Koniec z Eddym - Édouard Louis - ebook

56 osób właśnie czyta

Opis

Tytułowy Eddy mieszka w małym miasteczku na północy Francji, pochodzi z robotniczej rodziny. Od urodzenia czuje się inny od rówieśników, jest też przez nich inaczej traktowany. Czuje, że powinien się urodzić gdzie indziej, stać się kimś innym, po prostu być innym człowiekiem. Czy uda mu się uciec i przeobrazić w kogoś, kim tak bardzo chciałby być?

Édouard Louis nakreślił wzruszający portret wyrzutka, osoby, której nikt w otoczeniu nie akceptuje – ani koledzy, ani rodzina, ani lokalna społeczność. Czy uda mu się wyrwać z matni przeznaczenia?

Ból. To uczucie towarzyszyło mi nieustannie podczas lektury debiutanckiej powieści Édouarda Louisa. Wracały do mnie obrazy i sytuacje, gdy sam stawałem się ofiarą homofobicznej przemocy, przed którą nic mnie nie mogło uchronić, nikt mi też nie przyszedł z pomocą. Słyszane za plecami okrzyki, wyzwiska, śmiechy. To codzienność większości nastolatków – chłopców i dziewcząt innych niż wszyscy. Jeszcze nikt we współczesnej literaturze nie sportretował tej sytuacji z werystyczną brutalnością, jednocześnie analizując przyczyny i źródła przemocy. Louis stworzył przejmujący portret robotniczej rodziny, od którego trudno się uwolnić. Autobiograficzna sugestywność tylko wzmacnia siłę rażenia tej niezwykłej powieści. Po co o tym czytać? By nie być obojętnym. Książka ważna dzisiaj, ale przykra prawda jest taka, że to powieść, która nigdy nie przestanie być aktualna. Dopóki wszyscy się nie obudzimy – Wojciech Szot, „Zdaniem Szota”

Koniec z Eddym to krótka, ale pełna niezwykłych treści opowieść o tym, jak się czuje osoba biedna, homoseksualna i prześladowana. Nikt dotąd nie opowiedział podobnej historii w tak przejmujący i wymowny sposób – Edmund White

W swoim debiucie Louis, posługując się doświadczeniami z dzieciństwa i lat nastoletnich, uprawia krytykę społeczeństwa, pisze o podziałach klasowych, wykluczeniu i niezrozumieniu, a przez to i o strachu. Autobiograficzna proza Louisa jest szczerym, (od)ważnym i silnym głosem, literacką interwencją dyktowaną wrażliwością człowieka, który nazywał się kiedyś Eddy Bellegueule – Karolina Kurando, „Books Silence”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 176

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału En finir avec Eddy Belleguele

Przekład Joanna Polachowska

Redakcja Ewa Pawłowska

Korekta Marcin Grabski, Jagoda Pawłowska, Agnieszka Wójcik

Projekt okładki i stron tytułowych Tomasz Majewski

EN FINIR AVEC EDDY BELLEGUELE

Copyright © 2014, Édouard Louis

All rights reserved.

First published by Editions du Seuil in 2014

Copyright © for the Polish translation by Joanna Polachowska, 2019

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Pauza, 2019

Zdjęcie autora na okładce Copyright © Leemage/Opale/EastNews

Cet ouvrage a bénéficié du soutien des Programmes

d’aide à la publication de l’Institut français.

Książkę wydano dzięki dofinansowaniu Institut français

w ramach programów wsparcia wydawniczego.

ISBN 978-83-953523-9-3

Wydawnictwo Pauza

Warszawa 2019

Wydanie pierwsze

Wydawnictwo Pauza

ul. Meksykańska 8 m. 151,

03-948 Warszawa

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dla Didiera Eribona

Po raz pierwszy moje nazwisko wypowiedziane

na głos nie wskazuje osoby

Marguerite Duras, Le Ravissement de Lol V. Stein

(Uprowadzenie Lol V. Stein)

Księga pierwsza
Pikardia

(koniec lat dziewięćdziesiątych XX wieku –

pierwsze lata XXI wieku)

Spotkanie

Z dzieciństwa nie mam żadnych szczęśliwych wspomnień. Nie mówię, że przez wszystkie te lata nigdy nie zaznałem uczucia szczęścia czy radości. Tyle że cierpienie jest ustrojem totalitarnym – wymazuje wszystko, co się w nim nie mieści.

W korytarzu pojawiło się dwóch chłopaków: jeden wysoki i rudy, drugi niski i zgarbiony. Wysoki rudzielec splunął mi w twarz: Łyknij sobie.

Plwocina, żółta i gęsta jak flegma zalegająca w gardle starych lub chorych ludzi, mdląca i cuchnąca, powoli spłynęła po mojej twarzy. Wysokie, hałaśliwe śmiechy obu chłopaków: Ty, patrz, ten kutas ma to na całej gębie. Ślina ścieka mi z oka aż na wargi, aż do ust. Nie mam odwagi jej zetrzeć. Mógłbym – wystarczyłby ruch rękawa. Wystarczyłby ułamek sekundy, minimalny gest, żeby nie dotarła do ust, ale nie robię tego z obawy, że poczują się obrażeni, jeszcze bardziej się wkurzą.

Nie przypuszczałem, że to zrobią. A przecież chamstwo i przemoc bynajmniej nie były mi obce. Od zawsze, jak daleko sięgam pamięcią, byłem świadkiem, jak mój pijany ojciec bije się pod barem z innymi pijanymi facetami, jak łamie nosy lub wybija zęby. Wystarczyło, że jakiś mężczyzna przeciągle spojrzał na moją matkę, a już ojciec, zamroczony alkoholem, eksplodował. Za kogo ty się masz, brudny gnoju, żeby tak patrzeć na moją żonę! Matka próbowała go przystopować: Daj spokój, kochanie, opanuj się!, ale ignorował jej słowa. Kumple ojca w pewnym momencie nieuchronnie wkraczali do akcji – to była reguła, również na tym polegało bycie prawdziwym przyjacielem, dobrym kumplem, że się włączało do bójki, by rozdzielić mojego ojca i tego drugiego, ofiarę jego pijaństwa, o pokiereszowanej przez niego gębie. Widziałem raz, gdy jedna z naszych kotek urodziła młode, jak ojciec wrzucił nowo narodzone kociaki do torby foliowej i walił nią w betonową krawędź, dopóki foliówka nie wypełniła się krwią i miauczenie nie ustało. Widziałem, jak zarzynał świnie w ogrodzie, pił jeszcze gorącą krew, którą z nich utoczył, żeby robić kiszki (ta krew na jego ustach, brodzie, podkoszulku). To jest właśnie najlepsze: ta krew świeżo utoczona ze zdychającego bydlęcia. Kwiczenie konającej świni, kiedy ojciec przecinał jej tchawicę, słychać było w całym miasteczku.

Miałem dziesięć lat. Byłem nowy w szkole. Nie wiedziałem, kim są, gdy pojawili się w korytarzu. Nie znałem nawet ich imion – rzecz nieczęsta w tej niewielkiej szkole, liczącej ledwie dwustu uczniów, w której wszyscy szybko mieli okazję się poznać. Szli powoli, byli uśmiechnięci, nie emanowała z nich żadna agresja, w pierwszej chwili pomyślałem więc, że chcą zawrzeć znajomość, nie rozumiałem jednak, dlaczego starsi chłopcy przychodzą pogadać ze mną, nowym? Dziedziniec szkolny funkcjonował na tej samej zasadzie co reszta świata: duzi nie zadawali się z małymi. Podobnie matka mówiła o robotnikach: Nami, małymi, nikt się nie interesuje, a już zwłaszcza nie ci spasieni burżuje.

W korytarzu zapytali, kim jestem, czy ja to ten Bellegueule, o którym wszyscy mówią. Zadali mi pytanie, które później całymi miesiącami, a nawet latami, bez przerwy sobie powtarzałem.

To ty jesteś ten pedał?

Mówiąc to, naznaczyli mnie już na zawsze piętnem, takim samym, jakie Grecy wypalali rozpalonym żelazem lub nożem na ciałach osobników odbiegających od normy, a przez to niebezpiecznych dla społeczeństwa. Zaskoczyli mnie, choć nie był to pierwszy raz, kiedy coś takiego usłyszałem na swój temat. Człowiek nigdy nie przyzwyczai się do obelg.

Poczucie bezsilności, zagrożenia. Uśmiechnąłem się, a słowo pedał rozbrzmiewało, eksplodowało w mojej głowie, pulsowało we mnie do wtóru z biciem serca.

Byłem chudy, musieli więc uznać, że moje możliwości obrony są niewielkie, właściwie żadne. W tamtym czasie rodzice często nazywali mnie Zdechlakiem, a ojciec wciąż powtarzał te same dowcipy: Mógłbyś przejść za afiszem i nawet go nie odkleić od słupa. Zarówno w miasteczku, jak i w mojej rodzinie słuszna waga ciała była cechą podnoszącą wartość człowieka w opinii ogółu, chętnie więc powtarzano: Z głodu lepiej nie umierać, to przecież taka dobra choroba.

(Rok później, zmęczony docinkami rodziny na temat mojej wagi, postanowiłem przytyć. Po skończonych lekcjach za pieniądze, o które prosiłem ciotkę – rodzice nie mogliby mi ich dać – kupowałem paczki chipsów i opychałem się nimi. Ja, który dotąd, z tej właśnie obawy, że upodobnię się do ojca i braci, odmawiałem jedzenia zbyt tłustych potraw gotowanych przez matkę, która się złościła: Nie zatka ci to dziury w dupie, nagle zacząłem jeść wszystko, co tylko mi wpadło w ręce, niczym te przemieszczające się chmarami insekty, które pozostawiają po sobie doszczętnie spustoszone pola. W rok przybrałem na wadze dwadzieścia kilogramów).

Najpierw mnie, z tą oplutą twarzą, trącali palcami, niezbyt brutalnie, nadal ze śmiechem, następnie coraz mocniej, aż w końcu uderzyli moją głową o ścianę. Milczałem. Jeden z nich chwycił mnie za ramiona, a drugi okładał kopniakami: już się nie uśmiechał, coraz bardziej wczuwał się w rolę, jego mina zaś wyrażała coraz więcej skupienia, złości, nienawiści. Pamiętam te ciosy w brzuch, ten ból spowodowany waleniem moją głową o ceglaną ścianę. Ból, cierpiące, obite i poturbowane ciało – to element, o którym się nie myśli. Myśli się – widząc tego typu scenę, to znaczy: oglądając ją z zewnątrz – o swoim upokorzeniu, o strachu. Nie dociera do mózgu, że coś takiego dzieje się naprawdę, tu i teraz, o bólu się nie myśli.

Od ciosów w brzuch aż mnie zatykało, nie mogłem oddychać. Otwierałem szeroko usta, żeby złapać łyk tlenu, nadymałem klatkę piersiową, ale powietrze i tak nie dostawało się do środka. Miałem wrażenie, że moje płuca nagle wypełniła jakaś gęsta zawiesina, jakby ołów. Raptem poczułem, jakie płuca są ciężkie. Cały dygotałem, ciało zdawało się już do mnie nie należeć, nie reagowało już na moją wolę. Jak ciało starzejącego się człowieka, które wyzwala się spod władzy ducha: duch je opuszcza, nie chce go już słuchać. Ciało, które staje się ciężarem.

Śmiali się, kiedy z braku tlenu poczerwieniałem na twarzy (typowe dla klasy robotniczej, dla prostych ludzi, którzy lubią się pośmiać, dla żartownisiów). Do oczu napływały mi łzy, wzrok mi się zmącił, jak człowiekowi, który zakrztusił się jedzeniem albo własną śliną. Nie wiedzieli, że te łzy pojawiły się tylko dlatego, że się duszę. Myśleli, że płaczę. Stawali się przez to coraz bardziej agresywni.

Kiedy podeszli bliżej, poczułem ich oddech – ten odór skwaśniałego nabiału, padłego zwierzęcia. Najwyraźniej, podobnie zresztą jak ja, nigdy nie myli zębów. Miejscowe matki nie przywiązywały wagi do higieny jamy ustnej swoich dzieci. Dentysta był zbyt drogi, a brak pieniędzy przekładał się w końcu tak jakby na świadomy wybór. Zresztą w życiu są ważniejsze rzeczy – mówiły. Jeszcze dziś w bezsenne noce opłacam okrutnymi bólami to zaniedbanie mojej rodziny i klasy społecznej, a lata później, już w Paryżu, będę wysłuchiwał pytań zdziwionych kolegów z École Normale: Dlaczego rodzice nie zaprowadzili cię do ortodonty? Moje kłamstwa. Będę odpowiadał, że rodzice, intelektualiści ze świata bohemy, tak się przykładali do mojej edukacji literackiej, że czasami zapominali o moim zdrowiu.

W korytarzu wysoki rudzielec i niski pokurcz krzyczeli. Wyzwiska przeplatały się z ciosami, a ja ciągle milczałem. Ciota, fafciu, gejzer, fag, cwel, lewy, cieplak, pedał, pedzio, fagola, hokeista, przegięty, homoniewiadomo... albo homoseksualista, gej. Czasami mijałem ich na schodach pełnych uczniów albo gdzie indziej, na dziedzińcu. Nie mogli mnie bić na oczach wszystkich, tacy głupi nie byli, ryzykowaliby wydalenie ze szkoły. Rzucali wtedy tylko wyzwisko: pedał (lub jakieś inne). Nikt nie zwracał na to uwagi, ale wszyscy słyszeli. Myślę, że słyszeli, bo pamiętam uśmiechy satysfakcji pojawiające się na ich twarzach – na dziedzińcu albo w korytarzu – jakby sprawiało im przyjemność patrzenie i słuchanie, jak wysoki rudzielec i niski pokurcz wymierzają sprawiedliwość, jak mówią to, co wszyscy po cichu myśleli i co szeptali, kiedy przechodziłem: Patrz, to ta ciota, Bellegueule.

Mój ojciec

Mój ojciec. W 1967 – roku jego urodzenia – kobiety z miasteczka nie jeździły jeszcze do szpitala. Rodziły w domu. Matka wydała go na świat na kanapie pełnej kurzu, psiej i kociej sierści, a także brudu z powodu jak zwykle ubłoconych butów, których nie zdejmowano przy wejściu. W miasteczku przeważają oczywiście drogi asfaltowe, ale jest także wiele dróg gruntowych, z których wciąż jeszcze korzystają miejscowi, tam również bawią się dzieci. Są to lokalne kamieniste ścieżki biegnące wzdłuż pól, które w deszczowe dni zaczynają przypominać grzęzawiska.

Przed pójściem do gimnazjum w tygodniu często jeździłem rowerem po tych drogach gruntowych. Do szprych przywiązywałem kawałek tektury, żeby w czasie jazdy furkotał jak silnik motoru.

Ojciec mojego ojca tęgo pił, jak większość miejscowych – chlał na zmianę pastis i wino z pięciolitrowych baniaków. Alkohol, który jest dostępny w najbliższym sklepie spożywczym, pełniącym także funkcję baru, trafiki i piekarni. Zakupy w nim można zrobić o dowolnej porze, wystarczy zastukać do drzwi właścicieli. Zawsze otworzą.

Jego ojciec tęgo pił, a kiedy był pijany, bił jego matkę: ni stąd, ni zowąd się do niej odwracał i zaczynał ją wyzywać, rzucał w nią, czym popadło, czasami nawet krzesłem, a później ją bił. Mój ojciec – zbyt mały, uwięziony w ciele wątłego dziecka – tylko bezsilnie na to patrzył. W milczeniu kumulował w sobie nienawiść.

Nigdy mi o tym wszystkim nie powiedział. Mój ojciec w ogóle prawie nic nie mówił, przynajmniej nie o takich sprawach. Brała to na siebie moja matka, taka była rola kobiety.

Pewnego ranka – ojciec miał wtedy pięć lat – jego ojciec, bez uprzedzenia, odszedł na zawsze. Opowiedziała mi o tym moja babka, która również (niezmiennie ta rola kobiety) przekazywała rodzinne historie. Po latach się z tego śmiała, w końcu szczęśliwa, że uwolniła się od męża. Pewnego ranka poszedł do pracy w fabryce, czekaliśmy na niego, ale nigdy już nie wrócił na kolację. Był robotnikiem w fabryce, to on przynosił do domu pieniądze, i kiedy zniknął, rodzina została bez środków do życia – przy szóstce czy siódemce dzieci ledwie było co włożyć do garnka.

Ojciec nigdy tego nie zapomniał, mówił: Olewam tego skurwiela, który nas rzucił, zostawił matkę bez grosza przy duszy.

Tego dnia, kiedy trzydzieści pięć lat później ojciec mojego ojca umarł, siedzieliśmy całą rodziną w dużym pokoju przed telewizorem.

Zadzwoniła do ojca jego siostra – czy może ktoś z hospicjum, w którym jego stary dokonał żywota. Ta osoba przez telefon powiedziała: Twój – czy też: – pański ojciec zmarł dziś rano, miał raka, ale bezpośrednią przyczyną było przede wszystkim biodro zmiażdżone w wypadku. W ranę wdała się gangrena, próbowaliśmy wszystkiego, ale nie udało się go uratować. Wszedł na drzewo, żeby obciąć suche gałęzie, i odpiłował akurat tę, na której siedział. Kiedy ta osoba powiedziała to przez telefon, moi rodzice tak bardzo się śmiali, że minęła chwila, nim zdołali z powrotem złapać oddech. Trzeba być idiotą, żeby odciąć gałąź, na której się siedzi... Wypadek, zmiażdżone biodro. Usłyszawszy to, ojciec nie posiadał się z radości: W końcu, ścierwo, wyciągnął kopyta – powiedział do matki, dodając: Idę kupić flaszkę, żeby to uczcić. Za kilka dni obchodził czterdzieste urodziny i jeszcze nigdy nie wydawał się tak szczęśliwy – dwa wydarzenia do świętowania prawie jedno po drugim, jak sam mówił: dwie wspaniałe okazje, żeby sobie golnąć. Spędziłem z nimi wieczór, uśmiechnięty jak dziecko, które imituje nastrój, w jakim widzi rodziców, nie całkiem rozumiejąc dlaczego (a kiedy matka płakała, ja również – nie wiedząc, dlaczego to robię – płakałem). Ojciec pomyślał nawet o kupieniu mi oranżady i krakersów. Nigdy się nie dowiedziałem, czy w głębi serca cierpiał z tego powodu, czy na wieść o śmierci swojego ojca uśmiechał się tak, jak może się uśmiechać człowiek, kiedy naplują mu w twarz.

Był bardzo młody, gdy rzucił szkołę. Wolał potańcówki w okolicznych miasteczkach i niezmiennie towarzyszące im bijatyki, wyprawy motorowerem – jak kiedyś mówiono: pyrkawką – nad jeziora, gdzie całymi dniami łowił ryby, godziny spędzane w warsztacie nad usprawnieniem swojego motoroweru, podrasowywaniem swojego szosowca, żeby miał lepsze osiągi i był szybszy. Nawet jeśli w końcu dotarł już do szkoły, i tak najczęściej wyrzucano go z lekcji za prowokowanie nauczycieli, wyzwiska pod adresem kolegów, zawieszano go również w prawach uczniowskich za wagarowanie.

Często opowiadał o bójkach. Byłem twardzielem, gdy miałem piętnaście–szesnaście lat, w szkole czy na dyskotece, ciągle się biłem i razem z kumplami ostro obrywaliśmy po mordach. Nic sobie z tego nie robiliśmy, to był niezły ubaw, a prawda jest taka, że w tamtych czasach jak mnie z jakiejś fabryki wywalili, to bez problemu znajdowałem inną robotę, nie to co teraz.

I rzeczywiście – w szkole średniej przerwał naukę zawodu, żeby wzorem swojego ojca, dziadka i pradziadka zatrudnić się jako robotnik w fabryce, która produkowała mosiężne odlewy.

Miejscowi twardziele, ci, którzy uosabiali te gloryfikowane męskie wartości, odmawiali podporządkowania się dyscyplinie szkolnej, a mojemu ojcu zależało, żeby być jednym z nich. Gdy któregoś z moich braci lub kuzynów ojciec nazwał twardzielem, słyszałem podziw w jego głosie.

Pewnego dnia, a było to na początku lat dziewięćdziesiątych, matka oznajmiła mu, że jest w ciąży. Miała urodzić chłopca – mnie, ich pierworodnego syna. Z poprzedniego małżeństwa miała już dwójkę: mojego starszego brata i moją starszą siostrę – dzieci poczęte z pierwszym mężem, alkoholikiem zmarłym z powodu marskości wątroby i znalezionym wiele dni później. Leżał na podłodze, jego ciało było w stanie rozkładu, roiło się w nim od robactwa – zwłaszcza przegniły policzek: pośrodku jego woskowej, pożółkłej twarzy ziała dziura wielkości piłki golfowej, przez którą było widać kości szczęki i kłębiące się na nich larwy. Mój ojciec był bardzo szczęśliwy. W miasteczku liczyło się nie tylko bycie twardzielem, ale także umiejętność wychowania na twardzieli własnych synów. Ojciec umacnia swoją męską tożsamość przez swoich synów, którym powinien przekazać męskie wartości, i mój ojciec tak czynił: zamierzał zrobić ze mnie twardziela, tu w grę wchodziła jego męska duma. Postanowił dać mi na imię Eddy – z powodu amerykańskich seriali, które oglądał w telewizji (zawsze ta telewizja). Tak więc wraz z rodowym nazwiskiem, Bellegueule[1], które mi przekazał, i z całą ciążącą na tym nazwisku przeszłością, miałem się nazywać Eddy Bellegueule. Nosić nazwisko twardziela.

Maniery

Bardzo szybko rozwiałem marzenia i nadzieje ojca. Problem został zdiagnozowany już w pierwszych miesiącach mojego życia. Wyglądało na to, że taki się już urodziłem – nikt nie rozumiał przyczyny tego stanu rzeczy: skąd brała się ta nieznana siła, która zawładnęła mną przy narodzinach, czyniąc mnie więźniem własnego ciała. Kiedy zacząłem wyrażać siebie, opanowywać mowę, mój głos samorzutnie nabrał kobiecej intonacji. Był wyższy niż u innych chłopców. Podczas mówienia przesadnie gestykulowałem, wymachiwałem na wszystkie strony rękami, zaciskałem je w pięści, wywijałem nimi w powietrzu.

Rodzice nazywali to manierami. Mówili: Skończ już z tymi manierami. Zachodzili w głowę: Dlaczego ten Eddy zachowuje się jak dziewczynka. Upominali mnie: Uspokój się, przestań wymachiwać rękami jak jakiś szajbus. Myśleli, że ta zniewieściałość to mój wybór, że wybrałem taką formę ekspresji, żeby im działać na nerwy.

Przecież sam nie wiedziałem, dlaczego taki jestem. Byłem przez te maniery zdominowany, zniewolony – wysoki tembr głosu to nie mój wybór. Tak jak nie był moim wyborem ani sposób chodzenia: wyraźne, aż za bardzo wyraźne, kołysanie biodrami, ani nie były nimi dobywające się ze mnie przenikliwe piski, których przecież świadomie nie wydawałem, a jednak w chwilach zaskoczenia, radości lub przestrachu dosłownie same wymykały mi się z gardła.

Regularnie chodziłem do pokoju dziecięcego – mrocznego, bo nie było w nim światła (nie mieliśmy dość pieniędzy, żeby zainstalować oświetlenie z prawdziwego zdarzenia, zawiesić żyrandol lub choćby gołą żarówkę, w pokoju stała więc tylko biurowa lampka).

Tam właśnie się podkradałem i zakładałem ciuchy siostry, przymierzając wszystko jak leci: spódnice krótkie, długie, w groszki lub w paski, obcisłe, wydekoltowane, zniszczone, podarte podkoszulki, topy koronkowe albo porządne bluzki na podszewce.

Te przymiarki, których byłem jedynym widzem, wydawały mi się wtedy czymś najpiękniejszym ze wszystkiego, co dane mi było oglądać. Prawie się rozpłakałem z radości, tak się sobie podobałem. Serce biło mi tak szybko, że niemal pękło.

Zdyszany, po krótkiej chwili euforii, jakiej doświadczyłem w czasie wyimaginowanego pokazu mody, nagle w bolesny sposób wracałem do rzeczywistości i było mi okropnie głupio. Czułem się upokorzony dziewczyńskimi ciuchami, które na sobie miałem, byłem również zdegustowany sobą, oszołomiony tym napadem szaleństwa, które doprowadziło mnie do tych żałosnych przebieranek, podobnie jak pijaństwo lub brak hamulców społecznych mogą prowokować zachowania groteskowe, których następnego dnia się żałuje, gdy już alkohol wywietrzeje, a po naszych wyskokach pozostaje jedynie przykre i wstydliwe wspomnienie. Wyobrażałem sobie, że drę te ubrania, palę je i zakopuję w jakimś miejscu, gdzie nikomu nie przyjdzie do głowy ich szukać.

Podobnie jak nie wiedziałem ani nie rozumiałem, dlaczego moje upodobania automatycznie szły zawsze w kierunku gustów kobiecych. Kochałem teatr, lekkie piosenki (wolałem kobiecy śpiew), lalki, tymczasem moi bracia (i w pewnej mierze moje siostry) woleli gry wideo, rap i futbol.

W miarę dorastania czułem na sobie coraz cięższe spojrzenia ojca, narastającą w nim grozę, jego bezsilność wobec monstrum, które spłodził i które z każdym dniem coraz bardziej potwierdzało swoją anomalię. Matkę sytuacja po prostu przerosła i bardzo szybko odpuściła sobie ten problem. Często się bałem, że pewnego dnia odejdzie, zostawiając tylko na stole list wyjaśniający, że dłużej tego nie wytrzyma, nie prosiła się o takiego syna jak ja, nie potrafi tak dalej żyć i dlatego wypisuje się z tego układu, powołując się na swoje prawo do porzucenia mnie. Kiedy indziej znów myślałem, że rodzice zaprowadzą mnie na pobocze jakiejś drogi lub głęboko w las – i tam mnie zostawią samego, jak jakieś niechciane zwierzę (wiedziałem, że tego nie zrobią, że to niemożliwe, byłem pewien, że do tego się nie posuną, ale fantazjowałem na ten temat).

Zdesperowani tym stworzeniem, które im się wymykało, rodzice zawzięcie próbowali mnie sprowadzić na prostą drogę. Złościli się: Coś z nim jest nie tak – mówili – musi mieć coś z głową. Najczęściej nazywali mnie babą, a dla nich to słowo było najgorszą obelgą – wyczuwałem to z ich tonu, kiedy to mówili – wyrażającą większą odrazę niż kretyn albo przygłup. W tym świecie, w którym męskie wartości zostały wyniesione do najwyższej rangi, nawet moja matka mówiła o sobie: Mam jaja, nikt mi nie podskoczy.

Ojciec pomyślał, że futbol mnie zahartuje, i zaproponował, żebym zaczął trenować – wzorem jego samego w czasach młodości, moich kuzynów i braci. Opierałem się, już bowiem w tym wieku chciałem, jak moja siostra, uczyć się tańca. Widziałem się na scenie, wyobrażałem sobie te rajtuzy, cekiny, te tłumy, które mnie oklaskują, i siebie, kiedy spocony i szczęśliwy im się kłaniam – lecz wiedząc, jaki to według nich wstyd, nigdy się do tego marzenia nie przyznałem. Inny chłopiec z miasteczka, Maxime, który uczył się tańca klasycznego, ponieważ jego rodzice go do tego zmuszali z powodów niepojętych dla kogokolwiek z sąsiadów, był obiektem kpin. Nazywano go Tancereczką.

Ojciec błagał mnie: To przynajmniej darmowe zajęcia. Będziesz z kuzynem, z kolegami. Spróbuj. Proszę cię, spróbuj.

Zgodziłem się, że raz pójdę, bardziej z obawy przed represjami niż chęci sprawienia mu przyjemności.

Poszedłem i wróciłem – wcześniej niż inni, bo po treningu musieliśmy iść do szatni się przebrać. Tymczasem ze zgrozą i z przerażeniem odkryłem (a mogłem o tym wcześniej pomyśleć, wszyscy takie rzeczy wiedzą), że prysznice są wspólne. Wróciłem i oznajmiłem ojcu, że więcej tam nie pójdę. Nie chcę trenować, nie lubię futbolu, to nie dla mnie. Przez jakiś czas jeszcze mnie namawiał, później się zniechęcił.

Byłem z nim wtedy – szliśmy właśnie do baru, kiedy spotkał prezesa klubu piłki nożnej, nazywanego Fujarą. Fujara z miną mającą wyrażać zdziwienie, unosząc brew, zapytał: Czemu twój syn już nie przychodzi? Ojciec spuścił wzrok i wymamrotał jakieś kłamstwo: Ach, jest trochę chory, ja zaś w tym momencie doznałem tego niewytłumaczalnego wrażenia, jakiego doświadcza dziecko skonfrontowane z publicznym wstydem własnych rodziców, że świat w jedną chwilę stracił stabilne fundamenty i wszelki sens. Ojciec się zorientował, że Fujara mu nie uwierzył, próbował to naprawić. Poza tym wiesz, Eddy jest specyficzny, to znaczy nie specyficzny, może trochę dziwny, najbardziej lubi po prostu oglądać w spokoju telewizję. W końcu z markotną miną i spojrzeniem umykającym w bok przyznał: A zresztą, myślę, że nie lubi futbolu.

Mogę chyba powiedzieć, że poza moim domem – w tym liczącym ledwie tysiąc mieszkańców miasteczku na Północy – byłem chłopcem raczej lubianym. No i było tam też wszystko, z czym zwykle się kojarzy dzieciństwo na wsi i co lubiłem: długie włóczęgi po lasach, szałasy, które budowaliśmy na drzewach, ogień w kominku, ciepłe mleko prosto od krowy, zabawy w chowanego na polach kukurydzy, kojąca cisza wąskich uliczek, staruszka rozdająca cukierki, jabłonie, śliwy, grusze we wszystkich ogrodach, eksplozja barw i liście zaściełające chodniki jesienią, stopy brodzące, ubłocone w zaspach tych liści, kasztany spadające z drzew i nasze bitwy z ich użyciem. Trafienie kasztanem bardzo bolało, wracałem do domu cały posiniaczony, ale się nie skarżyłem, wręcz przeciwnie. Matka mówiła: Mam nadzieję, że zostawiłeś tamtym więcej siniaków, niż sam zarobiłeś, po tym poznaje się zwycięzcę.

Nierzadko zdarzało mi się słyszeć: Dość specyficzny jest ten mały Bellegueule’ów albo widzieć kpiące uśmieszki osób, do których się zwracałem. Chociaż byłem lokalnym dziwadłem, istotą zniewieściałą, wzbudzałem jednak uczucie zabarwionej rozbawieniem fascynacji, która mnie chroniła, tak jak Jordana, naszego sąsiada z Martyniki, jedynego Murzyna w promieniu wielu kilometrów, któremu mówiono prosto w oczy: Nie lubię czarnych, przyznaję. Sam widzisz, ile z nimi wszędzie problemów: rozpętują u siebie wojny domowe albo przyjeżdżają tu i palą samochody, ale do ciebie, Jordan, nic nie mamy. Jesteś w porządku, lubimy cię.

Kobiety w miasteczku gratulowały mojej matce: Twój syn to taki dobrze wychowany chłopiec, od razu widać, że nie taki jak te miejscowe łobuzy. A matka, dumna z tego, chwaliła z kolei mnie.

[...]

Przypisy
[1] Bellegueule – nazwisko znaczące, po francusku: przystojniak, piękniś, laluś. Belle gueule to dosłownie „piękna gęba”.

Wydawnictwo Pauza powstało jesienią 2017 roku na Saskiej Kępie w Warszawie. Zrodziło się z pasji – do czytania i dobrej prozy zagranicznej. Pauza specjalizuje się w literaturze z wyższej półki, która wciąga, pochłania, wywołuje emocje. Czytelnicy znajdą u nas znane i nagradzane książki z całego świata, ale też mocne debiuty literackie.

Koniec z Eddym to piętnasta książka Wydawnictwa Pauza.

Wcześniej ukazały się:

Legenda o samobójstwie – David Vann

Pierwszy bandzior – Miranda July

Nasz chłopak – Daniel Magariel

Historia przemocy – Edouard Louis

Tirza – Arnon Grunberg

Pasujesz tu najlepiej – Miranda July

O zmierzchu – Therese Bohman

Piękna młoda żona – Tommy Wieringa

Czekaj, mrugaj – Gunnhild Øyehaug

Floryda – Lauren Groff

Przyjaciel – Sigrid Nunez

Madame Zero i inne opowiadania – Sarah Hall

Mój rok relaksu i odpoczynku – Ottessa Moshfegh

Brud – David Vann