Krucjata polska - Agata Diduszko-Zyglewska - ebook
Opis

Czemu od kilku lat każda szkoła, szpital, urząd są skrupulatnie ostemplowane krzyżami? Co robi ksiądz w radzie pedagogicznej? Czemu biskup żyjący w celibacie opiniuje edukację seksualną? Dlaczego molestator w sutannie nie trafia do więzienia?

Polska to kraj, w którym Kościół ma szczególną pozycję. Sprawuje rząd dusz nad malejącą częścią społeczeństwa i większością politycznych elit. Jego majątek rośnie. Sprzyja mu dziś populistyczny rząd. Miał swoje zasługi w czasie „Solidarności”, za które do dziś jakby więcej mu wolno. I bez pardonu co rusz wchodzi Polkom i Polakom do domów, do łóżek, do głów. Toczy krucjatę – i tak jak przy poprzednich, nie zważa na ofiary.

Dlatego w Polsce rośnie opór. Toczy się bitwa o świeckie państwo, poszanowanie konstytucji, wolność światopoglądową szkoły, pociągnięcie przestępców w sutannach do odpowiedzialności za molestowanie dzieci. O to, by wiara i religijne przekonania zostały oddelegowane tam, gdzie ich miejsce: do sfery prywatnej, a wyznawcami wiary byli tylko ci, którzy tego chcą, a nie państwo.

Agata Diduszko-Zyglewska od lat walczy o wolną od kościelnego przymusu Polskę. Piórem i czynem. I przekonuje, żebyśmy do niej dołączyli - dla naszego wspólnego dobra.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 305

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wstęp

Księża w ramach rekolekcji palą książki. Uczeń, który nie chce się modlić przed matematyką, musi zmienić szkołę. Dziecko z in vitro dowiaduje się, że jest człowiekiem gorszego rodzaju, bo nie ma duszy. Sąd zmusza dziesięciolatkę mieszkającą z tatą, do chodzenia na religię do osiemnastki wbrew jej woli i woli jej głównego opiekuna, na życzenie mamy. Po szkołach obwozi się relikwie, a spędzone do sali gimnastycznej dzieci całują pojemnik ze szczątkami katolickiego świętego. Księżom notorycznie zarodki mylą się z dziećmi, a za to dzieci – z dorosłymi. Spowiednicy wypytują dziewięciolatki o porno i masturbację. Episkopat publicznie porównuje obrońców ofiar pedofilów w sutannach do nazistów i stalinistów, nawołuje do okazywania miłosierdzia sprawcom i stanowczo sprzeciwia się wprowadzeniu w szkołach edukacji seksualnej zawierającej wiedzę o tym, czym jest „zły dotyk” i molestowanie. Psychologów i psychiatrów dziecięcych zastępują egzorcyści, którzy za zgodą rodziców na różne wymyślne sposoby torturują dzieci. Paulini ze słynnego klasztoru na Jasnej (choć brunatniejącej) Górze z atencją goszczą pielgrzymki piewców „czystego, białego, katolickiego” narodu ze skrajnej prawicy obiecujących, że „znajdzie się kij na lewacki ryj”. Tłum mężczyzn na głównej ulicy stolicy na klęczkach broni przed niewidzialnym wrogiem dziewictwa Najświętszej Marii Panny. Fundamentaliści religijni żądają zaostrzenia prawa antyaborcyjnego, żeby zmusić kobiety do rodzenia nawet za cenę ich zdrowia i życia, a Sejm nie odrzuca tego pomysłu i przesyła projekt do prac w komisjach. Lekarz, który podpisał deklarację wiary, czyli ogłosił, że kieruje się sprzeczną z nauką „nauką Kościoła” i sprzecznym z polskim prawem „prawem bożym”, zostaje ministrem zdrowia. Jezusa w obecności prezydenta obwołano królem Polski, a premier wraz ze sporą grupą członków rządu, obecny na radiomaryjnej pielgrzymce, podpisuje kontrakt z Matką Boską.

Opis naszej teraźniejszości bez żadnego ubarwiania brzmi jak wstęp do antyutopijnej powieści w stylu Margaret Atwood. W miarę przedłużania się prawicowo-kościelnego karnawału polska rzeczywistość zmienia się w świat na opak, gdzie kluczowe pojęcia i wartości ulegają stopniowym groteskowym przekształceniom. Demokracja staje się dyktaturą arbitralnie wyznaczonej „większości”, reforma – synonimem chaosu, sumienie – politycznym narzędziem dyscyplinowania innych, a nie siebie, patriotyzm – prawem do bicia i opluwania kobiet. Przekazywanie uczniom rzetelnej wiedzy, mogącej zabezpieczyć ich przed krzywdą, staje się karygodną „seksualizacją”, a katowanie w zaciszu domowym kobiet i dzieci – tradycją, którą należy chronić, zwalczając międzynarodową konwencję o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Morderców czci się podczas państwowych świąt, a bohaterów usuwa z podręczników historii. Głos ekspercki waży w debacie publicznej tyle samo co kłamstwo fundamentalisty. Fakty naukowe traktuje się jak opinie, a wierzenia religijne jak niepodważalne dogmaty. Niezdrowy, ale oparty na obopólnych korzyściach splot rządzącej prawicy i Kościoła infekuje właściwie wszystkie obszary naszego życia.

A jednak ten mroczny obraz to tylko polityczno-medialna część rzeczywistości, nie bardzo – jeśli wierzyć badaniom statystycznym – przystająca do codziennych wyborów i sposobu życia Polek i Polaków, którzy dość obojętnie obserwują degradację państwa (połowa dalej nie chodzi na wybory) i zgodnie z najtrwalszym z polskich zwyczajów „robią swoje”. Czyli: uprawiają seks przed- i pozamałżeński, żyją na kocią łapę, używają środków antykoncepcyjnych, rozwodzą się, przerywają ciąże, pracują w niedziele, w zdecydowanej większości nie chodzą na niedzielne msze, z zacięciem czytają Harry’ego Pottera i nie poszczą w wyznaczonych terminach. Krótko mówiąc, niewiele sobie robią z tak zwanej nauki Kościoła i raz po raz wzbudzanej przez prawicę moralnej paniki.

„Robienie swojego”, czyli omijanie systemu, ma mocne historyczne uzasadnienie. Nasza przeszłość to w dużej mierze opowieść o wykorzystywaniu mechanizmów państwowych przez określone grupy – zaborców, okupantów, arystokratów świeckich i kościelnych – przeciwko większości obywateli. Historia państwa jako mechanizmu, który służy dobrobytowi wszystkich obywateli, jest w Polsce dość krótka, a myśl, że „każdy głos ma znaczenie”, ogromnej grupie ludzi wciąż wydaje się mało wiarygodnym frazesem. Gdy ktoś mówi o sprawowaniu władzy jako służbie publicznej i administrowaniu wspólnym dobrem, wywołuje to u wielu ironiczny uśmiech. Bujać to las, ale nie nas. Wiadomo, że kłamią, kradną, naciągają prawo, ale tego nie da się zmienić, bo za nimi jest „układ”, mają „plecy” i bez względu na to, co mówią, to jedna szajka. Obserwując poczynania różnych polityków i upolitycznionych hierarchów Kościoła katolickiego, oczywiście trudno się tym obiegowym opiniom dziwić.

A zatem milczymy, grzecznie chrzcimy, (nie) słuchamy nawet najbardziej absurdalnych kazań i najbardziej nienawistnych przemówień, pomstujemy na tyle cicho, żeby sąsiedzi nie usłyszeli, powierzchownie jesteśmy niesłychanie elastyczni i bez problemu przyzwyczajamy się do każdego absurdu, bo potem w domu i tak robimy swoje.

Niestety, ta ogólnospołeczna hipokryzja ma swoją cenę. Historyczne taktyki przetrwania skutecznie sabotują żmudne konstruowanie mechanizmów demokracji. Omijanie systemu oznacza, że nie wymuszamy żadnej jego reformy – wręcz przeciwnie, działamy na korzyść tych, którym zachowanie anachronicznej relacji bezradnego społeczeństwa i wszechwładnej władzy odpowiada. Niezatrzymywana przez publicznie wyartykułowany masowy społeczny gniew władza przekracza kolejne granice i uruchamia kolejne populistyczne narzędzia – zarządzanie strachem, wskazywanie obcego, wzniecanie paniki moralnej – pozwalające sterować emocjami obywateli coraz bardziej skupionych na ochronie najbliższych przed skutkami kolejnych uderzeń państwowego chaosu.

Omijanie systemu i unikanie konfrontacji przez wiernych to mechanizm, który skrzętnie wykorzystuje także Kościół katolicki. Hierarchowie coraz radykalniej atakują niechcące im się podporządkować grupy społeczne i uzurpują sobie prawo do cenzurowania kolejnych sfer życia wszystkich Polaków, a nie tylko dobrowolnych członków ich Kościoła. Twierdzą, że działają w imieniu większościowej wspólnoty. Pomijają przy tym, że owe ciągle przywoływane 90 procent katolików w Polsce to lista osób zapisanych do Kościoła mimo woli, w niemowlęctwie. Liczba rzeczywistych, a nie nominalnych katolików mierzona udziałem w praktykowaniu religii jest znacząco niższa – według kościelnych statystyk w niedzielnych mszach bierze udział tylko 37 procent wiernych zobowiązanych, czyli około 30 procent wszystkich Polaków. Nie istnieje katolicka większość, którą łączyłby wspólny system wartości i przestrzeganych zasad oraz praktykowanych rytuałów. A nieistniejąca wspólnota nie może zaprotestować nawet przeciwko największym głupstwom wygadywanym w jej imieniu.

Oczywiście ataki władzy i Kościoła na kolejne szańce demokratycznego państwa podrywają do działania kolejne grupy zaktywizowanych, zniecierpliwionych i tych, w których dany cios trafia bezpośrednio. Kobiety, lekarze, sędziowie, niepełnosprawni, nauczyciele, osoby LGBT+ i demokraci wszystkich zawodów połączeni abstrakcyjną, a więc kruchą ideą ratowania praworządności. Żaden z dotychczasowych protestów nie zaangażował jednak – w każdym razie w rzeczywistości, a nie w internecie – więcej niż dwieście tysięcy osób. Podobne liczby obywateli uruchamia retoryka nacjonalistyczno-religijna. Co oznacza, że przygniatająca większość wciąż milczy.

Milczenie i uniki przyspieszają rozwój narodowej schizofrenii. W najszybciej sekularyzującym się kraju świata (jak wynika z raportu Pew Research Center, jednego z najpoważniejszych instytutów badających globalną religijność) trwa w najlepsze wspierana przez władze państwowe kościelna krucjata, która dzieli Polskę – jak śpiewa Maria Peszek – „tnąc krzyżem jak brzytwą”. W jej wyniku zapisana w konstytucji obustronna autonomia państwa i (reprezentującego, co warto podkreślać, inne państwo) Kościoła po stronie państwa właściwie przestaje istnieć. Religia, która opuszcza sferę prywatności rozciągniętej na dobrowolną wspólnotę wiernych zgromadzonych w świątyni i przechodzi w tryb przymusowego nawracania, ma niesłychanie destrukcyjną moc (mnożą się przykłady z bliższej i dalszej historii świata). Kiedy księża jako kapelani, katecheci, profesorowie, publicyści wkraczają do szkół, szpitali, uczelni, mediów, urzędów i wszelkiego rodzaju instytucji, zwyczajnie niszczą zastane tam wspólnoty, zmuszając do religijnej identyfikacji ludzi współpracujących ze sobą w zupełnie innych sprawach. Przymus uczestnictwa w katolickich obrzędach organizowanych w świeckich instytucjach antagonizuje rodziców, uczniów, lekarzy, pacjentów i urzędników. Niektórzy, żeby uniknąć konfrontacji, mimowolnie stają się żołnierzami kościelnej krucjaty, inni po prostu milkną, jeszcze inni przystępują do walki o zachowanie konstytucyjnej autonomii świeckiego państwa.

Dla tych ostatnich watykańscy lobbyści mają przygotowany zestaw sprawdzonych etykietek (komunistka, ekstremistka, genderystka, atak na tradycyjne wartości, na rodzinę, na Polskę) oraz niezawodny mechanizm odwracania kota ogonem, zgodnie z którym przemocą nie jest zmuszanie ludzi do życia według sprzecznych z nauką i prawami człowieka zasad religijnych jakiejś grupy, lecz aktywna obrona przed tą uzurpacją. Sprawdzoną taktyką jest też negacja świeckiej etyki i duchowości, odbieranie prawa do przeżywania uczuć wyższych bez kościelnej czy boskiej pieczęci – dobrze ilustruje to teza zapisana wprost w programie symbiotycznie związanej z władzami polskiego Kościoła partii Prawo i Sprawiedliwość: w Polsce nauce moralnej Kościoła można przeciwstawić tylko nihilizm!

Wzajemne publiczne wsparcie prawicy (również tej skrajnej, otwarcie nawołującej do przemocy) i Kościoła nie pozostawia wątpliwości, że katolicka krucjata w Polsce to projekt ściśle polityczny. Społeczeństwo definiowane przynależnością religijną obywateli, rozdarte podziałami religijnymi, a więc niezdolne do tworzenia wspólnot demokratycznych, dialogujących z władzą, to marzenie prawicowego populisty. Wspólnota religijna, czyli taka, w której głos z ambony komunikuje milczącym wiernym prawdy objawione – a często także opłacone publicznymi pieniędzmi – to elektorat idealny.

Antyhumanistyczny moralny szantaż to tradycyjne narzędzie katolickiej populistycznej prawicy, z którym mierzą się kolejne pokolenia demokratów. Z wielu przeczytanych ripost najbardziej wzrusza mnie ta lewicowa, Kuroniowska, ujęta w autobiograficznej Wierze i winie: „Skoro bowiem całe zło świata czynią ludzie ludziom, to zdaje się być oczywiste, że w ludzkiej mocy jest tak urządzić swoje społeczne stosunki, aby raz na zawsze znieść wszelkie zło. Ten cel – królestwo wolności – w moim przekazie rodzinnym, a jak się zdaje w ogóle w etosie lewicy – jawi się jako odległa perspektywa, dostępna dopiero przyszłym pokoleniom. Obecnie należałoby tej przyszłości służyć, to jest przede wszystkim sprzeciwiać się wszelkiej krzywdzie człowieka. […] Z nakazu obrony krzywdzonych wyrasta wrażliwość na przeżycia innych ludzi i to właśnie drugi człowiek, przede wszystkim słaby i krzywdzony, jest w duchowości lewicy przeżywany jako sacrum. To dla niego ma być królestwo wolności. Z tego punktu widzenia chybiona jest, prowadzona przeważnie z pozycji chrześcijańskich, krytyka lewicowego ubóstwienia człowieka, opiera się ona bowiem na milczącym założeniu, że stawiany na piedestał człowiek to «ja». Równość ludzi jako wartość – dyrektywę moralną lewicy – należy rozpatrywać w kontekście podstawowego dla tej duchowości wymogu aktywnego stosunku do krzywdy drugiego człowieka – sacrum”.

Felietony, dłuższe teksty i rozmowy, które znajdziecie w tej książce, dokumentują – z natury rzeczy w sposób niepełny i subiektywny – kolejne etapy i punkty zwrotne prawicowo-katolickiej krucjaty przetaczającej się przez Polskę z rosnącą intensywnością. Różnią je formuła i tonacja, ale wszystkie pisałam, żeby przekonać was do tego, że warto przerwać milczenie i stanąć w obronie tej Kuroniowskiej wymarzonej idei królestwa demokratycznej wolności – dla wierzących i niewierzących, prawdziwych i nieprawdziwych Polaków, dla nie-Polaków, dla kobiet, dla dzieci, dla mężczyzn, dla osób trans, dla uchodźców, dla wielbicieli psów i miłośniczek kotów. Dla wszystkich.

Część pierwsza | Państwo – Kościół. Do przerwy 0:1

Egzorcyzmowanie państwa

Zapisana w artykule 25 konstytucji obustronna autonomia państwa i Kościoła to teoria coraz dramatyczniej oddalona od pisanej przez życie i polityków praktyki infiltracji właściwie wszystkich świeckich obszarów państwa przez kościelnych pracowników i lobbystów. Celem tego systemowego i rozłożonego na lata działania jest przekształcenie demokratycznego państwa prawa w katolickie państwo narodu polskiego, w którym naukę i prawa człowieka zastąpią jako podstawowy punkt odniesienia tak zwana „nauka Kościoła” i „tradycyjne wartości”. Ponieważ infiltracja struktur państwa przez Kościół trwa właściwie od początku transformacji, praktyczne skutki tego procesu są przedmiotem publicznej, choć niezmieniającej biegu spraw debaty i nie sposób ich przeoczyć.

Wpuszczeni do szkół i przedszkoli księża działają poza kontrolą dyrektorów, którzy nie mają prawa weryfikować ani samych pracowników, ani programu zajęć, ani liczby ich godzin w tygodniu. Księża natomiast dostają od państwa pensje (choć początkowo to Kościół miał pokrywać koszt chrystianizacji uczniów), jako członkowie rad pedagogicznych mają dostęp do najwrażliwszych informacji o wszystkich uczniach, również tych, którzy nie uczestniczą w katechezie. Z badań przeprowadzonych przez Fundację „Wolność od religii” wynika, że w 70 procentach przebadanych szkół katecheci mają wpływ na sprawy wykraczające poza ich przedmiot nauczania. Zgodnie z ostatnimi pomysłami Ministerstwa Edukacji księża mogą też być wychowawcami klas, co przypieczętowuje ich prawo do indoktrynowania wszystkich dzieci. Kościół nie płaci za wykorzystywanie deficytowego dobra, jakim są szkolne sale, do katechizacji, wszelkie próby przenoszenia tych lekcji na teren parafii łączą się natomiast z natychmiastowym podliczaniem kosztów, które w związku z takim pomysłem musiałaby ponieść szkoła. Księża i zakonnice bez konsultacji ze społecznością rodzicielsko-uczniowską obwieszają wszystkie pomieszczenia placówek edukacyjnych krzyżami i portretami Jana Pawła II, a raz powieszone prawem kaduka katolickie artefakty stają się niezdejmowalne, o czym przekonał się każdy, kto próbował sprzeciwiać się tej uzurpacji. Nieobowiązkowy charakter katechezy w wielu miejscowościach staje się teorią – media opisały już pierwszy wyrok sądowy zmuszający dziewięciolatkę do chodzenia na religię wbrew jej woli i woli jej głównego opiekuna. W skrajnych przypadkach księża wykorzystują swoją uprzywilejowaną pozycję w publicznej szkole do krzywdzenia dzieci – zerknijcie, ilu jest na mapie kościelnej pedofilii księży katechetów wśród duchownych-sprawców przemocy seksualnej wobec dzieci. Organem kontrolującym szkoły są skrupulatnie dobrani przez ekipę tak zwanej dobrej zmiany kuratorzy, niepozostawiający wątpliwości, jak widzą obustronną autonomię państwa i Kościoła. Jako przykład niech posłuży małopolska kuratorka Barbara Nowak, nagrodzona przez ultrakonserwatywnego wiceszefa Episkopatu (i znanego obrońcę arcybiskupa Paetza) Marka Jędraszewskiego złotym medalem im. Jana Pawła II za dzieło katechizacji. „Trzeba wychować uczniów w duchu poszanowania chrześcijańskiej tradycji – informuje publicznie kuratorka Nowak. – Jeżdżę po województwie i szkolne uroczystości zaczynają się tam, gdzie bym sobie życzyła, czyli w kościele. Ja się wtedy wzruszam”. Nie jest przedmiotem refleksji pani kurator, co czują dyskryminowani przy tej okazji uczniowie, rodzice i nauczyciele. Zastanawiam się natomiast, co czują zdesperowani strajkujący nauczyciele na myśl o tym, że półtora miliarda złotych rocznie z budżetu państwa kosztują pensje księży, zakonnic i świeckich katechetów wypłacane za nieobowiązkowe, pozbawione naukowej wartości zajęcia, prowadzone na terenie szkoły dla chętnych kosztem komfortu realizacji i tak przeładowanej podstawy programowej dla wszystkich.

Kapelani wpuszczeni do szpitali wykonują analogiczną robotę. Nawet w lecznicach, gdzie z braku miejsca pacjenci leżą na korytarzach, jest miejsce na szpitalną kaplicę. Bezpardonowa przymusowa ewangelizacja szczególnym echem odbija się na porodówkach, a historie matek w połogu, które z intymnymi częściami ciała na wierzchu zmuszone są przyjmować nieproszone wizyty duszpasterskie, raz po raz powracają w mediach. Bez widocznej reakcji dyrektorów szpitali na tę przemoc. Kaplice zostały w ostatnich latach zainstalowane także na lotniskach, w służbie celnej, w wojsku, w straży pożarnej i w policji. Wszędzie tam pracownicy od lat zarabiają za mało i bez większych sukcesów domagają się podwyżek. A jednak państwo znajduje pieniądze na etaty dla księży, a za tę niezamówioną usługę płacimy wszyscy – podobno nawet siedemset milionów złotych rocznie.

Księża od jakiegoś czasu są także coraz częściej wykładowcami na świeckich uniwersytetach, publicystami wypowiadającymi się na każdy temat w mediach. Ochoczo i bez żadnych kwalifikacji zastępują też psychologów i psychiatrów dziecięcych, w ramach terapii serwując egzorcyzmy. Księża są też nieodzownymi gośćmi na uroczystościach w teoretycznie zobowiązanych do neutralności religijnej miejskich radach i magistratach. Z nieznanych przyczyn święcą właściwie wszystko – od autostrad przez zwierzęta gospodarskie po włazy do kanałów ściekowych czy szamba (!). Przyczółkami Kościoła utrzymywanymi przez państwo stają się też niektóre miejskie instytucje, jak na przykład Centrum Myśli Jana Pawła II czy Muzeum Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego w Warszawie. Działalność tych dwóch instytucji kosztuje budżet miasta co roku prawie sześć milionów.

Teoretycznie „autonomiczne” państwo odprowadza też co roku rosnącą kwotę na Fundusz Kościelny, który od kilkunastu lat zwyczajnie nie powinien istnieć. Dla przypomnienia: Fundusz powstał w 1950 roku jako rekompensata za to, że państwo odebrało Kościołom nieruchomości i ziemie po wprowadzeniu ustawy o przejęciu dóbr martwej ręki. W 1989 roku powstała jednak słynna państwowo-kościelna Komisja Majątkowa, która w ciągu dwóch kolejnych dziesięcioleci przekazała Kościołowi tyle ziemi i nieruchomości, że stał się największym właścicielem gruntów w Polsce (według danych Ministerstwa Skarbu Państwa w 2014 było to 0,44 procenta powierzchni Polski, z czego drobna część należy do innych Kościołów). Działalność Komisji opisywały właściwie wszystkie media, bo stała się symbolem bezsilności państwa w nierównym dialogu z Kościołem katolickim.

„Członkowie Komisji – niebędący urzędnikami państwowymi, a opłacani z publicznych pieniędzy – decydowali o losie nieruchomości wartych miliony złotych. W dodatku od ich decyzji nie było możliwości odwołania – relacjonował w 2014 w „Newsweeku” Łukasz Rogojsz. – Jak pokazał czas, nie prowadzili nawet przejrzystej i kompletnej dokumentacji rozpatrywanych spraw. Akta 57 z nich zaginęły. Te, które są dostępne, nie mają nawet spisu treści, więc nikt nigdy nie stwierdzi, czy aby na pewno wszystko się w nich zgadza. Protokołów głosowań również nie spisywano, a klarowność uzasadnień wydawanych decyzji najdelikatniej rzecz ujmując, pozostawia wiele do życzenia. W trakcie prac Komisji dochodziło do zaniżania cen gruntów i następnie sprzedawania ich z ponaddwukrotnym zyskiem. Jak informowała swego czasu «Gazeta Wyborcza», niektóre wnioski rozpatrywano nawet kilka czy kilkanaście razy. Przez dwadzieścia dwa lata funkcjonowania Komisji nikt nigdy jej nie skontrolował, trudno zatem ustalić, kto dostał więcej, niż mu się należało. Ale czy może to dziwić, biorąc pod uwagę, że nie weryfikowano nawet wycen gruntów, których zwrotu domagała się strona kościelna? Jedną z kluczowych postaci w tym nielegalnym procederze był Marek P., pełnomocnik Kościoła przed Komisją Majątkową, były funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa, zatrzymany przez CBA we wrześniu 2010 roku pod zarzutem korupcji. Dla zakonów, które reprezentował, potrafił wywalczyć niezwykle korzystne rekompensaty. Problem w tym, że nie zawsze zgodnie z prawem. Śledczy ustalili, że wyszukiwał rzeczoznawców wydających fałszywe opinie na temat ceny rynkowej gruntów, których zwrotu domagał się Kościół”. Rogojsz opisuje konkretne efekty działania Komisji, na przykład przekazanie zakonowi cystersów siedmiu działek w centrum Krakowa. Ich wartość wynosiła w 2007 roku 24 miliony złotych. Nigdy wcześniej nie należały do Kościoła.

Wszystko wskazuje na to, że Komisja Majątkowa oddała Kościołowi katolickiemu nawet więcej, niż utracił w 1950 roku, a więc wszelkie powody istnienia Funduszu Kościelnego ustały. A jednak Fundusz istnieje, a w 2018 roku ze Skarbu Państwa trafiła do niego rekordowa kwota ponad 156 milionów złotych.

Podjęte kilka lat temu dość niemrawe próby zastąpienia Funduszu odpisem podatkowym – analogicznym do odpisu na organizacje pożytku publicznego – skończyły się fiaskiem. Odpis mieliby przekazywać dobrowolnie wierni przy rozliczaniu rocznego podatku PIT, a zatem ta zmiana pozwoliłaby zweryfikować liczbę rzeczywistych, a nie nominalnych katolików w Polsce. Hierarchom ten pomysł – stosowany z powodzeniem w innych krajach – absolutnie się nie spodobał. Państwo ustąpiło w imieniu nas wszystkich, bo wszyscy składamy się na Fundusz Kościelny.

Kościół nie informuje państwa o wysokości dochodu z tacy ani z opłat za śluby, chrzty i pogrzeby. Nie płaci części podatków. Nie podlega obowiązkowym dla wszystkich innych przepisom o obrocie ziemią rolną. Długo można wymieniać kolejne przykłady uległości państwa i uzurpacji Kościoła, które w praktyce zastąpiły konstytucyjną „obustronną autonomię”. A wszystko to pod bałamutnym hasłem „podtrzymywania tradycji i tożsamości”.

Sęk w tym, że w Polsce urodziło się i zestarzało już kilka pokoleń ludzi, dla których obecność księdza w szkole, na lotnisku czy w szpitalu oraz obowiązek płacenia rozlicznych danin Kościołowi nie jest zastaną rzeczywistością, lecz nowo wprowadzaną nieuzasadnioną praktyką, eufemistycznie rzecz ujmując. Nie jest to podtrzymywanie żadnej żywej tradycji, lecz próba wtłoczenia nas z powrotem w świat przednowoczesny, który dla wszystkich oprócz kościelnych i świeckich arystokratów był zdecydowanie daleki od sielanki. Ulubionym przez prawicę punktem odniesienia są zwłaszcza lata 20. ubiegłego wieku, kiedy sojusz wójta i plebana wciąż był stałym i trudnym do podważenia składnikiem smutnej rzeczywistości. Smutnej, bo choć prawicowi populiści próbują przedstawiać nam czas odbudowy państwa polskiego jako pewien ideał, do którego mamy aspirować, to w rzeczywistości odradzające się państwo borykało się z gigantycznymi problemami społecznymi – oprócz analfabetyzmu, ogromnej biedy, słabego dostępu do służby zdrowia i autorytarnych ciągot części elit politycznych Polską targały także konflikty na tle religijnym.

Ciekawym szczegółów tego ostatniego zjawiska, a właściwie wszystkim, i to obowiązkowo, polecam Młyny boże profesora Jacka Leociaka (Czarne, 2018). Ogólny wniosek z tej lektury, w głównej mierze koncentrującej się na stosunku Kościoła do zagłady Żydów, jest taki, że nie wszystkie tradycje i nie wszystkie składniki naszej tożsamości narodowej warto kultywować.

Na przykład – pozwolę tu sobie dodać sugestywną ilustrację problemu – wydaje się, że warto byłoby zrezygnować z ożywionej niedawno ludowej katolickiej tradycji związanej z obchodzeniem Wielkiego Piątku w Pruchniku na Podkarpaciu. Jak opisał „Ekspres Jarosławski”, a za nim wiele innych mediów, w kwietniu 2019 roku mali i dorośli pruchniczanie w ramach przeżywania śmierci i zmartwychwstania Jezusa wywiesili na słupie kukłę odpowiadającą antysemickiemu stereotypowi Żyda z podpisem „Judasz 2019. Zdrajca”. Następnie zawlekli ją pod kościół na „sąd”, a później okładając kijami, zaciągnęli nad rzekę. Tam odcięli Żydowi głowę i włożyli ją do czarnego worka, rozpruli mu brzuch, podpalili słomę, która była w środku, i wrzucili do rzeki. Jak wiadomo, to niejedyna kukła Żyda spalona w Polsce w ostatnich latach. Bo o ile zapisana w ustawie z 1993 roku edukacja seksualna wciąż nie trafiła do szkół, a nowoczesna edukacja obywatelska nie istnieje nawet w planach, to echa nieformalnej „edukacji pogromowej” powracają w wydarzeniach takich jak opisane powyżej, w niektórych audycjach radiowych, w kazaniach z niektórych ambon. Antysemickie klisze w języku, w pewnych ludowo-religijnych zwyczajach i retoryce skrajnej prawicy to niestety także składniki naszej narodowej tożsamości. Dlatego dla naszego wspólnego dobra warto przyjąć, że ta tożsamość nie jest czymś danym nam w niezmiennym kształcie raz na zawsze, że pewne jej elementy wymagają zasadniczego przekształcenia i reformy.

Zła wiadomość jest taka, że ta reforma nie wydarzy się bez realnej autonomii państwa wobec Kościoła, bo pod pozornie neutralnymi pojęciami „nauki Kościoła” i „tradycyjnych wartości” kryją się treści służące konserwowaniu tych składników naszej narodowej tożsamości, odbierające nam możliwość świadomego samostanowienia i podporządkowują nas władzy hierarchów oraz okrutnym anachronicznym regułom religijnym. „Nauka Kościoła” to nie tylko odmawianie równych praw wyznawcom innych wiar i ateistom, ale też między innymi zakaz stosowania in vitro w kraju, gdzie 20 procent par cierpi na niepłodność, zakaz stosowania antykoncepcji w kraju o najostrzejszym, wprowadzonym także na życzenie Kościoła prawie antyaborcyjnym. To także odbieranie praw człowieka osobom LGBT+ i podmiotowości dzieciom, które uznawane są za własność rodziców. „Tradycyjne wartości” to przyzwolenie na przemoc w rodzinie, zmuszanie kobiet do rodzenia śmiertelnie uszkodzonych płodów, uzależnianie prawa dzieci do wiedzy od poglądów religijnych rodziców, wyrzucanie ze wspólnoty tych, którzy nie pasują do arbitralnie wyznaczonego wzorca.

Dobrym przykładem ilustrującym skutki propagowania tych „wartości” są wydarzenia w Warszawie w 2019 roku. W związku z narastaniem prześladowań wobec osób LGBT+, w tym nastolatków, i rosnącą z roku na rok liczbą prób samobójczych wśród nastolatków z tej grupy warszawski ratusz podpisuje Deklarację LGBT+ zakładającą przeciwdziałanie dyskryminacji na różne sposoby. Jednym z nich jest wprowadzenie do szkół, od czwartej klasy wzwyż, nieobowiązkowych zajęć z edukacji seksualnej, podczas których dzieci dowiadywałyby się, że ludzie mają różne orientacje seksualne i nie zależy to od ich wyboru, a więc nie może podlegać wartościowaniu, że istnieje zły dotyk i że można szukać pomocy, kiedy jest się ofiarą molestowania, że można się ochronić przed niechcianą ciążą. Populistyczna prawica wpada w histerię. Świadome kłamstwa i brednie o planowanym „masturbowaniu czterolatków” obiegają wszystkie media. Kościół nie pozostawia wątpliwości, po której stronie stoi w tej sprawie. Zwierzchnicy Episkopatu, arcybiskup Gądecki i arcybiskup Jędraszewski, publicznie mówią o „seksualizacji dzieci” i „homoseksualnym lobbingu”. I nie mają na myśli czynów bezkarnych księży pedofilów, swoich podwładnych, ani skandalicznych pytań zadawanych dziewięciolatkom przez spowiedników. Chodzi im o edukację seksualną w szkołach. Hierarchowie nie kryją, że nie chcą, żeby dzieci wiedziały, jak unikać złego dotyku.

Niestety, nieskrywane antydemokratyczne i zagrażające zdrowiu dzieci rekomendacje zwierzchników Kościoła w Polsce nie pobudzają do działania większości przyzwyczajonych do niezdrowej symbiozy polityków, którzy nie zauważają też zmiany nastrojów społecznych. 53 procent za kluczowe uznaje oddzielenie Kościoła od państwa, a 70 procent nie życzy sobie poruszania tematów politycznych podczas kazań (ciekaweliczby.pl). Tylko 23 procent Polaków do dwudziestego czwartego roku życia deklaruje się jako osoby wierzące i stosujące się do nakazów Kościoła (CBOS 2018). 46 procent uważa, że w Polsce należy dopuścić aborcję na żądanie, a 22 procent nie ma w tej sprawie zdania (SW Research dla rp.pl 2018). Na pytanie, czy bliska znajoma w trudnej sytuacji powinna mieć prawo przerwać ciążę (w tym samym badaniu), „tak” odpowiada 55 procent pytanych. 64 procent chce likwidacji Funduszu Kościelnego, rezygnacji z finansowania lekcji religii w szkołach oraz opodatkowania dochodów kleru na podobnych zasadach jak innych pracowników (Millward Brown dla „Wysokich Obcasów”, 2019).

Oddane w powyższych liczbach nastroje społeczne przekładają się na wzrost aktywności organizacji pozarządowych, zasilanych przez kolejnych oburzonych bezwładem państwa. Fundacja Wolność od Religii pomaga rodzicom dyskryminowanych z powodów religijnych uczniów. Fundacja „Nie lękajcie się” wspiera ofiary księży pedofilów. Ogólnopolski Strajk Kobiet podczas kolejnych protestów pod kuriami żąda pociągnięcia biskupów do odpowiedzialności za tuszowanie krzywd dzieci i sprzeciwia się kościelnej dyskryminacji kobiet. Koalicja Ateistyczna i Kongres Świeckości zbierają podpisy pod obywatelskim projektem ustawy Świeckie Państwo.

Spośród polityków pracujących w obecnym Parlamencie realne działania przeciwko kościelnemu zawłaszczaniu państwa podejmuje jedna samotna posłanka – Joanna Scheuring-Wielgus. Wśród samorządowców Jacek Jaśkowiak, Robert Biedroń i Rafał Trzaskowski tworzą skromną grupę prezydentów miast, którzy w różnym stopniu i w różnych kontekstach podnoszą publicznie sprawę konstytucyjnego rozdziału państwa i Kościoła, nie mając przy tym jednoznacznego, mocnego wsparcia rad miast dla swoich praworządnych dążeń.

Przytłaczająca większość polityków i samorządowców wciąż przymyka oczy na fakt, że między publicznym uściskiem dłoni przedstawiciela władzy i biskupa fetowanego podczas świeckiej uroczystości a pobiciem osoby LGBT przez nacjonalistę czy bezradnością molestowanego dziecka istnieje konkretny, choć oczywiście niebezpośredni związek. A kościelnej i demokratycznej narracji o kształcie społeczeństwa nie da się prowadzić bez prawdziwej „obustronnej autonomii”, zakładającej, że prawo państwowe dotyczy wszystkich obywateli państwa, a prawo religijne – dobrowolnych wyznawców danej religii, i nie są to tożsame zbiory ludzi.

I właśnie dlatego egzorcyzmowanie państwa trwa w najlepsze, a duchy demokracji i praw człowieka z dnia na dzień słabną i może być tak, że po kolejnym podtapianiu wodą święconą opuszczą unieruchomioną przez krzepkich inkwizytorów w sutannach, wyczerpaną Polskę.

Kościół, demokracja, pat

Kiedy piszę te słowa, w polskich szkołach i przedszkolach od pięciu dni trwa bezterminowy strajk nauczycieli o niespotykanej po 1989 roku skali. Strajkuje 74 procent placówek w całej Polsce. Narastający szkolny chaos spowodowany PiS-owską „deformą” edukacji oraz haniebne stawki wynagrodzeń, sprawiające, że coraz mniej osób decyduje się poświęcić życie misji oświatowej, doprowadziły nas do miejsca, w którym odpowiedzialni nauczyciele mówią: ani kroku dalej w kierunku przepaści. Odmawiając pracy, walczą o polską szkołę i jakość polskiego społeczeństwa. Rząd nie podejmuje konstruktywnych rozmów z reprezentującymi nauczycieli Związkiem Nauczycielstwa Polskiego i Forum Związków Zawodowych, a reprezentowana przez działacza PiS „Solidarność” podpisała w przeddzień strajku antysolidarnościowe „porozumienie” (PiS ogłosił z dumą, że dogadał się z PiS-em).

W tym dramatycznym sporze Kościół katolicki opowiedział się po konkretnej stronie – i wsparł rząd PiS przeciwko nauczycielom. To wsparcie ma różne odsłony, które warto odnotować.

W czasie kiedy związki zawodowe bezskutecznie próbowały namówić stronę rządową do kompromisu pozwalającego uniknąć strajku, Episkopat pracował nad zwiększeniem możliwości działania księży w publicznych szkołach i podpisywał z ministrą Zalewską porozumienie dotyczące kwalifikacji nauczycieli katechetów, które między innymi da im od września jako wychowawcom klas dostęp także do uczniów niechodzących na religię.

Kiedy protest się rozpoczął, Kościół wsparł rząd, oddając mu do dyspozycji katechetów, którym biskupi wyznaczyli do odegrania niechlubną rolę łamistrajków. Przy wymownym milczeniu Episkopatu biskupi poszczególnych kurii przestrzegali katechetów przed angażowaniem się w akcje „wrogo nastawionego do Kościoła ZNP”. W niektórych diecezjach grozili zwolnieniami, w innych obłudnie przekonywali, że „pozostawanie na uboczu nie może być odbierane jako objaw łamistrajku”. Dzięki tej ogólnopolskiej akcji ministrowie „dobrej zmiany” mogli z pomocą usłużnych księży i zakonnic, a także zmodyfikowanego na kolanie prawa zignorować protestujących w okresie egzaminów gimnazjalnych. Na podstawie rozporządzenia ministry Zalewskiej do zespołów egzaminacyjnych mogli dołączyć przypadkowi ludzie, o ile legitymowali się jakimikolwiek kwalifikacjami pedagogicznymi. Polskę obiegły zdjęcia księży i zakonnic pilnujących egzaminowanych dzieci – spełniony sen Episkopatu o szkole publicznej.

Warto odnotować szczególnie kuriozalne usprawiedliwienia wsparcia księży dla PiS. „Sytuacja osób duchownych jest nieco inna niż katechetów, ponieważ prawo kanoniczne zabrania osobom duchownym agitacji politycznej, a baliśmy się, że tak właśnie mógłby być zinterpretowany ich udział w strajku” – mówił „Gazecie Wyborczej” ks. Wojciech Lippa, kanclerz kurii opolskiej. Prawo kanoniczne zabrania więc osobom duchownym agitacji politycznej. Oprócz ekscentrycznego przekonania kanclerza, że bycie łamistrajkiem w czasie obejmującego cały kraj protestu nie jest aktywnością polityczną, zaskakuje mnie też w kontekście tej wypowiedzi nieznajomość prawa kanonicznego u tak wielu hierarchów, ale i zwykłych proboszczów, którzy niestrudzenie agitują z ambon podczas uroczystości państwowych i samorządowych oraz w mediach. Ksiądz publicysta, ten od jakiegoś czasu powszedni w polskich mediach zwrot, powinien być w świetle prawa kanonicznego oksymoronem. A jednak w Polsce nie jest.

Prawo kanoniczne zabrania osobom duchownym agitacji politycznej. Nie wie o tym jednak ksiądz katecheta z Wrocławia, który na swoim profilu w mediach społecznościowych napisał o swoich strajkujących koleżankach z pracy „o poglądach lewackich”: „Przynajmniej wiemy teraz, kto uczy nasze dzieci. I dobrze, że tak wielu nauczycieli się ujawniło. Będziemy wiedzieć, kto z nami, a kto przeciwko nam – jak sugerował Pan Jezus w Ewangelii” (nie przegapcie charakterystycznego, raczej nieuprawnionego u celibatariusza, zawłaszczającego zwrotu „nasze dzieci”). Nie wie zakonnica z Opola pisząca o „bece z nauczycieli, którzy zawierzyli swój los w ręce Broniarza”, ksiądz z Lublina nakłaniający dzieci podczas rekolekcji do modlitwy o opamiętanie nauczycieli, „którzy bezpodstawnie protestują” ani ksiądz ze Złotoryi, nazywający strajkujących „swołoczą, którą należy przepędzić”. Przykłady tej soczystej agitacji można mnożyć. Tak, zdarzają się głosy przeciwne. Jednak nie ma wątpliwości, które z tych głosów wspiera Episkopat, wysyłający księży do szkół rękami biskupów diecezjalnych.

Zresztą antynauczycielskie wystąpienia hierarchów katolickich mają w Polsce długą tradycję. „Czy nauczyciele zamykający szkoły i opuszczający uczniów mogą nauczyć miłości ojczyzny? Czy nauczyciele mogą spokojnie uczyć historii Polski i przerabiać dzieła wieszczów, gdy jednocześnie podpisują się pod zdaniem: tylko teraz, przed maturami, możemy wymusić podwyżki płac?” – pytał z emfazą prymas Józef Glemp w 1993 roku, kiedy strajki nauczycieli doprowadziły do przesunięcia matur w wielu szkołach. Podobnie reagował Kościół podczas pierwszego polskiego zrywu wolnościowego w XX wieku, czyli rewolucji 1905 roku. Kiedy uczniowie ogłosili strajk szkolny, domagając się powszechnego dostępu do edukacji i lekcji po polsku, arcybiskup Wincenty Popiel żądał od nich natychmiastowego przerwania protestu (i ogólnie namawiał całą ludność do niezakłócania spokoju publicznego w imperium).

Niechęć Kościoła do nauczycieli i szkoły ma oczywiste uzasadnienie. Dobrzy nauczyciele nie uczą dzieci posłuszeństwa i milczenia, tylko samodzielnego myślenia, obywatelskiej aktywności i niezależności, a dobry program szkolny przekazuje dzieciom wiedzę naukową o człowieku i świecie, która falsyfikuje twierdzenia tak zwanej „nauki Kościoła”.

To dlatego Kościół tak drapieżnie walczy od lat o uzyskanie wpływu na program kolejnych przedmiotów szkolnych, zastępowanie kolejnych ministerialnych ekspertów i akademickich wykładowców ludźmi Kościoła i o zmuszenie wszystkich uczniów do uczestnictwa w katechezie lub bezprawnie wpisywanych w życie szkoły uroczystościach religijnych.

Dzięki wieloletniej dominacji politycznej związanej z Kościołem prawicy krucjata przeciw szkołom wartko postępuje. W uczniowskich lekturach coraz więcej papieża, katolickich publicystów i poetów (jak opisywany swego czasu przez OKO.PRESS bard smoleński Wojciech Wencel, który zasłynął brawurową frazą: „im bardziej bezsensowny twój zgon się wydaje, tym gorętsze składaj dzięki, że jesteś Polakiem”). Znikają za to stopniowo niewierni katolickiej doktrynie autorzy (jak Witkacy czy Bruno Schulz), kobiety i literatura współczesna. Przygotowanie do życia w rodzinie to po niedawnej zmianie podstawy programowej wykładnia skrajnie katolickiej doktryny, w której obok „dziecka poczętego” pojawia się też „dziecko niepoczęte”, znikają natomiast zalecenia medyczne dotyczące praw reprodukcyjnych. W podręcznikach historii próżno szukać rzetelnej analizy niejednoznacznej relacji między Polską a Kościołem katolickim, która obejmowałaby na przykład niechlubną rolę hierarchów katolickich w czasie konfederacji targowickiej i trzeciego rozbioru Polski, brak wsparcia dla wspomnianych już dążeń wolnościowych w 1905 roku czy rozsiewanie ziaren antysemityzmu w II Rzeczypospolitej, a także milczenie o Zagładzie podczas drugiej wojny światowej. Uczniowie mają natomiast coraz liczniejsze okazje, żeby się dowiedzieć, że Jan Paweł II wielkim człowiekiem był.

Szkolna wersja opowieści o polskim papieżu jest emblematycznym przykładem zamieniania historii w politykę historyczną, która w tym wypadku służy uzasadnieniu roszczeń Kościoła do współrządzenia Polską. Jan Paweł II niewątpliwie był ważną i zasłużoną postacią dla Polski (i dla pozycji Kościoła w Polsce), ale w dobrej publicznej szkole uczniowie dowiedzieliby się także o podnoszonych na całym świecie wątpliwościach dotyczących jego trwającej kilka dziesięcioleci kompletnej i zaskakującej u przywódcy państwa niewiedzy dotyczącej skandali pedofilskich rozgrywających się w wielu krajach, w tym również z udziałem osób z jego najbliższego otoczenia (jak notoryczny gwałciciel dzieci Marcial Maciel Degollado, założyciel Legionu Chrystusa, którego Jan Paweł II uznawał za swojego przyjaciela). Usłyszeliby też o zastrzeżeniach dotyczących jego ultrakonserwatywnego stosunku do praw kobiet i do pozycji kobiet w Kościele, o zakazaniu katolikom używania prezerwatyw w ogarniętej śmiertelną epidemią AIDS Afryce czy nakłanianiu krzywdzonych podczas konfliktu bałkańskiego kobiet do rodzenia dzieci z gwałtu. Mogliby też obejrzeć słynne zdjęcia polskiego papieża z dyktatorem Augusto Pinochetem i omówić relacje Watykanu z chilijskim reżimem. Usłyszeliby też, że w zamian za pomoc dla Polski w czasach komunizmu III Rzeczpospolita zapłaciła Janowi Pawłowi II i jego Kościołowi licznymi przywilejami podatkowymi, nieruchomościami i ziemią, prawami reprodukcyjnymi kobiet i otwarciem drzwi do szkół.

Jan Paweł II był nie tylko zwalczającym komunistów wielbicielem kremówek, ale też przywódcą kraju i potężnej międzynarodowej społeczności, a w związku z tym postacią wielowymiarową. Wiedza o tej wielowymiarowości nie zaszkodziłaby polskim uczniom, ale w zdominowanej przez Kościół szkole jej nie dostaną, bo „Jan Paweł II” jako potężna marka, którą ostemplowuje się ulice, szkoły, pomniki i instytucje publiczne, działa skutecznie tylko pod warunkiem pełnej kontroli związanych z nią treści. Dlatego zakres informacji o polskim papieżu w szkolnych podręcznikach nie obejmuje przywołanych wyżej kwestii, ale za to rodzina szkół im. Jana Pawła II obejmuje coraz więcej publicznych placówek w Polsce.

Cel działań Kościoła na polu oświaty wydaje się jasny. Edukacja publiczna ma stać się edukacją katolicką, bo systemowy dostęp do kształtowania umysłów i światopoglądu kolejnych pokoleń to jedyny sposób na zachowanie potęgi watykańskiej instytucji w Polsce w sytuacji, w której z własnej woli do kościołów z roku na rok trafia coraz mniej wiernych.

Czy to cel zbieżny z potrzebami demokratycznego społeczeństwa i interesami państwa polskiego? Odpowiedzcie sobie sami.

Niech nas wynoszą, a my będziemy wracać

Czyli o partyjno-kościelnym aliansie podczas miesięcznic smoleńskich. Miesięcznice, obok hucznych partyjnych imprez u księdza Rydzyka i partyjnych pielgrzymek na gościnną Jasną Górę, były najbardziej sugestywnymi ilustracjami bliskiej współpracy między Kościołem katolickim a rządzącą prawicą. W 2017 roku byłam jedną z bardzo wielu osób, które protestowały przeciwko łamaniu zasad demokracji przy okazji organizacji tych imprez i jedną z wielu fizycznie usuwanych przez policję z drogi prezesowi PiS.

Poszłam na kontrmiesięcznicę. Zostałam z niej wyniesiona przez czterech policjantów. Policjanci nie byli wobec mnie brutalni. Przez ponad godzinę byłam za to bezprawnie przetrzymywana w kordonie policyjnym, bo choć nie zostałam zatrzymana, to „trwały czynności” – jak mi powiedziano. Dostałam mandat w wysokości pięciuset złotych z art. 52, §1 kodeksu wykroczeń („Kto przeszkadza lub usiłuje przeszkodzić w organizowaniu lub w przebiegu niezakazanego zgromadzenia […] podlega karze aresztu do 14 dni, karze ograniczenia wolności albo karze grzywny”). Nie przyjęłam go, bo nawet gdybym chciała, nie miałam szansy nikomu w niczym przeszkodzić – otoczono nas i wyniesiono jakieś pięć minut po rozpoczęciu zgromadzenia. Uczestników miesięcznicy nie było nawet na horyzoncie. Sąd orzeknie, czy policja może wystawiać mandaty na podstawie swoich przypuszczeń co do przyszłości.

Poszłam na kontrmiesięcznicę, ponieważ uważam, że miesięcznice nie są nieszkodliwym PiS-owskim rytuałem skierowanym do wyborców tej partii, a na zewnątrz pozbawionym znaczenia. Uważam, że nienawiść siana w comiesięcznych przemówieniach prezesa PiS-u staje się ciałem. Miesięcznice nie służą pamięci ofiar katastrofy smoleńskiej, są natomiast skutecznym narzędziem populistycznej polityki i symbolem zawłaszczania państwa oraz naszej wspólnej życiowej przestrzeni przez przywódcę partii rządzącej. Bagatelizowanie tego pod hasłem „sami się kompromitują” to błąd, bo skala różnego rodzaju przekroczeń związanych z miesięcznicami rośnie. Myślę, że musimy je uważnie śledzić – wszystkie są groźne.

Przemoc dookoła nas

Po pierwsze, przyzwolenie na przemoc. Uczestnicy miesięcznic najwyraźniej czują, że mogą sobie pozwolić na przemoc wobec ludzi „gorszego sortu”. Kilka miesięcy temu było to cięcie żyletkami ubrań i obrzucanie wyzwiskami ludzi z niewłaściwymi transparentami, ale już miesiąc temu po prostu poturbowano dwie kobiety, bo trzymały w rękach transparent „Strajku Kobiet” i białe róże wskazane przez Kaczyńskiego jako „symbol skrajnej głupoty i skrajnej nienawiści”. Znaleźliśmy się w rzeczywistości, w której podczas oficjalnej partyjnej imprezy można zostać pobitym w przestrzeni publicznej za noszenie symboli (kwiatów, przypinek, transparentów) niepodobających się organizatorom tej imprezy. Bierne zaakceptowanie tego faktu będzie nas dużo kosztować w przyszłości. Bierność wobec tego rodzaju przemocy nie jest też niewinna. Przyszłam na Krakowskie Przedmieście z przypinką „Czarny Protest”, bo nie zgadzam się z tym, że ktoś odbiera mnie i innym ludziom prawo do przebywania w przestrzeni publicznej – pod groźbą znieważenia czy pobicia.

Przestrzeń publiczna przestaje być publiczna

Po drugie, zawłaszczenie przestrzeni publicznej. Na mocy nowego niekonstytucyjnego prawa są zgromadzenia równe i równiejsze. Miesięcznica w jego świetle unieważnia prawo wszystkich niehołdujących jej obywateli do demonstrowania swoich poglądów. Połać miasta anektowana przez PiS powiększa się z miesiąca na miesiąc. Kiedyś był to kawałek Krakowskiego Przedmieścia przy Pałacu Prezydenckim. Miesiąc temu była to już cała ulica od wysokości Królewskiej… i od dziewiątej rano. W ten sposób mieszkańcy Mariensztatu i części Powiśla zostali na cały dzień pozbawieni możliwości bezproblemowego poruszania się po mieście. Przekonałam się o tym, kiedy rankiem razem z dziećmi próbowałam dostać się do śródmieścia ulicą Bednarską. U jej górnego wylotu zostałam wraz z grupką innych warszawiaków poinformowana przez policjantów stojących za metalową barykadą, że ponieważ pan Kaczyński już za kilka godzin będzie tu przemawiał, to o ile nie mamy zaproszeń na tę imprezę, możemy śmiało wykonać w tył zwrot. Mieszkańcy miasta i przyjezdni (przecież to główny trakt turystyczny) mają nie przeszkadzać, kiedy „ludzki pan” świętuje. Nie mogę się z tym pogodzić – tak samo jak z bezprawnym stemplowaniem miasta kolejnymi samowolami budowlanymi, czyli pomnikami/głazami poświęconymi Lechowi Kaczyńskiemu. Kiedy w sobotę szłam na kontrmiesięcznicę, liny trzymane przez ludzi w kamizelkach podpisanych „straż obywatelska PiS” ciągnęły się już nie tylko przez Krakowskie Przedmieście, ale też przez cały plac Zamkowy.

Państwo w służbie partyjnej

Po