210 leżał w swym pokoiku. Pokoik ten, aczkolwiek przyzwoicie umeblowany, był podobny do więzienia i ten, kto tam się znalazł, czuł się niby więzień.

Na oknie więc znajdowały się grube kraty, drzwi obito grubym materacem, a od zewnętrznej ich strony umieszczono mocne rygle. Z separatki tej, przeznaczonej zazwyczaj dla furiatów, nie sposób było się wydostać i doktor Tretter wiedział, że jego pacjent jest tam zamknięty bezpiecznie. Mógł z nim robić wszystko co chciał, gdyż dzięki grubym murom i materacom na drzwiach, najsłabszy odgłos nie przedostawał się do innych pokojów.

Toteż wieczorem nie zajrzał do młodego, człowieka. Odwiedził go tylko, po raz ostatni przed snem, pielęgniarz Antoni, a widząc, że na nocnym stoliku obok łóżka stoi w dalszym ciągu nietknięta szklanka z miksturą przyrządzoną przez doktora, z niezadowoleniem zapytał:

– Dlaczego pan nie wypił?

Pacjent nr 210 spojrzał niepewnie na pielęgniarza, drżał w łóżku, naciągnąwszy kołdrę aż pod brodę.

– Bo... bo... – bąknął – nie smakuje mi to lekarstwo. Jest gorzkie, niemiłe... Poza tym mam wrażenie, że nie pomaga mi, a szkodzi. Czuję po nim szum w uszach, zawrót w głowie, a pamięć jakby znowu słabła...

– Nie trzeba rezonować – burknął opryskliwie Antoni, nie starając się ukryć swego rozdrażnienia – a spełniać zalecenia doktora! Głupstwa pan plecie! Tylko dzięki miksturze powróci pan jako tako do zdrowia...

– Kiedy...

– Proszę wypić!

Słowa te padły z ust Antoniego takim rozkazującym tonem, że młody człowiek zrozumiał, iż o ile natychmiast rozkazu nie spełni, zawartość szklanki przymusowo mu zostanie wlana do gardła.

– Ja piję! – szepnął z widocznym przestrachem, patrząc na swego oprawcę. – Piję!

Pochwycił długimi, rasowymi palcami szklankę i odwróciwszy się nieco na bok, krztusząc się, jął sączyć płyn do dna. Czynił to powoli, z widocznym wstrętem i nieraz zachłysnął się porządnie. Wreszcie szklanka była pusta.

– Proszę! – wskazał ją Antoniemu i postawił z powrotem na nocnym stoliku.

Pielęgniarz mruknął coś niewyraźnie, po czym odwrócił się i nie życząc nawet pacjentowi dobrej nocy, opuścił pokój.

– Będzie spał jak zabity! – mamrotał, zasuwając ciężkie rygle – a jutro będzie chodził ogłupiały. Jeśli w ogóle wstanie z łóżka... Ja, za to dziś mogę sobie pofolgować, bo na pewno nie zbudzi mnie w nocy...

Młody człowiek pozostał sam.

Chwilę leżał nieruchomo, zamknąwszy oczy i nadsłuchując, czy nie powróci Antoni. Wreszcie, gdy żaden szmer po dłuższym upływie czasu nie zwiastował tego powrotu, porwał się ze swego posłania. Zdziwiłby się bardzo teraz pielęgniarz, gdyby mógł spostrzec, że jego pupil jest całkowicie ubrany.

– Wszystko tu straszne! – szeptał – Nie podoba mi się w tym zakładzie! I ten Antoni z miną zbója, i ten doktor, który choć twierdzi, że nie wie kim jestem, wyraźnie unika mego wzroku! I to lekarstwo, po którym bezwzględnie mi gorzej... Nie odzyskuję po nim pamięci, a raczej ją tracę... Toteż postanowiłem dziś uczynnić próbę. Wylałem je za poduszkę...

Spojrzał na dużą, mokrą plamę, doskonale teraz widoczną na łóżku spoza odsuniętej kołdry.

– Zrobiłem próbę! – szepnął dalej – Przekonam się, jak się poczuję bez lekarstwa... Bo kim jestem? Jak się nazywam? Czemu mnie tu osadzono. Straszne, potworne, okropne...

W podnieceniu przeszedł się kilkakrotnie po pokoiku, po czym zbliżył się do okna i przywarł rozpalonym czołem do zimnych, osłaniających je krat. Z dala widniało niebo usiane gwiazdami, a po nim płynął jasny księżyc niby korab po bezkresnych dalach morza.

Ale młodego człowieka nie zaprzątał teraz obraz pięknej letniej nocy.

– Kim byłem? – powtarzał z rozpaczą. – Chwilami wydaje mi się, że mieszkałem na wsi w jakimś pałacu. Chwilami, że w mieście, w marnej izdebce... Wydaje mi się, że zaszły tam rzeczy straszne... Ktoś okropnie uderzył mnie w głowę, chciał zamordować... Lecz może to tylko sen, bo dziwne sny wciąż mnie trapią? Czy obecnie jestem człowiekiem normalnym, czy wariatem... Wszak znajduję się w domu zdrowia... Jeśli nie zwariowałem, to zwariuję... Przecież przypomina mi się, jak przez mgły, że czytałem w jakiejś książce, iż najpewniejszym sposobem doprowadzenia zdrowego człowieka do obłędu, jest umieścić go wśród wariatów...

W bezsilnej rozpaczy szarpnął kraty, o które stał wsparty.

– Co dalej? Co dalej?

Może długo jeszcze snułby swe niewesołe rozmyślania, gdyby wtem nie przerwał ich niespodziewany wypadek.

Zza drzwi rozległ się cichy skrzyp powoli odsuwanych rygli.

– Boże! – jęknął z przerażeniem. – Jeżeli Antoni spostrzeże, że jestem ubrany i nie wypiłem lekarstwa, będę zgubiony!

Jednym susem znalazł się z powrotem na swym posłaniu i wysoko naciągnął kołdrę pod brodę. Jednocześnie starał się zakryć sobą plamę widniejącą na poduszce.

Wpijał się wzrokiem w drzwi. Zdziwiło go tylko, że rygle ktoś odsuwa ostrożnie, a nie ze zgrzytem, jak zwykle to czynił pielęgniarz. Nagle zdumienie rozlało się na jego twarzy.

W otwartych drzwiach ukazała się postać kobiety – młodej dziewczyny w białym fartuchu. Mógł ją doskonale rozróżnić dzięki umieszczonej wysoko pod sufitem, nieco tylko na noc przyciemnianej, elektrycznej lampce. Widział przed sobą wcale przystojną pielęgniarkę, na której twarzy rysował się wyraz niepokoju i współczucia.

– Zmieniła pani Antoniego? – zapytał z zadowoleniem, sądząc, iż miast ponurego draba, wyznaczył mu do opieki doktor Tretter tę ładną i sympatyczną osóbkę.

Ale dziewczyna położyła palec na ustach.

– Cs... – szepnęła. – Niechaj pan mówi ciszej. Nie przybywam tu w oficjalnym charakterze! Przybywam, aby pana ratować!

– Mnie ratować?

Zamknęła drzwi za sobą i zbliżywszy się do łóżka, tłumaczyła zniżonym głosem:

– Wiem, że zagraża panu poważne niebezpieczeństwo! Jak pan się nazywa? Gdzie mieszkają pańscy krewni, lub przyjaciele?

Z rozpaczą załamał ręce.

– Pani! – zawołał do młodej osóbki, nabrawszy do niej całkowitego zaufania – gdybym ja to wiedział! Od kilku dni, kiedy odzyskałem przytomność, stwierdziłem z rozpaczą, że straciłem całkowicie pamięć. Sam nie wiem ani jak się nazywam, ani kim jestem! A ten przebrzydły doktor twierdzi, że nie może mi w tej sprawie dopomóc, bo znaleziono mnie przypadkowo w pobliżu toru kolejowego.

Dziwny cień przebiegł po twarzy przystojnej pielęgniarki. Podobne zaniki całkowitej pamięci nie były z literatury jej obce, a to, co posłyszała, potwierdzało całkowicie jej poprzednie przypuszczenia.

– Tretter kłamie! – wymówiła z podrażnieniem – kłamie świadomie, gdyż uczestniczy w jakimś uknutym przeciw panu spisku. Przywiozła tu pana prywatnym autem jakaś pani, którą tytułowano hrabiną.

– Nie znam żadnej hrabiny!

– Towarzyszył jej mężczyzna, o niemiłym wyglądzie i drapieżnej twarzy...

– Również nie znam nikogo!

Zwątpienie przemknęło w jej oczach.

– Nic sobie pan nie przypomina? Osoby, które opisałam nie budzą żadnych wspomnień z poprzedniego pańskiego życia?

– Nie... nie... – zawołał – Nie... Najmniejszego wątku... Hrabina... Mężczyzna... Wszystko mi to jest całkowicie obce... Powtarzam pani, wciąż doznaję uczucia, że na moim mózgu, co do ubiegłych wypadków, leży jakaś mgła, której nie jestem w stanie przebić...

Chwilę zaległo milczenie.

– Ha, trudno! – szepnęła po pauzie. – Jeśli pan nawet nic nie pamięta, inaczej należy sobie dać radę. Przekonałam się ostatecznie, że jest pan całkowicie normalny, a tu, w tym zakładzie, nie wolno panu pozostawać ani chwili...

– I ja – przywtórzył – wyczuwam nieuchwytne niebezpieczeństwo!

– Proszę uważać dalej! Owa hrabina... ktoś podsłuchał rozmowę – nie wspominała, że otrzymała te informacje od swej koleżanki – oświadczyła wyraźnie Tretterowi, że gdy pan odzyska przytomność, pańskie dni będą policzone... A Tretter ją zapewnił, że żywy pan się z tego zakładu nie wydostanie...

– Rozumiem! – wykrzyknął, przypominając sobie ową miksturę. – Wszystko pojmuję! Wie pani, dlaczego jestem ubrany i z nią rozmawiam. Sam powziąłem podejrzenia. Pielęgniarz Antoni z polecenia doktora zmuszał mnie prawie siłą do przyjmowania jakiegoś lekarstwa – wskazał na pustą szklankę, znajdującą się na nocnym stoliku – a po tym lekarstwie stale mi było gorzej, nie lepiej, i znów zanikała pamięć. Dziś, gdy podsuwał tę miksturę, udałem, że ją piję, a w rzeczy samej wyplułem ją zręcznie za poduszkę... O, jeszcze tu znajduje się plama...

Teraz nie musi się dłużej ukrywać, porwał się z łóżka. Obrzuciła wzrokiem jego zgrabną postać, stwierdzając z zadowoleniem, że w każdej chwili może być gotowy do wyjścia.

– Zagraża mi więc niebezpieczeństwo – mówił tymczasem – i moje dni są policzone. Jak się ratować, co czynić. Nie wszystko to jeszcze, że nie połknąłem trującej mikstury... Jutro nie wiem, czy uda mi się ten podstęp...

– Co czynić? – rzuciła krótko. – Uciekać!

– Uciekać? – powtórzył. – Toć ten zakład to istne więzienie! Łatwo stąd się nie wydostanę?

Położyła dłoń na jego ramieniu. Patrzyła nań, jak patrzy na nieszczęśliwego brata szczerze przywiązana, dobra siostra.

– Przewidziałam wszelkie trudności – oświadczyła – i teraz, zdarza się taka okazja, jaka nie prędko się powtórzy. Antoni, sądząc, że pan zażył lekarstwo i zasnął, zaryglował pana starannie, a sam upił się do nieprzytomności, bo czuje stały pociąg do butelki. Leży w sąsiednim pokoju i chrapie, nawet anioł nie zbudziłby go na Sąd Ostateczny. Dlatego swobodnie mogłam przedostać się do pana, bo przyznaję się, że zaciekawił mnie pański los... Co prawda nie sądziłam, że pan całkowicie stracił pamięć, ale gdy tu szłam, już powzięłam zamiar dopomożenia panu do ucieczki. Powtarzam, Antoni chrapie, w oknach mieszkania doktora Trettera jest ciemno i od dawna śpi na górze. Będziemy mogli prześlizgnąć się swobodnie... Wyprowadzę pana boczną furtką... Jest pan ubrany, wszystko znakomicie się składa...

Przyszedł mu nagle skrupuł do głowy.

– Ale – zapytał – czy panią nie spotka za to duża przykrość?

– Najmniejsza! – odrzekła. – Tretter nabierze przekonania, że to Antoni zapomniał zasunąć rygle po pijanemu. Antoni przeżyje kilka niemiłych chwil, co mu się zresztą od dawna należy... Nie traćmy czasu i chodźmy...

Chodźmy! – powtórzył młody człowiek z radosnym błyskiem w oczach. – Pani jest doprawdy aniołem!

Nie zwróciła uwagi na ten szczery wykrzyknik, podeszła do drzwi i otworzyła je. Obrzucił po raz ostatni wzrokiem swój niewielki pokoik, jakby sprawdzając, czy czego nie zapomniał, lecz wnet się uśmiechnął. Prócz ubrania, kapelusza i chusteczki do nosa przecież nie posiadał innego majątku.

Raźno podążył za swą wybawicielką.

Następny pokój był ciemny, lecz dobiegło z niego głośne chrapanie. W półmroku dojrzał rozwalonego na ceratowej otomanie pielęgniarza, który spał z otwartymi ustami.

Później jeszcze jakiś pokój, w którym pachniało chloroformem. Potem schody – i ręka młodej dziewczyny pochwyciła go za ramie.

– Ostrożnie! Kilka stopni! Już jesteśmy na dole!...

Nacisnęła klamkę i znaleźli się w parku. Owiało ich ciepłe powietrze majowej nocy, a drzewa otaczające dom – zdawało się – szeptały radośnie:

– Bogu dzięki... Bogu dzięki...

Najcięższa część zadania została spełniona. Ale należało jeszcze dotrzeć do furtki otwierającej całkowitą drogę do swobody. I to powiodło się znakomicie, nawet żwir nie skrzypiał pod ich stopami, gdy szli do parkanu okalającego zakład doktora Trettera. W oknach domku stróża było ciemno, a kręcący się tam pies, widocznie dobrze znając pielęgniarkę, począł się do niej łasić.

Klucz, na szczęście, tkwił od wewnątrz w zamku furtki. Lekko skrzypnął jeno, gdy przekręcała go powoli.

– Jest pan wolny – szepnęła, szeroko otwierając furtkę i wskazując na dróżkę ciągnącą się śród pól. – Za tą ścieżką znajduje się lasek. Gdy pan go minie, ujrzy pan z daleka światła kolejowej stacji... A później... sama nie wiem, co panu radzić...

– Pojadę do Warszawy – rzekł, aby ją pocieszyć, pojmując, iż choć odzyskał wolność, sam nie wie teraz, co począć ze sobą. – Tylko...

Zrozumiała. Wyjęta z kieszeni fartuszka jakiś zwitek i prawie siłą wetknęła mu go do ręki.

– Zabrałam to ze sobą na wszelki wypadek! – wymówiła. – Toć nie ruszy się pan nigdzie bez pieniędzy...

Zawahał się.

– Doprawdy, pani... Jak mogę przyjmować podobną ofiarę od nieznajomej... Chociaż, nie jest pani dla mnie nieznajomą... Znamy się zaledwie godzinę, a uczyniła więcej niż rodzona siostra... Kiedy i czym odpłacę się pani za to...

Mimo mroku nocy, spostrzegł, że czerwień lekko zabarwia jej policzki.

– Głupstwo! – szepnęła. – Skromna pożyczka! Żałuję, że nie mam więcej! Odda mi pan, kiedy zechce. Nie potrzebne mi są te pieniądze...

Milczał chwilę, ujęty niezwykłą szlachetnością jej postępowania.

– Pani – wymówił wreszcie, przypomniawszy sobie, że nawet nie zna jej nazwiska ani imienia. – Czy wolno choć wiedzieć, komu zawdzięczam moje ocalenie?

– Nazywam się Janina Korycka! – zabrzmiała odpowiedź. – Czy panu tak koniecznie do szczęścia potrzebna była ta wiadomość?

– Ależ wciąż o tym tylko myślę, jak...

– A ja myślę – przerwała – w jaki sposób pan sobie w Warszawie da radę? Nie łatwa sprawa... Proszę sobie zapamiętać, co powiem. Gdyby panu było bardzo ciężko i źle, na Czerniakowskiej pod numerem trzysta osiem mieszka moja matka. Odwiedzam ją stale w niedzielę, gdyż te dnie mam wolne...

– Pani Korycka! Czerniakowska trzysta osiem! – powtórzył.

– Tak! Może pan zapamięta! Dziś mamy poniedziałek, raczej wtorek, bo już północ minęła... Za pięć dni więc będę u matki. Wtedy znów służę wszelką pomocą...

– Panno Janino! Panno Janeczko! – stawię się na pewno! Choć po to, aby panią zobaczyć...

Może jeszcze zamieniliby kilka słów, lecz wtem jakiś podejrzany szmer zwrócił ich uwagę. Na szczęście tylko gałąź opadła z któregoś drzewa, ale szelest ten przypominał im, że niezbyt jest bezpiecznie przedłużać w obecnych warunkach rozmowę.

– Niech pan już idzie! – szepnęła.

Ucałował jej drobną rączkę i począł się oddalać z żalem. Jakże bliska mu była ta śliczna dziewczyna, jego nieoczekiwana wybawicielka.

Ona tymczasem, ostrożnie zamknęła furtkę i cicho przekręciła z powrotem klucz w zamku. Po czym skręciła umyślnie w boczną ciemną aleję, by niespostrzeżenie dostać się do domku, w którym znajdował się jej pokój.

– Jak sobie poradzi? – rozważała. – Wszak nie pamięta nic! Bez nazwiska, bez przyjaciół, bez pieniędzy? Toć wetknęłam mu do ręki zaledwie grosze... Może do niedzieli coś wymyślę, a on do tego czasu nie zginie...

Nie spostrzegła nawet panna Janeczka, że osoba nieznajomego młodego człowieka, poczynała ją interesować coraz bardziej.

I to nie ze względu, że dopomogła mu do uniknięcia prawie pewnej śmierci – a przez wzgląd na jego bladą, smukłą twarz i wielkie niebieskie, marzące oczy.

– Zobaczymy! – szepnęła, rozbierając się powoli i kładąc do łóżka, gdy niespostrzeżenie dla nikogo, bez żadnych przeszkód, powróciła do swego pokoiku; znajdującego się w pawilonie pielęgniarek. – Zobaczymy!

* * *

Tymczasem, młody człowiek – były pacjent numer 210 zakładu doktora Trettera – szybkim krokiem podążał w stronę stacji.

Szczęśliwie minął dość gęsty sosnowy lasek, później dużą łąkę tonącą w poświacie srebrzystych promieni księżyca i wnet zarysował się przed nim szeroki kolejowy tor, a tuż przy nim niewielki drewniany, słabo oświetlony budynek.

Kochana dziewczyna! – pomyślał z rozrzewnieniem, chowając z powrotem banknoty i srebro do kieszeni. Złota Janeczka! Może to jej całomiesięczny zarobek? Sobie lub matce od ust odjęła, by mnie ratować? Czym się odpłacę za tyle dobroci i poświęcenia?

Przystanek! Wdrapał się na nasyp, przeskoczył przez szyny i zatrzymał się w pobliżu pierwszej napotkanej latarni. Wyciągnął zwitek wetknięty mu prawie siłą do ręki przez pielęgniarkę, pannę Janinę, i przeliczył pieniądze. Były tam cztery papierki dwudziestozłotowe i dwie srebrne dziesięciozłotówki, razem sto złotych.

Chwilę stał w zadumie, po czym jakby przypomniawszy sobie, że nie wolno mu poddawać się słabości, drgnął i energicznie ruszył naprzód. Śmiałym krokiem wszedł do stacyjnego budynku i rozejrzał się po małej salce obwieszonej rozkładami jazdy oraz różnobarwnymi reklamowymi plakatami. Była całkowicie pusta, a w jej głębi jasno migało okienko z napisem „Kasa”.

– Czy prędko odchodzi – zapytał możliwie obojętnie zaspanego kasjera – pociąg do Warszawy?

– Osobowy! Za dziesięć minut! – posłyszał odpowiedź.

– Chwała Bogu! Za dziesięć minut! – O mało nie wykrzyknął głośno. – A o której przybywa na miejsce?

Kasjer spojrzał na ścienny zegar. Ten wskazywał kwadrans po północy.

– Jedzie się niecałe pół godziny! – mruknął. – Będzie pan przed pierwszą!

– Proszę o bilet drugiej klasy!

Z biletem w kieszeni wyszedł przed budynek i odetchnął głęboko. Obawiał się najbardziej, że może na najbliższy pociąg przyjdzie mu czekać wiele godzin, a przez ten czas jego ucieczka zostanie zauważona.

Tylko dziesięć minut! – powtórzył w duchu z radością. – Dziesięć minut, a później...

W podnieceniu oczekując na pociąg, jął się przechadzać wzdłuż szyn kolejowych. W rzeczy samej, ruch, jaki niezadługo zapanował na stacyjce świadczył, że rychło nadejdzie pociąg. Gdy przedtem wydawała się całkiem obumarła i pusta, teraz pojawił się dróżnik z zaświeconą latarką a kędyś z mroku wypłynął starozakonny kupiec w długim chałacie, w towarzystwie grubej, otulonej w chustkę Żydówki, oboje z ogromnymi koszami. Dalej, od strony pola, wesoło pogwizdując, wędrowało trzech jakichś podmiejskich andrusów, zapewne, by przez ciekawość asystować przy odejściu pociągu.

– Poczęstowałby nas hrabia, papierosem! – odezwał się jeden z nich, kiedy z nim się zrównali. – Hrabia jedzie do Warszawy, to tam se kupi! A my palim ostatnie i nie dostaniem już na tej stacyjce, bo bufet zamknięty!

– Nie mam papierosów! – odciął krótko, gdyż istotnie ich nie posiadał.

– Te! Taki fajno ubrany, a taki skąpy...

Odszedł o kilka kroków dalej, nie chcąc być narażony na dalsze zaczepki. Andrusy popatrzyły za nim w ślad, lecz widocznie, wywnioskowawszy z jego miny, że nie przydadzą się na nic natarczywe nawet prośby, pozostawili go w spokoju i usiedli na ławce, może w oczekiwaniu innej ofiary.

– Jenszy frajer dulcem wygodzi... Nie ten wydymany...

Puścił mimo uszów epitet i wyglądał pociągu. Jeszcze kilka minut a zniknie stąd bezpowrotnie i nigdy nie ujrzy przeklętego zakładu doktora Trettera. Jeszcze kilka minut, a znajdzie się w przedziale pociągu, by rozpocząć nową walkę z życiem.

– Lecz, cóż to?

Gdy wydawało mu się już, iż zdała połyskują olbrzymie ślepia zbliżającego się pociągu, wtem drugi szczegół zwrócił jego uwagę.

Noc była jasna, księżycowa. Z dala spostrzegł, iż łąką, tą samą, którą on przebył, udając się na stację, biegnie jakiś człowiek. Biegnie, wymachując rękami, a jego postać dziwnie mu jest znana.

– Tretter? – mało nie wykrzyknął z przerażeniem. – Czyżbym się mylił? Nie, na pewno Tretter!

Zadygotało w nim wszystko. Więc, gdy ledwie kilka minut dzieliło go od ocalenia, znów miał wpaść w szpony doktora? Zauważył ucieczkę i sam tu biegnie, aby go pochwycić. Co czynić? Zrezygnować z zakupionego biletu i śród mroków nocy szukać ocalenia? Lecz Tretter nie da za wygraną, narobi na stacji alarmu, rzucą się za nim,

– Co robić?

Tymczasem Tretter zbliżał się coraz bardziej. Istotnie sam rzucił się w pogoń, gdy odwiedziwszy w nocy celę pacjenta numer 210, zastał ją pustą, a obok niej pijanego do nieprzytomności pielęgniarza. Rzucił się jak stał, bez marynarki i kapelusza, nie chcąc tracić sekundy czasu, i nie zabrawszy nikogo do pomocy ze sobą z zakładu. Może nie chciał w drażliwą sprawę wtajemniczać innych, może sądził, że i tak sobie poradzi. Tedy biegł na pół ubrany, zziajany, z rozwianymi włosami i brodą, niby sam oszalał, a na jego twarzy odbijało się przerażenie, że z rąk może mu się wymknąć ofiara.

– Łapcie! Trzymajcie! – ryczał zdała i snadź musiał poznać młodego człowieka, bo wyciągał rękę w jego kierunku.

– Co począć?

Tretter już przeskakuje przez szyny kolejowe i wnet tu się znajdzie. A z drugiej strony teraz naprawdę nadchodzi pociąg, słychać dudnienie kół i odległy gwizd maszyny. Ale Tretter przybędzie przed pociągiem, zanim uciekinier zdąży doń wskoczyć...

– Co robić?

Czuł, jak chłodny pot rosi mu czoło. Lecz, raptem niespodziewana myśl, niczym błyskawiczna, przemknęła w jego głowie.

– Słuchajcie! – zawołał, podbiegając do siedzących na ławce trzech andrusów. Chcecie zarobić pieniądze?

Andrusy, którzy mierzyli go dotychczas wzgardliwymi spojrzeniami, ożywili się nagle, a jeden z nich nawet powstał z ławki.

– Pieniądze? – mruknął – Czemu nie? Zawsze przyda się forsa!

– Widzicie – prędko tłumaczył, wskazując na biegnącego wzdłuż plantu Trettera – widzicie tego mężczyznę z potarganą czupryną i zwichrzoną brodą? To wariat! Mój pacjent! Uciekł z zakładu doktora Trettera! Słyszeliście pewnie o tym zakładzie? Jestem tam lekarzem.

– Co nie mamy znać? To pan tam je doktor?

– Tak! tak!... Uciekł, bo inaczej nie pojmuję, skąd znalazł się na wolności! A ja nie mam czasu nim się zająć i muszę natychmiast jechać do Warszawy! Tedy dam wam dwadzieścia złotych – mignął wyciągniętym z kieszeni banknotem – zwiążcie go i odstawcie do sanatorium! A gdyby stawiał opór, nie krępować się... – wykonał energiczny ruch ręką, niby kogoś porządnie zdzielał po łbie,

– To si wi! – z porozumiewawczym błyskiem w oczach przytwierdziły andrusy.

– Niebezpieczny wariat! – szybko rzucał dalej. – Wszystkich nazywa wariatami. A sam siebie uważa za naczelnego lekarza, doktora Trettera! Ciągle się rzuca i ludzi goni! O, słyszycie, jak wrzeszczy?

W rzeczy samej, doktor Tretter pędem biegł w ich stronę, wydając głośne okrzyki. Jakże nie miał pędzić, gdy jego zbieg, stał o kilkanaście kroków przed nim, rozmawiając z jakimiś oberwusami. Dziwiło tylko doktora, że mimo, iż ten go spostrzegł, nie ucieka, a spokojnie nań oczekuje. Utwierdziło to Trettera jednak w mniemaniu, że tym łatwiej uda się go pochwycić.

– Trzymajcie! – ryczał, ile w piersi starczyło sił. – Trzymajcie wariata!

Wygląd doktora na tyle był niezwykły, iż andrusom na chwilę nawet nie przyszło do głowy, że nie jest on szaleńcem. Wszak widzieli mężczyznę pędzącego bez marynarki, z potarganą czupryną i wykrzywioną z wściekłości twarzą, nienaturalnie wymachującego rękami – podczas gdy obok nich stał wytwornie ubrany pan, całkowicie zasługujący na zaufanie. A banknot dwudziestozłotowy wywierał nieodparty, magiczny wpływ.

– Co będziem czekać? – syknął wyższy z łobuzów, prawie wyrywając papierek z dłoni młodego człowieka. – Jazda, chłopaki, na wariata...

Doktor Tretter prawie znajdował się przy nich. Jego ręka już wyciągała się, by pochwycić za kołnierz zbiega...

– Łapcie, łapcie... – wołał.

Wtem stała się rzecz nieoczekiwana. Jeden z andrusów podstawił nogę i szanowny właściciel zakładu dla nerwowo chorych runął na ziemię jak długi. W tejże chwili, dwaj inni, siedli mu na piersiach, unieruchamiając go całkowicie.

– Czyście oszaleli? – zdążył wybełkotać, zaskoczony niespodziewaną napaścią.

Tymczasem młody człowiek wołał:

– Nie zważajcie na to, co będzie gadał! Będzie w was wmawiał, że jest doktorem Tretterem! Odprowadźcie go siłą do lecznicy, tam was dodatkowo wynagrodzą... Pielęgniarz Anto...

Reszta zdania utonęła w potężnym hałasie. To pociąg z szumem i świstem wpadł na stację.

– Wsiadać! – rozległ się głos konduktora. – Pół minuty tylko zatrzymuje się pociąg.

Tretter rzucał się niby ryba na fiasku.

– Puśćcie! Puśćcie! – wył prawie. – Przecież on...

Młody człowiek już wskoczył do przedziału drugiej klasy. Zatrzasnął za sobą drzwiczki. Przedział był pusty. Szybko opuścił okno.

– Kłaniajcie się ode mnie pielęgniarzowi Antoniemu! – krzyknął w stronę skłębionej grupy.

Rozległ się gwizd. Pociąg ruszył, a twarz młodego człowieka po raz pierwszy od wielu dni rozjaśnił uśmiech.

– Wyobrażam sobie, co tam będzie się działo! – szepnął.

Znikł już pociąg w nocnym mroku, a doktor Tretter wciąż szarpał się i wyrywał z rąk swoich oprawców.

– Dranie! Skurczybyki! Zbóje! – ryczał. – Coście narobili! Uciekł mi wariat! Jestem doktor Tretter!

Ale oświadczenie to wywołało tylko chóralny śmiech andrusów.

– Gadaj zdrów! – kwiczeli z radości. – Wariat odstawia doktora! Nie zbujasz nas, bratku! Idziesz sam do zakładu, czy mamy po szyi przyłożyć?

– Psubraty! Łajdaki! – dalej ryczał. – Jestem naprawdę doktorem Tretterem! Puśćcie mnie w tej chwili! Choć telegraficznie zarządzę pogoń!

Lecz próżne były wszelkie tłumaczenia i protesty. Nawet dróżnik przyglądający się tej scenie tylko się uśmiechał przekonany, że łobuzy ciągną do zakładu zbiegłego stamtąd wariata, chcąc zań otrzymać sowite wynagrodzenie. Doktora Trettera nie znał, a nawet gdyby go znał, nie poznałby go w tym wytarzanym w piasku mężczyźnie.

Wreszcie doktor Tretter, otrzymawszy szereg porządnych szturchańców i bez żadnego respektu ciągnięty za swą wspaniałą siwo-czarną brodę, wciąż rycząc i broniąc się, niesiony prawie przez trzech silnych młodych chłopaków, znalazł się w swym zakładzie.

– Dranie! Dranie! – wył, gdy wyjaśniła się sytuacja. – Za dwadzieścia złotych daliście uciec prawdziwemu wariatowi, a mnie wytarzaliście w piasku! Toć dałbym wam dwieście, gdyby stało się odwrotnie.

Łobuzom przeciągnęły się miny. Nie śmieli już żądać przyobiecanej im przez rzekomego „lekarza” dodatkowej nagrody za dostarczenie do zakładu wariata.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.

To jest bezpłatna wersja demonstracyjna ebooka. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji publikacji.