Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 25.08.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Co do mnie, widzisz, kocham wolność ponad wszystko na świecie, a zwłaszcza swobodę wybierania sobie miejsca pobytu.
Thomas Mann, "Czarodziejska góra" (tłum. Józef Kramsztyk, Jan Łukowski)
Letnia sielanka w Bawarii, 1918 rok. Rodzina Thomasa Manna wynajmuje dom nad jeziorem Tegernsee. To miały być beztroskie miesiące – lecz świat zmienia się dramatycznie, a także sam pisarz wkrótce stanie się kimś innym.
Dzieci pływają i łowią płotki, ojciec wiosłuje, spaceruje i po raz pierwszy zdobywa górę, matka opiekuje się nowo narodzonym dzieckiem, a pies Bauschan drzemie w cieniu.
Sielanka – jednak pisarza dręczą troski. Niemiecka klęska w I wojnie światowej jest bliska, w powietrzu czuć rewolucję, a swoim antydemokratycznym manifestem „Rozważania człowieka apolitycznego” Thomas Mann historycznie opowiada się po złej stronie. Z tego powodu poróżnił się z bratem Heinrichem, brakuje mu sił do pracy nad kolejnym wielkim dziełem – „Czarodziejską górą”.
Kerstin Holzer pisze z wciągająco i humorem o wyjątkowym lecie w życiu laureata Nagrody Nobla, o jego lękach i tęsknotach. To opowieść o odwadze do zmian i o tym, jak rodzi się jedna z najważniejszych książek w historii literatury światowej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 154
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: THOMAS MANN MACHT FERIEN.
EIN SOMMER AM SEE by Kerstin Holzer
Copyright © 2025, Verlag Kiepenheuer & Witsch GmbH & Co. KG, Cologne/Germany
All rights reserved.
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Wydawczyni: Monika Długa
Redakcja: Hanna Trubicka
Korekta: Agnieszka Luberadzka, Jarosław Lipski
Projekt okładki: © Kosmos Design × Midjourney
Adaptacja okładki: Anna Pol
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Jagoda Świegot
ISBN: 978-83-8441-409-5
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Dla Liona
Po południu spadł deszcz, krótka, ale intensywna letnia ulewa, jednak łąka na zboczu pozostaje mokra. Od strony willi w kierunku jeziora zsuwa się po zboczu bosy chłopiec, niemal ześlizguje się w dół. Drewniany pomost przy brzegu jest wciąż wilgotny. Chłopiec wie doskonale, że schodki do wody są wyjątkowo śliskie. Zaledwie wczoraj wpadł do jeziora, tuż obok żółtych lilii wodnych, i został wyłowiony przez mężczyznę z sąsiedniego pomostu. Krępujące! Dziewięciolatek od dawna potrafi już pływać, tylko znowu był zbyt onieśmielony, by odmówić niepotrzebnego ratunku.
Za chłopcem przybiega pies i siada na pomoście. To wyżeł krótkowłosy. Podobno. W rzeczywistości jego łapy są bardziej krzywe, sylwetka mniejsza, a wąsy bujniejsze, niż wymagają tego hodowcy, jest przy tym bardzo uroczy ze swoją ciemną, pręgowaną, rudawą sierścią i czarnym nosem. W pełnym skupieniu, intensywnie patrzy przed siebie, w jezioro.
Przeciwległy brzeg małej zatoki jest tak blisko, że niemal można dojrzeć piaszczystą plażę pomiędzy kępami traw i wysokimi trzcinami. W ciemnozielonej wodzie odbijają się pobliskie góry. Z przodu, po lewej stronie, widać Wallberg z jego spłaszczonym wierzchołkiem, obok Setzberg, a z prawej strony Ringberg. Jodły i drzewa liściaste otaczają je niczym mocna tkanina lodenowa. Wysoko w górze lśni bielą zamek Ringberg, a nad nim kilka strzępek błękitu. Bawarskie wieczorne niebo zdaje się obiecywać: Jutro znów będzie pięknie.
Mewy manewrują wśród wysokich trzcin. Dwa perkozy dwuczube pływają wokół, oddalają się od siebie, nurkują osobno, a potem znów się do siebie zbliżają.
Pies wstaje, chcąc przyjrzeć się bliżej, ale zaraz potem odwraca głowę. Z lewej strony po jeziorze niesie się energiczny, dość głęboki kobiecy głos. Szybka mowa, cichsza odpowiedź, śmiech. Od maleńkiej zatoki Ringsee zbliża się łódź wiosłowa. Ojciec i matka kończą wieczorną przejażdżkę po spokojnym jeziorze, co jest już tradycją, wieńczącą tutaj każdy wakacyjny dzień.
Pozostałe ich dzieci są na górze w domu, czytają, marzą, grają w tajemnicze gry, ale na dole, jak każdego wieczoru, przy pomoście czeka chłopiec, aby przyciągnąć łódkę pod dach stanicy wodnej i ją zacumować.
Pies skacze w miejscu, wybijając się ze wszystkich czterech łap, i merda ogonem. Rozpoznał swojego wąsatego pana, który wysuwa ramiona do przodu, rytmicznie zanurza wiosła w wodzie i przeciąga je pewnymi, eleganckimi ruchami; od razu widać, że robi to nie pierwszy raz. Teraz pan gwiżdże, wydając z siebie dwa dźwięki, pierwszy niższy, drugi wyższy. Pies niemal wychodzi z siebie, kobieta odwraca się w stronę brzegu, mocniej owija szalem ramiona, narzucając go na haftowaną lnianą sukienkę z bufiastymi rękawami, i się uśmiecha.
Teraz pozostaje sprowadzić łódź pod dach hangaru, zakotwiczyć ją i wysiąść. Ojciec w udawanej surowości broni się przed radością zwierzęcia, które na niego skacze. Pies wita też, doskonale uprzejmie, ciemnowłosą damę, ponieważ wie, że bardziej go ona toleruje, niż kocha. Ale oboje kochają tego samego człowieka, a to już ich łączy.
Rodzice idą łąką pod górę w stronę willi, której oświetlone okna lśnią na tle zapadającej ciemności letniej nocy. Dziecko trzyma się matki, ojciec głaszcze po głowie psa, który przylgnął do jego boku.
W górach wiatr przygotowuje się do nocnej wędrówki zboczami ku dolinie. W dole, przy pomoście, unosi się wilgotny chłód, pachnie trzciną, wiązówką błotną i gorzkim krwawnikiem. Wieczorna woda, wprawiana w ruch przez napływ lodowatych górskich strumieni, z pluskiem rozlewa się wokół podpór pomostu, a wznosząc się i opadając, delikatnie kołysze bujny dywan lilii wodnych. Ludzie z doliny Tegernsee mawiają: „Jezioro oddycha”.
Idylla! Za tym tęsknił, tego potrzebował po czterech latach wojny. Wojny Niemców przeciwko światu, przeciwko bratu, wojny przeciwko samemu sobie.
Nad Tegernsee przybyli 15 lipca 1918 roku. Ale już sam wyjazd Thomasa Manna i jego bliskich z Monachium był, jak zawsze, niewiarygodnym chaosem.
Nic dziwnego, biorąc pod uwagę wielkość gospodarstwa domowego pisarza: ojciec i matka, pięcioro dzieci w wieku od dwunastu lat do trzech miesięcy, kucharka, służąca i niania, niemały pies i góra bagażu, a w nim pościel, ubrania i książki. Katia Mann, jak podczas pożegnalnej wizyty zauważyła jej matka Hedwig Pringsheim, była już „na wpół oszalała” od całej tej „wyjazdowej hecy”.
Któreś z pięciorga dzieci zawsze jest chore; tym razem to ośmioletnia Monika. Z powodu uporczywej „grypy hiszpanki”, a może po prostu letniej infekcji wirusowej, a nie grypy – szalejącej na całym świecie od wiosny 1918 roku – znaczna część rodziny Thomasa Manna pozostała w Monachium. Tylko najstarsza córka Erika i Fräulein1 wyruszyły pociągiem o zaplanowanej godzinie ze swoim bagażem.
Uznano, że dwunastolatce można powierzyć odpowiedzialne zadanie, jakim było przygotowanie domu letniskowego i oczekiwanie przez kilka dni na resztę rodziny. Czyż w latach wojny Eri nie okazała się odporną psychicznie i zaradną dziewczyną? Pewnego razu po powrocie ze szkoły zastała swoich skonsternowanych rodziców i rodzeństwo przy obiedzie, spożywających niedającą się zjeść zupę grzybową. Erika spróbowała potrawy, po czym odpowiednio ją posoliła, sprawiając, że ten wojenny posiłek stał się nagle jadalny. „Eri musi posolić zupę!” – woła od tamtej pory jej ojciec, ilekroć pojawia się trudna sytuacja.
Zatem ta odporna, szczupła dziewczyna o zdecydowanych, ciemnych oczach pojechała wcześniej, a cztery dni po niej na peronie stanęli pozostali Mannowie: głowa rodziny Thomas, jego potrzebująca wypoczynku żona Katia z Elisabeth, pogodnym, prawie trzymiesięcznym niemowlęciem na rękach, chłopcami: jedenasto- i dziewięcioletnim Klausem i Golo, jednym zadziornym, drugim nieśmiałym, oraz niedawno ozdrowiałą Moni, a także służbą domową, psem i bagażem podręcznym. „Mannowie w końcu dotarli do Tegernsee” – zanotowała w swoim dzienniku z niedowierzaniem babcia Hedwig Pringsheim – „w nader niesprzyjających okolicznościach”.
Jak obawiał się Thomas Mann, odczuwający niechęć do wszelkich utrudnień, jazda pociągiem drugiej klasy była „piekielna”; już wcześniej się tym przejmował, a wizja „konieczności stania” podczas prawie trzygodzinnej podróży do Przedgórza Alpejskiego napawała go przerażeniem.
Podróż nie kończyła się bynajmniej na stacji Tegernsee: wyprawę kontynuowano motorówką „Quirinus”, udając się na przeciwległy brzeg jeziora, w kierunku Wiessee, do wsi Abwinkl. Właściwym celem podróży był ustronny dom, znajdujący się przy samym brzegu zatoki Ringsee, na południowo-zachodniej stronie jeziora Tegernsee. Pozostałą odległość można było pokonać łodzią wiosłową, bryczką albo z przystani Abwinkl przemierzyć dystans energicznym krokiem.
Mniejsza z tym. W końcu dotarli na miejsce. Na letnisko.
A gdzież mogłoby ono być piękniejsze niż tu? „To naprawdę urocze miejsce” – zaraz po przyjeździe napisał Mann do swojego powiernika, germanisty Ernsta Bertrama – „nie zawiodłem się”.
Ten mały kawałek bawarskiej ziemi to prawdziwa idylla. Gdy Thomas Mann stoi na tarasie swojej wakacyjnej willi, górującej na niewielkim wzniesieniu, roztacza się przed nim widok ponad soczyście zieloną łąką z mleczami i stokrotkami, krzewami bzu, jabłoniami i niewielkim lasem, który po prawej stronie odgranicza stromy i malowniczo zdziczały ogród, za którym wznosi się góra. Z tarasu willi, wychodzącego na południe, w oddali widzi Alpy, a na dole przy zboczu czeka na niego prawdziwa atrakcja: lśniące jezioro Tegernsee. Do posiadłości należą: wąska, kamienista plaża (Thomas Mann nazywa ją „Lido”, co brzmi zdecydowanie wytworniej), a także pomost, mała stanica wodna i łódź wiosłowa. Własna łódź wiosłowa! Dzieci są wniebowzięte.
Na dwa długie miesiące wakacji, od połowy lipca do połowy września, rodzina Mannów wynajęła posiadłość „Villa Defregger” nad samym brzegiem jeziora. Przez kilka lat Mannowie posiadali własny dom wiejski w pobliskim Bad Tölz, ale sprzedali go w 1917 roku, a na wyłączne życzenie patriotycznie usposobionego pisarza uzyskany z tej transakcji dochód zainwestowali, niestety, w obligacje wojenne.
Wynajęta nieruchomość nad jeziorem Tegernsee to trzykondygnacyjny budynek o białych oknach ze szprosami z czterospadowym dachem oraz ukwieconymi balkonami. Dom robi wrażenie prawdziwie pańskiej rezydencji. Jest ona własnością przebywającego na froncie syna malarza Defreggera, obie rodziny znają się z najlepszych sfer monachijskiego towarzystwa.
Z położonym pięćdziesiąt kilometrów na południe od Monachium Tegernsee i otaczającymi go górami rodzina jest zaznajomiona, przynajmniej jeśli chodzi o Katię, z domu Pringsheim. Jako dziewczynka regularnie spędzała w tej okolicy wakacje z rodziną. A tego roku już w kwietniu wysłała swoją matkę, Hedwig Pringsheim, do Abwinkl, aby ta „dokonała inspekcji” Willi Defregger. Pani Pringsheim, milionerka, osoba z doskonałym wyczuciem stylu i właścicielka neorenesansowego pałacu przy Arcisstrasse w Monachium, wyposażonego w gobelinowe dywany i obrazy Lenbacha, orzekła, że wiejska rezydencja wakacyjna jest „uroczo położona” i da się „łatwo podzielić, tak aby odpowiadała potrzebom rodziny Mannów”. Innymi słowy: posiadłość jest nie tylko komfortowo i ze smakiem urządzona (nawet na klatce schodowej wiszą ładne ryciny), ale oferuje też dużo przestrzeni, a dla zięcia osobną sypialnię i gabinet, którego drzwi można szczelnie zamknąć. To ważne, ponieważ „zięć-Tommy” potrzebuje spokoju, jest delikatny i ogólnie „prawdziwa mimoza”, jak po cichu złośliwie nazywa go teściowa.
Tego lata jego wrażliwość osiągnęła najwyższy poziom. Thomas Mann, zaledwie czterdziestotrzyletni słynny autor sensacyjnego sukcesu, jakim byli Buddenbrookowie, i niezwykłych nowel, takich jak Tonio Kröger i Śmierć w Wenecji ( Tod in Venedig), przeżywa poważny kryzys.
Jednym z mniejszych jego problemów jest to, że w pierwszych dniach pobytu nad Tegernsee trudno mu wejść w rytm wypoczynku. Przeszkodą ma być jezioro, które, jak twierdzi, rozdrażnia go w jakiś sposób, przez co źle śpi. Poza tym „niezbyt dobrze” się czuje „w wyniku zbyt nierozważnego wysiłku fizycznego (bez wcześniejszej aklimatyzacji)”. Ten „wysiłek fizyczny” polega na wiosłowaniu i terapeutycznych spacerach, które uspokajają duszę i wspierają myślenie – dwie aktywności, które odkrył dla siebie jako młody człowiek. W każdym razie na pewno nie jest świetnym pływakiem, w przeciwieństwie do swojej żony.
Do tego jeszcze pogoda. W połowie lipca w Bawarii panuje najpierw „niedorzeczny upał” (Hedwig Pringsheim), następnie nadciągają czarne chmury. Lato w Górnej Bawarii oznacza również, że może być zimno, lodowato zimno. A wtedy, wieczorem nad Ringsee, gdy woda jest cieplejsza o dziesięć stopni Celsjusza niż powietrze, unoszą się białe, upiorne welony. Może też lać jak z cebra. Tutaj doświadcza się krótkich burz, które kończą gorący dzień ulewnym deszczem, zupełnie jakby tam gdzieś na górze pękła tama, po czym następnego dnia świeci wspaniałe słońce.
Może też siąpić niesławny kapuśniaczek, jest on wstrętny, parny, drobniutki, psujący zabawę i przez kilka dni uniemożliwia opuszczanie domu. Wtedy trudno nawet wyjść z psem, co skutecznie psuje humor.
W tym czasie katastrofalna sytuacja żywnościowa frapuje nawet ojca rodziny, który z praktycznymi aspektami życia ma niewiele wspólnego. Bieda jest wielka w roku głodu 1918. Mannowie schudli, zarówno dorośli, jak i dzieci stali się bardzo szczupli. Nogi Klausa i Golo wystają z małych skórzanych spodenek jak suche patyki. Podczas deszczowej pogody chłopcy razem z siostrami zbierają grube ślimaki z łąki, aby w ten sposób uzupełnić skromne wyżywienie. Wprawdzie mięczaki nie smakują szczególnie dobrze, ale głód bierze górę nad niechęcią. Thomasowi Mannowi nie podaje się jednak tego substytutu mięsa. Zawsze dostaje najlepsze z tego, co jego zaradna żona potrafi zdobyć podczas swoich żebraczych wypraw do okolicznych gospodarstw, na które zabiera wychudzone, bose potomstwo o głodnych oczach. Często w powodzeniu przedsięwzięcia pomaga też ukradkiem wsunięta złota moneta. Spowodowane wojną problemy żywnościowe na wsi są ogromne. Gazeta „Seegeist” z Tegernsee informuje o obowiązku oddawania jagód, których bogaty w witaminy sok jest zarezerwowany dla chorych w szpitalach, pismo rekomenduje też przepisy na dania z pokrzywą (młode, jasnozielone liście są jadalne, a z grubszych tka się materiał zwany „tkaniną pokrzywową”).
Mięso jest praktycznie nie do zdobycia oficjalną drogą. Nie tylko z mięsem są trudności, nawet najzwyklejsza biała kapusta stała się tak absurdalnie droga, nawet dla Mannów, których stać na ceny czarnorynkowe, że ojciec narzeka na to w jednym z listów.
Ale w tym czasie Thomas Mann i tak nie może swobodnie gryźć. Od kilku dni cierpi z powodu siekacza, dokładnie lewego. Ból zęba! Tylko tego jeszcze brakowało.
Największe zmartwienie pisarza dotyczy jednak ojczyzny. A dokładniej: jego roli jako autora, który w ostatnich latach całkowicie poświęcił się służbie krajowi. Ponieważ klęska militarna Niemców w pierwszej wojnie światowej staje się wyobrażalna, rośnie strach Thomasa Manna, że jako pisarz wkrótce znajdzie się po stronie przegranych. I to właśnie w chwili, gdy po wakacjach, w październiku, ukaże się jego nowa książka Rozważania człowieka apolitycznego ( Betrachtungen eines Unpolitischen), reakcyjny sześćsetstronicowy traktat wojenny, który natychmiast może zostać zmieciony przez historię.
Kiedy w 1914 roku wybuchła pierwsza wojna światowa, to właśnie on, Thomas Mann, podobnie jak cały kraj, popadł w wielką euforię. „Wojna! To było oczyszczenie, wyzwolenie, które czuliśmy, i ogromna nadzieja”. O tym właśnie mówili poeci, tylko o tym. Cała prawość i piękno Niemiec, twierdził wówczas, „rozwija się właśnie w czasie wojny”. A ponieważ sam nie musiał iść na front – został zwolniony z tego obowiązku z powodu słabego żołądka i nerwicy – każdego ranka siadał w rodzinnej willi w Monachium przy Poschingerstraße, aby dzielnie „służyć myślą jako bronią”. W domu przy biurku, ubrany w szarą kamizelkę, przypominającą wojskową kurtkę typu litewka, pracował, pełen nadziei na wspaniałe niemieckie zwycięstwo, które byłoby również jego własnym triumfem. On, literat, jako zwycięski autor debat! To uciszyłoby tych wszystkich, którzy, jak kiedyś krytyk Alfred Kerr, lżyli go, nazywając „cienką duszyczką”, spiętym i w jakiś sposób niemęskim.
W 1915 roku Thomas Mann przerwał nawet rozpoczętą pracę nad wielką powieścią Czarodziejska góra ( Der Zauberberg), aby napisać Rozważania człowieka apolitycznego. W swoim manifeście formułował myśl „chcę monarchii”, dodając, że najwłaściwszym stylem życia jest styl właściciela ziemskiego, styl, który moralnie doskonali niemiecki charakter narodowy. W swoich rozważaniach posunął się nawet do twierdzenia, jakoby bliskość śmierci na wojnie była w istocie wspaniała, ponieważ uszlachetnia człowieka. „Sympatia dla śmierci”, tak brzmi radykalna kwintesencja postawy, która za wszelką cenę chce bronić niemieckiej kultury.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Jezioro oddycha
Lipiec
Naprawdę urocze miejsce
Okładka
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Dedykacja
Meritum publikacji
