Jerozolima - Selma Lagerlöf - ebook

Jerozolima ebook

Lagerlof Selma

0,0

Opis

Jerozolima“ to powieść Selmy Lagerlöf, szwedzkiej pisarki, laureatki Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.

Narracja obejmuje kilka pokoleń w XIX wieku i skupia się na kilku rodzinach z Dalarna w Szwecji oraz społeczności szwedzkich emigrantów w Jerozolimie.


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 606

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Wydawnictwo Avia Artis

2021

ISBN: 978-83-8226-242-1
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

Część I

W DALARNE

Wstęp

Ingmarsonowie.

I

Pewnego letniego poranku młody człowiek zaorywał swe pole ugorem leżące. Słońce świeciło rozkosznie, trawa wilgotniła się rosą, a powietrze było tak świeże, że to się nawet słowami nie da opisać. Konie rozbrykane cokolwiek rannem powietrzem, ciągnęły pług skoro, jak gdyby zabawkę. Biegły innym zupełnie kłusem niż zazwyczaj; młody człowiek musiał prawie biedź, aby im kroku dotrzymać.  Ziemia przeorana pługiem była czarno-brunatna i lśniła się od wilgoci i tłustości, a człowiek cieszył się, orząc, że wkrótce już będzie mógł posiać tu zboże. I pomyślał w duszy: „Skąd to pochodzi, że mnie czasem troska tak przygniata i życie ciężkiem mi się wydaje? Czegóż więcej potrzeba, jak słońca i pogody, aby być szczęśliwym, jak istota Boża tam w niebiosach?“  Długa i dość szeroka dolina przerznięta była mnóstwem żółtych i zielono-żółtych łanów siewnych, oraz skoszonych łąk koniczyny, kwiecistych pól kartoflanych i błękitem zakwitłych skib konopi, ponad któremi unosiła się niezliczona ilość białych motyli. I gdyby dla uzupełnienia całości, wznosił się w pośrodku doliny potężny, stary dwór pański, z licznemi, szaremi zabudowaniami gospodarskiemi i wielkim na czerwono pomalowanym domem mieszkalnym. Przed fasadą, stały dwie wysokie, rozgałęzione grusze, obok drzwi wchodowych kilka młodych brzóz, na podwórzu leżały wielkie pokłady drzewa opałowego, poza stodołą zaś wznosiły się olbrzymie sterty siana. Stercząc tak w pośród równiny, przedstawiał ten dwór pański widok tak wspaniały, jak gdyby olbrzymi okręt z masztami i żaglami wznoszący się ponad powierzchnię morza.  „I taki dwór jest twoją własnością! myślał orząc, młody wieśniak. „Porządnie ciosane budynki, piękny bydłostan i rącze konie, a parobczaki jak złoto! Możesz się równać z najbogatszym w powiecie i nie ma obawy, abyś kiedykolwiek zubożał“.  »To też ja nędzy się nie obawiam«, odpowiedział sam na własne swoje myśli. „Byłbym zadowolonym, gdybym mógł być być takim porządnym człowiekiem, jakim był mój ojciec i dziadek.  „Głupio, że mi się znów te myśli nasunęły« — rzekł, »byłem poprzednio tak wesoły. Ale gdy tylko, o tej jednej rzeczy pomyślę: Za życia ojca wszyscy sąsiedzi stosowali się do niego, i to we wszystkiem co czynił. Tego samego poranku, gdy rozpoczął żniwa, rozpoczynali je i inni, i tego samego dnia, gdy u nas zaczęto przeorywać pole ingmarowskiego dworu, wszyscy na całej dolinie wtykali również pług w ziemię. Ale teraz orzę już tu od kilku godzin, a żaden jeszcze nie wyostrzył pługa swego.  »Zdaje mi się jednak, że gospodarzę we dworze równie dobrze, jak którykolwiek z Ingmarów, synów Ingmarsonów“ rzekł. „Za siano dostałem więcej niż ojciec i usunąłem też wszystkie kwaśne rowy, które za jego czasu przerzynały rolę. I to także święta prawda, że lepiej obchodzę się z lasem, niżeli ojciec, i nie wypalam go, jak to on zwykł był czynić.  »Przykro to o tem myśleć«, rzekł młody wieśniak, i nie zawsze tak lekko nad tem przechodzę jak dziś. Gdy żył jeszcze ojciec i dziadek, wtedy mówili ludzie, że Ingmarsonowie tak długo już żyją na świecie, iż muszą wiedzieć jak Pan Bóg pragnie aby było, i błagali ich, aby rządzili wsią. Oni też ustanawiali księdza i kościelnego, oni oznaczali, kiedy ma być rzeka oczyszczona, i gdzie ma stanąć szkoła. Ale mnie nikt o radę nie pyta, ja nie mam nic do rozporządzenia.  „Dziwne to jednak, jak lekkie wydają się troski w tak piękny poranek. Śmieję się teraz prawie z tego wszystkiego. Jednak boję się, czy w jesieni nie będzie mi gorzej niż dotychczas. Gdy uczynię to, co zamyślam uczynić, wtedy w niedzielę ani ksiądz ani wójt nie zbliżą się do mnie przed kościołem i nie podadzą mi ręki, a dotychczas przecie zawsze to czynili. Nie wybiorą może mnie nawet do wydziału Stowarzyszenia dla ubogich, a już ani myśli o tem, abym został wybranym do Przełożeństwa kościoła.  „Nigdy myśli nie płyną mi tak dobrze, jak kiedy idę tak skibami za pługiem. Człowiek sam jeden i nic nie przeszkadza, chyba te wrony, co po skibach robaczków szukają«. Młodemu wieśniakowi zdawało się, iż myśli tak łatwo mu powstają w głowie, jak gdyby ktoś mu je szeptał do ucha. Ze zaś rzadko umiał myśleć tak jasno i wyraźnie, jak tego dnia, więc wesół był i w dobrym humorze. I zdawało mu się, że niepotrzebnie się troszczy i perswadował sobie, iż nikt przecie żądać odeń nie może ażeby popadł w nieszczęście.  Myślał o tem, że gdyby ojciec jego żył, mógłby go zapytać, tak jak przedtem zawsze we wszystkich trudnych sprawach o radę go pytał i niecierpliwił się mocno, iż nie ma ojca pod ręką i nie może się go natychmiast poradzić.  „Gdybym tylko znał drogę“, rzekł, i myśl ta zaczęła go bawić, „natychmiast poszedłbym do niego. Chciałbym wiedzieć, co też powiedziałby stary Ingmar, gdybym tak pewnego pięknego dnia przyszedł. Wyobrażam sobie, że siedzi we wielkim dworze, ma wiele pola i łąk, i wielkie stodoły i dużo gniadych krów, a żadnych czarnych ani pstrych, lecz wszystkie takie, jakie chciał mieć tu na ziemi. I gdy tak wchodzę do sali...“  Młody wieśniak nagle zatrzymał się na roli i zaśmiał się. Myśli te bawiły go niesłychanie i porywały go za sobą, tak że nie wiedział, czy jest jeszcze na ziemi. Zdawało mu się, że nagle znalazł się u swego starego ojca w niebie.  „Wchodzę do sali“, ciągnął dalej i widzę, że dokoła ścian siedzą wieśniacy i wszyscy mają rudawo — siwe włosy, i białe brwi i grubą dolną wargę, i są tak podobni do ojca jak jedno jaje do drugiego. Gdy widzę tyle ludzi jestem onieśmielony i staję przy drzwiach. Ale ojciec siedzi przy stole na czele i skoro mnie ujrzy, rzecze: — Witam cię młody Ingmarze, synu Ingmarsonów“. I ojciec wstaje i zbliża się do mnie. — „Chciałbym parę słów z wami pomówić ojcze! — mówię, ale widzę tu tyle obcych“. — Ach, ci wszyscy należą do naszej rodziny, rzecze ojciec, „wszyscy ci mężowie mieszkali w ingmarowskim dworze, a najstarszy z nich pochodzi nawet z czasów pogańskich“. — „Tak, ale ja chciałbym parę słów pomówić z Wami na osobności ojcze“.  „Ojciec patrzy dokoła i namyśla się, czy ma mnie zaprowadzić do izby; ale że to ja tylko jestem, więc idzie ze mną do kuchni. Ojciec siada na piecu, a ja na pniaku do rąbania drzewa. „Piękny tu macie dwór, ojcze« powiadam. — „Tak, wcale dobry« mówi ojciec. Ale jakże tam na ingmarowskim dworze „Wszystko dobrze“ powiadam. „Przeszłego roku dostaliśmy dwanaście koron za furę siana“. — Nie może być! mówi ojciec. „Zdaje mi się, żeś ty tu przyszedł, aby sobie żartować ze mnie młody Ingmarze “  „Mnie jednak źle się wiedzie“ powiadam. „Od wszystkich bezustannie słyszę, że wy ojcze byliście tak rozumni jak sam Bóg, ale o mnie nikt się nie troszczy“. — Czy nie wybrali cię do Rady gminnej? »pyta stary». — „Nie, ani do Rady szkolnej ani do przełożeństwa w kościele, ani do wydziału dla ubogich“. — Cóżeś ty takiego popełnił młody Ingmarze?“ — »Ach ludzie twierdzą, iż kto chce mieć staranie o ludzkie sprawy, musi przedewszysfckiem swoje własne interesa należycie załatwiać“.  „I zdaje mi się, że stary spuścił oczy i zastanawia się przez chwilkę. — »Musisz się ożenić Ingmarze, i postarać się o dobrą żonę“ — mówi nareszcie. — »Ależ tego właśnie nie mogę uczynić, ojcze“ — powiadam. »Na, biedniejszy wieśniak we wsi nie chce mi dać swej córki“. — „Powiedz mi w porządku, co to wszystko ma znaczyć, młody Ingmarze« mówi ojciec, a głos jego brzmi trochę żałośnie.  „Widzicie ojcze, przed czterema laty, w tym roku, kiedy objąłem dwór, starałem się o Brygitę w Bergskog». — „Poczekaj“ mówi ojciec, »czy w Bergskog żyje ktoś z naszego rodu?« Nie przypomina sobie już stary dokładnie, co się tu na ziemi dzieje. — »Nie, ale są to ludzie zamożni, i może przypomniecie sobie, że ojciec Brygity jest posłem do parlamentu«. — „Tak, tak, tak, tak, ale lepiej gdybyś się był ożenił z kobietą z naszego rodu, która zna stare zwyczaje i obyczaje“. — Święta prawda ojcze, sam to potem poznałem«.  „Przez chwilę siedzimy obaj z ojcem milcząco,, poczem ojciec zaczyna znów. Musiała być ładna?“ — »Tak, powiadam, miała ciemne włosy i jasne oczy i była kwitnąca ja róża. I była także dzielna, tak że matka cieszyła się, że chciałem się z nią ożenić. I wszystko byłoby dobrze poszło, tylko, widzicie, błąd był ten, że ona mnie nie chciała“.  — „Cóż to znaczy, kto się o to troszczy, co takie młode stworzenie chce“. — „Tak, to też rodzice zmusili ją ażeby przystała.  — Skąd wiesz, że ją zmusili? Zdaje mi się, iż powinna się była cieszyć, że dostanie męża tak bogatego jak ty, młody Ingmarze Ingmaronie«.  „Ach, nie cieszyła się wcale, ale bądź co bądź, dano już na zapowiedzi i oznaczono dzień wesela a przed ślubem Brygita sprowadziła się na dwór ingmarowski, aby matce pomagać w gospodarstwie. Bo matka starzeje się i jest już zmęczona ojcze“ — „Ale to wszystko jeszcze nic złego, młody Ingmarze? — mówi ojciec, zachęcając mnie.  „Ale właśnie owego roku był nieurodzaj na polu i kartofle nie udały się, i krowy pochorowały się, tak iż myśleliśmy z matką, że lepiej będzie — odłożyć wesele na przyszły rok i widzisz ojcze, myślałem, że wesele nie jest rzeczą tak ważną, skoro już wyszły zapowiedzi; zdaje się jednak, że to były myśli przestarzałe«. — „Gdybyś był wziął żonę z naszego rodu, byłaby cierpliwie czekała< — rzekł ojciec, — „O tak — odpowiedziałem — widziałem, że Brygicie nie podobała się ta zwłoka, ale, widzicie, zdawało mi się, że niestaje mi pieniędzy na wesele. Na wiosnę dopiero mieliśmy wasz pogrzeb, a oszczędności w kasie nie chciałem ruszyć“. — „Nie, bardzo słusznie postąpiłeś, żeś chciał czekać a — rzekł ojciec. — „Bałem się jednak, że Brygita nie będzie zadowolona, że chrzciny będą przed weselem“. „W pierwrzym rzędzie trzeba myśleć o tem, czy są pieniądze“ rzecze ojciec.  »Ale Brygita z każdym dniem była coraz bardziej smutna i dziwaczna, i nie rozumiałem wcale, co się z nią działo. Myślałem, iż tęskni do domu, bo kochała bardzo swych rodziców i dom swój. „To przejdzie“, myślałem, skoro się przyzwyczai. Będzie jej się z czasem podobało na ingmarowskim dworze“. Tak uspakajałem się na chwilę, lecz portem pytałem matki, dlaczego Brygita taka blada i zmieniona. Przychodziło mi wprawdzie na myśli, że Brygita gryzie się tem, że wesele odłożono, tem się jednak pytać ją oto. Wiecie ojcze, zawsze mówiliście mi, ażebym w tym roku, kiedy się ożenię, pomalował dom na czerwono. A właśnie w tym roku nie miałem na to pieniędzy. „Na przyszły rok, wszystko to będzie możliwe, myślałem sobie“.  Młody wieśniak szedł wciąż za pługiem i poruszał przytem wargami Był tak zatopiony w swych, myślach, że zdawało mu się, iż widzi przed sobą rzeczywiście twarz ojca. „Muszę ojcu wszystko dokładnie i jasno wyłożyć, ażeby mi mógł dać dobrą, radę“.  „Tak minęła zima i myślałem często, że gdy Brygita będzie wciąż nieszczęśliwa, wolę zrzec się jej i odesłać ją do Bergskog, lecz i na to było już zapóźno. Nadszedł maj i jednego wieczora spostrzegliśmy, że Brygita gdzieś się wymknęła. Szukaliśmy za nią przez całą noc, a nad ranem znalazła ją jedna z naszych służących.  „Trudno mi dalej mówić i milczę, ale ojciec pyta: „Nie była — broń Boże — nieżywa?“ — „Nie, nie ona« — mówię, a ojciec poznaje, że mój głos drży. — „Czy dziecko przyszło na świat?“ pyta ojciec. — „Tak, mówię, a ona zadusiła je. Leżało obok niej“. — Musiała stracić rozum?“ Nie, była była przy zdrowych zmysłach, lecz uczyniła to, aby się zemścić na mnie, za to, że ją wbrew jej woli zdobyłem. Nie byłaby jednak przecie uczyniła tego — mówiła, gdybym się był z nią ożenił, ale tak, myślała sobie, skoro nie chciałem oddać dziecku czci należnej, to nie powinienem wcale mieć dziecka“. — Ojciec teraz milczy zasmucony. „Czy cieszyłeś się nadzieją ojcowstwa, młody Ingmarze?“ pyta nareszcie — „Tak, mówię“ — To szkoda, żeś się wdał z taką złą kobietą“.  „Teraz siedzi zapewne w więzieniu? — pyta ojciec. — „Tak, skazali ją na trzy lata«. I dlatego nikt nie chce ci dać swej córki? — „Dlatego, ale też nikogo jeszcze nie prosiłem o to“. — »I dlatego nie masz poważania we wsi?« — »Ludzie mówią, że źle obeszłem się z Brygitą. Powiadają, że gdybym był tak rozumnym jak wy, ojcze, byłbym się z nią rozmówił i dowiedział się, dlaczego się martwi“. — „Nie łatwa to rzecz dla młodego człowieka poznać się na złej kobiecie“.  »Nie, ojcze — mówię — Brygita nie była złą, lecz była dumną«. — »To na jedno wychodzi«, rzecze ojciec.  »Widząc, że ojciec staje właściwie w mojej obronie, mówię: Wiele ludzi myśli, że mógłbym był rzecz tak urządzić, ażeby wszyscy myśleli, że dziecię urodziło się nieżywe. — „Dlaczego nie miałaby odcierpieć swej kary? rzecze ojciec. — „Powiadają, że za waszych czasów, bylibyście dziewczynie, która ją znalazła, zatkali gębę, tak iż rzecz nie byłaby się wydała« — Czy byłbyś się wtedy z nią ożenił?“ —,.Nie, wtedy nie potrzebowałbym się z nią żenić. Po kilku tygodniach odwołanoby zapowiedzi i byłbym ją odesłał rodzicom, bo jej się u mnie nie podobało«. »Tak, mógłbyś to był uczynić; nie można jednak żądać, ażebyś ty, będąc młodym był tak mądrym jak stary?».  „Cała wieś sądzi, że źle postąpiłem z Brygitą!“. — »Ona jednak postąpiła jeszcze gorzej, gdyż wniosła hańbę w dom uczciwych ludzi!« — „Lecz ja zmusiłem ją do małżeństwa». — »Powinna była cieszyć się tem«, rzecze ojciec.  »Nie sądzicie więc ojcze, że ona z mojej winy dostała się do więzienia?* — Sądzę że z własnej winy dostała się tam«. — „Wtedy wstaję i mówię zwolna: „Nie sądzicie więc ojcze, że powinienem zrobić coś dla niej. gdy na jesień wyjdzie z więzienia?“  — »Cóż możesz dla niej zrobić, czy chcesz się z nią ożenić?“ — »Zdaje mi się, że powinienem to uczynić«. — „Ojciec patrzy na mnie bystrem okiem i pyta« »Czy kochasz ją?«. — »Nie, miłość moją zabiła«. A ojciec na to spuszcza oczy i nie mówi nic, tylko myśli.  „Widzicie ojcze, nie mogę pokonać w sobie wyrzutu, że jestem powodem jej nieszczęścia«, mówię. Stary siedzi cicho i nie odpowiada — „Gdy widziałem ją poraz ostatni podczas rozprawy, była bardzo nieszczęśliwa i płakała gorzko, że niema już dziecka. — Nie powiedziała mi złego słowa, całą winę przyjęła na siebie. Wiele obecnych płakało ojcze, i sędzia nawet miał w oczach łzy. To też dali jej tylko trzy lata«.  »Ale ojciec milczy.  Ciężkie będzie miała życie w jesieni, gdy wróci«, mówię. »W Bergskog nie będą, się cieszyli jej powrotem. Sądzą, że przyniosła im hańbę i nie można wiedzieć, czy nie będą jej czynili wyrzutów. Będzie się musiała kryć w domu; kto wie, czy odważy się pójść do kościoła. Będzie jej trudno żyć w każdym kierunku“.  »Ale ojciec milczy.  »Ale i dla mnie trudno będzie ożenić się z nią“ mówię, kto posiada wielki dwór, temu nie wypada mieć żonę, na którą parobcy i dziewki spoglądają z góry. — Matka również nie byłaby zadowolona i zdaje mi się, że nie moglibyśmy zapraszać do siebie bogatych gospodarzy ani na pogrzeby, ani na wesela.  „A ojciec wciąż milczy.  »Widzicie ojcze, przy rozprawie starałem się pomódz jej, o ile mogłem; powiedziałem sędziemu, że wina moja, gdyż zmusiłem ją. Powiedziałem też, że uważam ją do tego stopnia za niewinną, że gdyby zmieniła swoje usposobienie dla mnie, ożeniłbym się z nią tego samego dnia. Powiedziałem to, ażeby otrzymała mniejszą karę. Ale chociaż pisała do mnie dwa razy, nic nie wskazuje n żeby zmieniła swoje usposobienie. Zrozumiecie więc ojcze, ze nie jestem obowiązany żenić się nią, dla owych słów.  »A ojciec wciąż siedzi i myśli i milczy.  „Wiem dobrze, że to znaczy pojmować rzecz na sposób ludzki, a my, Ingmarsonowie chcieliśmy zawsze postępować wedle Bożego przykazania. Czasami jednak zdaje mi się, że Bóg może nie pochwaliłby tego, gdyby tak wywyższono zabójczynię.  „Ale ojciec milczy“.  „Pomyślcie tylko ojcze, jak to przykro spowodować czyjeś cierpienie i nie próbować mu pomódz. Zdaje mi się, że wszyscy we wsi, wzięliby mi to za złe, ale te trzy lata minione były dla mnie tak ciężkie, że muszę koniecznie spróbować uczynić coś dla niej, gdy będzie wolna«.  „Ojciec siedzi nieruchomo“.  „Już mi się prawie na płacz zbiera, i mówię: Widzicie, ojcze, jestem młodym człowiekiem i stracę wiele, jeżeli się z nią ożenię. Ludzie sądzą, żem źle postąpił, a jeżeli to uczynię będą mnie jeszcze gorzej potępiali.  „Nie mogę jednak wydostać ani słowa od ojca.  »Myślałem także ojcze, że to rzecz dziwna, że my, Ingmarsonowie od tylu lat siedzimy we dworze naszym, gdy inne dwory często zmieniają właścicieli. I myślę sobie, że to może dlatego, iż Ingmarsarnowie zawsze usiłowali kroczyć drogą przez Boga wskazaną. My, Ingmarsonowie nie mamy potrzeby obawiać się ludzi, skoro kroczymy tylko drogą przez Boga wskazaną.  „Teraz starzec podnosi wzrok i mówi; „Trudna to sprawa, Ingmarze, wejdę do sali i poradzę się innych Ingmarsonów.  „Ojciec wstaje i wraca do sali, ja zaś zostaję. Czekam i czekam, ale ojciec nie wraca. Znużony nareszcie kilkugodzinnem czekaniem, wchodzę do ojca.  „Czekaj cierpliwie na dworze, Ingmarze“, mówi ojciec „to trudna sprawa“. I widzę wszystkich starców, jak siedzą z przymkniętemi oczyma i myślą. Czekam więc znów, czekam i jeszcze wciąż — czekam — — —

*****

 Młody wieśniak szedł uśmiechając się za pługiem, który posuwał się zwolna, jak gdyby konie potrzebowały odpoczynku. Gdy doszedł do brzegu rowu, przyciągnął cugle i zatrzymał pług; spoważniał zupełnie.  „Dziwna to rzecz, jeżeli kogoś o radę pytamy, to już pytając spostrzegamy sami co słuszne, a co niesłuszne; i poznaje się zaraz, czego się przez długie trzy lata nie poznało. Ha! Niechaj się dzieje wola Boża!“  Czuł, że musi coś uczynić. Lecz równocześnie rzecz wydawała mu się tak trudną, że odwaga opuszczała go, gdy tylko myślał o tem.  „Boże, dopomóż mi, myślał — — —“  Ingmar Ingmarson nie był jednakowoż jedynym człowiekiem, który o tak rannej porze był w drodze.  Na ścieżce wijącej się wpośród pól zbożowych szedł stary człowiek. Łatwo było odgadnąć, jakie miał zajęcie, gdyż miał oparty o ramię długi penzel malarski i był od czapki do butów zbryzgany czerwoną farbą. Rozglądał się często, jak zwykle czynią wędrujący malarze, aby odkryć dwór niepomalowany, lub na którym farba się zatarła. Zdawało mu się, że tu i ówdzie spostrzega coś podobnego, ale nie mógł się zdecydować, do którego się zbliżyć. Nakoniec wyszedłszy na małe wzgórze, spostrzegł dwór ingmarowski rozłożony potężnie i obszernie w dolinie. „Ach mój Boże! Zawołał głośno i przystanął z radości; ten dom już od stu lat nie był malowany, poczerniał zupełnie ze starości, a budynki gospodarskie w ogóle nigdy farby nie widziały. I co za mnogość domów!“ zawołał „Tu będę miał robotę aż do jesieni!“  Zaledwie uszedł parę kroków, spostrzegł człowieka za pługiem. „Oto wieśniak, który tu mieszka i zna okolicę, pomyślał malarz, od niego dowiem się, czego mi o dworze wiedzieć trzeba“. Skręcił więc z drogi na pole i zapytał Ingmara, co to za dwór i czy sądzi, ze właściciel zechce go dać pomalować“.  Ingmar Ingmarson zadrzał i spojrzał na człowieka ze strachem, gdyby na widmo „Doprawdy, zdaje mi się, że to malarz,“ pomyślał, „i przychodzi właśnie w tej chwili!“ Był tak wzruszony, iż nie mógł słowa odpowiedzieć.  Przypomniał sobie wyraźnie, że ilekroć ktoś ojcu mówił: „Powinniście dać pomalować wasz stary, brzydki dom“, ojciec odpowiadał zawsze, że uczyni to w tym roku, kiedy się Ingmar ożeni.  Malarz pytał raz drugi i trzeci, ale Ingmar stał zupełnie nieruchomo, jak gdyby nie rozumiał.  „Czyżby ci w niebie nareszcie znaleźli odpowiedź?“ pytał w duszy. „Może to poselstwo od ojca, ażebym się w tym roku ożenił!“  Tak go ta myśl uderzyła że bez dalszego namysłu, przyrzekł malarzowi robotę.  Potem szedł dalej za pługiem w głębokiem wzruszeniu i prawie szczęśliwy. „Teraz nie będzie mi już tak trudno, uczynić to, skoro wiem na pewno, że ojciec tego chce“, rzekł.

II

W kilka tygodni później Ingmar zajęty był czyszczeniem uprzęży. Wyglądał, jak gdyby był nie w humorze i robota szła mu powoli. „Gdybym był Panem Bogiem...“ pomyślał i zabrał się z nową energią do roboty; potem zaczął na nowo: „Gdybym był Panem Bogiem, postarałbym się o to, ażeby każda rzecz była wykonana w tej samej chwili, kiedy była postanowiona. Nie zostawiłbym ludziom tyle czasu namyślać się i zastanawiać się nad każdą rzeczą, która im wejdzie w drogę. Mniejsza o to, czy mieliby dość czasu, aby oczyścić uprzęż i pomalować wóz; zabrałbym ich prosto od pługa“.  Wtem usłyszał turkot powozu na ulicy spojrzał i poznał natychmiast konie i powóz.  „Przyjeżdża pan deputowany z Bergskog!“ zawołał do kuchni, gdzie matka jego była przy pracy. Wkrótce też słyszano, iż rozdmuchała ogień i wprawiła w ruch młynek do kawy.  Deputowany zajechał na podwórze; nie zsiadł jednak z powozu. „Nie, dziękuję, nie mogę wejść“, rzekł, „chciałbym tylko parę słów z tobą pomówić Ingmarze. Nie mam wiele czasu, bo mam posiedzenie w Radzie gminnej“.  — „Matka zaraz kawę przyniesie“, rzekł Ingmar“. — „Dziękuję, dziękuję, ale spieszno mi, aby przybyć w czas“. — „Dawno już, odtąd ostatni raz był pan u nas“, rzekł Ingmar.  Matka wyszła przed drzwi i prosiła również aby wszedł. „Pan deputowany nie zechce wszakże odjechać, zanim nie napije się filiżanki kawy“, rzekła Ingmar odpiął skórę u powozu i deputowany wstał. „O, skoro matka Marta sama zaprasza, muszę być posłusznym“, rzekł.  Był to słuszny, piękny, żywych ruchów człowiek, który należał do zupełnego innego typu ludzi, niż Ingmar i jego matka, ci bowiem mieli brzydkie, zaspane twarze i ociężałe postacie. Miał jednak wielki szacunek przed starym rodem ingmarowskim i chętnie byłby oddał swą piękną powierzchowność, aby tak wyglądać jak Ingmar i być jednym z Ingmarsonów. W obec córki swej stawał zawsze po stronie Ingmara i czuł się szczęśliwym, że go tak dobrze przyjęto.  Gdy matka Marta po chwili wniosła kawę, wystąpił ze swoją sprawą.  „Chciałbym“, rozpoczął i odchrząknął, chciałbym powiedzieć wam, co zamierzamy uczynić z Brigitą“. Filiżanka zadrżała cokolwiek w ręce matki Marły, tak iż łyżeczka zadzwoniła o podstawkę; potem nastała niemiła cisza.  — „Sądziliśmy, że najlepiej będzie, ażeby wyjechała do Ameryki“. Zatrzymał się znów i znów nastała cisza. Westchnął nad ociężałością tych ludzi — „Kupiliśmy już dla niej bilet“. — „Czy nie wróci do domu?“ zapytał Ingmar. — „Nie, cóżby robiła w domu?“  Ingmar zamilkł ponownie. Oczy miał przymknięte i siedział tak spokojnie, gdyby spał. Natomiast matka Marta poczęła pytać: „Potrzeba jej pewnie odzieży?“ — „Jest już wszystko w porządku, u kupca Löfberga, gdzie zwykle zajeżdżamy w mieście, stoi już dla niej kufer opakowany“. — „A matka nie pojedzie do niej, aby się z nią jeszcze widzieć?“ „Matka chciała jechać do niej. ale roztrzygnąłem, iż lepiej będzie jeżeli nie będą się widziały“.  — „Może to i dobrze“. — „Bilet i pieniądze złożone są u kupca Löfberga dla niej, będzie więc miała wszystko, czego jej potrzeba“.  „Sądziłem, że Ingmar powinien o tem wiedzieć, ażeby już nie martwić się tą sprawą“, rzekł deputowany. Teraz i matka Marta umilkła, chustka z głowy zsunęła jej się na szyję; siedziała spoglądając na swój fartuszek. „Teraz Ingmar musi pomyśleć o nowem małżeństwie“. Matka i syn milczeli. „Matka Marta potrzebuje pomocy w gospodarstwie, Ingmar zaś musi postarać się o to, aby miała starość spokojną“. Deputowany umilkł i pytał się w duszy, czy też ci ludzie słyszą, co do nich mówi. „Ja i moja żona chcielibyśmy szczerze naprawić wszystko rzekł nakoniec.  Ingmar zaś czuł, że wielka radość budzi się w jego sercu. Brygita pojedzie do Ameryki, nie będzie więc zmuszony żenić się z nią. I nie będzie morderczyni matką rodu na dworze ingmarowskim. Siedział tak spokojnie, bo nie uważał za stosowne okazać swą radość, teraz jednak wydawało mu się stosownem coś powiedzieć. Deputowany umilkł również. wiedział bowiem, że Ingmarsonom trzeba wiele czasu do namysłu. Nareszcie odezwała się matka Ingmara. „Tak, Brygita odcierpiała swą karę, teraz na nas kolej“. Stara chciała przez to powiedzieć, że gdyby deputowany zażądał jakiejś pomocy od Ingmarsonów w nagrodę za to, że wyrównał im drogę, to nie usunęliby się od tego Ingmar jednak zrozumiał te słowa inaczej. Zadrżał i zdawało się, jak gdyby obudził się ze snu. „Cóżby na to powiedział ojciec?“ pomyślał. „Gdybym mu teraz rzecz przedłożył, co by też powiedział?“  „Nie myśl sobie, że wolno ci szydzić ze sprawiedliwości Bożej“, — odezwie się ojciec „Nie myśl sobie, że Pan Bóg puści ci to bezkarnie, jeżeli całą winę złożysz na Brygitę. Jeżeli ojciec jej chce ją odepchnąć, aby ci zrobić przyjemność, aby pieniądze u ciebie pożyczyć, to ty jednak musisz kroczyć drogą przez Boga wskazaną, ty młody Ingmarze Ingmarsonie“.  „Doprawdy zdaje mi się, iż stary ojciec w tej sprawie czuwa nademną,“ pomyślał, pewnie przysłał tu ojca Brygity, aby mi pokazać, jak źle byłoby złożyć całą winę na nią, biedaczkę. Pewnie widział, że w ostatnich dniach miałem wielką ochotę uciekać“.  Ingmar wstał, wlał trochę koniaku do swej kawy i wzniósł filiżankę: „Dziękuję panu deputowanemu, że przybył dziś do nas“, rzekł i uderzył o jego filiżankę.

III

Przez całe przedpołudnie Ingmar pracował gorliwie około brzóz przed wejściem. Naprzód zrobił rusztowanie i powyginał potem wierzchołki drzew tak, iż utworzyły bramę. Drzewa niełatwo się uginały, wyrywały się wciąż i znów były wyprostowane, jak świeca. „Co ty tu robisz?“ zapytała matka Marta. — „Ach chciałbym, żeby drzewa przez jakiś czas w ten sposób rosły.“ Nadeszło południe, a po obiedzie służba wyszła na podwórze aby się przespać. Ingmar Ingmarson spał także, ale leżał na szerokiem łóżku w izdebce za salą. Jedyna tylko gospodyni nie spała; siedziała w sali i robiła pończochę.  W tem otwarły się z cicha drzwi i weszła stara kobieta, nosząca dwa wielkie kosze na drągu zawieszone na karku. Z cicha powiedziała: dzień dobry, usiadła na krześle obok drzwi i nie mówiąc ani słowa, uniosła pokrywy z koszów. Jeden pełny był sucharów i precli, drugi świeżych bułeczek. Gospodyni szybko zbliżyła się i wybrała co uważała za potrzebne. Była zresztą w wydawaniu bardzo oględna, ale dobremu pieczywu nie potrafiła się oprzeć.  Wybierając bułeczki rozmawiała z kobietą, która jak wszystkie tego rodzaju osoby, wędrujące z dworu do dworu i stykające się z wielu ludźmi, miała biegły języczek. — „Jesteście rozumną kobietą Katarzyno, i można wam zaufać“, rzekła matka Marta.  „O tak, odpowiedziała Katarzyna, gdybym nie umiała zamilczeć tego co wiem, ludzie nieraz za łby by się brali“. — „Czasem jednak za dużo milczycie, Katarzyno“. — Stara spojrzała, i natychmiast zrozumiała o czem matka Marta myślała. „Jak mi Bóg miły“ rzekła, i miała łzy w oczach. „Mówiłam z żoną deputowanego w Bergskog, ale powinnam była przyjść do was“. — „Tak. więc mówiliście z żoną posła do parlamentu?“ Niesłychana pogarda brzmiała w tonie, którym wyrzekła te słowa.  Ingmar Ingmarson zerwał się ze snu, gdy się drzwi do sali z cicha otwarły. Nikt nie wszedł wprawdzie, zostały tylko przymknięte. Nie wiedział czy otworzyły się same, czy ktoś je otworzył. Lecz na wpół senny jeszcze leżał spokojnie i słyszał tylko, że w drugiej izbie rozmawiano.  „Powiedźcie mi tylko Katarzyno, zkąd dowiedzieliście się, że Brygita nie kochała Ingmara“, rzekła matka. — „Ależ zawsze mówiono, że ją rodzice zmusili“, rzekła kobieta wymijająco.  — „Mówcie szczerze Katarzyno; jeżeli was pytam, możecie bez ceremonii prawdę powiedzieć. Chyba potrafię jeszcze wytrzymać to, co mi możecie powiedzieć“.  „Otóż, powiem wam, że ilekroć w owym czasie przychodziłam do Bergskog, zawsze zastawałem ją zapłakaną. Raz, gdyśmy obie same były w kuchni, rzekłam do niej: „Pięknego męża będziesz miała, Brygito!“ — Spojrzała na mnie, jak gdyby myślała że chcę z niej szydzić: A potem rzekła: „Tak, toś dobrze powiedziała, piękny bo piękny“. Powiedziała to w taki sposób, że zdawało mi się, iż widzę przed sobą Ingmara Ingmarsona; nie jest co prawda piękny, ale nigdy przedtem nie myślała! o tem, bo miałam zawsze ogromne poważanie dla Ingmarsonów. Lecz teraz nie mogłam się wstrzymać od śmiechu. Brygita raz jeszcze spojrzała na mnie i powtórzyła: „piękny bo piękny“, potem szybko odwróciła się, pobiegła do izby i słyszałam że płakała.  Ale odchodząc, myślałam sobie: wszystko będzie dobrze, bo u Ingmarsonów zawsze wszystko jest dobrze. Nie dziwiłam się rodzicom Brygity, bo gdybym miała córkę a Ingmar Ingmarson chciał ją poślubić, nie dałabym jej także spokoju, aż dokąd by przystała.  Ingmar leżał na łóżku i słuchał. Matka robi to umyślnie“ pomyślał, „dziwi się, że maluję dom, stawiam bramę powitalną i myśli, że mam zamiar pojechać i sprowadzić Brygitę, nie wie wcale, że ze mnie taki głupiec, który się nie może zdobyć na to“.  „Gdy następny raz widziałam Brygitę“, mówiła kobieta dalej, „była już tu na ingmarowskim dworze Nie mogłam się zaraz pytać jak jej się powodzi, bo było wiele ludzi w pokoju, ale gdy odeszłam i podążyłam ku laskowi, poszła za mną. „Katarzyno — rzekła — czy byliście niedawno w Bergskog? — „Przedwczoraj byłam tam“ rzekłam.  „Ach mój Boże“, przedwczoraj byliście, a mnie się zdaje, że już lata całe nie byłam w domu“. — „Niewiedzizałam co jej odpowiedzieć, wyglądała tak, jak gdyby miała natychmiast wybuchnąć płaczem, gdybym cokolwiek powiedziała. „Możesz przecie kiedyś pójść do domu i dowiedzieć się, jak się mają“, rzekłam. — „Nie, odpowiedziała, zdaje mi się, że nigdy już nie powrócę do domu“. — Wybierz się kiedyś do domu“ rzekłam do niej, „tam tak pięknie w górach, cały las pełny poziomek a ogorzeliska czerwone są od jagódek.“ — O mój Boże! zawołała — robiąc wielkie oczy — czy doprawdy już są jagódki? — „Tak jest, i nie trudno ci będzie uwolnić się na jeden dzień i pójść się najeść jagódek do syta.“ — „Nie, nie mogę tego uczynić“ rzekła. Jeżeli pójdę do domu, to potem będzie mi jeszcze gorzej, gdy wrócę tu“.  „Słyszałam zawsze, że u Ingmarsonów jest dobrze“, rzekłam. „To ludzie dobrzy“, — „Tak, od rzekła, to dobrzy ludzie“. — „Nalepsi z całej wsi“ rzekłam, „i są uczciwi“. — „Tak, tego przecież nie uważa nikt za nieuczciwość, jeżeli ktoś bierze żonę wbrew jej woli“. — „Są także bardzo mądrzy“. Tak, zamilczają to, co wiedzą“. — Czy nigdy nie mówią?“ — Nikt z nich nie mówi więcej, niż ta co najpotrzebniejsze“  — „Chciałam już odejść, ale przypomniałam sobie jeszcze coś i zapytałam: „Czy wesele sprawiać się będzie tu, czy u was w domu?“ — „Ma się tu odbyć we dworze, bo tu więcej miejsca“. — „Starajże się, aby wesela zbyt długo nie odkładano“, rzekłam. — „Ma się odbyć za cztery tygodni“, odpowiedziała.  Gdy już jednak miałam ją opuścić, przyszło mi na myśl, że na ingmarowskim dworze nieudały się żniwa, powiedziałam jej, że szczerze mówiąc, nie sądzę, ażeby wesele odbyło się jeszcze w tym roku.  — „Jeżeli tak, to utopię się chyba“ rzekła Brygita.  O miesiąc później słyszałam, że wesele odłożono i obawiałam się, ażeby się coś złego nie stało, poszłam więc do Bergskog i mówiłam z żoną deputowanego. „Oni tam zupełnie złe zabierają się do rzeczy“, rzekłam. „Cóż, musimy zgodzić się na to, jak oni to urządzają“ — odrzekła. Co dzień dziękuj emu Bogu, żeśmy naszą córkę tak dobrze zaopatrzyli“.  „Matka niepotrzebnie sobie tyle pracy zadała, pomyślał Ingmar Ingmarson“, bo nie ma tu we dworze takiego człowieka, któryby chciał pojechać do miasta i przywieść Brygitę. Niepotrzebnie bała się tej bramy powitalnej, to uczyniło się tylko tak, aby módz Panu Bogu powiedzieć: „miałem zamiar to uczynić, to jest dowodem, że miałem zamiar“.. Ale rzeczywiście wykonać, to zupełnie co innego“.  „Kiedy po raz ostatni widziałam Brygitę — ciągnęła Katarzyna dalej, „była już zima i śnieg leżał wysoki. Szłam przez gęsty las wązką ścieżyną; trudno mi było chodzić, bo zaczęło tajać i nogi ślizgały mi się w roztopionym śniegu. Wtem ujrzałam człowieka, który siedział w śniegu i wypoczywał, a gdy się zbliżyłam, poznałam Brygitę. „Sama tak przechadzasz się po lesie? zapytałam“. Tak przechadzam się — odrzekła. Stanęłam i spojrzałam na nią, gdyż nie rozumiałam, po co tu przyszła. „Patrzę, czy nie znajdę tu gdzie stromej skały“, rzekła Brygita. — Zlituj się Boże, nie zechcesz przecie rzucić się ze skały?! zawołałam, bo wyglądała doprawdy tak, jak gdyby już żyć dłużej nie chciała. „Tak, rzekła, gdybym tylko znalazła wysoką i stromą skałę, rzuciłabym się“. Wstydź się Brygito, tak ci tu przecież dobrze. — Widzicie Katarzyno, to ja jestem zła.“ — „Zdaje się doprawdy“.  — „Tak, stałam się złą, gdym się tu wprowadziła“. Potem przystąpiła blizko do mnie z pomieszanemi oczyma i rzekła: „Oni myślą tylko o tem, jakby mnie dręczyć, a ja także myślę tylko o tem, jakby ich dręczyć“. — „Ależ nie Brygito, to dobrzy ludzie“, — „Oni my ślą tylko o tem, jakby mnie w hańbę wtrącić“.  — „Czy mówiłaś z nimi o tem?“ — „Nie mówię nigdy z nimi. Myślę tylko o tem, aby im coś złego wyrządzić.“  „Tak, myślę o tem, czyby nie podpalić dworu; wiem że on jest ogromnie do dworu przywiązany. Potem namyślam, się, czyby nie podać krowom trucizny; są takie brzydkie i stare, i mają białe oczy, jak gdyby były w pokrewieństwie z nimi“.  „Pies, co szczeka, nie ukąsi“ — mówię. „Tak, muszę im coś złego wyrządzić, rzekła, przedtem nie będę miała spokoju“. — „Sama nie wiesz, co mówisz, — rzekłam, stracisz nareszcie na zawsze spokój duszy“.  Wtedy zmieniła ton i zaczęła płakać. Zmiękła i powiedziała, iż trudno jej bardzo zwalczyć złe myśli, które ją opadają. Odprowadziłam ją potem na dwór ingmarowski a gdyśmy się pożegnały, przyrzekła mi, że nic złego nie zrobi, bylebym tylko nikomu nic nie mówiła.  „Potem zastanawiałam się nad tem, z kim mam o tem mówić“, rzekła Katarzyna, „bo nie mogłam się zdecydować iść do tak poważnych ludzi jak wy...  W tej chwili zadzwonił dzwon wzywający na obiad w budynku stajennym; skończył się spoczynek południowy. Matka Marta pożegnała co żywo Katarzynę. „Słuchajcie Katarzyno, jak wam się zdaje, czy między Ingmarem a Brygitą może jeszcze być dobrze?“ — Co? — zapytała stara zdumiona. — „Myślę tak, — gdyby ona nie pojechała do Ameryki, czy sądzicie że wyszłaby za niego?“ „Skądże mogłabym to wiedzieć? Jednak zdaje mi się, że to niemożliwe.“ — „Odmówiła by mu“ — „Pewnie, że tak“.  Z nogami zwieszonemi nad krawędzią, siedzi a Ingmar w izbie na łóżku. „Teraz dowiedziałeś się czego ci było potrzeba, Ingmarze, i zdaje mi się że pojedziesz jutro“ rzekł i uderzył pięścią o łóżko „Ze jednak matce może się zdawać, iż mnie powstrzyma, jeżeli mi pokaże, że mnie Brygita nie kocha“.  I znów raz i drugi uderzył o krawędź, jak gdyby w myślach zwalczyć chciał coś twardego co mu opór stawiało. „Teraz spróbuję raz jeszcze. My Ingmarsonowie rozpoczynamy zawsze na nowo jeżeli coś się popsuło. — Prawdziwy mężczyzna nie zniesie tego, ażeby kobieta ze złości ku niemu zwaryowała.  Nigdy jeszcze nie odczuwał tak głęboko, jakie odniósł upokorzenie i palił się żądzą za jakiemkolwiek zadośćuczynieniem.  „To chyba djabli by nadali, gdybym niepotrafił doprowadzić do tego, ażeby Brygita na ingmarowskim dworze była szczęśliwa“! rzekł.  Raz jeszcze uderzył o krawędź łóżka, zanim udał się do swej roboty.  „Jak mi Bóg miły, tak to Wielki Ingmar przysłał mi tu Katarzynę, ażeby mnie nakłonić do odbycia tej podróży do miasta!“

IV

Ingmar Ingmarson dojechał do miasta i szedł teraz zwolna drogą, ku głównemu więzieniu powiatowemu, które sterczało wysoko na małem wzgórzu poza miejskiemi plantami. Nie oglądał się wcale lecz wlókł się ze spuszczonemi w dół powiekami tak ociężale, jak gdyby był starcem.  Ze względu na poważną sprawę zdjął był swój barwny strój narodowy i włożył czarne sukienne ubranie z krochmalnym przodem białym, trochę już zmiętym. Był w uroczystym nastroju, ale zarazem pełen trwogi i niechęci.  Teraz stanął na wielkim placu wysypanym piaskiem przed więzieniem, ujrzał strażnika i zapytał czy Brygita, córka Erika wyjdzie dziś z więzienia. „Tak, zdaje mi się, że dziś kogoś wypuszczają“ — odrzekł strażnik. — Czy to ta, co siedziała za dzieciobójstwo? — zapytał Ingmar. »Tak to ona; dziś rano mają ją wypuścić«.  Ingmar nie odszedł lecz stanął pod drzewem aby poczekać; ani razu nie odwrócił oczu od bramy więziennej. »Wielu z tych, którzy tu weszli nie miało przyjemnego życia« pomyślał. „Nie chcę przesadzać, ciągnął dalej w myśli, ale niejeden może z tych, co tu weszli miał mniej ciężkie życie, niż ja, będąc wolny«.  „Tak, tak, Wielki Ingmar przecie dokonał tego, że dziś narzeczoną swą z więzienia zabiorę“ rzekł znów. »Nie mogę jednak twierdzić, iż młody Ingmar cieszy się z tego; wolałby był, iżby narzeczona wyszła doń przez bramę tryumfalną z matką u swego boku, wiodącą ją do narzeczonego, I wszyscy w licznem gronie gości weselnych pojechaliby do kościoła. A narzeczona siedziałaby w pięknym stroju obok niego, uśmiechając się pod ślubnym wiankiem«.  „Brama otwarła się kilkakrotnie; wyszedł proboszcz, wyszła żona dyrektora więzienia i służące jej, zdążające do miasta; nareszcie wyszła Brygita. Gdy brama się otwarła, czuł Ingmar, że mu się serce ścisnęło. »Teraz ona idzie“, pomyślał. Przymknął oczy, był jakby sparaliżowany i nie ruszył się. Gdy ochłonął i spojrzał, stała na stopniu przed bramą.  Widział, że zatrzymała się na chwilę. Odsunęła chustkę z głowy i jasnemi oczami patrzyła w dal. Więzienie leżało wysoko ponad miastem i po przez okoliczne miejscowości i lasy mogła ujrzeć góry swej wsi rodzinnej.  Teraz spostrzegł Ingmar, że jakaś niewidzialna moc potrząsa nią i przygnębia ją. Zakryła rękami twarz i usiadła na stopniu.  Ze swego miejsca słyszał wyraźnie, że płakała.  Przeszedł przez plac żwirem przysypany, stanął obok niej i czekał. Płakała tak gwałtownie, że nie słyszała nic i musiał długo czekać. — »Nie, płacz tak Brygito«, rzekł nareszcie. — »Oh Boże! to ty jesteś tu?« zawołała. W tej chwili wszystko co mu wyrządziła stanęło jej przed oczyma wyraźnie, i równie wyraźnie zrozumiała, ile go kosztować musiało to przyjście. Wydała okrzyk radości rzuciła mu się na szyję i płakała znowu  „Ach, jakże pragnęłam, abyś przyszedł! rzekła.— Ingmarowi serce mocno uderzać zaczęło, że cieszyła się jego przyjściem.  „Co mówisz Brygito, czy doprawdy tęskniłaś za mną?“ — zapytał wzruszony. — »Tak, chciałam cię prosić o przebaczenie«.  Lecz Ingmar wyprostował się zupełnie i stał się zimnym jak posąg kamienny. — „Znajdzie się już ku temu. sposobność“ rzekł, „sądzę jednak, że nie możemy tu dłużej stać“. — Nie, to nie jest stosowne miejsce“, rzekła z pokorą. — Zajechałem do kupca Lofberga“, rzekł Ingmar odchodząc. — Tam stoi też mój kufer“. — „Tak widziałem, że stoi tam“ — rzekł Ingmar, „jest za wielki, aby go z tyłu na wóz postawić, musimy go tu zostawić i potem posłać po niego“. — Brygita stanęła i spojrzała na Ingmara. Była to pierwsza aluzya, że ma zamiar wziąć ją ze sobą do domu. — „Otrzymałem dziś list od ojca; pisze mi, że ty również jesteś za tem, ażebym wyjechała do Ameryki“. — Sądziłem, że dobrze będzie, jeżeli będziesz miała wybór; nie byłem pewnym, czy zechcesz iść ze mną“. Zauważyła, że nie powiedział, iż sam sobie tego życzy, przyczyną jednak mogło być to, że nie chciał jej na nowo zmuszać. Zamyśliła się głęboko. Nie było to z pewnością rzeczą pozazdroszczenia godną, sprowadzić taką, jak ona osobę na dwór ingmarowski. „Powiedz mu, że chcesz wyjechać do Ameryki, będzie to najlepsza przysługa jaką mu możesz wyświadczyć“, mówiła sobie w duchu. „Powiedz mu, powiedz mu to“ — tak napędzała się sama. Lecz jeszcze gdy to myślała, słyszała, że ktoś powiedział: „Obawiam się, że nie jestem dość silną, ażeby do Ameryki wyjechać, powiadają, że tam trzeba ciężko pracować“, i zdawało jej się, że to nie ona mówiła, lecz jakaś zupełnie inna osoba. „Tak, słyszałem, że tak mówią“, rzekł Ingmar z cicha. Brygita wstydziła się teraz przed samą sobą, gdy pomyślała, że właśnie dziś rano mówiła do księdza, że wejdzie teraz w świat jako nowy i lepszy człowiek. Bardzo niezadowolona z siebie, szła dalej i rozważała, jakby cofnąć swoje słowa, ale skoro tylko miała już wyrzec stanowcze słowo, powstrzymywała ją myśl, że byłaby to czarna niewdzięczność z jej strony, gdyby go znów odtrąciła, gdy on widocznie jeszcze ją kocha. „Gdybym mogła czytać w jego myślach!“ myślała.  Wtem Ingmar spostrzegł, że Brygita stanęła i oparła się o mur. „Jestem oszołomiona tym hałasem i tylu ludźmi“. Wyciągnął rękę, którą ona ujęła i szli tak ręka w rękę przez ulicę. „Wyglądamy teraz jak para narzeczonych“, pomyślał Ingmar, lecz rozważał wciąż, jak też to będzie gdy przyjdzie do domu, i jak sobie poradzi z matką i z wszystkimi innymi.  Gdy przyszli przed dom Löfberga, rzekł Ingmar, iż koń jego już wypoczął, i że proponuje zatem, jeżeli Brygita niema nic przeciw temu, ażeby pierwszą część drogi jeszcze dziś odbyli. Pomyślała wtedy, że to sposobna chwila, aby mu powiedzieć że nie chce z nim jechać. Modliła się do Boga, aby jej wskazał, czy Ingmar tylko z litości po nią przyjechał Ingrnar tymczasem wyciągnął wózek z szopy. Był na świeżo pomalowany, skóra błyszczała, a siedzenia były pokryte nową materyą. Z przodu na kapie powozu wetknięty był mały, nawpół zwiędły bukiet polnych kwiatów. Gdy Brygita to ujrzała, zaczęła się namyślać. Ingmar wszedł do stajni wyprowadził i zaprzągł konia. Ujrzała wtedy podobny nawpół zwiędły bukiet na uprzęży, i teraz zaczęła już wierzyć, że kocha ją istotnie i że najlepiej będzie milczeć. Inaczej mógłby pomyśleć, że jest niewdzięczną i nie rozumie, jaką to wielką rzecz chce dla niej uczynić.  Wyjechali na drogę, a chcąc położyć koniec milczeniu, zaczęła go wypytywać o różne rzeczy w domu. Przy każdem pytaniu przypominał sobie kogoś, przed czyim sądem drżał. „Jak się ten dziwić będzie“, myślał, jak się ten ze mnie wyśmiewać będzie!“ Dawał jej krótkie odpowiedzi, i znów zdawało jej się, że powinna prosić go, ażeby wrócili. Nie chce mnie, nie kocha mnie; robi to tylko z litości!  Wkrótce przestała się pytać i w głębokiem milczeniu ujechali kilka mil. Lecz gdy zajechali przed gospodę, widziała iż przygotowano dla niej kawę i świeże pieczywo, a na tacy leżały też kwiaty. Domyśliła się, że on to zamówił dla niej, jadąc tędy poprzedniego dnia. Czy i to było tylko z dobroci i litości? Czy był wczoraj wesół? Czy dziś dopiero żałował swego zamiaru, gdy widział ją wychodzącą z więzienia? Ale jutro, gdy o tem zapomni, będzie znowu wszystko dobrze.  Brygita była wzruszona z żalu i pokory. Niechciała mu zrobić zmartwienia. Może on ją przecie — — — —  Przenocowali w gospodzie, a nad ranem ruszyli w drogę, a około dziesiątej, ujechali tyle, iż mogli ujrzeć kościół swej wsi rodzinnej. Gdy przejeżdżali przed kościołem, widzieli mnóstwo ludzi idących do kościoła i dzwony dzwoniły. „Ach mój Boże, toż to niedziela!“ rzekła Brygita i mim woli złożyła ręce. Zapomniała o wszystkiem, tak tylko gorąco pragnęła wejść do kościoła i podziękować Bogu.  Nowe życie w które miała wejść, byłaby chętnie rozpoczęła mszą w starym kościele.  „Chciałabym pójść do kościoła“ — rzekła do Ingrnara. W tej chwili nie myślała wcale o tem, że trudno mu było pokazać się z nią w kościele, była przepełniona pobożnością i wdzięcznością. — Ingmar bliskim był odmówienia jej prośby, nie przypisywał sobie tyle odwagi, ażeby mógł spotkać się z tyloma ostremi spojrzeniami i złośliwemi językami. „Raz przecie musi to nastąpić“ — pomyślał i skręcił na drogę wiodąca do kościoła. „Pierwej, czy później, zawsze to przebyć trzeba“.  Gdy wjeżdżali na wzgórze, siedziało na niskim kamiennym murze wiele ludzi, którzy, czekając na rozpoczęcie mszy, spoglądali tymczasem na przybywających. Skoro poznali Ingmara z Brygitą, poczęli szeptać, potrącać się wzajemnie i wskazywać na nich. Ingmar spojrzał na Brygitę; siedziała ze złożonemi rękami, i zdawało się, iż nie wie, gdzie jest. Nie widziała ludzi, ale tem lepiej widział ich Ingmar, kilku z nich nawet biegło za wozem. Nie dziwiło go to wcale, że biegli za nim i że się na nich gapili! Nie mogli być pewni, że dobrze widzieli, nie mogli bowiem pomyśleć sobie, że on z tą która jego dziecko udusiła, przyjedzie do Domu Bożego. „Tego już za wiele“, pomyślał sobie, „tego nie zniosę“.  Najlepiej będzie, jeżeli zaraz wejdziesz do kościoła“, — rzekł pomagając jej przy wysiadaniu. — „Tak jest“ odrzekła, gdyż przyszła tu, aby być na mszy, nie zaś aby się spotkać z ludźmi. Ingmar nie stracił wiele czasu z wyprzygnięciem i pożywieniem konia. Wiele oczy zwróconych było na Ingmara, lecz nikt doń nie przemówił. Gdy był gotów nareszcie, i wszedł do kościoła, wszyscy już prawie byli na swoich miejscach i rozpoczął się już śpiew. Idąc przez nawę kościoła szerokiem przejściem, spojrzał na stronę kobiecą. Wszystkie ławki były obsadzone z wyjątkiem jednej, na której siedziała tylko jedna osoba.  Spostrzegł natychmiast, że była to Brygita, i odgadł, że nikt nie chce obok niej siedzieć. Uszedł jeszcze kilka kroków, potem zwrócił się do oddziału kobiecego i usiadł obok Brygity. Brygita spojrzała zdziwiona, gdy zbliżył się do niej. Przedtem nie zwróciła na to uwagi, lecz teraz odgadła, że nikt nie chciał obok niej usiąść. Wtedy uroczysty niedzielny nastrój, który przejmował ją przedtem, zamienił się w głęboki smutek. Co też z tego będzie? Ach, nie powinna była nigdy z nim wrócić!  Łzy stanęły jej w oczach, a nie chcąc płakać otworzyła stary śpiewnik, leżący przed nią i zaczęła czytać. Przerzucała ewangelie i listy, ale poprzez łzy, których powstrzymać nie mogła, nie rozróżniała liter. Wtem coś czerwonego zabłysło jej przed oczyma; był to leżący między kartkami znaczek z czerwonem sercem Wzięła go i podsunęła Ingmarowi.  Wiedziała, że trzymał go w swej wielkiej dłoni i spoglądał nań z ukradka. Lecz wkrótce potem leżał na ziemi. „Co się z nami stanie, co się z nami stanie? myślała Brygita i łzy jej spływały na śpiewnik.  Wyszli z kościoła skoro tylko ksiądz zszedł z ambony, Ingmar zaprzęgał wózek pospiesznie i Brygita pomagała mu przy tem. Gdy wygłoszono błogosławieństwo, zaśpiewano końcowe zwrotki i ludzie zwolna zaczęli wychodzić z kościoła, Brygita i Ingmar byli już w drodze do domu. Oboje myśleli prawie to samo, Kto popełnił taką, zbrodnię temu nie wolno już żyć między ludźmi. Oboje czuli że siedzieli tam w kościele jak gdyby pod pręgierzem. „Tego nie wytrzymamy oboje“ myśleli.  W pośród swego smutku ujrzała Brygita dwór Ingmarowski, i prawie nie poznała go, tak Błyszczał swą nową czerwonością. I przyszło jej na myśl, że zawsze mówiono o tem, iż dwór pomalują na czerwono, gdy się Ingmar ożeni. Wtedy zaś odłożyli wesele, bo nie chciał wydać pieniądzy na pomalowanie domu. Ach, Brygita dobrze to czuła,, że chciał wszystko zrobić jak najlepiej, lecz że potem przychodziło mu to z wielką trudnością.  Gdy dojeżdżali do ingmarowskiego dworu domownicy, byli właśnie przy obiedzie. „Przyjechał pan“, rzekł jeden z parobków, patrząc przez okno Matka Marta wstała, lecz zaledwie podniosła ospałe powieki. „Zostaniecie tu wszyscy“ rozkazała, niechaj nikt nie wstaje od stołu“.  Stara kobieta ociężale przeszła przez izbę. Ludzie patrzący za nią dziwili się, że jak gdyby dla nadania sobie większej powagi, była w stroju niedzielnym i miała jedwabny szal na ramionach i jedwabną chustkę na głowie. Stała już na progu u wejścia, gdy powóz nadjechał.  Ingmar szybko zeskoczył. Brygita jednak została w powozie. Przeszedł na drugą stronę ku niej, i odpiął skórę powozową. „Czy nie chcesz wysiąść„?  — „Nie, nie wysiędę.“ — Wybuchła płaczem i zakryła twarz rękami. — „Nie powinnam tu była wrócić“, rzekła łkając.  — „Ach, zejdź przecie z powozu“, rzekł Ingmar.  — „Pozwól mi wrócić do miasta, nie jestem ciebie warta“. — Ingmar może myślał, że ma słuszność, nie wypowiedział tego jednak; trzymał wciąż skórę z powozu i czekał. — „Co ona mówi?“ zapytała matka Marta na bramie.  — „Mówi, że nie warta nas“ rzekł Ingmar, gdyż Brygita z płaczu nie mogła ani słowa wymómić. — „Dlaczego płacze?“ zapytała stara. — „Bojestem nieszczęśliwa grzesznica“, rzekła łkając Brygita i przyciskała rękę do serca, bo zdawało jej się, że jej z bolu pęknie. — „Co ona mówi?“ zapytała znów stara. — „Bo jest nieszczęśliwą grzesznicą“, powtórzył Ingmar.  — Słysząc, że Ingmar powtarza jej słowa głosem chłodnym i obojętnym, zrozumiała Brygita nagle całą prawdę. Nie, nie mógłby tak stać i powtarzać matce jej słowa, gdyby mu coś na niej zależało, gdyby czuł dla niej chociażby odrobinę miłości. Teraz nie miała już potrzeby pytać, wiedziała już wszystko, czego jej trzeba było wiedzieć.  „Dlaczego nie wysiada?“ zapytała stara.  Brygita stłumiła łzy i odpowiedziała sama donośnym głosem: „Dlatego ponieważ nie chcę Ingmara do nieszczęścia doprowadzić“  — „Zdaje mi się, że ona ma słuszność“, rzekła matka, „pozwól jej odejść młody Ingmarze. Jeżeli nie, to ja odejdę, wiedz o tem, nie mogę z taką ani jednej nocy pozostać pod jednym dachem“...  „Boże, mój Boże, zabierajmy się już stąd!“ błagała Brygita. — Ingmar zaklął, nawrócił powóz i wskoczył na siedzenie. Sprzykrzyło mi się już wszystko, i nie miał ochoty dłużej walczyć“.  Gdy byli znów na gościńcu, spotykali co chwila ludzi wracających z kościoła. Było mu to przykro, Ingmar zboczył więc nagle na wązką leśną drożynę, która dawnemi czasy służyła za gościniec Była kamienista i nierówna, jednokonką jednak można nią było jechać.  Właśnie gdy skręcał na tę drogę, ktoś wołał za nim. Spojrzał w tył; był to listonosz, który mu wręczył list. Ingmar wziął go, włożył do kieszeni i puścił się w las.  Gdy był już tak daleko, że go z gościńca nikt widzieć nie mógł, zatrzymał konia i wyjął list, lecz w tej chwili Brygita położyła mu rękę na ramieniu. „Nie czytaj go“, rzekła. „Nie mam go czytać?“. — „Nie nie warto go czytać“.  — „S&ąd możesz to wiedzieć?“ — To list odemnie“.  „Więc możesz powiedzieć mi sama, co w nim jest“.  — „Nie, nie mogę“.  Spojrzał na nią; była mocno zarumieniona, a w oczach jej malowała się trwoga. „Zdaje mi się, że przecie przeczytam ten list, rzekł Ingmar. Chciał go otworzyć, lecz ona próbowała mu go wydrzeć. Oparł się jednak i udało mu się otworzyć kopertę. „O, mój Boże!“ płakała, że też niczego nie można mi oszczędzić!“  „Ingmarze — błagała — przeczytasz go za kilka dni, po mojem wyjeździe“. Rozłożył już list i zaczął go czytać. „Posłuchaj, Ingmarze to ksiądz więzienny namówił mnie do napisania tego listu, i przyrzekł mi, że go zatrzyma przy sobie, i wyszle dopiero, gdy będę na okręcie. Teraz wysłał go zbyt za wcześnie, nie masz więc prawa czytać go teraz. Dopiero gdy wyjadę, możesz go przeczytać.  Ingmar spojrzał na nią z gniewem, skoczył z powozu, jak gdyby chciał mieć od niej spokój, i zabrał się do czytania listu. Brygita była teraz w takiem rozdrażnieniu, jak dawnymi czasy, gdy nie mogła swojej woli wykonać. — „To nie prawda, co tam stoi! To ksiądz mię namówił! Nie kocham cię, Ingmarze!“ Ingmar popatrzył na nią zdziwionym wzrokiem. Wtedy umilkła, poddała się znów w pokorze, której nauczyła się w więzieniu i uspokoiła się. Zresztą, czyż nie zasłużyła na to wszystko!  Ingmar z trudem odczytywał list..Nagłe zmiął go niecierpliwie, a z gardła wydobył mu się chrapliwy ton. „Nie mogę się dorozumieć niczego!“ zawołał i tupnął nogą. „Wszystko mi się miesza przed oczyma“.  Obszedł powóz, zbliżył się do Brygity i chwycił ją gwałtownie za ramię. Głos jego był gniewny i ostry, i wyglądał straszliwie. „Czy to prawda co tam w liście napisane, że ty mnie kochasz?“ zapytał wzburzony. — „Tak“ odrzekła szeptem.  Potrząsł jej ramieniem i odtrącił go.  — „A więc kłamiesz, kłamiesz!“ zawołał. Wybuchnął głośnym, dzikim śmiechem i wykrzywił twarz ohydnie „Bóg świadkiem“, rzekła uroczyście że codzień modliłam się, aby mi wolno było przed wyjazdem ujrzeć cię jeszcze raz jeden“. — Dokąd że to wybierasz się? — „Wyjadę przecie do Ameryki“. — „Diabła tam, wyjedziesz!“  Ingmar był jakby pomieszany; chwiejnym krokiem wszedł w las, rzucił się na ziemię i teraz na niego przyszła kolej płakać. Brygita poszła za nim i usiadła obok niego; czuła się tak wesołą, że ledwie mogła się wstrzymać od śmiechu. — „Ingmarze, młody Ingmarze — rzekła, nazywając go pieszczotliwem imieniem.  — „Przeciesz ty uważasz mnie za brzydkiego!“  — „Tak, to prawda“ — Ingmar odtrącił jej rękę.  „Teraz opowiem ci wszystko“, „Dobrze, opowiedz“. — „Czy pamiętasz coś powiedział przed trzema laty na rozprawie?“ — „Tak“. — „Że ożeniłbyś się ze mną, gdybym się zmieniła“. — „Tak przypominam sobie“. — „Ot tej chwili zaczęłam cię kochać, bo nigdy nie uwierzyłabym, że ktoś mógłby tak postąpić. Był to czyn nadludzki, Ingmarze, że mogłeś powiedzieć to, po wszystkiem, co uczyniłam. Gdy wtedy spojrzałam na ciebie, Ingmarze, zdawało mi się, że jesteś piękniejszym niż inni, mądrzejszym, niż inni, że jesteś jedynym, z którym mogłabym żyć. Pokochałam cię serdecznie i zdawało mi się, że należysz do mnie, i ja do ciebie. I z początku uważałam to za rzecz pewną, ze przyjedziesz i zabierzesz mnie; ale później nie miałam już odwagi spodziewać się tego“.  Ingmar podniósł głowę. „Dlaczego nie pisałaś?“  „Pisałam przecie“... — „pisałaś o przebaczenie, o tem przecie nie warto było pisać“. — „O czem więc miałam pisać?“ — „O tem drugiem“. — Czy ja mogłam o tem pisać, ja? — „O mało co, a nie byłbym przyjechał“. — „Ależ Ingmarze, nie mogłam przecie oświadczać ci się, po tem wszystkiem, co ci wyrządziłam!“ Ostatniego dnia w więzieniu pisałam dlatego tylko, bo ksiądz mówił, że powinnam to uczynić. Wziął list do siebie, i przyrzekł mi że go odeszle, po mojem wyjeździe, tymczasem wysłał go już teraz“.  Ingmar ujął ją za rękę, położył rękę na ziemię i uderzył z lekka. „Miałbym ochotę bić cię“.  — Możesz zrobić ze mną, co chcesz Ingmarze“. Spojrzał jej w twarz, której cierpienie dodało nowego uroku, potem wstał, pochylił się głęboko nad nią. Ale mało brakowało, a byłbym ci pozwolił odjechać’“ — „Jednak nie mogłeś się powstrzymać i przyjechałeś“. — „Muszę ci powiedzieć, że wcale — cię nie kochałem“. — „Rozumiem to dobrze“. — „Cieszyłem się słysząc, iż masz wyjechać do Ameryki“.  — Tak, ojciec ojciec pisał mi, żeś się tem ucieszył“. — Gdy patrzałem na matkę, myślałem, iż nie mogę jej przyprowadzić taką synowę, jak ty“. „Nie Ingmarze, to też być nie może“’ — „Ile ja przez ciebie musiałem ścierpieć! nikt nie chciał już mieć ze mną do czynienia, dlatego, że tak źle obszedłem się z tobą“. — „Zdaje mi się, że teraz naprawdę bijesz mnie Ingmarze“. — O tak, nikt nie ma wyobrażenia o tem, jak strasznie jestem zły na ciebie“.  Siedziała całkiem spokojnie. „Jeśli pomyślę ile się wycierpiałem przez tyle miesięcy!“ rozpoczął znowu — „Ależ Ingmarze!“ — „Ach, nie dlatego zły jestem na ciebie, lecz dlatego, że mógłbym ci był pozwolić odjechać!“ — „Czy nie kochałeś mnie Ingmarze?“ — „O nie!“ — „I podczas podróży do mnie, nie kochałeś mnie?“ — „Ani na chwilę! Byłaś mi wstrętną“. — „Kiedyż znów miłość wróciła?“? — Gdy list dostałem“. — „Tak, widziałam, że u ciebie to już minęło, i dlatego myślałam, że to wstyd dla mnie, abyś się dowiedział, że u mnie się właśnie rozpoczęło“.  Ingmar śmiał się z cicha. „Co ci się stało Ingmarze?“ — „Myślę o tem, że z kościoła uciekliśmy, a z ingmarowskiego dworu wypędzono nas“. — „I śmiejesz się z tego?“ — „Bo czyż to nie śmiesznie? Musimy teraz jak włóczędzy przenocować pod gołem niebem. Gdyby to ojciec wiedział!“ — „Śmiejesz się teraz, ale to być nie może, to być nie może, i to moja wina“. — „Jakoś to będzie“ odrzekł, teraz nietroszczę się już o nikogo, tylko o ciebie“.  Brygita była bliską płaczu z trwogi, lecz on chciał bezustannie tylko słyszeć o tem, że o nim myślała i tęskniła za nim. Powoli uspokoił się, jak dziecko, któremu śpiewają kołysankę. Wszystko jakoś stało się inaczej, niż Brygita myślała. Myślała że skoro przyjedzie, natychmiast będzie mówiła o swej winie i powie mu, jak ją to przygniatał i jak się czuje złą, Powie też jemu, albo matce albo komukolwiek, kto po nią przyjedzie, że dobrze wie, o ile niżej od nich stoi, i że nie myśli wcale uważać się za równą im. A tymczasem nic z tego wszystkiego nie powiedziała.  Ingmar przerwał jej nagle i rzekł z cicha: „Chciałabyś mi coś powiedzieć“. — Tak chciałabym bardzo“. — „Coś o czem myślisz bezustannie“. — „Tak w dzień i w nocy“. — Więc powiedz teraz, będziemy to znosili we dwoje“. Popatrzył jej w oczy, które miały wyraz trwożny i pomieszany, ale uspokoiły się w miarę, gdy mówiła o swej tajemnicy. „Teraz już ci lżej będzie“, rzekł, gdy skończyła. — „Tak, teraz jest mi już zupełnie dobrze“ rzekła. „To dlatego, że teraz nosimy to we dwoje. Teraz już nie zechcesz odejść!“ — „O nie, tak bardzo pragnęłabym zostać“, rzekła składając ręce.  „A więc, jedziemy do domu“, rzekł Ingmar, wstając. — O nie, nie mam odwagi“, rzekła Brygita. — E, matka nie jest tak niebezpieczna, jeżeli tylko zrozumie, że sam wiem czego chcę“. — „Nie, nie chcę wypędzać jej z własnego domu. Nie widzę innego wyjścia, prócz wyjazdu do Ameryki“.  — „Wiesz co ci powiem“, rzekł Ingmar uśmiechając się tajemniczo, „nie obawiaj się, jest ktoś, co nam pomoże“. — „któż to taki?“ — ^Mój ojciec, już on to tak ułoży, że wszystko będzie dobrze“.  Wtem ktoś ukazał się na leśnej ścieżce. Była to Katarzyna, lecz nie poznali jej prawie, bo nie miała na sobie ani jarzma, ani koszy. „Dzień dobry, dzień dobry!“ — pozdrowili starą, ta zaś zbliżyła się i ściskała ich za ręce. „Tak siedzicie sobie, a tymczasem wszyscy parobcy z ingmarowskiego dworu szukają za wami. — Wyszliście tak spiesznie z kościoła,“ mówiła stara dalej, „że nie mogłam się do was dostać, chciałam jednak powitać Brygitę, poszłam więc na dwór ingmarowski, a równocześnie przyszedł tam także i ksiądz proboszcz i wszedł do sali, zanim jeszcze powiedziałam mu dzień dobry. I zanim jeszcze podał rękę na powitanie matce Marcie, zawołał do niej: „Teraz matko Marto, będziecie mieli pociechę z Ingmara, teraz pokazał, iż pochodzi ze starego rodu Ingmarsonów i my już musimy go odtąd nazywać Ingmarem Wielkim!  Matka Marta nie mówi wiele, stała tylko i wciąż rozwiązywała i zawiązywała swą chustkę. „Co ksiądz proboszcz mówi?“ zapytała na koniec“ „Przywiózł Brygitę do domu“, rzekł proboszcz, „i wierzcie mi matko Marto, za ten czyn będą go wszyscy czcili jak długo żyć będzie“. — Ależ nie, ależ nie“, mówiła stara. — „Straciłem niemal wątek kazania, gdy ujrzałem ich siedzących w kościele, było to lepszem kazaniem, niż którekolwiek z moich. Ingmar będzie nam wszystkim dobrym przykładem, równie jak był jego ojciec. — „Ciężkie wiadomości przyniósł nam ksiądz proboszcz“, rzekła matka Marta. „Czy jeszcze nie wrócił do domu?“’ — „Nie, nie ma go w domu, ale być może pojechali wpierw do Bergskog“.  „Czy matka to powiedziała?“ zawołał Ingmar. Tak z pewnością, gdy na was czekaliśmy, wysyłała jednego posłańca za drugim, aby was szukał“.  Katarzyna jeszcze coś mówiła, lecz Ingmar nie słuchał już; myśli jego odbiegły daleko. — „I wchodzę znów do sali“ pomyślał, gdzie siedzi ojciec i wszyscy Ingmarsonowie. — „Dzień dobry, Ingmarze Wielki“, mówi ojciec, wychodząc naprzeciw mnie. „Dzień dobry, ojcze, i dzięki Wam za pomoc“...Tak teraz żenisz się dobrze“, mówi ojciec teraz wszystko już pójdzie ci gładko“. — Nie byłbym nigdy dokonał tego, gdybyście mi nie byli pomogli“, mówię. — „Nie wielka to sztuka“, mówi ojciec „My Ingmarsonowie kroczymy zawsze drogą przez Boga wskazaną“.

U nauczyciela

W parafii, do której należeli dawni Ingmarsenowie, nie było człowieka z początkiem lat 80-tych, któryby mógł był wyobrazić sobie, iż byłby w stanie kiedykolwiek przyjąć nową wiarę, lub uczestniczyć w jakimś nowym kulcie religijnym. Ludzie słyszeli wprawdzie o tem, że tu i ówdzie w innych parafiach wsi Dalarne, powstawały nowe sekty, że niektórzy z członków tych gmin zstępowali do rzek i stawów, aby przyjąć nowy chrzest Babtystów; śmieli się jednak z tego, mówiąc: „Dobrze to może dla tych, którzy żyją w Apelbo lub w Gagnef, do nas jednak nie dojdzie to nigdy“.  Tak, jak wiernie trzymano się wszystkich innych zwyczajów, tak zważano z całą surowością i na to, aby każdej niedzieli być w kościele. Kto tylko mógł przyjść, przychodził, nawet w zimie podczas najostrzejszych mrozów. I właśnie w zimie było to koniecznem, gdyż w nieogrzanym kościele nie można byłoby wytrzymać przy czterdziestostopniowym mrozie, gdyby kościół nie był zapełniony ludźmi.  Myliłby się jednak, ktoby sądził, że ludzie dlatego tak tłumnie chodzili do kościoła, ponieważ mieli doskonałego proboszcza. Ksiądz, który nastąpił po starym proboszczu, jeszcze z czasów młodości Wielkiego Ingmara, dobrym był człowiekiem, nikt jednak nie mógł powiedzieć, iż miał on szczególny dar do wykładania słowa Bożego. W owym czasie przychodzono do kościoła dla sławy Bożej, nie zaś dla rozkoszowania się pięknem kazaniem. Gdy potem ludzie wśród mroźnego wichru i śnieżnej zawieruchy wracali z trudem do domu, myśleli sobie: „Pan Bóg zauważył to dobrze, żeś był w kościele przy tak silnym mrozie“.  To było najgłówniejszą rzeczą, zresztą nikt nie troszczył się o to, że ksiądz proboszcz mówił zupełnie to samo. co każdej niedzieli, odkąd przybył do wsi.  Bogiem a prawdą jednak, byli wszyscy prawie zupełnie zadowoleni z tego, co słyszeli. Wiedzieli, że to, co proboszcz czytał, było słowem bożem i dlatego podobało im się. Tylko nauczyciel, albo tu i ówdzie jeden ze starszych, mądrych chłopów, powiedział przy sposobności: „Nasz ksiądz zawsze ma zawsze to samo kazanie. Nie mówi o niczem innem, jak tylko o opatrzności Bożej i o rządach Bożych To uchodzi jeszcze, jak długo sekty trzymają się z daleka; obecnie bowiem twierdza nasza źle jest strzeżona i może upaść przy pierwszym szturmie“.  I w istocie, rzecz miała się tak, iż wędrujący kaznodzieje zawsze omijali tę parafię. — Nie ma tam po co przychodzić, mówili. — Ludzie tutejsi nic nie chcą słyszeć o przebudzeniu się. To też kaznodzieje i przebudzeni“ z sąsiednich wsi, uważali starych Ingmarsonów i innych mieszkańców tej parafii za wielkich grzeszników, a gdy odzywały się dzwony wiejskiego kościoła, mówili, iż wydzwaniały one melodyę „Usypiajcie wśród grzechu, usypiajcie wśród grzechu!“