Królowa Magnolii 1 - Marta Maria Dobrzyńska - ebook

Królowa Magnolii 1 ebook

Marta Maria Dobrzyńska

0,0
39,90 zł

lub
Opis

Królowa Magnolii to fantasy, jakiego jeszcze nie było. To pierwsza powieść, która od wewnątrz pokazuje świat i życie elfów – tych spontanicznych z lasu Soer Ethél i tych arystokratycznych i nieco wyniosłych z nadmorskiego Sílleior. Wszystko za sprawą młodej Eulalii, zwanej Cayenne, która w pierwszej części trylogii nieoczekiwanie zostaje królową, wbrew swoim planom trafia do wspólnoty leśnych elfów, by poprzez kolejne przygody ostatecznie poznać, kim naprawdę jest.

Wciągająca fabuła, barwne postacie i głęboko zarysowane charaktery, ludzkie (i elfie) problemy – te zwyczajne i te poważne.

Wszystko to sprawia, że ta opowieść zarazem uwodzi i otwiera na życiową mądrość, często zakrytą tak dla ludzi, jak i dla elfów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 570

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Spis treści:

PROLOG

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ROZDZIAŁ DRUGI

ROZDZIAŁ TRZECI

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

ROZDZIAŁ SZÓSTY

ROZDZIAŁ SIÓDMY

ROZDZIAŁ ÓSMY

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

ROZDZIAŁ JEDENASTY

ROZDZIAŁ DWUNASTY

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

PROLOG

Możliwe, że o wszystkim przesądziły słowiki. Znacznie łatwiej jest planować ucieczkę z zamku przy akompaniamencie słowiczego śpiewu. A tamtej nocy śpiewały tuż pod jej oknami. Cayenne leżała w wielkim, białym łóżku osłoniętym półprzezroczystą zasłoną. Przez tę zasłonę widziała okno, a w nim fragment widnokręgu; miasto, las i szafirowe niebo, pokryte bladą siateczką gwiazd. Słyszała szum fontanny w ogrodzie i słowiki.

Tak się złożyło, że półtora miesiąca wcześniej została królową w sposób dość niespodziewany. To znaczy: niespodziewany dla niej. Inni oczywiście wiedzieli (zacisnęła pięści i po raz nie wiadomo który fuknęła z oburzeniem). Wiedział jej ojciec, wiedział Lissar, hrabia Markus i inni z otoczenia króla. Wiedzieli ci wszyscy medycy zapewniający, że król przeżywa „czasowe osłabienie związane z emocjonalnym wstrząsem”. Znali prawdę zapewne wszyscy mieszkańcy zamku, nawet ogrodnicy i pomywaczki. Oraz jej niańka Vanessa, pochlipująca po nocach zza swojej zasłony. Wiedział lud w całym mieście, a może i w całym kraju. Nie wiedziała tylko ta, która miała objąć rządy, księżniczka Eulalia, zwana Cayenne. I któż to zabronił wszystkim mówić jej prawdę? Kto śmiał zakpić z niej w tak bezczelny sposób?

– Lissar, oczywiście! – syknęła ze złością.

Lissar Metieira. Doradca, powiernik i najlepszy przyjaciel króla Maja. Książę Metieira, po królu najwierniejszy ojczyźnie i najmędrszy, drugi ojciec narodu. Znała to na pamięć. Wszyscy uwielbiali Lissara. Nikt tak jak on nie umiał przemawiać. Umiał wzbudzić zaufanie i mówiono o nim zawsze z głębokim szacunkiem. Kochali go bardziej niż mojego ojca – myślała Eulalia. – Lissar zawsze o tym wiedział, stwarzał tylko pozory. Biedny ojciec też mu ufał, słuchał go we wszystkim. Ten starzec owładnął nim zupełnie, a teraz chce, żebym i ja była jego marionetką. Ale niedoczekanie jego.

– Niedoczekanie jego! Stary krętacz – powiedziała głośno i zaśmiała się na myśl, jaką minę miałby ten, kto by ją teraz usłyszał. Wszyscy są ślepi i głusi, nie rozpoznali zdrajcy. Ale ona widzi i słyszy. Ona, jedyna osoba, która nie wiedziała o zbliżającej się śmierci ojca, a także i o tym, że po objęciu władzy będzie wyłącznie „królową z portretu”. Ignorowali ją i traktowali jak dziecko. Ją – królową! Ale teraz ona wie. Ona jedna zna prawdę. Eulalia odgarnęła z rozpalonego policzka pukiel rudych włosów i uśmiechnęła się z satysfakcją.

Miała osobiste powody, by nie lubić księcia. Od śmierci królowej Julietty pełnił na dworze funkcję ochmistrza, wychowawcy i nauczyciela. Co ciekawe, uwagę swą skupił nie na przewidywanym następcy tronu Rasmusie, jedynym bracie Cayenne, który w chwili śmierci ich matki miał lat dwanaście, ale na jego pięcioletniej, czerwonowłosej siostrze. I w ten sposób stał się koszmarem jej życia. To właśnie on męczył ją nauką historii, której tak nie znosiła. To on decydował o tym, z kim Cayenne wolno było się spotykać, ile czasu mogła spędzać poza swoimi pokojami oraz czym mogła się zajmować, a czym nie. Gdy skończyła osiem lat, kazał ją uczyć jeździć konno. Ale gdy już pokochała zarówno jazdę konną, jak i ślicznego siwka Kamyka, Lissar stwierdził, że księżniczka powinna przesiąść się na prawdziwie szlachetnego konia, a siwek jest już tak stary, że w galopie przegrałby z osłem. Tak, dokładnie tak to zostało powiedziane. Było to podczas wspólnej kolacji i wszyscy – naturalnie – odpowiedzieli na ten doskonały dowcip gromkim śmiechem. Tylko Rasmus, kochany Rasmus – on się nie śmiał. Do końca kolacji przesyłał jej ponad stołem swoje wierne, współczujące spojrzenia. A ona kolacji już nie tknęła i płakała potem w łóżku.

Rasmus, tylko on. On jeden mnie rozumiał. On jeden umiał przeciwstawić się księciu. Wobec niego Lissar czuł jakiś respekt. Mądry, kochany Rasmus… Byłby wspaniałym królem.

Twarz brata stanęła jej przed oczami, tak podobna do twarzy ojca. To samo mądre czoło, jasne spojrzenie niebieskich oczu, ten sam uśmiech na trochę zbyt wąskich wargach. I nagle całkiem wyraźnie zabrzmiał jej w uszach jego głos sprzed kilku lat: „Cay! Caaay! Gdzie się schowałaś, Cay?!”.

Zawsze mówił do mnie „Cay”. Jak Kaj i Gerda. To była nasza ulubiona baśń. Królowa Śniegu. Właściwie to on powinien był być Kajem, a ja Gerdą. Zawsze mówił, że pójdzie na koniec świata, żeby ratować swoją Cay przed złą królową. Rasmus…

Poczuła, że łzy napływają jej do oczu. Ucieszyła się, pamiętając ciągle ową pierwszą noc, gdy wiadomość o wypadku księcia, obiegłszy cały zamek, wycisnęła z jego mieszkańców więcej łez, jęków i klątw, niż słyszano w przeciągu siedmiuset lat panowania dynastii Mirtów. A jego siostra, leżąc w białej pościeli, nie mogła zmusić się do uronienia choćby jednej łezki. Zawstydzona, wpatrywała się w baldachim, aż w końcu zasnęła.

Zupełnie inaczej było, gdy umierał jej ojciec.

Ale pewnie i wtedy nie płakałabym, gdyby nie kazano mi wejść do jego sypialni. Może wzruszyła mnie tylko ta sytuacja i jeszcze to, co mi mówił. To było dość patetyczne. Biedny ojciec.

Królowa westchnęła i wróciła myślą do swojego planu. Jego zarysy powstały już jakiś czas temu. Teraz nabierały kształtu i wyrazistości. Sprawa sukcesji tronu była w Magnolii prosta. Rządy sprawowano tu dziedzicznie od niepamiętnych czasów. Z chwilą śmierci władcy insygnia przyjmowało najstarsze z jego dzieci, niezależnie od płci. Takie było prawo i nikt nie ośmieliłby się na nie targnąć. Magnolczycy byli z niego dumni, stanowiło w ich świadomości rękojmię porządku i szczęścia. „Dopóki tron będzie dziedziczny, a w kopalni nie zabraknie srebra, dopóty Magnolia nie zginie” – mawiano. Więc nawet Lissar musi zachować pozory. Aby było królestwo, musi być królowa. Cayenne zachichotała.

– Twierdzisz, książę, że siedemnastoletnia królowa nie potrafi rządzić bez ciebie? Może potrafi, a może nie. Ale ty z pewnością nie będziesz mógł rządzić beze mnie – rzekła i osunęła się w krainę snu.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Magnolia jest niewielkim, zalesionym i zupełnie okrągłym krajem, położonym na południowy wschód od Piątego Morza, otoczonym pierścieniem Gór Olbrzymich niczym wałem obronnym. Jest to kraj niewielki, lecz silny i spokojny, a także bogaty, choć średnio urodzajny. Dobrobyt zawdzięcza przede wszystkim kopalni srebra, od kilkuset lat wciąż czynnej i przynoszącej dochody, tak z powodu samego kruszcu, jak i rozwijającej się toreutyki oraz sztuki jubilerskiej. Dzieła wychodzące tu spod wprawnych rąk rzemieślników – ludzi, fingów i krasnoludów – uważane są za wyjątkowo atrakcyjne. Nie mniej słynne są magnolskie jabłka i produkowany z nich cydr, truskawki oraz wszelkie odmiany magnolii, które mieszkańcy cenią na równi z jabłkami. Czy ma to jakiś związek z patriotyzmem, czy też wynika wyłącznie z pobudek estetycznych, trudno zgadnąć. Pozostaje jednak faktem, że w pierścieniu Gór Olbrzymich trudno znaleźć choćby jeden ogródek pozbawiony drzewka zakwitającego co roku białymi kokardami.

Historia Magnolii należy do niebywale spokojnych. Ostatnia wojna miała tu miejsce przed siedmiuset dwudziestu sześciu laty, kiedy to dziki i zuchwały lud Grolgów z Północy napadł na gród Seiligen, by ograbić go ze srebra i zająć kopalnię, której sława, jak wynika z tej opowieści, już wtedy sięgała daleko. Jak dalej można wyczytać z zapisków kronikarzy, mieszkańcy Seiligen mężnie stawili opór i po piętnastu dniach krwawych walk Grolgowie ustąpili. Rocznicę tego zwycięstwa świętuje się w Magnolii do dziś, a miasto Seiligen uważa się za pierwszą stolicę państwa. Niejaki Mirte, kowal, który dowodził wówczas jego obroną, został potem obwołany królem. Jego syn Riszte przeniósł następnie swą siedzibę na południe, w samo centrum pierścienia, gdzie wybudował zamek oraz gród, który z czasem rozrósł się w wielkie i piękne miasto.

Legenda głosi, że gdy król Riszte przyjechał na to miejsce, ujrzał wśród boru, nad strumieniem kwitnące drzewko magnolii. Gdy urzeczony zjawiskiem chciał podejść bliżej, drzewo zmieniło się nagle w urodziwą damę w sukni utkanej z kwiatów. Tajemnicza pani odezwała się tymi słowy: „To moje królestwo, wojowniku, jednak pozwolę ci wybudować tu miasto pod dwoma warunkami. Po pierwsze, nie wolno ci zniszczyć mojego drzewa. Jeśli je wytniesz lub choćby uszkodzisz, żadna twoja budowa nie dojdzie do skutku. A oto drugi warunek: kiedy już zbudujesz stolicę, nazwij ją, a także cały twój kraj, moim imieniem. Ja zaś obiecuję wówczas tobie i twym poddanym szczęście i bogactwo”. Jakkolwiek samą legendę wędrowni pieśniarze wymyślili dobre sto lat po śmierci króla Risztego, trzeba przyznać, że kraj rzeczywiście cieszył się pokojem i dostatkiem. Nawet władcy sprawowali się dobrze; nie znalazłoby się wśród nich tyrana czy okrutnika.

Ostatni z królów, Maj, zwany Rudowąsym (ze względów, których nie trzeba wyjaśniać), był władcą już wyjątkowo dobrotliwym. Przy swym wspaniałomyślnym stosunku do bliźnich sam był jednak pechowcem. Tak przynajmniej mówiono. Rzeczywiście, zaznał w życiu niewiele osobistego szczęścia. A kiedy losowi zdarzyło się już do niego uśmiechnąć, był to uśmiech krótki i ulotny. W niemłodym już wieku król poślubił piękną księżniczkę Juliettę. Było to małżeństwo nietypowe jak na królewską parę (chociaż w Magnolii akurat znalazłoby się więcej takich przypadków), bo zawarte ze szczerej miłości. Mariaż efektowny: ona – piękna i pełna słodyczy, on – niski i rudy, choć niewątpliwie uroczy, obdarzony błyskotliwą inteligencją oraz dobrocią, która czyniła go czasem naiwnym w oczach ludzi.

Przez trzynaście lat żyli ze sobą w zgodzie i szczęściu. W tym czasie przyszło na świat dwoje dzieci – najpierw Rasmus, a siedem wiosen później Eulalia. Zarówno król, jak i królowa kochali ogromnie swoje pociechy, starali się też chować je mądrze, nie rozpieszczając zbytnio. Eulalia była jednak skazana na los pupilki całego dworu: śliczna jak laleczka, ufna i wesoła, bez trudu kradła serca wszystkich. Po matce odziedziczyła oczy – duże i szare, a także głos i sposób poruszania się, po ojcu głównie kolor włosów, które w jej przypadku przybrały ciemniejszy odcień delikatnie wpadający w czerwień. Ktoś kiedyś powiedział, że ich barwa daje się porównać jedynie z pieprzem cayenne. Księżniczce bardzo się to spodobało i od tamtej pory nowe imię przykleiło się do niej na stałe.

Szczęście królewskiej rodziny prysło, gdy pewnej zimy, pięć lat po urodzeniu córki, królowa Julietta przemarzła na ślizgawce i zachorowała. Medycy orzekli, że to zapalenie płuc. Walczyli o jej życie przez trzy tygodnie, jednak starania okazały się daremne. Zmarła została pochowana w grobowcu przypominającym raczej pałac, gdzie przez wiele dni opłakiwali ją dworzanie i cały lud. Była to żałoba szczera i serdeczna, ale jak każda żałoba, musiała się kiedyś skończyć. Jednak króla smutek nie miał już nigdy opuścić. Po stracie ukochanej, bo właśnie ukochaną po trzynastu latach małżeństwa była dla niego Julietta, Maj odsunął się od władzy i od dzieci. Nie utracił może całej radości życia, ale nigdy już niczym nie potrafił cieszyć się w pełni. Widywano go nocą, jak snuł się po zamku, rozmawiając sam ze sobą. Krążyły nawet plotki, że stał się lunatykiem. Cayenne wiedziała, że ojciec zatrzymuje się w holu, pod wielkim portretem królowej i tam spędza długie godziny, szepcząc słowa, których nikt mógłby zrozumieć. Myślała też, że on rozmawia wtedy z drugą połową swej duszy.

W ciągu dnia był roztargniony i jakby trochę nieobecny. Gdyby nie doradcy, zwłaszcza książę Lissar, prawdopodobnie nie byłby zdolny utrzymać ładu w państwie. Dzieci nadal kochał i troszczył się o nie, lecz unikał bezpośredniego kontaktu; za bardzo przypominały mu żonę. Szczególny ból sprawiał mu widok szarych oczu Cayenne. Toteż unikał jej spojrzenia, jak mógł. Myślał o niej i o synu, o ich przyszłości, ale nie rozmawiał z nimi prawie wcale. Rasmus i Cayenne mieli niejasne wrażenie, że wraz z matką stracili ojca.

Minęło dwanaście lat i na magnolski zamek spadło kolejne nieszczęście, gorsze od poprzedniego. W jasny, grudniowy poranek książę Rasmus postanowił wybrać się na przejażdżkę. Zaraz po śniadaniu kazał osiodłać konia, ubrał się i wyszedł na dziedziniec. Już miał odjeżdżać, gdy zatrzymała go siostra.

*

– Jedziesz? – zapytała Cayenne.

– Mhm.

– Mam zgadywać dokąd?

– Mhm.

– Dalej niż do miasta, nieprawdaż?

– Mhmm…

– I dalej niż nad rzekę. Całodniowa wyprawa?

– Mhm. Nieźle zgadujesz.

– I samotna. Czy tak?

– Domyślna jesteś, siostro.

– Zabierz mnie ze sobą! – zawołała kategorycznie.

– Cayenne…

– Proszę! Już tak dawno nie jeździliśmy razem!

– Dawno? – zdziwił się. – Dziesięć dni temu.

– No, właśnie – pokiwała głową z udawanym wyrzutem. – Całe dziesięć dni temu!

– Nie, Cayenne. Dzisiaj muszę jechać sam.

– Sam, sam! Ciągle sam! – rozzłościła się. – Nie chcesz ze mną jeździć ani rozmawiać. I wiem, że coś ukrywasz. Zakochałeś się, braciszku?

Rasmus w odpowiedzi roześmiał się radośnie.

– Aha… – uśmiechnęła się Cayenne, mrużąc oczy. – Opowiesz mi? Znam ją?

– Nie dziś. Muszę już jechać – odrzekł stanowczo. Cayenne naburmuszyła się jak dziecko.

– Ale ty jesteś! Taka piękna pogoda, tyle śniegu, a ty chcesz, żebym zanudziła się tutaj na śmierć.

– Innym razem, Cay. Ale w tym miesiącu. Obiecuję, dobrze? – z wysokości siodła pogłaskał ją po głowie. – Jutro pojedziemy razem, obiecuję. Dobrze? Zrozum, muszę…

Cayenne uśmiechnęła się wreszcie i spojrzała mu w oczy z miłością.

– No już dobrze, jedź sobie.

Rasmus odwzajemnił jej spojrzenie.

– Dzięki, Cay. Wracaj do domu albo ubierz się w coś cieplejszego, bo dostaniesz kataru.

– Nie dostanę. Uważaj na siebie.

Uśmiechnął się i odjechał w stronę bramy, którą właśnie przed nim otwierano. W ostatniej chwili odwrócił się przez ramię, unosząc rękę na pożegnanie. Stojąca na wymiecionym dziedzińcu siostra odpowiedziała mu tym samym gestem.

Wracając do pokoju, zastanawiała się, w kimże to jej brat, po pięciu latach „abstynencji”, mógł się zakochać? Postanowiła, że nie będzie czekać do następnego dnia i zapyta go o wszystko jeszcze tego wieczoru. Weszła do swojego pokoju i cicho zamknęła drzwi. Zdjąwszy z półki książkę, usiadła z nią we wnęce okiennej, wsunęła pod plecy poduszkę i zabrała się do czytania. Za oknem padał śnieg drobnymi, wirującymi płatkami. Cayenne uwielbiała siedzieć w oknie i patrzeć na padający śnieg, ale tym razem lektura pochłonęła ją bez reszty. Do tego stopnia, że ocknęła się dopiero, kiedy usłyszała głośne pukanie do drzwi.

– Wasza Wysokość, książę Lissar prosi, by Wasza Wysokość raczyła zejść.

Cayenne przypomniała sobie, że nie zeszła na obiad.

– Powiedzcie, że dziękuję i nie jestem głodna – rzuciła, nie podnosząc oczu znad książki.

Po kilku minutach ktoś wszedł do pokoju.

– Księżniczko, czemu nie schodzisz, kiedy proszę? – rozległ się nad nią dobrze znany, spokojny, nieznoszący sprzeciwu głos. Cayenne spojrzała na Lissara nieprzytomnym wzrokiem, z trudem wydobywając z półmroku wyraz jego twarzy.

– Przepraszam, ja… – zaczęła.

– Księżniczko, czy wiesz, gdzie może być twój brat?

– Rasmus? Tak… wiem. Pojechał rano na przejażdżkę.

– Na przejażdżkę? – powtórzył Lissar tonem, w którym było coś, co przeszyło ją dreszczem. – Rano?

Cayenne spojrzała w okno i w tej chwili pojęła wszystko: na dworze zmierzchało, a lasem od kilku godzin wstrząsała śnieżyca.

Mimo koszmarnej pogody od razu rozpoczęto poszukiwania. Część żołnierzy pełniących służbę na zamku i w mieście wysłano, aby przeszukali okoliczne wsie oraz przydrożne gospody. Liczono na to, że książę schronił się w którejś z nich. Pytani twierdzili jednak zgodnie, że księcia tego dnia nikt nie widział. Szukano więc w lesie, choć w tych warunkach na odnalezienie kogokolwiek w puszczy nie było prawie szans. Wszelkie ślady dawno znikły pod wciąż rosnącą warstwą śniegu, psy traciły orientację, a ludzie cierpliwość. Zupełnie przypadkowo dwaj spośród poszukiwaczy, należący zresztą do straży miejskiej, znaleźli się nad brzegiem rzeki.

*

– No i jak, Nol, widzisz coś?! – krzyczał młodszy strażnik poprzez wichurę.

– Jasne! – odkrzyknął drugi. – Dużo czegoś białego! To chyba śnieg!

– A widzisz coś jeszcze?!

– Niewiele… Czekaj, widzę! To rzeka!

– Rzeka? – zdziwił się młody.

– Rzeka?! – prawie równocześnie wyraził swe zdumienie Nol, ale żaden tego nie usłyszał. – Kiedy myśmy tu dojechali?! Psiakość! Przez tę zawieję można zupełnie stracić orientację!

– To bez sensu! – jęknął Ren. – Chłopak na pewno schował się w jakiejś karczmie! Siedzi tam teraz i spokojnie pije grzańca. Pewnie go już znaleźli, a my tu zamarzamy jak głupi!…

Nol patrzył nadal w stronę rzeki, usiłując dostrzec coś przez śnieżną zawieję.

– Nol, wracajmy. Przymarzłem do siodła.

– Chodź, podjedziemy jeszcze i rozejrzymy się przy brzegu. Tak się zastanawiam, może powinniśmy jeszcze przejść na drugą stronę.

– Zwariowałeś? – zniecierpliwił się Ren. – Nawet jeśli chciałbyś się przeprawić, to przecież nie w tym miejscu. Lód jest tu za cienki!

– Ren!

– Co?

– Nic… Zdaje się, że ktoś jednak próbował.

Rzeczywiście, jakieś dwa metry od brzegu, gdzie woda była już głęboka, widać było pływające kry, które świadczyły o tym, że lód pękł pod czyimś ciężarem. Na jednej z nich, całkiem blisko brzegu, leżał ośnieżony przedmiot. Nol zsiadł z konia i podniósł ów przedmiot.

– A niech mnie… – powiedział Ren, gdy zesztywniała haftowana rękawica znalazła się na wysokości jego twarzy. – Myślisz, że to jego?

– A czyja? – po tych słowach przez dłuższy czas nic nie zakłócało wycia wiatru i trzeszczenia gałęzi.

– Nawet pogrzebu nie będzie – odezwał się wreszcie Nol. Chłopak zadrżał całym ciałem.

– Co teraz zrobimy? – spytał cicho. Starszy strażnik otrząsnął się z zadumy i ze śniegu.

– A co możemy zrobić? Wracamy.

*

Tragiczna wieść rozniosła się lotem błyskawicy. Po godzinie całe miasto wiedziało o wypadku następcy. Rękawicę zidentyfikowano i sprawa stała się jasna. W zamku zapanował tej nocy chaos. Król zasłabł i z wielkim trudem udało się go ocucić.

Od tamtej pory Maj poważnie zapadł na zdrowiu. Z dnia na dzień wyglądał mizerniej. Zaczęto poważnie niepokoić się o jego życie. Coraz częściej słychać było na ulicach o rodzinnej klątwie i o złych czasach, które przyszły na Magnolię. Po miesiącu król przestał opuszczać sypialnię. Kolejny miesiąc minął pod znakiem milczenia. Nikt nie mówił tego głośno, ale wszyscy oczekiwali jego śmierci. Wieczorem ósmego marca Maj kazał wezwać do siebie córkę.

*

Otwarto drzwi i Cayenne zobaczyła duży pokój, oświetlony tylko ogniem z kominka i płomykami świec. Przebiegła przestrzeń szybkim spojrzeniem; nie była tu od lat. Pod jej stopami rozpościerał się wzorzysty dywan, który pachniał kurzem. Okna zasłonięte były ciężkimi kotarami. W głębi, naprzeciwko drzwi, stało łoże. Siedział przy nim Lissar, a obok kominka stały jeszcze dwie osoby. Atmosfera była jednoznaczna.

– Wasza Wysokość, przyszła księżniczka Eulalia – odezwał się Lissar ściszonym głosem. Leżący na łożu, oddychający ciężko człowiek spojrzał w stronę drzwi.

– Podejdź, Eulalio… – powiedział słabo. Cayenne przełknęła ślinę i podeszła na sztywnych nogach. Teraz z bliska ojciec wydał się jej wątły jak staruszek. Zarazem przyszło jej na myśl, że na tym wielkim posłaniu wygląda jak małe dziecko. Spojrzał jej w oczy i – po raz pierwszy od tak dawna – nie odwrócił wzroku. Leżał w milczeniu, przyglądając się jej. To było peszące.

– Lissarze – odezwał się w końcu – wyjdź, proszę. I wy także… Zostawcie nas samych… Usiądź, Cayenne – powiedział, gdy drzwi się zamknęły. – Nie, nie tam, tutaj… Daj mi rękę.

Cayenne zrobiła to i – ku własnemu zdumieniu – zrobiła więcej. Zsunęła się na dywan i oparłszy łokcie na kołdrze, ujęła jego dłoń w obie swoje ręce. Przycisnęła ją do ust i poczuła, jaka jest chłodna; już niewiele pozostało w niej życia. Łzy popłynęły z niej jedna po drugiej jak z pękniętej szklanki.

– Widzisz, córeczko… Tak mi ciężko… Ciężko mi się tłumaczyć. Nie poświęcałem ci zbyt wiele czasu… i nie mam nic na swoją obronę poza tym, że zawsze cię kochałem. Zawsze, Cayenne.

Odpowiedział mu cichy szloch.

– Spójrz na mnie, córeczko. Muszę zobaczyć twoją twarz.

Uniosła głowę i zobaczył ją; czerwoną i zapuchniętą od płaczu. Nie wyglądała najpiękniej, ale król uśmiechnął się mimo to.

– Tak. Jesteś podobna do niej. To dlatego nie mogłem na ciebie patrzeć – mówił bardziej do siebie niż do córki. – Ale teraz to już bez znaczenia… Już niedługo… Och, nie płacz, maleńka… Zostaniesz królową, wiesz? Nie spodziewałem się tego, nie przygotowałem cię… Ale ty sobie poradzisz, prawda, Cayenne? Odpowiedz.

– Tak, ojcze…

– To dobrze… Pamiętaj: Magnolia jest twoim domem. Jesteś jej córką, ale teraz będziesz też jej matką. Będziesz się o nią troszczyć.

– Tak, ojcze.

– Będziesz się troszczyć o twój lud. Zwłaszcza o tych, którzy pracują najciężej. Będziesz kierowała się mądrością, ale i sercem.

– Tak…

– Będziesz matką tego narodu – kontynuował król swój testament („przygotował to sobie” – przebiegło jej przez myśl). – Matka broni swych dzieci nawet własnym kosztem, rozumiesz? Panować to znaczy służyć. Pamiętaj o tym, a zaskarbisz sobie szacunek i miłość poddanych. Masz w ręku władzę, ale jeśli użyjesz jej z nienawiścią, obróci się przeciwko tobie. Nie daj się zwieść, Cayenne – tu król przerwał, bo dostał ataku kaszlu. Dziewczyna zerwała się i podała mu z taboretu szklankę z wodą. Wypił kilka łyków i uspokoił się.

– Słabe ciało, słabe serce… Już niewiele czasu… – szepnął. – Ale twoje jest mocne. Uniesie ten ciężar. Powiedz mi teraz, dziecko: czy wiesz, co to odpowiedzialność?

– Zdaje mi się, że wiem, ojcze.

– A czy wiesz, co to prawda i sprawiedliwość?

– Wiem.

– A miłość i poświęcenie?

Spojrzała na niego.

– Wiem – szepnęła, czując, że płacz znów ściska ją za gardło.

– To dobrze, córko. To najważniejsze. Reszty się nauczysz. Chodź tu, pobłogosławię cię…

Z trudem uniósł rękę i położył na jej głowie. Cayenne patrzyła, jak na kołdrę padają jej łzy, zostawiając mokre ślady.

– Bądź mądra, bądź dobra, bądź silna. Rządź i kochaj. Bądź królową, jakiej Magnolia nie widziała.

Ciężka królewska prawica zsunęła się po jej ramieniu i opadła na pościel. Cayenne przez dłuższą chwilę bała się podnieść wzrok. W końcu jednak trzeba było to zrobić. Widok zaskoczył ją: ojciec miał oczy zamknięte, a jego nieruchome rysy wyrażały spokój. Królowa uśmiechnęła się, pociągając nosem i ocierając ręką łzy. Przez chwilę patrzyła na niego w milczeniu, bezwiednie się ciesząc, że to właśnie ona, a nie ktoś obcy może go takiego oglądać. Potem ujęła rękę, która jeszcze przed minutą ją błogosławiła i położyła mu na piersi. Na tym sercu, co kochało tak, że aż osłabło z miłości. Tak pomyślała.

– Będę królową, ojcze. Będę królową, jakiej Magnolia nie widziała. Nie dam się zwieść. Obiecuję ci to.

*

Sala była pełna ludzi. Stali poważni, milcząc lub rozmawiając półgłosem. Na wszystkich twarzach – dostojników, urzędników, dyplomatów – malowało się oczekiwanie. Gdy otworzyły się drzwi, wszyscy ucichli. Wszedł Lissar Metieira i wszystkie spojrzenia skupiły się na nim. Odczekał kilka sekund, aby wrażenie było większe.

– Król nie żyje – rzekł swoim dźwięcznym i dobitnym głosem. Zebrani pochylili głowy z westchnieniem żalu. Milczenie, nieco niecierpliwe, trwało minutę.

– Niech żyje królowa!

W jednej chwili sala zawrzała w radosnych okrzykach. Eulalia weszła i okrzyk uwiązł wszystkim w gardle. Nie takiej się jej spodziewali. Blada, z zapuchniętymi oczami, z rozwichrzonymi włosami, które na próżno próbowała doprowadzić przed wejściem do ładu, stała przed nimi, ubrana w prostą, niebieską sukienkę. Na szczęście jednak zaraz uniosła dumnie głowę i patrząc po kolei w oczy stojących bliżej, odezwała się tonem spokojnym, jednak tak, że wszyscy usłyszeli wyraźnie:

– Mój ojciec wyznawał zasadę: Jedynym prawem szczęście poddanych. Ja również będę się nią kierować. Tron przypadł mi w udziale niespodziewanie, dołożę jednak wszelkich starań, by nie zhańbić imion moich przodków i nie zawieść swego narodu. Moim celem będzie odtąd jego szczęście. Wasze szczęście.

Nastąpiła burza oklasków.

– Niech żyje! – krzyknął ktoś. – Niech żyje królowa Eulalia!

– Niech żyje!!… – posypały się okrzyki. Królowa gestem poprosiła o ciszę.

– Dziękuję. Ale na brawa nie czas jeszcze. Człowieka powinno się sądzić według czynów, a nie według słów. Od dziś ogłaszam żałobę, która będzie trwała miesiąc i jeden dzień. Potem może się odbyć koronacja. A teraz wybaczcie – skłoniła się i wyszła szybkim krokiem. Odprowadzały ją oklaski i ukłony. Wymieniano znaczące spojrzenia. Nawet ci, którzy jeszcze niedawno patrzyli niechętnie na fakt, że oto na tronie zasiądzie kobieta, na dodatek młoda, niedoświadczona i zupełnie nieprzygotowana do takiej roli, teraz musieli przyznać, że krew Mirtów płynie ostatecznie także i w żyłach tego podlotka. Nie wszyscy zdawali sobie sprawę, że oczarowała ich przed chwilą jeszcze inna krew – wschodnia krew królowej Julietty.

Cayenne tymczasem, opuściwszy salę, szła pustymi korytarzami w kierunku swojej sypialni. Czuła się dziwnie. Trochę jakby spała. I trochę jakby się przebudziła. Jakby dorosła. Jeszcze godzinę temu była siedemnastoletnim, przerażonym dziewczątkiem, któremu wydawało się, że nie przeżyje spotkania z umierającym ojcem, a teraz… Odetchnęła głęboko, a korytarz odpowiedział echem. Teraz była królową. Była nią naprawdę! Czuła to całą sobą. Wciąż miała wrażenie, że śni, ale przecież wiedziała już jasno; wszystko się zmieniło. Ona się zmieniła, w niezwykły, piękny i niewyjaśniony sposób. Szła teraz inaczej niż zwykle, oddychała inaczej, patrzyła i widziała wszystko inaczej. Spoczęło na niej, wraz z ciężarem ojcowskiej ręki, poczucie odpowiedzialności i doniosłości zadania. I wagi całego jej życia. Jej istnienia, które dotąd widziała jako prostą układankę: nauka, zabawa, bale, koncerty, jazda konna… Potem wreszcie ślub z jakimś fascynującym księciem, czy też hrabią (małżeństwo polityczne raczej jej nie groziło; Magnolia rzadko uciekała się do tego typu zabezpieczeń), potem wreszcie dzieci, jakiś zameczek w górach… Zaśmiała się z politowaniem do tych dziecinnych mrzonek. Jakież to wszystko było dalekie teraz, gdy w żyłach czuła pulsującą krew Mirtów, a w uszach miała jeszcze echo tamtych głosów wołających „Niech żyje królowa Magnolii!”. Miała wrażenie, że stała się tej nocy niezwykle silna i że teraz będzie mogła unieść każdy ciężar. Poza tym była śpiąca i trochę bolała ją głowa.

Gdy przechodziła przez pusty hol, zatrzymała się przed portretem matki. W nikłym świetle pochodni ogromny obraz też wydał jej się inny niż dotąd. Przypomniały się jej słowa ojca.

Czy ja naprawdę jestem do niej podobna? – zastanowiła się. Królowa Julietta, ciemnowłosa, mlecznobiała, w wielkiej, kremowej, koronkowej sukni, z perłami we włosach i kwitnącą gałązką magnolii w ręku, patrzyła na nią ze słodkim, troszkę smutnym uśmiechem. Cayenne spróbowała rozpoznać w tej twarzy swoją własną. Rzeczywiście, miały podobne oczy. I jeszcze kształt nosa. I coś dumnego w brwiach i w ustach. Na tym jednak kończyło się podobieństwo, przynajmniej według Cayenne.

Gdzie mi tam do niej! – pomyślała. Cóż, Julietta była zjawiskową kobietą. Taka była jej legenda i taką przedstawiał ją obraz. Piękna, nieskazitelnie piękna… Taka jasna, szlachetna, taka zgrabna… Eulalia westchnęła. No cóż, najwyraźniej Julietta nie miała tendencji do tycia. Cayenne spojrzała na nią jeszcze raz…

– Będę królową, mamo, wiesz? Już nią jestem. Będę królową jak ty i babcia Merosa.

Julietta odpowiedziała uśmiechem, w którym był odcień dumy. Córka uśmiechnęła się więc również i pełna tej samej dumy oraz najlepszych postanowień udała się na spoczynek.

*

Trzydzieści dwa dni później Magnolia świętowała wstąpienie na tron młodej wiekiem, lecz, co podkreślano, dojrzałej duchem, królowej Eulalii. Uroczystość zaplanowano z wielką pompą, ucztowaniem, tańcami i wszelką zabawą. Postarano się, aby na żadnym stole nie zabrakło tego dnia pieczonego prosiaka ani ciasta z jabłkami, ani cydru. Przysięga oraz akt koronacji odbyły się w sali tronowej na zamku, a zaraz potem nowo mianowana władczyni ukazała się na balkonie, gdzie zebrani na placu mieszkańcy stolicy i przyjezdni poddani powitali ją z wielkim entuzjazmem. Przez cały ten i następny dzień z ust ludu nie schodził okrzyk: „Niech żyje Eulalia, królowa Magnolii”. Wznoszono toasty, śmiano się i tańczono do świtu. Już dwa tygodnie wcześniej ruszył w podróż po kraju portret pędzla mistrza Evengarda z Tequaru przedstawiający Eulalię w złoto-perłowej sukni i diademie, trzymającą w lewej dłoni królewskie jabłko, w prawej zaś – zamiast berła – gałązkę magnolii.

Po miesięcznej żałobie lud Magnolii świętował wszystkimi siłami, mając nadzieję, że teraz wreszcie skończą się troski i nastaną lepsze czasy pod berłem pięknej „płomiennowłosej królowej”. Pesymistów, którzy nie wierzyli w świetlaną przyszłość i snuli ponure przewidywania co do dalszych losów córki króla Maja, nikt po prostu nie słuchał. Trzy nieszczęścia, jak na jedną rodzinę, z pewnością wystarczą, mawiano. A królowi chyba nie zależy na tym, żeby zza grobu nękać córkę własnym pechem tylko z tej racji, że nieszczęścia winny chodzić parami. Nieszczęście jednak przyszło. I to nie z woli fatum, w postaci gromu z jasnego nieba czy zarazy, lecz z inicjatywy samej Eulalii.

ROZDZIAŁ DRUGI

Noc była jasna. Księżyc odbijał się w rzece, w posrebrzanych dachach pałaców i w lusterkach sadzawek, rzucając łagodne światło na Srebrne Miasto, które wydawało się przez to jeszcze bardziej srebrne. Zamek, niczym potężny olbrzym, strzegł go, osłaniając skrzydłami zewnętrznych murów. Nic nie mogło zagrozić mieszkańcom, oddychającym przez sen powietrzem o woni bzu i jaśminu.

Właśnie dziś powinno się udać. Ta noc będzie moją przewodniczką.

Tę i podobne, mniej lub bardziej górnolotne myśli powtarzała sobie Cayenne od trzech z górą godzin; po pierwsze po to, żeby nie zasnąć, po drugie, żeby nie tracić ducha, po trzecie w celu skrócenia sobie czasu, który wlókł się niemożliwie.

Dobrze, jest prawie północ. Wszyscy powinni już spać. Liczę do stu i wstaję. Policzyła do stu, potem do pięćdziesięciu i jeszcze raz do pięćdziesięciu.

Jak tak dalej pójdzie, to zacznie świtać! Dosyć tego. Wstaję!

Szybkim ruchem odrzuciła kołdrę. Odczekała kilka sekund, bo wydało jej się, że Vanessa poruszyła się przez sen. Wreszcie wstała i wzięła stojący na taborecie lichtarz. Po namyśle odstawiła go i zabrała się za słanie łóżka.

Trzeba zostawić porządek. To musi wypaść z klasą. Równiutko ułożyła poduszki, kołdrę i kapę, zasunęła zasłonki. Zajęło to trochę czasu. Na koniec ustawiła obok łóżka pantofle, a ze skrzyni wyciągnęła (prawie bezszelestnie) parę wysokich, zamszowych butów do jazdy konnej. Wzięła znowu świecę.

No, ciekawe, co zrobię z tymi butami. Nie pomyślałam, jak zwykle. Jeśli je założę, będą hałasować, a nieść je to przecież idiotyzm. Ładnie to będzie wyglądało, jeśli mnie ktoś spotka. Powiem, że idę do toalety… z butami pod pachą?

Przechodząc obok łóżka Vanessy, przyjrzała się jej uważnie. Niańka spała mocnym snem. Cayenne minęła ją więc i wyszła z pokoju.

Owiał ją chłód. Podłoga też była lodowata. Szybkim krokiem przebyła ten i następny korytarz. Tak jak przypuszczała, nie napotkała żadnej straży. Pewnie siedzą na dole i grają w kości. Że też ich królowa na to pozwala!

Ale dzisiaj robią mi przysługę. Może ich za to kiedyś wynagrodzę. Jeśli się uda.

Z tą nieco przewrotną myślą zaczęła schodzić po wąskich, kręconych schodach. Właśnie doszła do ostatniego zakrętu, gdy usłyszała głosy. Rozległy się tak blisko i nagle, że Cayenne włosy stanęły na głowie. Zdmuchnęła świecę i zaczęła uciekać w górę. Była pewna, że zauważyli światło, a jeśli nie, to ją usłyszeli. W wielkiej panice wcisnęła się w wąską wnękę, tuż obok schodów. Dwa głosy i tupot dwóch par ciężkich butów zbliżał się stopniowo. Wbrew jednak oczekiwaniom ukrytej w schowku uciekinierki, rozmowa, którą prowadzili żołnierze, nie dotyczyła bynajmniej jej osoby.

– Mówię ci, brachu, ona jest… no, taka…

– No, wysłów się wreszcie. Powiedz: piękna.

– Tam piękna! Piękna to przy niej nawet Agnes nie jest.

– O, nie przesadzaj może!

– Zabij mnie, nie przesadzam! Ona… Melania… Mela… jest po prostu… doskonała i… Ale to nawet nie to, że piękna, tylko to, co ona w sobie ma… ten jakiś ogień! Od tego się człowiek zmienia w kulę ognia! I mnie się trafiło, mnie!… Ja myślałem, że oszaleję! I chyba miałem rację, nie? Każdy, każdy chciałby ją mieć, stary, pojmujesz?

– Pojmuję, że jesteś szczęściarz. Ale to wiedziałem już wcześniej. No? I jak było?… Taka jak wygląda?

– No, wiesz co… lepsza!

No, nie, naprawdę mogliby sobie darować – pomyślała Cayenne, czując, że robi jej się gorąco w policzki. Tymczasem rozogniony amant snuł swój wywód i wcale nie wykazywał chęci ruszenia się z miejsca.

– Taka noc, stary, taka noc, czujesz? Ona tam teraz śpi… a ja tutaj, do stu ogrów, z tobą! Bez urazy…

– No to skacz oknem, na co czekasz? – zaproponował towarzysz.

– Skoczyłbym, och – westchnął tamten – Tylko że by potem moja Mela ze mnie pożytku nie miała… – zauważył nagle trzeźwo. – Ale jak tylko dostanę wolny dzień, polecę prosto do niej! No, po drodze jeszcze chapnę jakiś prezencik. Tak obiecałem i ten księżyc mi świadkiem – zawołał donośnie – że dotrzymam słowa!

A to pech. Jeśli zniknę, to Lissar nieprędko da im wolny dzień – pomyślała królowa i wcisnęła się głębiej we wnękę, bo obydwaj panowie, ruszywszy się wreszcie, właśnie ją mijali. Nie czekała, aż znikną za zakrętem. Gdy tylko oddalili się o kilkanaście kroków, zdesperowana rzuciła się znowu w dół schodów. Jakimś cudem nic nie zauważyli.

Następne dwie sale po prostu przebiegła. Tylko w wielkim holu zatrzymała się na chwilę przed portretem Julietty. Po ciemku widoczne były wyraźnie białe plamy twarzy i dłoni oraz kremowa suknia, świecące światłem laserunku.

– Pomóż mi, mamo – szepnęła. – Muszę to zrobić, żeby uratować honor i dotrzymać przysięgi. Kiedy wrócę, będę prawdziwą królową.

Starała się wybierać boczne korytarze, żeby nie natknąć się znów na kogoś. Taka taktyka była bezpieczniejsza, ale zajmowała dużo więcej czasu.

Zaraz zacznie świtać! – pomyślała znowu ze złością, skręcając w kolejny wąski i pełen pajęczyn korytarzyk. Nie wiedziała, jak długo trwa już ta wędrówka, ale świeca, którą zapaliła znów od jednej z pochodni, kurczyła się w zastraszającym tempie. Cayenne była zmęczona i zdenerwowana. Włożyła buty, nie mogąc znieść zimna kamiennej posadzki, i szła teraz jeszcze wolniej, przestraszona odgłosem własnych kroków. W końcu dotarła tam, gdzie zamierzała: do kuchni, a konkretniej – do spiżarni. Tu przyszła kolej na poważną decyzję: co zabrać? Nie można wziąć ani za dużo, ani za mało…

Ascetycznie – pomyślała – bez żadnych zbytków. Za dwa dni będę mogła zatrzymać się w jakiejś wiosce. Zresztą w lesie są poziomki.

Zdjęła z półki średniej wielkości chleb, mężnie ominęła kosze ze słodkimi bułeczkami i skierowała się w stronę wędzonych serów. Wzięła jeden, nieduży. Po namyśle zabrała jeszcze kilka jabłek. No, chyba wystarczy. Teraz szybko – odwrót.

Wycofała się na korytarz, dźwigając buty pełne jabłek, chleb, ser oraz świecę. Stąd dalszą trasę miała już opracowaną. Bezbłędnie trafiła do małej pakamery mieszczącej się obok pralni. Czuć było nawet zapach mydła i namokniętych balii, pozostawionych wieczorem przez praczki.

Cayenne zamknęła za sobą drzwi, postawiła na podłodze lichtarz i skierowała się ku starej, zakurzonej skrzyni, nieotwieranej, zdawałoby się, od miesięcy. Otworzyła ją i zaczęła wyjmować przeróżne przedmioty, magazynowane tu przez szereg kolejnych nocy. Na podłodze znalazły się więc: brązowe spodnie i bluza, duża torba o brzęczącej zawartości, krzesiwo i hubka, świeca, kościany grzebień, mydło różane, kawałek rzemyka, biała płócienna koszulka i zawiniątko z bielizną, w końcu długi, lekki, brązowy płaszcz z kapturem. Obok stanęły jeszcze buty. Popatrzyła na to wszystko, przeliczając w myśli i zastanawiając się, o czym mogła zapomnieć. Z torby wyjęła sakiewkę pełną brzęczących monet. Po namyśle otworzyła ją i przesypała połowę jej zawartości do obydwu butów.

Muszę być ostrożna – pomyślała. Potem, wsunąwszy rękę do torby, wyjęła z niej mały, srebrny sztylet w skórzanym futerale. Zdjęła ten futerał i przysunęła nóż do światła, żeby na niego popatrzeć. Był piękny: drobny, wąziutki, z rękojeścią ozdobioną roślinnym motywem. Na jej końcu błyszczał ogromny szmaragd. To nie była robota krasnoludów, o nie! Cayenne po raz kolejny pomyślała, że to zbyt ozdobna broń dla kogoś, kto chce podróżować incognito, ale cóż zrobić, kiedy nic skromniejszego nie udało jej się znaleźć. Schowała z powrotem do torby sztylet i sakiewkę, a także inne drobne rzeczy, wraz z prowiantem. Nie ma czasu! Szybko ściągnęła koszulę nocną i ubrała się we wszystko, co przygotowała.

No tak, sztylet! Znowu zapomniałam! – denerwowała się. Przypięła broń do paska drżącymi rękami. Starała się uspokoić, ale to nie było proste. Była roztrzęsiona i wszystko leciało jej z rąk.

– Głębokie oddechy, Cayenne. Jest dobrze. Wszystko będzie dobrze.

Po chwili znów sobie coś przypomniała. Pogrzebała w torbie i wyciągnęła zwitek papieru, zalakowany i przypieczętowany jej własną, królewską pieczęcią. Włożyła go do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wyglądało na to, że ma już wszystko.

Stanęła w płaszczu i kapturze, z torbą na ramieniu, przed małym kawałkiem lustra, ustawionym obok skrzyni. Uśmiechnęła się do swojego odbicia. Wyglądała ładnie. Pokrzepiona tym faktem, ruszyła w kierunku wyjścia drogą prowadzącą przez pralnię. W tejże pralni wrzuciła do jednego z koszy na bieliznę swoją nocną koszulę. Ślady zatarte, można wreszcie opuścić to miejsce.

Otworzyła drzwi wyjściowe i znalazła się na małym dziedzińcu, skąd widać było stajnie i inne pomieszczenia gospodarcze, tonące w mroku i ciszy. Ale jakże inna była to cisza! Tam, wewnątrz echo odbijało każdy dźwięk i wszystkie szmery podążały korytarzami, plącząc się i zniekształcając nieprzyjemnie. Tutaj cisza składała się z szelestu wiatru w liściach akacji, puchania puchaczy, świergotu słowików, pochrapywania koni i chłopców stajennych, z dalekiego plusku wody i z wielu innych cudowności, które trudno jest wyodrębnić, a które składają się na muzykę nocy, zwaną też ciszą. Poza tym było tu dużo jaśniej i o niebo cieplej niż w środku. Księżyc świecił na wprost niej, tak że mur, o który się opierała, wydawał się zupełnie biały od blasku… Ale to akurat nie wróżyło dobrze. Trzeba było jak najszybciej przejść na drugą, ciemną stronę fortecy, aby nie zostać zauważoną przez porozstawianych na murach strażników.

Zaczęła więc sunąć wzdłuż ściany, chowając się w zaułkach lub przebiegając po kilka kroków do następnego zacienionego miejsca. Miała szczęście; bez problemu przedostała się na wschodnią stronę, gdzie kładł się cień białego olbrzyma. Kolejne szczęśliwe zrządzeniem losu (bo nie obliczyła tego wcześniej): to właśnie po tej stronie ukryła małą tratwę zbitą z desek, która miała przewieźć ją na drugą stronę fosy. Wydobyła z krzaków ową tratwę oraz długi drąg.

Trzeba przyznać, że podczas tej przeprawy miała serce w gardle. Po raz pierwszy realnie groziło jej oberwanie strzałą z kuszy któregoś z ukrytych za murem żołnierzy. Toteż co chwilę oglądała się w strachu i nasłuchiwała świstu za swoimi plecami. Płynęła, odpychając się drągiem. Na szczęście fosa zdążyła już obeschnąć po wiosennych roztopach i woda nie przekraczała nigdzie sześciu łokci. Po niedługim czasie królowa dobijała już do brzegu, zaniepokojona nową refleksją: czy zamek rzeczywiście jest bezpieczny, skoro każdy, nawet początkujący i niedoświadczony jak ona włamywacz, przemytnik, tudzież uciekinier może bez najmniejszych przeszkód przepłynąć sobie przez fosę?

Trzeba to będzie poprawić, gdy wrócę – pomyślała i była to kolejna rzecz, którą obiecała sobie wziąć pod uwagę po powrocie. Czyli za jakieś dwa miesiące, może trochę wcześniej. Tymczasem wspinała się po zboczu fosy, trzymając się trawy i korzeni rosnącego nam klonu. Nie miała już, niestety, wolnej ręki, żeby wynieść tratwę. Musiała więc pozostawić ją na dole, na wieczną hańbę strażnikom. Trudno.

Wydostawszy się na stały ląd, Cayenne zapuściła się w miasto. Czuła się bezpieczna i co najważniejsze, nareszcie bezimienna. Spośród trzech napotkanych osób żadna nie rozpoznała władczyni, gdy ta przemierzała brukowane uliczki, podziwiając księżyc. Zmierzała w kierunku domu jegomościa o dziwacznym, z krasnoludzka brzmiącym nazwisku: Bordolg. Jegomość ów z zawodu był snycerzem, ale po godzinach zajmował się wszystkim, co mogło mu przynieść jakiś pieniądz, nie troszcząc się zbytnio, czy zajęcie było legalne, czy nie całkiem. Krasnoluda nie przypominał w niczym: był wysoki i chudy jak śledź, a do tego słynął z uprzejmej wylewności, która jest u krasnoludów cechą, jak wiadomo, raczej rzadką.

Bordolgowi zaś pomagała z pewnością we wszystkich jego zawodach, zjednując mu interesantów, ich znajomych i przyjaciół oraz przyjaciół znajomych. Dzięki temu nawet Cayenne dowiedziała się o nim i odwiedziła go w poprzednim tygodniu „w interesach”. Pan Bordolg miał zaopiekować się przez kilka dni klaczą swej interesantki, której ojciec, kupiec korzenny, potrzebował wyjechać wraz z bratem i jego żoną do Livenny. Ponieważ równocześnie przebudowywał w Magnolii swą stajnię, nie miał więc co z koniem zrobić, bo ani zabierać go nie było sensu, ani zostawić – możliwości… W ten sposób klacz miała przez pięć dni zapewnione wakacje z noclegiem i wyżywieniem oraz towarzystwem dwóch koni snycerza, za godziwą opłatą wysokości trzydziestu kosów. Plan wydawał się rzetelnie dopracowany. Tymczasem jednak noc była już głęboka i Cayenne zastanawiała się, czy będzie zmuszona wyciągnąć Bordolga z łóżka i w jakim wtedy zastanie go humorze. To było dla niej coś nowego; liczyć się z tym, że ktoś może odmówić jej pomocy. Było to poniekąd fascynujące.

Dotarła wreszcie do charakterystycznej, czerwonej bramy. Pociągnęła za sznurek od dzwonka. Nikt nie zareagował, więc zadzwoniła jeszcze raz, mocniej. Na ganku coś się poruszyło, zaświeciło mgliście i po chwili zza drzwi wyjrzała okrągła postać kobieca z kagankiem w ręku. Cayenne znała ją; była to gospodyni pana Bordolga.

– Kto? – spytała lakonicznie, nie zdradzając bynajmniej oburzenia czy choćby zdumienia z powodu późnej pory.

– Ja do pana Bordolga! – usłyszała w odpowiedzi. – Muszę odebrać klacz… Okazało się, że muszę jechać do Livenny, do ojca i…

– Zaraz – gospodyni pokiwała głową i nie słuchając dalszych wyjaśnień, ruszyła w stronę furtki z wielkim pękiem kluczy. – Frall mówił, że panna może przyjść. Proszę – rzekła, otwierając gościowi przy akompaniamencie koszmarnego skrzypienia.

– Ja… przepraszam, to wynikło tak nagle. Pomyślałam, że lepiej przyjść teraz niż o wpół do piątej rano – Cayenne starała się zachować pozory, choć zaniepokoiło ją bardzo, że Bordolg spodziewał się jej wizyty.

– Tak, tak, lepiej – przyznała kobieta. – Jeszcze się nie położył, chodzi późno spać.

Przez oszklony ganek weszły do wnętrza domu. Pachniało tu śniedzią, świeżo wyprawioną skórą, zgniłymi jabłkami i czymś jeszcze. Cayenne pamiętała ten zapach z poprzedniej wizyty. Przywołany przez gospodynię Frall Bordolg przyszedł i zaraz rozjaśnił swe wychudłe oblicze rozbrajającym uśmiechem.

– A, witam panienkę! – zawołał tak czule, jakby była jego własną siostrzenicą. – Co tam? Ojciec już wrócił?

– Nie, nie wrócił, ale właśnie ja muszę do niego jechać. Wczoraj dostałam wiadomość.

– Ale chyba nic się nie stało? – zaniepokoił się do głębi.

– Nie, chyba nie… – bąknęła. – Właściwie nie wiem, o co chodzi. Kazał jechać, to jadę.

– Oczywiście, oczywiście! – odparł Frall ze zrozumieniem. – Trzeba słuchać rodziców. Ja panienkę przepraszam za te pytania… Panienka się nie gniewa, prawda?

– Ależ nie! – zaprzeczyła szybko. – Dlaczego miałabym się gniewać?

– No, to w porządku. Napije się panienka czegoś czy idziemy po konika?

– Bardzo dziękuję, ale nie mam czasu – dziewczyna przestąpiła z nogi na nogę. – Muszę wyjechać wczesnym rankiem.

– Rano? – zdumiał się snycerz i spojrzał na jej torbę. – Myślałem, że już, bo panienka już spakowana!

Cayenne roześmiała się, nie dając się zbić z pantałyku.

– Ach, nie! To nic w porównaniu z tym, co muszę zabrać z domu. Ojciec kazał mi zabrać rzeczy przynajmniej na miesiąc. Muszę jeszcze to wszystko spakować, a spać, to już w ogóle wątpię, czy będę.

Snycerz, uśmiechając się i potakując, poprowadził swą klientkę do wyjścia. Potem rozmowa jakoś się urwała. Dopiero otwierając stajnię, mężczyzna odezwał się z dobrodusznym uśmiechem:

– A wiesz ty, panienko, że ja się spodziewałem, że ty dzisiaj jeszcze tu przyjdziesz.

– Tak? – spytała „panienka” niepewnie. – A dlaczego?

– Ha! Nie ja to wymyśliłem, ale panienki klaczka. Jak się cały czas dobrze sprawowała, tak dzisiaj – jakby ją co niosło! Niepokoiła się od rana, a ja do niej: Co, kobyłko? Niespokojna jesteś? Chcesz iść? A, to pewno dzisiaj jeszcze pójdziesz, pewnie po ciebie przyjdą.

Rzeczywiście, Frezja ucieszyła się bardzo na widok znajomej postaci, a ta, odetchnąwszy z ulgą i uwierzywszy bez reszty w szczerość pana Bordolga, ucieszyła się nie mniej. Wyprowadziła Frezję na zewnątrz z poczuciem, że teraz ma w ręku wszystko, co jest jej potrzebne. Niepokój klaczy, o którym mówił Bordolg, jakby się jej udzielił. Chciała jechać, natychmiast…

– Bardzo panu dziękuję, panie Bordolg. – powiedziała – Czy coś jeszcze jestem panu winna?

– Jeden uśmiech by wystarczył – odrzekł rycersko snycerz. – Musi jednak panienka wiedzieć, że konik jest z gatunku żarłocznych. Naprawdę! – uderzył się w pierś. – Zjadła przez te pięć dni więcej owsa niż moje dwa razem.

– Dobrze – westchnęła Cayenne – rozumiem. Cieszę się, że pan jej nie skąpił.

– Ależ skąd! Nie miałbym serca! – zapewnił, przyjmując od niej kolejne dziesięć kosów. – Dziękuję panience i polecam się na przyszłość.

Odprowadził ją do bramy i pożegnał, jak własną babkę. Zmęczona już i nieco zdegustowana tą wylewnością Cayenne z ulgą opuściła jego obejście. Dosiadła Frezji i ruszyła w kierunku zachodniej bramy miasta. Była ona ostatnią przeszkodą, jaką miały, teraz już wspólnie z Frezją, pokonać. Za tą bramą czekał cały świat. O, jak bardzo pragnęła – obie pragnęły – zobaczyć już, jak księżyc odbija się tam w rzece, jak lśnią w jego blasku łąki! Cayenne była w tej chwili gotowa wręcz przeskoczyć konno kilkunastometrowy mur, gdyby tylko było to konieczne. Na razie miała jednak inny, mniej karkołomny plan. Założyła kaptur i otuliła się płaszczem, bo brama była już blisko. Stało przy niej dwóch strażników. Nie mieli pochodni ani kaganków, paliło się tam tylko ognisko, jednak dość daleko od gościńca. Zbliżyła się do żołnierzy, starając się, aby każdy ruch Frezji wyrażał pewność siebie. Strażnik zastąpił jej drogę.

– Dokąd to, po nocy? Ktoście?

– Posłaniec, z listem od królowej pani. Puść mnie, człowieku – powiedziała i zaraz zrozumiała, że zaczęła zbyt nerwowo.

– Posłaniec? – strażnik przyjrzał się przybyszowi krytycznie. – A czemu to posłaniec nie może jechać rano, po otwarciu bram, hę?

– To już nie wasza rzecz. Taki mam rozkaz.

– A dowód jaki macie? – dołączył się do rozmowy drugi strażnik.

– Oto list, który polecono mi dostarczyć. Z pieczęcią królowej pani – rzekła, podając zwitek. Strażnicy obejrzeli go i wymienili między sobą porozumiewawcze spojrzenia.

– Wybaczcie, panie, ale musimy być ostrożni. Też mamy rozkazy.

– Rozumiem – odrzekł łaskawie posłaniec, przyjmując z powrotem list. – Królowa z pewnością ceni sobie żołnierzy tak wiernie wykonujących swoje obowiązki.

Mile połechtani tym strażnicy otworzyli bramę szerzej, niż było trzeba.

Jeździec przemknął nią błyskawicznie i bez pożegnania. Zamykając wrota, słyszeli jeszcze przez pół minuty tętent końskich kopyt, potem wszystko ucichło, pochłonięte przez noc. Strażnicy pomyśleli, że królowa albo prowadzi niezwykle tajną politykę zagraniczną, albo wdała się w niezwykle tajny romans (co było zresztą bardziej, według nich, prawdopodobne).

Cayenne tymczasem kłusowała przez pola wolna, szczęśliwa i dumna, jak nigdy w życiu. Wiatr zdjął jej kaptur i rozwiał włosy. Czuła go, słyszała jego świst i łopot, z jakim poddawał mu się jej wełniany płaszcz.

Muszę wyglądać jak upiorzyca – pomyślała wesoło. Nie czuła się jednak ani trochę upiornie, raczej kosmicznie; jak kometa pędząca po pustym, ciemnym bezkresie. Miała w głowie zupełny chaos, jakieś strzępki myśli zmieszane ze świstem powietrza i zapachem koniczyny. Tylko jedna była cała i wyraźna: „Udało się, udało, udało!”.

Po pewnym czasie Frezja się zmęczyła. Cayenne zaś znów zaczęła jasno myśleć. Zwolniła, kierując się ku miejscu, w którym można było bezpiecznie przekroczyć rzekę. Klacz chciała się napić wody. Cayenne zsiadła i napiły się obydwie, po czym przeprawiły na drugi brzeg. A na drugim brzegu stał las. Zanurzyły się w nim, jak poprzednio w rzece, a on przyjął je łaskawie i natychmiast roztoczył przed nimi swą niepowtarzalną, nocną aurę. Drzewa były tu wysokie, jak maszty okrętów, i pełne dostojeństwa. Panujący tu spokój był dziwnie podniosły i skłaniał do rozmyślań. Cayenne rozmyślała więc o podróży, którą właśnie rozpoczęła, o tym, co było jej celem, i o tym, co ją spowodowało.

Zaczęło się od budowy dróg. Uważała, że to ważne. W końcu drogi są pierwszą wizytówką, na jaką natrafia cudzoziemiec po przekroczeniu granicy. Uważała, że zadbane drogi i szlaki kupieckie są najbardziej praktyczną i rozsądną inwestycją, na którą warto wyciągnąć ze skarbu nawet największą sumę. Bo co z tego, że Magnolia ma Srebrną Stolicę i inne miasta pełne pałaców, zdobionych kamienic i pluszczących fontann, skoro pomiędzy nimi ciągną się lasy takie, jak ten, gdzie wciąż brakuje porządnych gościńców i mostów na rzekach? Wozy i karety grzęzną w bagnach podczas wiosennych roztopów, a konni jeźdźcy zmuszeni są, omijając je (bagna, nie karety), szukać leśnych ścieżek, używanych zazwyczaj przez rysie i jelenie. A ilu z nich co roku ginie rozszarpanych przez dzikie zwierzęta? Czy te straty da się porównać z zewnętrznym blichtrem srebrnych kopuł i łyżeczek do herbaty, wysadzanych szmaragdami? Mieć takie drogi jak Senya czy Vimbeltroch, starożytne miasto krasnoludów, o którym czytała w książkach – to byłoby coś! Chyba każdy rozsądnie myślący człowiek zgodziłby się z tym poglądem. I może nawet byłby zaskoczony, że pojawił się on w głowie siedemnastolatki, którą można by prędzej podejrzewać, że pierwsze lata swych rządów spędzi, wydając pieniądze na bale, stroje i podróże. Ale książę Lissar, samozwańczy doradca królewski, nie tylko nie pochwalił projektu, lecz określił go jako „lekkomyślny i bezsensowny”! Żeby jeszcze miał jakieś sensowne kontargumenty, ale nie: nie miał nic poza twierdzeniem, że tych dróg nigdy nie było, a komunikacja jakoś (właśnie: jakoś!) funkcjonowała. Twierdził też, że nie da się tych dróg zbudować właśnie z powodu bagien. I tu już Cayenne nie mogła powstrzymać się od śmiechu: z powodu bagien! Może taki powód miałby znaczenie pięćdziesiąt lat temu, ale teraz? Czy to taki problem znaleźć kilku młodych, zdolnych inżynierów, jeśli nie spośród ludzi, to spośród krasnoludów, którzy radzą sobie nie tylko z bagnem, ale i z gorącą lawą, jeśli trzeba? To doprawdy żałosne, jak starzy ludzie nie potrafią przyzwyczaić się do faktu, że świat się zmienia. Ale mniejsza o to.

Najważniejsze i najgorsze zarazem było to, że Lissar znów ją upokorzył, że za nic ma jej godność i władzę i że już przestał się kryć z zamiarem kontrolowania jej decyzji na każdym kroku. A to oznacza jedno: pozycja władcy przestaje się liczyć. To nie jest tylko zamach stanu, to zamach na tradycję, na fundament państwa Magnolii! I dlatego trzeba z tym walczyć. Nie dla własnych ambicji, naprawdę nie. Czy ona chciała zostać królową? Ale skoro już nią jest, jest odpowiedzialna za ten kraj, który przekazał jej ojciec.

Wydawałoby się, że nie można wygrać z Lissarem, który ma ogromne poważanie na dworze, a przy tym postępuje tak sprytnie, że cokolwiek by mu nie zarzucić, może zawsze wytłumaczyć się dobrymi pobudkami. Ale Cayenne wiedziała, że w Magnolii tradycja jest wartością z niczym nieporównywalną. Wyryta w umysłach narodu mocniej niż imiona popularnych w danym czasie możnych i polityków, sama się obroni; trzeba tylko stworzyć jej dogodne warunki. Po to właśnie uciekła dzisiaj z zamku, żeby się o te warunki zatroszczyć.

Z lekcji historii, za którymi, przyznać trzeba, nigdy nie przepadała, zapamiętała parę faktów, a niektóre z nich poruszyły ją do głębi, utrwalając się w jej pamięci. Jednym z nich była wyprawa króla Risztego do Misbratu. Misbrat, w języku krasnoludów zwany Sorlim, w języku elfów zaś Nálliar, to góra w zachodniej części Gór Olbrzymich, ale nazwa kojarzona jest w pierwszym rzędzie nie z samą górą, lecz z grotą, która mieści się mniej więcej w jednej trzeciej drogi do szczytu. Tę właśnie grotę Riszte obrał sobie na pustelnię w dziewiątym roku swoich rządów. Dochodziły wówczas z północy wieści, że Grolgowie popadli w kryzys po ostatniej wojnie, a ich nowy władca, o wiele mniej waleczny niż poprzedni, nie tylko przestał myśleć o kolejnych podbojach, lecz także z trudem radzi sobie z utrzymaniem własnych ziem, wstrząsanych wciąż nowymi buntami zachłannych poddanych, którzy domagają się dalszego podziału łupów wojennych. Usłyszawszy o tej sytuacji, wielu z otoczenia Risztego usiłowało nakłonić króla, by zaatakował skłócone państwo i zmiótł wreszcie Grolgów z powierzchni ziemi. Sam Riszte był, jak wiadomo, prawym wojownikiem i uważał, że pomysł napadania na pokonane państwo, które nie zagraża już nikomu, jest ze wszech miar niegodny. Jednak doradcy nie dawali mu spokoju, dzień i noc namawiając do wojny. Wtedy to król Riszte opuścił swą siedzibę, udając się w samotną podróż, której celem miała stać się właśnie owa grota w skale Misbratu. Legenda głosi ponadto, że jaskinia była naonczas zamieszkiwana przez niedźwiedzia. Ten jednak ujrzawszy, że król przybył tu po mądrość, usłużnie się wycofał, udostępniając ją Risztemu jako pustelnię.

Król spędził w Misbracie siedem tygodni, żywiąc się grzybami i jagodami oraz pijąc wodę z wypływającego spod skalnej ściany źródła, a kiedy w końcu opuszczonym, zdezorientowanym i tkniętym wyrzutami sumienia wojownikom udało się go odszukać, był „wątły na ciele i lica miał zarośnięte, jak gdyby człowiek dziki albo li zwierz jakowyś, lecz oczy jego pałały ogniem mądrości”, wskutek czego wojowie bez chwili wahania padli przed nim na twarz, błagając, aby im wybaczył i powrócił do grodu, bo bez niego Magnolia jest „jako smętna sierota pozostawiona bez opieki”. Wtedy Riszte wyłożył im raz jeszcze, w słowach pełnych wdzięku, przyczyny, dla których uważa wszczynanie wojny z Grolgami za niesłuszne, a także i to, że powinni mieć szacunek i zaufanie dla słowa władcy, skoro powierzona mu została piecza nad królestwem. W ten sposób Misbrat zyskał sławę „Góry Mądrości”, gdyż stał się miejscem jej wielkiego zwycięstwa nad niegodziwością i pychą.

Riszte nie był bynajmniej ostatnim z tych, którzy udali się do Misbratu po mądrość. Weszło w zwyczaj, że gdy król lub królowa czuli, zwłaszcza z powodu natarczywości możnych, czy też z jakiejkolwiek innej przyczyny, potrzebę przemyślenia czegoś w samotności, udawali się tam i pozostawali tak długo, jak im to było potrzebne. Grota nosiła piętno każdego z tych pobytów: był tam głaz służący za stół, miejsce, w którym rozpalano ogień, legowisko. Ściany jaskini pełne były zapisków. Można tam było znaleźć uwiecznione przemyślenia, pytania i odpowiedzi na nie, czasem ujęte w piękne sentencje, a nawet pisane wierszem lub opatrzone rysunkami. Już samo przeczytanie tych wszystkich okruchów historii, niby osobiste spotkanie z przodkami, musiało każdego poruszyć i uczynić mądrzejszym. To była „Księga Misbratu”, wiecznie żywy list napisany przez zmarłych. Ostatnim królem, który około sześćdziesięciu lat temu odwiedził grotę, był Rasmus Wielki, dziadek Cayenne. Chociaż go nie znała, słyszała o nim wiele dobrego i cieszyła się na myśl, że będzie mogła przeczytać to, co napisał jej dwudziestopięcioletni dziadek, przebywając w Misbracie.

Tymczasem czekały ją cztery dni drogi szlakiem południowym. Ale najpierw musiała jeszcze dostać się na ten szlak. W tym celu należało skierować się na północny zachód i dojechać do wioski Hels. Do niej właśnie prowadziła dróżka, na której Cayenne znajdowała się w tej chwili. Taką przynajmniej miała nadzieję.

Las gęstniał i robiło się coraz ciemniej. Strużki księżycowego światła docierały przez gęstwinę z wielkim trudem i często jedynymi światełkami, jakie spotykała, były robaczki świętojańskie. Miłe te stworzonka nie pomagały jednak zbytnio w orientacji. Cayenne jechała bardzo wolno w obawie, by nie zgubić ścieżki, która w tym miejscu zwęziła się bardzo. Przez jakiś czas wiodła wzdłuż strumienia i wtedy można było kierować się dźwiękiem. Potem jednak strumień odbił gdzieś na prawo i zaczęły się kłopoty. Trzy razy ścieżka znikała zupełnie. Za pierwszym razem królowa spanikowała, myśląc, że trzeba było jechać nadal przy potoku. Za drugim nie dała się zwieść tak łatwo sprytnej ścieżce i poczekała spokojnie do momentu, gdy ta zechciała znów się pojawić. Za trzecim razem zignorowała zupełnie te niewymyślne figle. W końcu i ścieżka zniechęciła się i powróciła do normalnych rozmiarów. Drzewa też rozrzedziły się nieco, wpuszczając więcej światła. Uspokojona podróżniczka zasłuchała się więc w szelest liści, pohukiwanie sów i cykanie cykad. Po jakimś czasie przyłączyły się do tej orkiestry pierwsze przebudzone ptaki, najpierw nieśmiało, potem coraz głośniej i tłumniej, budząc cały bór w trosce, aby nikt nie przegapił wschodu słońca. Cayenne już cieszyła się w duszy na ten wschód, choć pozostało doń jeszcze sporo czasu. Las czarował ją szarym przedświtem, w którym mogła już powoli dostrzegać jego bogactwo, kształty, kolory. Zrobiło jej się jakoś słodko, więc pomyślała, że to dobry moment, żeby on przyszedł. Zamknęła oczy i wyostrzyła wyobraźnię.

*

Za chwilę już był; dogonił ją konno, od lewej strony. Odwróciła głowę i uśmiechnęła się do niego. Odpowiedział również uśmiechem. Piękniejszym.

*

Przez jakiś czas jechali obok siebie, trzymając się za ręce.

*

Potem – razem, na Frezji. On za nią, obejmując ją w pasie.

*

A potem Cayenne siedziała z tyłu, przytulona do jego czarnego płaszcza, nasiąkniętego wszystkimi zapachami lasu i ufności. Kątem oka widziała jego miecz, który podskakiwał rytmicznie. Przytuliła się do niego mocniej, drżąc z troski. A siedząc tak, mogła przecież widzieć jednocześnie jego twarz, czarne, krótko ostrzyżone włosy, jego usta i świetliście niebieskie oczy, kontrastujące z czernią rzęs. Widziała i czuła, jak oddycha i jak uśmiecha się, myśląc o niej. I tak, zatopiona w swej czarno-niebieskiej słodyczy, przywitała świt.

Ach, co to był za świt! Ze wszystkich różowych, migotliwych, pełnych rosy i nadziei świtów, ten był najbardziej różowy i najbardziej napęczniały nadzieją. Czysty i potężny. Dziewiczy i triumfalny! Cayenne poczuła w sobie naraz ogromną potrzebę, by odpowiedzieć temu porankowi. Przyszła jej do głowy odpowiedź prosta i genialna: piosenka. Zaczęła więc śpiewać, najpierw półgłosem, potem już odważniej, piosenkę o raczej wątpliwej wartości artystycznej, którą nie pamiętała, skąd zna, a która pasowała jednak idealnie do nastroju:

Przez zielone knieje

Jedzie rycerz pan

Drogą, całkiem sam…

Nie mogła sobie przypomnieć zakończenia zwrotki, więc wymyśliła własne:

A noc gwiazdy sieje!

Poprzez ciemne bory

Biały konik rwie

Przez noce i dnie

Ranki i wieczory.

Jeździec nuci pieśń

Echo w dal ją niesie

Słychać w całym lesie

Lecz jaka w niej wieść?

Wieczory i ranki

Pędzi rycerz pan

Aż dojedzie tam

Gdzie domek kochanki!

Pierścień z sobą wziął

A gdy znajdzie ją –

Pierścień ten jej wręczy

I się z nią zaręczy.

Przez zielone knieje

Na koniku gna

W sercu ma nadzieję

Bo widzi: już dnieje.

Cayenne wytężyła wzrok. Czyżby drogowskaz? Tak, drogowskaz i to z całkiem wyraźnym napisem: „HELS 3 GODZINY”! Ostatnia zwrotka zabrzmiała zwycięsko:

Pędź rycerzu, pędź

Aż po słońca wschód

Gdy zaświeci dzień

Staniesz u jej wrót!

Zsiadła z konia i poklepała go po gniadej szyi.

– Odpoczynek, Frezjo. Tu zjemy śniadanie. Co myślisz o tej łączce? Nie tylko dużo trawy, ale jeszcze poziomki!

Rzeczywiście: po lewej stronie drogi widniała polanka, na której wśród bujnej, soczystej zieleni rosły pierwsze poziomki, i to w takiej ilości, że trzeba było rozdeptać dziesięć, żeby zerwać jedną. I na tę niesmaczną perspektywę gościnna polanka znalazła jednak sposób. Na przeciwnym krańcu rosło bowiem rozłożyste drzewo i w jego okolicy poziomek było znacznie mniej, zeszłoroczne zaś liście utworzyły w jego cieniu kuszący dywanik. Tam właśnie Cayenne poprowadziła Frezję… Mogłaby przysiąc, że o krok przed tym dywanikiem przeszło jej przez myśl, żeby się wycofać. Nie zdążyła jednak zastanowić się nad tym przeczuciem. A potem było już za późno.

Świat szarpnął się, zatoczył i zawirował. Coś z sykiem i trzaskiem pochwyciło ją i uniosło do góry, wytrącając z ręki uzdę. Klacz zarżała przeraźliwie, wierzgnęła dwa razy i rzuciła się do ucieczki. Cayenne wrzasnęła prawie równie głośno i zaczęła szamotać się w siatce, przy czym każdy ruch pogrążał ją jeszcze bardziej. W końcu zaprzestała wysiłków. Wisiała teraz w dość dziwnej pozycji, z rękami i nogami wystającymi przez dziury, unieruchomiona i w rozpaczy. Chwilę później rozpacz osiągnęła apogeum. Schwytaną otoczyły odrażające gęby, przeważnie zarośnięte (niezarośnięta należała do kobiety), szczerzące zęby w zadowoleniu, które dla niej nie wróżyło niczego radosnego. Jeden ze zbójów (to, że byli zbójami, nie ulegało, niestety, wątpliwości), niski, krępy, z żółto-siwą brodą stanął na wprost jej twarzy, zamlaskał w obrzydliwy sposób i powiedział:

– No, no! I złapał się ptaszek!

– I to jaki – odezwał się drugi, ciemny i kędzierzawy.

– Hi! Hi! Hi! – zachichotał nerwowo staruszek bez lewego siekacza – Rudy! Rudy ptaszek! Ale prześliczny!

Pozostali ryknęli śmiechem.

– Dziadziuś nam się rozochocił! Nic z tego, dziadku, już nie te latka. Zostawić trzeba młodszym uciechy… Au! – wielki, niedźwiedziowaty drab zgiął się wpół pod celnym ciosem wymierzonym ręką małżonki.

– Nawet o tym nie myśl! – huknęła ta obrotna niewiasta, waląc go raz jeszcze, od drugiej strony, by tym skuteczniej wybić mu z głowy sprośne zachcianki. – Puśćcie mnie! – zażądała, przedzierając się przez męski tłumek. – Tylko jedno wam w głowie, a żaden nie pomyślał, żeby pannę przeszukać – rzekła i na potwierdzenie swoich słów podniosła z ziemi złotą monetę, pokazując ją wszystkim.

– Ha! Ptaszek ma coś dla nas! – ucieszył się jej mąż. – To miło, to miło. Wszak wypada się odwdzięczyć za gościnę. Brawo, Katia! – pochwalił żonę.

– Ani się waż! – wrzasnęła Cayenne, gdy podszedł, by wprowadzić instrukcję Katii w czyn. – Będziecie za to wisieć! – jęknęła bezsilnie, zdając sobie sprawę z beznadziejności sytuacji.

– O!… – zbójców wyraźnie uradowało jej włączenie się w rozmowę. – Wybacz nam, dostojna pani, ale na razie to kto inny wisi!

– Co ma wisieć, nie utonie – dodał z wielkim zadowoleniem staruszek.

W końcu wszyscy stwierdzili, że łatwiej będzie dziewczynę przeszukać, gdy się ją wpierw zdejmie z drzewa, co też uczyniono zaraz, w sposób niezbyt wyrafinowany: przy pomocy noża. Cayenne była już przygotowana na twarde lądowanie i nawet na połamanie kończyn, gdy niespodziewanie znalazła się razem z siatką w objęciach zarośniętego na czarno dryblasa, podobnego do tego, który dostał w ucho od żony, tylko znacznie młodszego. Ponieważ reszta szajki zareagowała głośnym krzykiem i znaczącymi gwizdami, uratowana nie pomyślała o tym, żeby dryblasowi podziękować, ale zaczęła wierzgać i wyrywać się energicznie, tak, że w końcu musiał ją puścić, i w ten sposób znalazła się wreszcie na ziemi.

Gdy tylko wyplątali ją z sieci, zerwała się na równe nogi i przyjęła postawę mówiącą: „Niech ktoś tylko spróbuje mnie tknąć, a pogryzę!”. Po cichu liczyła trochę na wsparcie ze strony Katii. Bądź co bądź – to jednak kobieta. Zbójcy zawahali się, ale tylko na chwilę. Nie zważając na krzyki i kopniaki, obezwładnili swą zdobycz i wprawnymi rękoma szybko wydobyli z niej wszystko, co mogło mieć jakąkolwiek wartość. Fortel z butami okazał się całkowicie nieskuteczny. Same buty porwała zaraz Katia, stwierdziwszy jednak, że to nie jej rozmiar, wspaniałomyślnie oddała je właścicielce. Tę ostatnią skrępowano następnie od pasa w górę i tak poprowadzono w głąb lasu, gdzie na zarośniętym trawą trakcie stał dziwaczny wóz zaprzęgnięty w dwa piękne rumaki, którym przez większą część życia podobne pojazdy z pewnością się nie śniły. Obok stały jeszcze inne konie, wśród których Cayenne poznała Frezję, złapaną z pewnością przez grubasa o wyłupiastych oczach, który siedział teraz na koźle, paląc fajkę.

Cayenne zrozumiała już, że wyrywanie się nie ma najmniejszego sensu. Postanowiła pozostać czujną i wykorzystać pierwszą sposobność do ucieczki. Nie była pewna, co ci zbóje zamierzają z nią zrobić. Nie zabili jej, jak dotąd, choć domyślała się, że często postępowali z napadniętymi właśnie w ten sposób. Ją jednak oszczędzili, warto by więc zapytać, dlaczego? Oczywiście, że nie domyślają się, kim ona jest. Czyżby potrzebowali kucharki? To może też… Ale powód, który zaświtał jej w głowie, był prostszy: miała siedemnaście lat, długie włosy i była kobietą. A ze spojrzeń włochatego młokosa i obleśnych uśmiechów, które kierował raz po raz w jej stronę, oraz z komentarzy rzucanych przez jego starszych kamratów domyśliła się także, kto tutaj jest nią najpoważniej zainteresowany. Na samą myśl o tym dostawała paraliżu połączonego z gwałtownymi mdłościami. Ale póki co, to znaczy dopóki byli daleko od stałej siedziby szajki (choć nie wiedziała jeszcze, jak daleko), mogła chyba czuć się w miarę bezpiecznie. Zbójcy związali ją powrozem od pasa w dół i wsadzili do wozu, gdzie miała za towarzystwo jedynie kufry, skrzynki i worki zagadkowego pochodzenia i zawartości. Choć nie wiedziała nawet, w jakim kierunku podążają, nie traciła czasu, obmyślając ewentualny plan ucieczki. Pod plandeką panował półmrok i było bardzo ciepło, a wiadomo, że w takich warunkach myślenie przychodzi z wielkim trudem. Toteż Cayenne szybko zmęczyła się myśleniem o tym, że musi myśleć, i nie wiedząc dobrze, kiedy, zapadła w ciężki sen.

Obudziły ją koszmarne dźwięki, rozlegające się gdzieś nad nią. To żółtobrody woźnica śpiewał piosenkę:

Przez zielony bór

Sunie sobie knur

Sunie sobie knur!

Reszta ochoczo podchwyciła:

Łup! Cup! Łupu-cupu!

Sunie knur do punktu skupu

Przez zielony bór!

Minęło kilka chwil, zanim Cayenne przypomniała sobie; najpierw znaczenie poszczególnych słów piosenki, potem, kto ją śpiewa i czemu robi to tak strasznie głośno, tuż nad jej głową, wreszcie: dlaczego nie może się poruszyć i dlaczego jest jej tak duszno, gorąco i lepko. Czemu boli ją głowa. I dokąd jedzie. Przeraziła się; po raz pierwszy serio się przeraziła. Zrozumiała, że się z tej opresji łatwo nie wydostanie. Ba! Może wcale się nie wydostanie. Zawiozą ją do swojej siedziby, pewnie groty lub opuszczonego zamku i zrobią z nią, co zechcą. Zwłaszcza ten czarny kudłacz junior, włochaty na piersi prawie tak samo, jak na głowie, zrobi z nią, co zechce.

– Nie! – wyrwało jej się, zanim zdążyła ugryźć się w język.

– O! – usłyszała nad sobą. – Nasza lalunia się obudziła!

– Ja ci dam lalunię, ty stary obleśny baranie – syknęła, nie ośmieliła się jednak powtórzyć tego głośniej.

Tymczasem, ku jej przerażeniu, wóz po kilku minutach zatrzymał się. Usiadła, gotowa na ostrą walkę za pomocą obcasów i zębów w razie spotkania z którymś ze zbójów. Z zasłyszanych rozmów przekonała się jednak, że do celu jest jeszcze daleko, a ten przystanek, to jedynie krótki odpoczynek połączony z posiłkiem – śniadaniem czy obiadem – tego nie mogła stwierdzić. Wiadomość ta uspokoiła ją nieco. Zaczęła znowu rozmyślać nad swym położeniem oraz nad możliwością ewentualnych w nim zmian. Nagle usłyszała kroki. Ktoś zmierzał w kierunku wozu. Cayenne przyjęła znów pozycję obronną. Po chwili uchylono rąbka płóciennej plandeki. A niech to. Kudłacz junior.

– Jak się spało? – pytanie okraszono szerokim uśmiechem. – Nie zadusiłaś się tutaj? – kudłacz wyraził swą nieco spóźnioną troskę.

Cayenne nie raczyła odpowiedzieć. Postanowiła sobie, że nie będzie się do niego odzywać.

Kudłacz odwiązał troczki i odsłonił plandekę, wpuszczając do środka światło i świeże powietrze, pachnące dymem. Następnie wgramolił się do wozu, usiadł obok niej (próbowała się odsunąć, ale już nie było gdzie) i postawił na skrzyni talerz z pajdą chleba i kawałkiem pieczonego mięsa oraz kubek z czymś, co wyglądało, jak woda, ale prawdopodobnie nią nie było.

– No, coś ty taka nieśmiała? – popatrzył na nią z ukosa. – Przyniosłem ci jedzenie, a ty nawet mi nie podziękujesz?

– Dziękuję – odparła. – Nie jestem głodna.