63,99 zł
Kreta– pełna wdzięku plątanina piękna i brzydoty
Na pierwszy rzut oka: raj na ziemi oferujący piękne piaszczyste plaże, wspaniałe góry i spektakularne krajobrazy. Na drugi: wyspa labirynt, która czasy trudne pamięta znacznie lepiej niż dobre. Choć w Krecie można zakochać się od pierwszego wejrzenia, to nie wystarczy „wakacyjny romans”, żeby ją zrozumieć i poznać jej prawdziwe oblicze. Pomoże w tym Marta Guzowska, archeolożka i pisarka, która snuje niespieszną, dowcipną opowieść o tym, dlaczego na Krecie nie ma prostych dróg. Dosłownie i w przenośni
Kreta to wyspa labiryntów. Labiryntowych dróg, pałaców i przypominających labirynt umysłów Kreteńczyków – i tych, którzy urodzili się na wyspie, i tych, którzy tam przybyli i zostali. – fragment książki
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Projekt seriiJustyna Tarkowska / MileWidziane
Ilustracja na okładceNastka Drabot
Zdjęcie na okładceFarkas Pintér
Przygotowanie okładki do drukuKarolina Żelazińska-Sobiech
ZdjęciaMilan Pintér oprócz: s. 54 – archiwum Krzysztofa Nowickiego; s. 81, 85, 86 – archiwum Katarzyny Gintowt; s. 118–119, 120 i 164 – Farkas Pintér; s. 124 i 128 – archiwum Myrsini Archondaki; s. 263 – Liz Coughlan/Shutterstock; s. 279 – NASA/DP; s. 284 – Anna Maria Biniecka; s. 336 – Karel Gallas/Shutterstock; s. 343 i 344–345: © Greckie Ministerstwo Kultury – Eforat Starożytności Heraklionu
Redaktor prowadzącaMonika Koch
RedakcjaBartłomiej Kaftan
KorektaTeresa Zielińska, Justyna Domagała
Copyright © Marta Guzowska, 2026 Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2026
Żaden fragment tej książki nie może być wykorzystywany do szkolenia systemów sztucznej inteligencji.
ISBN 978-83-8360-347-6
Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Wiertnicza 36 02-952 Warszawa
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
For Farkas, who shares the passion of my life – thank you!
Tuż przed świtem albo tuż po zachodzie słońca – dwie pory dnia, kiedy Kreta jest prawdziwie magiczna.Prawdziwa kreteńska wioska to nie żaden kicz dla turystów.Kreteńczycy nie zmarnują żadnej okazji, żeby poedukować turystów trochę na temat wyspy!Wielu turystów przyjeżdża na Kretę dla morza, ale wyspa to w znacznej części góry!Kreta to stan umysłu bardziej niż jakiekolwiek inne znane mi miejsce.
Przykład? Proszę bardzo.
Oto historia, którą opowiedział mi wiele, naprawdę wiele lat temu Krzysztof Nowicki, w wolnych chwilach profesor Polskiej Akademii Nauk, a na pełen etat – honorowy Kreteńczyk. Krzysztof bada osady obronne, czyli miejsca, gdzie mieszkańcy Krety chronili się w trudnych czasach, a w historii tej wyspy trudne czasy zdarzały się częściej niż pomyślne. Jednak czasem podejrzewam, że osady obronne to dla Krzysztofa tylko pretekst, by znikać na całe tygodnie między wąwozami a szczytami Krety, samotnie przemierzać doliny w koszulce z napisem „Polska” na klatce piersiowej i spędzać noce pod gołym niebem obok szałasów wieśniaków.
Krzysztofa zna cała Kreta, ale żaden z jej mieszkańców za cenę życia nie wymówi jego prawdziwego imienia. Najbliższa lingwistycznej prawdy była szefowa wykopalisk, w których oboje z Krzysztofem braliśmy udział; kiedyś, po wielu kieliszkach raki, w wyjątkowo czarowną noc udało się jej powiedzieć „Krystof”. Myślę, że moje pojawienie się wiele lat temu w środowisku kreteńskich archeologów – drugiej osoby z tego egzotycznego, zasnutego mgłami i oblewanego strugami deszczu kraju, gdzie nie da się wyjść z domu bez futra z jenotów i szpadla do odganiania polarnych niedźwiedzi – no więc moje przybycie było wielkim objawieniem. Okazało się bowiem, że Christoforos ma inne imię w swoim własnym barbarzyńskim języku.
Wróćmy jednak do historii, którą opowiedział mi Krystof, Christoforos czy też Krzysztof – jak wolicie. Otóż pewnego razu poszedł odwiedzić pasterza Jannisa. Pasterze to na Krecie nieomal osobny naród. Mieszkają w małych szałasach w górach, daleko od wsi – niektórzy tylko latem, inni przez okrągły rok, i pilnują owiec. Nie wiem, czy mają rodziny (pasterze, nie owce). W książkach Kazantzakisa, do których jeszcze wrócimy, mają, ale Kazantzakis pisał prawie sto lat temu. Dzisiaj trudno byłoby sobie wyobrazić kobietę, która zechciałaby mieszkać w szałasie z blachy falistej albo małej – plus minus dwa na trzy metry – chatce z kamieni, bez bieżącej wody, często nawet bez studni w okolicy. A pasterze przynoszą tylko tyle wody, ile potrzebują dla owiec, mycie zaś jest czynnością, która spokojnie może poczekać na te rzadkie okazje, kiedy pasterz zajdzie do wioski. O dziwo, jednak pasterze na Krecie wydzielają dość przyjemny zapach ziemi, ziół i wełny.
No więc Krzysztof poszedł odwiedzić Jannisa. Jannis regularnie sprzedaje swoje owce rzeźnikowi z Chanii – małemu, tłustemu facetowi w wiecznie, niezależnie od pory roku, przepoconej koszuli, zapewne ze względu na trudną i wyczerpującą pracę, jaką wykonuje. Rzeźnik, którego imienia nie zapamiętałam, raz na kilka miesięcy przyjeżdża na weekend małą ciężarówką z odkrytą paką. Podczas tego weekendu dzielą z Jannisem czas równo między picie raki a wybieranie owiec na rzeź. Pod koniec weekendu – który niekiedy przeciąga się na cztery czy pięć dni – raki się kończy i trzeba zdecydować, które owce pójdą pod nóż.
Kiedy Krzysztof dotarł do Jannisa, raki była już na wyczerpaniu i moment podjęcia decyzji nieuchronnie się zbliżał. Rzeźnik siedział na wielkim kamieniu przed chatą i ocierał pot z czoła, a Jannis wskazywał owce zamknięte w zagrodzie z polnych kamieni i kolczastych gałęzi. Co któraś podobała się rzeźnikowi, to Jannis miał zastrzeżenia co do tego wyboru, albo odwrotnie: rzeźnik uparcie odmawiał zakupienia owiec, które Jannis podsuwał mu pod nos. Kryteria wyboru nie były jasne – jasne było natomiast, że trochę to potrwa.
Wreszcie obaj panowie zdecydowali się na dwanaście owiec, dopili resztkę raki i zabrali się do ciężkiej pracy. Dwie owce postanowili zarżnąć na miejscu, od razu oczyścić skórę i poćwiartować mięso. Zeszło im do późnego wieczora, jasne więc było, że rzeźnik musi zostać w chatce Jannisa na jeszcze jedną noc.
Zaraz po wschodzie słońca rzeźnik postanowił wyruszyć, bo i droga była długa, i ładunek się niecierpliwił. Najpierw załadowano więc na pakę poćwiartowane mięso oraz skóry, a później, jedną po drugiej, meczące, niezadowolone owce, które stawiały solidny opór. Jedna czy dwie podjęły nawet próbę ucieczki – udaremnioną przez Jannisa, który niczym Jerzy Dudek na bramce pięknym skokiem przygwoździł je do ziemi. Wreszcie ładunek znalazł się na pace, klapę zamknięto i rzeźnik był gotowy do drogi.
I wtedy, jak twierdzi Krzysztof, miał miejsce następujący dialog.
Rzeźnik (liczy owce): Jedna, druga, trzecia... szósta, siódma, ósma.
Tu przerywa strapiony i drapie się po spoconej czaszce.
Jannis: Endaxi.
Najczęściej występujący element pejzażu Krety (poza kozami).Tu didaskalia. Komuś, kto nie był na Krecie (i w ogóle w Grecji) i nie rozmawiał z Grekami, trudno sobie uzmysłowić szeroki zasięg znaczeniowy słowa endaxi: „w porządku”, „nie ma sprawy”, „może być”. W taksówce endaxi wypowiedziane przez kierowcę oznacza z grubsza: „No dobrze, zawiozę cię pod wskazany adres, ale żeby mi to było ostatni raz”, a przez pasażera: „Wieź mnie, dokąd chcesz, już mi wszystko jedno, byle tylko wydostać się z tego przeklętego miejsca”. Endaxi jest równie uniwersalne jak „okej”, zresztą Grecy uważają się za wynalazców także i tego wyrazu. Podobno „OK” pojawiło się po raz pierwszy w dokach na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych, gdzie w XIX wieku zatrudniano wielu Greków jako tragarzy. Mieli oni znakować wyładowywane towary literami O i K, które stanowiły skrót od ola kala, czyli „wszystko w porządku”. Chętnie wierzę w tę historię, chociaż podejrzanie przypomina ona wyjaśnienia ojca panny młodej w filmie Moje wielkie greckie wesele co do greckiego rodowodu słowa kimono. Tak czy inaczej endaxi – grecki odpowiednik greckiego OK, słówko irytujące w swojej zwięzłości i ładunku samozadowolenia, jaki niesie – pada właśnie z ust Jannisa.
Rzeźnik liczy jeszcze raz i nadal wychodzi mu osiem.
Jannis (z niezmąconą pogodą ducha): Endaxi.
Rzeźnik poci się coraz bardziej, na kark występują mu czerwone plamy i zaczyna ujawniać swój choleryczny charakter, typowy dla przedstawicieli tej profesji.
Jannis nuci pod nosem jakieś kreteńskie melodie i sękatą dłonią poklepuje z uśmiechem bok ciężarówki.
Rzeźnik (ociera czoło i przystępuje do ataku frontalnego): Jak to endaxi? Jest osiem owiec.
Jannis (z niezmąconą pogodą ducha): Endaxi.
Rzeźnik (popełnia pierwszy błąd, próbując wziąć Jannisa na logikę): Jak to endaxi? Wybraliśmy dwanaście owiec. Zarżnęliśmy dwie, zostało dziesięć. Czyli na pace powinno być dziesięć. A jest osiem. Jak to endaxi?
Jannis (spogląda w niebo wzrokiem człowieka, którego nuży tłumaczenie dziecku oczywistych prawd tego świata, po czym przeciąga się, aż mu kości trzeszczą): Endaxi.
Rzeźnik (popełnia drugi błąd i zaczyna krzyczeć): Jak to endaxi?! Jak to endaxi?! Jest osiem owiec!
Jannis (z grzecznym uśmiechem): No właśnie, osiem. Endaxi.
Rzeźnik (wydaje się, że jeśli jeszcze raz usłyszy to słowo, trafi go apopleksja; jeśli nieopatrznie wyrwie się ono któremuś członkowi jego rodziny, na przykład przy niedzielnym obiedzie, dojdzie do zabójstwa; żyły na czole ma grube jak postronki; zrywa z szyi chustkę, którą ocierał pot, rzuca ją na ziemię i zaczyna po niej skakać; następnie przestaje skakać i wali pięścią w bok ciężarówki; niestety ciężarówka jest metalowa, rzeźnik łapie się więc za bolącą dłoń i tupie nogami; jego głos zaczyna przypominać rzężenie umierającej owcy): Jak to endaxi?! Jakie endaxi?! Zapłaciłem za dwanaście owiec! Ma być dziesięć... Znaczy ma być dwanaście, ale dwie nieżywe! Dziesięć! Żywych! Rozumiesz?!
Chwyta Jannisa za koszulę i potrząsa nim z furią. Krzysztof obawia się, że dojdzie do eskalacji konfliktu. Ale Jannis odrywa tylko wzrok od zamglonych szczytów masywu Lefka Ori i uśmiecha się z lekkim znużeniem.
Jannis: Endaxi – po czym, nie czekając na atak apopleksji rzeźnika, dodaje: – Wybraliśmy dwanaście owiec. Tak?
Tu Jannis oczekuje, że rzeźnik przytaknie jego słowom – tak jak oczekujemy, że małe dziecko, któremu tłumaczymy zawiłości dodawania na przykładzie jabłek i dżdżownic, będzie śledziło każdy etap naszego rozumowania.
Rzeźnik (wyczerpany rzęzi): Tak...
Jannis: Dwie zarżnęliśmy. Tak?
Rzeźnik: Tak...
Jannis: Osiem załadowaliśmy na pakę. Tak?
Rzeźnik (przepełniony nadzieją, że wreszcie coś z tego zrozumie): Tak.
Jannis: No właśnie. Endaxi. Dwie zarżnęliśmy. Osiem jest na pace. A dwie uciekły. Endaxi.
Kurtyna.
Rzeźnik/sklep mięsny o nazwie AGAPI, czyli Miłość. Bez komentarza.W tej historii pojawia się kilka elementów, na które chcę zwrócić waszą uwagę już teraz, na początku opowieści.
Po pierwsze: rozwlekłość i dygresyjność. Nie spodziewajcie się, że na Krecie coś wydarzy się szybko. Mówi wam to osoba, która pisząc te słowa, obchodzi drugą rocznicę niekupienia domu na tej pięknej wyspie, mimo podpisania umowy, wpłacenia zadatku, przejęcia kluczy i ogólnie zamieszkania tamże. I naprawdę nie chcecie znać szczegółów sprawy spadkowej, która transakcję utrudnia. Bardzo jestem ciekawa, co prędzej dojdzie do skutku: druk, a może nawet wyczerpanie nakładu tej książki, czy mój zakup.
Nie oczekujcie też, że na Krecie droga do celu będzie prosta. To przecież górzysta wyspa. Nie ma tu prostych dróg – i dosłownie, i w przenośni. Im wcześniej to zrozumiecie, tym więcej nerwów sobie oszczędzicie.
Zagroda pasterza (nic dziwnego, że żyją samotnie).Drugi element: owce i rzeźnik. Kreta to nie miejsce dla wegetarian. Nie zrozumcie mnie źle: jedzeniowo jak najbardziej dacie radę, w tawernach znajdziecie nieskończoną ilość aromatycznych potraw z nadziewanych słońcem kreteńskich warzyw. Chociaż – lojalnie uprzedzam – możecie się spotkać z reakcją jak ze wspomnianego już filmu Moje wielkie greckie wesele i na stwierdzenie, że nie jecie mięsa, kelner zaproponuje wam drób albo jagnięcinę. Bardziej istotne jest to, że Kreteńczycy nie ukrywają, skąd pochodzi mięso, które jedzą. Rzeźnik to instytucja, sklepy mięsne bez pruderii umieszczają w witrynach oskórowane głowy zwierząt, których pozostałe części są do kupienia w środku. Czy to bardziej, czy mniej humanitarnie, nie mnie decydować. Ja tylko uprzedzam. Natomiast na Krecie prawie nie ma przemysłowych hodowli zwierząt. Jagniątko, które tak smakowicie pachnie teraz z kuchni, jeszcze wczoraj hasało na górskiej łące. Mnie ta świadomość ułatwia życie na Krecie, ale wybór należy do was.
Kreta potrafi być niejasna i ukryta za mgłą, całkiem jak ta opowieść.I wreszcie trzeci element: logika, a raczej jej brak. Argumentację w stylu Jannisa usłyszycie przy każdej okazji. I macie wtedy do wyboru: albo zapienić się jak rzeźnik (szkodliwe dla zdrowia, zwłaszcza w upale), albo uradować się, bo w naszym nudnym przemysłowym świecie, gdzie wszystko zostało zważone i policzone, gdzie wszystko potrafimy przewidzieć i zaplanować, poruszanie się w kreteńskiej rzeczywistości jest odświeżające jak łyk wody w samo południe. A ta dość wyświechtana metafora jest na Krecie bardzo na miejscu.
Weźmy na przykład historię o najstarszym drzewie oliwnym. Kiedy w 1997 roku ustalono, że igrzyska olimpijskie w 2004 roku będą się odbywały w Atenach, organizatorzy uznali, że fajnie byłoby zwycięzców biegu maratońskiego uhonorować wieńcem oliwnym. Ale wieniec nie mógł być byle jaki. Zaczęto poszukiwać najstarszego drzewa oliwnego. Zgłosiła się wówczas wieś Vouves w nomie (kreteńskim odpowiedniku gminy) Kissamos w zachodniej Krecie z informacją, że to oni mają to najstarsze drzewo i proszę, weźcie sobie kilka gałązek, tylko ostrożnie. Władze wsi zaprosiły organizatorów z Aten i do tego jeszcze delegację z Pekinu, gdzie miały odbywać się kolejne igrzyska, bo uznano, że tradycję można by kontynuować, rozsławiając Vouves nie tylko na całą Grecję, ale i cały świat. Wójt roztaczał już nawet wizję wybudowania we wsi centrum poświęconego idei światowego pokoju, kiedy do organizatorów igrzysk zgłosiła się kolejna kreteńska wieś – tym razem ze wschodniej części wyspy, z nomu Sitia. To właśnie tam, w Kavousi, a nie w Vouves, znajdowało się rzekomo najstarsze drzewo oliwne, liczące, jak utrzymywali mieszkańcy, ponad 6 tysięcy lat (czego nie można sprawdzić bez ścięcia drzewa, a nie o to przecież chodziło). I nie wiadomo, jak skończyłby się spór między wsiami, gdyby nie wtrąciła się pochodząca z Heraklionu słynna w Grecji prawniczka Jana Angelopoulou-Daskalaki, która zaproponowała salomonowe rozwiązanie: niech wieniec z drzewa z Vouves uwieńczy głowę zwycięzcy w kategorii mężczyzn, a wieniec z Kavousi – głowę zwyciężczyni.
I wszystko było pięknie do momentu, gdy zgłosiła się trzecia wieś, Goumeros Ilias z Peloponezu. Nie wiem, jakich słów użyli wtedy organizatorzy igrzysk, ale z pewnością nie były cenzuralne. Mieszkańcom Goumeros Ilias powiedziano, żeby poszli do diabła, pod pretekstem, że zgłosili swoją (a właściwie drzewa) kandydaturę zbyt późno.
Dzisiaj w Vouves stoi tabliczka, że oto przed państwem najstarsze drzewo oliwne na Krecie (a więc i na całym świecie, bo przecież reszta świata się nie liczy). W Kavousi dawno nie byłam, więc nie wiem, jak tam przedstawia się sytuacja. Drzewo z Vouves rzeczywiście wygląda starożytnie, ale czy jest najstarsze? Czy wszystkie historie, które tu przeczytacie, są prawdziwe? Pozwólcie, że odpowiem słynnym w starożytności paradoksem Epimenidesa: Kreteńczyk Epimenides powiedział, że wszyscy Kreteńczycy to kłamcy. Jeśli Epimenides kłamie (a powinien, jest przecież Kreteńczykiem), to wszyscy Kreteńczycy są prawdomówni, więc on też. Jeśli zaś mówi prawdę, a jest Kreteńczykiem, to znaczy, że kłamie!
Stan umysłu, mówiłam przecież.
I taka też będzie ta książka. Będziemy meandrować, gubić się w dygresjach, zaczynać jedną historię, a po chwili opowiadać inną, pozbawioną – tak samo jak pierwsza – śladowych nawet ilości logiki. Będziemy się dobrze bawić i zwiedzać Kretę w powolnym tempie, żeby nie umknęły nam szczegóły tej dobrej zabawy. Bo o tym miejscu nie da się opowiedzieć inaczej. Kreta to wyspa labiryntów. Labiryntowych dróg, pałaców oraz przypominających labirynty umysłów Kreteńczyków – i tych, którzy urodzili się na wyspie, i tych, którzy tu przybyli i zostali.
Czytajcie więc dalej, mając w pamięci słowa Paula Austera z Trylogii nowojorskiej: „Nie żądam, żebyś mi wierzył. Po prostu opowiadam”.
Drzewo oliwne w Vouves, BYĆ MOŻE najstarsze drzewo oliwne w Grecji (czyli na świecie).Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Ten rozdział jest dostępnytylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
Przypisy są dostępnetylko w pełnej wersji książki.
Zapraszamy do zakupu
