Lekcje chemii - Bonnie Garmus - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Lekcje chemii ebook i audiobook

Garmus Bonnie

4,8

197 osób interesuje się tą książką

Opis

Bestseller „New York Timesa”. Debiut, który trzeba przeczytać!

Elizabeth Zott jest chemiczką i kobietą daleką od przeciętności. Byłaby zresztą gotowa jako pierwsza wytknąć rozmówcy, że coś takiego jak „przeciętna kobieta” nie istnieje. Ale jest połowa lat 50. i jej koledzy z całkowicie męskoosobowego zespołu naukowców w Instytucie Badawczym Hastings prezentują bardzo nienaukowe podejście do kwestii równouprawnienia płci. Wszyscy z wyjątkiem jednego: to Calvin Evans, nominowany do Nagrody Nobla i słynący z pamiętliwości samotny geniusz, który zakochuje w umyśle Elizabeth. Co skutkuje autentyczną chemią.

Tyle że, zupełnie jak nauka, życie bywa nieprzewidywalne, i parę lat później Elizabeth Zott jest nie tylko samotną matką, ale i gwiazdą najsłynniejszego programu kulinarnego. Jej niezwykłe podejście do gotowania („Do łyżki stołowej kwasu octowego dodajemy szczyptę chlorku sodu”) staje się zaczątkiem rewolucji. W miarę jednak jak rosną zastępy jej sympatyków, rośnie też grupa niezadowolonych. Okazuje się bowiem, że Elizabeth nie uczy kobiet po prostu gotować, robi znacznie więcej; ośmiela je do zmiany status quo.

Śmieszne do rozpuku, przenikliwie trafne i wzbogacone gwiazdorską obsadą postaci drugoplanowych, Lekcje chemii są równie oryginalne i dynamiczne jak ich protagonistka.

Bonnie Garmus to copywriterka i dyrektorka kreatywna z bogatym doświadczeniem pracy na polach techniki, medycyny i edukacji. Jest pływaczką na otwartych akwenach, wioślarką i matką dwóch mocno niewiarygodnych córek. Urodzona w Kalifornii, do niedawna z Seattle, mieszka obecnie w Londynie ze swoim mężem oraz psem imieniem Dziewięćdziesiąt Dziewięć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 562

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 40 min

Lektor: Paulina Holtz

Oceny
4,8 (211 ocen)
173
26
12
0
0
Sortuj według:
letza
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja, chociaż to jest obyczajówka a nie romans. Książka do pośmiana się i do pomyślenia. I koniecznie audiobook - tak dobrze dobranej lektorki dawni nie słyszałam🤩 Edit: naprawiam niewybaczalny błąd jakim jest niewspółmiernie o doskonałym tłumaczeniu. Pan Marek Cieślik - super robota i chociaż nie znam Pana innych tłumaczeń to w tej książce jest doskonale🤩
40
utzig

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniała !!!
40
Rienecker

Nie oderwiesz się od lektury

To taka kolejka górska emocji. Porwała i zapiera dech przez cały czas, co kilka stron wywracając do góry nogami. Niechby jednak nie zrobili z tego filmu, żeby pozostała czysta.
41
Rysiarys
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

Wspaniałe napisana i przeczytana 😀
30
Tedzik

Nie oderwiesz się od lektury

Słodko-gorzka, zabawna i wzruszająca, skłaniająca do refleksji, podejmująca niezbyt często eksploatowaną tematykę, sprawnie napisana - to na pewno będzie czytelniczy sukces! Chętnie też zobaczyłabym ekranizację. Wielkie brawa dla lektorki, Pauliny Holz.
10

Popularność




Ty­tuł ory­gi­na­łu Les­sons in Che­mi­stry
Prze­kład MA­REK CIE­ŚLIK
Wy­daw­ca KA­TA­RZY­NA RUDZ­KA
Re­dak­tor pro­wa­dzący ADAM PLUSZ­KA
Re­dak­cja EWA PENK­SYK-KLUCZ­KOW­SKA
Ko­rek­ta MA­ŁGO­RZA­TA KU­ŚNIERZ, BE­ATA WÓJ­CIK
Kon­sul­ta­cja ANNA FI­LI­PEK
Pro­jekt okład­ki © BECI KEL­LY
Ad­ap­ta­cja pro­jek­tu okład­ki, stro­ny ty­tu­ło­we DA­WID GRZE­LAK
Opra­co­wa­nie ty­po­gra­ficz­ne, ła­ma­nie
Ko­or­dy­na­tor­ka pro­duk­cji PAU­LI­NA KU­REK
Zdjęcie na okład­ce © Co­lin Tho­mas
Les­sons in Che­mi­stry Co­py­ri­ght © 2022 by Bon­nie Gar­mus Co­py­ri­ght © for the trans­la­tion by Ma­rek Cie­ślik Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy, War­sza­wa 2022
War­sza­wa 2022 Wy­da­nie pierw­sze
ISBN 978-83-67262-82-8
Wy­daw­nic­two Mar­gi­ne­sy Sp. z o.o. ul. Mie­ro­sław­skie­go 11A 01-527 War­sza­wa tel. 48 22 663 02 75re­dak­[email protected]­gi­ne­sy.com.pl
www.mar­gi­ne­sy.com.pl
Kon­wer­sja: eLi­te­ra s.c.

Mo­jej mat­ce, Mary Swal­low Gar­mus

1

Li­sto­pad 1961

Daw­no temu, w roku 1961, kie­dy ko­bie­ty cho­dzi­ły w szmi­zjer­kach, za­pi­sy­wa­ły się do klu­bów ogrod­ni­czych i bez skru­pu­łów wo­zi­ły całe rze­sze dzie­ci sa­mo­cho­da­mi bez pa­sów bez­pie­cze­ństwa; na dłu­go przed tym, za­nim ko­mu­kol­wiek przy­szło­by do gło­wy, że za­no­si się na ja­kiś „ruch lat sze­śćdzie­si­ątych”, a tym bar­dziej że jego uczest­ni­cy i uczest­nicz­ki spędzą ko­lej­ne sze­śćdzie­si­ąt lat na spi­sy­wa­niu jego kro­nik; kie­dy woj­ny świa­to­we prze­szły do hi­sto­rii, woj­ny taj­nych słu­żb do­pie­ro się roz­po­częły, a lu­dzie za­czy­na­li my­śleć po no­we­mu i wie­rzyć, że wszyst­ko jest mo­żli­we, trzy­dzie­sto­let­nia mat­ka Ma­de­li­ne Zott co dzień rano bu­dzi­ła się tuż przed świ­tem pew­na jed­ne­go: jej ży­cie do­bie­gło ko­ńca.

Mimo to uda­wa­ła się do la­bo­ra­to­rium, żeby spa­ko­wać swo­jej cór­ce dru­gie śnia­da­nie.

„Pa­li­wo dla na­uki” – wy­pi­sa­ła Eli­za­beth Zott na kar­tecz­ce, któ­rą wsu­nęła có­recz­ce do pu­de­łka śnia­da­nio­we­go. Po­tem za­wa­ha­ła się z unie­sio­nym w po­wie­trzu ołów­kiem, jak­by zmie­nia­ła zda­nie. „Na prze­rwie po­upra­wiaj sport, ale pa­mi­ętaj, że chłop­cy wca­le nie mu­szą wy­gry­wać” – wy­pi­sa­ła na ko­lej­nej kar­tecz­ce. Znów się za­sta­no­wi­ła, stu­ka­jąc ołów­kiem w blat sto­łu. „Ani tro­chę ci się nie wy­da­je – na­pi­sa­ła na trze­ciej kar­tecz­ce. – Wi­ęk­szo­ść lu­dzi fak­tycz­nie jest pa­skud­na”. Dru­gą i trze­cią kar­tecz­kę umie­ści­ła na pierw­szej.

Małe dzie­ci na ogół nie umie­ją czy­tać, a je­śli już, to zna­ją zwy­kle sło­wa typu „kot” czy „mama”. Ma­de­li­ne jed­nak czy­ta­ła, od­kąd sko­ńczy­ła trzy lata, i te­raz, w wie­ku lat pi­ęciu, mia­ła już za sobą lek­tu­rę wi­ęk­szo­ści dzieł Dic­ken­sa.

Ma­de­li­ne była ta­kim wła­śnie dziec­kiem – ta­kim, któ­re umie za­nu­cić kon­cert Ba­cha, ale nie po­tra­fi za­wi­ązać so­bie sznu­ró­wek; po­tra­fi ob­ja­śnić ruch ob­ro­to­wy Zie­mi, ale za­wie­sza się przy grze w kó­łko i krzy­żyk. I w tym tkwił pro­blem. Bo cho­ciaż nad cu­dow­ny­mi dzie­ćmi ob­da­rzo­ny­mi ta­len­tem mu­zycz­nym wszy­scy się roz­pły­wa­ją, to tymi, któ­re szyb­ko na­uczy­ły się czy­tać, nikt się nie za­chwy­ca. A to dla­te­go, że są do­bre wy­łącz­nie w tym, w czym osta­tecz­nie będą też do­bre wszyst­kie po­zo­sta­łe. To, że są w tym szyb­sze, w ich przy­pad­ku nie jest więc ni­czym wy­jąt­ko­wym – tyl­ko iry­tu­jącym.

Ma­de­li­ne zda­wa­ła so­bie z tego spra­wę. Dla­te­go też sta­ra­ła się co dzień rano – po wy­jściu mamy z domu, kie­dy miesz­ka­jąca po sąsiedz­ku opie­kun­ka imie­niem Har­riet była czy­mś za­jęta – wy­do­by­wać li­ści­ki z po­jem­ni­ka z dru­gim śnia­da­niem, czy­tać je i od­kła­dać do po­zo­sta­łych li­ści­ków, któ­re prze­cho­wy­wa­ła w pu­de­łku po bu­tach w głębi swo­jej szaf­ki. W szko­le uda­wa­ła, że nie ró­żni się od in­nych dzie­ci: że jest prak­tycz­nie anal­fa­bet­ką. Zda­niem Ma­de­li­ne przy­sta­wa­nie do oto­cze­nia było naj­wa­żniej­sze na świe­cie. Mia­ła na to nie­pod­wa­żal­ny do­wód: jej mat­ka za­wsze od­sta­wa­ła od in­nych i pro­szę bar­dzo, do cze­go ją to do­pro­wa­dzi­ło.

Tam wła­śnie, w po­łu­dnio­wo­ka­li­for­nij­skim mia­stecz­ku Com­mons, gdzie kli­mat był prze­wa­żnie cie­pły, ale nie nad­mier­nie, nie­bo prze­wa­żnie błękit­ne, choć nie za bar­dzo, a po­wie­trze czy­ste, bo wte­dy po­wie­trze po pro­stu ta­kie było, Ma­de­li­ne le­ża­ła w swo­im łó­żecz­ku i cze­ka­ła z za­mkni­ęty­mi ocza­mi. Wie­dzia­ła, że wkrót­ce po­czu­je de­li­kat­ny po­ca­łu­nek w czo­ło, sta­ran­ne otu­le­nie ko­łder­ką, cie­pło od­de­chu szep­czące­go „Wy­ko­rzy­staj ten dzień”. Mi­nu­tę pó­źniej usły­szy roz­ruch sil­ni­ka sa­mo­cho­du, chrzęst opon ply­mo­utha wy­co­fy­wa­ne­go z pod­jaz­du, do­no­śny od­głos to­wa­rzy­szący mo­zol­ne­mu prze­rzu­ce­niu bie­gu ze wstecz­ne­go na je­dyn­kę. A po­tem jej wiecz­nie przy­gnębio­na mat­ka wy­ru­szy do stu­dia te­le­wi­zyj­ne­go, w któ­rym za­ło­ży ku­chen­ny far­tuch i wyj­dzie na sce­nę.

Pro­gram na­zy­wał się Ko­la­cja o szó­stej, a Eli­za­beth Zott była jego nie­kwe­stio­no­wa­ną gwiaz­dą.

2

Pine

Eli­za­beth Zott, daw­niej che­micz­ka do­świad­czal­na, była ko­bie­tą o nie­ska­zi­tel­nej ce­rze i cha­rak­te­ry­stycz­nej au­rze oso­by nie­prze­ci­ęt­nej, któ­rej prze­ci­ęt­no­ść ab­so­lut­nie nie gro­zi.

Zo­sta­ła, jak wszyst­kie po­rząd­ne gwiaz­dy, od­kry­ta. Co praw­da nie sie­dzia­ła wte­dy w ba­rze z sha­ke’ami ani na przy­pad­ko­wej ław­ce, nie zo­sta­ła przed­sta­wio­na komu trze­ba. Do tego od­kry­cia do­pro­wa­dzi­ła kra­dzież – a kon­kret­nie kra­dzież je­dze­nia.

Hi­sto­ria była pro­sta: pew­na dziew­czyn­ka, Aman­da Pine, prze­pa­da­jąca za je­dze­niem w stop­niu uzna­wa­nym przez nie­któ­rych te­ra­peu­tów za nie­ba­ga­tel­ny, zja­da­ła dru­gie śnia­da­nia Ma­de­li­ne. Dzia­ło się tak, po­nie­waż rów­nież one wy­ra­sta­ły po­nad prze­ci­ęt­no­ść. Kie­dy inne dzie­ci prze­żu­wa­ły swo­je ka­nap­ki z ma­słem orze­cho­wym i dże­mem, Ma­de­li­ne otwie­ra­ła pu­de­łko z dru­gim śnia­da­niem i znaj­do­wa­ła w nim so­lid­ny ka­wa­łek la­za­nii z ko­la­cji, do tego por­cję du­szo­nej cu­ki­nii, roz­kro­jo­ne w ćwiart­ki eg­zo­tycz­ne kiwi, pięć ide­al­nych po­mi­dor­ków, ma­le­ńką sol­nicz­kę mar­ki Mor­ton, dwa jesz­cze cie­płe cia­stecz­ka z ka­wa­łka­mi cze­ko­la­dy i czer­wo­ny kra­cia­sty ter­mos pe­łen schło­dzo­ne­go mle­ka.

Wła­śnie dla­te­go wszy­scy po­żąda­li dru­gie­go śnia­da­nia Ma­de­li­ne, łącz­nie z nią samą. Mimo to Ma­de­li­ne często­wa­ła nim Aman­dę, po­nie­waż przy­ja­źń wy­ma­ga po­świ­ęceń, ale ta­kże dla­te­go, że Aman­da jako je­dy­na oso­ba w ca­łej szko­le nie stro­iła so­bie żar­tów z dziw­nej dziew­czyn­ki, któ­ra mia­ła już świa­do­mo­ść swo­jej od­mien­no­ści.

Do­pie­ro spo­strze­głszy, że ubra­nia Ma­de­li­ne za­czy­na­ją zwi­sać na jej wy­chu­dzo­nym cie­le jak źle do­pa­so­wa­ne za­sło­ny, Eli­za­beth za­częła się za­sta­na­wiać, co się dzie­je. We­dług jej wy­li­czeń dziew­czyn­ka przyj­mo­wa­ła co­dzien­nie tyle po­kar­mów, ile po­trze­bo­wa­ła do opty­mal­ne­go roz­wo­ju, co z na­uko­we­go punk­tu wi­dze­nia wy­klu­cza­ło utra­tę masy cia­ła. Może to na­gły skok wzro­stu? Nie. W swo­ich wy­li­cze­niach wzi­ęła to pod uwa­gę. Wcze­sne za­bu­rze­nie odży­wia­nia? Ra­czej nie. Przy obie­dzie Ma­de­li­ne ja­dła za trzech. Bia­łacz­ka? Zde­cy­do­wa­nie nie. Eli­za­beth nie była ty­pem pa­ni­ka­ry, któ­ra nocą, za­miast spać, leży i wy­obra­ża so­bie, że jej cór­kę dręczy nie­ule­czal­na cho­ro­ba. Jako na­uko­wiec za­wsze szu­ka­ła ja­kie­goś sen­sow­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia, a w chwi­li, gdy uj­rza­ła ubru­dzo­ną so­sem po­mi­do­ro­wym bu­zię Aman­dy Pine, zro­zu­mia­ła, że wła­śnie je zna­la­zła.

– Pa­nie Pine – za­częła Eli­za­beth, wkro­czyw­szy w śro­do­we po­po­łud­nie do stu­dia lo­kal­nej te­le­wi­zji i mi­nąw­szy se­kre­tar­kę. – Dzwo­nię do pana od trzech dni i ani razu nie ra­czył pan od­dzwo­nić. Na­zy­wam się Eli­za­beth Zott. Je­stem mat­ką Ma­de­li­ne Zott, na­sze dzie­ci uczęsz­cza­ją ra­zem do Szko­ły Pod­sta­wo­wej Wo­ody’ego i przy­by­łam po­in­for­mo­wać pana, że pa­ńska cór­ka pro­po­nu­je mo­jej przy­ja­źń, ucie­ka­jąc się do pod­stępu. – A po­nie­waż jej roz­mów­ca wy­glądał na zdez­o­rien­to­wa­ne­go, do­da­ła: – Pa­ńska cór­ka ob­ja­da moją z dru­gich śnia­dań.

– D-dru­gich śnia­dań? – wy­krztu­sił z tru­dem Wal­ter Pine, ogar­nia­jąc wzro­kiem sto­jącą przed nim ko­bie­tę o olśnie­wa­jącym wy­glądzie; jej bia­ły far­tuch la­bo­ra­to­ryj­ny ema­no­wał nie­mal świ­ętą ja­sno­ścią, któ­rą bu­rzył tyl­ko je­den szcze­gół: zdo­bi­ące ubiór czer­wo­ne ini­cja­ły „E.Z.” wy­szy­te nad kie­szon­ką.

– Pa­ńska cór­ka, Aman­da – po­now­nie na­ta­rła Eli­za­beth – zja­da dru­gie śnia­da­nia mo­jej cór­ki. Naj­pew­niej już od kil­ku mie­si­ęcy.

Wal­ter mógł się tyl­ko w nią wpa­try­wać. Wy­so­ka i ko­ści­sta, z wło­sa­mi ko­lo­ru spie­czo­nych ma­śla­nych to­stów ści­ągni­ęty­mi za gło­wą w węzeł spi­ęty ołów­kiem, sta­ła przed nim wspar­ta pod boki, z wy­zy­wa­jąco czer­wo­ny­mi war­ga­mi, roz­świe­tlo­ną skó­rą, pro­stym no­sem. Spo­gląda­ła na nie­go z góry jak sa­ni­ta­riusz na polu bi­twy oce­nia­jący, czy war­to go ra­to­wać.

– A już ab­so­lut­nie na­gan­ne – ci­ągnęła – jest to, że wy­łu­dza od Ma­de­li­ne śnia­da­nia, uda­jąc jej przy­ja­ció­łkę.

– K-kim pani jest, bo nie do­sły­sza­łem? – wy­jąkał Wal­ter.

– Eli­za­beth Zott! – krzyk­nęła. – Mat­ka Ma­de­li­ne Zott!

Wal­ter kiw­nął gło­wą, sta­ra­jąc się po­jąć sy­tu­ację. Jako do­świad­czo­ny pro­du­cent po­po­łu­dnio­wych au­dy­cji te­le­wi­zyj­nych znał się na ak­tor­stwie. Ale to? Cały czas się na nią ga­pił. Była osza­ła­mia­jąca. Tak, był nią do­słow­nie oszo­ło­mio­ny. Czy przy­szła tu na ja­kiś ca­sting?

– Przy­kro mi – wy­du­sił w ko­ńcu – ale wszyst­kie role pie­lęgnia­rek mamy już ob­sa­dzo­ne.

– Co pro­szę? – burk­nęła.

Na­stąpi­ła dłu­ższa pau­za.

– Aman­da Pine – po­wtó­rzy­ła ko­bie­ta.

Wal­ter za­mru­gał gwa­łtow­nie.

– Moja cór­ka? Oj... – W jego gło­sie za­brzmiał na­gły lęk. – Coś z nią nie tak? Jest pani le­kar­ką? Ze szko­ły? – Po­de­rwał się na rów­ne nogi.

– Wiel­ki Boże, nie – od­pa­rła Eli­za­beth. – Je­stem che­mi­kiem. Przy­je­cha­łam tu aż z Ha­stings w cza­sie go­dzin­nej prze­rwy obia­do­wej, bo nie re­agu­je pan na moje te­le­fo­ny. – A wi­dząc, że mężczy­zna wci­ąż jest skon­ster­no­wa­ny, wy­ja­śni­ła: – In­sty­tut Ba­daw­czy Ha­stings? W któ­rym „prze­ło­mo­wy­mi od­kry­cia­mi otwie­ra­my nowe ho­ry­zon­ty”? – Wes­tchnie­niem skwi­to­wa­ła bez­my­śl­no­ść slo­ga­nu. – Cho­dzi mi o to, że wkła­dam spo­ro wy­si­łku w przy­go­to­wy­wa­nie dla Ma­de­li­ne po­żyw­ne­go dru­gie­go śnia­da­nia. Nie­wąt­pli­wie i pan sta­ra się po­dob­nie za­spo­ka­jać po­trze­by wła­sne­go dziec­ka. – A kie­dy mężczy­zna nie prze­sta­wał wpa­try­wać się w nią w osłu­pie­niu, do­da­ła: – Bo dba pan o roz­wój fi­zycz­no-po­znaw­czy Aman­dy. Bo wie pan do­brze, że roz­wój ten jest uza­le­żnio­ny od do­star­cza­nia or­ga­ni­zmo­wi zrów­no­wa­żo­ne­go ze­sta­wu wi­ta­min i mi­ne­ra­łów.

– Sęk w tym, że pani Pine...

– Tak, wiem. Za­gi­nęła w ak­cji. Pró­bo­wa­łam skon­tak­to­wać się z nią, ale po­wie­dzia­no mi, że miesz­ka w No­wym Jor­ku.

– Je­ste­śmy po roz­wo­dzie.

– Przy­kro mi sły­szeć, ale roz­wód nie­wie­le ma wspól­ne­go z dru­gim śnia­da­niem.

– Na po­zór, jed­nak...

– Mężczy­zna, pa­nie Pine, może przy­go­to­wy­wać dru­gie śnia­da­nie. Z punk­tu wi­dze­nia bio­lo­gii nie leży to poza za­si­ęgiem jego umie­jęt­no­ści.

– Oczy­wi­ście – zgo­dził się Wal­ter, szar­pi­ąc się z krze­słem. – Pro­szę, pani Zott, ze­chce pani usi­ąść.

– Mam coś w cy­klo­tro­nie – od­pa­rła z iry­ta­cją, spo­gląda­jąc na ze­ga­rek. – Ro­zu­mie­my się czy nie?

– W cy­klo...

– W ak­ce­le­ra­to­rze cząstek ele­men­tar­nych.

Eli­za­beth ob­rzu­ci­ła wzro­kiem ścia­ny. Za­pe­łnia­ły je opra­wio­ne w ram­ki pla­ka­ty re­kla­mu­jące me­lo­dra­ma­tycz­ne ope­ry my­dla­ne i efek­ciar­skie te­le­tur­nie­je.

– Mój do­ro­bek – po­wie­dział Wal­ter, na­gle za­że­no­wa­ny pro­stac­twem pla­ka­tów. – Może coś z tego pani wi­dzia­ła?

Ko­bie­ta po­now­nie ob­ró­ci­ła się ku nie­mu.

– Pro­szę pana – ode­zwa­ła się to­nem bar­dziej po­jed­naw­czym – przy­kro mi, że nie mam cza­su ani mo­żli­wo­ści przy­go­to­wy­wać dru­gich śnia­dań pa­ńskiej cór­ce. Obo­je wie­my, że je­dze­nie to ka­ta­li­za­tor, któ­ry od­blo­ko­wu­je na­sze mó­zgi, wi­ąże na­sze ro­dzi­ny i wy­zna­cza na­szą przy­szło­ść. A jed­nak... – Urwa­ła, mru­żąc oczy na wi­dok pla­ka­tu ja­kie­jś ope­ry my­dla­nej, na któ­rym pie­lęgniar­ka w dość nie­zwy­kły spo­sób roz­ta­cza­ła opie­kę nad pa­cjen­tem. – Czy ktoś w ogó­le ma czas, żeby uczyć cały na­ród przy­go­to­wy­wa­nia je­dze­nia, któ­re rze­czy­wi­ście odży­wia? Ża­łu­ję, ale ja tego cza­su nie mam. A pan go ma?

Kie­dy od­wró­ci­ła się do wy­jścia, Pine, nie chcąc dać jej uciec ani nie do ko­ńca wie­dząc jesz­cze, co sam za chwi­lę wy­my­śli, rzu­cił szyb­ko:

– Za­raz, pro­szę, niech pani po­cze­ka... pro­szę. Co... co pani przed chwi­lą po­wie­dzia­ła? O ucze­niu ca­łe­go na­ro­du przy­go­to­wy­wa­nia je­dze­nia, któ­re... któ­re rze­czy­wi­ście odży­wia?

Ko­la­cja o szó­stej mia­ła pre­mie­rę mie­si­ąc pó­źniej. I choć po­my­sł nie ca­łkiem przy­pa­dł Eli­za­beth do gu­stu – była w ko­ńcu che­micz­ką do­świad­czal­ną – pod­jęła się za­jęcia z tych sa­mych po­wo­dów co zwy­kle: było le­piej płat­ne, a ona mia­ła dziec­ko na utrzy­ma­niu.

Od pierw­sze­go dnia, w któ­rym Eli­za­beth za­ło­ży­ła ku­chen­ny far­tuch i wy­szła na plan, nie ule­ga­ło wąt­pli­wo­ści, że ma w so­bie to coś – ce­chę trud­ną do okre­śle­nia, ale de­cy­du­jącą o me­dial­no­ści. Jed­no­cze­śnie była oso­bą kon­kret­ną, tak pro­sto­li­nij­ną i rze­czo­wą, że lu­dzie nie wie­dzie­li, co o niej sądzić. Pod­czas gdy w in­nych pro­gra­mach ku­li­nar­nych do­bro­dusz­ni mi­strzo­wie kuch­ni ra­do­śnie po­pi­ja­li sher­ry, Eli­za­beth Zott pro­wa­dzi­ła swo­ją au­dy­cję z po­wa­gą. Ni­g­dy się nie uśmie­cha­ła. Ni­g­dy nie żar­to­wa­ła. A jej po­tra­wy były rów­nie rze­tel­ne i prak­tycz­ne jak ona sama.

Po pół roku pro­gram Eli­za­beth nie­prze­rwa­nie zy­ski­wał co­raz wi­ęk­szą oglądal­no­ść. Po roku był praw­dzi­wą in­sty­tu­cją. A nim mi­nęły dwa lata, do­wió­dł swo­jej nie­sa­mo­wi­tej po­tęgi, nie tyl­ko jed­no­cząc ro­dzi­ców z dzie­ćmi, ale i oby­wa­te­li z pa­ństwem. Nie będzie prze­sa­dą stwier­dze­nie, że kie­dy Eli­za­beth Zott ko­ńczy­ła go­to­wać, cała Ame­ry­ka za­sia­da­ła do sto­łów.

Jej pro­gram oglądał na­wet wi­ce­pre­zy­dent Lyn­don John­son.

– Chce pan wie­dzieć, co so­bie my­ślę? – po­wie­dział raz, zby­wa­jąc ja­kie­goś nie­ustępli­we­go re­por­te­ra. – My­ślę, że po­wi­nien pan mniej pi­sać, a wi­ęcej oglądać te­le­wi­zji. Niech pan za­cznie od Ko­la­cji o szó­stej. Ta Zott zna się na rze­czy.

Tak też było. U Eli­za­beth Zott pró­żno było szu­kać ob­ja­śnień, jak ro­bić mi­ni­ka­na­pecz­ki z ogór­kiem czy de­li­kat­ne su­fle­ty. Jej prze­pi­sy ku­li­nar­ne były kon­kret­ne: du­szo­ne mi­ęsa, za­pie­kan­ki, da­nia przy­rządza­ne w wiel­kich me­ta­lo­wych garn­kach. Pil­no­wa­ła obec­no­ści pro­duk­tów z wszyst­kich czte­rech grup ży­wie­nio­wych. Wie­rzy­ła w so­lid­ne por­cje. I twier­dzi­ła, że nie war­to przy­rządzać żad­nej po­tra­wy, któ­rej trze­ba po­świ­ęcić wi­ęcej niż go­dzi­nę. Ka­żdy swój pro­gram ko­ńczy­ła cha­rak­te­ry­stycz­ną ode­zwą:

– Dzie­ci, na­kryj­cie do sto­łu. Wa­sza mat­ka po­trze­bu­je te­raz chwi­li dla sie­bie.

Ale po­tem ja­kiś wa­żny dzien­ni­karz na­pi­sał ar­ty­kuł pod ty­tu­łem Dla­cze­go zje­my wszyst­ko, co nam za­ser­wu­je, w któ­rym mi­mo­cho­dem na­zwał ją La­lu­nią Liz­zie – i prze­zwi­sko to, jako że było za­rów­no po­nie­kąd traf­ne, jak i zgrab­ne, przy­lgnęło do niej ni­czym far­ba dru­kar­ska do ga­ze­ty, w któ­rej je wy­dru­ko­wa­no. Od­tąd obcy lu­dzie wo­ła­li za nią La­lu­nia, ale Ma­de­li­ne mó­wi­ła do niej „mamo” i cho­ciaż była jesz­cze dziec­kiem, ro­zu­mia­ła, że prze­zwi­sko de­pre­cjo­nu­je ta­lent jej mat­ki. Była che­mi­kiem, a nie ku­char­ką z te­le­wi­zji. Eli­za­beth zaś, skrępo­wa­na w obec­no­ści swo­je­go je­dy­ne­go dziec­ka, czu­ła wte­dy wstyd.

Cza­sa­mi Eli­za­beth le­ża­ła nocą w łó­żku i za­cho­dzi­ła w gło­wę, ja­kim cu­dem w jej ży­ciu do­szło do cze­goś ta­kie­go. Ni­g­dy jed­nak nie mu­sia­ła za­cho­dzić w gło­wę dłu­go, bo od­po­wie­dź zna­ła do­sko­na­le.

Przez Ca­lvi­na Evan­sa.

3

In­sty­tut Ba­daw­czy Ha­stings(dzie­si­ęć lat wcze­śniej, sty­czeń 1952)

Ca­lvin Evans też był za­trud­nio­ny w In­sty­tu­cie Ba­daw­czym Ha­stings, ale w prze­ci­wie­ństwie do Eli­za­beth, w któ­rej la­bo­ra­to­rium było wręcz tłocz­no, dys­po­no­wał wiel­ką pra­cow­nią na swój wy­łącz­ny uży­tek.

Wzi­ąw­szy pod uwa­gę osi­ągni­ęcia, może i na nią za­słu­gi­wał. Nim sko­ńczył dzie­wi­ęt­na­ście lat, miał na kon­cie de­cy­du­jący wkład w ba­da­nia, któ­re po­mo­gły słyn­ne­mu bry­tyj­skie­mu che­mi­ko­wi Fre­de­ric­ko­wi San­ge­ro­wi sfi­na­li­zo­wać wal­kę o Na­gro­dę No­bla; w wie­ku lat dwu­dzie­stu dwóch od­krył szyb­szą me­to­dę syn­te­zy pro­stych pro­te­in; gdy miał lat dwa­dzie­ścia czte­ry, dzi­ęki swo­im prze­ło­mo­wym opra­co­wa­niom do­ty­czącym re­ak­tyw­no­ści di­ben­zo­se­le­no­fe­nu tra­fił na okład­kę pi­sma „Che­mi­stry To­day”. Był po­nad­to au­to­rem szes­na­stu ar­ty­ku­łów na­uko­wych, dzie­si­ęcio­krot­nie za­pra­sza­no go na mi­ędzy­na­ro­do­we kon­fe­ren­cje, a ta­kże pro­po­no­wa­no mu sty­pen­dium na­uko­wo-ba­daw­cze na Ha­rvar­dzie. Dwu­krot­nie. On zaś od­rzu­cił tę pro­po­zy­cję. Rów­nież dwu­krot­nie. Częścio­wo dla­te­go, że wie­le lat wcze­śniej na Ha­rvar­dzie nie przy­jęto go na stu­dia, a częścio­wo dla­te­go, że... no cóż, praw­dę mó­wi­ąc, inny po­wód nie ist­niał. Ca­lvin był ge­niu­szem, ale gdy szło o wady, na pierw­szym miej­scu na­le­ża­ło­by wy­mie­nić pa­mi­ętli­wo­ść: ni­g­dy nie za­po­mi­nał uraz.

Zna­ny był nie tyl­ko z pa­mi­ętli­wo­ści, ale i z nie­cier­pli­wo­ści. Jak wie­lu ge­niu­szy, Ca­lvin po pro­stu nie mógł po­jąć, dla­cze­go nikt inny nie ro­zu­mie tego co on. Był też in­tro­wer­ty­kiem, co nie jest wadą sen­su stric­to, ale często prze­ja­wia się jako ro­dzaj re­zer­wy wo­bec in­nych. A co naj­gor­sze – był wio­śla­rzem.

Jak wia­do­mo wszyst­kim nie­wio­śla­rzom, wio­śla­rze nie są faj­ni. Dla­te­go że nie chcą ni­g­dy roz­ma­wiać o ni­czym poza wio­sło­wa­niem. Wy­star­czy, że w jed­nym miej­scu spo­tka się ich cho­ciaż dwóch, a roz­mo­wa na­tych­miast scho­dzi ze zwy­kłych te­ma­tów typu pra­ca czy po­go­da i za­mie­nia się w dłu­gie bez­ce­lo­we opo­wie­ści o ło­dziach, pęcher­zach na rękach, wio­słach, chwy­tach, er­go­me­trach, tre­nin­gach, pió­rach wio­seł, za­nu­rza­niu wio­seł, pusz­cza­niu wio­seł, ucie­ka­niu wio­seł, ła­pa­niu raka, po­zy­cjach, przy­ci­ągni­ęciach, po­ci­ągni­ęciach, pod­ci­ągni­ęciach, wóz­kach, po­śli­zgach, po­cząt­kach, sprin­tach, wy­wrot­kach i o tym, czy na wo­dzie było ostat­nio na­praw­dę rów­no czy nie. Stąd zwy­kle dys­ku­sja roz­wi­ja się w stro­nę tego, co nie wy­szło pod­czas ostat­nie­go wio­sło­wa­nia, co może nie wy­jść na na­stęp­nym wio­sło­wa­niu i czy­ja to była lub będzie wina. W któ­ry­mś mo­men­cie wio­śla­rze nie­chyb­nie wy­ci­ąga­ją ręce i po­rów­nu­ją od­ci­ski. Je­śli ma się praw­dzi­we­go pe­cha, może po­tem na­stąpić kil­ka mi­nut chy­le­nia czo­ła z sza­cun­kiem w re­ak­cji na czy­jeś wspo­mnie­nia o ide­al­nym przy­pad­ku wio­sło­wa­nia, kie­dy wszyst­ko szło jak z płat­ka.

Nie li­cząc che­mii, wio­ślar­stwo sta­no­wi­ło je­dy­ną praw­dzi­wą na­mi­ęt­no­ść Ca­lvi­na. De fac­to to wła­śnie ono było po­wo­dem, dla któ­re­go przede wszyst­kim chciał pó­jść na Ha­rvard: wio­sło­wa­nie dla tej uczel­ni w roku 1945 ozna­cza­ło wio­sło­wa­nie dla naj­lep­szych. W za­sa­dzie dla wi­ce­naj­lep­szych. Na­praw­dę naj­lep­szy był Uni­wer­sy­tet Sta­nu Wa­szyng­ton, ale ten mie­ścił się w Se­at­tle, a Se­at­tle sły­nęło z desz­czu. Ca­lvin nie­na­wi­dził desz­czu. Dla­te­go si­ęgnął wzro­kiem da­lej – ku Cam­brid­ge, temu w An­glii, ob­na­ża­jąc tym sa­mym je­den z mi­tów o na­ukow­cach: to, że są do­brzy w zbie­ra­niu in­for­ma­cji.

Pierw­sze­go dnia, w któ­rym Ca­lvin wio­sło­wał na rze­ce Cam, pa­da­ło. Dru­gie­go dnia też. Trze­cie­go dnia: to samo.

– Czy tu­taj za­wsze tak pada? – za­py­tał zrzędli­wie Ca­lvin, kie­dy wraz z ko­le­ga­mi z osa­dy dźwi­gnął ci­ężką drew­nia­ną łódź na ra­mio­na i nie­mra­wo ru­szył nad wodę.

– Skądże zno­wu – za­pew­ni­li go. – W Cam­brid­ge aura jest zwy­kle cie­pła i ła­god­na. – A po­tem spoj­rze­li po so­bie po­ro­zu­mie­waw­czo, jak­by dla po­twier­dze­nia tego, co po­dej­rze­wa­li już od daw­na: Ame­ry­ka­nie to idio­ci.

Nie­ste­ty idio­tyzm Ca­lvi­na roz­ci­ągał się też na jego rand­ko­wa­nie – co sta­no­wi­ło nie lada pro­blem, bo Ca­lvin bar­dzo pra­gnął się za­ko­chać. W ci­ągu ca­łych sze­ściu sa­mot­nych lat spędzo­nych w Cam­brid­ge zdo­łał umó­wić się z za­le­d­wie pi­ęcio­ma ko­bie­ta­mi, z któ­rych tyl­ko jed­na zgo­dzi­ła się spo­tkać z nim po raz dru­gi, a i to wy­łącz­nie przez po­my­łkę, bo ode­braw­szy te­le­fon, wzi­ęła go za ko­goś in­ne­go. Jego głów­nym pro­ble­mem był brak do­świad­cze­nia. Za­cho­wy­wał się jak pies, któ­ry po la­tach prób w ko­ńcu do­pa­da wie­wiór­kę i nie ma naj­mniej­sze­go po­jęcia, co z nią zro­bić.

– Cze­ść, ee – mó­wił wśród ło­mo­tu ser­ca, z wil­got­ny­mi dło­ńmi i na­głą a nie­spo­dzie­wa­ną pust­ką w gło­wie, kie­dy jego wy­bran­ka otwie­ra­ła drzwi. – Deb­bie?

– De­ir­dre – od­po­wia­da­ła dziew­czy­na z wes­tchnie­niem, spo­gląda­jąc na ze­ga­rek po raz pierw­szy, ale by­naj­mniej nie ostat­ni.

Przy ko­la­cji roz­mo­wa za­ta­cza­ła się jak pi­ja­czy­na mi­ędzy roz­pa­dem wi­ązań w cząstecz­kach kwa­sów aro­ma­tycz­nych (Ca­lvin) a py­ta­niem o to, co wła­śnie gra­ją w ki­nie (De­ir­dre), mi­ędzy syn­te­zą nie­re­ak­tyw­nych pro­te­in (Ca­lvin) a tym, czy on lubi ta­ńczyć (De­ir­dre), aż po no po­patrz, jak pó­źno, już po wpół do dzie­wi­ątej, a rano trze­ba po­wio­sło­wać, więc za­raz od­pro­wa­dzi ją do domu (Ca­lvin).

Nie trze­ba do­da­wać, że po tego typu rand­kach sek­su było bar­dzo mało. De fac­to zero.

– Nie do wia­ry, że masz z tym ja­kiś kło­pot – mó­wi­li jego ko­le­dzy z osa­dy w Cam­brid­ge. – Dziew­czy­ny uwiel­bia­ją wio­śla­rzy. – Nie było to praw­dą. – I jak na Ame­ry­ka­ni­na wca­le nie­źle wy­glądasz. – Co rów­nież nie było praw­dą.

Szko­puł tkwił po części w po­stu­rze Ca­lvi­na. Miał metr dzie­wi­ęćdzie­si­ąt trzy wzro­stu, był dłu­gi i chu­dy jak tycz­ka, ale gar­bił się z prze­chy­łem w pra­wo – za­pew­ne na sku­tek tego, że za­wsze wio­sło­wał jako szla­ko­wy. Jesz­cze wi­ęk­szy zaś pro­blem miał z twa­rzą. Spra­wiał przez nią wra­że­nie sa­mot­ni­ka, jak dziec­ko, któ­re mu­sia­ło wy­cho­wać się sa­mo­pas, z wiel­ki­mi sza­ry­mi ocza­mi, wiecz­nie roz­czo­chra­ny­mi wło­sa­mi jak­by blond i fio­le­to­wa­wy­mi war­ga­mi, nie­mal za­wsze spuch­ni­ęty­mi, bo miał ten­den­cję je przy­gry­zać. Była to twarz z ga­tun­ku, jaki nie­któ­rzy na­zy­wa­ją nie­war­tym za­pa­mi­ęta­nia, o wy­glądzie po­ni­żej prze­ci­ęt­nej, w ża­den spo­sób nie­zdra­dza­jąca ukry­tej tęsk­no­ty ani in­te­li­gen­cji, je­śli nie li­czyć jed­nej klu­czo­wej ce­chy: zębów, pro­stych i bia­łych, któ­re w chwi­li uśmie­chu ra­to­wa­ły ogól­ne wra­że­nie. Na swo­je szczęście, zwłasz­cza po za­ko­cha­niu się w Eli­za­beth Zott, Ca­lvin uśmie­chał się non stop.

Po­zna­li się – czy ra­czej za­mie­ni­li kil­ka zdań – któ­re­goś wtor­ko­we­go po­ran­ka w In­sty­tu­cie Ba­daw­czym Ha­stings, pry­wat­nym la­bo­ra­to­rium do­świad­czal­nym miesz­czącym się na sło­necz­nym po­łud­niu Ka­li­for­nii, gdzie Ca­lvin, uko­ńczyw­szy w re­kor­do­wym cza­sie dok­to­rat na Cam­brid­ge i mo­gąc prze­bie­rać wśród czter­dzie­stu trzech ofert za­trud­nie­nia, przy­jął po­sa­dę po części z po­wo­du re­pu­ta­cji, ale przede wszyst­kim z po­wo­du opa­dów at­mos­fe­rycz­nych. W Com­mons rzad­ko pa­da­ło. Eli­za­beth z ko­lei przy­jęła ofer­tę pra­cy w Ha­stings, po­nie­waż była to je­dy­na pro­po­zy­cja, jaką otrzy­ma­ła.

Sta­nąw­szy przed drzwia­mi la­bo­ra­to­rium Ca­lvi­na Evan­sa, zo­ba­czy­ła kil­ka du­żych na­pi­sów ostrze­gaw­czych:

NIE WCHO­DZIĆ

EKS­PE­RY­MENT W TOKU

WSTĘP WZBRO­NIO­NY

ZA­KAZ WSTĘPU

Otwo­rzy­ła drzwi.

– Halo! – za­wo­ła­ła, prze­krzy­ku­jąc Fran­ka Si­na­trę, któ­ry ry­czał z ze­sta­wu ste­reo usta­wio­ne­go w oso­bli­wym miej­scu po­środ­ku sali. – Mu­szę po­mó­wić z kimś, kto tu rządzi.

Ca­lvin, za­sko­czo­ny brzmie­niem ży­we­go gło­su, wy­su­nął gło­wę zza wiel­kiej wi­rów­ki.

– Prze­pra­szam pa­nią – krzyk­nął zi­ry­to­wa­ny, mru­żąc oczy osło­ni­ęte wiel­ki­mi go­gla­mi przed czy­mś, co bul­go­ta­ło wła­śnie po jego pra­wej, co­kol­wiek to było – ale tu nie wol­no wcho­dzić. Nie wi­dzia­ła pani na­pi­sów?

– Ależ wi­dzia­łam! – od­krzyk­nęła Eli­za­beth, igno­ru­jąc ton jego gło­su i prze­ci­na­jąc la­bo­ra­to­rium w celu wy­łącze­nia mu­zy­ki. – Pro­szę bar­dzo. Te­raz się sły­szy­my.

Ca­lvin przy­gry­zł war­gi i mach­nął ręką.

– Nie może pani tu prze­by­wać – po­wtó­rzył. – Na­pi­sy!

– Ow­szem, ale sły­sza­łam, że w pa­ńskiej pra­cow­ni wala się za dużo zle­wek la­bo­ra­to­ryj­nych, a my na dole mamy ich za mało. Wszyst­ko jest tu­taj – do­da­ła, pod­ty­ka­jąc mu pod nos ja­kąś kart­kę. – Za­twier­dzo­ne przez kie­row­ni­ka za­opa­trze­nia.

– Nic mi na ten te­mat nie wia­do­mo – od­pa­rł Ca­lvin, lu­stru­jąc kart­kę. – I przy­kro mi, ale nie. Po­trzeb­na mi ka­żda zlew­ka. Może le­piej po­roz­ma­wiam z ja­ki­mś che­mi­kiem z dołu. Pani po­wie swo­je­mu sze­fo­wi, niech do mnie za­dzwo­ni. – Wra­ca­jąc do prze­rwa­nej pra­cy, włączył z po­wro­tem ste­reo.

Eli­za­beth ani drgnęła.

– Chce pan po­mó­wić z che­mi­kiem? Kimś in­nym niż JA? – wrza­snęła, prze­krzy­ku­jąc Fran­ka.

– Tak – od­po­wie­dział Ca­lvin z iry­ta­cją. Po chwi­li jed­nak do­dał nie­co ła­god­niej: – Pro­szę po­słu­chać, wiem, że to nie pani wina, ale nie po­win­ni przy­sy­łać do mnie se­kre­tar­ki, żeby od­wa­la­ła za nich brud­ną ro­bo­tę. A te­raz prze­pra­szam; zda­ję so­bie spra­wę, że może trud­no to pani zro­zu­mieć, ale wła­śnie ro­bię coś bar­dzo wa­żne­go. Pro­szę. Niech pani po pro­stu po­wie sze­fo­wi, żeby za­dzwo­nił.

Eli­za­beth zmru­ży­ła oczy. Nie gu­sto­wa­ła ani w lu­dziach, któ­rzy wy­cho­dzi­li z za­ło­żeń opar­tych na od daw­na prze­sta­rza­łych jej zda­niem wska­za­niach wzro­ko­wych, ani w mężczy­znach uwa­ża­jących, że by­cie se­kre­tar­ką – cho­ćby i na­wet była se­kre­tar­ką – ozna­cza brak zdol­no­ści do poj­mo­wa­nia słów wy­kra­cza­jących poza „Prze­pisz mi to w trzech eg­zem­pla­rzach”.

– Co za zbieg oko­licz­no­ści! – od­krzyk­nęła, ru­sza­jąc wprost do po­bli­skie­go re­ga­łu, z któ­re­go po­często­wa­ła się du­żym pu­dłem zle­wek. – Ja też nie mam cza­su. – I sta­now­czym kro­kiem opu­ści­ła pra­cow­nię.

W In­sty­tu­cie Ba­daw­czym Ha­stings pra­co­wa­ło po­nad trzy ty­si­ące osób, dla­te­go wy­tro­pie­nie Eli­za­beth za­jęło Ca­lvi­no­wi prze­szło ty­dzień, a kie­dy ją w ko­ńcu od­na­la­zł, wy­gląda­ło na to, że go nie pa­mi­ęta.

– Tak? – spy­ta­ła, ogląda­jąc się, by spraw­dzić, kto wsze­dł do jej pra­cow­ni; oczy po­wi­ęk­sza­ły jej ogrom­ne oku­la­ry ochron­ne, a ręce aż do łok­ci za­kry­wa­ły wiel­kie gu­mo­we ręka­wi­ce.

– Dzień do­bry – od­po­wie­dział Ca­lvin. – To ja.

– Ja? Mo­żna tro­chę kon­kret­niej? – Od­wró­ci­ła się z po­wro­tem do swo­jej pra­cy.

– Ja – po­wtó­rzył Ca­lvin. – Pięć pi­ęter wy­żej? Wzi­ęła pani moje zlew­ki?

– Niech pan le­piej sta­nie za pa­ra­wa­nem – od­pa­rła, wska­zu­jąc w lewo ru­chem gło­wy. – W ze­szłym ty­go­dniu zda­rzył nam się tu mały wy­pa­dek.

– Ci­ężko pa­nią na­mie­rzyć.

– Musi pan? – za­py­ta­ła. – Te­raz ja wła­śnie ro­bię coś bar­dzo wa­żne­go.

Cze­kał cier­pli­wie, aż mło­da ko­bie­ta sko­ńczy po­mia­ry, do­ko­na za­pi­sów w no­tat­ni­ku, przej­rzy wy­ni­ki te­stów z dnia po­przed­nie­go i pój­dzie do to­a­le­ty.

– Wci­ąż pan tu jest? – za­py­ta­ła po po­wro­cie. – Nie ma pan aby ro­bo­ty?

– Mnó­stwo.

– Nie od­zy­ska pan swo­ich zle­wek.

– Czy­li jed­nak za­pa­dłem pani w pa­mi­ęć.

– Ow­szem. Na wła­sną nie­ko­rzy­ść.

– Przy­sze­dłem prze­pro­sić.

– Nie trze­ba.

– Może ja­kiś lunch?

– Nie.

– Ko­la­cja?

– Nie.

– Kawa?

– Słu­chaj pan... – Eli­za­beth wspa­rła się pod boki, tak że wiel­kie ręka­wi­ce za­ak­cen­to­wa­ły jej ko­ści bio­dro­we. – Praw­dę mó­wi­ąc, za­czy­na mnie pan iry­to­wać.

Ca­lvin z za­że­no­wa­niem od­wró­cił wzrok.

– Ogrom­nie prze­pra­szam – po­wie­dział. – Już so­bie idę.

– To był Ca­lvin Evans?! – zdu­miał się la­bo­rant na wi­dok Ca­lvi­na, któ­ry la­wi­ro­wał ku wy­jściu mi­ędzy pi­ęt­nast­ką na­ukow­ców pra­cu­jących ło­kieć w ło­kieć na po­wierzch­ni jed­nej czwar­tej jego oso­bi­stej pra­cow­ni. – Co on tu ro­bił?

– Trze­cio­rzęd­na kwe­stia przy­na­le­żno­ści zle­wek – od­pa­rła Eli­za­beth.

– Zle­wek? – La­bo­rant za­wa­hał się. – Za­raz. – Wzi­ął do ręki jed­no z no­wych na­czyń. – To wiel­kie pu­dło zle­wek, któ­re, jak po­wie­dzia­łaś, zna­la­złaś w ze­szłym ty­go­dniu, na­le­ża­ło do nie­go?!

– Nie mó­wi­łam, że je zna­la­złam, tyl­ko że je po­zy­ska­łam.

– Od Ca­lvi­na Evan­sa? – zdu­miał się jej ko­le­ga. – Zwa­rio­wa­łaś?

– Nie w sen­sie for­mal­nym.

– Po­wie­dział, że mo­żesz je wzi­ąć?

– Nie w sen­sie for­mal­nym. Ale mia­łam dru­czek.

– Jaki dru­czek? Prze­cież wiesz, że to po­win­no prze­jść przez moje ręce. Wiesz, że za­mó­wie­nia i za­opa­trze­nia to mój za­kres obo­wi­ąz­ków.

– Ro­zu­miem. Ale od­cze­ka­łam po­nad kwar­tał. Py­ta­łam cię czte­ry razy, wy­pe­łni­łam pięć drucz­ków za­mó­wień, roz­ma­wia­łam o tym z dok­to­rem Do­nat­tim. Na­praw­dę nie mia­łam po­jęcia, co jesz­cze zro­bić. Te na­czy­nia są mi nie­zbęd­ne do ba­dań. To tyl­ko zlew­ki!

La­bo­rant za­mknął oczy.

– Po­słu­chaj – ode­zwał się, pod­no­sząc wol­no po­wie­ki, jak­by chciał te­atral­nie za­ak­cen­to­wać jej głu­po­tę. – Je­stem tu o wie­le dłu­żej od cie­bie i nie­jed­no sły­sza­łem. Wiesz, z cze­go sły­nie Ca­lvin Evans, praw­da? Poza tym, że z che­mii?

– Ow­szem. Z nad­mia­ru wy­po­sa­że­nia.

– Nie – od­po­wie­dział la­bo­rant. – Ze swo­jej pa­mi­ętli­wo­ści. Ni­g­dy nie za­po­mi­na uraz!

– Na­praw­dę? – za­py­ta­ła z na­głym za­in­te­re­so­wa­niem Eli­za­beth.

Eli­za­beth Zott rów­nież nie za­po­mi­na­ła uraz. Tyle tyl­ko, że jej pa­mi­ętli­wo­ść była prze­wa­żnie za­re­zer­wo­wa­na dla pa­triar­chal­ne­go spo­łe­cze­ństwa ufun­do­wa­ne­go na idei, że ko­bie­ty są ja­kieś mniej. Mniej zdol­ne. Mniej in­te­li­gent­ne. Mniej po­my­sło­we. Spo­łe­cze­ństwa wie­rzące­go, że mężczy­źni cho­dzą do pra­cy i ro­bią to, co wa­żne – od­kry­wa­ją pla­ne­ty, opra­co­wu­ją pro­duk­ty, two­rzą pra­wa – a ko­bie­ty zo­sta­ją w do­mach i wy­cho­wu­ją dzie­ci. Nie chcia­ła mieć dzie­ci – tyle o so­bie wie­dzia­ła – ale wie­dzia­ła też, że mnó­stwo in­nych ko­biet chce mieć za­rów­no dzie­ci, jak i ka­rie­rę za­wo­do­wą. I cóż było w tym złe­go? Nic. Cho­dzi­ło prze­cież tyl­ko o to, co mężczy­źni już mają.

Czy­ta­ła nie­daw­no o ja­ki­mś kra­ju, w któ­rym obo­je ro­dzi­ce za­rów­no pra­co­wa­li, jak i uczest­ni­czy­li w wy­cho­wa­niu dzie­ci. Gdzie to było? W Szwe­cji? Nie pa­mi­ęta­ła. W ka­żdym ra­zie tam wszyst­ko dzia­ła­ło bar­dzo do­brze. No­to­wa­no wzro­sty wy­daj­no­ści; ro­dzi­ny się umac­nia­ły. Wi­dzia­ła się w ta­kim spo­łe­cze­ństwie. Gdzieś, gdzie nie ka­żdy z miej­sca i z au­to­ma­tu bie­rze ją za se­kre­tar­kę, gdzie pre­zen­tu­jąc wy­ni­ki swo­ich ba­dań na ze­bra­niu, nie musi li­czyć się z tym, że mężczy­źni będą jej wcho­dzić w sło­wo lub, co gor­sza, przy­pi­szą so­bie za­słu­gi za jej pra­cę. Po­kręci­ła gło­wą. W kwe­stiach rów­no­upraw­nie­nia rok 1952 sta­no­wił praw­dzi­we roz­cza­ro­wa­nie.

– Mu­sisz go prze­pro­sić – na­le­gał la­bo­rant. – Od­nieś mu te cho­ler­ne zlew­ki, naj­le­piej na klęcz­kach. Na­ra­zi­łaś na szwank całą na­szą pra­cow­nię, a mnie po­sta­wi­łaś w złym świe­tle.

– Nic się nie sta­nie – od­pa­rła Eli­za­beth. – To zwy­kłe zlew­ki.

Mimo to na­stęp­ne­go ran­ka zle­wek nie było, po­ja­wi­ły się za to kose spoj­rze­nia kil­ku ko­le­gów che­mi­ków, któ­rzy ta­kże zdąży­li uwie­rzyć, że wy­da­ła ich na pa­stwę le­gen­dar­nej pa­mi­ętli­wo­ści Ca­lvi­na Evan­sa. Pró­bo­wa­ła z nimi roz­ma­wiać, ale ka­żdy trak­to­wał ją ozi­ęble na swój wła­sny spo­sób, a kie­dy pó­źniej mi­ja­ła po­kój so­cjal­ny, usły­sza­ła przy­pad­kiem tych sa­mych kil­ku ko­le­gów psio­czących na jej te­mat – że jest prze­wra­żli­wio­na na swo­im punk­cie, że uwa­ża się za lep­szą od nich wszyst­kich, że dała im wszyst­kim ko­sza, na­wet tym nie­żo­na­tym. I oczy­wi­ście ty­tuł ma­gi­stra z che­mii or­ga­nicz­nej na Uni­wer­sy­te­cie Ka­li­for­nij­skim w Los An­ge­les zro­bi­ła dzi­ęki wia­do­mo cze­mu – tu po­ja­wia­ły się wul­gar­ne ge­sty i tłu­mio­ny śmiech. Za kogo ona w ogó­le się uwa­ża?

– Ktoś po­wi­nien utrzeć jej nosa – po­wie­dział je­den.

– Nie jest wca­le aż taka by­stra – upie­rał się inny.

– To piz­da – oświad­czył zna­jo­my głos. Głos jej sze­fa, Do­nat­tie­go.

Eli­za­beth, przy­wy­kła do pierw­szych słów, ale zszo­ko­wa­na tym ostat­nim, przy­lgnęła do ścia­ny, obez­wład­nio­na ro­snącą falą mdło­ści. Po raz dru­gi w ży­ciu usły­sza­ła, jak ktoś okre­ślił ją tym sło­wem. Pierw­szy raz – pierw­szy po­twor­ny raz – miał miej­sce na UCLA, Uni­wer­sy­te­cie Ka­li­for­nij­skim.

To zda­rzy­ło się pra­wie dwa lata wcze­śniej. Była ma­gi­strant­ką i na za­le­d­wie dzie­si­ęć dni przed uko­ńcze­niem stu­diów na­dal sie­dzia­ła w pra­cow­ni o dzie­wi­ątej wie­czo­rem, pew­na, że od­kry­ła pro­blem z pro­to­ko­łem ba­dań kon­tro­l­nych. Gdy za­sta­na­wia­ła się nad swo­im prze­czu­ciem, po­stu­ku­jąc w kart­kę świe­żo za­ostrzo­nym ołów­kiem HB, usły­sza­ła, że drzwi się otwie­ra­ją.

– Halo? – za­wo­ła­ła, pod­no­sząc wzrok. Nie spo­dzie­wa­ła się ni­ko­go.

– Na­dal tu je­steś – ode­zwał się głos, w któ­rym nie było za­sko­cze­nia. Na­le­żał do jej pro­mo­to­ra, Mey­er­sa.

– Ach. Do­bry wie­czór, pa­nie dok­to­rze. Tak. Spraw­dzam tyl­ko pro­to­kół ba­dań kon­tro­l­nych na ju­tro. Chy­ba wy­kry­łam pe­wien pro­blem.

Mężczy­zna otwo­rzył drzwi tro­chę sze­rzej i wsze­dł do środ­ka.

– Wca­le cię o to nie pro­si­łem – po­wie­dział to­nem pod­szy­tym iry­ta­cją. – Mó­wi­łem ci, że wszyst­ko jest go­to­we.

– Wiem – od­pa­rła. – Ale chcia­łam jesz­cze raz na to spoj­rzeć. – Po­de­jście pod ha­słem „jesz­cze raz na to spoj­rzeć” wca­le się Eli­za­beth nie po­do­ba­ło, czu­ła się jed­nak do nie­go zmu­szo­na, o ile chcia­ła za­cho­wać sta­no­wi­sko w, poza nią ca­łko­wi­cie męsko­oso­bo­wym, ze­spo­le ba­daw­czym Mey­er­sa. Nie żeby na­praw­dę ob­cho­dzi­ły ją jego ba­da­nia: były za­cho­waw­cze, by­naj­mniej nie prze­ło­mo­we. Mimo god­ne­go uwa­gi nie­do­stat­ku kre­atyw­no­ści po­łączo­ne­go z za­trwa­ża­jącym bra­kiem no­wych od­kryć Mey­ers uwa­ża­ny był za jed­ne­go z czo­ło­wych ba­da­czy DNA w Sta­nach Zjed­no­czo­nych.

Eli­za­beth nie lu­bi­ła Mey­er­sa; nikt go nie lu­bił. Z wy­jąt­kiem – być może – uczel­ni. Wła­dze UCLA prze­pa­da­ły za nim, bo w tej dzie­dzi­nie nikt nie pu­bli­ko­wał wi­ęcej ar­ty­ku­łów na­uko­wych. Se­kret Mey­er­sa? To nie on pi­sał swo­je ar­ty­ku­ły – ro­bi­li to jego ma­gi­stran­ci. Ale to on za­wsze przy­pi­sy­wał so­bie pe­łne za­słu­gi za ka­żde sło­wo; zmie­niw­szy cza­sem je­dy­nie ty­tuł i kil­ka wy­ra­żeń tu i ów­dzie, uda­wał, że to zu­pe­łnie inny ar­ty­kuł, co ucho­dzi­ło mu na su­cho, no bo kto czy­ta ar­ty­ku­ły na­uko­we od de­ski do de­ski? Nikt. W ten spo­sób ro­sła licz­ba jego pu­bli­ka­cji, a wraz z nią – jego re­pu­ta­cja. To dla­te­go Mey­ers stał się czo­ło­wym ba­da­czem DNA: z przy­czyn ilo­ścio­wych.

Nie li­cząc ta­len­tu do pro­du­ko­wa­nia nie­po­trzeb­nych ar­ty­ku­łów, Mey­ers sły­nął ta­kże z tego, że jest zbe­re­źni­kiem. Na wy­dzia­łach nauk ści­słych UCLA nie było wie­le ko­biet, ale te nie­licz­ne, któ­re się tam zna­la­zły – głów­nie se­kre­tar­ki – sta­wa­ły się przed­mio­tem jego do­kucz­li­we­go za­in­te­re­so­wa­nia. Za­zwy­czaj od­cho­dzi­ły po pół roku z za­chwia­nym po­czu­ciem pew­no­ści sie­bie i za­puch­ni­ęty­mi ocza­mi, z „po­wo­dów oso­bi­stych”. Eli­za­beth jed­nak nie od­cho­dzi­ła – nie mo­gła, po­trze­bo­wa­ła ty­tu­łu ma­gi­stra. Zno­si­ła więc co­dzien­ne upo­ko­rze­nia – do­tkni­ęcia, wul­gar­ne ko­men­ta­rze, ob­le­śne su­ge­stie – rów­no­cze­śnie ja­sno wy­ra­ża­jąc swój brak za­in­te­re­so­wa­nia. Aż do dnia, w któ­rym Mey­ers we­zwał ją do ga­bi­ne­tu pod po­zo­rem roz­mo­wy o do­pusz­cze­niu do swo­je­go pro­gra­mu stu­diów dok­to­ranc­kich, tyle że za­miast roz­ma­wiać, we­pchnął jej rękę pod spód­ni­cę. Wście­kła, wy­rwa­ła się i za­gro­zi­ła, że zgło­si jego za­cho­wa­nie.

– Komu? – ro­ze­śmiał się wte­dy. Upo­mniał ją, że „nie wie, co to fraj­da”, i klep­ni­ęciem w po­śla­dek po­słał ją po płaszcz z ga­bi­ne­to­wej sza­fy, wie­dząc, że po otwar­ciu drzwi od­kry­je jej wnętrze wy­ta­pe­to­wa­ne zdjęcia­mi ko­biet w to­ples­sie, przy czym nie­któ­re na czwo­ra­kach, z twa­rza­mi bez wy­ra­zu, ugi­na­ją się pod trium­fal­nym męskim bu­tem.

– Tu­taj – po­wie­dzia­ła do dok­to­ra Mey­er­sa. – Punkt dzie­wi­ęćdzie­si­ąt je­den na stro­nie dwie­ście trzy­dzie­stej dru­giej. Tem­pe­ra­tu­ra. Je­stem nie­mal pew­na, że będzie za wy­so­ka, więc en­zym sta­nie się nie­ak­tyw­ny, co wy­pa­czy wy­ni­ki.

Dok­tor Mey­ers ob­ser­wo­wał ją ze swe­go miej­sca przy drzwiach.

– Po­ka­zy­wa­łaś to ko­muś jesz­cze?

– Nie. Do­pie­ro co to spo­strze­głam.

– Czy­li nie roz­ma­wia­łaś z Phil­li­pem. – Phil­lip był głów­nym asy­sten­tem na­uko­wym Mey­er­sa.

– Nie – od­pa­rła. – Wła­śnie wy­sze­dł. Na pew­no uda­ło­by mi się go do­go­nić...

– Nie trze­ba – prze­rwał jej. – Jest tu ktoś jesz­cze?

– O ile wiem, nie.

– Pro­to­kół jest w po­rząd­ku – po­wie­dział ostro. – Nie ty je­steś eks­per­tem. Prze­stań pod­wa­żać mój au­to­ry­tet. I nie wspo­mi­naj o tym ni­ko­mu in­ne­mu. Ro­zu­miesz?

– Chcia­łam tyl­ko po­móc, pa­nie dok­to­rze.

Spoj­rzał na nią, jak­by oce­niał jej stwier­dze­nie pod kątem zgod­no­ści z praw­dą.

– I po­trze­bu­ję two­jej po­mo­cy – po­wie­dział. Po czym ob­ró­cił się ku drzwiom i za­mknął je na klucz.

Pierw­szy cios za­dał otwar­tą dło­nią. Jej gło­wa okręci­ła się w lewo jak po­rząd­nie tra­fio­na pi­łka na uwi­ęzi. Z szo­ku aż ją za­tka­ło, ale ja­koś od­zy­ska­ła rów­no­wa­gę, choć war­gi jej krwa­wi­ły, a oczy otwa­rły się sze­ro­ko z nie­do­wie­rza­nia. Dok­tor skrzy­wił się, jak­by nie­za­do­wo­lo­ny z wy­ni­ku, i znów ją ude­rzył, tym ra­zem strąca­jąc z ta­bo­re­tu. Mey­ers był du­żym mężczy­zną – wa­żył sto dzie­si­ęć kilo – choć jego siła wy­ni­ka­ła nie z kon­dy­cji, a gęsto­ści fi­zycz­nej. Schy­lił się po le­żącą na podło­dze dziew­czy­nę, chwy­cił ją za bio­dra, unió­sł w górę niby dźwig pod­no­szący lu­źny ła­du­nek tar­ci­cy i spu­ścił z po­wro­tem na ta­bo­ret jak szma­cia­ną lal­kę. Po­tem prze­wró­cił ją na brzuch i od­kop­nąw­szy ta­bo­ret, rzu­cił ją na sta­lo­wy blat, wgnia­ta­jąc weń jej twarz i klat­kę pier­sio­wą.

– Nie ru­szaj się, piz­do – za­żądał w re­ak­cji na jej sza­mo­ta­nie, gru­by­mi pa­lu­cha­mi gme­ra­jąc pod jej spód­ni­cą.

Eli­za­beth znów za­tka­ło, usta wy­pe­łnił jej smak me­ta­lu, a mężczy­zna ob­ma­cy­wał ją, jed­ną ręką pod­ci­ąga­jąc jej spód­ni­cę po­wy­żej pasa, dru­gą bo­le­śnie na­ci­ąga­jąc jej skó­rę po we­wnętrz­nej stro­nie ud. Z twa­rzą roz­płasz­czo­ną na bla­cie le­d­wo mo­gła od­dy­chać, o krzy­ku nie było mowy. Wierz­ga­ła wście­kle jak schwy­ta­ne w si­dła zwie­rzę, ale jej od­mo­wa i nie­uzna­nie po­ra­żki tyl­ko wzma­ga­ły fu­rię Mey­er­sa.

– Nie walcz ze mną – ostrze­gł, ocie­ka­jąc po­tem z brzu­cha na spodnią część jej ud. Ale gdy się po­ru­szał, jej ręka od­zy­ska­ła swo­bo­dę. – Ani mi się rusz – roz­ka­zał, wście­kły, kie­dy wy­kręca­ła się w przód i w tył, wy­da­jąc zdła­wio­ne okrzy­ki, cała w szo­ku, roz­płasz­czo­na jak na­le­śnik pod jego po­tężnym i nie­zgrab­nym cia­łem.

Żeby jej przy­po­mnieć, kto tu rządzi, zła­pał ją za wło­sy i szarp­nął. A po­tem we­pchnął się jej do środ­ka jak nie­chluj­ny opój, jęcząc z sa­tys­fak­cji, póki mu nie prze­rwał na­gły ból i wrzask.

– Kur­wa! – krzyk­nął Mey­ers, od­ry­wa­jąc swo­je ciel­sko od Eli­za­beth. – Jezu, kur­wa mać! Co to było? – Ode­pchnął ją, zdez­o­rien­to­wa­ny na­głą eks­plo­zją bólu po pra­wej stro­nie cia­ła. Opu­ścił wzrok na swój tłu­sty tu­łów, usi­łu­jąc po­jąć źró­dło cier­pie­nia, ale wi­dział tyl­ko małą ró­żo­wą gum­kę ołów­ka wy­sta­jącą mu z brzu­cha po pra­wej stro­nie nad bio­drem. Gum­kę ota­cza­ła wąziut­ka fosa krwi.

Ołó­wek HB. Eli­za­beth od­na­la­zła go wol­ną ręką, chwy­ci­ła i wbi­ła na­past­ni­ko­wi w bok. Nie częścio­wo – w ca­ło­ści. Ostro za­tem­pe­ro­wa­ny gra­fit, miłą w do­ty­ku żó­łtą ob­sad­kę z drew­na, błysz­czący zło­ty pa­sek ob­wód­ki – całe osiem­na­ście cen­ty­me­trów ołów­ka w osiem­na­ście cen­ty­me­trów Mey­er­sa. Tym spo­so­bem za­rów­no prze­bi­ła je­li­ta dok­to­ra – gru­be i cien­kie – jak i po­grze­ba­ła per­spek­ty­wy swo­jej ka­rie­ry na­uko­wej.

– Na­praw­dę tu pani stu­diu­je? – za­py­tał ją po­ste­run­ko­wy ze stra­ży kam­pu­so­wej po tym, jak ka­ret­ka z dok­to­rem Mey­er­sem od­je­cha­ła. – Po­pro­szę o ja­kąś le­gi­ty­ma­cję stu­denc­ką.

Eli­za­beth z ubra­niem w strzępach, trzęsący­mi się dło­ńmi i wiel­kim si­ńcem, któ­ry za­czął już kwit­nąć na jej czo­le, obej­rza­ła się na mężczy­znę z nie­do­wie­rza­niem.

– To uza­sad­nio­ne py­ta­nie – stwier­dził po­li­cjant. – Co by ro­bi­ła ko­bie­ta w la­bo­ra­to­rium tak pó­źno wie­czo­rem?

– Je­stem ma-ma­gi­strant­ką – wy­jąka­ła z uczu­ciem, że za chwi­lę zwy­mio­tu­je. – Na che­mii.

Po­li­cjant wy­pu­ścił te­atral­nie po­wie­trze, jak­by nie miał cza­su na tego typu bzdu­ry, a po­tem wy­jął mały no­tes.

– Może opo­wie mi pani, co pani zda­niem za­szło.

Eli­za­beth po­da­ła mu szcze­gó­ło­we in­for­ma­cje gło­sem otępia­łym z szo­ku. Wy­gląda­ło, jak­by stra­żnik no­to­wał, ale kie­dy od­wró­cił się na chwi­lę po­wie­dzieć in­ne­mu po­li­cjan­to­wi, że wszyst­ko ma pod kon­tro­lą, zo­ba­czy­ła, że w no­te­sie jest czy­sto.

– Pro­szę pana. Ja... po­trze­bu­ję le­ka­rza.

Szyb­kim ru­chem ręki za­mknął no­tes.

– Chce pani zło­żyć oświad­cze­nie, że ża­łu­je? – Tu ob­rzu­cił jej spód­nicz­kę wzro­kiem su­ge­ru­jącym, że już sam ma­te­riał sta­no­wi oczy­wi­ste za­pro­sze­nie. – Zra­ni­ła pani tego pana. Le­piej dla pani będzie, je­śli oka­że pani tro­chę skru­chy.

Pa­trzy­ła na nie­go pu­stym wzro­kiem.

– Pan... pan mnie nie ro­zu­mie. To on mnie na­pa­dł. Ja... ja się tyl­ko bro­ni­łam. Po­trze­bu­ję po­mo­cy le­ka­rza.

Po­li­cjant po­now­nie wy­pu­ścił po­wie­trze.

– Czy­li wy­ra­zów skru­chy nie będzie? – pod­su­mo­wał, za­my­ka­jąc dłu­go­pis pstryk­ni­ęciem.

Wpa­try­wa­ła się w nie­go z lek­ko otwar­ty­mi usta­mi, drżąc na ca­łym cie­le. Opu­ści­ła wzrok na swo­je udo, na któ­rym ja­snym fio­le­tem ry­so­wał się od­cisk dło­ni Mey­er­sa. Z tru­dem po­wstrzy­ma­ła od­ruch wy­miot­ny.

Pod­nio­sła oczy w porę, by spo­strzec, jak stra­żnik zer­ka na ze­ga­rek. Ten drob­ny gest wy­star­czył jej w zu­pe­łno­ści. Wy­ci­ągnęła rękę i wy­rwa­ła mu spo­mi­ędzy pal­ców swo­ją le­gi­ty­ma­cję stu­denc­ką.

– Ow­szem, pro­szę pana – ode­zwa­ła się gło­sem na­pi­ętym jak drut wi­ęzien­ne­go ogro­dze­nia. – Po na­my­śle fak­tycz­nie cze­goś ża­łu­ję.

– Od razu le­piej – sko­men­to­wał stra­żnik. – W ko­ńcu się po­su­wa­my. – Pstryk­ni­ęciem wy­su­nął dłu­go­pis z ob­sad­ki. – Słu­cham pa­nią.

– Ołów­ków – po­wie­dzia­ła.

– Ołów­ków – po­wtó­rzył, za­pi­su­jąc.

Unio­sła gło­wę i spoj­rza­ła mu w oczy. Ze skro­ni sączył jej się stru­my­czek krwi.

– Ża­łu­ję, że nie mia­łam ich wi­ęcej.

Atak, czy też „nie­for­tun­ne zda­rze­nie”, jak okre­ślił to ko­mi­tet do spraw re­kru­ta­cji tuż przed for­mal­nym cof­ni­ęciem jej przy­jęcia na stu­dia dok­to­ranc­kie, na­stąpił z jej winy. Dok­tor Mey­ers przy­ła­pał ją na oszu­stwie. Usi­ło­wa­ła zmie­nić pro­to­kół ba­dań kon­tro­l­nych w taki spo­sób, by wy­pa­czyć wy­ni­ki eks­pe­ry­men­tu – miał do­wód czar­no na bia­łym – a kie­dy oska­rżył ją o to, rzu­ci­ła się na nie­go z pro­po­zy­cją sek­su. Gdy to nie za­dzia­ła­ło, wy­wi­ąza­ła się fi­zycz­na wal­ka i za­nim się zo­rien­to­wał, sko­ńczył z ołów­kiem w brzu­chu. Miał szczęście, że prze­żył.

Pra­wie nikt nie ku­pił tej hi­sto­ryj­ki. Dok­tor Mey­ers zna­ny był ze swej re­pu­ta­cji. Ale był też wa­żnia­kiem, a wła­dze UCLA nie mia­ły naj­mniej­sze­go za­mia­ru tra­cić ko­goś jego for­ma­tu. Eli­za­beth była na wy­lo­cie. Stu­dia ma­gi­ster­skie uko­ńczy­ła. Si­ńce się jej za­go­ją. Ktoś na­pi­sze jej list po­le­ca­jący. Sio.

I tak tra­fi­ła do In­sty­tu­tu Ba­daw­cze­go Ha­stings. Gdzie te­raz tkwi­ła na ko­ry­ta­rzu przed po­ko­jem so­cjal­nym, wci­ska­jąc się ple­ca­mi w ścia­nę, z okrop­nym uczu­ciem od­ra­zy w żo­łąd­ku.

Kie­dy pod­nio­sła wzrok, oka­za­ło się, że przy­gląda jej się la­bo­rant od za­mó­wień.

– Nic ci nie jest, Zott? – spy­tał. – Ja­koś dziw­nie wy­glądasz.

Nie od­po­wie­dzia­ła.

– Mój błąd, Zott – przy­znał. – Nie po­wi­nie­nem był ro­bić ta­kiej afe­ry o te zlew­ki. A je­śli o nich cho­dzi – po­wie­dział, wska­zu­jąc ru­chem gło­wy po­kój so­cjal­ny, bo ewi­dent­nie też do­sły­szał tę samą roz­mo­wę – to po pro­stu fa­ce­ci. Nie zwra­caj na nich uwa­gi.

Nie mo­gła jed­nak nie zwra­cać na nich uwa­gi. W grun­cie rze­czy już na­za­jutrz jej szef, dok­tor Do­nat­ti – ten sam, któ­ry na­zwał ją piz­dą – przy­dzie­lił ją do no­we­go pro­jek­tu.

– Będzie ci tam ła­twiej – po­wie­dział. – To bar­dziej pa­su­je do two­je­go po­zio­mu in­te­lek­tu­al­ne­go.

– Dla­cze­go, pa­nie dok­to­rze? – za­py­ta­ła. – Czy ma pan za­strze­że­nia do mo­jej pra­cy? – Była mo­to­rem dzia­łań w swo­im do­tych­cza­so­wym gru­po­wym pro­jek­cie ba­daw­czym i dzi­ęki niej ze­spół był już bli­ski pu­bli­ka­cji wy­ni­ków. Ale Do­nat­ti po­ka­zał jej drzwi. Na­stęp­ne­go dnia za­czy­na­ła pra­cę przy mało istot­nych ba­da­niach nad ami­no­kwa­sa­mi.

La­bo­rant od zle­wek, wi­dząc jej ro­snące nie­za­do­wo­le­nie, za­py­tał ją, po co w ogó­le chce być na­ukow­cem.

– Nie chcę być na­ukow­cem – wark­nęła. – Je­stem na­ukow­cem! – W my­ślach zaś za­rze­ka­ła się, że nie po­zwo­li, by ja­kiś gru­bas z UCLA, jej ak­tu­al­ny szef czy też nie­licz­ni ma­łost­ko­wi ko­le­dzy z pra­cy unie­mo­żli­wi­li jej osi­ąga­nie ży­cio­wych ce­lów. Mie­rzy­ła się już z ró­żny­mi ci­ężki­mi pró­ba­mi. Prze­trzy­ma nad­cho­dzące bu­rze.

Bu­rze jed­nak, na­wet me­ta­fo­rycz­ne, na­zy­wa się tak nie bez ko­ze­ry; sie­kąc wia­trem i desz­czem, po­wo­du­ją ero­zję. Z ka­żdym mie­si­ącem hart du­cha Eli­za­beth pod­da­wa­ny był nie­usta­jąco ko­lej­nym pró­bom. Je­dy­ną rze­czą, któ­ra za­pew­nia­ła jej ja­kie­kol­wiek wy­tchnie­nie, był te­atr, a na­wet i on cza­sem roz­cza­ro­wy­wał.

Był so­bot­ni wie­czór w ja­kieś dwa ty­go­dnie po in­cy­den­cie ze zlew­ka­mi. Ja­kiś czas wcze­śniej ku­pi­ła bi­let na Mi­ka­do, po­dob­no śmiesz­ną ope­ret­kę. Choć od dłu­ższe­go cza­su nie mo­gła się jej do­cze­kać, to w mia­rę roz­wo­ju fa­bu­ły zda­ła so­bie spra­wę, że przed­sta­wie­nie wca­le jej nie śmie­szy. Sło­wa pio­se­nek były ra­si­stow­skie, ob­sa­da – zło­żo­na wy­łącz­nie z bia­łych, nad­to zaś rzu­ca­ło się w oczy, że głów­na bo­ha­ter­ka zo­sta­nie obar­czo­na winą za wy­stęp­ki po­zo­sta­łych po­sta­ci. Ca­ło­ść ko­ja­rzy­ła jej się z jej pra­cą. Po­sta­no­wi­ła wy­co­fać się w porę i wy­jść pod­czas an­trak­tu.

Traf chciał, że tego sa­me­go wie­czo­ra spek­takl oglądał też Ca­lvin Evans, i gdy­by się na nim sku­pił, może po­dzie­li­łby wszyst­kie opi­nie Eli­za­beth. Był jed­nak na pierw­szej rand­ce z se­kre­tar­ką z za­kła­du bio­lo­gii, a do tego ogar­nia­ły go nud­no­ści. Rand­ka oka­za­ła się po­my­łką – i to do­słow­ną: se­kre­tar­ka za­pro­si­ła go na ope­ret­kę tyl­ko dla­te­go, że w pa­rze z jego sła­wą wy­obra­ża­ła so­bie bo­gac­two, on zaś, re­agu­jąc na jej wy­ci­ska­jące łzy z oczu per­fu­my, za­mru­gał kil­ka­krot­nie, co ona wzi­ęła za „Bar­dzo chęt­nie”.

Jego mdło­ści za­częły się już w ak­cie pierw­szym, a za­nim sko­ńczył się akt dru­gi, osi­ągnęły prak­tycz­nie punkt wrze­nia.

– Prze­pra­szam – wy­szep­tał Ca­lvin – ale nie czu­ję się do­brze. Wy­cho­dzę.

– Co ty mó­wisz? – za­py­ta­ła po­dejrz­li­wie se­kre­tar­ka. – Na moje oko nic ci nie jest.

– Mdli mnie – wy­mam­ro­tał.

– No wy­bacz, ale ku­pi­łam tę kiec­kę spe­cjal­nie na dzi­siej­szy wie­czór – od­pa­rła – i nie wyj­dę, do­pó­ki nie po­no­szę jej przez bite czte­ry go­dzi­ny.

Ku jej za­sko­cze­niu Ca­lvin po­de­tknął jej mniej wi­ęcej pod nos pie­ni­ądze na tak­sów­kę, a na­stęp­nie po­śpie­szył do foy­er; z ręką przy­ci­śni­ętą do brzu­cha, sta­ra­jąc się nie spro­wo­ko­wać swe­go wy­bu­cho­we­go jak ni­tro­gli­ce­ry­na żo­łąd­ka, skie­ro­wał się wprost do to­a­let.

Ko­lej­nym śle­pym tra­fem Eli­za­beth zna­la­zła się w foy­er w do­kład­nie tym sa­mym mo­men­cie, i po­dob­nie jak Ca­lvin, zmie­rza­ła do to­a­le­ty. Kie­dy jed­nak zo­ba­czy­ła dłu­gą ko­lej­kę chęt­nych, sfru­stro­wa­na okręci­ła się na pi­ęcie i wpa­dła wprost na Ca­lvi­na, któ­ry bez­zwłocz­nie na nią zwy­mio­to­wał.

– O Boże – wy­rwa­ło mu się mi­ędzy tor­sja­mi. – O Jezu.

Eli­za­beth po po­cząt­ko­wym osłu­pie­niu po­zbie­ra­ła się z szo­ku i nie zwra­ca­jąc uwa­gi na ru­inę swo­jej su­kien­ki, w ge­ście po­cie­sze­nia po­ło­ży­ła dłoń na zgar­bio­nej syl­wet­ce.

– Ten pan się po­cho­ro­wał – za­wo­ła­ła w stro­nę ko­lej­ki do to­a­le­ty, jesz­cze nie roz­po­zna­jąc po­szko­do­wa­ne­go. – Czy ktoś może za­dzwo­nić po le­ka­rza?

Ale nie miał kto tego zro­bić. Wszy­scy z ko­lej­ki, spło­sze­ni odo­rem i od­gło­sa­mi wy­mio­tów, mo­men­tal­nie ulot­ni­li się z foy­er.

– O mój Boże – po­wta­rzał Ca­lvin, trzy­ma­jąc się za brzuch – o mój Boże.

– Pój­dę po pa­pier – po­wie­dzia­ła ła­god­nie Eli­za­beth. – I po tak­sów­kę. – A po­tem uwa­żniej przyj­rza­ła się jego twa­rzy i za­gad­nęła: – Za­raz, czy my się nie zna­my?

Dwa­dzie­ścia mi­nut pó­źniej po­ma­ga­ła mu już we­jść do jego domu.

– Mo­że­my chy­ba wy­klu­czyć ae­ro­zo­lo­wą dys­per­sję di­fe­ny­lo­ami­no­ar­sy­ny – po­wie­dzia­ła. – W ko­ńcu nikt inny nie ucier­piał.

– Atak bro­nią che­micz­ną? – wy­krztu­sił Ca­lvin, przy­ci­ska­jąc dłoń do brzu­cha. – No, ja my­ślę.

– Pew­nie to po pro­stu coś w je­dze­niu – uspo­ko­iła go. – Za­tru­cie po­kar­mo­we.

– Aha – wy­jęczał. – Tak mi wstyd. Tak mi strasz­nie przy­kro. Ta su­kien­ka. Za­pła­cę za czysz­cze­nie.

– To nic – po­wie­dzia­ła. – Tyl­ko mały bryzg. – Po­mo­gła mu do­jść do ka­na­py, na któ­rą zwa­lił się jak wiel­ka kło­da.

– Nie... nie pa­mi­ętam, kie­dy ostat­nio zda­rzy­ło mi się wy­mio­to­wać. A w miej­scu pu­blicz­nym to już w ogó­le.

– Zda­rza się.

– By­łem na rand­ce – do­dał. – Nie­wy­obra­żal­ne, praw­da? Zo­sta­wi­łem ją samą.

– Nie­wy­obra­żal­ne – zgo­dzi­ła się, usi­łu­jąc przy­po­mnieć so­bie, kie­dy ostat­nio w ogó­le była na rand­ce.

Mil­cze­li przez kil­ka mi­nut, a po­tem on za­mknął oczy. Ona uzna­ła to za sy­gnał do wy­jścia.

– Jesz­cze raz strasz­nie prze­pra­szam – wy­szep­tał, sły­sząc jej kro­ki zmie­rza­jące ku drzwiom.

– Ależ nie ma za co prze­pra­szać. To była zwy­kła re­ak­cja, nie­zgod­no­ść che­micz­na. Je­ste­śmy na­ukow­ca­mi. Ro­zu­mie­my te spra­wy.

– Nie, nie – pró­bo­wał do­pre­cy­zo­wać sła­bym gło­sem. – Mó­wię o tym, jak wte­dy za­ło­ży­łem, że jest pani se­kre­tar­ką... jak ka­za­łem pani prze­ka­zać sze­fo­wi, żeby do mnie za­dzwo­nił. Strasz­nie pa­nią prze­pra­szam.

Na te sło­wa nie zna­la­zła od­po­wie­dzi.

– Ni­g­dy nikt nas so­bie ofi­cjal­nie nie przed­sta­wił – za­uwa­żył. – Je­stem Ca­lvin Evans.

– Eli­za­beth Zott – od­po­wie­dzia­ła, zbie­ra­jąc swo­je rze­czy.

– No, Eli­za­beth Zott – po­wie­dział, zdo­by­wa­jąc się na wątły uśmiech – ura­to­wa­łaś mi ży­cie.

Ale było oczy­wi­ste, że go nie usły­sza­ła.

– Moje ba­da­nia DNA sku­pia­ły się na kwa­sach po­li­fos­fo­ro­wych jako czyn­ni­kach kon­den­su­jących – po­wie­dzia­ła Ca­lvi­no­wi w na­stęp­nym ty­go­dniu przy ka­wie w sto­łów­ce. – I szły mi do­brze aż do te­raz. W ze­szłym mie­si­ącu zmie­ni­li mi przy­dział. Na ba­da­nia ami­no­kwa­sów.

– Ale cze­mu?

– Do­nat­ti... zda­je się, że to ta­kże twój szef? Tak czy siak, uznał, że moja pra­ca jest zbęd­na.

– Prze­cież ba­da­nia czyn­ni­ków kon­den­su­jących są fun­da­men­tal­ne dla roz­wo­ju na­szej wie­dzy o DNA...

– Tak, wiem, ja to wiem. Tym wła­śnie za­mie­rza­łam się zaj­mo­wać w pra­cy dok­to­ranc­kiej. Cho­ciaż tak na­praw­dę in­te­re­su­je mnie abio­ge­ne­za.

– Abio­ge­ne­za? Teo­ria, że ży­cie po­wsta­ło z uprosz­czo­nych form nie­ży­cia? Fa­scy­nu­jące. Ale nie je­steś dok­to­rem.

– Nie.

– Prze­cież abio­ge­ne­za to ob­szar ba­dań dok­tor­skich.

– Obro­ni­łam ty­tuł ma­gi­stra che­mii. Na UCLA.

– Śro­do­wi­sko aka­de­mic­kie... – Po­ki­wał gło­wą ze wspó­łczu­ciem. – Za­sta­ła woda. Po­trze­bo­wa­łaś po­wie­trza.

– Nie­zu­pe­łnie.

Na­stąpi­ła dłu­ższa chwi­la krępu­jące­go mil­cze­nia.

– Po­słu­chaj – za­częła od nowa, za­czerp­nąw­szy głębo­ko tchu – moja hi­po­te­za na te­mat kwa­sów po­li­fos­fo­ro­wych wy­gląda tak.

Kie­dy się spo­strze­gła, oka­za­ło się, że roz­ma­wia z nim od po­nad go­dzi­ny. Ca­lvin po­ta­ki­wał gło­wą i no­to­wał, od cza­su do cza­su prze­ry­wa­jąc jej roz­bu­do­wa­ny­mi py­ta­nia­mi, na któ­re z mar­szu od­po­wia­da­ła.

– By­ła­bym już da­lej – mó­wi­ła – ale, jak już wspo­mnia­łam, zo­sta­łam „prze­su­ni­ęta na inny od­ci­nek”. A jesz­cze za­nim to na­stąpi­ło, oka­za­ło się, że za­ła­twie­nie pod­sta­wo­wych po­mo­cy na­uko­wych nie­zbęd­nych do kon­ty­nu­owa­nia prze­ze mnie re­al­nej pra­cy jest pra­wie nie­mo­żli­we. – To dla­te­go, wy­ja­śni­ła mu, zmu­szo­na była pod­kra­dać wy­po­sa­że­nie i ma­te­ria­ły z in­nych pra­cow­ni.

– Ale cze­mu tak ci ci­ężko szło zdo­by­wa­nie tego wszyst­kie­go? – zdzi­wił się Ca­lvin. – W Ha­stings mają mnó­stwo pie­ni­ędzy.

Eli­za­beth po­pa­trzy­ła na nie­go, jak­by wła­śnie za­py­tał, ja­kim cu­dem w Chi­nach gło­du­ją dzie­ci, sko­ro jest tam tyle pól ry­żo­wych.

– Dys­kry­mi­na­cja płcio­wa – od­po­wie­dzia­ła. Wzi­ęła do ręki ołó­wek HB, któ­ry za­wsze no­si­ła wsu­ni­ęty za ucho lub we wło­sy, i za­częła stu­kać nim moc­no o blat sto­li­ka. – Ale ta­kże po­li­ty­ka, ko­le­sio­stwo, brak rów­no­ści oraz ogól­na nie­spra­wie­dli­wo­ść.

Przy­gry­zł war­gi.

– Ale głów­nie dys­kry­mi­na­cja płcio­wa – po­wtó­rzy­ła.

– Jaka dys­kry­mi­na­cja? – za­py­tał nie­win­nie. – Dla­cze­go mie­li­by­śmy nie chcieć ko­biet w na­uce? To zu­pe­łnie bez sen­su. Po­trze­bu­je­my wszyst­kich na­ukow­ców, na ja­kich nas stać.

Eli­za­beth spoj­rza­ła na nie­go za­sko­czo­na. Od­no­si­ła do­tąd wra­że­nie, że Ca­lvin Evans to czło­wiek by­stry, ale wła­śnie zro­zu­mia­ła, że na­le­ży on do tych lu­dzi, któ­rych in­te­li­gen­cja ogra­ni­cza się być może do jed­nej wąskiej dzie­dzi­ny. Przyj­rza­ła mu się bar­dziej ba­daw­czo, jak­by oce­nia­jąc, co mo­gło­by do nie­go tra­fić. Ze­braw­szy wło­sy obu­rącz, zwi­nęła je w po­dwój­ny węzeł na czub­ku gło­wy i spi­ęła ołów­kiem.

– Kie­dy stu­dio­wa­łeś w Cam­brid­ge – po­wie­dzia­ła ostro­żnie, znów kła­dąc dło­nie na sto­li­ku – ile zna­łeś ko­biet, któ­re by­ły­by na­ukow­ca­mi?

– Żad­nej. Ale mój uni­wer­sy­tet był pla­ców­ką z za­ło­że­nia wy­łącz­nie męską.

– Aha, ro­zu­miem. Ale z pew­no­ścią ko­bie­ty mia­ły ta­kie same mo­żli­wo­ści w in­nych miej­scach, zga­dza się? No to ile znasz na­ukow­ców płci że­ńskiej? Ma­ria Cu­rie się nie li­czy.

Po­pa­trzył na nią, wie­trząc kło­po­ty.

– Pro­blem, Ca­lvi­nie – stwier­dzi­ła – po­le­ga na tym, że po­ło­wa po­pu­la­cji się mar­nu­je. Nie cho­dzi tyl­ko o to, że nie mogę do­stać ma­te­ria­łów po­trzeb­nych do wy­ko­ny­wa­nia pra­cy, cho­dzi o to, że ko­bie­ty nie mogą zdo­być wy­kszta­łce­nia po­trzeb­ne­go im do ro­bie­nia tego, do cze­go są stwo­rzo­ne. I na­wet je­śli zda­rza im się pó­jść na stu­dia, to ni­g­dy nie w miej­sce ta­kie jak Cam­brid­ge. Co zna­czy, że nie daje im się ta­kich sa­mych szans ani nie oka­zu­je ta­kie­go sa­me­go sza­cun­ku. Za­czy­na­ją od sa­me­go dołu, ale tam zo­sta­ją. Że już na­wet nie wspom­nę o za­rob­kach. I to wszyst­ko dla­te­go, że nie uczęsz­cza­ły na ja­kąś uczel­nię, któ­ra na­wet by ich nie przy­jęła.

– Chcesz po­wie­dzieć – za­uwa­żył po­wo­li – że tak na­praw­dę wi­ęcej ko­biet chce dzia­łać na polu na­uki?

Otwo­rzy­ła sze­ro­ko oczy.

– Oczy­wi­ście, że tak! Na polu na­uki, me­dy­cy­ny, biz­ne­su, mu­zy­ki, ma­te­ma­ty­ki. Gdzie­kol­wiek spoj­rzeć, wszędzie!

I na­gle za­wa­ha­ła się, bo praw­da była taka, że po­zna­ła do­tąd za­le­d­wie garst­kę ko­biet, któ­re chcia­ły­by zaj­mo­wać się na­uką, a w za­sa­dzie ja­kąkol­wiek dzie­dzi­ną. Wi­ęk­szo­ść tych, z któ­ry­mi zna­ła się na stu­diach, utrzy­my­wa­ła, że zna­la­zły się tam nie po to, by zdo­być przed na­zwi­skiem li­te­ry „mgr”, tyl­ko „Mrs” – „pani”. Był to nie­po­ko­jący ob­jaw, jak­by wszyst­kie na­pi­ły się cze­goś, od cze­go sta­wa­ły się na ja­kiś czas nie­po­czy­tal­ne.

– Tym­cza­sem – pod­jęła te­mat – ko­bie­ty ki­sną w do­mach, ro­dzą dzie­ci i od­ku­rza­ją dy­wa­ny. To za­le­ga­li­zo­wa­ne nie­wol­nic­two. Na­wet te ko­bie­ty, któ­re chcą zaj­mo­wać się do­mem, od­kry­wa­ją, że ich pra­ca spo­ty­ka się z kom­plet­nym bra­kiem zro­zu­mie­nia. Mężczy­źni naj­wy­ra­źniej my­ślą, że dla prze­ci­ęt­nej mat­ki z pi­ęcior­giem dzie­ci naj­wi­ęk­szym z co­dzien­nych dy­le­ma­tów jest to, na jaki ko­lor po­ma­lo­wać so­bie pa­znok­cie.

Ca­lvin wy­obra­ził so­bie pi­ęcio­ro dzie­ci i wzdry­gnął się.

– Co do two­jej pra­cy – po­wie­dział, sta­ra­jąc się zmie­nić kie­ru­nek tej bi­twy – my­ślę, że uda mi się to za­ła­twić.

– Nie chcę, że­byś co­kol­wiek za­ła­twiał – od­pa­rła. – Do­sko­na­le umiem sama roz­wi­ązać swój pro­blem.

– Nic po­dob­ne­go.

– Słu­cham?

– Nie mo­żesz go roz­wi­ązać, bo świat nie dzia­ła w ten spo­sób. Ży­cie nie jest spra­wie­dli­we.

To ją roz­ju­szy­ło – że on ma czel­no­ść jej tłu­ma­czyć, co nie jest spra­wie­dli­we. Nie miał o tym naj­mniej­sze­go po­jęcia. Za­częła coś mó­wić, ale wsze­dł jej w sło­wo.

– Po­słu­chaj – po­wie­dział. – Ży­cie ni­g­dy nie gra fair, a jed­nak ty wci­ąż dzia­łasz tak, jak­by gra­ło... jak­by wy­star­czy­ło na­pra­wić kil­ka krzywd czy na­pro­sto­wać nie­rów­no­ści, by wszyst­ko inne uło­ży­ło się jak na­le­ży. Tak się nie sta­nie. Po­ra­dzić ci coś? – I za­nim zdąży­ła za­opo­no­wać, do­dał: – Nie ura­biaj sys­te­mu. Prze­chytrz go.

Sie­dzia­ła w mil­cze­niu, za­sta­na­wia­jąc się nad jego sło­wa­mi. Brzmia­ły iry­tu­jąco sen­sow­nie i było to strasz­nie nie­spra­wie­dli­we.

– Po­patrz, jaki szczęśli­wy traf: sam pró­bu­ję już od roku zmie­nić spoj­rze­nie na kwa­sy po­li­fos­fo­ro­we, ale w ogó­le się nie po­su­wam do przo­du. Two­je ba­da­nia mo­gły­by to zmie­nić. Je­śli po­wiem Do­nat­tie­mu, że do swo­jej pra­cy po­trze­bu­ję wnio­sków z two­jej, wró­cisz do niej cho­ćby ju­tro. Na­wet gdy­bym nie po­trze­bo­wał two­ich ba­dań, a po­trze­bu­ję, to je­stem ci to wi­nien. Po pierw­sze, za moje sło­wa o se­kre­tar­ce, po dru­gie, za tam­te­go pa­wia.

Eli­za­beth na­dal sie­dzia­ła w mil­cze­niu. Czu­ła, że wbrew zdro­we­mu roz­sąd­ko­wi za­czy­na prze­ko­ny­wać się do po­my­słu. Wca­le tego nie chcia­ła; nie po­do­bał jej się po­gląd, że sys­te­my trze­ba po­ko­ny­wać in­te­li­gen­cją. Dla­cze­go nie mo­gły­by od po­cząt­ku być in­te­li­gent­ne? A już na pew­no nie lu­bi­ła przy­sług. Ich wy­świad­cza­nie trąci­ło oszu­stwem. Ale prze­cież mia­ła upa­trzo­ne cele, więc dla­cze­go, do cho­le­ry, mia­ła­by tyl­ko sie­dzieć bez­czyn­nie z boku? Od sie­dze­nia z boku jesz­cze nikt ni­g­dy do­ni­kąd nie za­sze­dł.

– Słu­chaj – po­wie­dzia­ła z na­ci­skiem, od­gar­nia­jąc ko­smyk wło­sów z twa­rzy – nie po­my­ślisz so­bie, mam na­dzie­ję, że wy­ci­ągam po­chop­ne wnio­ski, ale zda­rza­ły mi się kło­po­ty w prze­szło­ści, więc żeby była pe­łna ja­sno­ść: nie będzie­my ze sobą cho­dzić. To tyl­ko pra­ca, nic wi­ęcej. Nie in­te­re­su­je mnie ża­den zwi­ązek.

– Ani mnie – za­prze­czył i on. – Cho­dzi tyl­ko o pra­cę. Nic wi­ęcej.

– Nic wi­ęcej.

A po­tem wzi­ęli swo­je ta­le­rzy­ki z fi­li­żan­ka­mi i ro­ze­szli się ka­żde w swo­ją stro­nę, ka­żde z de­spe­rac­ką na­dzie­ją, że to dru­gie nie mó­wi­ło po­wa­żnie.

4

Wpro­wa­dze­nie do che­mii

Ja­kieś trzy ty­go­dnie pó­źniej po pra­cy Ca­lvin i Eli­za­beth szli przez par­king, roz­ma­wia­jąc pod­nie­sio­ny­mi gło­sa­mi.

– Twój po­my­sł jest kom­plet­nie chy­bio­ny – po­wie­dzia­ła ona. – Przy­my­kasz oczy na fun­da­men­tal­ną isto­tę syn­te­zy bia­łek.

– Wprost prze­ciw­nie – od­pa­ro­wał on, uprzy­tam­nia­jąc so­bie, że nikt ni­g­dy do­tąd nie na­zwał żad­ne­go z jego po­my­słów chy­bio­nym, a te­raz, kie­dy to na­stąpi­ło, nie­spe­cjal­nie mu się to po­do­ba­ło. – Nie chce mi się wie­rzyć, jak ca­łko­wi­cie igno­ru­jesz struk­tu­rę mo­le­ku...

– Nie igno­ru­ję ani tro­chę...

– Za­po­mi­nasz o dwóch wi­ąza­niach ko­wa­len­cyj­nych...

– Trzech wi­ąza­niach ko­wa­len­cyj­nych...

– Tak, ale tyl­ko je­śli...

– Słu­chaj – prze­rwa­ła mu ostro, kie­dy za­trzy­ma­li się przy jej sa­mo­cho­dzie. – To jest pe­wien pro­blem.

– Co jest pro­ble­mem? Ja­kie „to”?

– Ty – po­wie­dzia­ła sta­now­czo, wska­zu­jąc go obu­rącz. – Ty je­steś pro­ble­mem.

– Bo się nie zga­dza­my?

– Nie w tym rzecz.

– No to w czym?

– To... – Wy­ko­na­ła ja­kieś nie­okre­ślo­ne mach­ni­ęcie ręką i od­wró­ci­ła wzrok, wbi­ja­jąc go w prze­strzeń.

Ca­lvin wes­tchnął ci­ężko i kła­dąc dłoń na da­chu jej sta­re­go nie­bie­skie­go ply­mo­utha, cze­kał na od­trące­nie, któ­re­go na­de­jścia był te­raz pe­wien.

W ci­ągu ostat­nich kil­ku ty­go­dni spo­tka­li się z Eli­za­beth sze­ść razy – dwu­krot­nie na lunch i czte­ro­krot­nie na kawę – i za ka­żdym ra­zem ich spo­tka­nie sta­no­wi­ło rów­no­cze­śnie apo­geum i pe­ry­geum jego dnia. Apo­geum, bo była naj­bar­dziej in­te­li­gent­ną, wni­kli­wą, in­try­gu­jącą i – ow­szem – naj­bar­dziej nie­po­ko­jąco atrak­cyj­ną ko­bie­tą, jaką kie­dy­kol­wiek spo­tkał w swo­im ży­ciu. I pe­ry­geum, bo za­wsze spra­wia­ła wra­że­nie, jak­by śpie­szy­ło się jej do ode­jścia. Po któ­rym przez resz­tę dnia czuł nie­odmien­nie roz­pacz i przy­gnębie­nie.

– Naj­now­sze od­kry­cia na te­mat je­dwab­ni­ków mor­wo­wych – mó­wi­ła wła­śnie. – W ostat­nim nu­me­rze „Scien­ce Jo­ur­nal”. To o to mi cho­dzi­ło, kie­dy wspo­mi­na­łam o kom­pli­ka­cji.

Ski­nął gło­wą, jak­by ro­zu­miał, ale wca­le nie ro­zu­miał, nie tyl­ko kwe­stii je­dwab­ni­ków. Za ka­żdym ra­zem, kie­dy się spo­ty­ka­li, ro­bił wszyst­ko, by do­wie­ść, że ab­so­lut­nie nie jest nią za­in­te­re­so­wa­ny w żad­nym kon­te­kście wy­kra­cza­jącym poza sfe­rę za­wo­do­wą. Nie pro­po­no­wał, że po­sta­wi jej kawę, nie ofia­ro­wał się, że po­nie­sie jej tacę z lun­chem, nie otwie­rał na­wet przed nią drzwi – ta­kże tego dnia, gdy mia­ła w rękach tyle ksi­ążek, że za­sła­nia­ły jej twarz. Uda­ło mu się też nie ze­mdleć, kie­dy przy­pad­ko­wo wpa­dła na nie­go, co­fa­jąc się od umy­wal­ki, i po­czuł za­pach jej wło­sów. Nie miał na­wet po­jęcia, że wło­sy mogą pach­nieć aż tak – jak­by mo­czy­ły się w mi­sie pe­łnej kwia­tów. Czy ona na­praw­dę nie do­ce­nia po­wści­ągli­wo­ści jego za­cho­wa­nia pod ha­słem „pra­ca i tyl­ko pra­ca”? To wszyst­ko do­pro­wa­dza­ło go do sza­łu.

– O ten frag­ment o bom­bi­ko­lu – po­wie­dzia­ła. – U je­dwab­ni­ków.

– Ja­sne – od­pa­rł bez en­tu­zja­zmu, my­śląc o tym, jak głu­pio za­cho­wał się przy ich pierw­szym spo­tka­niu. Na­zwał ją se­kre­tar­ką. Wy­rzu­cił z pra­cow­ni. A po­tem co? Jesz­cze pu­ścił na nią pa­wia. Po­wie­dzia­ła co praw­da, że to nie mia­ło zna­cze­nia, ale czy kie­dy­kol­wiek jesz­cze wło­ży­ła tę żó­łtą su­kien­kę? Nie. Było dla nie­go oczy­wi­ste, że choć utrzy­my­wa­ła, że nie ma mu tego za złe, mia­ła. Sam był mi­strzem świa­ta w pa­mi­ętli­wo­ści, więc wie­dział, jak to dzia­ła.

– To prze­ka­źnik sy­gna­łu che­micz­ne­go – ci­ągnęła. – U sa­mic je­dwab­ni­ka mor­wo­we­go.

– Gąsie­ni­ce – sko­men­to­wał sar­ka­stycz­nie. – Su­per.

Cof­nęła się o krok, za­sko­czo­na jego non­sza­lanc­kim to­nem.

– Nie in­te­re­su­je cię to – skon­sta­to­wa­ła, a ko­niusz­ki jej uszu po­czer­wie­nia­ły.

– Nic a nic.

Eli­za­beth za­po­wie­trzy­ła się i za­jęła po­szu­ki­wa­niem w to­reb­ce klu­czy­ków od sa­mo­cho­du.

Co za ol­brzy­mie roz­cza­ro­wa­nie. W ko­ńcu po­zna­ła ko­goś, z kim au­ten­tycz­nie mo­gła po­roz­ma­wiać – ko­goś w jej oczach nie­sko­ńcze­nie in­te­li­gent­ne­go, wni­kli­we­go, in­try­gu­jące­go (i nie­po­ko­jąco atrak­cyj­ne­go, kie­dy tyl­ko się uśmie­chał) – a on nie wy­ka­zy­wał żad­ne­go za­in­te­re­so­wa­nia jej oso­bą. Żad­ne­go. W ci­ągu ostat­nich kil­ku ty­go­dni spo­tka­li się sze­ścio­krot­nie i za ka­żdym ra­zem ogra­ni­cza­ła się do spraw za­wo­do­wych, a on tak samo – tyl­ko że on po­su­wał się przy tym nie­mal do gru­bia­ństwa. Jak tego dnia, kie­dy na­wet nie wi­dzia­ła drzwi, bo nio­sła całe na­ręcze ksi­ążek? Nie chcia­ło mu się ani pal­cem ru­szyć, żeby jej po­móc. A mimo to za­wsze, gdy byli ra­zem, czu­ła tę wręcz nie­od­par­tą ocho­tę po­ca­ło­wa­nia go. Któ­ra zu­pe­łnie do niej nie pa­so­wa­ła. I mimo to po ka­żdym ta­kim spo­tka­niu – któ­re ko­ńczy­ła jak naj­szyb­ciej z oba­wy, że jed­nak go po­ca­łu­je – przez resz­tę dnia czu­ła nie­odmien­nie roz­pacz i przy­gnębie­nie.

– Mu­szę le­cieć – po­wie­dzia­ła.

– Jak zwy­kle – od­ci­ął się. Ale żad­ne z nich nie ru­szy­ło się z miej­sca, obo­je od­wró­ci­li tyl­ko gło­wy, ka­żde w swo­ją stro­nę, jak­by szu­ka­jąc w oko­li­cy ko­goś in­ne­go, z kim tak na­praw­dę mie­li się spo­tkać, choć była już pra­wie dzie­wi­ęt­na­sta w pi­ąt­ko­wy wie­czór i na ca­łym po­łu­dnio­wym par­kin­gu sta­ły tyl­ko dwa auta: jego i jej.

– Ja­kieś po­wa­żniej­sze pla­ny na week­end? – ośmie­lił się wresz­cie spy­tać.

– Ow­szem – skła­ma­ła.

– Baw się do­brze – burk­nął. Po czym ob­ró­cił się na pi­ęcie i od­sze­dł.

Ob­ser­wo­wa­ła go przez chwi­lę, a po­tem wsia­dła do auta i za­mknęła oczy. Ca­lvin nie był głu­pi. Czy­ty­wał „Scien­ce Jo­ur­nal”. Mu­siał wie­dzieć, co su­ge­ro­wa­ła, wspo­mi­na­jąc o bom­bi­ko­lu, fe­ro­mo­nie uwal­nia­nym przez sa­mi­ce je­dwab­ni­ka w celu przy­wa­bie­nia part­ne­rów go­do­wych. „Gąsie­ni­ce” – sko­men­to­wał nie­mal okrut­nie. Co za ba­łwan. A ona sama? Co za fra­jer­kę z sie­bie zro­bi­ła – tak otwar­tym tek­stem za­ga­ja­jąc o mi­ło­ści, i to gdzie, na par­kin­gu, po to tyl­ko, żeby do­stać ko­sza!

„Nie in­te­re­su­je cię to” – skon­sta­to­wa­ła.

„Nic a nic” – od­pa­rł.

Otwo­rzy­ła oczy i wbi­ła klu­czyk w sta­cyj­kę. Ca­lvin przy­pusz­czał pew­nie, że za­le­ży jej tyl­ko na dal­szym wy­dębia­niu od nie­go sprzętu la­bo­ra­to­ryj­ne­go. Z per­spek­ty­wy mężczy­zny tak to mu­sia­ło wy­glądać. Je­śli bab­ka wspo­mi­na o bom­bi­ko­lu w pi­ąt­ko­wy wie­czór na pu­stym par­kin­gu, gdy ła­god­ny wie­trzyk z za­cho­du nie­sie aro­mat jej wy­jąt­ko­wo dro­gie­go szam­po­nu bez­po­śred­nio w noz­drza i jamę no­so­wą rze­czo­ne­go mężczy­zny, to nie­chyb­nie jest to ele­ment spi­sku zmie­rza­jące­go do wy­cy­ga­nie­nia ko­lej­nych zle­wek, praw­da? Inny po­wód nie przy­cho­dził jej do gło­wy. Nie li­cząc tego praw­dzi­we­go. Za­ko­chi­wa­ła się w nim.

W tym mo­men­cie po jej le­wej roz­le­gło się ostre stu­ka­nie. Spoj­rza­ła w bok i zo­ba­czy­ła Ca­lvi­na, któ­ry po­ka­zy­wał, żeby od­kręci­ła szy­bę.

– Nie za­le­ży mi na two­im cho­ler­nym sprzęcie la­bo­ra­to­ryj­nym! – wark­nęła, opusz­cza­jąc dzie­lący ich pa­nel.

– A ja nie je­stem pro­ble­mem! – od­wark­nął, po­chy­la­jąc się, żeby zna­le­źć się z nią twa­rzą w twarz.

Eli­za­beth wbi­ła w nie­go wzrok, go­tu­jąc się ze zło­ści. Jak on śmie?!

Ca­lvin od­po­wie­dział jej iden­tycz­nym spoj­rze­niem. Jak ona śmie?!

A wte­dy znów owład­nęło nią to uczu­cie, któ­re­go do­świad­cza­ła za ka­żdym ra­zem w jego to­wa­rzy­stwie, tyle że tym ra­zem je uwzględ­ni­ła: wy­ci­ągnęła ręce, przy­ci­ąga­jąc do sie­bie jego twarz i ce­men­tu­jąc pierw­szym po­ca­łun­kiem trwa­łą więź, któ­rej na­wet che­mia ze swo­ją na­uką o trwa­ło­ści wi­ązań nie umia­ła­by wy­ja­śnić.

5

War­to­ści ro­dzin­ne

Ko­le­dzy Eli­za­beth z la­bo­ra­to­rium za­kła­da­li, że spo­ty­ka się z Ca­lvi­nem Evan­sem tyl­ko z jed­ne­go po­wo­du: jego sła­wy. Wo­dząc Ca­lvi­na na pa­sku, była nie do ru­sze­nia. Po­wód był co praw­da o wie­le prost­szy: „Bo go ko­cham” – od­po­wie­dzia­ła­by, gdy­by ją ktoś za­py­tał. Ale nikt nie py­tał.

Z nim było tak samo. Gdy­by ktoś Ca­lvi­na spy­tał, po­wie­dzia­łby, że Eli­za­beth Zott jest dla nie­go naj­wi­ęk­szym skar­bem na świe­cie nie dla­te­go, że jest ład­na, i nie dla­te­go, że jest in­te­li­gent­na, ale dla­te­go, że ko­cha go, a on ją, z pew­ne­go ro­dza­ju pe­łnią, prze­ko­na­niem i wia­rą, któ­re wzmac­nia­ją ich wza­jem­ne od­da­nie. Byli wi­ęcej niż przy­ja­ció­łmi, wi­ęcej niż po­wier­ni­ka­mi, wi­ęcej niż so­jusz­ni­ka­mi i wi­ęcej niż ko­chan­ka­mi. Je­śli zwi­ąz­ki przy­po­mi­na­ją ukła­dan­ki z kloc­ków, to ich był uło­żo­ny od sa­me­go po­cząt­ku – jak­by ktoś wy­sy­pał za­war­to­ść pu­de­łka, a po­szcze­gól­ne ele­men­ty wy­lądo­wa­ły do­kład­nie tam, gdzie trze­ba, wpa­so­wu­jąc się ide­al­nie i two­rząc do­sko­na­ły ob­ra­zek. Przy­pra­wia­li inne pary o mdło­ści.

Nocą, gdy sko­ńczy­li się ko­chać, le­że­li za­wsze w tych sa­mych po­zy­cjach na wznak – jego noga za­ło­żo­na na jej nogi, jej ręka na jego udzie, jego gło­wa po­chy­lo­na ku jej gło­wie – i roz­ma­wia­li: cza­sem o swo­ich wy­zwa­niach, in­nym ra­zem o swo­jej przy­szło­ści, ale za­wsze o swo­jej pra­cy. Mimo post­ko­ital­ne­go zmęcze­nia ich roz­mo­wy często trwa­ły do wcze­sne­go rana, a je­śli cho­dzi­ło o ja­kiś wnio­sek z ba­dań albo wzór, nie­zmien­nie ko­ńczy­ło się tym, że któ­reś z nich mu­sia­ło wresz­cie wstać i coś za­no­to­wać. Choć u części osób ży­jących w pa­rach bywa tak, że wza­jem­na więź wpły­wa na ich pra­cę ne­ga­tyw­nie, z Eli­za­beth i Ca­lvi­nem było wprost od­wrot­nie. Pra­co­wa­li na­wet wte­dy, kie­dy nie pra­co­wa­li – świe­ży­mi spoj­rze­nia­mi pod­sy­ca­jąc na­wza­jem swo­ją in­wen­cję twór­czą i po­my­sło­wo­ść – i choć śro­do­wi­sko na­uko­we w pó­źniej­szym cza­sie zdu­mie­wa­ło się ich wy­daj­no­ścią, to zdu­mie­wa­ło­by się jesz­cze bar­dziej, gdy­by wie­dzia­ło, że wi­ęk­szo­ść rze­czy osi­ągnęli na go­la­sa.

– Nie śpisz jesz­cze? – szep­nął z wa­ha­niem Ca­lvin, kie­dy le­że­li w łó­żku któ­re­jś nocy. – Bo chcia­łem pod­rzu­cić ci pe­wien po­my­sł. Cho­dzi o Świ­ęto Dzi­ęk­czy­nie­nia.

– O co kon­kret­nie?

– No wiesz, to już nie­dłu­go, więc się za­sta­na­wia­łem, czy wy­bie­rasz się do domu, a je­śli tak, to czy za­pro­po­nu­jesz, że­bym po­je­chał z tobą i... – Za­wa­hał się, a po­tem wy­rzu­cił z sie­bie czym prędzej: – Po­zna­łtwo­jąro­dzi­nę.

– Co?! – od­po­wie­dzia­ła mu szep­tem Eli­za­beth. – Do domu?! Nie, nie wy­bie­ram się do domu. My­śla­łam, że może spędzi­my Dzi­ęk­czy­nie­nie tu­taj. Ra­zem. Chy­ba że... No wiesz. A ty za­mie­rza­łeś wy­brać się do domu?

– W ży­ciu – od­po­wie­dział.

Przez ostat­nie kil­ka mie­si­ęcy Ca­lvin i Eli­za­beth roz­ma­wia­li nie­mal o wszyst­kim – ksi­ążkach, ka­rie­rach, prze­ko­na­niach, dąże­niach, fil­mach, po­li­ty­ce, na­wet o aler­giach. Z jed­nym oczy­wi­stym wy­jąt­kiem: była nim ro­dzi­na. Nie było to za­mie­rzo­ne – a w ka­żdym ra­zie po­cząt­ko­wo – ale po ca­łych mie­si­ącach nie­po­ru­sza­nia tego te­ma­tu sta­ło się ja­sne, że być może ni­g­dy nie zo­sta­nie on po­ru­szo­ny.

Nie żeby nie byli na­wza­jem cie­ka­wi swo­ich ko­rze­ni. Kto by nie chciał wy­pły­nąć na sze­ro­kie wody cu­dze­go dzie­ci­ństwa, by po­znać wszyst­kich tra­dy­cyj­nych po­dej­rza­nych – su­ro­wych ro­dzi­ców, am­bit­ne ro­dze­ństwo, sza­lo­ną ciot­kę? No, jed­nak nie oni.

Tak więc te­mat naj­bli­ższych krew­nych był jak od­gro­dzo­ny sznu­rem po­kój w domu-mu­zeum ja­kie­jś hi­sto­rycz­nej po­sta­ci. Na­dal dało się do nie­go zaj­rzeć, by na­brać nie­ja­sne­go wra­że­nia, że Ca­lvin gdzieś tam do­ra­stał (w Mas­sa­chu­setts?) i że Eli­za­beth ma bra­ci (choć może jed­nak sio­stry?) – ale nie dało się we­jść do środ­ka i zaj­rzeć do ap­tecz­ki. Do­pó­ki Ca­lvin nie za­ga­ił o Świ­ęcie Dzi­ęk­czy­nie­nia.

– Sam nie wie­rzę, że o to py­tam – wy­krztu­sił w ko­ńcu z tru­dem w głu­chą ci­szę – ale wła­śnie zda­łem so­bie spra­wę, że nie wiem, skąd po­cho­dzisz.

– A – od­pa­rła Eli­za­beth. – No wiesz. Za­sad­ni­czo ze sta­nu Ore­gon. A ty?

– Z Iowa.

– Na­praw­dę? – za­py­ta­ła. – My­śla­łam, że je­steś z Bo­sto­nu.

– Nie – od­rze­kł szyb­ko. – Ja­cyś bra­cia? Sio­stry?

– Brat. U cie­bie?

– Ni­ko­go. – Głos miał bez­na­mi­ęt­ny.

Le­ża­ła bar­dzo nie­ru­cho­mo, sta­ra­jąc się zro­zu­mieć ten ton.

– Było ci źle sa­me­mu? – za­py­ta­ła.

– Tak – wy­pa­lił.

– Przy­kro mi. – Wzi­ęła go za rękę pod po­ście­lą. – Twoi ro­dzi­ce nie chcie­li ko­lej­ne­go dziec­ka?

– Trud­no po­wie­dzieć – od­pa­rł dziw­nie pi­skli­wie. – To nie jest tak na­praw­dę coś z tych rze­czy, o któ­re dzie­ciak pyta ro­dzi­ców, no nie? Praw­do­po­dob­nie chcie­li. Na pew­no.

– Ale w ta­kim ra­zie...

– Zgi­nęli, kie­dy mia­łem pięć lat. Moja mat­ka była wte­dy w ósmym mie­si­ącu ci­ąży.

– O mój Boże. Tak mi przy­kro, Ca­lvi­nie – po­wie­dzia­ła Eli­za­beth, na­gle sia­da­jąc pro­sto. – Co się sta­ło?

– Po­ci­ąg – od­pa­rł rze­czo­wo. – Wje­cha­li pod po­ci­ąg.

– Ca­lvi­nie, tak mi przy­kro. Nie mia­łam po­jęcia.

– To nic. To było daw­no temu. Wła­ści­wie ich nie pa­mi­ętam.

– Ale...

– Te­raz ty – prze­rwał jej.

– No nie, za­raz, po­cze­kaj, Ca­lvi­nie, kto cię wy­cho­wał?

– Ciot­ka. Ale po­tem ona też zgi­nęła.

– Co? Jak?!

– Je­cha­li­śmy au­tem i do­sta­ła ata­ku ser­ca. Auto prze­sko­czy­ło przez kra­wężnik i wbi­ło się w drze­wo.

– Boże.

– Taka jak­by tra­dy­cja ro­dzin­na. Śmie­rć w wy­pad­kach.

– Głu­pi żart.

– To nie miał być żart.

– Ile mia­łeś lat? – na­ci­ska­ła Eli­za­beth.

– Sze­ść.

Za­ci­snęła po­wie­ki.

– A po­tem wy­sła­li cię do... – Nie do­ko­ńczy­ła.

– Ka­to­lic­kie­go domu dziec­ka dla chłop­ców.

– I... – po­ci­ągnęła ko­lej­ne py­ta­nie, czu­jąc do sa­mej sie­bie od­ra­zę za to, że to robi – ...jak tam było?

Za­wa­hał się, jak­by pró­bo­wał zna­le­źć rze­tel­ną od­po­wie­dź na to nie­przy­zwo­icie pro­ste py­ta­nie.

– Ci­ężko – po­wie­dział w ko­ńcu gło­sem tak ci­chym, że le­d­wo go usły­sza­ła.