Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
31 osób interesuje się tą książką
Epickie romantasy z motywem enemies-to-lovers, w którym napięcie narasta nieśpiesznie, a wykreowany świat jest pełen magii i roi się od potworów!
Śmierć Althei Zoltaire została zapisana w kamieniu, gdy Thea była dzieckiem. Teraz jest już dorosła i ma tylko trzy lata, by stać się tym, o czym zawsze marzyła: legendarną wojowniczką.
Kobietom nie wolno władać bronią, więc Thea trenuje w tajemnicy. Ściga się z czasem, walcząc o miejsce w elitarnej gildii, której zadaniem jest ochrona pięciu królestw.
Walki i znęcanie się nad adeptami bywają śmiertelnie niebezpieczne, ale dla Thei jeszcze większym zagrożeniem jest rosnące zauroczenie przydzielonym jej opiekunem – zimnym Wilderem Hawthorne’em.
Oplata ich sieć intryg, a mrok jest coraz bliżej. Czy Althea przejdzie śmiercionośny test inicjacyjny i zostanie wojowniczką Thezmarru? A może zło zza Zasłony odbierze jej to marzenie, nim zdoła je spełnić?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 571
Data ważności licencji: 4/10/2030
Tytuł oryginałuBlood & Steel
Projekt okładki© MARIA SPADA
Adaptacja okładkiNATALIA TWARDY
MapaHELEN SCHEUERER
Koordynacja projektuŁUKASZ CHMARA
Opieka redakcyjnaANNA HEINE
RedakcjaMAŁGORZATA GROCHOCKA
KorektaSARA SZULC-PRZEWODOWSKA
Redakcja technicznaLOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN
Blood & Steel Copyright © 2023 by Helen Scheuerer All rights reserved
Polish edition © Publicat S.A. MMXXVI (wydanie elektroniczne) All rights reserved
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Utwór nie może być wykorzystywany do szkolenia sztucznej inteligencji, w tym do tworzenia treści naśladujących jego styl. Nieprzestrzeganie tego zakazu jest naruszeniem praw autorskich i grozi konsekwencjami prawnymi.
ISBN 978-83-271-7154-2
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 601 167 313 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40 e-mail: [email protected]
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Gary’emu, mojemu partnerowi do wina i zbrodni.
Każdy dzień z tobą to przygoda.
W cieniu upadłego królestwa, w oku burzy
Córka mroku w jednej ręce dzierżyć będzie miecz,
A drugą będzie władać śmiercią.
Kiedy niebo pociemnieje, a czas będzie zbliżał się do kresu,
Zasłona opadnie.
Los się odmieni, gdy obnaży swój miecz.
Nadejdzie świt ognia i krwi.
Śmierć Althei Zoltaire została przepowiedziana, jeszcze kiedy była dzieckiem. Dzięki temu, gdy przekradała się przez królestwo na krawędzi mroku, wiedziała, że świat się nie kończy. Jeszcze.
Błyskawica rozcięła niebo, a po niej rozległ się grzmot. Thea poruszała się powoli wzdłuż urwiska, chłonąc intensywny zapach nadchodzącej burzy. Rozkoszowała się chaosem, który miała ona wywołać. Nie powinno jej tu być, ale już dawno nauczyła się brać los we własne ręce.
Z bijącym sercem Thea rozglądała się po skałach w poszukiwaniu kryjówki. Spotkanie miało nastąpić lada chwila, tutaj, na czarnych klifach, otoczonych poszarpanymi górami i szalejącym morzem, gdzie gigantyczne fale przetaczały się przez chmury. Dla większości ludzi było to miejsce budzące lęk, ale dla niej dzikie krajobrazy i zimne, ostre linie Thezmarru były jedynym znanym jej domem. Nie miała prawie żadnych wspomnień z czasów, zanim ona i jej siostra Elwren zostały pozostawione pod bramą fortecy.
Thea ponownie skierowała uwagę na miejsce spotkania. Żadnego śladu wojowników ani szmeru na wietrze. Wzdychając z niecierpliwości, bawiła się kamieniem przeznaczenia zawieszonym na szyi, przesuwając kciukiem po wygrawerowanej na nim liczbie, liczbie wiążącej ją z tym życiem.
Dwadzieścia siedem.
Wiek, w którym umrze. Zostały tylko trzy lata do jej śmierci; nie bała się tej przyszłości, ale jej nie akceptowała. Trzy krótkie lata to dla kobiety zbyt mało czasu, aby mogła stać się tym, kim chciała.
Legendą.
Ze zmrużonymi oczami spojrzała w niebo, szukając wodnistej kuli słońca pośród szarości. W krainie spowitej mrokiem często trudno było określić porę dnia, ale gdyby miała obstawiać, a zazwyczaj była do tego skłonna, powiedziałaby, że wojownicy się spóźniali. Bez dwóch zdań był to zły znak.
Niebo się otworzyło i zaczęło lać, a ziemia pod jej butami zmieniła się w błotnistą rzekę. Kolejna błyskawica rozjaśniła to, co znajdowało się poza ulewą: Zasłonę. Ogromną ścianę nieprzeniknionej białej mgły, sięgającą bogów, otaczającą środkowe królestwa swoim ochronnym uściskiem. Przez setki lat chroniła ich przed potworami, aż pewnego dnia przestała.
Ta myśl zmusiła Theę do sprawdzenia, czy jej najcenniejszy – i nielegalny – skarb, sztylet, spoczywa bezpiecznie w bucie pod rąbkiem spodni, tak jak zawsze.
Nagle na skałach rozległ się tętent kopyt i gdy pojawiły się dwa wielkie ogiery, Thea rzuciła się za krzaki, by skryć się w cieniu.
Puls dziewczyny przyspieszył; jej źródło miało rację. Te lśniące czarne konie należały tylko do jednego rodzaju jeźdźców.
Ciężkie buty uderzały o błotnistą ziemię i na klifie dało się słyszeć ciche głosy.
Przybyli.
Miecze Wojny Thezmarru.
Thea wychyliła się zza skał, desperacko pragnąc zobaczyć z bliska legendarnych wojowników.
Dwóch mężczyzn uzbrojonych po zęby wkroczyło na polanę. Byli odziani w czarne zbroje z dumnie wyeksponowanymi totemami na opaskach na ramionach: stalowy wzór przedstawiający dwa skrzyżowane miecze, z trzecim przecinającym je pośrodku.
Thea bezmyślnie sięgnęła ręką do własnego rękawa z nadzieją, że znajdzie tam totem.
Miecz Wojny odpowiadał jedynie przed Mistrzem Gildii.
Śpiewano pieśni o ich mocy, o tym, jak po ukończeniu Wielkiego Rytuału stawali się silniejsi, szybsi i zwinniejsi niż najpotężniejsi mężczyźni. Niektórych z nich uważano za nieśmiertelnych. Mówiono, że się nie rodzili, lecz wykuwano ich z krwi i stali. Zostało ich jedynie trzech.
Teraz dwóch z nich stało w deszczu zaledwie kilka kroków od Thei. Od ponad roku próbowała się do nich zbliżyć, aby lepiej zrozumieć, co czeka środkowe królestwa – nie chciała dać się zaskoczyć, gdy nadejdzie mrok.
Wielokrotnie widywała tych dwóch w Wielkiej Sali: Torja Pogromcę Niedźwiedzi, złotowłosego bohatera dzierżącego młot, który podobno pokonał dwa przeklęte niedźwiedzie w lasach Tveru; oraz Vernicha Krwawego, starszego wojownika, który przelał rzeki krwi swoich wrogów w niezliczonych bitwach, jakie prowadził, głównie podczas upadku Delmiry.
Ten ostatni rozejrzał się po klifie, marszcząc mocno brwi.
– Mówił, że tu będzie.
– Tyle czasu go nie było, że pewnie się zgubił – rzucił Torj z nutką rozbawienia.
– Za bardzo chce mi się pić, żebym chciał słuchać twoich marnych żartów – warknął Vernich. – Chcę zejść z tego cholernego deszczu. Od tygodnia nie miałem suchych butów.
– W liście napisał, żeby tu czekać...
– Wiem, co napisał – powiedział Vernich zirytowany. – W przeciwnym razie siedziałbym przed kominkiem i byłbym już po trzech piwach.
– Cóż, jeśli masz ochotę, idź sobie podogadzać. Zawsze mogę zdać ci potem relację – odpowiedział Torj, trzymając rękę na głowicy młota bojowego przy pasie.
Thea zagryzła wargę, jej serce wciąż biło jak szalone.
Vernich chodził w kółko.
– Nie widzieliśmy tego drania od lat, jakbym miał...
Rozległ się tętent kolejnych kopyt, a strumień wody spryskał polanę pośród deszczu.
Gdy do pozostałych dołączył trzeci jeździec, zapadła gęsta cisza. Zsiadł ze swojego wielkiego ogiera, roztaczając delikatną woń drzewa różanego i skóry zmieszaną z zapachem deszczu.
Kiedy pojawił się w zasięgu wzroku, Thea nie wiedziała, na co najpierw zwrócić uwagę. Jego potężna sylwetka była ścianą mięśni owiniętą czarną zbroją, a zza pleców wystawały dwa ogromne miecze. Mokre, ciemne włosy miał związane z tyłu głowy w kok, a mocno zarysowaną szczękę ocieniał schludny zarost...
Thea poczuła mrowienie na karku. Oczywiście słyszała o nim.
Chociaż przepadł na lata, mało kto nie znał opowieści o Wilderze Hawthornie, najmłodszym Mieczu Wojny Thezmarru, ostatnim, który przeszedł Wielki Rytuał.
Nazywali go Ręką Śmierci.
Moc emanowała z niego falami.
Thea zamarła, gdy rozeszła się na zewnątrz, jej siła była dziwna, nieoczekiwana... Nigdy wcześniej nie znajdowała się tak blisko prawdziwej magii, podobnie jak większość zwykłych ludzi. Na przestrzeni wieków magia w środkowych królestwach stała się nieprzewidywalna. Opuściła ludzi i obecnie była darem posiadanym tylko przez członków rodzin królewskich i przyznawanym Mieczom Wojny podczas Wielkiego Rytuału. Ale manifestowała się też na inne sposoby: w miejscach, zaklęciach, potworach.
Thea mogła sobie tylko wyobrażać, jak to jest mieć taką moc na wyciągnięcie ręki, rozkoszować się taką siłą... Moc Ręki Śmierci pulsowała teraz w Hawthornie i ją przyzywała. Wojownik zwrócił się do swoich towarzyszy, oceniając ich krytycznym wzrokiem. Żaden z nich się nie odezwał.
– Dobrze – powiedział w końcu głębokim, dźwięcznym głosem. – Jesteście.
– Nie żeby podobało mi się to wezwanie – odparł lakonicznie Vernich.
Hawthorne zignorował tę uwagę.
– Mamy wiele do omówienia.
Po raz pierwszy Thea spojrzała na to, co trzymał w prawej ręce. Jutowy worek. Worek ociekający czerwienią.
Torj również to zauważył.
– Złe wieści?
Hawthorne zacisnął szczęki.
– To zawsze są złe wieści.
– Więc mów.
– Przybywam z Rozbitych Wysp – oznajmił niskim, głębokim głosem. – Zabiłem tam nową grupę upiorów cienia. Zamierzałem natychmiast wrócić do fortecy z raportem, ale mieszkaniec raf śledził mój statek aż do naszego wybrzeża, więc popłynąłem dalej na zachód, w kierunku Zasłony. A wtedy...
Rzucił zakrwawiony worek Torjowi.
– Natknąłem się na jebanego upiora stanowczo zbyt blisko Thezmarru.
Z grymasem obrzydzenia Torj wyciągnął z worka coś czarnego i ociekającego krwią.
Thea prawie się zakrztusiła.
Serce.
– Skoro jest jeden, znajdzie się ich więcej – ostrzegł Hawthorne. – Mam jeszcze dwa takie w innym worku. W Zasłonie pojawia się więcej rozdarć. Każdego dnia taka swołocz powoduje coraz więcej szkód.
– Niech Furie mają nas w opiece – mruknął Torj.
Hawthorne zaśmiał się ponuro.
– Furie nikim się nie opiekują.
Kiedy te słowa opuściły jego usta, podniósł wzrok – dreszcz przebiegł po plecach Thei, cicha błyskawica przemknęła przez jej żyły.
Jej seledynowe oczy napotkały pomiędzy krzakami srebrne spojrzenie owianego złą sławą Miecza Wojny. Serce Thei zamarło, całe ciało się napięło.
Przeszył wzrokiem jej duszę.
Hawthorne zamrugał powoli i odwrócił się do swoich towarzyszy.
– Jest coś jeszcze, ale tutaj nie będę o tym opowiadać.
– A co jest złego w tym miejscu? – warknął Vernich. – Myślałem, że właśnie o to chodziło...
– Nie tutaj. – Hawthorne chwycił wodze i poprowadził pozostałych w kierunku czarnych gór. Nie spojrzał więcej w stronę Thei.
Nogi odmówiły jej posłuszeństwa, a ręce opuszczone wzdłuż ciała zaczęły drżeć. On ją widział. Hawthorne ją widział i nic nie powiedział... Dlaczego?
Jej umysł wciąż pracował na pełnych obrotach, ale zmusiła się do wstania. Kiedy zyskała pewność, że Miecze Wojny odeszli, popędziła w kierunku wąskiej, kamienistej ścieżki prowadzącej do fortecy. Kamień przeznaczenia uderzał w jej klatkę piersiową jak w wojenny bęben, gdy przedzierała się przez klify i schodziła po nierównym zboczu góry, mijała grube mury i bramę, aż dotarła do drzwi północnej wieży. Zdyszana, wpadła do środka, gdzie w końcu mogła schronić się przed wiatrem i deszczem. Wycisnęła wodę z brązowozłotych włosów i dała sobie chwilę na przetrawienie tego, co się wydarzyło, co widziała i słyszała.
To prawda.
Po latach nieobecności Wilder Hawthorne powrócił do Thezmarru, niosąc ze sobą serca potworów.
– Ty lekkomyślna idiotko – syknęła jej siostra, Elwren, gdy Thea wpadła na nią na korytarzu na piętrze.
Thea napotkała gniewne spojrzenie Wren. Miały z siostrą taki sam kolor oczu: niezwykły odcień seledynu, a także podobne ciemne, mocne brwi, które Wren zwykle wykorzystywała, by spoglądać groźnie na Theę. Miały też takie same brązowe włosy, choć Thei były bardziej złociste, ponieważ spędzała więcej czasu na świeżym powietrzu. Stanowiły dwie strony tego samego medalu, ale podczas gdy Thea miała ostre rysy i muskularną sylwetkę, Wren była delikatniejsza i piękniejsza. Dwie dekady życia w fortecy tylko potwierdziły fakt, że szczęście sprzyjało tym, którzy mieli ładne uśmiechy i spódnice, a nie połamane paznokcie i znoszone spodnie.
Ale teraz wszelkie ślady łagodnej natury Wren zniknęły, gdy szarpnęła Theę na bok i ściągnęła z niej przemoczony płaszcz, by strzepać większe kawałki zaschniętego błota.
Thea odsunęła jej rękę, już zirytowana.
– Przestaniesz? Jestem starsza, powinno być...
Wren prychnęła.
– Thea, jesteś jednym z nielicznych przypadków, które dowodzą, że starszy nie zawsze znaczy mądrzejszy.
– W takim razie ciesz się, że dzięki mnie możesz lepiej wypaść. Przestań narzekać.
Kręcąc głową tak, że aż podrygiwał jej kok, Wren podała Thei kilka kawałków pergaminu, które ta wzięła z grymasem. Kolejna kobieca praca. Trucizny i eliksiry zamiast ostrzy i krwi. Kolejny powód, by przeklinać prawa i nienawidzić przepowiedni, której miała się bać:
W cieniu upadłego królestwa, w oku burzy
Córka mroku w jednej ręce dzierżyć będzie miecz,
A drugą będzie władać śmiercią.
Kiedy niebo pociemnieje, a czas będzie zbliżał się do kresu,
Zasłona opadnie.
Los się odmieni, gdy obnaży swój miecz.
Nadejdzie świt ognia i krwi.
Dwadzieścia lat temu, gdy pojawiła się ta złowroga przepowiednia, kobiety zostały zmuszone do oddania swoich ostrzy. Thea, mająca wówczas zaledwie cztery lata, widziała fragmenty tego wydarzenia zza krat w piwnicy, obserwowała gniew kobiet, które zostały pozbawione prawa do ochrony środkowych królestw.
Nie powstrzymało to Thei przed noszeniem sztyletu. Nic nie mogło tego zrobić.
Skierowała uwagę na korytarz, w którym znajdowała się sala trofeów. Już jako dorosła osoba pragnęła ją odwiedzać, aby podziwiać nazwiska mistrzów na plakietkach. Na przykład Talemir Starling – Miecz Wojny zwany Księciem Serc, niepokonany w walce dwoma mieczami, który – jak głosi opowieść – wyrwał serca niezliczonej ilości potworów.
Było też inne imię, które zawsze fascynowało Theę. Sześć lat temu na tablicy poświęconej Mistrzom rzucania nożami Thezmarru odkryła tam bowiem również imię ich opiekunki, Audry. Ta surowa bibliotekarka była jedyną kobietą wojowniczką, która złożyła broń i pozostała w fortecy.
– Kryłam cię przed Farissą, powiedziałam jej, że dostałaś krwotoku z nosa – oznajmiła Wren.
Thea uśmiechnęła się szeroko.
– Dzięki.
– Ale nie możesz wiecznie krwawić z nosa, mistrzynie w końcu zaczną zadawać trudne pytania.
– Dobrze, że zawsze masz gotowe odpowiedzi. – Thea objęła siostrę ramieniem. Wren była szanowaną alchemiczką w Thezmarrze, podczas gdy Thea nie mogła sobie nigdzie znaleźć miejsca. Chociaż pracowała razem z siostrą w warsztacie i bibliotece, aby zarobić na utrzymanie, myślami zawsze błądziła gdzie indziej, skupiała się na ograniczonej liczbie lat, które jej pozostały, na marzeniach o złamaniu zasad i walce z mrokiem własnym mieczem.
Wren cmoknęła z frustracją i ją odepchnęła.
– W tej chwili bardziej mam ochotę cię uderzyć niż przytulić.
– Tylko dlatego, że cię tego nauczyłam.
– Naprawdę nie wiesz, kiedy się przymknąć, Thee.
Wyczuwając, że irytacja siostry osiągnęła już punkt kulminacyjny, Thea powstrzymała się od dalszych ripost.
Gdy ostry dźwięk stali uderzającej o stal rozbrzmiał na dziedzińcu, dziewczyna podeszła do okna. Patrząc w dół, wbiła paznokcie w wilgotny parapet.
Nowa grupa tarczowników w wieku od nastolatków do dwudziestokilkulatków zmierzała w kierunku bramy. Niektórzy przepychali się po drodze.
Gildia szkoliła wojowników od samego początku. Uczyła tarczowników sztuki wojennej, aż zdawali testy inicjacyjne i stawali się Strażnikami środkowych królestw, noszącymi totem z parą skrzyżowanych mieczy. Gdy tego dokonali, mogli pozostać wiernymi wojownikami średniego szczebla lub piąć się w górę, aby zostać dowódcami i mistrzami w danej dziedzinie. Wyżej byli tylko Miecze Wojny.
Być Mieczem Wojny... oznaczało być żywą legendą.
Ale w dole nie było śladu elitarnych wojowników ani Esyllta, mistrza broni. Serce Thei ścisnęło się, gdy patrzyła, jak młodzieńcy odchodzą z tarczami przewieszonymi przez plecy, bez wątpienia na ćwiczenia w Krwawych Lasach, które oglądała już z ukrycia setki razy.
Palce świerzbiły ją, by wyciągnąć sztylet z buta.
– Thea... – ostrzegła siostra.
Thea podjęła decyzję: wyrwała płaszcz z rąk Wren i rzuciła jej papiery.
– Czuję, że zbliża się kolejny krwotok z nosa.
– Thea, nie...
Ale Thea już odchodziła.
– Och, to będzie poważny krwotok, już to czuję. Przepisywanie fascynujących tomów Audry i układanie zakurzonych książek na półkach będzie musiało poczekać, nie chciałabym zaplamić stronic...
Wren próbowała ją zatrzymać. W jej oczach, niemal identycznych jak oczy Thei, płonęła frustracja.
– Na bogów, nie jesteś już nastolatką. – Spojrzała na ich przyjaciółki.
– Mam też potworny ból głowy, Wren.
Siostra podniosła ręce w geście irytacji i ponownie pokręciła głową z niedowierzaniem.
– Jesteś cholerną idiotką, Althea.
Thea wyszczerzyła zęby; doskonale wiedziała, kim jest. Ale wolała przeżyć sto żyć w ciągu trzech lat, niż zmarnować niewielką ilość czasu, jaka pozostała jej w tych królestwach. Machnęła lekko ręką przez ramię, schodząc po schodach, i ponownie wybiegła na deszcz.
Na zewnątrz wokół fortecy zapadła już prawdziwa ciemność i Thea jak zwykle przeszła niezauważona przez bramę. Podążała w pewnej odległości za oddziałem tarczowników, wiedząc dokładnie, dokąd zmierzają. Gęste Krwawe Lasy otaczały terytorium Thezmarru. Drzewa płakały w nim krwią dawno zmarłych wojowników i szeleszcząc liśćmi, szeptały starożytne sekrety.
Dalej na południe znajdowała się polana, którą mistrz broni, Esyllt, upodobał sobie na wstępne ćwiczenia z mniejszymi oddziałami. Na pewno już tam czekał, ale Thea trzymała się z dala od głównego szlaku, w razie gdyby ktoś się spóźnił, choć wątpiła, żeby nawet najgłupsi z tarczowników byli na tyle nierozważni. Nikt nie chciał ściągać na siebie gniewu Esyllta.
Ciekawe, które z nich by zwyciężyło, gdyby starł się z Audrą... Thea prychnęła. Audra z łatwością mogłaby go uderzyć w głowę jedną ze swoich książek, a lata temu była mistrzynią w rzucaniu nożami.
Wciąż rozbawiona tą myślą, Thea zagłębiła się w ciemne polany Krwawych Lasów, rozkoszując się wilgotnym zapachem ziemi i szelestem liści pod butami. Była na tyle blisko, że słyszała, jak oddział przedziera się przez las, widziała nawet maruderów z tyłu. Cóż za dyskretna banda – pomyślała z pogardą. Nie mogła się jednak powstrzymać od zazdrosnego spoglądania na broń, która kołysała się przy ich pasach.
W noc, w której pojawiła się przepowiednia, Mistrzyni Alchemii Farissa ewakuowała wszystkie dzieci z Thezmarru do ukrytej piwnicy. Gdy wszyscy zasnęli, Thea znalazła dziurę w kamieniu, przez którą mogła wyjrzeć na spalony dziedziniec nad nimi. Nigdy nie zapomni widoku kobiet oddających swoje miecze w środku nocy. Stal śpiewała, gdy miecze rzucano na stos, a gniew kobiet był namacalny.
– Przepowiednia już obowiązuje – zawołał Mistrz Gildii, przekrzykując wściekłe okrzyki i zamieszanie. – Nie możemy dłużej tolerować kobiet dzierżących miecze. Znajdziecie inne zajęcia lub opuścicie gildię.
– Osirisie, ty draniu – krzyknął ktoś. – Chcesz osłabić Thezmarr? Odwrócisz się od wszystkich, którzy lojalnie służyli...
– Nie chciałem, żeby sprawy się tak potoczyły. Ale taka jest wola bogów – odpowiedział. – Oddajcie broń albo zostanie wam odebrana siłą!
Thea była wtedy zbyt młoda, by to zrozumieć, ale od tamtej pory nie dawało jej to spokoju.
Tamtej nocy wojowniczki, z wyjątkiem Audry, opuściły gildię i odeszły w nieznane, ponieważ to samo prawo obowiązywało nie tylko w Thezmarrze, lecz także w całych środkowych królestwach. Żadna kobieta nie mogła już nigdy więcej dzierżyć broni.
Przez lata Thea próbowała nakłonić swoją opiekunkę, aby o tym opowiedziała, ale bibliotekarka odmawiała. Z różnych lekcji i książek, które Thea przeczytała, dowiedziała się, że to mała dziewczynka trzymająca ostrze aktywowała przepowiednię, a wprowadzone w następstwie prawa były próbą Mistrza Gildii, aby chronić środkowe królestwa przed kolejnymi córkami mroku.
Odwaliło mu z powodu dziecka trzymającego małą kosę. Gdyby wiedział, że Thea ma broń, cóż... Nigdy się nie dowie.
Zatrzymała się na polanie, którą często odwiedzała. Był to idealny punkt widokowy, niewidoczny z pola treningowego znajdującego się poniżej. Przykucnęła w leśnej ściółce, wytężając słuch, aby usłyszeć przemowę, którą Esyllt wygłaszał już setki razy, przemowę, od której jej krew śpiewała.
Szczupły mistrz broni przechadzał się przed grupą rekrutów o błyszczących oczach, opierając dłoń na rękojeści swojego długiego miecza, z wypiętą piersią i surowym spojrzeniem.
Głos Esyllta, pełen autorytetu, rozbrzmiał na polanie.
– Miesiąc temu byliście zwykłymi uczniami, chłopcami, których cele nie wykraczały poza zwyczajność... Dzisiaj jesteście tarczownikami Thezmarru i przybyliście do Krwawych Lasów z nadzieją, że staniecie się kimś znacznie wspanialszym.
Thea poczuła dreszcz na skórze i chłonęła każde słowo niczym eliksir, którego desperacko potrzebowała.
– Nadchodzące miesiące będą najlepszymi i najgorszymi w waszym życiu – perorował przed zafascynowanymi słuchaczami. – O ile dotrzecie tak daleko. Niektórzy z was poddadzą się po dniu, inni po tygodniu lub miesiącu. Reszta pozna z bliska ból i strach. Dowiecie się, co to znaczy walczyć zaciekle o swoje miejsce. Dowiecie się, komu można ufać, a kiedy lepiej spać z jednym okiem otwartym. Ci, którzy nie przejdą testów, zostaną wykluczeni z naszych szeregów. Ci, którzy mają szczególne talenty, będą mieli szanse terminować u dowódców. Niektórzy z was odniosą rany. Niektórzy zginą.
Esyllt przerwał, przyglądając się twarzom, które miał przed sobą, jakby chciał w tej chwili zdecydować, kto przetrwa, a kto nie. Odchrząknął.
– A nieliczni z was – spojrzał znacząco na wybranych przez siebie tarczowników – zostaną ukształtowani w to, o czym wielu tylko marzy: Strażników środkowych królestw, wojowników Thezmarru.
Thea wypuściła powietrze. Bogowie... Nieważne, ile razy słyszała przemowę Esyllta, za każdym razem uderzała ją prosto w serce. Stała jak wryta, tak samo oszołomiona jak tarczownicy, pragnąc zająć miejsce obok nich, pragnąc podzielić się tym z kimś, z kimkolwiek. Ale pozostała w ukryciu, jak zawsze.
Esyllt odchrząknął.
– Dobrze, podzielcie się na grupy. Chcę zobaczyć, czego się do tej pory nauczyliście.
Tarczownicy się zawahali.
– Ćwiczenia – warknął Esyllt. – Teraz.
Rekruci rzucili się do działania: podzielili się na kilka mniejszych grup, wyciągnęli broń i podnieśli tarcze do pozycji obronnej.
Thea obserwowała ich, zwracając uwagę na tych, którzy trzymali tarcze zbyt nisko, tych, których praca nóg była zbyt ociężała, oraz tych, którzy mogli ją zainteresować jako przeciwnicy. Przez lata studiowała teorię, ćwiczyła w samotności, ale palce ją świerzbiły, by chwycić miecz, tak jak oni, i poczuła, jak jej ręka sięga do sztyletu w bucie.
Cofnęła się ostrożnie, pozostając poza zasięgiem wzroku, i zaczęła wykonywać własne ćwiczenia. Podobnie jak wszystkie dzieci w Thezmarrze, przeszła wieloletnie podstawowe szkolenie obronne, ale nigdy jej to nie wystarczało. Od dziecka podglądała każdą sesję treningową, jaką tylko mogła, chłonąc z daleka wszystkie informacje, każdą technikę. Bez własnego miecza było to trudne. Ale sztylet był jej dumą i radością.
Sześć lat temu widziała, jak wypadł z ręki rannego Miecza Wojny, gdy eskortowano go na wozie z powrotem do fortecy. Popełniła błąd, pokazując Wren swoją zdobycz. Siostra powiedziała, że jest wykonany z naarviańskiej stali, i zaczęła nalegać, aby Thea go oddała. Naarviańska stal była przeznaczona wyłącznie dla Mieczy Wojny, był to prezent, jaki otrzymywali po ukończeniu Wielkiego Rytuału.
Źródło stali w Naarvi zostało stworzone przez same Furie, które zesłały na ziemię deszcz gwiazd. Znaleziona tam rzadka ruda żelaza była najtwardsza we wszystkich średnich królestwach i posiadała moc bogów. Noszenie takiej broni przez mężczyznę bez inicjacji było zabronione; stanowiło zniewagę dla elitarnych wojowników służących średnim królestwom. Ale kobieta władająca ostrzem, nie mówiąc już o naarviańskiej stali? To zupełnie inny poziom zdrady.
Thea oczywiście początkowo odmówiła zwrotu sztyletu. Jednak siostra męczyła ją, wyliczając długą listę nieprzyjemnych konsekwencji. Nie dawała Thei żyć, aż ta niechętnie udała się do izby chorych, aby zwrócić broń rannemu właścicielowi.
Thea odczekała, aż uzdrowiciele opuszczą salę, aby zająć się innymi pacjentami, po czym zbliżyła się do jego łóżka. Był to największy mężczyzna, jakiego kiedykolwiek widziała, niemal gigant. Nogi zwisały mu z końca łóżka, a materac uginał się pod jego ciężarem. Głowę miał owiniętą dziesiątkami zakrwawionych bandaży, a twarz była tak opuchnięta i posiniaczona, że nawet białka oczu miał czerwone.
Umierał.
Thea patrzyła na niego, a całe jej ciało krzyczało, że nie powinno jej tam być. Ale sięgnęła głęboko, aby znaleźć odrobinę odwagi, której wojownik potrzebował na polu bitwy, i podała mu sztylet.
– Upuściłeś to – oznajmiła. – Pomyślałam, że może będziesz chciał go odzyskać.
Mężczyzna z sapnięciem szeroko otworzył oczy, jakby na jego klatce piersiowej leżał wagon pełen kamiennych bloków. Wymamrotał coś, co nie miało dla Thei sensu, po czym uniósł drżącą dłoń i odsunął od siebie sztylet. Otworzył usta, ale nie wydobyło się z nich żadne słowo.
Thea zrozumiała jedno: chciał, żeby miała tę broń.
Przycisnęła ją do piersi.
– Zrobię z niego dobry użytek – obiecała mu.
Teraz wykonywała sekwencję ruchów, trzymając sztylet jak miecz. Wiedziała, że porusza się dobrze, ale jakże pragnęła sparingu z godnym przeciwnikiem, kimś, kto rzuciłby jej wyzwanie. Czasami udawało jej się przekonać jakiegoś alchemika lub pomocnika kuchennego, ale to nie było to samo...
Lekki wiatr poruszył liśćmi wokół Thei, a delikatna woń skóry i drzewa różanego musnęła jej nozdrza, budząc w niej dziwną tęsknotę. Westchnęła, rozkoszując się okrzykami i brzękiem stali dochodzącymi z dołu. Wciąż ściskając sztylet, ponownie zerknęła na ćwiczących...
Coś przeleciało ze świstem w powietrzu.
Thea rzuciła się na bok, a ostry ból przeszył jej policzek.
Strzała z hukiem wbiła się w sękaty pień drzewa obok niej.
Pióra na jej końcu wibrowały na wietrze.
Drżąc, Thea wpatrywała się szeroko otwartymi oczami we wciąż drgającą strzałę i cofnęła się o krok... i drugi.
A potem zaczęła biec.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
