Wydawca: Psychoskok Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 212 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Krakowski kredens - Mateusz Kraft

W jakiej sytuacji możemy oceniać moralność człowieka lub jej brak? Czy mężczyzna pracujący jako strażnik przy mordowaniu Żydów w komorach gazowych pozbawiony jest wyższych uczuć? Czy kobieta dobrowolnie oddająca się Niemcowi podczas II wojny światowej jest zdrajczynią? Czy siostra uwodząca siostrze narzeczonego ma względem niej jakieś skrupuły? Czy ksiądz-gej jest w stanie być prawdziwie oddany Bogu? Historia krakowskiej rodziny Walasików nie jest prosta. Ba! Jest nawet bardziej skomplikowana niż mogłoby się wydawać. Młodość jednych z bohaterów, przypadająca na lata II wojny światowej, życie w powojennej komunistycznej Polsce, jednoczesna chęć poprawy swojego bytu i życia w godnych warunkach, to tylko z niektóre z poruszanych kwestii. Lektura „Krakowskiego kredensu” dotyka wielu tematów tabu. Porusza niewygodne kwestie, obnażając tak naprawdę najbardziej prymitywne cechy ludzkie Jednak nie ocenia. W swym niedopowiedzeniu pozostawia miejsce na własną opinię. To czyni ją lekturą niezwykle fascynującą i wciągającą.

Opinie o ebooku Krakowski kredens - Mateusz Kraft

Fragment ebooka Krakowski kredens - Mateusz Kraft

Mateusz Kraft "Krakowski kredens"

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2014 Copyright © by Mateusz Kraft, 2014

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Skład: Jacek Antoniewski Projekt okładki: Wydawnictwo Psychoskok Zdjęcie okładki: © Udra11; Scanrail; Christian Jung; MarFot – Fotolia.com

ISBN: 978-83-7900-136-1

Wydawnictwo Psychoskok ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin tel. (63) 242 02 02, kom.665-955-131

Mateusz Kraft
Krakowski kredens
Wydawnictwo

1. Janina

Przedpołudniowe słońce niemiłosiernie wdzierało się do wnętrza starej krakowskiej apteki u zbiegu ulic Norwida i św. Doroty. Gdy telefon Janiny zaczął głośno dzwonić, wystraszyła się. Nie przywykła do tego dziwnego urządzenia, które dzieci i wnuk nakazały jej nosić przy sobie pod groźbą kary śmierci. Więc nosiła. Telefon z rzadka dzwonił i przeczuwała, że skoro dzwoni, musiało coś się stać. Ani dzieci, ani jedyny wnuk, nie korzystały zazwyczaj z tego połączenia, regularnie dzwoniąc na numer stacjonarny i dowiadując się o zdrowie dziadków. Zresztą nie o tej porze. No chyba, że Piotruś…

Wystraszona, z brzękiem upuściła niechcący lnianą torbę z zakupami, a dźwięk słoika z ogórkami, stłuczonego o zaniedbaną i przetartą podłogę z kilkudziesięcioletnich, dawno niemodnych kafli, odbił się echem od szyby oddzielającej ją od farmaceutki. Woń musztardowej zalewy ogórków kozackich szybko dotarła do jej nosa. Telefon dzwonił coraz głośniej, a to z racji tego, że przewidujący wnuk ustawił jej taką funkcję, na wypadek gdyby nie słyszała pierwszych sygnałów. Nie sprzeczała się z nim, bo go kochała, ale w duchu przeklinała swą starość i obwiniała ją o to, że wszystkim wmawia, że ludzie w jej wieku muszą być albo ślepi, albo głusi, albo najlepiej jedno i drugie. Przepraszającym wzrokiem spojrzała na farmaceutkę, sympatyczną brunetkę około czterdziestki – wcale nieumalowaną i niekryjącą sztucznie swego wieku, w duchu dziękując bogu, że w aptece poza nią samą nie było innych klientów. Po tym, jak skończyła mocować się ze stale zacinającym się zamkiem leciwej torebki, wyjęła w końcu dzwoniącego potwora, w duchu przeklinając wszystkich twórców nowoczesnych technologii razem wziętych, których winiła w tej chwili za całe to zamieszanie.

Jednocześnie wściekła i wystraszona cichym głosem odebrała słowami:

- Proszę, słucham…

Zamiast odpowiedzi, w słuchawce telefonu usłyszała jakieś chrząknięcie, którego z początku się przestraszyła. Już miała wyłączyć aparat, gdy ktoś wrzasnął jej do ucha:

- Halo! Halo!

Powtórzyła:

- Proszę, słucham… Kto mówi?

Nieznajomy głos, jakby nie słysząc pytania Janiny, albo je właściwie ignorując, wykrzyczał swoje pytanie:

- Halo, Pani Walasikowa? Pani Walasikowa?

Janinie zdawało się, że skądś zna ten głos, ale nie mogła na tę chwilę przyporządkować go do żadnej znajomej osoby. Drżącym głosem, ale i nieco poirytowana, powtórzyła:

- Tak. Słucham… Kto mówi?

- Pani Walasikowa. Kochana Pani Walasikowa. To mówię ja. To znaczy Gałązkowa. Znaczy się sąsiadka…

W tej właśnie chwili Janina poznała wschodni akcent sąsiadki, którą zawsze uważała za nieco przygłupią. Bo kto całkiem normalny hoduje w tych czasach kury w dużym mieście? Nim cokolwiek zdążyła z siebie wydusić, Zofia Gałązkowa krzyknęła, jakby nie całkiem dowierzając, że dzięki uprzejmości operatora telefonii komórkowej, głos jej może swobodnie przemieszczać się z jednego miejsca na drugie:

- Pani Walasikowa! Pani męża, znaczy się Pana Walasika, zabrało pogotowie!

Janina poczuła, jak krew uderza jej mocno do głowy, nogi stają się miękkie jak z waty, jak wtedy, gdy serce przeszywa ostry nerwoból.

- Pogotowie? Jak to pogotowie? Co się stało? – zapytała Gałązkową.

Po chwili usiadła w starym fotelu stojącym pod aptecznym oknem, wychodzącym na spokojną ulicę św. Doroty i pamiętającym zapewne szalone lata siedemdziesiąte ubiegłego stulecia. Na pewno musiała zmienić wyraz twarzy, bo farmaceutka wyszła zza kontuaru i podała jej szklankę wody, pytając co się stało i czy może jakoś pomóc. Janina jednak tak szybko zakończyła rozmowę z sąsiadką, że właściwie niczego więcej się nie dowiedziała. Poprosiła miłą brunetkę o wezwanie taksówki i nawet nie zauważyła, że z zaplecza wyszła jeszcze jedna postać w białym kitlu.

O niczym więcej nie myślała, jak tylko o tym, by jak najszybciej dojechać do domu, dowiedzieć się szczegółów od Gałązkowej, pojechać do szpitala i skontaktować się z dziećmi. Tak! Przede wszystkim musiała skontaktować się z dziećmi.

- Boże! Jakie nieszczęście na mnie spadło. Boże! Jakie nieszczęście! – westchnęła.

Całą drogę w taksówce myślała, co mogło stać się Stachowi. Gdy wychodziła z domu na zakupy, mąż jadł śniadanie i mówił, że na dzisiaj zaplanował prace w ogródku. Od czasu przejścia na emeryturę, przydomowy ogródek stał się jego pasją, a hodowane kwiaty z dumą prezentował nie tylko całej bliższej i dalszej rodzinie, ale nawet znajomym i sąsiadom. Słowem każdemu, kto w całej swej nieświadomości raczył pochwalić hodowlę lub przynajmniej o nią zapytać. Zresztą wystarczyło dłużej popatrzeć na kwiaty, by stać się ofiarą pseudo-ogrodnika. Jak już kogoś dorwał, nie odpuszczał przez najbliższe pół godziny. Na wszelkie sposoby zatrzymując go przy sobie i opowiadając, bądź to o wyhodowanych roślinach, bądź o metodach ich hodowli, a nawet o stosowanych środkach pielęgnujących i narzędziach.

Janina po trosze wściekała się na niego, że zawraca wszystkim głowę tymi hodowlanymi opowieściami, jednak nie była w stanie go powstrzymać. Ale co mogło teraz stać się Stasiowi? Ta myśl i towarzyszące zdenerwowanie nie opuszczały jej ani na chwilę.

- Co się mogło właściwie stać? – pytała wciąż samą siebie.

Stach od wielu lat leczył się na nadciśnienie, ale ogólnie każdy w jego wieku cierpiał na takie czy inne schorzenia. Ona sama, choć młodsza od męża o paręnaście lat, zmagała się z cukrzycą. Stach jednak regularnie odwiedzał doktora Więckowskiego, znanego w krakowskim środowisku kardiologa, jednego z lepszych specjalistów w kraju. I w ogóle nigdy nie żałował pieniędzy na lekarzy. Zresztą był również pod opieką swego zięcia Tomasza, co prawda laryngologa, ale również cieszącego się bardzo dobrą opinią fachowca.

W tej chwili bardzo się bała. Zdawała sobie sprawę z tego, że w wieku osiemdziesięciu ośmiu lat wszystko może być groźne dla człowieka. Nawet lekkie przeziębienie. Co prawda Stach bardzo dbał o siebie i regularnie, właściwie z dokładnością co do minuty, zażywał wszystkie przepisane mu lekarstwa, a mimo to Janina odchodziła od zmysłów.

- Może przewrócił się? – pytała sama siebie. Tak! Tak zapewne musiało się stać!

- Stach miał przecież pracować w ogródku, poślizgnął się na zroszonej poranną rosą trawie i skręcił, lub co gorsza, złamał nogę. Nie! Oby tylko nie złamał nogi! – pomyślała.

- W jego wieku to bardzo niebezpieczne! – zdawała się prowadzić tę pełną domysłów rozmowę sama ze sobą…

Nie mogła sobie wyobrazić tego jak musi opiekować się mężem, który ma nogę w gipsie, albo nie daj boże dwie, albo co gorsza obie nogi i rękę. Zdenerwowała się na swoje myśli, w których wyobraźnia rysowała obraz jej męża obandażowanego jak mumia egipska, albo przynajmniej jak ofiarę nalotów alianckich na Drezno. Jej podświadomość uciekała jednak tymi wyobrażeniami od gorszych scenariuszy…

- Ta głupia Gałązkowa nie była w stanie nawet powtórzyć dobrze przez telefon co się stało!

Z rozmyślań wyrwał ją głos nieogolonego i zalatującego nie tylko porannym, ale i wczorajszym niemyciem kierowcy taksówki, który właśnie dowiózł ją pod wskazany adres:

- Proszę bardzo szanowna pani! 19,60! – powiedział kierowca prezentując swe nieco wybrakowane uzębienie.

Wysiadłszy z taksówki pobiegła wprost do sąsiadki. Ta stała w bramie, jakby czekając właśnie na nią. Nie pomyliła się. Gałązkowa czekała z relacją tego, co wydarzyło się owego nieszczęśliwego poranka. Jak się okazało, Pan Marian, mąż Gałązkowej, znalazł Stacha leżącego między grządkami. Nie wiadomo, jak długo Stach tak leżał w ogródku, ale na ten moment, kiedy stary Gałązka go znalazł, nie dawał żadnych znaków życia i sąsiedzi zdecydowali się wezwać pogotowie. Niestety, Stachowi nie udało się przywrócić przytomności przed odjazdem karetki.

Janina po wysłuchaniu sąsiadki, czym prędzej pobiegła do domu. Z myślą o szpitalu na Kawiej, nerwowo zaczęła pakować najbardziej potrzebne rzeczy swego osiemdziesięcioośmioletniego męża do niewielkiej podręcznej torby podróżnej, w duchu żałując, że odprawiła taksówkę. Zadzwoniła do Marii, ich najstarszej córki. Telefon jednak nie odpowiadał. Jak na złość słyszała w aparacie jedynie przerywany sygnał. Z pewnością Maria prowadziła jakąś rozprawę w tej chwili. Była sędzią w sądzie okręgowym i często zdarzało się, że nie można było się z nią skontaktować w godzinach pracy. Tak już było, ale przecież byli z niej tacy dumni. Nie mogła skontaktować się też z zięciem Tomaszem, mężem Marysi.

Po nieudanej próbie połączenia, Janina wybrała numer swego syna Piotra. Numer ten także nie odpowiadał. Zdenerwowała się. To, że Maria nie mogła rozmawiać przed południem było całkiem normalne. W końcu pełniła funkcję publiczną dla dobra społeczeństwa. Ale to, że Piotr nie odbierał telefonu, poirytowało ją nieco bardziej.

- Co ksiądz robi przed południem, że nie może odebrać telefonu od matki? – pomyślała.

Nim jednak złość do Piotra na dobre mogła zagościć w jej umyśle, serce już zdążyło przeprosić ukochanego syna za jakiekolwiek podejrzenia starej matki wobec niego. Natychmiast skarciła się w myślach. To po prostu było niedopuszczalne. Niechrześcijańskie.

Wybrała telefony do dwójki swoich „lepszych” dzieci. Nie odpowiadały. Pomyślała, że czas zatem zatelefonować do drugiej dwójki, która w jej myślach uważana była za nieco mniej udane pociechy. Wahała się, czy zadzwonić do Gabrieli, czy do Michała. Jedno było warte drugiego. Wiecznie niezadowoleni, roszczeniowo nastawieni zarówno do rodziców, rodzeństwa, jak i całego świata.

Pakując do torby kosmetyki dla Stacha, wybrała numer córki, tylko dlatego, że był pierwszy w spisie numerów jej telefonu. Ku jej zdumieniu, Gabriela odebrała, choć Janina zaraz wyczuła w głosie córki jakby poirytowanie, a może nawet zdziwienie. Tak jakby chciała zapytać po co dzwoni, czym ją niepokoi, co ma jej tak pilnego do powiedzenia, że nie mogło zaczekać do jakiegoś wystawnego sobotniego czy niedzielnego obiadu.

Janina nie miała zamiaru silić się na uprzejmość. Cichym wręcz skamlącym głosem po prostu zakomunikowała:

- Ojciec w szpitalu.

Zapadła nielubiana przez nikogo cisza w słuchawce.

- Jak to? – odparła po chwili Gabriela? – Co się stało mamo?

„Mamo”? – zdziwiła się Janina. Jak dawno nie słyszała „mamo” od Gabrieli. Boże! Czy ona była jeszcze jej córką? Gabriela od dawna unikała kontaktu z matką. No chyba, że potrzebowała wykorzystać znajomości i wpływy ojca do swoich interesów. Janina wiedziała, że córka ma lepszy kontakt z ojcem, ale od dłuższego czasu nie ingerowała w to i udawała, że nic o kontaktach biznesowych męża i młodszej córki nie wie. Zresztą Stach nic na ten temat nie mówił, a i ona nie chciała wnikać w ich sprawy. Tak było wygodniej. Teraz jednak wyczuła w głosie Gabrieli prawdziwe zaniepokojenie. Nie wiedziała tylko czy dotyczyło ono zdrowia ojca, czy ewentualnie jego koneksji i potencjalnej ich utraty. W tej trudnej chwili, gdy umysł pytał czy Janina jeszcze w ogóle kocha córkę, serce już dawno było pewne swej decyzji.

- Nie wiem córciu – odpowiedziała automatycznie i sama zdziwiła się swoją nazbyt miłą wypowiedzią.

„Córciu”. Nie pamiętała, kiedy ostatnio tak mile zwracała się do Gabrieli. W jej przekonaniu, nie była ona warta tak miłych słów. Według Janiny, odkąd młodsza córka usamodzielniła się i postanowiła traktować rodziców jak automat spełniający poszczególne życzenia, ich relacje nie mogły już nigdy ulec poprawie. Poza tym sprawa niepodzielonych między dzieci działek w podkrakowskim Kryspinowie, o które Gabriela walczyła z rodzicami od lat, oddaliła matkę i córkę od siebie. A może Janina nie chciała zauważyć nigdy tego, że oddaliły się od siebie już dużo wcześniej.

Teraz, nie wiedząc czemu, poczuła ucisk w sercu i zechciała odezwać się do córki grzeczniej. Jednak w duchu potępiała siebie za nazbyt uprzejme słowa. Czuła się przez nie jakby słabsza. Jednak nie mogła zapanować nad emocjami w tej chwili. W końcu ojciec Gabrieli znalazł się nagle w szpitalu i trudno było przewidzieć, jak potoczą się dalsze losy ich rodziny.

- Prawdopodobnie miał wylew! – Janina jęknęła do słuchawki.

Nawet nie przypuszczała, że była w stanie to wypowiedzieć. No i nie wiedziała, kiedy to sobie uświadomiła. Może wtedy, gdy Gałązkowa relacjonowała jej poranne zdarzenie. A może, gdy zaczęła rozumieć powagę sytuacji. Może po prostu wtedy, gdy dotarła do niej myśl, że nie mógł to być zwykły wypadek w ogródku. Poczuła łzę na lewym policzku.

Po dłuższej chwili pędziła kolejną taksówką do szpitala. Za kierownicą starego opla siedział uśmiechający się bez powodu Chińczyk czy Wietnamczyk, mówiący łamaną polszczyzną, której daleko było do krakowskiego akcentu. Rozmaite mniejszości narodowe były coraz bardziej widoczne w kraju. Drażnił ją ten uśmiech skośnookiego w obliczu nieszczęścia, które na nią spadło i miała ochotę walnąć tego małego facecika w czarny, świecący się łeb, ale myśli o Stachu zdominowały jej umysł. Sama nie wiedząc czemu, zaczęła wspominać ich poznanie, jeszcze w czasie wojny z Niemcami.

Stach był wtedy taki młody, przystojny, ujmujący. Współpracował z Armią Ludową i bolszewikami z Lublina, którzy tam osiedli, tworząc nową Polskę. Pochodził skądś ze wschodu, Janina dokładnie nie wiedziała skąd. Z tak zwanych Kresów, które na zawsze przepadły w otchłani radzieckiej czy rosyjskiej machiny socjalizmu. Ona za to była zwykłą, prostą, ale bardzo piękną dziewczyna spod Lublina, dla której wolność ojczyzny również nie była obojętna. Poznali się właśnie na Lubelszczyźnie, oboje młodzi, pracujący na lepsze jutro i marzący o nowej Polsce – równych, solidarnych obywatelach, gdzie klasa robotniczo-chłopska będzie ceniona na miarę swych zasług. Nie marzyła o tym, że będzie miała zaszczyt mieszkać w królewskim mieście Krakowie, bo przecież pochodziła z biednej, wiejskiej rodziny. On nie przypuszczał, że przyjdzie mu się pożegnać z rodzinnymi stronami, które po kilkuset latach polskości wrócą do swych historycznych źródeł.

Rozmyślała o tym, jak to się stało, że świat aż tak się zmienił. Jak to się stało, że Stach, mimo tego, że rzeczywiście urodził się w Grodnie, był w stanie posługiwać się dokumentami, z których wynikało, że urodził się w Białymstoku. Jaka zatem była prawda? Co było prawdą? Nie wiedziała. Wiedziała tylko, że przy jego wpływach nie było problemu, by uzyskać akt urodzenia z Białegostoku, mimo, że nigdy tam nie był. Przynajmniej tak utrzymywał. Dzieci o niczym nie wiedziały. W imię dobra swojego i ich wszystkich, Stach zakazał żonie kiedykolwiek i komukolwiek o tym mówić. Toteż milczała.

Czasem zastanawiała się, czy rzeczywiście o taką Polskę oboje ze Stachem i innymi młodymi walczyli. Ale przecież Stach zawsze powtarzał, że trzeba się cieszyć, że w ogóle jest Polska i to jest w istocie najważniejsze. Powtarzał, że dostali misję krzewienia prawdziwej, socjalistycznej i robotniczej polskości na naszych rdzennych ziemiach, które zostały niestety skażone najpierw przez austriackiego, a potem niemieckiego okupanta, ale przede wszystkim przez nurty prawicowe, pielęgnowane przez przedwojenną arystokrację, kościół i zabobon. Zawsze zastanawiała się, czy aby na pewno Stach miał w tym rację, ale otrzymane od państwa grunty i mieszkanie w pięknej kamienicy, zamienione potem na prywatny domek wybudowany na obrzeżach śródmieścia, rekompensowały wszelkie wątpliwości.

Teraz jednak Stach leżał szpitalu i to nie dawało jej spokoju.

- Boże! Co z nim? Co z tym moim biednym Stasiem? – pytanie to nie opuszczało Janiny.

Wyglądała zabawnie w eleganckim skórzanym płaszczu i modnych pantoflach, na które zmuszona była założyć szpitalne foliowe ochraniacze. O ile w ogóle można wyglądać zabawnie w takiej chwili i w takich okolicznościach. W czystym i świeżo wymalowanym na jasnozielono korytarzu siódmego piętra najlepszej ministerialnej kliniki w regionie, unosił się specyficzny zapach. Jeśli w ogóle tę szpitalną woń można nazwać zapachem. Zdecydowanym, szybkim krokiem podążała w kierunku dyżurki pielęgniarek, umiejscowionej mniej więcej w połowie korytarza.

- Pani mąż leży w sali, do której nie można wchodzić. Proszę czekać na lekarza. Doktor Zubalski będzie do pół godziny – usłyszała od młodej pielęgniarki o niezbyt miłym wyrazie twarzy.

- Dziękuję pani.

Doktor Zubalski. Doktor Zubalski. Znała skądś to nazwisko, ale na tę chwilę nie mogła sobie przypomnieć skąd. Usiadła na krześle w korytarzu i zaczęła odliczać czas. Ten płynął, jak na złość, niemiłosiernie wolno. Zegar zawieszony na ścianie korytarza tykał tak głośno, że już sama nie wiedziała czy to on bije, czy jej serce. Sekundnik ospale spadał w dół do szóstki, by zaraz potem jeszcze wolniej zacząć się wspinać ku dwunastce. Janina nie mogła opanować nerwów.

Po chwili myślami znalazła się na pięknej nadbałtyckiej plaży, wspominając jak to od czasu do czasu Stach zabierał ją z dziećmi do rządowego ośrodka wczasowego we Władysławowie.

- Boże! Jakim on był czułym mężczyzną i wspaniałym ojcem! – westchnęła.

Przypominała sobie, jak bawił się z trójką ich dzieci na plaży. Tak! Wtedy Michała nie było jeszcze na świecie. Między Michałem a resztą rodzeństwa, była spora różnica wieku. Dziewczynki wprost uwielbiały ojca. Grał z nimi w piłkę plażową bez końca. A Piotruś jak zwykle budował zamki z piasku i rozmaicie wyglądające zwierzęta, przypominające w rzeczywistości smoki albo dinozaury. A wieczorem, gdy dzieci szły spać, zabierał ją na kolacje i romantyczne spacery brzegiem morza. Nawet do Sopotu i Gdańska. Stach kochał dzieci! To prawda! Ilekroć któreś zachorowało, załatwiał wizyty u najlepszych specjalistów i potrzebne lekarstwa, często niedostępne w kraju. Zawsze chciał mieć syna i bardzo kochał Piotra. Zwłaszcza, że ten uczył się bardzo dobrze, a dla Stacha głównie to się liczyło. Do czasu, gdy dowiedział się, jaką ich syn wybrał dla siebie przyszłość. Nigdy nie zaakceptował wyboru syna i można powiedzieć, że Piotr swoim kapłaństwem w pewnym sensie złamał ojcu serce.

Jednak ze wszystkich dzieci, najbardziej pokochał Marię, która jako jedyna dała mu wnuka. W zasadzie tylko ona spełniła jego oczekiwania. Studia prawnicze ukończone z wyróżnieniem, szybka aplikacja i etat sędziego w sądzie okręgowym. Zresztą za miesiąc Maria miała przejść do sądu apelacyjnego. Teraz, gdy lewica znów rządziła, Stach wystarał się dla niej o awans, ale zakazał żonie mówić o tym córce. Maria zresztą do dzisiaj nie wiedziała o tym, że w rzeczywistości nie dostała się na studia prawnicze i pewnie nie ukończyłaby ich z wyróżnieniem, gdyby nie ojciec. Pomysł z aplikacją sędziowską także należał do Stacha. Tak, jak kariera najpierw w sądzie rejonowym, a potem w okręgowym. Awans Marii do sądu apelacyjnego miał być ukoronowaniem jego starań o prawniczą karierę córki. Oboje rodzice żałowali, że jak na ironię losu, także Piotr nie związał się z prawem. Stach tak bardzo marzył o tym, by syn został prokuratorem.

W umyśle i sercu Janiny, Stach był wyjątkowym mężem i ojcem. Nie znała drugiego takiego mężczyzny, który tak dbałby o rodzinę jak on. I nie chciała znać. Rozmyślania o Marii skłoniły ją do ponownej próby skontaktowania się z nią. Wybrała numer w komórce i po chwili ponownie tego dnia, usłyszała melodię poczty głosowej. Nie nagrała się. Pomyślała, że Maria i tak odzwoni, gdy będzie mogła.

Tymczasem drzwi korytarza otworzyły się i wszedł przez nie wysoki, szpakowaty, pięćdziesięcioparoletni mężczyzna z kilkudniowym zarostem na twarzy. Jak na swój wiek był szczupły i wciąż mógł podobać się dużo młodszym od siebie kobietom. Zielony uniform i głośne chodaki zdradzały w nim lekarza.

- Doktor Zubalski? – zapytała gdy przechodził obok niej.

- Mariusz Zubalski. Dzień dobry pani Janino. Zubalski sprawiał wrażenie jakby znał ją, jeśli nie dobrze, to przynajmniej na tyle, że ją pamiętał.

- Zapraszam do mojego gabinetu – powiedział uśmiechając się ciepło i prawą dłonią wskazał drzwi, przez które zaraz oboje mieli przejść.

Po chwili, gdy już znaleźli się w środku niewielkiego, ale nowocześnie urządzonego gabinetu, Janina spytała:

- Czy my się znamy doktorze?

- Pani mnie nie pamięta. Zauważyłem to w korytarzu. Proszę mi wybaczyć. Maria Stemplewska to pani córka, a Tomasz Stemplewski to zięć, prawda? – dodał.

- Tak, odparła mimowolnie Janina. Marysia to moja najstarsza córka.

- Znamy się z Tomaszem i Marysią jeszcze z czasów studenckich – powiedział Zubalski. Z Tomaszem studiowaliśmy razem na uniwersytecie, a Marysię poznałem przez Tomasza. - Czasem bywałem u państwa w domu. Z Tomkiem przyjaźnimy się do dzisiaj. Dzwonił do mnie w sprawie pani męża – dodał.

- O boże! Jakież to szczęście, że na pana trafiłam, mimo że w ogóle pana nie pamiętam – westchnęła Janina. - Co z moim mężem panie doktorze? – zapytała niemal natychmiast. – Jaki jest jego stan? Co mu się stało? – Dlaczego pielęgniarki nie chcą mnie do niego wpuścić? – pytania same się nasuwały i bombardowały lekarza.

- Pani Janino – westchnął Zubalski – stan pani męża jest bardzo poważny. – Właściwie stan pani męża jest krytyczny i bezpośrednio zagraża jego życiu.

Janina zamarła.

- Dzisiaj rano – kontynuował Zubalski – pani mąż doznał ciężkiego i rozległego wylewu. – W takim wieku zazwyczaj tego się nie przeżywa – wypowiedział bez większych emocji lekarz.

Zabawne i jednocześnie przerażające, jak brak emocji jednego z rozmówców może potęgować napięcie emocjonalne drugiej strony. Janina zadrżała.

- Musi być pani dzielna i przygotowana na najgorsze…

Janinie zawalił się w jednej chwili świat….

Siedząc ponownie w korytarzu, kołatały w niej słowa – W takim wieku zazwyczaj się tego nie przeżywa. - W takim wieku zazwyczaj się tego nie przeżywa… - Musi być pani przygotowana na najgorsze... - W takim wieku zazwyczaj się tego nie przeżywa… - Musi być pani przygotowana na najgorsze…

Tykanie zegara korytarzowego doprowadzało ją do szaleństwa… A może to tylko beznamiętnie kołaczące się w niej słowa doktora Zubalskiego... A może to jej serce…

Nie wierzyła w te słowa. Doktor Zubalski, z całym szacunkiem może i serdeczny przyjaciel Tomasza, może doświadczony lekarz, nawet i utytułowany – Janina na identyfikatorze przyczepionym do kieszonki zielonej, szpitalnej bluzy widziała wydrukowany tytuł „dr” przed nazwiskiem – ale przecież mógł źle ocenić sytuację. Mógł niepoprawnie odczytać wyniki. Mógł się zwyczajnie pomylić… Do umysłu Janiny zwyczajnie nie dochodziła wiadomość, że Stanisław umiera. Taka informacja była obca jej percepcji. Była niewyobrażalna… Jako to umiera? Co to znaczy umiera? Kiedy umiera? Teraz? Na pewno nie! Jeszcze nie!

- Pani Walasik? – usłyszała ciepły głos młodej, innej niż poprzednio pielęgniarki, która wyrwała ją ze wszystkich myśli i na powrót kazała funkcjonować umysłowi wedle ruchów korytarzowego zegara.

– Doktor Zubalski zezwolił na zobaczenie męża. – Proszę. Proszę, może pani pójść ze mną – powiedziała pielęgniarka.

Janina poderwała się energicznie z korytarzowego krzesła i podążyła za młodą, atrakcyjną kobietą. W bladożółtym pokoju, w białej pościeli leżał Stanisław. W pokoju, poza nim, nie było innych pacjentów. Pokój był jednoosobowy. Janina w duchu dziękowała znajomościom Tomasza i doktorowi Zubalskiemu, który okazał się jednak wielkim przyjacielem rodziny i zapewnił Stachowi te warunki. W pokoju było duszno, wręcz gorąco. Wiosenny dzień ledwo wpuszczał przez przysłonięte żaluzje swe świetlne promienie do jego wnętrza. Janina zbliżyła się do metalowego, szpitalnego łóżka, na którym leżał Stach. Wyglądał źle. Właściwie bardzo źle. Był podłączony do jakiejś aparatury i wydawało się, że nie był przytomny. Cały blady, prawie szarawozielony. Wydawało się też, że leży jakby zapadnięty w szpitalną pościel, która z każdym ciężkim oddechem wciągała go coraz niżej, niżej, niżej… w głąb posłania. Głębiej i głębiej… Bezwład jego ciała sprawiał wrażenie jakby nie żył. Janina pobladła…

***

Następnego dnia już w godzinach rannych przybiegła czym prędzej do kliniki. Nie spała prawie całą noc. Przewracała się z boku na bok, rozmyślając to o Stachu, to o dzieciach, z którymi jeszcze wczorajszego dnia rozmawiała.

- Oby Piotruś zdążył na czas przyjechać, choć był w tym tygodniu tak zajęty…

Starszy syn był proboszczem parafii w Sandomierzu, młodszy, studiował od wielu lat, tym razem we Wrocławiu. Uważała, że wszyscy powinni stawić się natychmiast w szpitalu u ojca, by uniknąć braku wyrozumiałości ostrych języków otoczenia. Zwłaszcza w ich środowisku, w którym ojciec był niegdyś znaną postacią, a obecnie nadal wpływową. Nic nie było tak istotne dla dobra rodziny, jak dobry, a wręcz nieskazitelny jej wizerunek na zewnątrz. Tylko dobre rodziny mogły funkcjonować w tym świecie. Dyscyplinę i karność wpajała dzieciom od zawsze. Zresztą wpajanie to, zgodne było ze Stasiową doktryną wychowania.

Właściwie, spośród swoich dzieci, Janina mogła liczyć jedynie na Marię. Córka zawsze była pod ręką, będąc ostoją i podporą rodziców. Także i teraz Maria stanęła na wysokości zadania i jeszcze wczoraj odwiedziła ojca. Zresztą podobnie jak i Tomasz, który z racji wykonywanego zawodu i tak nie miał innego wyjścia. Choć kto wie. Nie pracował przecież na oddziale, na którym leżał jego teść. Ba! Nie pracował nawet w tej klinice, gdzie on leżał. Jednak Tomasz rozmówił się ze wszystkimi znajomymi lekarzami w otoczeniu Stacha. Janina bardzo ceniła i szanowała zięcia. Nie zastanawiała się nigdy, czy może tylko dlatego, że był mężem Marii. Teraz to i tak nie miało znaczenia, bo miał dług wdzięczności wobec swoich teściów i może przyszedł czas, by go spłacić.

- Proszę usiąść przy mężu. Istnieje prawdopodobieństwo, że panią słyszy – do Janiny dotarły słowa pielęgniarki, która i dzisiaj przyprowadziła ją do bladożółtego, dusznego pokoju Stacha.

- Jak to słyszy? – zdziwiła się. Przecież wygląda jak... nieprzytomny. W ostatnim ułamku sekundy powstrzymała się przed powiedzeniem, że wygląda jak… nieżywy… że wygląda jak… martwy…

- Wylew skutkuje paraliżem zdolności fizycznych, ale często pozostawia świadomość pacjentowi. Tak więc istnieje prawdopodobieństwo, że pani mąż nas słyszy i rozumie – wyjaśniła jej pielęgniarka.

W Janinie zatliła się iskra nadziei, że Stach jednak nie dokona żywota na tym szpitalnym łóżku. Może jeszcze nie teraz. O ile wczoraj Stach był tak blady, że prawie biały lub szary, to dzisiaj przybrał kolory bladożółtych ścian pokoju, w którym leżał. Oczy miał otwarte. Patrzył na nią. Zdawało się, że dostrzega w tych pięknych, znajomych oczach łzy. Większość wczorajszych maszyn, do których był podłączony, zniknęła.

- Może pani mówić do męża. Może to pomoże mu odzyskać choć trochę świadomości – powiedziała pielęgniarka i wyszła.

Janina nie wiedziała jak ma się zachować. Do tej pory to Stanisław mówił jej co ma robić, jak się zachowywać, jak postąpić. To on nadawał rytm ich wspólnemu życiu i decydował o wielu sprawach w ich małżeństwie. Teraz leżał bezbronny, sparaliżowany w białej pościeli na szpitalnym łóżku i poza mruganiem powiek i smutnym oddechem, nie dawał znaków życia. W pokoju unosił się dziwny, szpitalny zapach. Janina wzięła metalowy, pomalowany na biało taboret i usiadła przy mężu. Zdawało się, że odwrócił lekko głowę w jej stronę i spojrzał na nią. Przeszył ją zimny dreszcz. Zobaczyła w tym wzroku nie tylko cierpienie starego człowieka, ale i strach, smutek, a nawet odrobinę gniewu. A może była to rozpacz. Nie! To tylko jej się zdawało… Janina wystraszyła się.

- Stasiu, Stasiu – powiedziała cicho.

Jej słowa pozostały bez odpowiedzi. Stanisław nie dawał żadnego znaku życia. Zdawało się, że patrzy na nią, ale równocześnie można by powiedzieć, że patrzył gdzieś daleko przed siebie, jakby jego wzrok przeszywał jej postać i wychodził daleko, daleko nawet za okno.

- Stasiu, Stasińku – powtórzyła ciepło Janina. – Stasiulku…

Jej słowa w dalszym ciągu pozostawały nie tylko bez odpowiedzi, ale i bez żadnej reakcji męża.

- Boże! Co się stało! Co się stało… – jej słowom zaczęły towarzyszyć słone łzy płynące mimowolnie po pooranych zmarszczkami policzkach.

Dotarło do niej, że Stanisław może nigdy w życiu już jej nie usłyszy. Lekarze nie rokowali dobrze jego zdrowiu. Wiek męża oraz skutki rozległego wylewu krwi do mózgu, stanowiły poważne zagrożenie dla jego życia. W uszach wciąż słyszała wczorajsze słowa doktora Zubalskiego:

- Pani Janino, proszę być gotową na pożegnanie męża…

Janina zaczęła rozmyślać, od czasu do czasu wzdychając i wydając ciche „Oj Stasiu, Stasiu”… Zdała sobie sprawę z tego, że było jeszcze tyle rzeczy, które chciała mu powiedzieć, przekazać. Było jeszcze tyle spraw, które powinni razem omówić. Dlaczego Stach teraz ma odchodzić? Dlaczego właśnie teraz, kiedy jeszcze tyle spraw nie zostało zakończonych…

- Stasiu, tyle… chciałabym Ci powiedzieć – westchnęła…

Pielęgniarka co prawda nakłaniała ją do tego, by mówiła do męża, bo może ją usłyszy, ale Janina nie miała odwagi. Wydawało jej się, że to, tak jakby mówić do siebie, do pustych ścian i jedynie pochyliła się nad mężem i pocałowała go w policzek. Ujęła jego dłoń i ścisnęła lekko. Była ciepła, ale prawie bezwładna i pachnąca niemiłym zapachem szpitala. Nie odpowiedziała jej wzajemnym uściskiem. Janina rozpłakała się…

W głowie kołatały jej się myśli, których nie potrafiła wypowiedzieć… Zwłaszcza teraz… Myślała o tym, że dzieci tak bardzo potrzebują ojca. Marysia będzie awansować, Gabrysia (sama nie pamiętała, kiedy ostatnio użyła tego zdrobnienia wobec młodszej córki) dopiero co wyszła za swojego trzeciego męża. A z Piotrusiem należało się Stachowi pogodzić. No i z Michasiem. On jeszcze taki młody, potrzebuje ojca, bo ciągle błądzi – zdawała się przedstawiać w myślach racjonalne argumenty, uzasadniające potrzebę życia Stanisława. Tak jakby chciała go przekonać, że nie czas odchodzić. Nie czas umierać… W końcu przemogła się i rzekła do niego, choć zupełnie nie to co chciała…

- Wiesz, Tomasz załatwił Ci najlepsze miejsce w tym szpitalu. On naprawdę jest dobry. To dobrze, że Marysia trafiła na niego – rzuciła.

Chyba nie potrafiła mu powiedzieć tego, o czym przed chwilą rozmyślała… Nie… To nie takie proste mówić do człowieka, z którym przeżyło się prawie całe życie, o tym czego on wcale nie chciał słyszeć… zwłaszcza w obliczu śmierci... Słowa o załatwionym miejscu w szpitalu, były chyba wszystkim, na co było ją w tej chwili stać.

Nie