Opowiadania - Selma Lagerlöf - ebook

Opowiadania ebook

Lagerlof Selma

0,0

Opis

Opowiadania” to zbiór opowiadań Selmy Lagerlöf, szwedzkiej pisarki, laureatki Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.

W skład tego zbioru wchodzą takie Opowiadania jak:

Kopalnia srebra

W sali sądowej

Przygoda w Jerozolimie

Marsz weselny

Długowieczność papieża

Historia siostry Oliwii


Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 79

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Wydawnictwo Avia Artis

2021

ISBN: 978-83-8226-246-9
Ta książka elektroniczna została przygotowana dzięki StreetLib Write (http://write.streetlib.com).

Kopalnia srebra

Król Gustaw III. podróżował przez Dalekarlią. Spieszno mu było bardzo i chciał przebyć całą drogę jak najprędzej. Jechali więc w szalonym pędzie, tak, że konie szły wyciągniętym kłusem, a powóz stawał na zakrętach na dwóch kołach; król od czasu do czasu wyglądał przez okna powozu i wołał na woźnicę: »Czemu się nie spieszy? Czy sądzi, że wiezie skorupę z jajka?«  Ponieważ w takim szalonym pędzie jechali po złych drogach, byłoby to cudem niemal, gdyby uprząż i powóz wytrzymały. I rzeczywiście wytrzymać nie mogły; u stóp stromego pagórka złamał się dyszel i król zmuszony był do zatrzymania się. Rycerze królewscy zeskoczyli ze swego wozu i złorzeczyli woźnicy, ale to szkody nie zmniejszyło. Nie było sposobu żadnego, by król ruszył w dalszą podróż, zanim powozu się nie naprawi.  Kiedy dworzanie przemyśliwali, czemby króla rozerwać, podczas gdy musiał czekać, ujrzeli w dali wyniosłą wieżę. Zaproponowali więc królowi, by siadł do któregokolwiek wozu, jakimi dwór jego mu towarzyszył, i pojechał do kościoła. Była niedziela i król mógłby być na nabożeństwie, żeby czas jakoś zeszedł, aż naprawi się ogromna królewska karoca.  Król zgodził się na ten projekt i pojechał do kościoła. Przedtem król jechał długi czas przez ciemne, lesiste okolice; tu było pogodniej. Rozległe pola i wsie i Palstrom, ciągnący się wspaniale śród ogromnych mas olszyny.  Król jednak o tyle nie miał szczęścia, że kiedy właśnie wysiadał z powozu na wzgórku kościelnym, zakrystyan zaintonował psalm końcowy i lud począł wychodzić z kościoła. Kiedy tak ludzie przechodzili koło niego, król zatrzymał jedną nogę w powozie, drugą opierając na stopniu, i nie ruszał się z miejsca, lecz obserwował przechodzących. Byli to ludzie najpiękniejsi, jakich król kiedykolwiek widział. Chłopcy byli wyższego wzrostu nad przeciętny wzrost mężczyzny, mieli mądre, poważne twarze, a kobiety przechodziły tak dostojnie, że król zauważył, że przystałoby im całkiem dobrze mieszkać w najpiękniejszym zamku.  Przez cały poprzedni dzień królowi było niemiło podróżować przez puste okolice i raz wraz mówił do swoich dworzan: »Teraz jadę z pewnością przez najuboższą część mego państwa.« Ale kiedy ujrzał lud w bogatych strojach, zapomniał myśli o ubóstwie. Przeciwnie, serce radowało mu się i powiedział sobie: »Jeszcze nie jest tak źle z królem szwedzkim, jak sądzą jego nieprzyjaciele. Jak długo moi poddani tak wyglądają, będę chyba w możności bronić mej wiary i mego kraju.« Król polecił swoim dworzanom zawiadomić lud, że ów nieznajomy, który stoi pośród nich, jest ich królem, i żeby się zgromadzili koło niego, albowiem król pragnie do nich przemówić.  I król przemówił do ludu. Przemawiał z wysokich stopni zakrystyi i owe ważkie schody, na których stał, zachowane są po dzień dzisiejszy.  Król począł opowiadać, jak źle się teraz dzieje w państwie. Mówił, że Szwecya zagrożona jest wojną przez Rosyą i Danią. W innych warunkach nie byłoby to wcale tak niebezpieczne, ale w szeregach wojennych jest wielu zdrajców i król nie ma armii, którejby mógł zaufać. Dlatego nie pozostało mu nic innego do zrobienia, jak udać się samemu w prowincye i zapytać swoich poddanych, czy przyłączą się do zdrajców, czy też chcą pozostać wierni królowi i wesprzeć go ludźmi i pieniądzmi, by ojczyznę oswobodzić.  Chłopi zachowywali się zupełnie cicho, podczas gdy król przemawiał, a kiedy skończył, nie dali żadnego znaku potwierdzenia, ani też niezadowolenia.  Królowi wydawało się, że był bardzo wymowny. Parę razy napływały mu łzy do oczu.  Ale kiedy chłopi wciąż jeszcze trwożnie i niezdecydowanie stali milczący, nie mogąc się zdobyć na odpowiedź, zmarszczył czoło i z niezadowoleniem spoglądał na lud.  Chłopi zrozumieli, że królowi musi być przykro czekać i wreszcie jeden z pośród nich wystąpił.  — Musisz wiedzieć, królu Gustawie, że nie oczekiwaliśmy dziś wizyty królewskiej, i dlatego nie jesteśmy tak odrazu gotowi odpowiedzieć ci. Chcę ci poradzić, żebyś poszedł do zakrystyi i porozmawiał z naszym proboszczem, podczas gdy my omówimy to, co nam powiedziałeś.  Król zrozumiał, że na razie niczego innego się nie dowie, i uznał za najrozsądniejsze posłuchać rady owego chłopa. Kiedy wszedł do zakrystyi, nie zastał tam nikogo prócz jakiegoś człowieka, który wyglądał jak stary chłop. Był on wysoki i barczysty, ręce miał zniszczone ciężką pracą, a nie nosił ani kołnierza, ani płaszcza, tylko spodnie skórzane i długi, biały kożuch z wełny owczej, jak wszyscy inni mężczyźni.  Kiedy król wszedł, powstał i skłonił się.  — Sądziłem, że zastanę tu proboszcza — rzekł król.  Ów człowiek zarumienił się lekko. Zdawało mu się niepodobnem powiedzieć, że on sam jest duszpasterzem tej wioski, gdy spostrzegł, że król wziął go za chłopa.  — Tak, proboszcz zwykł tu bywać o tej porze — rzekł.  Król spoczął w wielkiem krześle z oparciem, jakie podówczas stało w zakrystyi i dziś jeszcze tam stoi niezmienione; tylko pozłacaną, królewską koronę ufundowała gmina na oparciu.  — Czy macie dobrego proboszcza tu w parafii? — zapytał król. Spróbował okazać zainteresowanie losami chłopów.  Kiedy król tak pytał, wydało się pastorowi niemożliwem powiedzieć, że on nim jest. Będzie lepiej, gdy król pozostanie w tej myśli, że jestem tylko chłopem — i odpowiedział, że proboszcz jest dość dobry. Szerzy słowo Boże i stara się żyć według swej nauki.  Król sądził, że to jest dobry wywiad, ale mając wprawne ucho zauważył w tonie odpowiadającego pewne ociąganie się.  — To tak brzmi, jakby nie był on bardzo kontent ze swego proboszcza — rzekł król.  — Jest on nieco samowolny — rzekł pastor. Myślał, że gdyby król jednak miał dowiedzieć się, kto on jest, to pewno nie podobałoby mu się, że sam siebie chwalił; dlatego też chciał się i cokolwiek zganić. Są ludzie, którzy mówią o proboszczu — rzekł — że chce on sam jeden rządzić w parafii.  — To w takim razie prowadziłby gminę z pewnością najlepiej — odparł król. Nie podobało mu się to, że ten chłop skarżył się na tego, który był jego przełożonym. — Zdaje mi się, jakoby tu panowały dobre obyczaje i prostota ojców.  — Lud jest dobry — rzekł proboszcz — ale też żyje zdala od świata w ubóstwie i zaciszu. Ludzie tu zapewne nie byliby lepsi, jak inni, gdyby pokusy tego świata były bliższe.  — No, niema chyba obawy, żeby się to stało — rzekł król i wzruszył ramionami. Zauważył, że natknął się na człowieka, który troszczy się niepotrzebnie nieswojemi rzeczami.  Król nie rzekł ani słowa więcej, lecz zaczął bębnić palcami po stole. Sądził, że już dość długo łaskawie z tym chłopem rozmawiał, i począł się dziwować, kiedy tamci drudzy załatwią się z odpowiedzią.  Ci chłopi nie są tacy skorzy przyjść z pomocą swemu królowi, pomyślał. Gdybym tylko miał swój powóz, pojechałbym precz od nich i ich narad w swoją drogę.  Pastor znowu siedział strapiony i walczył z sobą, jak może rozstrzygnąć ważną sprawę, którą do końca doprowadzić musi. Rad był, że nie powiedział królowi, kim jest. Mógł bowiem teraz mówić z nim o tem, o czem inaczej nie byłby zdołał mówić.  Po małej chwili proboszcz przerwał milczenie i zapytał króla, czy rzeczywiście jest tak źle, jak przed chwilą słyszał go opowiadającego, że nieprzyjaciele zagrażają państwu.  Król sądził, że ów człowiek mógłby mieć tyle rozumu, żeby go więcej nie nudził. Spojrzał więc tylko na niego i nic nie odpowiedział.  — Pytam dlatego, że tu stałem wewnątrz i może nie wszystko dobrze słyszałem — rzekł pastor. — Ale jeśli rzeczywiście tak jest, to chcę powiedzieć, że proboszcz tej gminy byłby może w możności dostarczyć królowi więcej pieniędzy, aniżeli ich potrzebuje.  — Zdaje mi się, że powiedział on właśnie, że wszyscy tu są tak biedni — rzekł król i pomyślał, że ten chłop sam bodaj nie wie, co mówi.  — Tak, to prawda — odparł pastor — a pastor też nie ma więcej, aniżeli inni. Ale jeśli król chce łaskawie posłuchać mnie chwilę, opowiem, jak to jest, że proboszcz ma władzę mu dopomódz.  — Niech mówi — rzekł król. Zdaje się, że mu łatwiej słowo wydobyć, aniżeli jego przyjaciołom i sąsiadom, którzy chyba nigdy nie dojdą z tem do końca, co mi mają powiedzieć.  — To nie tak łatwo królowi odpowiedzieć — rzekł pastor.  — Obawiam się, że wkońcu proboszcz będzie musiał wziąć to na siebie i uczynić to za drugich.  Król założył nogę na nogę, usiadł w głębi fotelu, skrzyżował ręce i pochylił głowę na piersi.  — Więc może już zacząć — rzekł król takim tonem, jakby już zasypiał.  — Pewnego razu pięciu mężów z tej wsi wyruszyło do lasu na polowanie — rozpoczął proboszcz. Jednym z nich był proboszcz, o którym mówiliśmy właśnie. Dwaj inni byli żołnierzami i nazywali się Olof i Eryk Svàrd, czwarty z nich był właścicielem gospody tu w Kirchihofie, a piąty był to chłop, nazwiskiem Israels Person.  — Nie potrzebuje się trudzić, żeby tyle nazwisk wyliczać — zamruczał król i pochylił głowę na ramieniu.  Proboszcz ciągnął dalej:  Mężowie ci byli dobrymi myśliwymi i zwykle miewali szczęście w polowaniu. Ale w dniu tym przeszli spory kawał lasu, nie spotykając żadnej zwierzyny. W końcu zaprzestali zupełnie polować i usiedli śród lasu, by rozmawiać. Mówili o tem, że w całym lesie niema żadnego miejsca, któreby można karczować, wszędzie tylko skały i trzęsawiska. Pan Bóg nie był dla nas sprawiedliwym, dając nam tak skąpą ziemię, mówił jeden z nich. Gdzieindziej mogą ludzie gromadzić bogactwa i zbytki, ale tu tylko z wielką biedą możemy zapracować na chleb codzienny.  Pastor zamilkł na chwilę w obawie, czy go król słucha, ale król poruszył małym palcem, aby dać poznać, że jeszcze nie śpi.  — Właśnie kiedy chłopi tak rozmawiali, zauważył proboszcz, że na jednem miejscu śród skał coś się błyszczy, tam gdzie przypadkowo nogą odsunął mech. To szczególny kamień, pomyślał i jeszcze trochę mchu odkopał. Podniósł kawalątko tego kamienia, który był przyczepiony do mchu i równie tak błyszczał, jak inne. To chyba niemożebne, żeby to tutaj był ołów? — rzekł. Towarzysze jego zerwali się i kolbami odsuwali mech. Kiedy sporo mchu już odgarnęli, był wspaniały widok tej żyły metalu, która wiła się śród skały. Cóż sądzicie, że to jest? Chłopi odbijali po odrobinie owego metalu i gryźli go. Conajmniej musi to być ołów, albo cyna, rzekli. I pełno tego jest na tej górze — rzekł proboszcz.  Kiedy pastor tak daleko doszedł w swem opowiadaniu, zauważył, że król podniósł nieco głowę i otworzył jedno oko.  — Czy on wie, czy który z tych ludzi znał się na metalach i kamieniach? — zapytał.  — Nie, nie rozumieli się na tem — odpowiedział pastor. Wtedy głowa króla znów się pochyliła, a oczy mu się przymknęły.  — Zarówno proboszcz, jak