Maja Liza. Romans - Selma Lagerlöf - ebook

Maja Liza. Romans ebook

Lagerlof Selma

3,0

Opis

W Boże Narodzenie 1800 roku biedna dziewczynka Nora, córka Marit z Koltorp, zmaga się z matką i młodszym bratem z burzą. Idą do bogatego krewnego, aby udać się na przyjęcie bożonarodzeniowe, dzieci nie chcą wracać do domu, bo wiedzą, ile jedzenia będzie na przyjęciu i chcą najeść się do syta. Na przyjęciu, żona miejscowego pastora interesuje się dziewczynką i zabiera je do pracy na plebanii Lövdala. Zostanie służką Maji Lisy, pasierbicy pastora. Kiedy Nora przychodzi na plebanię, czuje, że wszystko jest w porządku, ale drugiej nocy słyszy córkę pastora opowiadającą historię panny Śnieżki i to, jak jej słodki ojciec ponownie ożenił się z nikczemną czarownicą do macochy. Nora nie jest do końca pewna, czy naprawdę jest nią sama Maja Lisa, ale wkrótce rozumie, że żona pastora jest naprawdę paskudną macochą, która nęka pasierbicę. Ludzie w parafii również nie lubią żony proboszcza... a co było dalej, dowie się czytelnik po lekturze całej powieści.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 272

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

Selma Lagerlöf

 

Maja Liza

 

romans

 

PrzełożyłFranciszek Mirandola.

 

Armoryka

Sandomierz

 

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

Na okładce: Adolf Pirsch (1858-1929), Guwernantka (fragment),

licencjapublic domain,

źródło: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Pirsch_-_Anna_Maria_Elisabeth_Aloyse_Chorinsky_von_Ledske_with_her_governess.jpg

 

Wydanie według edycji z roku 1925.

Pisownię nieznacznie uwspółcześniono.

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-508-1

 

 

BURZA.

 

Drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia roku Pańskiego 1800, szalała w okręgu löweńskim Wärmlandu tak straszna burza, że coś okropnego. Zdawało się, że wszystko na ziemi zostanie docna wyniszczone.

Niechże nikt nie twierdzi, iż nie było przedtem i potem burz równie gwałtownych, zwłaszcza nie trzeba tego mówić osiadłemu zdawna i staremu mieszkańcowi löweńskiego okręgu, bo każdy nasłuchał się z młodu dość o tem i ma przekonanie, że burzy takiej przeżyć drugi raz niesposób.

Do dziś wszyscy na pamięć wyliczyć mogą obalone płoty, rozniesione strzechy i zapadłe stajnie, pod belkami których bydło było przez dni kilka pogrzebane. Pokazują też miejsca, gdzie wybuchł pożar, niemożliwy do opanowania podczas wichury, tak że cała wieś spłonęła. Na górach też każdy był i wiedział, iż czasu nawałnicy drzewa lasu, wydarte z korzeniami, leżały pokotem, tak że dotąd wygląda tam, jakby ktoś wygolił.

Wiadomo dobrze, że mówią sobie ludzie: niema wichru takiego, któryby nie przyniósł komuś coś dobrego. Nikomu atoli nie postało w głowie, by miało się to odnosić również do burzy z drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia, która jeno szkód mnóstwo narobiła wszystkim.

Spośród wszystkich atoli, najmniej chyba jakiejś korzyści od tej burzy, spodziewać się mogła „dziewczyna” z Koltorpu. Nie, zaprawdę nie przyszło jej to nawet na myśl, gdy stała tegoż ranka świątecznego na skraju lasu i patrzyła, jak wichr porywa śnieg, popiół, śmieci, oraz wszystko inne i niesie w dolinę u nóg jej leżącą, niby dymem zasutą.

Nigdy nie stało jej się jeszcze w życiu tak naprzekór, a przecież miała już lat trzynaście i szło jej na czternasty.

Zazwyczaj umiała zachować dobry humor, bez względu na to, coby ją spotkało, i w najcięższych chwilach nie traciła otuchy. To jednak, co się dziś działo, było wprost nie do zniesienia.

Zaprawdę, omal łzy jej nie trysły z wielkich, połyskliwych oczu i nie stoczyły się po bladej, szczupłej buzi!

Dziewczyna wychyliła się trochę z pośród drzew, jakby chciała spróbować mocy wichru. I zaraz też zaczął szamotać jej chuściną na głowie, bębnić po krótkim, baranim serdaczku i okręcać jej wokoło nóg spódniczkę własnej roboty tak ciasno, że omal nie upadła.

Nie była sama, matka i mały braciszek znajdowali się też w lesie. Oboje mieli taką samą jak ona odzież, serdaki z białego barana i spódnice z czarnego, sztywnego fryzu. Nie mogli też nawet inaczej się ubrać, bowiem dziewczyna dziedziczyła odzież po matce, a malec dziedziczył po niej. Cała różnica pomiędzy tą trójką była w tem, że tamci dwoje, równie ciepło odziani, nie wyszli jak ona z lasu, ale stali pod osłoną drzew.

Matka i mały braciszek mieli twarze równie szczupłe i blade jak dziewczyna i takież same jasne, mądre oczy, oboje też myśleli to co ona, mianowicie, że burza jest dziś dla nich istnem nieszczęściem. Byli podobnie zmartwieni i zbierało im się, zaprawdę, obojgu na płacz.

Czekający w lesie, mieli atoli miny nierównie mniej desperackie od dziewczyny.

Stała na samym szczycie góry, wiecie gdzie, oto akuratnie nad Bäckkofem, w broeńskiej parafji, i miała przed oczyma całą drogę, wijącą się szerokiemi zakrętami, aż do broeńskiego kościoła.

Cóż widziała? Oto chłopi, jadący sankami do kościoła, zawracali wpół drogi i dążyli z powrotem do domów. Nie potrzebowała widzieć więcej, by dojść do przekonania, że jest zgoła niemożliwem, by matka i braciszek mogli przebyć dwie mile drogi, aż do Nyhofu w swartosoeńskim okręgu, dokąd byli zaproszeni na świętalny poczęstunek.

Uświadomiwszy sobie to, dziewczyna mimowoli zacisnęła w pięści dłonie, tkwiące w wielkich rękawicach.

W lesie, gdzie mieszkali, pośród drzew było tak zacisznie, cicho! Ach, gdybyż mieli wyobrażenie, co się dzieje na dworze, zanim dotarli do skraju boru! Niezawodnie, nie wychylaliby się nawet z domu i wolałaby to, niźli taki zawód!

Trzeba wiedzieć, że dziewczynie nic nie zdawało się gorszem nad konieczność zawrócenia i wyrzeczenie się nadziei dojścia tam, dokąd zamierzała.

O, gdybyż bodaj nie marzyła przez cały, długi rok, bez końca o tym drugim dniu świąt, w którym mogła pójść do Nyhofu! Jak na złość stanęły jej właśnie w tej chwili przed oczyma wielkie, buchające parą kotły i długie stoły, nakryte śnieżnemi, aż do samej ziemi sięgającemi obrusami, na których piętrzyły się całe góry kromek chleba z masłem! Ach, ileż razy powiadali sobie oboje z braciszkiem, kiedy matka nie miała im dać co jeść: na świętalnym poczęstunku u wuja w Nyhofie, w drugi dzień Bożego Narodzenia podjemy sobie do syta!

Ach, ach! Myślała nad tem, że dziś właśnie gotują tam słodką zupę z rodzynkami, że będzie lemiszka ryżowa i ciastka, potrawka i kawa z doskonałą, kruchą bułeczką, a ona nie dostanie ani odrobiny z tego wszystkiego.

Zawrzała wielkim gniewem i uczuła chęć wyładowania go na kimś, czy czemś. Nic takiego nie było w pobliżu, pomyślała więc tylko, że burza mogłaby mieć chyba więcej rozumu i nie zjawiać się właśnie tego dnia. Wszak było święto, wiatr nie musiał dziś obracać wiatraka, była zima, nie musiał tedy dąć w żagle i pomagać rybakom na jeziorze. Był wolny od wszelkiej pracy. Złościła się na burzę, ale to nic nie pomagało.

Mieli teraz właśnie przed sobą najcięższy kawałek drogi. Musieli zejść po stromem zboczu, minąć Helgesaäter, przedostać się na wzgórza Broby, dotrzeć do Löwenu, potem do kościoła i dopiero stamtąd rozległemi polami plebańskiemi dojść do Nyhofu, drogą biegnącą przez otwartą, niezadrzewioną przestrzeń. To był. najprzykrzejszy kawałek, pod samym bowiem folwarkiem za wzgórzami Hedeby gościniec zanurzał się ponownie w las, nie było tedy żadnego niebezpieczeństwa.

Po niejakim czasie nabrała przekonania, że nie jest tak znowu strasznie i trzeba spróbować. Gorzej niż zupełnie źle sprawa pójść nie mogła w każdym razie.

Zadowolona była teraz nawet, widząc, że matka stoi w lesie i duma. Póki duma, może się jeszcze zdecydować iść dalej. Ach... biada, właśnie w tej chwili uczyniła matka ruch, jakby chciała zawrócić w głąb lasu, a braciszek uczynił naturalnie to samo co matka.

Powzięła postanowienie i śmiało zaczęła zstępować ze stromego zbocza. Zrazu kroczyła pomału, potem coraz prędzej, bo wiatr dmuchał od tyłu, pchając ją, nakoniec poprostu musiała biegnąć. Wystrzegała się, by nie spojrzeć za siebie, bowiem matka lub brat mogli jej dać znak powrotu i wszystkoby przepadło. Była teraz niemal pewna, że wołają oboje, by stanęła. To jej jednak nie wprawiało w zakłopotanie, bo dostała się w sam pas huraganu, który hałasił i łomotał tak, że niepodobieństwem było pochwycić słowa.

Nie zachodziła też obawa, że matka podbiegnie i zatrzyma ją, bowiem musiała prowadzić malca, by go wichr nie obalił i nie mogła iść szybko.

Uspokoiło ją to, szła tedy, nie oglądając się wstecz. Niestety, burza była gorsza, niźli sobie wyobrażała.

Ponad głową dziewczyny przelatywały ogromne czarne ptaszyska, machając skrzydłami. Pędzone wiatrem, sunęły i roztrząsały się w locie tak, że po chwili nie miały już ani skrzydeł ani nawet ciała. Ogarnęła ją zgroza, nic podobnego nie widziała bowiem dotąd, a przyszła do siebie dopiero poznawszy, że te ptaki, to wielkie okłoty słomy, wyrwane z jakiegoś dachu.

Za każdym krokiem pod wiatr czuła, że powietrze zapiera jej drogę, staje dęba i chce ją wywrócić. Gdy się obróciła za wiatrem, pchał ją naprzód i chcąc iść, musiała zgiąć kolana i pochylić się jak najmocniej naprzód, gdyż tylko to dawało dostateczny opór. Ciągła walka znużyła ją wielce i wkońcu wydało jej się, że ciągnie za sobą wyładowany wózek.

Wiatr dął od północy, niosąc taki zamróz, jakgdyby tańczył z trupami. Ostry i gwałtowny był, a przenikał przez serdak i spódniczkę do ciała, mrożąc niby lodem. Niewiele sobie z tego, coprawda, robiła, ale czuła, że palce nóg drętwieją jej w bucikach, szytych smolistą nicią, a nie może również ruszać palcami rąk, w włóczkowych rękawicach ukrytych. Paliły ją też uszy pod chustką, mimo to jednak kroczyła dalej, aż zeszła do samych stóp wzgórza. Dopiero znalazłszy się w dolinie, stanęła, czekając na matkę i brata.

Gdy się ukazali, podeszła ku nim.

— Najlepiej byłoby wrócić! — powiedziała — Do Nyhofu się i tak nie dostaniemy.

Na to matka rozgniewała się, a malec także i powiedzieli oboje, że sobie wypraszają te ciągłe rządy i dyspozycje, bo sami wiedzą dobrze, co mają czynić.

— O, nie! — zakończyła matka — Musisz iść, zasiąść do stołu i najeść się do syta!

— Tak! — dodał malec. — Musisz najeść się tyle wiatru, by ci starczyło na cały miesiąc!

Matka i brat poszli dalej, a ona musiała rada nierada iść za nimi.

Gdy dotarli do Uwhofu, spotkali Lotę-latawicę i Jasia-dziadusia. Oboje byli nawykli do każdej pogody, włócząc się po żebrach w świątek, czy piątek, a mimo to zobaczywszy idących, złożyli dłonie koło ust i poradzili im, by co prędzej wracali, bo nad jeziorem jest tak strasznie zimno, że na pewno pomarzną wszyscy.

Mimo to matka i malec poszli dalej. Dotąd czuli urazę do smarkuli i chcieli jej dać poznać całą okropność burzy, aż do syta.

Po pewnym czasie spotkali konia Eryka z Falli. Kroczył sam, ciągnąc puste sanki prosto do domu, nie troszcząc się o swego pana, któremu wichr zerwał kapelusz i który teraz właśnie biegał wzdłuż płotów, przełaził niskie murki, otaczające zagrody i nużał się w głębokich rowach. Znudziło mu się poprostu stanie, więc ruszył przed siebie.

Ale matka i malec mieli takie miny, jakby się im to wszystko wcale dziwnem nie wydawało. Szli poprostu dalej i basta.

Nie zatrzymali się ni razu, aż dotarli do wzgórz pod Broby. Tam wpadli odrazu w wielki tłum ludzi, koni i sanek. Wszyscy czekali tu, nie mogąc ruszyć dalej. Bo oto stała się rzecz dziwna. Wielka jodla brobska, najwyższa w całej okolicy, widoczna zdala, jak szczyt Gurlity, została przez wichr obalona i leżała teraz wpoprzek drogi. A właśnie miał się odbyć w pobliskim kościele brobskim ślub Ja na z Gulläsy i Brity z Kringäsy. Stary Jan Jansa z Gulläsy; matka panny młodej z Kringäsy, oraz sąsiedzi, krewni, grajek Jöns, piękna Gunara z Högsjö i wiele innych osób, mających stanowić orszak ślubny, czekali, niewiadomo na co, i ruszyć dalej nie mogli. Gadali jeden przez drugiego i opowiadali, że dwa razy już zatrzymały ich obalone burzą drzewa, że dotąd je usuwali, ale tej jedli w żaden sposób rady nie dadzą.

Ojciec pana młodego krążył pośród zebranych, traktując ich wódką, ale nie pomagało to wcale do dalszej podróży. Narzeczona wysiadła z sanek, płakała z powodu tak licznych przeszkód na drodze do kościoła, a wichr wyszarpywał tiulowe róże i zielone jedwabne listki, któremi był przyozdobiony jej strój ślubny, tak że ludziom, jadącym później tędy, wydać się mogło, iż burza znalazła dziki krzak róży w jakimś czarodziejskim lesie i porwała z sobą kwiaty i liście, rozsiewając je po śnieżnej, zimowej bieli wokół.

Leżąca wpoprzek drogi jedla nie zdołała jednak powstrzymać matki i malca, podleźli pod nią poprostu i szli dalej, bowiem żywili przekonanie, że dziewczyna niedość ma jeszcze burzy.

Dotarli z trudem do rozstaja, gdzie stała gospoda brobska.

Tu ujrzeli majorową Samzeliusową, jadącą parokonnemi, krytemi saniami. Dopiero widząc, że majorowa siedzi pod budą, pojęli dobrze, jak straszną jest naprawdę dzisiejsza niepogoda, bowiem majorowa nie bała się dosłownie niczego. Ujrzawszy ich, majorowa wystawiła z pod budy dłoń ściśniętą w pięść, pogroziła im i krzyknęła głosem tak potężnym, że mimo wichru wyraźnie usłyszeli słowa:

— Zabieraj się natychmiast do domu, Marit z Koltorpu! Jakże możesz wychodzić z dziećmi w czasie, kiedy ja sama nawet muszę jechać krytemi sankami!

Ale matka i malec pomyśleli sobie, że dziewczynie dobrze zrobi, gdy jeszcze przez chwilę pomocuje się z wichrem.

Dotarli wreszcie do mostu rzuconego ponad wąskiem ramieniem średniego i górnego Löwenu i tu musieli iść zgarbieni, trzymając się poręczy. Burza szalała w tem miejscu gorzej niźli gdzieindziej, toteż natychmiast zmiótłby ich wiatr na lód, gdyby się jeno wyprostować poważyli.

Po szczęśliwem przejściu mostu, znaleźli się akuratnie na pół drogi do Nyhofu i dziewczyna zaczęła przypuszczać, że może, mimo wszystko zdążą na poczęstunek świętalny.

Ledwie jednak to pomyślała, zjawiła się nagle nowa przeszkoda. Malec nie mógł widocznie znieść straszliwego lodowatego wichru, wiejącego na moście, bo rzucił się zimny jak sopel lodu na ziemię i nie chciał się ruszyć. Matka podniosła go, zaczęła trząść i nacierać, wkońcu podążyła z nim do pierwszego z brzegu domu.

Dziewczyna przelękła się bardzo i pobiegła za matką. Nie wiedziała co ma czynić, uświadamiała sobie tylko, że jeśli braciszek jej zamarznie, to jej to będzie winą. Gdyby nie jej uwaga, byłaby matka niewątpliwie zawróciła do domu.

W domu, do którego weszli, mieszkali bardzo dobrzy ludzie, którzy oświadczyli, że gości nie puszczą, dopóki nie ustanie burza i nie chcieli słuchać o niczem innem. Powiadali też, że prawdziwe mieli szczęście, iż do nich wstąpili, bo gdyby byli szli dalej, choćby tylko do plebanji, zamarzliby na pewno wszyscy troje.

Wydawało się, jakoby matka była uradowana, iż znaleźli się pod dachem. Siedziała uśmiechnięta, spokojna, jakby jej całkiem wyszło z pamięci, że teraz oto właśnie kręcą się w Nyhofie rożny, a z wielkich kotłów, pełnych mięsiwa, zbierają kucharki warzęchami tłuszcz.

Gospodarstwo nagadali się do syta, powtarzając raz po raz, jak to dobrze się stało, że wędrowcy do nich wstąpili, potem zaś przyszło im na myśl zapytać, z jakiego właściwie powodu wyruszyli z domu, czy ich może burza zaskoczyła w powrocie z kościoła?

Matka opowiedziała, dlaczego wyszli z domu. Mieli udać się do Pera Jansy do Nyhofu, który jest jej szwagrem, mimo że jest bogaty, a mąż jej był wielkim biedakiem. Drugiego dnia świąt daje on co roku wielkie przyjęcie, a jako szwagierka jest na nie oczywiście zaproszona. Wiedziała dobrze, coprawda, że niepogoda jest straszna, ale uczta owa jest jedyną w ciągu roku dla nich sposobnością zabawienia się i nasycenia do woli.

Gdy to usłyszeli zacni ludziska, zaczęli na nowo biadać i żałować matki z powodu, że nie może iść do Pera Jansy na przyjęcie, bo tam niezawodnie wszystkiego pod dostatkiem i zabawa, co się zowie. Ale niesposób próbować nawet ruszać w burzę, gdyż życie musiałaby narazić poprostu.

Matka potakiwała im i zdawało się, że niczem jest dla niej siedzieć oto spokojnie w domostwie biedaków, podczas gdy czeka na nią niedaleko tyle przeróżnych przysmaków.

— Gdybyście nie miała z sobą dzieci — powiedział wkońcu gospodarz — możeby się wam jednak udało dotrzeć do Nyhofu!

I na to zgodziła się matka ochotnie. Tak, zdążyłaby może na przyjęcie, powiedziała, gdyby nie to że ma z sobą dzieci, których narażać w tak okropny czas nie ma odwagi.

Nie, nie, nie było żadnej rady, wszyscy to wiedzieli dobrze, ale mimo to zacni gospodarze bardzo żałowali matki. Widać było całkiem wyraźnie, jak im to jest przykre.

Nagle wpadła gospodyni doskonała myśl, tak że rozradowała się wielce.

— Mam coś! — zawołała — Jeśli macie ochotę iść sama, to dzieci możecie zostawić u nas!

Oboje, mąż i żona uszczęśliwieni byli tym pomysłem i zachodzili w głowę, czemu odrazu tej imyśli nie powzięli.

Matka wymawiała się trochę zrazu, ale niebawem uległa. Potem ułożono się, że dzieci zostaną w gościnie do końca dnia, a nawet przez noc, a matka zabierze je, wracając nazajutrz.

Matka poszła, a dzieci zostały.

Teraz przepadła już cała nadzieja na wspaniałą ucztę świąteczną. Dziewczyna czuła to dobrze. Cóżby jednak pomogło, choćby była powiedziała, że chce iść z matką? Ci przezacni, gościnni ludzie nie byliby jej pewnie puścili, a także nie można było przecież zostawić malca samego.

Gospodarze usiłowali zabawić dziewczynę i rozweselić ją potrochu, ale nie pisnęła słówka, a nawet obracała się ciągle plecami do nich, wkońcu stanęła przy oknie i zapatrzyła się na dwie wielkie brzozy, kiwające się gwałtownie w wichurze, jakby jej wybijały pokłony.

Stała u okna, a w sercu jej kotłowały najrozmaitsze uczucia. Pomiędzy innemi pragnęła przez chwilę, by burza rzuciła się z całą siłą na gościnny dom, rozniosła go na wszystkie strony, a ona mogła wyjść na świat.

Ach... cóż to się dzieje, przemknęło jej przez myśl! Patrząc na brzozy, spostrzegła rzecz zgoła dziwną, oto chwiały się one z każdą chwilą coraz to mniej, tak że wydało jej się, iż cichnie hałas i łomot, a śmieci i słoma nie latają już w powietrzu.

Dziewczyna nie wiedziała, czy ma wierzyć własnym oczom, ale tak było w istocie. Na polu uspokoiło się wszystko nagle do tego stopnia, że długie witki brzóz ledwo lekko drżały.

Gospodarze nie zauważyli tego i bawili się z chłopczyną, aż musiała ich zawiadomić, że burza ustała.

Zdziwili się ogromnie oboje i wyrazili żal, że nie stało się to trochę wcześniej, bo w takim razie dzieci byłyby zdążyły również na ucztę. Wiedzieli dobrze i przyznawali ochotnie, że siedzenie bez celu przez tyle godzin w obcym domu nie ma w sobie nic zachwycającego.

Dziewczyna wysłuchała do końca, a potem powiedziała, że gdyby jej pozwolono, doszłaby teraz razem z bratem do Nyhofu. Gościniec biegnie prosto, jak strzelił, zabłądzić tedy nie może, a w biały dzień nie stanie im się przecież nic złego.

Gospodarze byli to widać ludzie naprawdę bardzo dobrzy, nie chcący nikomu psuć uciechy, bo zgodzili się zaraz i pozwolili dzieciom iść.

Wszystko się tedy zmieniło na dobre, wiatr ustał, chmury rozpierzchły się, droga doskonała i łatwa, a nadewszystko nie było tu nikogo, ktoby mógł dzieci zawrócić i zamknąć w izbie, gdy iść chciały.

Jedno tylko niepokoiło dziewczynę. Wydało jej się, że słońce zniża się jakoś zbyt szybko na południowej stronie nieba. Tak, stanowczo osuwało się za prędko. Nie wiedziała, która może być godzina. Ukłuła ją nagle w serce myśl, że może już późno, a w Nyhofie wszyscy siedzą właśnie w najlepsze przy stole. Tymczasem jeszcze cała mila drogi przed nimi. Czyż zdążą na czas, czy może zastaną jeno puste półmiski i ogryzione kości?

Chłopiec miał dopiero siedm lat i nie mógł iść prędko, ponadto tyle dziś przeżył, że mu to odebrało rzeźkość i odwagę.

Doszli właśnie do doliny u stóp brobskich wzgórz i dziewczyna przystanęła, ogarniając spojrzeniem świeżo zamarzłe, lśniące połyskliwym lodem jezioro löweńskie.

Spytała brata, czy nie pamięta, kiedy to matka, wróciwszy do domu, powiedziała im, że Löwen zamarzł. Dziwiła się bardzo, że jezioro zamarzło jeszcze przed Bożem Narodzeniem i przez cały wieczór mówili o tem.

— Pamiętani! — odparł malec — Było to w wilję wigilji! Wiem dobrze.

— Ha... więc od czterech, już dni jezioro zamarznięte — powiedziała — lód musi być mocny i uniesie nas na pewno.

Chłopak ożywił się zaraz, zrozumiawszy, że siostra chce obrać drogę przez lód.

— Tak, tak! — zawołał wesoło — Pojedziemy lodem aż do Nyhofu!

— Nyhof położony jest nad wodą, będzie nam tedy najbliżej! — zauważyła.

Jednocześnie zawahała się, ale malec zaczął nalegać. Nie chciał wcale iść drogą. Uparł się, by niezwłocznie zeszli na lód.

— Musisz powiedzieć mamie, że to ty chciałeś! — rzekła — Na ciebie nie będzie się gniewała.

Do jeziora nie było daleko, niebawem też dzieci stały na lodzie. Był gładki, lśniący i równy. Nie mógł być piękniejszy, ni bardziej błyszczeć. Dzieci ujęły się za ręce, zaczęły ślizgać, coraz to bardziej oddalając się od brzegu.

Hej! Było to dużo lepsze niż wędrowanie po nudnym gościńcu. Pewni byli, że w ten sposób zdążą do Nykofu jeszcze przed końcem uczty.

Nagle posłyszała dziewczyna za sobą szum i łomot. Poznała zaraz co to takiego. Nie potrzebowała nawet patrzeć za siebie, czuła na plecach całe niebezpieczeństwo. Burza rozpętała się na nowo.

Wydało się, że ucichła poto jeno, by dzieci zwabić na lód. Teraz zaczęła na nowo dokazywać, rzuciła się na nie i poprzewracała.

Nie, niesposób było iść dalej lodem, od ponownego wybuchu burzy nie mogli się utrzymać na nogach. Nie było innej rady jak wracać na brzeg. Zaczęli zdążać doń z mozołem, na czworakach i oboje stracili całą otuchę. Dziewczyna zrozumiała, że jest teraz wraz z małym braciszkiem w sytuacji zgoła rozpaczliwej. Jakże zdołają dostać się pomiędzy ludzi? Jeziorem iść się dalej nie dało, a na brzegu w miejscu, do którego dotarli, widniała jeno stroma góra, ciemniał las, a nawet drogi nie było.

Ach! Biedny malec opadł z sił, bał się i płakał.

Dziewczyna stała na brzegu, nie wiedząc co począć.

Nagle przyszło jej na myśl, jak to często zjeżdżali z góry obok domu, gdy była pokryta lodem i śniegiem. Zaraz też zaczęła zbierać gałęzie i składać na dwa stosy. Skończywszy, posadziła na jednej brata i, czołgając się na czworakach, zepchnęła go na lód.

Znalazłszy się w silnym prądzie wichru, siadła na drugiej kupce, każde wzięło ponadto do rąk dużą gałąź jodłową i trzymało ją przeciw wichrowi.

Hej, hej! — wrzasła burza — Hej, hej!

Potrząsała nimi, przewracała, jakby chciała się namyśleć, co ma właściwie czynić.

Nagłe powzięła postanowienie, wichr uderzył z całą mocą, a oni pojechali. Jechali wspaniale, błyskawicznie, a nawet nie czuli teraz wiatru, ni zimna. Gdyby nie mknący obok nich szybko brzeg, sądziliby, że siedzą spokojnie w miejscu.

Malec krzyczał na całe gardło z radości, ale dziewczyna siedziała na swojej kupce z zaciśniętemi ustami i rozglądała się bacznie, czy nie napotka jakiejś nowej przeszkody, dzielącej ich od świętalnego poczęstunku.

Była to najszybsza podróż w życiu dzieci. W ciągu kilkunastu minut zobaczyli przed sobą wsunięty w jezioro przylądek, na którym stały zabudowania Nyhofu.

Właśnie miano zasiadać do kolacji, gdy dzieci ukazały się w dali, na lodzie. Wszyscy wybiegli co prędzej by zobaczyć, co to za dziwną jakaś rzecz jedzie przez jezioro.

Trudno wysłowić, jak się wszyscy dziwowali, poznawszy dzieci. MNie mogli się dość nadziwić Per Jansa i żona Pera Jansy, sam proboszcz i wszyscy goście. Nie było temu końca.

Jedna jedyna tylko matka nie wyglądała wcale na zdziwioną.

— Ta dziewczyna nie ustępuje nigdy! — powiedziała — Musi się stać to, co chce. Przez cały czas, rzec można, spodziewałam się, że przyjedzie powietrzem na miotle.

Przez cały wieczór wszyscy mówili o dziewczynce, chwalili ją i zapewniali, że zostanie dzielną gospodynią domu. Była najważniejszą osobą.

Pastorowa zaprosiła matkę do siebie na kanapę i rozmawiała z nią przez długą chwilę, a ciągle o dzielnej dziewczynce.

Matka powiedziała, że chociaż ta jest jeszcze mała, umie już bardzo porządnie prząść i czesać, wełnę, a przez całe lato zbierała jagody i nosiła na sprzedaż do Helgesäteru. Kapitan darował jej elementarz, a jedna z panien helgesäterskich pomogła jej trochę, tak, że nauczyła się czytać i pisać.

Proboszcz swartsjoeński był przez długie lata wdowcem, a ożenił się powtórnie dopiero zeszłego lata. Nowa pastorowa była niska, szczupła i miała konopiaste, niemal białe włosy. Cera jej twarzy była delikatna i bez zmarszczek, tak że nikt w świecie nie mógłby określić, w jakim jest wieku. Miała opinję niesłychanie dzielnej pani domu, a ludzie powiadali też, że gdy jeno rzuci na kogoś okiem, natychmiast wie, ile jest wart.

Pastorowa powiedziała matce, że od dłuższego już czasu ma zamiar przyjąć małą dziewczynkę do domu, do obsługi swej pasierbicy. Dotychczas funkcje te pełniła pokojówka, ale ponieważ chce, by więcej zajęła się tkaniem, przeto zdecydowałaby się na pomocnicę. Spytała matki, czy miałaby coś przeciw temu, by córka wstąpiła w jesieni do służby na plebanji.

Coś przeciw temu? Dziwne pytanie! Matka nie mogła sobie wyobrazić większego szczęścia dla dziewczyny, niż służba w Löwdali.

Pastorowa śledziła przez cały wieczór małą oczyma. Zdawało się, że nie może myśleć o nikim prócz niej.

Po chwili przywołała ponownie matkę.

— Czy to prawda — spytała — że dziewczyna umie czytać i pisać?

Matka zaręczyła uroczyście, że jest to najrzetelniejsza prawda.

— No to, w takim razie ułóżmy się, że zaraz pojedzie do Löwdali! — zaproponowała pastorowa — Możecie wracać do domu na Löwdalę i dziewczyna zostałaby na plebanji.

Tak też postanowiono.

Ale i potem jeszcze pastorowa obserwowała dziewczynę jak poprzednio, tak jakby się jej nie mogła napatrzyć.

I znowu po chwili wyraziła, chęć pomówienia z Marit z Koltorpu.

— Jak jej na imię? — spytała.

— Eleonora, ale zwiemy ją krótko Norą.

— Więc to szczera prawda, że umie pisać? — spytała raz jeszcze pastorowa. — Nie mówicie tego przez pychę?

— Nie, nie. — zaręczyła matka — to jest najświętsza prawda!

— Ano, w takim razie najlepiej będzie, jeśli jeszcze dziś wieczór pojedzie razem z nami sankami do Löwdali! — zadecydowała pastorowa. — Właśnie mi bardzo potrzeba takiej dziewczyny, tedy może zaraz objąć służbę.

Oczywiście stało się wedle życzenia pastorowej, bo zaliczała się do osób, którym trudno czegoś odmówić i sprzeciwiać się jej nie było sposobu.

 

KOŁOWROTKI.

 

Wielki, dalarneński zegar szalkowy, stojący w pokoiku obok kuchni, tak zwanej komorze, wydzwonił godzinę szóstą z takim hałasem, jak gdyby ciężkie wagi miały zamiar spaść na samo dno piekła. Zbudziło to dziewczynę, śpiącą na trzech zestawionych krzesłach. Było to legowisko nader chwiejne, ale wrócili późno i musiała zadowolić się tem naprędce przysposobionem posłaniem.

Zeskoczyła, na ziemię, krzyknęła głośno i wybiegła na środek izby. Śniło jej się, że leży w trumnie i ma zostać pochowaną, a dzwony kościelne biją jej na pogrzeb właśnie.

Stanąwszy bosemi stopami na zimnej podłodze, przyszła zaraz do siebie i oprzytomniała.

Pewnie nikt nie usłyszał jej okrzyku! Ach, straszny byłby wstyd, gdyby ktoś z nią spał razem w komorze. Coś okropnego! Dziewczęta służebne wyśmiałyby ją na pewno, gdyby posłyszały, że się zlękła zegara. Nie pojmowała zresztą wcale dlaczego się przestraszyła. W domu nie było, coprawda, zegara, ale w Nyhofie stało i wisiało ich kilka w sali i mniejszych pokojach mieszkalnych, wiedziała też dobrze, co to zegar i jak bije.

W komorze nie było całkiem ciemno. W rogu widniało ognisko z kilku tlejącemi polanami, tak że mogła się rozejrzyć. Nie, dzięki Bogu, nie było prócz niej nikogo w stancji. Wąska, drewniana ławka z oparciem, na której leżała mamzel Maja Liza, gdy dziewczyna przybyła w nocy, pusta już była, a w dodatku bez pościeli, przysposobiona na dzień.

Jeśli zaś wstała już mamzel Maja Liza, to i jej pora ubierać się, oczywiście.

Umyśliła przyłożyć do ognia polano, by przy jego świetle znaleźć pończochy, trzewiki i resztę odzieży. W takim razie mogła być w mig gotową.

Jakaż to dziwna rzecz! Oto znajdowała się w komorze na löwdalskiej plebanji, gdzie matka jej była swego czasu niańką, zanim wyszła za ojca. Ciekawa, czy jej się tu będzie równie jak matce podobać i czy przywyknie do tego miejsca?

Na, calem świecie nie było nikogo, z wyjątkiem syna oczywiście, kogoby matka równie kochała jak pastorównę. Mówiła o niej zawsze niby o jakiejś księżniczce.

Ach, ileż się naopowiadała! Pastorówna była piękna. Ile razy jechała drogą, ludzie porzucali robotę, biegli i stawali u płotów, by ją zobaczyć choć na chwilę.

Proboszcz miał w parafji wielkie znaczenie, ale mawiał zawsze, że jest jeno przybłędą w porównaniu z córką i ludzie sobie z niego niewiele co robią. Przybył tu niedawno, podczas gdy ona pochodzi ze starego, plebańskiego rodu, osiadłego od stu lat w parafii i odziedziczy też Löwdalę i plebanję po jego śmierci.

Czasem gniewało ją niemal nawet to ciągłe opowiadanie o pastorównie. Matka powtarzała nieustannie jedno w kółko, zupełnie jakby nie było innych ludzi na świecie, lub z nią się równać nie mogli. Teraz jednak cieszyło ją bardzo, że nakoniec zobaczy pastorównę.

Radaby była zrozumieć też, skąd pochodzi ów hałas, dochodzący ją przez cały czas ubierania. Nie jest to już pewnie wczorajsza burza, nie od niej to huczało jej w uszach! A może zresztą rozpętała się na nowo? Nie, nie, hałas był zgoła inny, równiejszy, zupełnie jednostajny, przypominający dudnienie młyna.

Skończyła się ubierać i otworzyła drzwi kuchenne.

Teraz już nie dziwowała się przyczynie hałasu. Cała kuchnia pełna była prządek i kołowrotków. Jeden kołowrotek za drugim, jedna prządka za drugą... dziewczyna dojrzeć nie mogła końca, szeregu.

Zatrzymała się w progu, gdyż uczuła nagły zawrót głowy. Widywała już trzy, razem warczące kołowrotki w jednej stancji, tak, tyle ich widywała, tu jednak znajdowało się takie mnóstwo, że zadała sobie mimowoli pytanie, czy umie wogóle tak daleko liczyć...

W kuchni panował mrok, dlatego też nie mogła się zorjentować odrazu. Kilka żywicznych kłodzin jałowca płonęło na ruszcie paleniska, żelazną sztabą przymocowanego do komina. Stanowiło to całe oświetlenie. Pozatem dlatego jeszcze widać, niczego wyraźnie nie było, bo kołowrotki i prządki okrywała gęsta chmura pyłu, wzbitego w powietrze przędzeniem.

Koniec końcem czegoś podobnego nie widziała dotąd w życiu. Stała w progu, zapatrzona w biegnące koła, ruszające się pedały, zręczne, błyskające palce prządek, a w głowie kręciło jej się coraz to bardziej. Chcąc się opanować i pokonać to przykre wrażenie, zaczęła sobie zadawać pytania. Tak radziła zawsze matka.

— Ile też przędzie się w tej kuchni motków w ciągu jednego ranka? Ile też pęków takich motków wisieć już może w składzie na piętrze? Ile też tkackich warsztatów musi się puścić w ruch na wiosnę, by zetkać wszystką tę przędzę. Ile też postawów płótna musi się potem blichować... Ile też...

Zawrót głowy minął zupełnie, tak, że mogła zaryzykować przejście pomiędzy kołowrotkami. Nie było ich zresztą tak niesłychanie dużo, jak zrazu sądziła, ale także nie mało. Stały długim szeregiem, a raczej rozwartym kręgiem, od ogniska aż do drzwi wchodowych.

Tuż przy niem, oświecona płomieniem polan, siedziała pastorowa przy kołowrotku żółto lakierowanym i przędła biały len, za nią, jak się przynajmniej zdawało przybyłej, przędła wełnę na czerwono i zielono malowanym kołowrotku stara klucznica, o której jej opowiadała matka. Za nią siedziało parę dziewcząt, mianowicie kucharka, pokojówka, podręczna i dziewka stajenna, a wszystkie przędły na zwykłych, niemalowanych kołowrotkach. Za niemi wszystkiemi przędła konopie na starym zniszczonym kołowrotku garbata komornica[1], a na samym końcu, pod drzwiami, w prądzie przeciągu, idącego od wejścia, zatopiona w cieniu siedziała jeszcze jedna osoba i przędła. W kołowrotku tej ostatniej pracownicy brakło trzech sprych koła, sznur rozpędowy był kilka razy związany, zaś pedał wytarty i chwiejnie osadzony. Przędła ordynarne konopie, pełne guzów i zadzior, tak że gdzieindziej nie warto było ich poprostu nakładać na wrzeciono. Prządka pracowała mimo to zręcznie, jak te, które przędły najprzedniejszy len.

Dziewczyna nie mogła sobie wyobrazić, kimby mogła być ta ostatnia osoba, i po chwili zadecydowała w duchu, że pastorowa musiała wziąć na plebanję jakąś dziewczynę dla nauki przędzenia.

— Biedaczko! — pomyślała — Nie dobrze ci się tu dzieje. Nie cieszysz się, najwidoczniej, łaskami pastorowej.

W kuchni, poza wyliczonemi tu osobami, nie było nikogo więcej i dziewczyna nie mogła teraz zrozumieć jak to się jej wydawało zrazu, że otacza ją mnóstwo osób.

Wszystkie razem przędły i przędły. Gdy matka przędła, przyśpiewywała sobie, albo opowiadała historyjki, tutaj jednak wszystkie prządki milczały jak zaklęte.

Pastorowa wezwała ją skinieniem i kazała sobie podawać rozczesane pięknie przędziwo z kosza, stojącego na ziemi, tak by się nie potrzebowała schylać po każde pasmo.

Dziewczyna musiała to robić przez czas niezmiernie długi, koła warczały wokół, wahały się w dół i do góry pedały, wrzeciona wirowały, a dziewczyna uczuła ponowny zawrót głowy, to też chcąc się pozbyć tego uczucia, zaczęła, sobie znowu zadawać rozsądne i konkretne pytania.

— Ile też motków wełny przędzie się tutaj w ciągu jednego poranka? Ile takich motków znajduje się już w składzie na piętrze...?

Jakże to jednak dziwne, że dotąd nie widziała pastorówny! Mogła ona tu równie dobrze jak proboszczowa siedzieć i prząść! Chociaż nie, cóż za myśli, proboszczówna była zbyt wykwitną damą, by siedzieć tu pośród służebnych i prząść! Wszakże to coś jakby księżniczka ta proboszczówna!

Odziedziczy w spadku Löwdalę i całą parafję. Siedzi sobie teraz pewnie w salonie na kanapie i haftuje jedwabne kwiaty na brokacie...

Ale cóż się to stało? Pewnie któraś z prządek zrobiła coś niewłaściwego, bo oto pastorowa obróciła kilkakrotnie głowę ku drzwiom.

Minęło sporo czasu i zaczęło już na dobre świtać. Blady blask przeniknął przez małe szybki okien. Można było dostrzec nawet z głębi kuchni, ta m gdzie stała dziewczyna, że prządka siedząca pod drzwiami przestała pracować. Nie spała, jeno oparła dłoń na kole i patrzyła przed siebie, ale zdało się, że nie dostrzega wcale tego, co się dzieje w kuchni.

Nie spostrzegła co najmniej na pewno, że zwraca uwagę pastorowej na to, iż kołowrotek jej umilkł od chwili.

Prządka ta miała dziwnie łagodny, słodki wyraz twarzy i wielkie, zadumane, błękitne oczy. Nie zaprzestała pracować przez lenistwo, o nie, to było widać najdokładniej, uległa jeno potrzebie posiedzenia przez chwilę bez ruchu i podumania sobie.

Z każdą upływającą minutą pastorowa zaciskała mocniej usta, tak że twarz jej przybrała wreszcie wyraz srogi, wzbudzający porządny strach w patrzących.

Zatrzymała swój kołowrotek i wstała. Tamta jednak siedząca bez ruchu nie widziała wcale, że proboszczowa zbliża się ku drzwiom, wymijając kołowrotki. Nie ruszyła się, aż pastorowa stanęła przed nią i położyła jej dłoń na karku.

Wydała lekki okrzyk i uczyniła gest uwolnienia się od dotknięcia. Ale pastorowa trzymała silnie w dłoni kark ofiary, podniosła jej twarz w górę, drugą ręką zerwała z wrzeciona garść skudłaczonych, pełnych zadzior konopi i, przyciskając je do twarzy prządki, tarła niemi po jej oczach, czole i policzkach przez dobrą chwilę.

— Pracujemy wszystkie dla ciebie jeno — rzekła twardym głosem — a ty sama śpisz sobie w najlepsze?

Przybyła omal nie krzyknęła z przerażenia. Nie... nie, to chyba niemożliwe! Więc to jest pastorówna? A jednak inaczej być nie mogło, dla kogóżby innego bowiem mieli pracować wszyscy?

Naostatek potrząsnęła jeszcze pastorowa porządnie głową nieszczęsnej prządki, rzuciła na ziemię konopie i wróciła na swoje miejsce.

W tejże jednak chwili wstała klucznica z krzesła i odsunęła swój kołowrotek, a uczyniły to wraz z nią wszystkie dziewczęta i komornica.

Pastorowa obróciła się ku klucznicy i spojrzała na nią osłupiałym wzrokiem.

— Pani pastorowa wie zapewne — rzekła klucznica — że czeladź nie pracuje na plebanji przez cały ciąg świąt Bożego Narodzenia. Bywaliśmy zawsze wolni i mogliśmy pracować dla siebie samych. Pani pastorowa wie także, że jeśli udamy się do pana pastora i spytamy, powie, by tak zostało jak bywało dawnemi laty. Przędłyśmy przez cały ranek dlatego że mamzel Maja Liza prosiła nas, byśmy się nie sprzeciwiały pani pastorowej. Ale teraz przestajemy, widząc, że się pani z nią mimo to obchodzi tak jak zawsze.

Po tych słowach klucznica i wszystkie prządki podniosły swe kołowrotki w zamiarze wyniesienia ich z kuchni.

Pastorowa zerwała się i zastąpiła drzwi.

— Ni jeden kołowrotek wbrew mej woli nie zostanie wyniesiony! — zawołała.