Królowe Kungachelli - Selma Lagerlöf - ebook
Opis

Zbiór opowiadań znakomitej szwedzkiej pisarki wybitnej reprezentantki neoromantyzmu szwedzkiego oraz realizmu przepojonego elementami fantastyki. Autorka prowadzi nas do świata, który już przeminął, opowiadając o nim w pełnych nostalgii niedużych utworach. Niech zachęcą do lektury jej własne słowa: „Jeśli ktokolwiek, nasłuchawszy się opowiadań o starożytnej Kungachelli, uda się do miejscowości nad rzeką Nordre, gdzie niegdyś istniało to miasto, będzie naturalnie zdumiony. Postawi wtedy sobie pytanie, czy możliwe jest, by kościoły i zamki zniknęły jak śnieg, albo czy może rozwarła się i pochłonęła je ziemia. Za dawnych czasów znajdowało się tutaj potężne miasto, a obecnie nie widać ani ulicy, ani przystani. Niema też ruin lub pogorzeliska. Zobaczy jedynie tylko dwór, otoczony zielonością i czerwonymi spichrzami. A wokoło – łąki i pola, które z roku na rok żłobi pług, nie napotykając nigdy ani murów, ani kamiennych ogrodzeń...” Zbiór zawiera opowiadania: „Tam, gdzie istniała wielka Kungachella, Królowa lasu, Sygryd Wszechwładna, Astryd, Margareta – Zwiastunka Pokoju, Królowa z Wyspy Ragnchildu.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 101

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

Selma Lagerlöf

 

 

Królowe Kungachelli

 

przekład anonimowy

 

Armoryka

Sandomierz

 

 

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Wydanie na podstawie edycji z roku 1926.

Zachowano oryginalną pisownię.

 

© WydawnictwoArmoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-469-5

 

 

TAM GDZIE ISTNIAŁA WIELKA KUNGACHELLA

 

Jeśli ktokolwiek, nasłuchawszy się opowiadań o starożytnej Kungachelli, uda się do miejscowości nad rzeką Nordre, gdzie niegdyś istniało to miasto, będzie naturalnie zdumiony. Postawi wtedy sobie pytanie, czy możliwem jest, by kościoły i zamki zniknęły jak śnieg, albo czy może rozwarła się i pochłonęła je ziemia. Za dawnych czasów znajdowało się tutaj potężne miasto, a obecnie nie widać ani ulicy, ani przystani. Niema też ruin lub pogorzeliska. Zobaczy jedynie tylko dwór, otoczony zielonością i czerwonymi śpichrzami. A wokoło — łąki i pola, które z roku na rok żłobi pług, nie napotykając nigdy ani murów, ani kamiennych ogrodzeń.

Rozumie się, że przedewszystkiem pójdzie wzdłuż brzegu rzeki. Nie będzie, naturalnie, wypatrywał tam wielkich okrętów, udających się do portów morza wschodniego, lub dalekiej Hiszpanji, ale prawdopodobnie ma nadzieję znalezienia śladów dawnych warsztatów okrętowych, olbrzymich doków i portów. Myśli, że zobaczy resztki zwalisk wielkich pieców do warzenia soli, chce spojrzeć na wydeptany bruk tych ulic, które wiodły do portu. Pyta, gdzie się znajduje niemiecka i gdzie szwedzka przystań, chce widzieć przystań płaczek, gdzie kobiety Kungachelli żegnały swych mężów i synów, udających się w dalekie podróże. Ale na wybrzeżu ujrzy tylko szumiące trzciny. Zobaczy również wyboistą drogę, wiodącą do brodu, a przy brzegu kilka przywiązanych łodzi i mały prom, który przewozi wóz chłopski do Chisingenu. Lecz po rzece nie płyną wielkie okręty, nie widać również szczątków rozbitych statków, gnijących na dnie rzeki.

Możliwe, że nie znalazłszy nic ciekawego w porcie, uda się na poszukiwanie słynnej Góry Klasztornej, chcąc zobaczyć przynajmniej ślady otaczających ją niegdyś fortów i wałów, chciałby zobaczyć wysoki zamek i długie zabudowania klasztorne. Ma nadzieję znalezienia chociażby ruin wspaniałego kościoła św. Krzyża, gdzie przechowywano cudowny krzyż, wywieziony z Jerozolimy. Myśli o licznych zabytkach, znajdujących się na świętych górach, które się piętrzą nad innemi, starożytnemi miastami i serce mu bije w radosnem oczekiwaniu. Lecz kiedy dochodzi do siwego szczytu, który odgradza pola, nie znajduje nic prócz szumiących drzew. Niema ani murów, ani baszt, ani sklepień z gotyckiemi oknami. Pod drzewami widzi ogrodowe kanapki i fotele, lecz ani śladu klasztornego podwórza z kolumnadą, lub pięknych grobowców.

Nie znalazłszy i tutaj nic zgoła, uda się może — na poszukiwanie starożytnego, królewskiego pałacu. Przypomni sobie ogromne sale, dzięki którym Kungachella otrzymała swą nazwę, która oznacza „komnaty królewskie“. Może istnieją jeszcze grube, belkowane ściany i głębokie piwnice pod wielką salą, w której królowie norwescy urządzali uczty. Myśli o zielonych łąkach, na których królowie ujeżdżali konie srebrem kute, a królowe doiły krowy o złoconych rogach, Myśli o wyżce, gdzie mieszkały dziewoje, o pralni z ogromnymi kotłami, o wielkiej kuchni, w której do rondla kładziono odrazu połowę wołowej tuszy, a na rożnie pieczono całego wieprza. Myśli o izbach czeladnych, śpiżarniach i zakamarkach, stłoczonych dokoła dziedzińca. Wszystkie budowle ozdobione są głowami smoków, które z biegiem czasu mchem naturalnie porosły.

Lecz kiedy zapyta o stary pałac królewski — zaprowadzą go do dworu z oszkloną werandą i ogrodem zimowym. Wysokie ławki znikły w ten sam sposób, jak i w srebro oprawne rogi do wina i skórzane tarcze. Nie będą mogli mu nawet pokazać pochyłego, pokrytego strzyżoną trawą dziedzińca z wązkiemi ścieżkami, wydeptanemi w czarnej, urodzajnej glebie. Zobaczy grządki poziomek, klomby róż, wesołe dzieci i młode dziewczęta, bawiące się w cieniu grusz i jabłoni. Lecz nie ujrzy ani turniejów, ani rycerzy, grających w serso.

Może zapyta o dąb na placu, gdzie król sprawował sądy i gdzie znajdowało się dwanaście głazów dla sędziów. Albo może o główną ulicę, która według tradycji ciągnęła się na przestrzeni mili? Albo może o rozrzucone w ciemnych uliczkach domy najsłynniejszych kupców, z których każdy posiadał własne łodzie i przystań na rzece? A może o kościół Marji Panny, gdzie podróżni składali w darze maleńkie, poświęcane okręciki, a smutni — srebrne serduszka?

Lecz nikt mu tego pokazać nie może. Krowy i owce pasą się na miejscu dawnej, długiej ulicy, na placu dojrzewa żyto i pszenica, a tam, gdzie onego czasu tłoczył się lud przy ponętnych kramach z towarami — wybudowano stajnie i śpichrze.

Naturalnie zasmuci go to bardzo.

— Czy rzeczywiście nic nie pozostało? — zapyta. — Czy rzeczywiście niema nawet na co spojrzeć?

Pomyśli wtedy może, że go oszukano i zdecyduje, że Wielka Kungachella znajdowała się nie tutaj, a w innem miejscu.

Wtedy zaprowadzą go na brzeg rzeki i pokażą grubo ciosaną, kamienną płytę, zeskrobując z niej srebrno-szary mech, by zobaczył rznięte w kamieniu figury.

Z początku nie będzie mógł zrozumieć, co oznaczają, będą dlań również zagadkowe, jak plamy na księżycu. Lecz będą go upewniali, że jest to okręt i jeleń i że rysunek ten wyryto na pamiątkę założenia miasta. A ponieważ i tak nie potrafi tego pojąć — opowiedzą mu historję tego rysunku.

 

KRÓLOWA LASU

 

Marek Antonjusz Poppjusz był szanowanym kupcem rzymskim. Prowadził handel z dalekimi krajami i z Ostji wysyłał ładowne okręty do Hiszpanji, na wyspy Brytyjskie, a nawet na północne wybrzeże Germanji, Szczęście mu sprzyjało: zebrał niezliczone bogactwa i cieszył się, że je pozostawi swemu jedynemu synowi. Syn jednak nie odziedziczył zalet swego ojca. Ach, cały świat wie o tem, co znaczy być jedynym synem bogatego człowieka! Czy trzeba tutaj coś dodać? Jest to przecież stara historja.

Można pomyśleć, że bogowie dają umyślnie ludziom bogatym ograniczonych, lekkomyślnych, bezbarwnych, głupich i apatycznych spadkobierców, by ich przekonać do jakiego stopnia jest głupiem gromadzenie bogactw. Kiedy nareszcie ludziom otworzą się oczy? Kiedy zaczną zwracać uwagę na przestrogi bogów?

Młody Sylwjusz Antonjusz Poppjusz, mając lat dwadzieścia, zakosztował już wszystkich rozkoszy życia. Lubił czasem napomknąć, że sprzykrzyło mu się już wszystko, lecz mimo to starannie oddawał się przyjemnościom, a nawet pogrążył się w zupełnej rozpaczy, gdy zauważył, że od niejakiego czasu prześladować go zaczęły niepowodzenia, tworząc przeszkody w jego wesołym życiu.

W przeddzień słynnych, dorocznych wyścigów okulały jego numidyjskie konie, tajemnicze przygody miłosne zostały odkryte, na malarję zmarł nieoceniony kucharz. Młody Poppjusz czuł się tak nieszczęśliwym, że zdecydował skończyć samobójstwem. Sądził, zdaje się, że jest to najlepszy sposób przebłagania bogów niepowodzenia, które prześladując go, zmieniały mu życie w torturę.

Można zrozumieć człowieka nieszczęśliwego, który kończy samobójstwem, chcąc uciec od prześladujących go ludzi, lecz tylko taki głupiec, jak Sylwjusz Antonjusz mógł wybrać tę drogę, by zniknąć przed bogami. Mimo woli przypomina się znana bajka o człowieku, który chcąc się ukryć przed lwem, skoczył w prost w jego otwartą paszczę.

Młody Poppjusz miał zbyt słaby charakter, by zdecydować się na śmierć od miecza. Nie chciał również umierać od mąk trucizny. Po długich namysłach wybrał lekki rodzaj śmierci — w falach. Lecz kiedy stanął nad Tybrem z zamiarem utopienia się, zabrakło mu odwagi, by pogrążyć swe ciało w brudnej i mętnej wodzie rzecznej. Nagle ogarnęło go wielkie, święte pragnienie, właściwe wszystkim tułaczom: chciał ujrzeć morze.

Chcę umrzeć w przezroczysto — błękitnym morzu, gdzie promienie słońca przenikają aż do dna — myślał Sylwjusz Antonjusz. Ciało moje będzie spoczywało na łożu z czerwonych korali. I kiedy będę pogrążał się w wodzie — na powierzchni ukaże się śnieżna, chłodna piana a nie cuchnące pęcherze, jak na rzece.

Wrócił do domu, kazał zaprząc konie i natychmiast wyjechał do Ostji. Wiedział, że jeden z okrętów jego ojca wyruszy niedługo na morze. Młody Poppjusz popędził konie z całej siły i udało mu się dojechać na miejsce w chwili, gdy podnoszono kotwicę. Nie wziął z sobą, naturalnie, żadnych rzeczy, żadnego bagażu. Nie zapytał nawet sternika, w którą udają się stronę. W każdym razie wypłyną na morze, a to mu przecież było potrzebne.

W krótkim czasie młody Poppjusz osiągnął swój cel. Triera wypłynęła z ujścia Tybru i przed nimi rozpostarło się Śródziemne morze, szafirowe, pieniste, migoczące w słońcu. Widok morza przypomniał Sylwjuszowi Antonjuszowi słowa poetów, że mieniąca się woda, jest tylko cienką tkaniną, rzuconą na najpiękniejszy świat. Mimowoli wierzył podaniu, że kto śmiało przedrze się przez całun wodny, dostanie się natychmiast do promienistego pałacu króla mórz. Młody człowiek cieszył się, że wybrał ten rodzaj śmierci. Faktycznie trudno było uwierzyć, że cudowna woda może zgubić człowieka. Czy to jest śmierć? To tylko najkrótsza droga do tego świata, gdzie niema fałszywych uciech, po których zostaje tylko przesyt i niesmak.

Z trudnością zdołał zapanować nad swoim zachwytem. Na statku znajdowali się przecież marynarze. Sylwjusz Antonjusz zdawał sobie sprawę, że chwila nie jest odpowiednią: nie zdąży wskoczyć do wody, gdy zręczny jakiś marynarz rzuci się za nim i wciągnie na pokład.

Tymczasem rozpięli żagle i zgadnie zaczęli wiosłować, Sternik podszedł do niego i powiedział z wyszukaną grzecznością:

— Jedziesz więc ze mną do kraju Germanów, kochany Sylwjuszu? Jest to wielkim zaszczytem dla mnie!

Młody Poppjusz przypomniał sobie, że człowiek ten nigdy nie wracał z podróży bez jakiegokolwiek upominku. Przywoził mu z krajów barbarzyńskich albo drewniane pałeczki, zapomocą których dzicy krzesali ogień, albo duży róg, używany przez nich do picia, albo naszyjnik z kłów niedźwiedzia, noszony jako ozdoba przez wielkiego wodza.

Dobry ten człowiek promieniał z radości, że wiezie syna swego chlebodawcy. Wysłanie syna w dalekie kraje zamiast pozostawienie go w towarzystwie rzymskiej młodzieży, od której można się nauczyć tylko rozpasania — uważał za mądry krok ze strony starego Poppjusza.

Młody Poppjusz nie wtajemniczył sternika w swoje plany. Obawiał się, że natychmiast odstawionoby go do domu, jeśliby się zdradził.

— Naturalnie, Halenie — odpowiedział. Bardzobym pragnął ci towarzyszyć, lecz muszę cię prosić, byś mi pozwolił wylądować w Baji. — Zdecydowałem się za późno. Jak widzisz, brak mi rzeczy, i pieniędzy.

Halen jednakże starał się go przekonać, że z powodu takiego głupstwa nie warto rezygnować z podróży. Czyż nie znajduje się na doskonale zaopatrzonym okręcie swego ojca? Nie zabraknie mu ani ciepłego futra w razie złej pogody, ani lekkiego ubrania z syberyjskich tkanin, które nakładają zazwyczaj marynarze, kiedy w czasie ładnej pogody płyną przez znany archipelag.

W trzy miesiące po wypłynięciu z Ostji triera Halena płynęła między skalistemi wysepkami. Ani sternik, ani nikt z załogi nie wiedział, gdzie się właściwie znajdują, lecz byli zadowoleni, mogąc się schronić przed burzą, która szalała na otwartem morzu.

Sylwjusz Antonjusz miał — zdaje się — rację, twierdząc, że prześladują go bogowie. Nikt z pomiędzy obecnych na okręcie niepamiętał podobnej podróży. Nieszczęśliwi marynarze szeptali pomiędzy sobą, że odkąd wyjechali z Ostji, nie mieli pogody nawet w ciągu dwóch dni zrzędu. Burza następowała po burzy. Musieli znosić nieprawdopodobne braki. Cierpieli z powodu pragnienia i głodu, a równocześnie zmęczeni, zupełnie chorzy od bezsennych nocy nie mogli porzucić wioseł i żagli.

Pośród marynarzy wzrastało niezadowolenie, wywołane niemożliwością prowadzenia handlu. Czy podczas takiej pogody można było przybić do brzegu, wyładować towary i rozpocząć handel zamienny? Lecz niedość na tem. Kiedy podczas deszczu i mgły ukazywały się kontury jakiegoś lądu, musieli spieszyć na otwarte morze z obawy rozbicia się o skały. Pewnego razu, kiedy w nocy najechali na rafę podwodną, musieli wrzucić w morze połowę ładunku. O drugiej połowie bali się nawet myśleć, gdyż byli prawie pewni, że nie ocaleje po tych wszystkich wypadkach.

Widocznie Sylwjusz Antonjusz nie przyniósł marynarzom szczęścia. Żył jeszcze i jeszcze dotąd się nie utopił. Przecież życie jego nie stało się piękniejsze od chwili, gdy postanowił je zakończyć. Być może liczył na to, że morze samo nim zawładnie. Możliwem jest również, że rozgniewane fale nie podobały mu się więcej i wolał umrzeć w pachnącej, zielonkawej wodzie swej marmurowej wanny.

Lecz gdyby Halen i jego towarzysze podejrzewali w jakim celu przyłączył się do nich młody Poppjusz, żałowaliby gorzko, że nie wykonał swego zamiaru, gdyż wszyscy byli przekonani, że przyniósł im nieszczęście. Często w czasie ciemnych nocy Halen obawiał się, że marynarze pochwycą syna chlebodawcy i wrzucą w morze. Niejednemu z nich majaczyło się w czasie strasznej burzy, że z wody wysuwają się czarne ręce, Starając się zaczepić o okręt. Jednak marynarze nie mogli się zdecydować na ciągnienie losów, by się dowiedzieć, kogo z pośród nich chciały te ręce pociągnąć w odmęty. Lecz i sternik i marynarze oddawali sprawiedliwość Sylwjuszowi Antonjuszowi, przypuszczając, że burze przesycały atmosferę i kłębiły morze tylko z jego powodu.

Gdyby Sylwjusz Antonjusz zachowywał się w czasie tych ciężkich dni, jak na mężczyznę przystało, gdyby dzielił z nim pracę i niepokój — współtowarzysze mieliby dla niego prawdopodobnie pewne współczucie, jako dla nieszczęśliwego, który ściągnął na siebie gniew bogów. Lecz młody rzymianin nie starał się wzbudzić współczucia. Myślał jedynie o tem, jak schronić się przed wiatrem, rozkazując dostarczać sobie z ładunku przeróżne futra i kołdry, by zabezpieczyć się od zimna.

Jednakże wszelkie szemrania z powodu jego obecności przycichły momentalnie z chwilą, gdy wiatr przestał szaleć, zapędziwszy trierę ku skalistym wyspom. Stał się jak pies owczarski, który milknie widząc, że pastuch kieruje stado ku zagrodzie. Rozproszyły się ołowiane chmury, zabłysło słońce, Po raz pierwszy za cały czas podróży marynarze poczuli błogosławieństwo lata.

Przemęczeni ci