Krew na naszych rękach? - Paweł Lisicki - ebook + książka

Krew na naszych rękach? ebook

Paweł Lisicki

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Religia Holocaustu i tożsamość Europy Nowe, znacznie rozszerzone wydanie, prawie 100 stron nowego tekstu

Przeważająca część zachodnich elit intelektualnych została zainfekowana czymś, co można by nazwać religią Holocaustu. Podstawą tej religii jest twierdzenie, że Holocaust był zbrodnią nieporównywalną z żadną inną w dziejach świata a Żydzi byli ofiarą bardziej niewinną niż wszyscy pozostali ludzie. Po drugie, że w tej zbrodni uczestniczyła cała ludzkość. Nawet jeśli organizatorami zabójstw byli niemieccy naziści, to zrealizowali oni ukryte marzenie milionów zwykłych ludzi o usunięciu Żydów. Po trzecie, źródłem tego krwiożerczego pragnienia było chrześcijaństwo, które od początku zaraziło ludy wrogością do Żydów. Po czwarte, wszyscy ludzie, także ci, którzy cierpieli pod niemiecką okupacją, także Polacy, mają krew na rękach.

  • Dlaczego Polacy przegrywają starcie o pamięć?
  • W jaki sposób zbrodnie na jednym narodzie, na Żydach, nagle stały się jedynym symbolem uniwersalnego mordu?
  • Dlaczego współczesny Kościół pogodził się z rolą, jaką narzuciła mu religia Holocaustu: praktycznie uznał swoją winę za doprowadzenie do zbrodni?
  • Dlaczego tylu Żydów zaangażowało się w komunizm? Czy ich motywem była zemsta na chrześcijaństwie? I dlaczego przypominanie o tym jest antysemityzmem?
  • Czy w wypadku badań nad Holocaustem mamy do czynienia z historią czy raczej z jakąś sektą? Tylko w obrębie sekty nie liczy się ustalanie faktów i prawdy.

Stałym motywem dialogu chrześcijańsko-żydowskiego jest zgłaszany przez stronę żydowską i przyjmowany ze zrozumieniem przez przedstawicieli Kościoła postulat uderzenia się przez chrześcijan we własne piersi za prawdziwe lub rzekome błędy ich przodków popełnione wobec wspólnoty żydowskiej. Obszerny dodatek, który wprowadziłem do tej książki – na dobrą sprawę mógłby być osobną rozprawą – na pewno pozwoli prowadzić ten dialog w bardziej zrównoważony, a przez to bardziej owocny sposób.Paweł Lisicki

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 817

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Projekt okładki, stron tytułowych, skład i łamanie wersji do druku

Fahrenheit 451

 

Redakcja i korekta

Małgorzata Ablewska, Karolina Kuć, Elżbieta Steglińska

 

Przygotowanie do druku

TEKST Projekt

 

Dyrektor wydawniczy

Maciej Marchewicz

 

ISBN 978-83-68771-12-1

 

Copyright © by Paweł Lisicki

Copyright © for Fronda PL, Sp. z o.o.

 

Wydawca

Fronda PL, Sp. z o.o.

ul. Łopuszańska 32

02-220 Warszawa

tel. 22 836 54 44, 22 877 37 35

faks 22 877 37 34

e-mail: [email protected]

 

www.wydawnictwofronda.pl

www.facebook.com/FrondaWydawnictwo

www.twitter.com/Wyd_Fronda

 

Jakiekolwiek nieautoryzowane wykorzystanie tej publikacji do szkolenia generatywnych technologii sztucznej inteligencji (AI, SI) jest wyraźnie zabronione z wyłączeniem praw autora, współautora oraz wydawcy. Wydawca korzysta również ze swoich praw na mocy artykułu 4(3) Dyrektywy o jednolitym rynku cyfrowym 2019/790 i jednoznacznie wyłącza tę publikację z wyjątku dotyczącego eksploracji tekstu i danych.

 

Przygotowanie wersji elektronicznej

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Wstęp do wydania drugiego

Wstęp

Część pierwsza. Bolesna pamięć Polaków

Nowy początek

Objawienie Auschwitz

Między mitologią a faktami

Potomkowie Kaina

Dogmat niewinności

Od Golgoty do krematorium

Spotkanie po wiekach

Koniec z nawracaniem

Dwóch świadków

Wybiórcza refleksja

Dialektyczny skok

Kto chce, niech wierzy

Podświadoma wina

Niepokojąca modlitwa

Wspólnota samoponiżenia

Wyjątkowość i powszechność

Polskie przekleństwo

Zabrakło potępienia?

Kwestia odwagi

Przypisy

Punkty orientacyjne

Spis treści

Cover

Title Page

Copyright Page

Wstęp do wydania drugiego

Krew na naszych rękach? napisałem ponad dziesięć lat temu. Moim celem było pokazanie tego, co nazwałem religią Holocaustu albo holocaustianizmem, pokazanie ideologii, która zdominowała zachodnie myślenie elit intelektualnych i politycznych. Na czym ona dokładnie polega, wyjaśniam w książce. Określeń „religia Holocaustu” i „ideologia Holocaustu” używam wymiennie. Naturalnie w tym wypadku słowo „religia” ma charakter metaforyczny, opisuje pewną postawę, która w potocznym rozumieniu, takim, jakie uznała postoświeceniowa świadomość, łączy się z religijnością, a więc z bezkrytycznym i fanatycznym przyjmowaniem pewnych twierdzeń, które próbuje się narzucić innym. W języku klasycznym należałoby mówić nie o religii, ale o bałwochwalstwie.

Nie sądzę, żeby mimo upływu czasu cokolwiek, jeśli chodzi o znaczenie i wpływy holocaustianizmu, się zmieniło. Owszem, pojawiło się w Polsce kilka nazwisk nowych, kilku autorów w roku 2015 jeszcze nie tak znanych. Najbardziej rozpoznawalny stał się Jan Grabowski, profesor historii Uniwersytetu w Ottawie, współzałożyciel Centrum Badań nad Zagładą Żydów Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk, członek Royal Society of Canada. Według niego, jak wiadomo, Polacy byli w pełnym tego słowa znaczeniu współsprawcami zabijania Żydów. I nic ich nie usprawiedliwia.

W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” w marcu 2018 roku mówił: „Jak te ponad 6600 polskich drzewek skonfrontuje się z liczbą Żydów, którzy uciekli z gett i szukali ratunku, a znaleźli śmierć z ręki lub przy współudziale Polaków, to nagle się okazuje, że brakuje powodów do narodowej pychy”. Nie wiadomo, o jaką pychę mu chodziło, raczej chodzi bowiem o zwykłe, ludzkie oczekiwanie wdzięczności. Tyle że wyznawcy holocaustianizmu, jak wszyscy fanatycy, których wyróżnia obsesja na punkcie własnych krzywd i niezdolność dostrzeżenia cierpienia innych, takiego słowa jak „wdzięczność” nie znają. Dlatego profesor Grabowski raz po raz na różne sposoby dowodzi, że Polacy zabili (tu padają różne dość pokrętne uzasadnienia wyliczeń) dwieście tysięcy Żydów.

On sam tłumaczył to w tym wywiadzie następująco: „Mówiłem, że według moich szacunków Polacy mogą być odpowiedzialni lub współodpowiedzialni za śmierć większości tych ludzi – a to ważne rozróżnienie. Bo część Żydów niewątpliwie zginęła bezpośrednio z polskiej ręki, a część zabili Niemcy, lecz na skutek polskich donosów bądź też po tym, jak Polacy doprowadzili i oddali żydowskie ofiary w ręce niemieckiej policji”. Wielu specjalistów krok po kroku wykazało, że szacunki te oparte są na całkowicie fałszywych przesłankach. Nie zamierzam teraz powtarzać różnych argumentów, bo nie o nie tu chodzi. Profesor Grabowski jest po prostu doskonałym, modelowym wręcz przykładem osoby, którą nazwałem w swojej książce „wyznawcą holocaustianizmu”. Dwoi się i troi, byle tylko nikt nie podważył najważniejszych dogmatów tej ideologii.

Tak na przykład jego esej pod znamiennym tytułem Wybielanie. Polska i Żydzi ukazał się w sierpniu 2024 roku w jednym z najważniejszych pism intelektualnych wydawanych w Wielkiej Brytanii, które ma także znaczący wpływ na opinię w całym świecie anglosaskim, a mianowicie w „The Jewish Quarterly”. Był to nie tylko kolejny (który to już z rzędu?) agresywny i nienawistny atak na polską pamięć i tożsamość, lecz także swego rodzaju szkic strategii, której należy użyć, zdaniem Grabowskiego, żeby Polakom wreszcie wtłoczyć do głów miazmaty holocaustianizmu.

Według profesora historii na Uniwersytecie w Ottawie polski rząd (chodziło o rząd Prawa i Sprawiedliwości) prowadził politykę negacjonizmu i wypaczenia w odniesieniu do Holocaustu. „Polska stała się liderem światowym w relatywizacji Holocaustu, w odjudaizowaniu Holocaustu i zazdrości wywołanej Holocaustem, głosząc teorię spisku żydowsko-bolszewickiego i przypisując ofiarom winę za ich prześladowania”. Piękne, nieprawdaż? Żadne z tych twierdzeń nie jest prawdziwe. W Polsce nie tylko nie relatywizuje się Holocaustu i nie odbiera się Żydom prawa do pamięci o nim – cóż za absurd – lecz wręcz przeciwnie, od lat polskie władze robiły, co się da, żeby spełniać żydowskie postulaty i oczekiwania. Skutek jest dokładnie taki, jak można było przewidzieć: im więcej się daje, tym większe są wymagania i tym głośniejsze żądania. Im więcej troski okazuje się żydowskiej pamięci, tym bardziej trzeba się liczyć z niezadowoleniem i sarkaniem, czego esej Grabowskiego jest skrajnym przykładem.

 

Nie jest on ani badaczem, ani historykiem, tylko zaciekłym ideologiem opisanego przeze mnie we Krwi na naszych rękach? zjawiska holocaustianizmu, a więc pewnej formy quasireligii, która głosi jedyność, wyższość, ekskluzywizm i absolutność cierpienia żydowskiego, co pozwala zgłaszać następnie tym, którzy uważają się za dziedziców ofiar, roszczenia tak finansowe, jak polityczne. Grabowski et consortes są sprawnymi aktywistami polityki cmentarnej lub też polityki uprawianej na grobach, która polega na tym, żeby maksymalnie wykorzystać pamięć niewinnych ofiar niemieckich zbrodni do osiągnięcia szerszych, współczesnych celów. Dlatego jego pisarstwo nie ma nic wspólnego z historią.

Pisał choćby, że w Polsce wojnę przeżyło… mniej niż 30 tys. Żydów. Wygląda zatem na to, że mniej przeżyło, niż później z niej wyjechało. Dalej: „Nigdzie indziej w Europie Holocaust nie był tak kompletny, tak totalny, nigdzie indziej destrukcja narodu żydowskiego nie postępowała z równie koszmarną doskonałością”. Dlaczego? Odpowiedź jest jasna i tłumaczy rzekomą wrogość polskich elit do pamięci żydowskiej: „Przodkowie [obecnie żyjących Polaków] uczestniczyli w niemieckim ludobójczym przedsięwzięciu”. Zdaniem Grabowskiego Polska „próbuje obciążyć całą winą Niemcy”, nie zważając na poziom własnego zaangażowania w zbrodnię. Motywem jest chciwość, a mianowicie dążenie do zachowania majątków żydowskich.

Podobne tezy pojawiały się często w jego wypowiedziach z ostatnich lat. W marcu 2024 roku w radiu TOK FM Grabowski stwierdził, że gdy rozpoczęła się faza likwidacji gett, Polacy z obserwatorów zagłady stali się „aktorami”, którzy decydowali o życiu i śmierci Żydów.

„O ile dla Niemca ktoś, kto mówił po polsku z akcentem, był nie do wychwycenia, bo Niemcy po polsku po prostu nie mówili, o tyle dla Polaka ktoś, kto »żydłaczył«, od razu stanowił obiekt zainteresowania. Mój ojciec powiedział mi, że on podczas wojny nigdy nie bał się Niemców, tak jak bał się Polaków” – mówił Grabowski w TOK FM.

Zero zdziwień. Cała kariera i rozpoznawalność pana Grabowskiego oparte są na tym, że schlebia liberalnemu motłochowi, który pławi się w opowieściach o strasznych Polakach. Polskość dla jego przedstawicieli – doskonale reprezentowanych przez pracowników medialnych TOK FM – to coś, co należy przezwyciężyć. Owszem, walczą oni chętnie ze wszystkimi możliwymi uprzedzeniami rasowymi, z wyjątkiem jednego, a mianowicie żydowskiego. Dlatego pozwalają panu Grabowskiemu opowiadać kłamstwa bez słowa krytyki. Otóż gdyby zdobyli się na minimum wysiłku i sprawdzili (jest to skądinąd ich obowiązek), co dokładnie mówił wspomniany przez pana Grabowskiego jego ojciec, dowiedzieliby się, że w rzeczywistości twierdził całkiem co innego, niż przypisał mu syn.

W swoich wspomnieniach ojciec pana Grabowskiego, Zbigniew Ryszard, napisał: „Będący na usługach Gestapo Żydzi najlepiej rozpoznawali innych Żydów”. A więc przekazał dokładną odwrotność tego, co przypisał mu syn.

Gdyby liberalny motłoch wiedział o systemie Judenratów, o policji żydowskiej w gettach i o roli żydowskich agentów gestapo, nie łykałby tak łatwo opowieści pana Grabowskiego juniora. No ale gdyby nie łykał i gdyby wiedział, nie byłby motłochem. Najwyraźniej w świadomości wydawców Radia TOK FM nie mieściło się przypuszczenie, że zaproszony przez nich do rozprawy z polską pamięcią kapłan holocaustianizmu przekręci nawet słowa własnego ojca. Cel, jak wiadomo, uświęca środki. A celem jest walka z polskim nacjonalizmem, straszną chorobą, więc i lekarstwo musi być gorzkie.

 

W późniejszym tekście w „The Jewish Quarterly” kanadyjski historyk użala się także nad innymi przykładami wypaczeń, które odnajduje na Węgrzech czy w Bułgarii, by wrócić do swego ulubionego refrenu, a mianowicie do opisu tego, jak polskie władze i instytucje „negują” Holocaust i wybielają polskość. To najważniejszy fragment tekstu, bo pokazuje, co najbardziej rozwściecza holocaustianistów i jakie fakty są dla ich narracji najbardziej niewygodne.

Oto i one. Po pierwsze, wspominanie o udziale w nadzorowanej przez Niemców zbrodni żydowskiej policji i rad żydowskich (Judenratów). Wiele lat temu wskazała na to żydowska intelektualistka Hannah Arendt, która napisała, że liczba ofiar niemieckiej machiny zbrodni nigdy nie byłaby tak wielka, gdyby nie współudział instytucji żydowskich. To prawda. Nikt jednak do tej pory nie podjął próby dokładnego zbadania tego problemu we właściwy sposób. Ten kluczowy dla skali zbrodni czynnik – masowa i lojalna współpraca Żydów z niemieckimi organami terroru – jest najzwyczajniej w świecie pomijany. Podobnie jak nie sposób dowiedzieć się, jaka była wśród Polaków ukrywających Żydów liczba ofiar żydowskich donosów.

Drugim najważniejszym zagrożeniem dla narracji holocaustiańskiej, o którym wspomina Grabowski, jest współpraca dużych grup żydowskich z komunistami. Wspominanie o tych faktach ma być przejawem ulegania antysemickim stereotypom. Dodatkowym niebezpieczeństwem dla holocaustianistów jest „próba podniesienia wojennych cierpień swej własnej grupy narodowej do upragnionego »żydowskiego« poziomu, zjawisko znane jako zazdrość o Holocaust”. Trudno o bardziej pogardliwe i lekceważące podejście do polskich ofiar i polskiej pamięci. Nie dziwi mnie to zresztą, skoro ważnym elementem religii holocaustiańskiej jest żydowski ekskluzywizm, a więc, mówiąc bardziej dosadnie, rasizm, zgodnie z którym inne niż żydowskie cierpienia mają z natury rzeczy niższą wartość.

Z całej sprawy można wyciągnąć kilka morałów. Po pierwsze, wrogość do Polski ma się w wielu środowiskach żydowskich dobrze. Po drugie, ma bardzo wpływowych mocodawców – „The Jewish Quarterly” to pismo wychodzące od 1871 roku, wspierane przez Stowarzyszenie Anglo-Żydowskie, jedną z najbardziej szacownych organizacji prosyjonistycznych. Po trzecie, nie mamy do czynienia z pojedynczym wybrykiem radykała z Kanady, ale ze świadomą antypolską strategią. Po czwarte, nie ma mowy o żadnym dialogu, bo strona reprezentowana przez Grabowskiego nie jest do niego zdolna.

Grabowski nie jest jedynym nowym guru, który objawił się w ostatnich dziesięciu latach. Inną kapłanką tej samej religii jest profesor Barbara Engelking. W rozmowie z telewizją TVN,  w 80. rocznicę powstania w getcie warszawskim w 2023 roku, powiedziała, że „Polacy mieli potencjał, by stać się sojusznikami Żydów, i można było mieć nadzieję, że będą się inaczej zachowywać, że będą neutralni, że będą życzliwi, że nie będą do tego stopnia wykorzystywać sytuacji i nie będzie tak rozpowszechnionego szmalcownictwa. (…) Żydzi nieprawdopodobnie rozczarowali się co do Polaków w czasie wojny. (…) Żydzi wiedzieli, czego się od Niemców spodziewać. Niemiec był wrogiem i ta relacja była bardzo klarowna, czarno-biała, a relacja z Polakami była dużo bardziej złożona”. A wszystko to po to, by podsumować: „Wydaje mi się, że to rozczarowanie [Żydów do Polaków] odgrywa pewną rolę, że Polacy po prostu zawiedli”.

Te powtarzane niczym mantra hasła – „Polacy zawiedli”, „Polacy byli gorsi od Niemców”, „Polacy są współsprawcami”, „Polacy byli szmalcownikami”, „Polacy wydawali”, „Polacy rozczarowali” – mają się wbić w naszą świadomość. Ma to doprowadzić do zniszczenia dumy z polskości, do zachwiania własnej tożsamości narodowej (ależ byliśmy podli, ściślej, ależ podli byli nasi przodkowie) i uczynić nas podatnymi na ewentualne roszczenia – czy to polityczne (wszyscy wspieramy Izrael), czy też finansowe. Te wypowiedzi nie mają nic wspólnego z historią, są formą brutalnego uprawiania polityki i szerzenia ideologii holocaustianizmu. Można by powiedzieć, że jest to najbardziej perfidna i zarazem modelowa forma tego, co nazywa się uprawianiem polityki na grobach.

Za to zresztą zostaje się nagrodzonym. Tak, w niepodległej Polsce, szczególnie po 2023 roku, holocaustianiści mają przed sobą świetlaną przyszłość, co przypadek Barbary Engelking właśnie doskonale obrazuje. W czerwcu 2025 roku bowiem, najwyraźniej w uznaniu dotychczasowych zasług, Barbara Engelking została mianowana przez minister kultury Hannę Wróblewską na stanowisko szefowej Rady Muzeum Auschwitz-Birkenau. Od tej pory ta jedna z najważniejszych instytucji zajmujących się polską historią znalazła się w rękach sekty holocaustiańskiej. Mówię o sekcie nie bez kozery. Przecież nie kto inny, jak właśnie mianowana przez rząd premiera Donalda Tuska na to stanowisko Barbara Engelking w 2011 roku złożyła prawdziwe holocaustiańskie wyznanie wiary. Wtedy to, mówiąc o ofiarach wojny, stwierdziła: „Dla Polaków to była po prostu kwestia biologiczna, naturalna – śmierć jak śmierć, a dla Żydów to była tragedia, to było dramatyczne doświadczenie, to była metafizyka, to było spotkanie z Najwyższym...”. Była to chyba najsłynniejsza wypowiedź Barbary Engelking w programie Moniki Olejnik w 2011 roku. Nie sposób nie dostrzec w tych słowach rasizmu. Dla pani Engelking śmierć nie-Żydów miała charakter biologiczny, wręcz chciałoby się powiedzieć, zwierzęcy, a dla Żydów, jako istot wyższych, metafizyczny. Ale profesor nie tylko takimi naukami zasłużyła sobie na nagrodę.

Jak udowodnili to różni historycy IPN, na czele z doktorem Piotrem Gontarczykiem, profesor Engelking, szefowa Rady, dowolnie kształtowała fragmenty źródeł historycznych, a to skracając je, a to zmieniając ich sens, a to wykrzywiając ich znaczenie, po to tylko, by obciążyć Polaków winą za śmierć Żydów. Mimo że zarzuty postawiono publicznie i są one gruntownie uzasadnione – czytelnik mógł porównać oryginalny tekst źródła i jego odpowiednio wyrychtowaną przez badaczkę formę – nikt nie zareagował.

Właściwie powinno to prowadzić do dramatycznych wniosków. Po pierwsze: Czy w wypadku osób badających Holocaust można mieć w stosunku do ich ustaleń zaufanie czy też, przeciwnie, mamy do czynienia z bajdurzeniem? Jeśli środowisko naukowe toleruje sytuację, w której kariery robią ludzie dopuszczający się podobnych praktyk, to podcina gałąź, na której siedzi. Okazuje się, że nie mamy do czynienia z nauką, a więc racjonalną formą dochodzenia do prawdy historycznej na bazie obiektywnych kryteriów i aprobowanej przez wszystkich metodologii, ale z legendami, z imaginacją, z uprzedzeniami i idiosynkrazją.

Po drugie, nie jest mi znana tego rodzaju tolerancja wobec podobnych praktyk w żadnej innej dziedzinie historii. Nigdy nie słyszałem o historykach, którzy wycinaliby jakieś fragmenty z tekstów źródłowych lub dodawaliby do nich treści, jeśli rzecz dotyczy innego okresu dziejów niż druga wojna światowa i innej grupy etnicznej niż Żydzi. Czy zatem w wypadku badań nad Holocaustem mamy do czynienia z historią czy jednak z religią, a raczej z jakąś, jak to napisałem, sektą? Tylko w obrębie sekty nie liczy się ustalanie faktów i prawdy. Sekciarze przyjmują słowa swoich guru, bo im wierzą. Słuchają ich ze względu na pobudzenie uczuciowe, a nie ze względu na racjonalne argumenty. Nie kwestionują, nie pytają, nie podają w wątpliwość.

Po trzecie, pojawia się pytanie o skalę wypaczeń i fałszerstw. Jeden z historyków zadał sobie trud dokładnego zbadania liczb podawanych przez panią Engelking i wykazał, że zawyżała dane dotyczące ofiar żydowskich w konkretnych przypadkach. W oczywisty sposób jego ustalenia mają ograniczony charakter. Jednak logika (uwaga: właśnie myślenie logiczne odróżnia badacza od szamana) pozwala ekstrapolować te ustalenia. Czy można zatem przyjmować z dobrodziejstwem inwentarza jakiekolwiek inne tezy grona osób z Centrum Badań nad Holocaustem? Nie można.

Wszystko to pokazuje, mam nadzieję, jak prawdziwe były opisy holocautianizmu, które zawarłem w Krwi na naszych rękach? Tekst książki ukazuje się w niezmienionej postaci. Natomiast postanowiłem go uzupełnić o jeden duży rozdział, lekko licząc, jest to niemal jedna czwarta całości, poświęcony problemowi współpracy Żydów z bolszewizmem. W Polsce potocznie mówi się w tym wypadku o żydokomunie. Czytając po latach swoją książkę, uznałem, że pominięcie tej kwestii – nieproporcjonalnego udziału Żydów w ruchu rewolucyjnym i tym samym ich udziału w masowym terrorze – stanowi znaczący brak w rozważaniach nad odpowiedzialnością. Mimo że po Krwi na naszych rękach? w międzyczasie napisałem jeszcze dwie książki, które w pewien sposób rozwijały zawarte w niej intuicje, a więc Mit starszych braci w wierze oraz Mesjasz i Trzecia Świątynia, w żadnej z nich wątek masowego i ochoczego zaangażowania żydowskiego w bolszewizm nie znalazł właściwego miejsca. Pora to zmienić.

Jak wiadomo, stałym motywem dialogu chrześcijańsko-żydowskiego jest zgłaszany przez stronę żydowską i przyjmowany ze zrozumieniem przez przedstawicieli Kościoła postulat uderzenia się przez chrześcijan we własne piersi za prawdziwe lub rzekome błędy ich przodków popełnione wobec wspólnoty żydowskiej. Obszerny dodatek, który wprowadziłem do tej książki – na dobrą sprawę mógłby być osobną rozprawą – na pewno pozwoli prowadzić ten dialog w bardziej zrównoważony, a przez to bardziej owocny sposób.

Wstęp

Pewnego dnia, była późna jesień, ranek pochmurny i szary, słuchałem radia. W audycji ktoś komentował opublikowany właśnie przez niemiecki „Die Welt” artykuł Jana Tomasza Grossa, w którym autor dowodził, że Polacy dlatego nie chcą przyjmować muzułmańskich imigrantów, że od zawsze są ksenofobami, nacjonalistami i antysemitami. Zaproszony do studia gość plótł coś o tym, że trzeba takie głosy z uwagą i pokorą przyjmować, że zamiast się sprzeciwiać i protestować, należy uderzyć się w piersi. I dodał: „Wszyscy mamy krew na rękach”. Tak, jako żywo, perorował, że my, Polacy, my, Europejczycy, musimy rozumieć inną wrażliwość, musimy przyjąć do wiadomości, że brak reakcji i pomocy dla mordowanych przez nazistów Żydów (tak, tak właśnie powiedział, „przez nazistów”) czyni nas współodpowiedzialnymi, a jeśli nie chcemy tego uznać, to dlatego, że drzemie w nas ukryty, zawsze gotów się obudzić i doskoczyć do gardła, demon nacjonalizmu, egoizmu. Dalej lały się słowa potoczyste, gość się nakręcał, zapluwał, coraz głośniej na nas, Polaków (ach, jak chętnie by powiedział: „polaczków”) pohukiwał, do rachunku sumienia wzywał, do pokuty namawiał.

Rzadko mi się to zdarza, ale nie wytrzymałem, wściekły podszedłem do radia i z całej siły walnąłem w mały odbiornik. Zarzęził i padł. Pomyślałem: ty taki i owaki, będziesz mnie tu pouczał, ty jeden, nie znam cię, nie wiem, skąd jesteś, ale ja żadnej krwi na rękach nie mam. Nie znoszę opowieści martyrologicznych, nie lubię obnosić się z ranami, widzę w tym coś babskiego i niemęskiego, ale skoro tak, skoro ktoś chce mnie szantażować i do muru przyprzeć, krwią innych obciążyć, w buty niemieckie ubrać, to takiemu komuś prędzej w twarz napluję, niż pokornie będę znosił, jak się mnie i bliskich poniewiera. Wujek, brat ojca, zginął w powstaniu, miał trzynaście lat, gówniarz; od kiedy pamiętam, odwiedzam jego grób na Powązkach. Babcia ze strony ojca – dawno już nie żyje – w powstaniu straciła rękę, pamiętam jej dziwną, niekształtną postać, jak toczyła się po nierównych chodnikach Warszawy, była słusznego wzrostu, kikut czynił ją dodatkowo niezdarną i ułomną. Ze strony mamy brat babci został zgładzony w Bergen-Belsen zastrzykiem fenolu, kolejnego w 1947 roku rozstrzelało UB w Częstochowie. Ani to powód do chwały, ani uznania. Ot, typowy, chciałoby się rzec, banalny polski los. Znam wielu stokroć bardziej wojną, śmiercią dotkniętych. Jednak kiedy słuchałem, jak ten radiowy mędrek wzywa mnie do pokuty, ględzi, że na mnie, na wszystkich krew żydowska ciąży, że teraz trzeba się kajać, w piersi bić, winy wyznawać, to taka mnie wściekłość ogarnęła, że szczęście jego, iż nie znalazł się blisko mnie.

Pomyślałem, że my, Polacy, nie potrafimy mówić o swoich cierpieniach i ranach. Ba, nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby za te życia przegrane, stracone, przeklęte winić cały świat, kulturę, Europę. Żeby wszystkich wokół oskarżać i ciągle napierać, żeby ich do winy przymusić. A jednak w świecie, w jakim żyjemy, inaczej się nie da. Za zasłoną uścisków i uśmiechniętych twarzy, schowana za frazesami i ukłonami, za wyrazami grzeczności i wzajemnego zrozumienia, kryje się wściekła i bezwzględna walka o pamięć. W tej walce z różnych powodów przegrywamy. Nie rozumiemy bowiem, jak zmienił się świat wokół nas w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Naiwnie myślimy, że wszyscy pamiętają o naszych ranach, o zasługach, o krwi milionów ofiar. Guzik prawda. O krwi pamiętają, ale tej, co to nam ją chcą przypisać, o tej, co chcą na nas wylać.

Od połowy ubiegłego wieku w powszechnej świadomości świata jedyną ofiarą wojny stali się Żydzi. Przeciętny Amerykanin, Francuz czy Niemiec mniema, że druga wojna to był Holocaust i tyle. Byli jeszcze jacyś ludzie, którzy Żydów ratowali, reszta jednak, cała wielomilionowa rzesza, przyglądała się biernie albo wręcz w mordzie uczestniczyła. Otoczeni przez mrowie chrześcijańskiej tłuszczy, która czyhała na ich życie i majątek, Żydzi ginęli samotnie. W tej opowieści Hitler przekształca się z Niemca, z niemieckiego nazisty w wyraziciela ukrytych pragnień i dążeń zdeptanych przez niego ludów. Wyrasta niemal na zbawiciela, na kogoś, kto nie tyle podbił i prześladował, ile zrealizował ukryte i podświadome pragnienie zbrodni wszystkich na Żydach.

Ta chora, obsesyjna opowieść coraz szybciej opanowuje umysły. Staje się religią, mitem, dogmatem bezwzględnym i nieznoszącym sprzeciwu. Wszystko w niej staje się wykoślawione i odwrócone. Hitler to nie zbrodniarz i morderca ludów, ale wyłącznie zabójca Żydów; podbite narody, Polacy, Serbowie, Rosjanie czy Białorusini, to nie osobne ofiary, ale nieistotny nawóz historii, przypis do wielkiej tragedii Holocaustu. A chrześcijaństwo? Przestaje ono być religią, która dodawała ducha, krzewiła miłość bliźniego, wzywała do poświęceń, skłaniała do ofiar za innych, obcych, często uznawanych za wrogów, ale staje się narzędziem opresji, narzędziem, za pomocą którego zbrodniarze mogli swobodnie zadawać śmierć. Gorzej jeszcze. Chrześcijaństwo staje się wehikułem, dzięki któremu wiele środowisk żydowskich bez oporów i żenady może przypisywać innym winę i opowiadać, że wszyscy goje mają krew na rękach. Bo byli ochrzczeni, bo wyrośli w cieniu kościołów i krzyża. Religia, która kiedyś niosła wyzwolenie, stała się z dnia na dzień znakiem niewoli. Za pośrednictwem chrześcijaństwa, twierdzi się, zło i niegodziwość, nienawiść i antysemityzm wlały się w krwiobieg narodów.

Tę zmianę mało kto w Polsce rozumie. Od czasu do czasu, kiedy znany mędrek z Ameryki lub Francji czy też innego oświeconego państwa powie to, co mówią wszyscy, podnoszą się głosy sprzeciwu i oburzenia. A potem gasną. Złość umiera równie szybko, jak się narodziła. Wypala się, wyładowuje. Niektórym może się zdawać, że protesty poskutkowały, że inni wreszcie nas zrozumieli, że przecież nasze polskie cierpienie jest tak oczywiste i tak niepodważalne, iż jedynie ignorancja mogła sprawić, że je przeoczono. Nieprawda. Owszem, niewiedza ma znaczenie, ale zła wola również.

Przeważająca część zachodnich elit intelektualnych została zainfekowana czymś, co można by nazwać religią Holocaustu. Opiera się ona na czterech dogmatach. Po pierwsze, Holocaust był zbrodnią nieporównywalną z żadną inną w dziejach świata: bardziej okrutną, bardziej straszną, bardziej ohydną, niż cokolwiek i kiedykolwiek miało miejsce. Żydzi byli ofiarą bardziej niewinną niż wszyscy pozostali ludzie. Po drugie, uczestniczyła w tej zbrodni cała ludzkość: nawet jeśli organizatorami zabójstw byli niemieccy naziści, to zrealizowali oni ukryte marzenie milionów zwykłych ludzi, utajone i podświadome pragnienie usunięcia Żydów. Po trzecie, źródłem tego krwiożerczego, ohydnego pragnienia było chrześcijaństwo, która to religia od początku zaraziła ludy wrogością do Żydów. Adolf Hitler był zatem dziedzicem wiekowej tradycji nienawiści. Dzieje Kościoła to dzieje rosnącej przemocy i wrogości. Po czwarte wreszcie, co jest konsekwencją trzech pierwszych dogmatów, wszyscy ludzie, także ci, którzy cierpieli pod niemiecką okupacją, także Polacy, mają krew na rękach. Są podwójnie napiętnowani: raz jako katolicy, dwa – bo na ich ziemi doszło do mordu. Oparta na tych czterech dogmatach religia jest coraz powszechniej wyznawana przez elity uniwersyteckie, intelektualne i polityczne Zachodu. Wyznają ją profesorowie teologii, historii i innych nauk humanistycznych na wielu renomowanych uczelniach USA, Kanady, Wielkiej Brytanii czy Francji, w dużym stopniu opanowała ona także umysły przedstawicieli Kościoła.

Niestety, jej sukces ma dla Polaków, dla polskiej pamięci skutki dramatyczne. Polacy mogą być albo sprawiedliwymi ratującymi Żydów (to jednak tylko przywilej nielicznych), albo współsprawcami, biernymi lub czynnymi, zbrodni (to przeznaczenie ogółu, który mógł zabijać, przyglądać się biernie zabijaniu, udawać, że nie widzi, wreszcie korzystać z zabijania). Dla polskiej osobnej pamięci, dla polskich ofiar, które ginęły niezależnie od Żydów, w ogóle w takim ujęciu nie ma miejsca.

W niniejszej książce próbuję powiedzieć, jak do tego doszło. Próbuję pokazać, w jaki sposób zbrodnie na jednym narodzie, na Żydach, nagle stały się jedynym symbolem uniwersalnego mordu. Dlaczego współczesny Kościół pogodził się z rolą, jaką narzuciła mu religia Holocaustu: praktycznie uznał swoją winę za doprowadzenie do zbrodni, nawet jeśli przed taką deklaracją wciąż się wzdraga, i ogłosił, że będzie zwalczał antysemityzm, do którego propagowania w dziejach w znacznym stopniu się przyznał. To jeden z najważniejszych fragmentów tej opowieści: zmiana stosunku Kościoła otworzyła bowiem drzwi do powszechnego oskarżenia. Jeśli wszyscy Europejczycy byli i są w jakimś stopniu związani z kulturą chrześcijańską, nawet jeśli od dawna już nie wyznają religii Chrystusa, to i tak zostali zainfekowani trucizną.

Wreszcie postaram się pokazać, dlaczego Polacy przegrywają starcie o pamięć. Tak, książka to tylko słowa. To tylko próba przekazania wiedzy i obudzenia świadomości. Nie zmienia to biegu historii, nie pozwala wierzyć, że krzyk polskich ofiar okrutnych reżimów – tych, którzy ginęli w operacji NKWD, podczas niemieckich mordów w ramach akcji AB, w Katyniu, w Ponarach czy w Auschwitz, na Wołyniu czy w Palmirach, czy na Zamojszczyźnie, czy na Woli – nie zostanie przykryty i stłumiony innym krzykiem innych niewinnych ofiar. Że stanie się osobną, ważną i autonomiczną częścią solidarnej opowieści wszystkich ofiar, bez względu na narodowość, o zbrodniczym szaleństwie rozpętanym przez bolszewików i nazistów. Że to naiwne? Oczywiście. Jednak taka naiwność jest lepsza niż gniew wyładowywany na odbiorniku radiowym. Może dzięki niej czyjeś sumienie się poruszy. Może.

Część pierwsza. Bolesna pamięć Polaków

Kiedy w kwietniu 2015 roku szef FBI wygłaszał w Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie przemówienie, nie mógł jeszcze wiedzieć, że wywoła ono tak wielkie poruszenie nad Wisłą. Polacy dowiedzieli się o nim z pewnym opóźnieniem i jak kraj długi i szeroki podniosły się głosy sprzeciwu. Jedni wskazywali na ignorancję, inni zarzucali złą wolę, niedokształcenie, głupotę wręcz. Tym razem wygląda na to, że głosy sprzeciwu przeważyły. Ulegając w końcu presji, James Brien Comey wyraził ubolewanie i wygłosił coś, co można by było – przy odpowiedniej dozie dobrej woli lub, wedle uznania, nieuwagi – uznać za przeprosiny. Jak to zwykle bywa, o sprawie szybko zapomniano i emocje się wyciszyły. Niesłusznie. Idę bowiem o zakład, że takich wypowiedzi rychło pojawi się więcej.

Nowy początek

Comey nie jest może intelektualistą, jednak wbrew temu, co sądzi się nad Wisłą, nie jest też po prostu ignorantem. Przeciwnie. To produkt amerykańskiego systemu nauki o historii. Powiedział dokładnie to, czego w USA naucza się coraz powszechniej. Nieświadomie zapewne, może tylko w nieco bardziej wyrazisty sposób, może nieco brutalniej nazwał po imieniu powszechne przekonanie, jakie stało się udziałem ogromnej masy zwykłych Amerykanów. Otóż, najkrócej mówiąc, sądzą oni, choć słowo „wierzą” byłoby w tym wypadku bardziej na miejscu, że Holocaust, czyli masowa zbrodnia na Żydach, był wydarzeniem absolutnie nieporównywalnym z niczym innym oraz jednocześnie – że był on skutkiem wiekowego rozwoju, chciałoby się wręcz rzec: rezultatem koniecznym niemal i oczywistym wcześniejszej europejskiej, chrześcijańskiej tradycji, dojrzałym owocem rośliny wyrosłej z zatrutego pierwotnie nasienia, który to owoc musiała ona z siebie wydać. Dwa te twierdzenia razem stanowią coś na wzór religijnego wyznania, swoistą formę wypowiedzi quasiwyznaniowej. Holocaust jest nieporównywalny i jednocześnie jest on skutkiem powszechnej winy, swoistym grzechem, do którego popełnienia cała ludzkość dojrzewała przez wieki. W tym sensie słowa szefa FBI nie zawierały nic szokującego. Powiedział to, co w USA uchodzi za powszechnie obowiązujący punkt widzenia. W pewien sposób wręcz trudno zrozumieć, dlaczego wywołał on takie zdumienie i zaskoczenie w Polsce. Być może wynika ono z niewiedzy na temat tego, w jaką stronę podążył dyskurs o zbrodniach na Żydach na Zachodzie. Jeśli tak jest, Polaków czekać będzie jeszcze sporo niemiłych niespodzianek. Wystąpienie Jamesa Comeya mieściło w sobie bowiem opinie typowe, w żadnym stopniu nie ekstremistyczne.

Po pierwsze, zawierało charakterystyczne wyznanie wiary w jedyność i doniosłość Holocaustu: „Holocaust jest najbardziej znaczącym wydarzeniem w dziejach ludzkości”. Po drugie, przekonanie, że żadna inna zbrodnia w dziejach nie była z nim porównywalna: „był najbardziej przerażającym w historii przykładem bestialstwa”. Po trzecie, w ścisłym tego słowa znaczeniu, jego sakralność, transcendencję wręcz: Holocaustu „po prostu nie da się opisać słowami”. I wreszcie ostatni element charakterystyczny – powszechność udziału w zbrodni, obciążającą całą ludzkość: „Dobrzy ludzie pomogli w wymordowaniu milionów. [...] W swoim mniemaniu mordercy oraz ich wspólnicy z Niemiec, Polski, Węgier i bardzo wielu innych miejsc nie dopuszczali się niczego złego. [...] Tak właśnie czynią ludzie i to powinno naprawdę nas przerażać”. Mordercy są tu kategorią ponadnarodową, rekrutują się z Niemiec, Polski, Węgier i „bardzo wielu innych miejsc”, czyli całego świata. Cóż, czasy, kiedy Polacy mogli żyć w naiwnym przekonaniu, że są postrzegani jako współofiary wojny, dawno się skończyły. Sakralizacja Holocaustu sprawiła, że dokonał się nowy podział ról. Może jeszcze nie wszyscy mówią o tym tak wprost jak szef FBI, jednak co do zasady, jego wystąpienie wyraża powszechną świadomość amerykańskich, a także zachodnioeuropejskich elit. Holocaust to już nie zwykłe zdarzenie z historii, a cierpienia żydowskie to nie to samo co męczarnie innych ludów.

I tak dla żydowskiego pisarza Arthura Allena Cohena Holocaust to tremendum, doświadczenie ostateczne, coś, co stanowi absolutną granicę ludzkiego pojmowania. Widać wyraźnie, że współcześni pisarze, którzy chcą zrozumieć wydarzenie Holocaustu, używają wprost języka religijnego – tremendum, czyli inaczej bojaźń, groza, drżenie, było zdaniem wielkiego niemieckiego religioznawcy i teologa Rudolfa Otta charakterystyczną cechą towarzyszącą każdemu autentycznemu przeżyciu transcendencji, świętości, Boga. Taki język, kiedy to opisując śmierć Żydów, używa się pojęć wprost religijnych, jest zjawiskiem powszechnym. Inny przykład – Harold Kaplan, ważny żydowski intelektualista: „Jesteśmy skłonni powiedzieć, że tak jak to jest w przypadku misterium religijnego, tak i w przypadku Holocaustu winien on zostać czymś niewytłumaczalnym lub powinno się ogłosić, że jest czymś świętym w swym transcendentnym znaczeniu”1. Amerykański historyk i socjolog Peter Novick wprost przyznaje, że w popularnej kulturze amerykańskiej nastąpiła „sakralizacja Holocaustu”. Przykłady można mnożyć. Pisarz George Steiner: „Świat Auschwitz leży poza granicami mowy i poza granicami rozumu” – dokładnie tak jak transcendencja. Według Elie Wiesela „Auschwitz neguje wszelkie systemy, niszczy wszystkie doktryny”. Staje się tym samym co numinosum – pełną grozy i nieprzystępną tajemnicą.

Inny z kolei badacz, katolicki etyk John Pawlikowski, stwierdził, że Shoah był tworem „nowej świadomości ludzkich możliwości”, a zniszczenie Żydów „potwierdzeniem ludzkiej autonomii i wolności” – tak jakby pod tym względem cokolwiek różniło zbrodnie na Żydach od innych zbrodni na niewinnych ludziach. Holocaust raz bywa pojmowany jako niemal objawienie, raz jako najwyższa forma osobliwej emancypacji i jednocześnie punkt docelowy zachodniej cywilizacji. W Holocauście należy widzieć „wyraz niektórych najgłębszych tendencji zachodniej cywilizacji” – pisał rabin Richard Rubenstein. A polska autorka Bożena Keff stwierdza: „Cała europejska tradycja antysemityzmu była niezbędnym warunkiem zagłady. Można powiedzieć, że Hitler i nazizm stali się ucieleśnieniem ducha tej tradycji [...]”. Czy jest to doznanie tremendum czy radykalne przekroczenie wolności, Holocaust jest swoistym epokowym przełomem, punktem zwrotnym dziejów, swoistym radykalnym początkiem, który musi, sądzą holocaustianiści, przynieść zupełnie nowe rozumienie podstawowych pojęć ludzkiej świadomości. Nic nie pozostało takim, jakie było, wszystko jest na nowo. Nowe mają być Bóg, religia, człowiek, kultura, sztuka.

Objawienie Auschwitz

Wielu słusznie zauważyło wielki wpływ, jaki na całą teologię współczesną wywarł Elie Wiesel, a szczególnie jego opowieść Noc, w której między innymi odtwarzał własne doświadczenia, przypominając masowe mordy na Żydach. We fragmencie, w którym autor opisuje śmierć chłopców na szubienicy, jeden ze współwięźniów pyta, patrząc na ofiary: „Gdzie jest Bóg? Gdzie On jest? Teraz?”, na które to pytanie Wiesel słyszy odpowiedź udzieloną mu przez tajemniczy wewnętrzny głos: „Gdzie On jest? Oto jest tu – wisi na tej szubienicy”. Oto Bóg utożsamia się z ofiarami Holocaustu, schodzi ze swego tronu w niebiosach i poddaje się męce i cierpieniu.

Znany protestancki teolog Jürgen Moltmann w książce Der gekreuzigte Gott („Bóg ukrzyżowany”) starał się nadać temu doświadczeniu Wiesela chrześcijański wymiar. Pisał: „Bóg jest w Auschwitz i Auschwitz jest w ukrzyżowanym Bogu – to jest podstawa dla realnej nadziei, która zarówno obejmuje, jak i przezwycięża świat i która jest podstawą dla miłości, która jest mocniejsza niż śmierć i może pokonać śmierć”. Doświadczenie Auschwitz ma być, powtarzam, swoistą cezurą dziejów, absolutnie nowym początkiem pojmowania Boga i Jego stosunku do świata. Inna znana teolog, Susan J. White, pisała: „Czy możemy obecnie wyznawać Boga i pośredniczyć między Tym, który wydaje się, że nie słyszał krzyków Żydów w obozach koncentracyjnych, a ludźmi? Czy chcemy oczyszczenia od Boga, którego znaleźliśmy winnym obojętności? Czy wolno nam używać psalmów, które mówią o interwencji Boga w sytuacjach niesprawiedliwości? Czy możemy ogłaszać, odmawiając Ojcze nasz, że jest to Bóg, który ma moc zbawiać? Czy możemy, krótko, modlić się w ten sam sposób do Boga klasycznego teizmu, Boga mocy, mądrości, władzy i miłosierdzia, jako wspólnota wiary po Auschwitz?”. Oczywiście nie możemy. Gdyby Bóg był taki, jak Go sobie wyobrażano przez wieki, nie dopuściłby do Holocaustu, który w tych kategoriach ma stać się swoistym antyobjawieniem.

„Holocaust jest najbardziej radykalnym antyświadectwem zarówno judaizmu, jak i chrześcijaństwa. Nie wolno wygłaszać sądów teologicznych, które nie byłyby wiarygodne w obliczu płonących dzieci” – pisał rabin Irving Greenberg. Konsekwentnie trzeba uznać, że tak jak niegdyś dla Kościoła punktem odniesienia miało być cierpienie Jezusa na krzyżu, szczytowy punkt historii, tak teraz ma nim być cierpienie i męki Żydów w obozach śmierci. Po Holocauście Bóg albo całkiem musi zniknąć – nie sprawdził się, bo nie przeciwdziałał męczarniom Żydów; albo musi ulec radykalnej przemianie. Wierzyć nadal w Boga, który jest wszechmocny, jest Opatrznością, jest Panem świata – to teraz, zgodnie z tą nową teologią, akt skrajnie niemoralny, egoistyczny i wręcz nieludzki. Jak można wyznawać takiego Boga? Jak można Mu wierzyć i twierdzić, że panuje nad światem, skoro dopuścił do swoistego objawienia absolutnego zła w Auschwitz i nie raczył kiwnąć palcem?

Kto wyznaje takiego Boga, bliski jest wręcz, można by powiedzieć, antysemityzmowi: przecież głosząc potęgę Boga, lekceważy absolutność żydowskiego cierpienia. Albo zatem Boga w ogóle nie ma, albo jeśli jest, to należy w Nim widzieć już nie Ojca dobrego, nie wszechwładnego i potężnego Pana, ale, być może, kogoś, kto też cierpi, kto poddany został męczarniom. Nie pomógł Żydom nie dlatego, że nie chciał, ale dlatego, że nie mógł. Możliwy jest zatem obecnie, twierdzą holocaustiańscy myśliciele, jedynie Bóg, który cierpi i nie może zbawiać. Wyznawać Boga Zbawiciela, który mógł wybawić Żydów, a tego nie uczynił, to wyznawać wiarę, zdaniem zwolenników nowego podejścia, w moralne monstrum. Należy więc, stwierdza Pawlikowski, uznawać podatność Boga na zranienie. Bóg, którego „zwykliśmy wzywać w liturgii, aby przyszedł i uleczył zło świata, sam umarł w popiołach Holocaustu”.

Jak zauważył inny słynny teolog niemiecki, Klaus Berger, umierający na krzyżu Jezus był zaledwie jednym z setek tysięcy ukrzyżowanych żydowskich niewolników i jednym z milionów zabitych w obozach Żydów. Jeśli tak, to rzeczywiście jego śmierć traci nadzwyczajne znaczenie – był on tylko jednym z wielu przypadków; w porównaniu ze śmiercią ofiar Holocaustu śmierć Jezusa nie robi na współczesnych teologach specjalnego wrażenia. Jej znaczenie można uratować jedynie w ten sposób, że podkreśla się żydowskość Jezusa – zginął na krzyżu jako członek narodu żydowskiego, a nie jako człowiek, składając ofiarę za ludzkość. „Jezus był wierny Torze, był jednym z wielu męczenników żydowskich cierpiących dla uświęcenia imienia Boga” – pisał holenderski teolog Coos Schoneveld.

Tę zmianę podejścia doskonale pokazał powołany przez papieża Franciszka na konsultora Papieskiej Rady do spraw Popierania Jedności Chrześcijan ojciec Enzo Bianchi. Ogłosił on, że objawienia fatimskie w 1917 roku były oszustwem, bo... Matka Boska nie przepowiedziała w nich Holocaustu. Jego zdaniem Maryja, która mówiła o prześladowaniu chrześcijan i błędach Rosji, była wymysłem chrześcijańskim, gdyż przekazała obraz Boga „katolickiego rasizmu, który dba tylko o swoją rodzinę”. Ksiądz Bianchi, założyciel ekumenicznej wspólnoty z Bose, doskonale zrozumiał nową tendencję, która dominuje w teologii katolickiej. Faktycznie, czy można sobie wyobrazić, żeby Bóg, gdyby rzeczywiście chciał się objawić, nie wspomniał o metafizycznym złu Holocaustu?

Między mitologią a faktami

Chodzi tu, powtarzam, o przeświadczenie raczej mitologiczne lub quasireligijne: tam, gdzie rzecz dotyczy empirii, badania faktów i ustalenia prawdy o przeszłości, nie sposób mówić o czymś absolutnie jedynym i niepowtarzalnym, podobnie suma zebranych faktów nie pozwala mówić o żadnej powszechności winy. Takie wierzenie należy, mniemam, ściśle oddzielić od zwykłego sądu historycznego, zgodnie z którym w czasie drugiej wojny światowej kilka milionów Żydów zostało zabitych wskutek prowadzonej przez niemieckiego okupanta ludobójczej polityki. Zginęli oni jako niewinne ofiary masowej przemocy stosowanej przez Hitlera i niemieckich nazistów; obok nich jednak zginęły miliony innych równie niewinnych ofiar różnych narodów, czy to podobnie zamordowanych przez Niemców i ich siepaczy, czy też przez niemniej zbrodniczy reżim komunistyczny na czele ze Stalinem. Kiedy dwóch morderców wzięło się za łby, zginęły miliony ludzi, niektórzy z przyczyn rasowych, inni klasowych, inni wreszcie dlatego, że zabrakło dla nich miejsca w planach obu totalitarnych przywódców.

Nie o tym jednak mówią wyznawcy quasireligii Holocaustu. W ich oczach każda próba pokazania cierpień żydowskich w szerszym kontekście, umieszczenia ich obok innych masowych zbrodni XX wieku i na równi z nimi – od ludobójstwa Ormian zaczynając, przez masowe ofiary wielkiego głodu na Ukrainie, ludobójstwo Polaków w Generalnej Guberni, na Wołyniu i w Związku Sowieckim, a na masowych rzeziach w Rwandzie kończąc – jest przykładem relatywizowania. Kto tak robi, twierdzą, ma nie dość rozwiniętą wrażliwość. Nic dziwnego, że przy takim podejściu wszystkie inne cierpienia i zbrodnie, jakie miały miejsce podczas koszmarnych lat 30. i 50. ubiegłego wieku, bledną, tracą swą przerażającą siłę, stają się jedynie wstępem, niekiedy tłem, a niekiedy peryferiami czy marginesem jedynego prawdziwie dziejowego zdarzenia, które to rzekomo miało zmienić i wywrócić całkowicie duchowy porządek świata. W tej opowieści nie-Żydzi mogą odgrywać ograniczoną liczbę ról. Najlepsi z nich mogli Żydów ratować, jednak zdecydowana większość pozornie dobrych i zwykłych ludzi uczestniczyła w ten czy inny sposób w zbrodni. Jeśli nie zabijała, to przynajmniej w niewystarczający sposób się temu przeciwstawiała. Z wyjątkiem zatem owej nielicznej garstki sprawiedliwych wszyscy inni mają krew na rękach.

Potomkowie Kaina

Oczywiście jest to opowieść szczególnie trudna do zniesienia dla tych, którzy, jak Polacy, przez lata mogli żyć ze świadomością, że też byli prześladowani i też groziło im zniszczenie. Jakkolwiek wiele mogliby wskazywać dowodów na prawdziwość tych twierdzeń, będą z punktu widzenia wyznawców quasireligii Holocaustu jedynie uzurpatorami, niesłusznie strojącymi się w cudze piórka. Jedna bowiem była tylko ofiara doskonała i bez skazy. Jak pisała węgierska Żydówka Ágnes Heller, tylko w jej wypadku „nie istniał nawet pozór winy”. Polacy, Serbowie, Rosjanie czy Białorusini ginęli, bo stali się, chcąc czy nie, bez znaczenia, przeszkodą w realizacji planu podboju, ewentualnie zawadzali w zdobyciu Lebensraumu, wszakże tylko Żydzi w takim ujęciu byli ofiarami całkowitymi, ofiarami obsesji w stanie czystym, ofiarami na mocy urodzenia. Kto się z tym nie zgadza, ten popełnia, zdaniem dominującej dziś kasty profesorów i badaczy Holocaustu, podstawowy błąd moralny. Heller przedstawiła to nowe podejście moralne w ważnym, niejako programowym, opublikowanym kilkanaście lat temu tekście Pamięć i zapominanie. O sensie i braku sensu. Wskazała w nim, że cała ludzkość dzieli się na Żydów i nie-Żydów. Ci pierwsi są potomkami Abla, ci drudzy – Kaina. Zdaniem Heller jest to podział absolutnie niepodważalny, na zawsze obowiązujący, nigdy niedający się znieść.

Potomkowie Kaina po wieki wieków będą zawsze tymi, których przodkowie albo Żydów zabijali, albo przynajmniej mogli zabijać; od tej pory jedyne istotne wymaganie moralne ma polegać na tym, żeby żyć ze świadomością winy, prawdziwej lub możliwej. „Ofiarami byli Żydzi, sprawcami Niemcy, Węgrzy, Francuzi itd.; podział ról obowiązuje po wsze czasy, Abel jest Ablem, Kain Kainem, istnieje niewinność i wina”. Jak widać, to niemal te same słowa, którymi posłużył się szef FBI, tyle że on dorzucił jeszcze Polaków. Być człowiekiem dobrym zatem to w wypadku nie-Żydów zdawać sobie sprawę z własnej winy. Widzieć w sobie tego, kto albo jest potomkiem zbrodniarzy, albo potomkiem tych, którzy na zbrodnię przyzwolili. To nosić w sobie nigdy do końca nieopanowaną i nieokiełznaną żądzę mordowania Żydów, którą wciąż na nowo należy sobie uświadamiać i pokonywać przez wzięcie na siebie roli Żyda. Nowa prawdziwa moralność ma zatem polegać na „przyjęciu roli Abla, to znaczy na utożsamieniu się z Żydami”. Nie-Żydzi na zawsze już będą oznaczeni piętnem Kaina jako ci, którzy przyczynili się do śmierci potomków Abla. Z tej winy można się wyrwać w jeden tylko sposób: „przejmując odpowiedzialność za coś, czego się nie uczyniło, ale mogło się uczynić”. To ma być właśnie najważniejsza rzecz w życiu, od której zależy status moralny człowieka.

Skoro Holocaust był zbrodnią absolutnie nieporównywalną z niczym i skoro został dokonany rękami nie-Żydów, to od tej pory ich życie musi ulec radykalnej przemianie. Są tymi, którzy mogli być sprawcami, i stają wobec Żydów jako tych, którzy mogli być ofiarami. „Kiedy Bóg spyta: Kainie, gdzie jesteś?, możemy odpowiedzieć: zabiłem brata mego, mogłem zabić brata mego, ale zostałem uratowany”. Oto nowa moralność i nowy absolut, któremu ma być ona podporządkowana. W ostateczności tym, co określa dobro etyczne w zachowaniu nie-Żydów, jest stosunek do Żydów. Odnalezienie w sobie winy, dostrzeżenie tej symbolicznej choćby krwi na własnych rękach staje się podstawą wychowania nowego człowieka i nowej ludzkości. A Żydzi? Im wystarczy pamięć o doznanych krzywdach. Nic ich nie może całkiem splamić. Nawet Żydów komunistów, nawet tych, którzy dokonywali mordów i organizowali masowe zbrodnie – w ostateczności są oni przecież potencjalnymi ofiarami Holocaustu. Albo Holocaust mógł ich dotknąć, albo robili wszystko, by go uniknąć – naznaczeni przez najgorszą zbrodnię w dziejach, mieli prawo dokonywać mniejszych. Przynależność do potomstwa Abla zmywa każdą winę.

Doprawdy trudno o bardziej rasistowskie nauki i o bardziej radykalne odrzucenie wszelkiej postaci uniwersalizmu. Żydowska autorka niemal twierdzi, że istnieją dwie różne formy moralności, jedna dla Żydów, druga dla gojów. Uzależnia jakość moralną czynów od pochodzenia, od przynależności do określonej grupy. Stwierdza, że podział ten jest nie do przekroczenia. Trudno się nie wzdrygnąć, czytając te frazy. A jednak, w formie nieco bardziej wyrazistej niż zazwyczaj, Heller z zasad quasi-religii Holocaustu wyciąga ostateczne konsekwencje dla moralności. Nie mam wątpliwości, że to, co na pierwszy rzut oka budzi oburzenie, jest właśnie podejściem typowym i charakterystycznym. To ono napędza kolejne fale roszczeń i oskarżeń.

Dogmat niewinności

Tym, co tak bardzo uderza w debacie o Holocauście, jest niemal całkowity brak namysłu tych autorów nad ciemnymi plamami w historii Żydów. Nie. Mają oni występować jako ofiary doskonałe i czyste, przez wieki jedynie cierpiąc i znosząc bezradnie prześladowania i gwałt ze strony drugich. Tak jakby cierpienie z rąk Niemców podczas wojny uniemożliwiało i znosiło wszelką refleksję nad żydowskim udziałem w dziejach, również w tym, co było złe, tragiczne i bolesne. Odwołanie się do Holocaustu ma działać niczym woda chrztu dla chrześcijan – raz na zawsze zmywa wszelką odpowiedzialność za zło przeszłości. Dlatego ideologowie holocaustiańscy albo w ogóle pomijają kwestię żydowskiego udziału w budowie i powstawaniu komunizmu, albo, co również charakterystyczne, w samym dostrzeganiu takiego związku widzą przejaw antysemityzmu. Tym samym z góry już i a priori uwalniają Żydów od współwiny za – obok narodowego socjalizmu – najbardziej zbrodniczy i podły system władzy w XX wieku, który przyniósł śmierć milionów niewinnych. W tym sensie quasireligia Holocaustu zapewnia też swoiste alibi moralne – nawet jeśli, mówią owi historycy, jacyś Żydzi kiedyś byli komunistami, to nie miało to żadnego większego znaczenia. Niestety, tak nie jest. W swojej znakomitej i mądrej książce Dwieście lat razem, ostatnim wielkim dziele życia, Aleksander Sołżenicyn ze skrupulatnością i z rzetelnością pokazał to, co dzisiejsi ideologowie skrzętnie pomijają. Zauważył mianowicie, że od lat 70. XIX wieku młodzież żydowska w stopniu nieporównywalnie większym niż jej rówieśnicy uległa radykalizmowi i pogrążyła się w fascynacji myślą rewolucyjną. Statystycznie rzecz biorąc, udział Żydów w kołach marksistów, anarchistów, różnej maści wywrotowców i nihilistów był wielokroć większy niż innych narodowości imperium. Miało to co najmniej kilka przyczyn. Na pewno jedną z nich było faktyczne upośledzenie ludności żydowskiej pod panowaniem carów, co musiało budzić frustrację i dążenie do radykalnej zmiany. Jednak wydaje się, że powodem tak osobliwej aktywności wywrotowej musiało być coś jeszcze. Od końca XVIII wieku, a z pewnością od połowy wieku XIX, coraz większą popularność zdobywa nihilizm, przekonanie, że dawne prawdy religijne już nie obowiązują, że wiara w Boga nie ma rozumowych podstaw, że ład społeczny jest wynikiem konwencji, że ostatecznym źródłem prawa jest wola, czy to jednostkowa, czy też społeczna. Zastany porządek polityczny i religijny traci swoje uzasadnienie. Ten sposób myślenia nie jest niczym typowo żydowskim, przeciwnie, jeszcze w połowie XIX wieku, jak pokazują to pisma Dostojewskiego, radykałami są głównie Rosjanie. Jednak już wkrótce nihilizm praktycznie rozsadza i wywraca na nice społeczności żydowskie. To spośród młodych Żydów rekrutują się najwięksi i najbardziej zagorzali przeciwnicy władzy i systemu, najwięksi zwolennicy powszechnej, totalnej rewolucji, której celem ma być obalenie państwa, Kościoła i zniszczenie starych narodów. W przeciwieństwie do Rosjan, Polaków czy innych narodów chrześcijańskich Żydzi, nie mając własnego państwa narodowego ani nawet jeszcze powszechnie uznanego terytorium, na którym miałoby ono powstać, znacznie łatwiej ulegali utopii marksistowskiej. Dla nich myślenie rewolucyjne, dążenie do ponadnarodowego, bezwyznaniowego społeczeństwa stało się najlepszą i najbardziej dostępną formą uniwersalizacji. Nie pętały ich, tak jak pozostałych, pamięć o przeszłości narodowej i przywiązanie do tożsamości państwa – były one dla nich, w swojej wersji tradycyjnej, po prostu z natury obce, czasem wrogie. Wszyscy rewolucjoniści walczyli z religią, ale w wypadku Żydów niechęć, wrogość do chrześcijaństwa była czymś, co wynieśli z domu. Łatwiej i bez skrupułów przychodziło im walczyć z prawosławiem czy katolicyzmem. Ta forma uniwersalizacji – przez nawrócenie i przystąpienie do Kościoła – była dla ogromnej większości niedostępna. Zostali wychowani w przekonaniu, że chrześcijaństwo, a już na pewno Cerkiew prawosławna czy Kościół rzymski – to instytucje wrogie, godne pogardy i odrzucenia. Dlatego w ich oczach zapał rewolucyjny wiązał się z ateizmem, a na pewno z antychrześcijaństwem. To dopiero tłumaczy owo niezwykłe zjawisko zaangażowania w budowę komunizmu, ową łatwość, większą niż w wypadku innych, Polaków, Rosjan, Litwinów, Ukraińców, by oddać się walce o stworzenie nowego, wspaniałego świata. Zauważa Sołżenicyn: „A tymczasem nie ulega wątpliwości, że ci żydowscy odszczepieńcy przez parę lat bezpośrednio przewodzili bolszewizmowi, stali na czele walczącej Armii Czerwonej (Trocki), WCIK-u [Wszechrosyjskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego] (Swierdłow), obu stolic (Zinowjew i Kamieniew), Kominternu (Zinowjew), Profinternu [Czerwonej Międzynarodówki Związków Zawodowych] (Drodzo-Łozowski) i Komsomołu [Komunistycznego Związku Młodzieży] (Oskar Rywkin, a po nim Łazar Szackin, kierujący także Komunistyczną Międzynarodówką Młodzieży)”. Sołżenicyn pokazuje nie tylko, jak nieproporcjonalnie wielki był udział Żydów we wszystkich strukturach władzy, szczególnie w aparacie represji, ale także to, że od samego początku rewolucji bolszewickiej antysemityzm służył jako poręczne narzędzie rozprawy z wrogiem – walka z antysemityzmem oznaczała na masową skalę, bez żadnych skrupułów i często bez jakichkolwiek podstaw, eliminację i zniszczenie wszystkich niechętnych komunizmowi ludzi. Będąc na czele sowieckiego państwa i sowieckiej rewolucji, Żydzi korzystali z przewagi. Oczywiście nie tylko oni należeli do rewolucyjnej elity, ale – jak udowadnia Sołżenicyn – w latach 20. i aż do końca 30. byli grupą wyjątkowo uprzywilejowaną. Tak że to na nich spoczywa duża część odpowiedzialności zarówno za zwycięstwo rewolucji, jak i za bezprzykładny system zbrodni. Zresztą nie dotyczyło to wyłącznie Rosji – tak samo w Niemczech, Polsce i na Węgrzech najważniejsi przywódcy i komisarze rewolucyjni, najbardziej zaciekle niszczący ślady przeszłości narodowej i najbardziej okrutnie eliminujący wrogów klasowych, byli Żydami. Nie znaczy to wcale, że jedynie Żydzi są odpowiedzialni za budowę komunizmu, choć na pewno przyczynili się do jego powstania i trwania; podobnie nie jest to usprawiedliwieniem dla późniejszego utożsamienia komunistów z Żydami, jest to uproszczenie i wynik propagandy. Jednak tak ponadproporcjonalny udział w budowie systemu sowieckiego powinien skłaniać do refleksji i do uznania prostego faktu: nie ma narodów niewinnych. Na początku XX wieku w Rosji ci, którzy wyrastali z tradycji żydowskiej, byli szczególnie podatni na utonięcie w rewolucyjnym szale krwi i przemocy. Opowiadać zatem dziś o nieskazitelnym, niewinnym żydowskim charakterze, o tym, że Żydzi byli tylko, zawsze i wyłącznie ofiarami, zapominać o tym, że od początku rewolucji byli także współsprawcami bolszewickich zbrodni, mogą tylko wyznawcy holocaustianizmu. To oni też odmawiają innym narodom prawa do własnego cierpienia, własnej martyrologii.

Od Golgoty do krematorium

Ich zdaniem, kto mniema, że też cierpiał, kto śmie zrównywać cierpienia ofiar Holocaustu z męczarniami innych ludzi, ten nie rozpoznał nowego duchowego położenia. Nie zrozumiał do końca roli, jaką musi przyjąć w nowej odsłonie dziejów po Holocauście. Nie śmierć Chrystusa na krzyżu jest początkiem nowej ery, tym momentem, od którego wszystko się zaczyna, ale masowe zbrodnie dokonane przez nie-Żydów. W ostateczności tym, co wiąże i spaja sprawców, tych prawdziwych i tych potencjalnych, jest... chrześcijaństwo. To zetknięcie z nim, nawet pośrednie, zakaża winą. Od Golgoty po Auschwitz – wyznawcy quasireligii Holocaustu nie mają wątpliwości, że tak przebiegał dziejowy proces. To, co zaczęło się wraz z ukrzyżowaniem Nazarejczyka, skończyło się przy budowie pieców krematoryjnych. Pierwsze ziarno nienawiści padło na podatny grunt, by zakiełkować, rozwinąć się i wydać po wiekach owoc wspaniały. Jak twierdzi Paula Fredriksen, jedna z licznych przedstawicieli tego nurtu myślenia, już od najwcześniejszych opowieści o męce Jezusa do przekazów przeniknęła wrogość. „Marek [ewangelista] przekazał przyszłym pokoleniom jako dziedzictwo obraz, zawarty szczególnie w opowieści o męce Pańskiej, w którym utrwalił opis żydowskiej perfidii i złośliwości. Przez to wrogość do Żydów i judaizmu znalazła się w sercu jego Ewangelii” – pisała znana biblistka. Jest to jedna z niezliczonej wręcz rzeszy autorek i autorów, którzy mniemają, że ewangeliczne opisy są konstruktem późniejszych chrześcijan, chcących oczernić żydowskie władze i elity. Nie należy w nich zatem widzieć raportów na temat faktów, ale zapis chrześcijańskiej propagandy skierowanej przeciw Żydom.

Skoro tak, to chrześcijaństwo, a przynajmniej to dotychczasowe, tradycyjne, musi ulec radykalnej przemianie. Nie wiadomo, czy taka operacja się powiedzie, ale bez niej nie ma ono na pewno racji bytu. Skoro raz wydało z siebie Holocaust, to ten, kto nie chce dopuścić, żeby największa zbrodnia w dziejach się powtórzyła, musi pozbyć się nasienia zła. Musi wyrwać z korzeniami złą roślinę. Tak, przełom, jaki stanowił Holocaust, stawia pod znakiem zapytania przyszłość religii Chrystusa, stanowi też wymowny dowód jej klęski historycznej. Co do tego znawcy nie mają wątpliwości. Kościół nie zdał egzaminu, a zdać go nie mógł, był bowiem od początku narzędziem złych mocy. Ostatnie kilkadziesiąt lat jest czasem, kiedy to przekonanie powoli, acz systematycznie zdobywa uznanie i akceptację w samym Kościele. Przechodzi on powolny proces samoedukacji, w trakcie którego chrześcijanom, mówiąc językiem Heller, zostaje przypisany status potomków Kaina.

Spotkanie po wiekach

Patrzę na to i czasem wręcz oczom nie wierzę, z jaką potulnością, tchórzostwem i brakiem woli oporu hierarchowie Kościoła poddają się procesowi reedukacji. Nieznośne jest to nieustanne bicie się w piersi, sypanie głów popiołem, tchórzliwe merdanie ogonem i żałosna chęć przypodobania się silniejszym. O ile z jednej strony, głównie żydowskiej i różnych liberalnych teologów, pojawiają się coraz to nowe oskarżenia, o tyle z drugiej mamy do czynienia z kapitulacją i rejteradą. Większość chrześcijańskich teologów nie ma wątpliwości, że Holocaust, w języku kościelnym mówi się o Shoah, musi zmienić chrześcijaństwo.

Początek zmian nastąpił w latach tuż po drugiej wojnie światowej, kiedy to coraz częściej zaczęło dochodzić do rozmów międzyreligijnych z udziałem teologów żydowskich i chrześcijańskich. Swoistym przełomem było spotkanie papieża Jana XXIII z żydowskim pisarzem, myślicielem, badaczem historii Kościoła Jules’em Isaakiem. Postać to niezwykła i tragiczna zarazem – w czasie wojny stracił we Francji całą rodzinę. Być może to właśnie nadało jego poglądom na chrześcijaństwo, jakie głosił konsekwentnie od lat 40., szczególną rangę. Według Isaaca, który – jak można sądzić – przekonał do swojego rozumowania Jana XXIII, dwudziestowieczny antysemityzm, który doprowadził do Shoah, ma swoje źródło w chrześcijańskim „nauczaniu pogardy”.

W kilku swoich książkach, niewydanych, niestety, po polsku, Isaac starał się wykazać, na czym to „nauczanie pogardy” polegało. Według niego składało się na nie kilka twierdzeń. Po pierwsze, chrześcijanie byli przekonani, że judaizm z okresu przed przyjściem Chrystusa był religią skostniałą i legalistyczną, Żydów zaś uznawali za cielesnych i zbyt skupionych na tym, co doczesne. Podobnie elementem „nauki pogardy” miało być przeświadczenie, że to Żydzi byli głównymi prześladowcami Jezusa, którego nie uznali za Mesjasza. Inną częścią tego nauczania była wiara, że karą za brak wiary w Jezusa było odrzucenie społeczności judaistycznej, nazywanej Synagogą szatana. Żydów zaczęto postrzegać jako naród bogobójców, słusznie wygnany z Ziemi Świętej i przeznaczony do błąkania się po świecie. Isaac sądził, że pierwotna wrogość do Żydów została zakodowana na kartach Nowego Testamentu. Mniemał, że dzięki temu weszła ona na trwałe do nauki Kościoła i stała się częścią jego liturgii, kościelnej sztuki, retoryki, literatury. Istnieje zatem, uważał żydowski myśliciel, łańcuch przyczynowo-skutkowy, który wiąże pierwszych uczniów Jezusa i dwudziestowiecznych antysemitów.

W opowieści tej kluczowe są dwa momenty – sam początek antysemickiego przekazu, czyli uformowanie się ksiąg Nowego Testamentu, oraz zdobycie przez chrześcijaństwo roli religii dominującej w cesarstwie, czyli czasy Konstantyna. Wówczas to pierwotna antysemicka świadomość mogła, mniemał Isaac, przejawić się w życiu publicznym. Zgodnie z tym rozumowaniem, które idąc śladami żydowskiego badacza, przyjmować zaczęło coraz większe grono teologów chrześcijańskich, dzieje Kościoła stają się jednym wielkim pasmem nieszczęść, zbrodni i katastrof, chrześcijanie okazują się siewcami dziejowej nienawiści, Żydzi ich niewinnymi, bezbronnymi ofiarami. Jednym tchem można już wskazywać na kolejne przykłady dziejowej niesprawiedliwości: na wyprawy krzyżowe, działalność inkwizycji, wygnanie z Anglii, Hiszpanii czy Portugalii, oskarżenia o mord rytualny, tworzenie gett. Ostatecznym rezultatem takiego kościelnego podejścia było pojawienie się potwora, bestii, Adolfa Hitlera. „Nic dziwnego, że Hitler, ochrzczony katolik, mógł powiedzieć, że on tylko dopełnił zadanie Kościołów” – pisał anglikański teolog Kenneth Cracknell. Swoją drogą, aż trudno uwierzyć, że ktoś na poważnie może cytować wypowiedzi niemieckiego zbrodniarza, widząc w nich potwierdzenie tezy o rzekomo zbrodniczych ciągotach chrześcijan. Jednak wyznawcom holocaustianizmu tego rodzaju wątpliwości najwyraźniej snu z powiek nie spędzają. Nic dziwnego, że pierwszym przewodniczącym Komisji do spraw Dialogu Chrześcijańsko-Judaistycznego przy Episkopacie USA został ksiądz Edward H. Flannery, autor opublikowanego w 1965 roku dzieła The Anguish of the Jews („Udręka Żydów”), w którym próbował opisać dwadzieścia trzy wieki męczarń żydowskich. Konkluzje duchownego, wiernego ucznia Isaaca, są jednoznaczne. Chrześcijanie muszą jego zdaniem w pełni przyjąć na siebie odpowiedzialność za skutki antysemityzmu: tak Kościół, jak i jego wyznawcy „aktywnie lub pasywnie uwikłani byli w tę tragiczną historię, a szczególnie w jej najbardziej ohydną manifestację, w Holocaust”.

Uczniowie Isaaca nie chcą zrozumieć, że polemiki antyjudaistyczne, słuszne lub nie, można zrozumieć jedynie w kontekście, to znaczy uwzględniając spór, konflikt, niekiedy wręcz wojnę chrześcijan i Żydów. Tylko uznając podstawową wagę sporu o prawdę, o to, kto jest właściwym dziedzicem niezafałszowanego objawienia, można zrozumieć zaciekłość i gwałtowność starcia. Tylko wierząc w to, że Bóg sam zabrał głos w historii i powierzył swe nieomylne Słowo człowiekowi, nakazując mu go strzec i przekazywać, można pojąć gwałtowność zmagań. Jednak zwolennicy nowego podejścia nie zajmują się historią, ale uprawiają ideologię. W gruncie rzeczy są sceptykami i nie wierzą w możliwość dotarcia do niepodważalnej prawdy religijnej. Ci, którzy wierzyli, że została im ona dana i że obowiązuje po równi wszystkich ludzi, tradycyjni chrześcijanie jawią się w ich oczach jako fanatycy i obsesjonaci. Dlatego zamiast dostrzegać obustronną wrogość i podstawowy spór o prawdę, widzą całą rzeczywistość z jednego tylko punktu widzenia. W tych opowieściach chrześcijanie są złymi bohaterami, a Żydzi, którzy tak samo jak chrześcijanie wierzyli, że to im zostało powierzone objawienie, i tak samo próbowali zdobyć przewagę i pokonać religię Chrystusa, z definicji stają się tymi dobrymi; chrześcijanie to oprawcy, Żydzi – męczennicy; chrześcijanie są tępi, pełni obsesji, szalonych podejrzeń, uprzedzeń i stereotypów, Żydzi zaś robią wrażenie przybyszów z innego, rozumnego, pełnego altruizmu i otwarcia świata, którzy wskutek pierwotnego błędu zostali wtrąceni w świat przemocy, męczarni i udręki.

Żeby tak było, wszystkie pojęcia i nauki, jakie uformowały Tradycję katolicką, są oceniane tylko z jednego punktu widzenia: czy i w jaki sposób mogły się przyczynić do wzrostu antysemityzmu. Skoro od razu z góry cała przeszłość jawi się jako podejrzana, łatwo pokazać, że poszczególne przekonania i obyczaje prowadziły do tego samego tragicznego i złowieszczego celu. I tak choćby powtarzana przez wieki nauka, że Kościół jest nowym Izraelem, ludem Nowego Przymierza, które – jako doskonalsze – zastąpiło stare, staje się w oczach współczesnych dialogistów kamieniem węgielnym antysemickich uprzedzeń. Cała historia Kościoła zatruta została, ich zdaniem, antyżydowską nienawiścią. Stąd podstawowym moralnym wyzwaniem współczesnych chrześcijan ma być zrzucenie starego bagażu i zmierzenie się z dziedzictwem winy po Holocauście. To, co zaczęło się skromnie, od seminariów, spotkań, nieśmiałych prób wymiany wspólnych doświadczeń, skończyło się epokowym przewrotem: ogłoszeniem dokumentu twierdzącego, że Kościół wyrzeka się prowadzenia misji do Żydów.

Koniec z nawracaniem

W grudniu 2015 roku watykańska Komisja do spraw Kontaktów Religijnych z Judaizmem ogłosiła dokument Bo dary łaski i wezwanie Boże są nieodwołalne. Miało to być swoiste przygotowanie do ogłoszonego wcześniej przez papieża Franciszka Roku Miłosierdzia. Tytuł to cytat z Listu Świętego Pawła do Rzymian. Jednak ostatnią rzeczą, jaką można powiedzieć o tekście teologów z Rzymu, jest to, że zachowuje on wierność naukom apostoła pogan. Przeciwnie, wydaje się, że znajduje się w nim bezprecedensowe zerwanie z wielowiekową tradycją Kościoła katolickiego. Nic dziwnego, że publikacja wywołała ogromne zainteresowanie światowych mediów. Dawno już nie poświęciły one tyle uwagi wystąpieniom katolickich hierarchów, tym bardziej że tym razem treść dokumentu przedstawili na konferencji razem kardynał Kurt Koch i rabin David Rosen. I wszystkie, słusznie, podkreślały rewolucyjne elementy nowej nauki.

Katolicy nie mogą nawracać Żydów, zamiast tego mają razem z nimi walczyć z antysemityzmem – to przesłanie nowego dokumentu wybiły po kolei „The New Jork Times”, BBC, Reuters, „The Guardian”, „Time”, „Daily Mail” – mógłbym mnożyć kolejne tytuły. To samo zauważyły media polskie, choć te związane z Kościołem relacjonowały treść dokumentu nieco bardziej powściągliwie. I tak Gość.pl pisał, że „Kościół nie prowadzi misji wobec Żydów”, inne zaś ograniczyły się do podawania samego tytułu publikacji, ewentualnie podkreślały, że pojawiła się ona pięćdziesiąt lat po ogłoszonej na Soborze Watykańskim II deklaracji Nostra aetate.

W pewien sposób dokument ten faktycznie stanowi ukoronowanie procesu, który zaczął się po śmierci Piusa XII. Przełomem był przyjęty w 1965 roku dokument Nostra aetate. Sobór przeciwstawia się w nim przedstawianiu Żydów jako „odrzuconych” i „przeklętych przez Boga”. Prosi się ich o przebaczenie za „akty nienawiści, prześladowania, przejawy antysemityzmu, które kiedykolwiek i przez kogokolwiek kierowane były przeciw Żydom”. Jak łatwo przewidzieć, brak w tekście jakiejkolwiek próby zdefiniowania antysemityzmu, w związku z tym można uznać, że chodzi o każdy pogląd lub działanie, które mogły być przez Żydów odebrane jako wrogie, niesprawiedliwe, niesłuszne. Biorąc pod uwagę fakt, że dzieje naznaczone są konfliktem obu religii, judaizmu i chrześcijaństwa, łatwo wyciągnąć wniosek, że takie jednostronne uznanie winy i zadeklarowanie sprzeciwu wobec wszelkich aktów antysemityzmu, rzekomego lub prawdziwego, mogło być słusznie uznane za akt kapitulacji. Tak daleko idącą ekspiację, w której potępiono bez zastrzeżeń, rozróżnień i ograniczeń wszelką formę antysemityzmu, łatwo też można było uznać za faktyczne odrzucenie całej wcześniejszej nauki Kościoła na temat Żydów.

Jednak deklaracja wciąż nie poszła tak daleko, jak chciało tego wielu przedstawicieli środowisk żydowskich. Zatrzymała się, można powiedzieć, w pół kroku. Nie ogłosiła rezygnacji z misji i nie odrzuciła obowiązku chrztu Żydów. Przeciwnie, niektóre fragmenty wciąż pozwalały interpretować tekst w zgodzie z Tradycją. Przede wszystkim Nostra aetate mówi, że „Kościół jest nowym Ludem Bożym”, co pozwala domniemywać, że jest to forma uznania dla twierdzenia, że Kościół jest nowym Izraelem, który zastąpił stary. Stwierdza się też choćby, że „Jerozolima nie poznała czasu nawiedzenia swego i większość Żydów nie przyjęła Ewangelii, a nawet niemało spośród nich przeciwstawiło się jej rozpowszechnieniu”, co można by uznać za pośrednie przyznanie, że jednak Żydzi tkwią w błędzie religijnym i że w historii istniał konflikt, to jest zderzenie się dwóch sił, a nie jedynie opresja z jednej strony. Podobnie dokument odważa się stwierdzić, że „władze żydowskie wraz ze swymi zwolennikami domagały się śmierci Chrystusa”, choć ta śmiałość nie sięga zbyt daleko i prowadzi do szeregu zastrzeżeń: „to, co popełniono podczas Jego męki, nie może być przypisane ani wszystkim bez różnicy Żydom wówczas żyjącym, ani Żydom dzisiejszym”. W sensie historycznym to oczywiście banalna prawda, jednak mówiąc takim językiem, ojcowie soborowi nie zrozumieli albo, co bardziej prawdopodobne, udawali, że nie rozumieją, iż zarzut udziału w „śmierci tego Sprawiedliwego”, który stawia właśnie wszystkim Żydom Piotr w czasie pierwszego kazania w Jerozolimie (Dz 2, 23), odnosi się nie do winy historycznej, ale, używając języka Karla Jaspersa, metafizycznej. Tak długo jak Żydzi odrzucają Jezusa jako Mesjasza, upatrując w tym fałsz i kłamstwo, oraz tak długo, jak uznają Jego roszczenie do bycia równym Bogu za godne śmierci bluźnierstwo, pośrednio przyznają rację tym, którzy Go oskarżyli i skazali. Stąd od początków całe nauczanie Kościoła mówiło wyraźnie, że kto chce się zbawić, a na pewno dotyczy to też Żydów, musi dać się ochrzcić (Dz 2, 38) i wyznać, że „Jezus jest Panem” (Rz 10, 9)2. Co się tyczy tej kwestii, w deklaracji znajdujemy twierdzenie, że „jest więc zadaniem Kościoła nauczającego głosić krzyż Chrystusowy jako znak zwróconej ku wszystkim miłości Boga i jako źródło wszelkiej łaski”, z czego można by od biedy wyprowadzić wniosek, że owi „wszyscy” obejmują też Żydów. Dokument soborowy, powtarzam, zatrzymał się niejako w pół drogi. Skierował przyszłość na nowe tory, sam jednak wciąż jeszcze zawierał pewne elementy przejęte z Tradycji.

Dwóch świadków

O tym, jaki był sens nowych formuł, jak wielki przełom stanowiły i jakie musiały przynieść konsekwencje, najlepiej świadczą losy dwóch głównych autorów soborowego tekstu sprzed pięćdziesięciu lat. W 1959 roku Jan XXIII mianował kardynałem księdza Augustina Beę, poprzednio spowiednika Piusa XII. Rok później uczynił go przewodniczącym Sekretariatu do spraw Jedności Chrześcijan i powierzył przygotowanie specjalnego dokumentu na temat stosunku Kościoła do Żydów. Dwoma głównymi doradcami kardynała zostali – zauważa John Connelly, amerykański historyk – John Oesterreicher, ksiądz pochodzenia żydowskiego, który na początku lat 40. uciekł z Europy do USA, oraz Gregory Baum, zakonnik, augustianin, również pochodzenia żydowskiego, który podobnie jak Oesterreicher salwował się przed Hitlerem ucieczką, tyle że do Kanady.

Po przybyciu do Ameryki ksiądz Oesterreicher założył w Nowym Jorku specjalny instytut, którego celem było prowadzenie misji wśród Żydów. Jeszcze w latach 50. – pisze Connelly – ksiądz Oesterreicher martwił się coraz większym wpływem, jaki na myślicieli katolickich wywierał Franz Rosenzweig, żydowski filozof, który głosił teorię dwóch niezależnych przymierzy, utrzymywał, że Jezus może być Mesjaszem tylko dla pogan, Żydzi bowiem Go nie potrzebują, będąc już u Ojca. Ksiądz Oesterreicher twierdził wówczas, że o Żydach nie powinno się mówić jako o starszych braciach chrześcijan, bo to zamazuje treść wiary. Powątpiewał, by Żydzi, którzy żyją bez nawrócenia, mogli cieszyć się pełnią łaski. Ba, jak pisze amerykański historyk, powołanie Oesterreichera do komisji pracującej nad Nostra aetate dokonało się z trudem, bo „był uważany za zbyt ortodoksyjnego”. Jednak nawrócenie na nową wersję chrześcijaństwa po Auschwitz nastąpiło szybko – w latach 60. ksiądz Oesterreicher zaczął głosić publicznie wszystko to, co wcześniej przez całe swoje życie potępiał. W 1971 roku, zrywając ostatecznie z Tradycją, ogłosił, że judaizm i chrześcijaństwo to „dwa sposoby usprawiedliwienia, które mają komplementarną funkcję”. Przyjął, że nawracanie Żydów nie tylko jest niepotrzebne, ale wręcz szkodliwe i po doświadczeniu Auschwitz niemoralne. W ostatnim okresie życia, pisze Connelly, ksiądz John Oesterreicher działał jak chrześcijański syjonista, twierdząc, że sukces Izraela był znakiem Bożej przychylności, a Żydzi nie potrzebują uznawać Jezusa.

Jeszcze bardziej zradykalizował się Gregory Baum, drugi współtwórca tekstu soborowego. W latach 50. i bezpośrednio przed zwołaniem soboru bronił chrześcijaństwa przed zarzutami o antysemityzm. Ba, pisał, że Żydzi, którzy odrzucają Jezusa Chrystusa, popadają w religię pozbawioną obietnicy, Synagoga nie może być źródłem łaski. Jednak prace nad Nostra aetate zrobiły swoje. Baum zaczął twierdzić, że po Auschwitz Żydzi są ludem pozostającym w stanie nieustannej łaski sakramentalnej, „żyli i umierali dla celu, który był niezależny od Chrystusa i chrześcijaństwa”. Pod koniec lat 60. w ogóle porzucił kapłaństwo, w 1974 roku zaś odrzucił swoje wcześniejsze twierdzenia, kiedy to bronił Nowego Testamentu. Pisząc wtedy wstęp do słynnej książki Rosemary Ruether Faith and Fratricide („Wiara i bratobójstwo”), sporządził swoistą samokrytykę. Twierdził tam, że „tym autorom [chrześcijanom takim jak on sam wcześniej] mimo całej dobrej woli brakowało jasności co do tego, że antyżydowskie tendencje są tak mocno zakorzenione w fundamentalnych dokumentach religii chrześcijańskiej i ściśle związane z wyznaniami wiary Kościoła”. Dopiero w trakcie prac nad Nostra aetate i później uświadomił sobie, „jak ściśle nienawiść i pogarda dla narodu żydowskiego oraz demonizowanie religii żydowskiej powiązane są z chrześcijańskim nauczaniem wywodzącym się z Nowego Testamentu”. Podsumowując swoje wcześniejsze stanowisko, pisał, że wierzył w możliwość oczyszczenia chrześcijaństwa z antyjudaizmu, który przed soborem postrzegał jako zjawisko marginesowe i peryferyjne.

Przełom i nawrócenie na holocaustianizm przyszły w trakcie soboru. Baum odkrył, że „uznając judaizm za osobną, samodzielną religię i równoprawnego partnera dialogu, sobór przynajmniej pośrednio porzucił prowadzenie misji do Żydów”. Jednak to wciąż było za mało. Wyciągając kolejne konsekwencje z rozwoju, wreszcie stanął twarzą w twarz, jak sądził, z prawdą. „Pod wrażeniem Holocaustu, w czasie którego zostało zniszczonych sześć milionów Żydów”, trzeba było dostrzec, że „antyżydowskie tendencje w chrześcijaństwie znajdują się nie na marginesie, ale w centrum całego posłannictwa”. Krótko: Baum doszedł do przekonania, iż nie da się pogodzić obecnej nauki Kościoła, że Żydzi są populus secundum electionem carissimus, i treści Nowego Testamentu oraz doktryny Kościoła. Jeśli sobór miał rację, myliły się cała Tradycja i Nowy Testament; jeśli racja była po stronie Tradycji, to sobór się mylił. Jednak sobór nie mógł się mylić, bo odpowiedział na absolutnie nowe doświadczenie Holocaustu i na śmierć sześciu milionów, przeto myliły się Tradycja i Pismo Święte – rozumował Baum.

Od samego początku „chrześcijańskie wyznawanie Jezusa jako Chrystusa pociągało za sobą odrzucenie wykładni przedstawianej przez Synagogę”. Kto chciał być chrześcijaninem, musiał uznawać judaizm za błąd. Oznacza to, że źródłem antysemityzmu nie były jakieś późniejsze naleciałości, ale samo pierwotne wyznanie uczniów: kto mówił, że Jezus jest Chrystusem, że jest Mesjaszem, na którego czekał Izrael, odrzucał i krytykował tych, którzy tej wiary nie przyjmowali.

Antysemicki potencjał tkwi w samym pierwotnym wyznaniu wiary. Tak Nowy Testament, jak i Tradycja są przepojone antyżydowskością i musiały doprowadzić, przynajmniej pośrednio, do Holocaustu. Chrystologia, czy też wiara w mesjańską godność Jezusa, powtarza za Ruether Baum, jest „lewą ręką” antysemityzmu.

Jak widać, droga obu współtwórców soborowego dokumentu była dość podobna. Zaczynali jako wierzący chrześcijanie, przekonani, że Żydzi muszą przyjąć wiarę w Chrystusa, skończyli – dzięki pracom na soborze – przekonani, że judaizm jest samodzielną drogą do Boga, niepotrzebującą Chrystusa, a dzieje Kościoła stanowiły preludium do Holocaustu. Oczywiście nie wszyscy autorzy i zwolennicy dokumentu postąpili z równą konsekwencją. Dlatego znaczenie Nostra aetate ujawnia się stopniowo, krok po kroku, pokazując, że Baum i Oesterreicher najwyraźniej uprzedzili rozwój, który dokonuje się w samym oficjalnym nauczaniu Kościoła.

Wybiórcza refleksja

Kolejnym krokiem milowym były nauki i dokumenty wydane za czasów pontyfikatu Jana Pawła II. Jak to zwykle bywa w tekstach pisanych po soborze, ich stałą cechą jest niejasność, wewnętrzne sprzeczności i co z tego wynika – dowolność możliwych interpretacji. Jednym z najważniejszych był przygotowany przez Komisję do spraw Kontaktów Religijnych z Judaizmem dokument pod tytułem Pamiętamy: Refleksje nad Shoah. Można było z niego się dowiedzieć, że namysł nad tragedią Żydów jest zadaniem wszystkich chrześcijan świata. Również wszyscy muszą się troszczyć o to, by taka tragedia się nie powtórzyła. W tym sensie Shoah zyskuje wymiar prawdziwie uniwersalny, a stosunek do Żydów staje się czymś, co określa nauczanie całego Kościoła – również „tam, gdzie nie istnieją społeczności żydowskie”.

Autorzy listu zdobyli się na iście tytaniczną pracę podsumowania w kilku zdaniach wiekowych relacji Żydów i chrześcijan. Jak łatwo przewidzieć, uzyskany wynik był dość, dla chrześcijan, negatywny. Okazuje się bowiem, że przez wieki wśród chrześcijan „przeważała mentalność, by penalizować mniejszości i tych, którzy byli w jakikolwiek sposób inni”. Patrzyli oni na Żydów „z podejrzliwością i nieufnością”, co gorsza, w chwilach napięć, kryzysów i epidemii traktowali ich jako kozła ofiarnego, dokonując masakr i rabunków.

Nie sposób jednak zrozumieć do końca, o co autorom tekstu chodzi. Z jednej strony piszą, że chrześcijanie przez wieki byli winni uczuciom nieufności i wrogości, z drugiej utrzymują, że Shoah był dziełem nowożytnego neopogańskiego reżimu. Dodatkowo stwierdzają, że ów morderczy antysemityzm miał korzenie „poza chrześcijaństwem”, jednocześnie oskarżając chrześcijan o brak odpowiedniej wrażliwości i obojętność wobec cierpień żydowskich.

Z całego dokumentu oraz z towarzyszącego mu listu papieża przebija jednak świadomość, że Shoah jest zbrodnią inną niż wszystkie pozostałe dokonane w dziejach: tylko ona zostaje określona przez Jana Pawła II jako „nieopisane zło, (…) które stanowi niezatartą plamę na dziejach ”3 – typowy dla literatury holocaustiańskiej zwrot retoryczny.

Dialektyczny skok

W stosunku do tych niezbyt jasnych formuł dokument przygotowany przez kardynała Kurta Kocha w 2015 roku z okazji 50. rocznicy Nostra aetate